Strzelecki popis Neymara w Lidze Mistrzów

Drugą kolejkę Ligi Mistrzów zdominowały wyczyny trzech wielkich graczy – Neymara, Paulo Dybali i Leo Messiego. Pierwszy strzelił trzy gole w wygranym przez Paris Saint-Germain 6:1 meczu z Crveną Zvezdą Belgrad, drugi także zaliczył hat-tricka dla Juventusu w potyczce z Young Boys Berno, a trzeci zdobył dwie bramki na Wembley w zwycięskim 4:2 starciu z Tottenhamem.

 

W kanonadzie paryskiego zespołu główną rolę odegrał Neymar, ale Crvena Zvezda to jeden ze słabszych zespołów w tej edycji Ligi Mistrzów. O tym, czy Brazylijczyk wybije się wreszcie w tych rozgrywkach na pierwszy plan, przekonamy się zapewne po zakończeniu fazy grupowej. To była udana kolejka nie tylko dla Paris Saint-Germain, Barcelony i Juventusu Turyn, ale też dla Borussii Dortmund, SSC Napoli, Atletico Madryt, Interu Mediolan, Manchesteru City, AS Roma, FC Porto, Schalke, a już szczególnie dla CSKA Moskwa, bo rosyjski zespół pokonał na własnym stadionie obrońcę tytułu Real Madryt 1:0. „Królewscy” przez tą porażkę znaleźli się na drugim biegunie, w towarzystwie innych pognębionych w tej serii spotkań potęg aspirujących do triumfu w obecnej edycji Ligi Mistrzów – Bayernu Monachium, Liverpoolu i Manchesteru United. „Nie jesteśmy słabi” – przekonywał po meczu w Moskwie trener Realu Julen Lopetegui, ale jego zespół ma ostatnio kiepską passę – w krajowej lidze przegrał 0:3 z Sevillą i zremisował 0:0 z Atletico, a teraz stracił komplet punktów z CSKA w Champions League. Te trzy nieudane występy mają jeden wspólny mianownik, w żadnym z nich graczom „Królewskich” nie udało się strzelić gola. Jeśli ta niemoc się utrzyma, kibice na Santiago Bernabeu zatęsknią za Cristiano Ronaldo.

Genialny portugalski piłkarz tym razem nie powiększył swojego dorobku bramkowego, bo musiał odcierpieć karę dyskwalifikacji za czerwoną kartkę w poprzedniej kolejce. Pod jego nieobecność zespół Juventusu rozbił 3:0 szwajcarskiego przeciętniaka, a w roli bezlitosnego egzekutora wystąpił wciąż niedoceniany w turyńskim klubie Argentyńczyk polskiego pochodzenia Paulo Dybala. Cristiano Ronaldo jego snajperskim wyczynem nie musi się przejmować, zdecydowanie bardziej zapewne niepokoją go kolejne gole Leo Messiego. As”Dumy Katalonii” w obecnych rozgrywkach z pięcioma trafieniami prowadzi w klasyfikacji strzelców, a w sumie ma już na koncie w Lidze Mistrzów 105 bramek. Do prowadzącego w zestawieniu wszech czasów CR7 brakuje mu jednak 15 goli, ale jeśli w takim tempie będzie odrabiał straty, może szybko dogonić Portugalczyka.

Najlepszym Polakiem na liście snajperów jest Robert Lewandowski, lecz kapitan naszej narodowej drużyny w tej kolejce nie powiększył swojego dorobku 46 goli. Bayern na swoim stadionie z trudem zremisował z Ajaksem Amsterdam 1:1. „Lewy” wypadł w tym spotkaniu bezbarwnie, ale równie słabo zagrali wszyscy podopieczni trenera Niko Kovaca. Mistrzowie Niemiec po znakomitym początku sezonu wpadli w dołek i w miniony weekend po porażce z Herthą Berlin stracili prowadzenie w Bundeslidze na korzyść Borussii Dortmund, a po remisie z Ajaksem także w grupie E Ligi Mistrzów na rzecz mistrza Holandii.
Z polskich piłkarzy najwięcej powodów do zadowolenia mogli mieć Wojciech Szczęsny (zerowe konto w wygranym przez Juventus 3:0 spotkaniu z Young Boys), Łukasz Piszczek (dobry występ w wygranym 3:0 meczu z AS Monaco) i Łukasz Skorupski (także bez straty gola w wygranym przez AS Roma 5:0 spotkaniu z Viktorią Pilzno). O Lewandowskim była już mowa, zaś Grzegorz Krychowiak, którego Lokomotiw Moskwa (bez kontuzjowanego Macieja Rybusa) przegrał 0:1 z Schalke, tracą gola w ostatnich sekundach spotkania. W najgorszym nastroju z naszych reprezentantów jest jednak Kamil Glik, bo jego AS Monaco w tym sezonie jest „chłopcem do bicia” nie tylko w Lidze Mistrzów, ale też we francuskiej ekstraklasie.

 

Messi rozpoczął wyścig strzelców

W pierwszej kolejce Champions League najwyższe zwycięstwo odniosła Barcelona (4:0), a jej as Leo Messi ustrzelił hat-tricka i zmniejszył dystans do lidera wszech czasów Cristiano Ronaldo. Robert Lewandowski też miał powody do zadowolenia, bo jego gol strzelony w meczu z Benficą Lizbona dał mu awans na 9. miejsce w tej klasyfikacji.

 

Messi strzelił trzy gole dla Barcelony we wtorkowym meczu z PSV Eindhoven (4:0). Argentyńczyk po tym wyczynie ma już na koncie 103 trafienia w Lidze Mistrzów, ale w klasyfikacji wszech czasów zajmuje drugą lokatę, bo liderem ze 120 bramkami jest Cristiano Ronaldo. 33-letni Portugalczyk w tej kolejce nie poprawił swojego dorobku, bo w środowym meczu Juventusu Turyn z Valencią wyleciał z boiska z czerwoną kartką po niespełna pół godzinie gry. Był tak wściekły na niemieckiego arbitra Feliksa Brycha, że schodząc z boiska dosłownie popłakał się ze złości.

Miał ku temu powód, bo kara za lekkie potarganie czupryny symulującego faul gracza Valencii była mocno na wyrost. Cristiano Ronaldo będzie teraz z niepokojem oczekiwał na werdykt organu dyscyplinarnego UEFA, bo jeśli jego zachowanie zostanie ocenione jako agresywne i niesportowe, może dostać nawet trzy mecze dyskwalifikacji. A jego najgroźniejsi konkurenci do sławy i piłkarskich splendorów z pewnością nie zmarnują tego czasu. Hat-trick Messiego jest sygnałem, że Argentyńczyk po nieudanych dla niego mistrzostwach świata w Rosji będzie chciał odrobić wizerunkowe straty właśnie w Lidze Mistrzów.

 

Zacięty wyścig snajperów

W poprzedniej edycji najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek był Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 120 trafień prowadzi też zdecydowanie w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów wszech czasów. Messi ma w tej chwili 17 goli mniej, ale jeśli utrzyma strzelecką dyspozycję, ten dystans może już w tym sezonie znacznie zniwelować. Rywalizacja tych dwóch genialnych piłkarzy o miano najlepszego gracza XXI wieku toczy się na poziomie niedostępnym dla innych zawodników. W klasyfikacji wszech czasów w czołowej „10” zestawienia z czynnych graczy są jeszcze tylko Karim Benzema i Robert Lewandowski. Francuski napastnik Realu Madryt ma na koncie 56 trafień i zajmuje na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem czwartą lokatę. Przed nimi, oprócz rzecz jasna prowadzących na liście Cristiano Ronaldo i Messiego, jest jeszcze trzeci w klasyfikacji wszech czasów Raul Gonzalez. Ten fantastyczny przed laty snajper w Lidze Mistrzów strzelił 71 goli i na razie nie musi obawiać się utraty trzeciego miejsca na podium. Benzema ma do niego 15 bramek straty i w tym sezonie raczej na pewno tego dystansu nie odrobi.

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim. Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), el. Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli). Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

 

Lewandowski wśród tuzów

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim.

Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), eliminacji Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli).

Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

Indywidualne osiągnięcia czołowych snajperów to jednak tylko ich prywatna sprawa, bo w Lidze Mistrzów najważniejsze są wyniki zespołów. Pierwsza kolejka spotkań nie daje jeszcze odpowiedzi na pytanie, które z nich w tej edycji będą się liczyć w rywalizacji o czołowe lokaty. Nawet szokująca porażka faworyzowanego Manchesteru City na własnym stadionie z Olympique Lyon nie odbiera szans drużynie prowadzonej przez Pepa Guardiolę. Podobnie przedwczesne byłoby skreślenie z grona faworytów ekipy Paris Saint-Germain, ale wyjazdowa porażka paryżan z FC Liverpool powinna być dla nich ostrzeżeniem.

 

Udane występy Polaków

O występie Lewandowskiego była już mowa. Kapitan naszej reprezentacji swoim trafieniem w 10. minucie otworzył wynik spotkania z Benfiką Lizbona i do końca grała bardzo dobrze, za co dostał w zawsze dla niego surowych niemieckich mediach wysokie oceny. Znakomity występ w barwach Juventusu Turyn zaliczył Wojciech Szczęsny. Nasz reprezentacyjny bramkarz miał w meczu z Valencią sporo pracy, bo od 30. minucie ekipa z Turynu grała w osłabieniu po kontrowersyjnej czerwonej kartce dla Cristiano Ronaldo. Już w doliczonym czasie gry Szczęsny popisał się kapitalną interwencją przy obronie rzutu karnego i to dzięki niemu Juventus zachował czyste konto, a po dwóch wykorzystanych „jedenastkach” przez Miralema Pjanica wywiózł z Walencji komplet punktów.

Nie zawiódł oczekiwań broniący trofeum Real Madryt, który w efektownym stylu pokonał AS Roma 3:0. Gole dla „Królewskich” strzelili Isco, Gareth Bale i 25-letni Mariano Diaz, który latem wrócił na Santiago Bernabeu z Olympique Lyon i dostał zwolniony przez Cristiano Ronaldo numer 7. Dla portugalskiego gwiazdora jak widać nie ma w Realu wdzięczności. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć, jeśli w tej edycji w fazie pucharowej Real Madryt trafi na Juventus.
Wracając do polskich piłkarzy – na pewno zadowolony ze swojego występu może być Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund udanie rozpoczęła rywalizacje w grupie A wygrywając na wyjeździe z Club Brugge 1:0. Zdecydowanie mniej powodów do zadowolenia miał Kamil Glik, bo grające także w tej grupie AS Monaco przegrało na własnym stadionie z Atletico Madryt 1:2.

W jeszcze gorszym nastroju musiał być Grzegorz Krychowiak, bo Lokomotiw Moskwa w Stambule dostał lanie 0:3 od Galatasaray. Niezadowoleni z występu swojej drużyny byli też Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik, bo SSC Napoli tylko zremisowało 0:0 z uznawana za outsidera grupy C drużyną Crvenej Zvezdy Belgrad.

 

Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.

 

Dziewięciu Polaków zgłoszonych do gry w Champions League

Dziewięciu polskich piłkarzy znalazło się w kadrach 32 zespołów, które we wtorek rozpoczną rywalizację w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

 

Ośmiu naszych zawodników ma w swoich klubowych zespołach mocne pozycje – są to Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund, Kamil Glik w AS Monaco, Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w SSC Napoli oraz Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa i oczywiście Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Większych szans na występy nie ma raczej najmłodszy ze zgłoszonych do Ligi Mistrzów polskich graczy, 19-letni bramkarz FC Liverpool Kamil Grabara. W angielskim klubie pierwszym golkiperem jest obecnie Brazylijczyk Alisson Becker, a drugim Belg Simone Mignolet. Ale już sam fakt, że trener „The Reds” Juergen Klopp wpisał młodego Polaka na „listę startową” jest dla tego utalentowanego bramkarza ogromnym wyróżnieniem.

Lewandowski w Lidze Mistrzów zdobył jak do tej pory 45 bramek, co daje mu 10. miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych rozgrywek. Rekordzistą w tej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo z dorobkiem 120 goli. Obaj napastnicy będą mieli okazję poprawić swoje osiągnięcia strzeleckie już w środę. Juventus zagra na wyjeździe z Valencią, a Bayern także na wyjeździe z Benficą Lizbona.

Rekord Ligi Mistrzów innego rodzaju ustanowił hiszpański bramkarz FC Porto Iker Casillas, który we wtorek rozpoczął swój 20. sezon w Lidze Mistrzów. Nikt przed nim przez tyle lat nie występował w tych rozgrywkach. 37-letni obecnie hiszpański bramkarz zadebiutował w nich w barwach Realu Madryt w wieku 17 lat, w sezonie 1999-2000. Z zespołem, z którym był związany przez większość kariery, wygrał te rozgrywki trzykrotnie – w 2000, 2002 i 2014 roku.

 

Lewy znów czaruje

Robert Lewandowski zaimponował formą w wygranym przez Bayern Monachium 3:0 ligowym meczu z VfB Stuttgart. Kapitan naszej reprezentacji otrząsnął się już z mundialowego kryzysu. Na szczęście nie on jeden w kadrze Polski.

 

Mistrzowie Niemiec chcieli zrehabilitować się ekipie VfB Stuttgart za klęskę poniesioną w ostatniej kolejce minionego sezonu, gdy przegrali z nią u siebie aż 1:4. Trener Niko Kovac wystawił do gry chyba najsilniejszy obecnie skład: Neuer – Kimmich, Boateng, Hummels, Alaba – Goretzka – Ribery, Thiago Alcantara, Thomas Mueller, Robben – Lewandowski. Piłkarze VfB długo bronili się przed strata gola i korzystając z tego, że arbiter pozwalał im na bardzo agresywną grę, kopali rywali niemiłosiernie. W końcu jednak popełnili błąd. W 37. minucie Mueller dostał prostopadłe podanie w pole karne, zagrał „na klepkę” z Lewandowskim i podał do Goretzki, a ten precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał bramkarza gospodarzy. Drugiego gola dla Bayernu strzelił już „Lewy”, także popisując się kapitalnym uderzeniem zza linii 16 metrów.

Ale kibiców bardziej zachwycił fenomenalnym zagraniem piętą do Muellera, po którym reprezentant Niemiec znalazł się w stuprocentowej strzeleckiej sytuacji i jej nie zmarnował. Tak więc po dwóch ligowych kolejkach Bayern jest liderem z kompletem punktów, a Lewandowski ma na koncie dwa trafienia i jedną asystę. Sądząc po zachowaniu innych graczy wobec Lewandowskiego wygląda na to, że nasz piłkarz naprawił relacje z kolegami. Miejmy nadzieję, że tak samo sprawnie poukłada sobie na nowo swoje relacje w kadrze powołanej przez Jerzego Brzęczka.

Na zgrupowanie przed pierwszym meczem w Lidze Narodów z Włochami tylko kilku graczy przyjedzie na kredyt zaufania – w pierwszej kolejności Jakub Błaszczykowski, ale też Jan Bednarek, Marcin Kamiński i Arkadiusz Reca. Pozostali rozpoczęli nowy sezon w roli zawodników albo podstawowego składu, albo jako zmiennicy pierwszego wyboru. Dla nowego selekcjonera to całkiem niezła sytuacja.

Brzęczek będzie miał kłopot z obsadą bramki, bo ma do dyspozycji trzech regularnie występujących w swoich klubach bramkarzy (Fabiański, Skorupski i Szczęsny), na dodatek zbierających za swoje występy co najmniej przyzwoite recenzje. W obronie poza Bednarkiem, Kamińskim i Recą pozostali regularnie grają (Glik, Bereszyński, Kędziora, Rybus, Dźwigała, Pietrzak). W pomocy pewne miejsce w swoich klubowych zespołach mają Krychowiak, Linetty, Zieliński, Klich, Frankowski, Kurzawa, Kądzior, Makuszewski, Góralski, Romanczuk i Szymański, a w ataku oprócz „Lewego” regularnie grają i zdobywają bramki Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek.

Mamy zatem prawo oczekiwać od naszej reprezentacji dobrego wyniku w meczu z Włochami.

 

Brzęczek odkrył karty

Faktyczna wymiana selekcjonerów reprezentacji następuje de facto wraz z ogłoszeniem przez następcę składu kadry. W miniony poniedziałek Jerzy Brzęczek podał nazwiska 27 piłkarzy, których powołał na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią. 23 z nich jest do grania, natomiast czterech to czysta fanaberia sukcesora Adama Nawałki.

 

Jeśli chodzi o powołania do zasadniczego 23-osobowego składu kadry, w zasadzie trudno Brzęczka za jego wybory krytykować. Chcąc nie chcąc musiał przecież sięgnąć po dawnych „żołnierzy” Nawałki. Jednych, jak Kamil Grosicki, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk słusznie pominął, innym, jak Mateusz Klich czy Maciej Makuszewski, przywrócił status reprezentanta. Ale żadnych wątpliwości nie budzą jedynie nominacje dla bramkarzy i napastników. Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański i Łukasz Skorupski grają regularnie w swoich klubowych zespołach i zbierają dobre recenzje. Na pewno zaskoczeniem nie jest brak powołania dla Bartosza Białkowskiego, który poza tym, że w tej części sezonu akurat nie błyszczy w drugoligowym Ipswich Town, to obiektywnie w tym kwartecie jest najsłabszy. Z kolei w linii ataku obecność Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka dla każdego sympatyka biało-czerwonych jest oczywistym wyborem. Brzęczek nie dał szansy Kamilowi Wilczkowi, który strzela w duńskiej lidze na zawołanie, pominął też zaczynającego dopiero przygodę z włoską ligą Łukasza Teodorczyka, zaś Dawida Kownackiego oddał do dyspozycji trenera młodzieżówki, ale tych sześciu graczy to w tej chwili najlepsi polscy napastnicy.

 

Defensywa mocno eksperymentalna

Największego zamętu Brzęczek narobił chyba powołaniami dla obrońców. W zasadzie to tylko obecność Kamila Glika nie budzi żadnych kontrowersji i można założyć, że od stopera AS Monaco selekcjoner zaczyna ustawienie tej formacji. Zwolnione przez Łukasza Piszczka miejsce na prawej flance linii defensywnej może zająć albo Bartosz Bereszyński, albo Tomasz Kędziora. Pominięcie odradzającego się w II-ligowym angielskim Boltonie Pawła Olkowskiego dowodzi, że na razie selekcjoner uznał wyższość wcześniej wymienionej dwójki graczy. Z kolei na lewej flance pewniakiem wydaje się wciąż Maciej Rybus, który gra regularnie w zespole mistrza Rosji i trzyma wysoką formę, ale już u Nawałki de facto nie miał dobrego dublera. Brzęczek wymyślił, że zadaniu mogą podołać grzejący obecnie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusz Reca lub defensor Wisły Kraków Rafała Pietrzaka. Zaprosił obu na zgrupowanie kadry w ramach kontyngentu graczy, których miał prawo powołać wedle własnego uznania. W tym gronie znalazło się trzech byłych lub aktualnych zawodników Wisły Płock, z którymi jako trener „Nafciarzy” wywalczył piąte miejsce w ekstraklasie. Oprócz Recy powołania dostali jeszcze stoper Adam Dźwigała i pomocnik Damian Szymański.

Z Recy Brzęczek w poprzednim sezonie zrobił solidnego lewego obrońcę, lecz na poziomie naszej słabiutkiej ekstraklasy. Starczyło to co prawda na transfer do Atalanty za 4 mln euro, ale we włoskim zespole Reca nie gra i z tego względu jego powołanie jest nadużyciem. Podobnie jak powołanie Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków. Ten lewy obrońca wciąż popełnia mnóstwo błędów, ale był kiedyś podopiecznym Brzęczka, gdy ten prowadził GKS Katowice.

Najwięcej problemów selekcjoner będzie miał z wyborem partnera na środku obrony dla Glika. Zaprosił na zgrupowanie wspomnianego Dżwigałę oraz Marcina Kamińskiego i Jana Bednarka. Pierwszy z tego tercetu gra regularnie w zespole Wisły Płock, ale spisuje się przeciętnie, czego dowodem jest 10 straconych bramek przez „Nafciarzy” w sześciu meczach. Z kolei Bednarek w tym sezonie stracił miejsce w jedenastce Southampton, zaś Kamiński dopiero niedawno przeszedł z VfB Stuttgart do Fortuny Duesseldorf. Obaj mają zero minut spędzonych na boisku i nie bardzo wiadomo, dlaczego Brzęczek ich powoła. To już większy sens miałoby zaproszenie dla Michała Pazdana, bo ten piłkarz nawet w słabej formie przy Gliku potrafił zagrać przyzwoicie.

 

Jest Błaszczykowski, a gdzie Grosicki?

W linii środkowej z dawnych pewniaków Nawałki powołania nie doczekał się jedynie Kamil Grosicki. Z jednej strony decyzja była zasadna, bo w tym sezonie nie gra w Hull City, ale z drugiej strony Jakub Błaszczykowski jest w podobnej sytuacji, a powołanie otrzymał. Nie ma jednak powodu by mieć do Brzęczka pretensje o nepotyzm, choć wiadomo że jest wujkiem Błaszczykowskiego, bo temu piłkarzowi należy się godna rekompensata za poniżenie jakiego doświadczył od Nawałki na mundialu, zwłaszcza w ostatnim meczu z Japonią. Nie zmienia to jednak faktu, że w środkowej linii tylko odradzający się w Lokomotiwie Moskwa Grzegorz Krychowiak i prezentujący rewelacyjną formę w Napoli Piotr Zieliński nie przyjadą na zgrupowanie na kredyt.

Reszta, w tym zbierający dobre recenzje w II-ligowym Leeds United Mateusz Klich, nie gwarantuje wysokiej jakości i każde zestawienie tej formacji będzie ryzykownym eksperymentem. Na głębsze wnioski będziemy mogli sobie jednak pozwolić dopiero po meczu z Włochami. W pierwszym spotkaniu w Lidze Narodów Brzęczek na pewno wystawi najlepszy w jego mniemaniu skład biało-czerwonych, ale dopiero po tym jak zespół zagra przekonamy się, jakim trenerem jest nowy selekcjoner.

 

 

Kadra Polski Włochy i Irlandię

 

Bramkarze:

Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (FC Bologna), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn).

 

Obrońcy:

Kamil Glik (AS Monaco), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Adam Dźwigała (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo).

 

Pomocnicy:

Grzegorz Krychowiak (Lokomotiwe Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria)), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok), Damian Szymański (Wisła Płock), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia).

 

Napastnicy:

Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Arkadiusz Milik (SSC Napoli), Krzysztof Piątek (Genova, Włochy).

Brzęczek się waha

Nowy selekcjoner naszej piłkarskiej reprezentacji Jerzy Brzęczek nieoczekiwanie przesunął o tydzień termin ogłoszenia powołań na dwa wrześniowe mecze – z Włochami i Irlandią. Nazwiska jego wybrańców mamy poznać 27 sierpnia.

 

Brzęczek zmienił stosowaną przez jego poprzedników zasadę, że najpierw powołania dostawali piłkarze występujący w klubach zagranicznych. Teraz cała kadra ma być ogłaszana za jednym zamachem. „Selekcjoner Jerzy Brzęczek powołania na mecze z Włochami i Irlandią ogłosi w poniedziałek 27 sierpnia. Tego dnia zostanie podana pełna lista powołanych zawodników” – poinformował rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski. Tu jednak w rozlicznych medialnych przekazach pojawiło się nieścisłości, bo wedle jednych selekcjoner miał już ponoć w miniony poniedziałek gotową listę zawodników z klubów zagranicznych, a z jej upublicznieniem wstrzymał się tylko dlatego, że z powodu katastrofy budowlanej w Genui odwołano ligowe spotkania drużyn z tego miasta – Sampdorii i Genoy. W pierwszym występują Karol Linetty, Bartosz Bereszyński i Dawid Kownacki, a w drugim robiący furorę we Włoszech Krzysztof Piątek.

Brzęczek chyba nie wszystkich z tego kwartetu umieścił na swojej liście, skoro postanowił poczekać do następnej kolejki Serie A i przekonać się w jakiej są aktualnie formie. Gdyby faktycznie miał wątpliwości, czy wymieniona czwórka piłkarzy z Genui zasługuje na powołanie, to równie dobrze na swojej liście powinien pominąć Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego czy Jana Bednarka, bo oni jeszcze nie mieli okazji zademonstrować aktualnej formy w ligowych potyczkach. Robert Lewandowski zresztą także takiej okazji nie miał, ale w jego przypadku cztery gole strzelone w Superpucharze i pucharze Niemiec powinny być chyba wystarczającą rekomendacją.

Żarty żartami, ale z korytarzy piłkarskiej centrali wyciekła plotka, że Brzęczek w swoim selekcjonerskim debiucie trochę przesadził z dowartościowaniem piłkarzy z klubów ekstraklasy. Jego przełożeni wytłumaczyli mu, że po klęsce naszych klubowych drużyn w kwalifikacjach europejskich pucharów preferowanie graczy z rodzimej ligi kosztem zawodników występujących za granicą nie zostałoby przez kibiców życzliwie przyjęte. A nadużywać ich cierpliwości nie należy, bo dla wizerunku PZPN mecz towarzyski z Irlandią we Wrocławiu rozegrany przy pustawych trybunach byłby wielce szkodliwy. Nie zmienia to faktu, że pomysł ogłaszania w jednym terminie całej kadry nie jest zły.

 

Jesienne mecze reprezentacji Polski:

07.09.2018: Włochy – Polska (Liga Narodów); 11.09.2018: Polska – Irlandia (towarzyski, Wrocław); 11.10.2018: Polska – Portugalia (Liga Narodów, Chorzów); 14.10.2018: Polska – Włochy (Liga Narodów, Chorzów); 15.11.2018: Polska – Czechy (towarzyski, Gdańsk); 20.11.2018: Portugalia – Polska (Liga Narodów).

 

Krychowiak w Rosji?

Lokomotiw Moskwa prowadzi zaawansowane rozmowy z Paris Saint Germain dotyczące wypożyczenia Grzegorza Krychowiaka. Ale jak informują francuskie media, Polaka chce także Spartak Moskwa.

 

Reprezentant Polski po udanym dla niego Euro 2016 i wygraniu Ligi Europy z Sevillą trafił do Paris Saint-Germain, ale w paryskim klubie nie przebił się do podstawowego składu i w sezonie 2017/2018 został wypożyczony do angielskiego West Bromwich Albion. Po sezonie Polaka odesłano do PSG, a nowy trener paryskiej drużyny Thomas Tuchel nakazał mu stawić się po mistrzostwach świata na treningach. W mediach pojawiły się jednak doniesienia, że Krychowiaka chce zatrudnić mistrz Rosji Lokomotiw Moskwa (w tym klubie występuje inny reprezentant Polski, Maciej Rybus), a ostatnio konkurencyjna ofertę złożył jego lokalny rywal, Spartak, trzeci zespół rosyjskiej ekstraklasy, którego trenerem jest Włoch Massimo Carrera.

 

MŚ 2018: To jeszcze nie koniec biało-czerwonych

Nasza reprezentacja przegrała z Senegalem pechowo. W niedzielę z Kolumbią biało-czerwoni zagrają mecz „o wszystko”, co jest już smutną tradycją ich ostatnich popisów na mundialach. Tym razem jednak nie musi się skończyć tak samo jak w 2002 i 2006 roku.

 

Porażka polskiej reprezentacji z Senegalem to bez wątpienia jedna z największych zagadek rosyjskiego mundialu. Właśnie bardziej zagadek, niż niespodzianek czy sensacji. Nie ma bowiem żadnego sensownego wyjaśnienia dla słabego występu zespołu, który w rankingu FIFA klasyfikowany jest przecież w pierwszej dziesiątce. I chyba to jest główną przyczyną głębokiej frustracji Polaków w przededniu „meczu o wszystko” z Kolumbią.

 

Ciężar porażki z Senegalem

Nasi piłkarze, trener Adam Nawałka i działacze PZPN poczuli ten ciężar już chwilę po zakończeniu meczu z Senegalem, gdy obecni na stadionie Spartaka polscy kibice wygwizdali i zwymyślali dziękującym im za doping zawodnikom. To dla „Orłów Nawałki”, od pięciu lat cieszących się bezkrytycznym uwielbieniem kibicowskich mas, bez wątpienia było szokującym doznaniem. Zamiast „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” usłyszeli litanię wykrzykiwanych pod ich adresem pretensji. Zresztą jeszcze w trakcie meczu z trybun słychać było – „Polska grać, k***a mać!”. Dominujące wśród licznie przybyłych do Moskwy polskich kibiców przekonanie o piłkarskiej potędze biało-czerwonych, wyrażane w wykrzykiwanych hasłach w rodzaju: „Puchar jest nasz” czy też „Polska mistrzem świata”, po meczu zamieniło się w nastrój rozgoryczenia i zniechęcenia, który eksplodował złością i pretensjami. Nietrudno sobie wyobrazić co się będzie działo w Polsce, jeśli w niedzielę ekipa Nawałki przegra z Kolumbia i odpadnie z turnieju.

Obecni w stolicy Rosji wysłannicy polskich mediów, zwykle spolegliwi i bezkrytyczni wobec trenera Nawałki i jego wybrańców, widząc frustrację kibiców nie mogli już w swoich relacjach upiększać rzeczywistości. Na reprezentację Polski spadła fala krytyki o rozmiarach niemal zbliżonych do tej, która sześć lat przewaliła się przez kadrę Franciszka Smudy po jej kompromitacji na Euro 2012.  Reakcja Nawałki i piłkarzy była typowa – z miejsca ograniczyli kontakty z mediami, ale ich miejsce przed kamerami zajął prezes PZPN Zbigniew Boniek.

 

Oni to widzą i zapamiętają

Zaprawiony już w takich bojach były piłkarz reprezentacji i jej selekcjoner, mówił na ogół z sensem. „Nie jestem w szoku. Jest mi przykro, bo graliśmy słabo i jeśli tak będziemy grać, to nic tutaj nie zrobimy. Nie ma się jednak, co załamywać. Wszystko jest w naszych rękach. Jeśli wygramy dwa następne mecze, to nikt nam awansu nie zabierze. To oczywiste, że nie tak sobie wszyscy wyobrażaliśmy start w tym mundialu. Trzeba jednak być optymistą i trzeba wierzyć. Płacz teraz nic nie pomoże. A krytycy są od tego, żeby krytykować. Jesteśmy na to przygotowani, a ja powiem dziennikarzom tak – jedźcie z nami równo, im bardziej jedziecie, tym lepiej potem się gra. Doświadczyłem tego też jako piłkarz, więc wiem co mówię” – powiedział sternik polskiej piłki. Zaraz jednak wygłosił pod adresem żurnalistów żartobliwe ostrzeżenie, które zabrzmiało jednak jak groźba karalna: „Krytykujcie ile chcecie, tylko pamiętajcie, że my to widzimy i zapamiętamy”.

Stare przysłowie mówi jednak – na pochyłe drzewo i koza wskoczy. Tłamszeni przez propagandowy aparat PZPN dziennikarza, a w każdym razie znaczna ich część, dali folgę uczuciom i rzeczywiście „pojechali” z kadrowiczami bez trzymanki.

 

Nawałka pod ostrzałem

Wszelkie zarzuty pod adresem naszych reprezentantów były jednak na ogół chybione. Do słabego występu przeciwko Senegalczykom na pewno nie przyczyniła się ich nadmierna aktywność w reklamach, bo nie nagrywali ich przecież w trakcie zgrupowań w Juracie i Arłamowie. Nieprawdą jest też, że Thiago Cionek skompromitował się swoim występem. Gdyby nie fatalna w skutkach próba zablokowania strzału zakończona samobójem, po meczu jego statystyki byłyby takie same, jak w wielu poprzednich występach w kadrze. On zagrał na tyle, na ile potrafi, a kwestią sporna jest to, czy w ogóle powinien w tym meczu zagrać. Podobnie jak Arkadiusz Milik, zdecydowanie najgorszy gracz w naszym zespole i w ogóle na boisku.

Do pozostałych naszych piłkarzy trudno mieć jakieś poważniejsze pretensje. Po prostu mecz z Senegalem im nie wyszedł, ale winę za to ponosi wyłącznie trener Adam Nawałka, chociaż nawet do niego tak na dobrą sprawę też nie bardzo jest się o co przyczepić. Chyba każdy z nas układając przed mundialem w myślach wyjściową jedenastkę Nawałki, wypisywał na poszczególnych pozycjach nazwiska tych piłkarzy, na których we wtorek postawił selekcjoner. Szczęsny – Piszczek, Glik, Pazdan, Rybus – Błaszczykowski, Krychowiak, Zieliński, Grosicki – Milik, Lewandowski. Przez kontuzję w tym zestawie nazwisk zabrakło Glika, ale reszta to bezdyskusyjnie nasi najlepsi w powszechnym mniemaniu gracze. Jeśli Nawałka coś zawalił, to chyba tylko to, że od zakończenia eliminacji w żadnym z sześciu spotkaniach towarzyskich nie zagrał choćby w zbliżonym do powyższego ustawieniu.

No to kiedy mieli się zgrać, dopracować zagrania, wyćwiczyć nowe schematy gry i zmodyfikować już wyuczone? Gdyby nie dwa głupie błędy wygraliby z Senegalem 1:0. Jak będzie w niedzielę z Kolumbią?

MŚ Rosja 2018: Afrykański test biało-czerwonych

Piłkarze polskiej reprezentacji ponoć nie mogli już się doczekać meczu z Senegalem, pierwszego występu na rosyjskim mundialu. Ale po przylocie do Moskwy, widząc na trybunach stadionu Spartaka morze biało-czerwonych flag, dotarło do nich, że nie mogą tu przegrać.

 

Na tę chwilę z niecierpliwością czekali nie tylko kadrowicze Nawałki, lecz przede wszystkim polscy kibice. Mecz z Senegalem miał dać nam wszystkim odpowiedź, czy wracająca do światowej elity po dwunastu latach przerwy reprezentacja Polski jest w stanie odegrać na rosyjskich boiskach większą rolę niż odegrała w dwóch poprzednich startach w XXI wieku. Jak pamiętamy w 2002 roku w Korei i Japonii oraz cztery lata później w Niemczech biało-czerwoni odpadli z rywalizacji juz w fazie grupowej. W Rosji miało być inaczej, co najmniej tak dobrze jak w Euro 2016 we Francji, gdzie ekipa Nawałki dotarła do ćwierćfinału. Ale tu i ówdzie pojawiały się entuzjastyczne opinie, że Roberta Lewandowskiego i spółkę stać na nawiązanie do osiągnięć legendarnych drużyn Kazimierza Górskiego z 1974 roku i Antoniego Piechniczka z 1982 roku.

Co prawda sami piłkarze, a także ich przełożeni próbowali studzić nastroje, lecz mimo ich starć biało-czerwony balonik nieustannie się powiększał, przynosząc przy tym wyraźne korzyści najważniejszym postaciom w obozie biało-czerwonych. Sądząc po ilości zamieszczanych w polskich mediach reklam, beneficjentami tej niebywałej wcześniej hossy byli w pierwszej kolejności Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Zbigniew Boniek, Kamil Glik, Jakub Błaszczykowski i Kamil Grosicki. Nic dziwnego, że dla tych kilku mężczyzn mecz z Senegalem był mocno stresującym przeżyciem. Ewentualna porażka niosła bowiem ryzyko odwrócenia nastrojów z entuzjastycznych na wrogie, bo jak wiadomo łaska kibica na pstrym koniu jeździ. A tu jeszcze do szatni naszej drużyny docierały wieści, że uważana za najgroźniejszego rywala w naszej grupie Kolumbia przegrała 1:2 z uważaną za najsłabszą Japonią.

Z zespołem Senegalu nasza reprezentacja jeszcze na mundialu nie grała. Jego najbardziej znanym graczem jest napastnik FC Liverpool Saido Mane, którego piłkarską klasę wielu ekspertów stawia wyżej nawet niż Lewandowskiego. Trener Nawałka zapewniał jednak solennie, że nie czuje stresu przed pierwszym meczem turnieju. „Po to zbierałem doświadczenia jako piłkarz, a potem trener, żeby stawka meczu mnie motywowała, a nie stresowała. Od samego początku uważaliśmy, że nasza grupa jest wyrównana, bo są w niej czołowe drużyny ze swoich kontynentów. Senegalczycy potrafią szybko przechodzić z obrony do ataku. Pod wieloma względami nasze zespoły mają zbliżone walory. Ja jednak wierzę, że to my okażemy się lepsi o tę przysłowiową jedną bramkę. Ale to będzie trudny mecz” – przestrzegał selekcjoner biało-czerwonych. Składem jednak nikogo nie zaskoczył i do walki z Senegalem wyznaczył: Szczęsnego – Piszczka, Thiago Cionka, Pazdana, Rybusa – Błaszczykowskiego (setny występ), Krychowiaka, Zielińskiego, Grosika – Milika i Lewandowskiego.

Mecz Polska – Senegal zakończył się wynikiem 1:2.