Vendetta Erdoğana

Już od jakiegoś czasu Turcja straszyła, że wpuści imigrantów do Europy, jeżeli Grecja nie wyda jej ośmiu wojskowych, zaangażowanych w pucz z 2016 roku.

 

Grecja nie ugięła się: sąd postanowił uwolnić przebywających do tej pory w areszcie oficerów oraz rozpatrzyć ich wnioski o azyl. Doszedł do wniosku, że w Ankarze nie mogliby liczyć na sprawiedliwy proces, a ich życie byłoby zagrożone. Erdoğan nie zna litości: po nieudanym zamachu stanu do aresztów prewencyjnych trafiło 50 tys. osób, a 150 tys. pozwalniano z pracy. Za jakiekolwiek związki z Fethullahem Gulenem do dziś grozi więzienie. Ośmiu uciekinierów przedostało się do Grecji skradzionym śmigłowcem chwilę przed ostateczną klęską puczu.

Turcja kilkukrotnie zwracała się o ekstradycję puczystów – bez skutku. Obecnie Grecja zapewniła im ochronę policji. Przebywają w miejscu znanym tylko służbom.

Dlatego Erdoğan zdecydował się w akcie dyplomatycznej zemsty zawiesić umowę o readmisji (odsyłania) nielegalnych imigrantów.

Podpisano ją w 2001 roku i na jej podstawie tylko w ciągu ostatnich 2 lat odesłano z terenu Grecji ponad 1200 migrantów. O zawieszeniu umowy poinformował turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu.

Jednocześnie zapewnił, że Turcja utrzyma w mocy inne porozumienie dotyczące uchodźców, zawarte w 2016 roku z Unią Europejską. Szef tureckiej dyplomacji oznajmił, że „wierzy w to, iż Grecja chciała wydać oficerów, ale zapewne uległa wpływom Zachodu”.

Fundusze europejskie – blaski i cienie

Ostatnie budżetowe propozycje Unii – przewidywane cięcia – to niewątpliwa satysfakcja dla opozycji, ponieważ rząd wreszcie ponosi konsekwencje za uporczywe „gryzienie karmiącej unijnej ręki”.

 

Pomoc finansowa Unii  dla Polski słabnie.

Jednak pierwsze poczucie złośliwej satysfakcji, że harda władza oberwała, z czasem powinno ustąpić i przerodzić się u obywateli w głębszą refleksję na temat tego, co z tą pomocą jest w porządku, a co niekoniecznie. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu nie każda pomoc czy subsydia mają zbawienne działanie, a to, co na krótką metę wydaje się zdrowe, na dłuższą może zaszkodzić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że można usprawiedliwić błędy rządu w stosunkach z Unią. Nie twierdzę też, że część subsydiów można sobie odpuścić. Po prostu chciałbym skłonić nas wszystkich do zastanowienia się, jakie są długoterminowe skutki pobierania unijnej kasy.
Wkrótce fundusze zabrane z polskiej puli środków powędrują do krajów południa, które już dawno podlegały podobnym do naszych przemianom cywilizacyjnym przy wsparciu UE.
Pytanie, czy po mocnym zastrzyku europejskiej gotówki te kraje poradzą sobie same, czy też potrzebna jest dalsza pomoc? Niestety wygląda na to, że Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja wymagają dalszego wsparcia – bezrobocie, zwłaszcza młodych, jest tam zatrważające.
Coś z tym trzeba robić – a trudno cokolwiek skutecznie przedsięwziąć bez zewnętrznego darmowego finansowania.
Kolejne pytanie: czy Polska po dokonaniu wielkich europejskich innowacji może znaleźć się w podobnej sytuacji? W moim przekonaniu jak najbardziej. Idziemy, podobną drogą, co kraje południa i strukturalne problemy wystąpią jak u nich.
Analiza wcześniejszych unijnych działań na południu dowodzi, iż właśnie ta „pomoc” spowodowała katastrofalne problemy strukturalne, które Unia musi teraz sama naprawiać. Problem w tym, że Bruksela albo wstydzi się przyznać do błędu albo autentycznie nie odróżnia przyczyn od skutków. Zasadniczo Unia chce dobrych zmian, ale przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Istnieje prawdopodobieństwo, że Eurokraci z Brukseli rozumują po prostu na zasadzie „Unia dała za mało, dlatego na te kraje nadal trzeba łożyć”. A być może istnieje też głęboko skrywana motywacja podszyta rasizmem – przekonanie, że na południu żyją lenie i lekkoduchy. A to tam powstawały wielkie imperia
W moim mniemaniu istnieje jeden pierworodny błąd zrozumienia całości kryzysowej sytuacji na południu, a bez całościowego zrozumienia nie można określić działań zaradczych. Jak powiedział Hipokrates: dobre leczenie to dobra diagnoza. AD REM: Gdy nowe, biedniejsze kraje, czy to z południa, czy ze wschodu Europy były przyłączane do bogatej Unii – dążyły do tego, aby się do niej upodobnić. Pierwsza konstatacja po podpisaniu traktatu akcesyjnego? Brak nowoczesnych narzędzi pracy, nowoczesnej infrastruktury, przestarzałe szkolnictwo, prymitywne rolnictwo i przetwórstwo, braki prawnej infrastruktury, brak korpusu funkcjonariuszy państwa, itd. Do krajów tych przybywały tabuny europejskich doradców ds. transformacji (nierzadko będący tylko bogatymi ignorantami, którzy nigdy przecież nie budowali zrębów swoich państw. I kiedy mówili nam – zniszczcie PGR-y i komunistyczne fabryki, kupowaliśmy to w ciemno. Tymczasem Czechy i byłe NRD niczego pospiesznie nie burzyły, przekształciły dawne PGR w indywidualne spółdzielnie lub prywatne firmy i dobrze to funkcjonuje. Chiny przeprowadziły transformację na swoją własną modłę – wprowadziły pełną wolność gospodarczą przy zachowaniu sprawnego aparatu byłego komunistycznego państwa. Rezultat można tylko podziwiać. One niczego pośpiesznie nie burzyły. A u nas kwitła niekompetencja tych, którzy zawładnęli państwem po 1989 roku i być może niedługo nawet doczekamy się pomnika działacza związkowego Wrzodaka, który z pianą na ustach zniszczył URSUS. Długo nam zajęło zrozumienie, że wielka „Solidarność” niekoniecznie przyniosła nam samo dobro, do władzy doszły duże grupy populistycznych związkowców. (Choć akurat Lech Wałęsa zachował wiele chłopskiego zdrowego rozsądku, a jego skróty myślowe są genialne – vide „bieda prowadzi do rewolucji, rewolucja prowadzi do nędzy”). Co było nasze – w dużej mierze sami zniszczyliśmy, jeszcze zanim nadeszła UE.

 

Co właściwie jest nie tak  z unijną pomocą?

Cały paradoks opiera się na tym, że Unia chcę dobrze. Ale pamiętajmy, że przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że wielkie subsydia nie tylko usprawnią państwa Unii, ale też w pewnych aspektach trwale je zdeformują.
Dlaczego więc wszyscy chcą brać więcej i więcej? Przez wiele lat procesu modernizacji ujemne skutki po prostu nie zdążyły się pojawić. Objawiają się wtedy, gdy nikt ich się nie będzie spodziewał. Oto scenariusz:
Gdy po dziesiątkach lat pomocy wszystko już zostanie zbudowane, autostrady będą błyszczeć, nowoczesne fabryki pracować, instytutu naukowe będą już zbudowane, czas na samodzielne życie na własny rachunek, nawet wypadałoby im zostać płatnikiem dla Unii. Wtedy zgrzyt: firmy masowo upadają, miliony idą na bezrobocie i wychodzą na ulice Lizbony, Aten, Barcelony wybijać szyby oraz walczyć z policją. A do polityki wkraczają faszyzujący nacjonaliści z hasłami opuszczenia UE. Brzmi znajomo?
Wytłumaczenie tego zjawiska jest proste. Wielkie modernizacyjne inwestycje kasie są kosztowne w utrzymaniu, a wiele tych inwestycji jest przewymiarowana. Oczywiście wspaniałe autostrady to nie fikcja, piękne lotniska też. A jednak za cudze i półdarmowe pieniądze buduje się na wyrost i ze zbędnymi luksusami, nie patrząc na wysokie koszty utrzymania.
Lotnisko w Radomiu nie odprawiło żadnego dużego samolotu, Jezioro Jamno wysycha – bo zrobiono niepotrzebne wrota przeciw zalewowe za kilkaset milionów.
Gdy 2 lata temu jechałem autostradą Porto-Lizbona – widziałem pustki, wszyscy pojechali ichnią Gierkówką, która była bezpłatna. Lwia część projektów innowacyjnych, na oko jakieś 80 %. już w swoim założeniu to horrendalne bzdury. Wiele przedsięwzięć to innowacje pozorne, inwestycje w kapitał ludzki z początku sprawiają wrażenie cudu gospodarczego. Najpierw pieniądze płyną szeroką strugą, jednak państwa-beneficjenci muszą dołożyć swój wkład, więc się zadłużają. Przykładowo każdy zafakturowany kawałek drogi za unijne fundusze wzbogaca budżetowy VAT. Wszyscy w kraju się kłócą, bo jest, co dzielić. Oto przykład innowacji:
Dwa lata temu mój młodszy brat z podwarszawskiej Kobyłki (rencista z rakiem) został zaproszony przez Urząd Pracy na kurs komputerowy. Odmówił – nie ma komputera i jest wykluczony z rynku pracy. Zagrożono mu, że nie dostanie węgla na koniec roku, przysłano busik, zapewniono obiady i wycieczkę nad Bałtyk. Taka grupa wiejskich pijaczków z Kobyłki i podobnych miejscowości Mazowsza: Nadarzyna, Kobylaka, Ossowa, Turowa, Stefanówki – to nasza dolina krzemowa.
Czy taka forma inwestycji w kapitał ludzki ma ekonomiczny sens? Oczywiście – przecież zarobił organizator, restauracja, sprzedawca komputerów, właściciel wynajętej sali, firma transportowa, hotel nad Bałtykiem… Skorzystał też niewątpliwie brat, bo na koniec roku dostał nie pół tony, a tonę. Takich gmin i jednostek jest tysiące, cała Polska, aż błyszczy od krzemu. Podobnie było z lotniskiem w Radomiu – też zarobiło mnóstwo krewnych i znajomych królika.
Wiele inwestycji unijnych to tylko mnożenie długu, budowanie złudzeń, że ta pomoc działa, bo budżet w okresie tych inwestycji ma dochody, a ludzie – pracę. W okresie inwestycji szybko postępuje koncentracja produkcji, a firmy i usługi stają się coraz większe i nowocześniejsze. Rolnictwo przekształca się w system wielkich farm a handel – wielkich galerii. Wszyscy mają pieniądze, rząd dobrych panisków daje nawet kasę za darmo.
Jednak w tych nowoczesnych firmach pracuje coraz mniej ludzi. Momentami nawet, gdy są realizowane wielkie modernizacje bywa, że brakuje ludzi do pracy, bo proces przebudowy potrzebuje masy pracowników. Ale gdy kończy się modernizacja, objawia się wielkie strukturalne bezrobocie. Ludzie tracą pracę, bo przestają być potrzebni w, spada obrót i wpływy budżetowe.
Państwa południa udowodniły, że lata pomocy zbudowały tylko blichtr – a pozbawiły ludzi trwałego umocowania socjalnego. W bogatych domach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii częstokroć żyją ludzie za emeryturę babci lub dziadka. Grecja już dawno zbankrutowała, bo od lat ktoś inny spłaca za nią długi.
Proces modernizacji państw południa przy wsparciu UE przebiegał sprawnie. Na skutek gigantycznej pomoc ekonomicznej szybko został unowocześniony i skoncentrowany przemysł, – ale też przetwórstwo, infrastruktura. Po zakończeniu modernizacji ludzie, którzy to wszystko budowali, tracą masowo pracę, a nie ma powrotu do małych gospodarstw, bo przestały istnieć.
Grek nie wróci na swój mały kuter, bo za 100000 euro go zezłomował, zaś otwarta za te pieniądze smażalnia przestaje przynosić zyski, bo reszta ludności też ubożeje.
Gdy cztery lata temu jechałem autobusem z Szanghaju do Pekinu, widziałem po drodze jak malutkie gospodarstwa rolne twardo pracowały, na wąskich polach jeździły małe kombajny i traktorki. A u nas? Nawet na małych zagonach widać olbrzymie unijne traktory, – choć w przyszłości ich obsługa to dla gospodarstwa finansowa katastrofa. Tam ktoś myśli o ludzkim bycie i pracy, a my nadal powielamy niebolszewickie marzenia o wielkiej mechanizacji i wielkich farmach. Czy nie czas na refleksję, jaką mamy mieć docelowo strukturę gospodarstw rolnych i jaką rolę ma grać w tym wszystkim drobna wytwórczość? Tu właśnie jest rola odpowiedzialnych partii ludowo lewicowych jednak bez populizmu.

 

Największą pomoc unijną przechwytują giganty gospodarki i sitwy.

Gospodarka Grecji, działając w warunkach sztucznej czasowej prosperity, przywykła już do stałego dopływu subsydiów inwestycyjnych, my już też. Gdy nadszedł krach – na scenie politycznej natychmiast pojawił się populizm, faszyzm, ultra nacjonalizm, z perspektywą rządów bezprawia i niesprawiedliwości.
By cały ten proces sztucznej modernizacji nie skończył się u nas nadejściem faszyzmu – czas, by odpowiedzialne prospołeczne ugrupowania weszły znowu do codzienności polityczno-gospodarczej, ponieważ tanie populizmy wspierające się pospolitym kłamstwem prowadzą nas na skróty do katastrofy. Olbrzymie pieniądze bez realnej kontroli, bo Unia daleko, to potężne narzędzie korupcji politycznej. Za te fundusze samorządowcy czy administracja kupuje sobie wpływy lub bogaci siebie i swoje kliki. Wokół funduszy powstały całe złodziejskie sitwy. Bez zawodowej służby cywilnej niemożliwe jest uczciwa modernizacja, kto do końca zniszczył ten korpus chyba wiemy. Nie wystarczy obsadzenie wszystkich stanowisk Misiewiczami, tu musi być struktura jak we Francji, Niemczech czy Anglii. Gdy skończą się fundusze ultra bogaci na pokolenia pojadą na zasłużone wakacje a długi zapłacą ci, co na nich nic nie skorzystali. Czas najwyższy byśmy przekierowali pomoc na projekty infrastrukturalne, służbę zdrowia inne działania prospołeczne. Przetaniony sprzęt unijny niech będzie dostępny dla ogółu przedsiębiorców a nie dobrze zorganizowanych klik. Czas na pełną transparentność procesu tej pomocy. Pomoc nie może służyć powstawaniu magnackich majątków na 3 pokolenia naprzód. W tej chwili można zbudować całkowicie prywatny hotel za fundusze pomocowe, zajazd nawet z czasem dom publiczny, wystarczy dobry biznes plan. Tworzenie nowych firm za fundusze wykańcza firmy bez dotacji, na wolnym rynku nie może być inaczej.
Mój tekst powinien skłonić też do refleksji, iż czas na powrót do realnego życia politycznego i społecznego dojrzałych ugrupowań politycznych – działających nieprzerwanie, a niefunkcjonujących tylko od jednych wyborów do drugich. Wielkie grupy średniego pokolenia zostały wykluczone, bo to, komuna,. Inni są poza nawiasem, bo nie chodzą w procesji. Wspinanie się do polityki po plecach kościoła to polityczne złodziejstwo i nieuczciwość. Tylko niewielu hierarchów to rozumie. Franko umarł i puste kościoły. Jest tak wiele spraw społeczno-gospodarczych, które wymagają ciągłego nadzoru niezależnych ugrupowań politycznych!
Proste recepty kłamliwego populizmu prowadzą nas do otchłani. Czas już włączyć zdrowy rozsądek. Cała sztuka to wykorzystać olbrzymią szansę modernizacji europejskiej i nie popaść w kłopoty.
To właśnie czynnik społeczno-polityczny musi zostać uruchomiony na nowo. Kościoły powinny skupić się na życiu w zaświatach, a doczesne sprawy powierzyć dojrzałym, dojrzałym działaczom społeczno politycznym.. Na marginesie – „komunizm” w Polsce to de facto okres stalinizmu – do 1953. Jego ofiarami padali też ideowi komuniści. Znielubiony Gomułka cudem uniknął śmierci.
Nie ma idealnych partii ani ustrojów, ale nadszedł czas na poważne debaty bez etykiet i uprzedzeń. My, światli Polacy – walczmy na argumenty, a nie na prymitywne obelgi. Oprócz połajanek i epitetów włączmy społeczno-polityczny nadzór kierunku rozwoju państwa, starajmy się, choć uczyć na błędach innych, a to zaprocentuje.

Koniec bezsensownego sporu?

Przedstawiciele dyplomacji Grecji i Macedonii poinformowali o wypracowaniu „ram porozumienia”, które ma zakończyć spór obu krajów o oficjalną nazwę państwa macedońskiego. Jeśli stronom uda się osiągnąć konsensus, Ateny przestaną blokować rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z UE swojemu północnemu sąsiadowi.

 

Była Jugosłowiańska Republika Macedonii (FYROM) – kraj o takiej nazwie figuruje na mapie Europy od 1991 roku. Kuriozum? Owszem i to usadowione na kompletnie irracjonalnych lękach greckich polityków. Tamtejsza skrajna prawica od niemal 30 lat straszy społeczeństwo wizją roszczeń terytorialnych, jakie miałby rzekomo wysunąć rząd w Skopje, po tym jak Ateny zaakceptują stosowanie nazwy „Macedonia” w stosunkach międzynarodowych. Macedonia to również nazwa greckiego regionu, którego ośrodkiem administracyjnym są Saloniki.

Greccy nacjonaliści uważają, że sąsiad nie ma prawa używać jej jako swojej. W lutym, kiedy strony po raz pierwszy poinformowały, że prowadzą intensywne rozmowy zmierzające do porozumienia, na ulicach greckich miast odbyły się masowe demonstracje, animowane przez neonazistowski Złoty Świt. „Ręce precz od Macedonii” i „Macedonia należy do Grecji” – skandowało kilkaset tysięcy ludzi na placu Syntagma. Wiele osób miało ze sobą flagi ze znakiem gwiazdy, nazwanej Słońcem z Werginy – dziś godłem greckiej Macedonii.

Macedoński minister spraw zagranicznych Nikoła Dimitrow jest dobrej myśli. Podczas spotkania z dziennikarzami mówił o ramowej wersji porozumienia, które zostało osiągnięte przez dyplomatów. Teraz kolej na finalizacje rozmów, a do tego potrzebni są premierzy – Alexis Tsipras i Zoran Zaew. Do spotkania na tym szczeblu ma dość jeszcze w tym tygodniu. Skąd to przyspieszenie? Stronie macedońskiej bardzo zależy na zakończeniu konfliktu przez szczytem UE, zaplanowanym na 28 czerwca. Ugoda będzie równoznaczna ze zniesieniem veta Grecji, blokującego od kilkunastu lat możliwości rozpoczęcia rozmów o przyjęciu Macedonii do europejskiej wspólnoty. Nie wiadomo co dotychczas udało się ustalić dyplomatom. Tajność tłumaczona jest dbałością o spokojny przebieg negocjacji.

Jedno jest pewne – nie będzie już państwa o nazwie FYROM. Jak zostanie ochrzczony kraj ze stolicą w Skopje? Na pewno nie będzie to po prostu „Macedonia”. Taki wariant kategorycznie wyklucza Grecja. Jeśli chodzi o rozważane wersje, mówiło się dotąd o „Nowej Macedonii”, „Republice Macedonii (Skopje)” czy „Macedonii Północnej”.

Grecka skrajna prawica uzna zapewne osiągnięcie porozumienia za akt kapitulacji rządu SYRIZy. Złoty Świt już zapowiedział wielotysięczne wiece w dużych miastach, które mają zmusić ekipę Tsiprasa do odstąpienia od negocjacji.

Osobnym problemem jest próba kreowania nowej tożsamości narodowej przez ostatnie rządy w Skopje. Od 2008 roku władze akcentują związki obecnego państwa z starożytna Macedonią. Skutkiem tej polityki jest estetyczna katastrofa w miastach – stawianie budynków w stylu pseudo-antycznym, przypruszanie istniejących pyłem, a także ogromny pomnik Aleksandra Wielkiego w centrum stolicy.