Iran się nie da Trumpowi

Donald Trump spełnił swoje pogróżki: USA ponownie nałożyły na Iran wszystkie sankcje, które zdjęły w 2015 r., a także dodały kolejne. Odpowiedź z Teheranu jest stanowcza.

 

Dotknięty sankcjami zostanie sektor energetyczny (na który wypada 80 proc. dochodów Iranu z eksportu), a także transportowy (przesył ropy i gazu, porty) i finansowy (w tym system bankowy). USA zamierzają karać nie tylko sam Iran, ale również państwa, które nie zerwą z nim wymiany gospodarczej. Donald Trump łaskawie zgodził się tymczasowo wyłączyć spod sankcji osiem krajów importujących irańską ropę, m.in. Chiny, Indie, Turcję, Koreę Południową, Japonię, Włochy. Unii Europejskiej jako całości wyjątek nie dotyczy. Tymczasem Francja, Niemcy i Wielka Brytania, które w 2015 r. obok USA, Rosji, Chin i Iranu sygnowały porozumienie nuklearne, zapowiadają, że nie wycofają się z układu tak, jak zrobił to Trump. Wprowadzenie wyjątku dla ośmiu importerów ma zapobiec masowym zwyżkom cen ropy na światowym rynku.

W Teheranie decyzję Trumpa przyjęto bojowo. Tysiące mężczyzn i kobiet zebrało się pod budynkiem dawnej amerykańskiej ambasady w stolicy Iranu, w rocznicę jej zajęcia przez zwolenników rewolucji islamskiej i wzięcia dyplomatów jako zakładników (zostali zwolnieni po 444 dniach) . Do zgromadzonych przemówił dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Mohammad Ali Dżafari. – Chciałbym coś powiedzieć Ameryce i jej dziwnemu prezydentowi. Nigdy nie straszcie Iranu, bo my wciąż pamiętamy przerażone krzyki waszych żołnierzy na pustyni – powiedział, odnosząc się do nieudanej amerykańskiej akcji odbicia zakładników (operacji Orli Szpon).

Z kolei prezydent Hasan Rouhani w transmitowanym w telewizji przemówieniu powiedział, że jego kraj nie zaprzestanie handlu ropą.

Władze Iranu zachowują stanowczość, ale sytuacja ekonomiczna kraju nie jest dobra. W ostatnich miesiącach regularnie w różnych obszarach kraju wybuchały protesty przeciwko podwyżkom cen i bezrobociu, które dotyka zwłaszcza młode pokolenie. Tymczasem kryzys może się pogłębiać, gdyż część państw, których na razie sankcje nie dotyczą, np. Indie, już ograniczyło skalę importu z Iranu.

Kraje UE, które nie wypowiedziały układu nuklearnego, wyraziły żal z powodu postępowania Trumpa. We wspólnym oświadczeniu deklarują wsparcie dla miejscowych firm, które będą chciały kontynuować „legalny biznes w Iranie”. Podobnie Chiny stoją na stanowisku, że ich interesy w Iranie nie powinny być utrudniane przez USA. Entuzjastyczne poparcie dla ruchu amerykańskie prezydenta popłynęło natomiast z wiernie sojuszniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także z Izraela. Tamtejszy minister obrony Avigdor Liberman zamieścił na Twitterze wylewne podziękowanie, w którym nazwał sankcje ruchem, na który czekał cały Bliski Wschód i który powstrzyma zaangażowanie irańskie w Syrii, Iraku, Jemenie, Strefie Gazy oraz Libanie.
Zagraniczne zaangażowanie Iranu, krzyżujące niejednokrotnie amerykańskie pomysły na urządzanie Bliskiego Wschodu po swojemu, wyjątkowo kłuje Waszyngton w oczy. Wśród warunków, które Teheran miałby spełnić, by sankcje cofnięto, jest nie tylko zamknięcie programu nuklearnego, ale także faktyczne zrzeczenie się samodzielnej polityki zewnętrznej. To żądanie oficjalnie nazywa się „zaprzestaniem wspierania terroryzmu” – pod adresem sojuszników USA takowego nikt nie wysuwa.

Wolta Trumpa

Jeszcze w ubiegłym tygodniu przywódcy Iranu i USA wymieniali groźby. Tymczasem podczas poniedziałkowej konferencji prasowej w Białym Domu prezydent Trump wyraził chęć podjęcia rozmów z Irańczykami. Wcześniej Teheran ujawnił, że administracja Trumpa wystosowała aż osiem zaproszeń do negocjacji, które zostały odrzucone. Tym razem doradca prezydenta Iranu odpowiedział przyjaźnie.

Nagłe zwroty w polityce Donalda Trumpa zaczynają być regułą. Niewiele może już zadziwić opinię publiczną po tym jak bezpośrednio po spotkaniu z Władimirem Putinem prezydent USA oświadczył, że Rosja nie mieszała się do amerykańskich wyborów w 2016 r., a dzień później pod wpływem masowej krytyki uznał, że jednak zawiniła. Teraz, dwa miesiące po zerwaniu paktu nuklearnego z Iranem i po groźbach kierowanych do prezydenta Rouhaniego, Trump chce rozmawiać z Teheranem.

– Na pewno spotkam się z Iranem, jeżeli tylko oni sami będą chcieli się spotkać – powiedział prezydent USA w poniedziałek, zwracając się do dziennikarzy w Białym Domu podczas wizyty złożonej mu przez prawicowego premiera Włoch Giuseppe Contego. – Bez żadnych warunków wstępnych – dodał.

Donald Trump podkreślił, że wierzy w obustronne korzyści z dyplomacji i że “może spotkać się z kimkolwiek”. Nawiązał też do szczytu, jaki odbył z Putinem i uznał, że zakończył się on sukcesem, mimo że w kraju padł ofiarą zaciekłej krytyki zarówno ze strony Demokratów jak i Republikanów: “Jak rozmawiasz z innymi ludźmi, zwłaszcza gdy to dotyczy zagrożenia wojną wojną, śmiercią, głodem i innymi rzeczami – to się spotykasz. Nie ma nic złego w tym, żeby się spotkać” – stwierdził.

Do tych słów odniósł się już Hamid Aboutalebi doradca prezydenta Hassana Rouhaniego, wykazując otwartość na propozycję Trumpa. Podkreślił jednocześnie, że jego kraj będzie się starał o powrót do zerwanej wcześniej przez USA umowy: – Poszanowanie dla praw narodu irańskiego, ograniczenie wrogości i powrót do układu nuklearnego to kroki, których podjęcie może przygotować grunt pod rozmowy między Iranem a USA.

Oświadczenie to przychodzi tydzień po tym jak Trump w mediach społecznościowych groził Irańczykom, że jeżeli będą stwarzać zagrożenie dla USA, to “spotkają się z konsekwencjami, jakie to tej pory niewielu w dziejach poniosło”. Rouhani z kolei ostrzegał, że wojna między Iranem a USA będzie “matką wszystkich wojen”. Dyplomacja Teheranu ujawniła tymczasem, że od czasu zerwania umowy nuklearnej USA aż ośmiokrotnie kierowały do Iranu zaproszenia do rozmów. Dotychczas wszystkie zostały odrzucone.

Komentatorzy podkreślają, że zachodzi tu podobieństwo do sytuacji sprzed porozumienia USA z Koreą Północną, podpisanego w czerwcu. Szczyt singapurski był poprzedzony ostrą wymianą retorycznych ciosów między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem i prawdopodobnie był wstępem do rozmów, które na tym tle administracja Trumpa mogła okrzyknąć wielkim sukcesem.
Porozumienie USA z Iranem, podpisane w 2015 r. za prezydentury Baracka Obamy, określało ustępstwa wobec Teheranu, na jakie godził się Waszyngton, pod warunkiem ograniczenia i stopniowego wygaszania irańskiego programu rozwoju broni nuklearnej. Trump jednostronnie zerwał porozumienie w maju 2018 r., uznał bowiem, że Iran prowadzi prace na rakietami balistycznymi dalekiego zasięgu, co jego zdaniem było naruszeniem warunków umowy. Większość uznanych ekspertów w tej dziedzinie, organizacji międzynarodowych monitorujących realizację paktu, a także przywódcy Unii Europejskiej kategorycznie skrytykowali posunięcie przywódcy USA, twierdząc, że zagraża ono procesowi pokojowemu, a Iran w pełni wywiązuje się ze zobowiązań.

Najostrzejsze sankcje w historii

„Bezprecedensową presją finansową” zagroził dziś Iranowi amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo. Co mają zrobić Irańczycy, aby jej uniknąć? Żądania idą tak daleko, że ich przyjęcie oznaczałoby całkowitą kapitulację Teheranu. Dlatego odpowiedź prezydenta Hasana Rouhaniego była równie jednoznaczna.

Pompeo na początek zażądał od Irańczyków całkowitej rezygnacji ze wzbogacania uranu i bezwarunkowego udostępniania dla kontroli wszystkich miejsc, gdzie w przeszłości wytwarzano energię jądrową. Poza tym Teheran miałby faktycznie wyrzec się aktywnej polityki zagranicznej, a z pewnością wycofać się ze wszystkich konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie, w których ma choćby pośredni udział. – Wytropimy irańskich agentów i ich pomocników z Hezbollahu i zniszczymy ich – odgrażał się sekretarz stanu, żądając od Iranu wycofania doradców wojskowych i/lub szkolonych przez nie oddziałów z Syrii, Libanu oraz Jemenu. Oczywiście nie zająknął się nawet, że w każdym z wymienionych przypadków Irańczycy nie są jedyną zewnętrzną stroną zaangażowaną w konflikt i że ich zniknięcie oznaczałoby oddanie pola faworytom Ameryki – Arabii Saudyjskiej oraz Izraelowi.
Swoją pierwszą wielką publiczną mowę w charakterze sekretarza stanu Pompeo streścił również na Twitterze.
– Sankcje będą bolesne, jeśli reżim [irański – przyp. MKF] nie zmieni kursu, schodząc z obecnej bezproduktywnej, niemożliwej do zaakceptowania ścieżki – mówił Pompeo na forum Heritage Foundation. Zapowiadał, że Teheran odczuje „bezprecedensową presję finansową”, a sankcje będą „najsilniejsze w historii”. Pogroził nie tylko Hasanowi Rouhaniemu i jego rządowi, ale i europejskim firmom, które nie zechcą wycofać się z robienia biznesu w Iranie tak, jak wymyślił Donald Trump.
Na koniec nowy sekretarz stanu stwierdził, że jego dzisiejsze wystąpienie i sankcje „to zaledwie początek”. Czyli w rzeczywistości zagroził Iranowi wojną lub destabilizacją kraju.
Komentatorzy i analitycy szybko zauważyli także, iż przekaz Pompeo pod irańskim adresem zasadniczo nie różni się od żądań, jakie wysuwał od lat Izrael – tyle, że tym razem w charakterze posłańca wystąpił amerykański sekretarz stanu. Podkreślają także, że taką „dyplomację” trudno tak naprawdę określać dyplomacją – w rzeczywistości od Iranu zażądano ustępstw tak poważnych, że oznaczałyby one upadek obecnego systemu rządów, a w konsekwencji być może nawet rozpad państwa.
Dlatego też odpowiedź prezydenta Iranu była jednoznaczna. Zgodnie z oczekiwaniami większości społeczeństwa Teheran nie ma zamiaru ugiąć się przed dyktatem. – Kim pan jest, by podejmować decyzje w imieniu Iranu i świata? – zwrócił się do Pompeo Hasan Rouhani. Następnie powtórzył, że USA nie mają ani uprawnień, ani przyzwolenia, by podejmować decyzje w imieniu innych suwerennych państw.