Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Złapał Kozak…

Podczas, gdy większość światowych mediów zastanawia się o czym tak naprawdę rozmawiali obydwaj przywódcy w Helsinkach, część prasy amerykańskiej i prasa izraelska wiedziała i wie dość sporo.

 

Bezpośrednio przed szczytem izraelska gazeta „The Jerusalem Post” pisała, że kilka dni wcześniej premier Benjamin Netanyahu spotkał się na Kremlu z Putinem. Oczywiście Netanyachu rozmawiał także kilkakrotnie na temat bezpieczeństwa Izraela z Trumpem. Dlatego gazeta przewidywała, że bardzo ważnym tematem szczytu będzie przyszłość Syrii i rola Iranu w regionie. Spekulowała przy tym, że Putin zaoferuje pozbycie się irańskich sił z Syrii, jeżeli Trump wywrze nacisk na Zachód, by złagodzić ekonomiczne i dyplomatyczne sankcje nałożone na Rosję po jej inwazji i aneksji Krymu. (Herb Keinon, „Netanyahu talks to Trump before Trump-Putin Summit”, The Jerusalem Post, July 15, 2018).

Bezpośrednio po szczycie, w tym samym dniu, amerykański „New York Post” napisał, że zwycięzca szczytu może być tylko jeden – Izrael. Obydwaj przywódcy zapewnili, że będą wspólnie pracować na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Putin wezwał do pełnego poszanowania Porozumienia z 1974 roku dotyczącego rozdzielenia wojsk na Wzgórzach Golan; zapewni to pokój na Wzgórzach i bardziej przyjazne relacje między Syrią i Izraelem oraz bezpieczeństwo Izraelowi. Putin wezwał do koordynacji działań militarnych Rosji i Stanów w kryzysie syryjskim. Jak wiadomo, dotychczas w tej 8. letniej wojnie obydwa państwa popierały zwalczające się strony. Izrael spodziewa się korzyści po spotkaniu dwóch przywódców. (Marisa Schultz, „Why Israel stands to benefit from Trump – Putin summit”. New York Post, July 16, 2018).

Większość obserwatorów twierdzi, że zwycięzcą szczytu okazał się Putin, a nie Trump. Wykluczyć się jednak nie da, że wyniki szczytu będą korzystne także dla Izraela. Styl jednak w jakim ten ewentualny sukces został osiągnięty budzi poważne wątpliwości. Izraelska gazeta Haaretz dzień po szczycie niezwykle krytycznie oceniła postawę Trumpa w Helsinkach: „Z wyjątkiem twardych zwolenników, Ameryka z trudem wybaczy prezydentowi, który stojąc przy autorytarnym przywódcy, jakim jest Władymir Putin, zdecydował się raczej go bronić niż skarcić, zamiast tego walił (bashed) w swój własny kraj”. Jeżeli nawet Trump niczego Putinowi nie zawdzięcza, (podkreślenie moje, M.P.) to wyglądał i mówił tak, jak gdyby był jego lokajem lub marionetką, co już wcześniej przewidziała Hilary Clinton. (Chemi Shalev, „In Helsinki, Trump Hazed America as if He Were Putin’s Puppet” , Haaretz, Jul 17, 2018). Co i komu Trump zawdzięcza czytamy w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”, jakiego udzielił wybitny znawca Bliskiego Wschodu, ambasador Krzysztof Płomiński: „Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem”. (Rozmawiał Robert Walenciak, „Ropa, Religia, Narody, Interesy”, Przegląd Nr 28, 8-15.07.2018). Wygląda więc na to, że Donald Trump spłaca teraz swe długi.

Dowiemy się kiedyś zapewne czy w Helsinkach dyskutowano o Unii Europejskiej, Europie Środkowo-Wschodniej, czy o Polsce i co postanowiono. Świat obserwował będzie z niepokojem treść dialogu, jaki prowadzić będą Rosja i USA. Za ustępstwa rosyjskie wobec USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, Europa, a szczególnie nasz region zapłacić może jakąś cenę. Pytanie – jaką? Na naszym polskim podwórku słychać niezdarne próby usprawiedliwiania postawy Trumpa w Helsinkach ( a to, że jest pod stałą presją krytyków i nie wytrzymał tej presji, albo, że właściwie „Polacy nic się nie stało”). Jest jednak oczywiste, że Stany Zjednoczone nie chcą już być przywódcą świata zachodniego, dobrowolnie z tego przywództwa zrezygnowały, choć pozostało jeszcze ich przywództwo w NATO. Natura nie lubi próżni i to miejsce zapełni zapewne po jakimś czasie Unia Europejska (a w niej Niemcy i Francja). Do Europy Środkowej weszły już gospodarczo Chiny (formuła 16+1 niewiele się różni od 12tki państw Trójmorza). Potwierdzeniem chińskich intencji było sofijskie forum gospodarcze 16+1, na którym (7 lipca) premier Chin Li Keqiang zachęcał do dyskusji o problemach dotychczasowej integracji Środkowej Europy i promowaniu osiągnięć regionu. Chiny oraz 16 państw Środkowo-Wschodniej Europy chciałyby widzieć zjednoczoną, dobrze funkcjonującą Unię Europejską. Integracja środkowoeuropejska nie jest konkurencją czy alternatywą dla Unii Europejskiej. Chiny postrzegają Europę jako globalny „biegun pokoju” i proponują zaproszenie państw trzecich do współpracy z „16+1”, w domyśle chodzi o Niemcy, Francję, Włochy. „Wojna celna USA z Chinami, zaproszenie państw bałkańskich do Unii Europejskiej, obietnice kredytów dla państw Trójmorza składane przez prezydenta Donalda Trumpa wzmocniły pozycję Forum 6+1, Czy uda im się wykorzystać to zainteresowanie – czas pokaże”.(Anna Sobczyńska, „Chiny zapraszają”, Trybuna, 16-17 lipiec 2018 – przy pisaniu tekstu pani A. Sobczyńska wykorzystała publikacje z „People’s Daily”).

Unia Europejska, w przeciwieństwie do USA i Rosji w sposób otwarty, bez tajemnic, nawiązuje ściślejsze niż dotąd stosunki z Chinami. W dniu szczytu w Helsinkach w Chinach wizytę złożyli Jean-Claude Juncker, Przewodniczący Komisji Europejskiej i Donald Tusk, Przewodniczący Rady. Podpisano wiele umów. Chiny szukają w UE sojusznika w wojnie handlowej z USA i chcą zrównoważyć straty w relacjach gospodarczych z USA. Dyskutowano m.in. o sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także o Ukrainie. A więc nie tylko Stany Zjednoczone i Rosja interesują się naszym regionem i całą Europą!

W świetle rozpętanej przez Donalda Trumpa wojny handlowej i obłożenia towarów z UE dodatkowymi cłami, szczególne znaczenie miała będzie umowa podpisana 17 lipca 2018 roku między UE a Japonią przez Junckera i Tuska oraz japońskiego premiera Shinzo Abe. Powstaje strefa wolnego handlu obejmująca ponad 600 milionów ludzi. Japonia, bliski sojusznik USA, nie zapytała się w tym przypadku o zgodę swego wielkiego brata.

Po szczycie Trump-Putin w Helsinkach obudziliśmy się, bez własnej woli, w innym zupełnie świecie.

Szkodliwy prezydent

Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Marcin Bosacki, były ambasador Polski w Kanadzie i były rzecznik MSZ.

 

JUSTYNA KOĆ: Dziwna konferencja dwóch głównych przywódców światowych mocarstw. Czy możemy mówić o nowym otwarciu w relacjach USA-Rosja?

MARCIN BOSACKI: Raczej nowym, dziwacznym rozdziale. Dużą osobliwością jest fakt, że po raz pierwszy w historii nie był to szczyt prezydenta USA, przywódcy Zachodu i prezydenta Rosji czy kiedyś I sekretarza ZSRR, tylko szczyt Władimira Putina z Donaldem Trumpem, przypadkowym prezydentem USA, który sam zrzekł się miana lidera Zachodu, a i o własnym kraju mówił głównie krytycznie. Zaskakujący jest fakt, że konferencja prasowa przywódców nie była poświęcona Syrii, Ukrainie, Unii, wojnie handlowej, głównie sprowokowanej działaniami prezydenta Trumpa, a w 80 proc. dotyczyła tego, czy sztab wyborczy Trumpa i on sam współpracował z wywiadem rosyjskim kierowanym przez Putina podczas kampanii wyborczej w 2016 roku.

Zaskakujący zarówno sam temat, jak i fakt, że obaj prezydenci mówi praktycznie to samo: nie było zmowy, dowody są nieprawdziwe, a tezy specjalnego prokuratora Muellera przedstawione w ubiegły piątek, 3 dni przed szczytem, są absurdalne.

Trump skonfrontowany przez jednego z dziennikarzy amerykańskich z bardzo podstawowym pytaniem, komu wierzy, czy Rosjanom, czy wywiadowi amerykańskiemu, Trump odpowiedział krytyką FBI i chwaleniem Putina. Wezwany, aby zwrócił się do Putina i zaapelował, aby ten nigdy nie manipulował w ten sposób przy amerykańskich wyborach, nie zrobił tego.

 

Chyba nikt się nie spodziewał, że tak ta konferencja będzie wyglądać?

Przyznam, że z bliska patrzyłem na w tego rodzaju szczyty jako dziennikarz, a później jako dyplomata co najmniej kilkanaście razy – i ten był zarówno najbardziej fascynujący z powodu poziomu kompromitacji przywódcy USA, jak i najbardziej miałki. Merytorycznie nie przyniósł nic. Najbardziej konkretne zdanie, jakie powiedzieli obaj panowie, dotyczyło powołania grupy roboczej złożonej z przedstawicieli rad bezpieczeństwa obu krajów. To znaczy, że nic nie ustalono.

Od piątku, kiedy ujawnione zostały materiały, wszyscy wiemy, że Trump wygrał wybory między innymi dlatego, że otrzymał tajne dane strategii, głównie internetowej, jego kontrkandydatki Hillary Clinton. Te dane wykradł wywiad wojskowy Rosji i przekazał sztabowi Trumpa.

Ta konferencja przypominała mi konferencję po meczu na mundialu, gdzie jeden z zawodników strasznie zawalił na boisku, udawał, że był faulowany, nie strzelił karnego, i jego trenera. Na miejscu zawodnika widziałem Trumpa, a trenerem był Putin, trenerem, który broni zawodnika, mimo jego oczywistej kompromitacji. Nigdy nie spodziewałem się, że Ameryka może być tak upokorzona na arenie międzynarodowej, jak podczas tej konferencji.

 

Co to oznacza dla świata?

Wielu konkretów nie mamy do komentowania. Obaj niby się zgodzili, że należy dążyć do zakończenia krwawego konfliktu w Syrii oraz do bezpieczeństwa Izraela. Ale już w tej pierwszej sprawie Putin mówił rzeczy, które dla większości agencji w USA są nie do przyjęcia. Mówił np. o konieczności zakończenia operacji antyterrorystycznej w południowo-zachodniej Syrii. Tam nie ma żadnej operacji antyterrorystycznej, tylko jest wyrzynanie całych miast przez siły Assada z ogromnym wsparciem Rosji. Co więcej,

Ameryka jeszcze kilka tygodni temu naciskała na Rosję, aby zorganizować tam tzw. safe zone, strefę, która jest wolna od nalotów. Teraz żadne konkrety nie padły.

 

Kto wygrał?

Putin osiągnął to, co chciał, czyli spotkanie z prezydentem USA. Na oczach całego świata uzyskał uznanie, że to Rosja jest głównym partnerem Ameryki do rozwiązywania problemów tego świata.

Co ważne, Putin też może uważać, że okres, który rozpoczął się ponad 4 lata temu od najazdu na Krym i rozbudzenia walk we wschodniej Ukrainie, co skutkowało m.in. wykluczeniem Rosji z G8, przynajmniej się kończy.

Co Trump uzyskał poza możliwością dość pokracznego krytykowania swojej opozycji oraz służb wywiadowczych w USA, zaiste nie wiem. Nie widzę żadnych koncesji Putina dla interesów USA, a nawet osobiście dla Trumpa.

 

Wiemy, że Trump krytykuje gazociąg Nord Stream 2. Była o tym mowa także na konferencji, ale Trump unikał jasnych wypowiedzi.

Wypowiedź amerykańskiego prezydenta o NS2 pokazuje, że cała sprawa – wbrew polskim nadziejom – nie była częścią przemyślanej strategii USA realizowanej przez Trumpa, tylko kolejną okazją do krytyki Niemiec. Gdy Trump stanął koło Putina, już się tak zdecydowanie nie wypowiadał przeciw temu niewątpliwie szkodliwemu gazociągowi. To kolejna nauczka – nie można nic trwałego budować na tym, co Trump mówi, to polityk chaotyczny i pozbawiony stałych poglądów.

 

A sprawa Ukrainy? Były powszechne obawy, że Trump może pójść na jakąś formę wymiany pomocy w Syrii za ustępstwa w sprawie Ukrainy.

Były takie obawy, że Trump np. uzna, że Krym jest częścią Rosji albo wstrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy czy ćwiczenia wojskowe NATO z udziałem wojsk USA w Polsce i naszym regionie. To nie nastąpiło, co jest dobre. Tylko tak naprawdę nie wiemy, o czym dokładnie rozmawiano. Główna, dłuższa rozmowa była w 4 oczy, a konferencja prasowa skupiła się na temacie wyborów w USA, natomiast dla obserwatorów jasne jest, że większość ważnych tematów została omówiona na spotkaniu w cztety oczy. To nie jest dobre, nawet abstrahując od coraz bardziej prawdopodobnej hipotezy, że Putin ma na Trumpa „haki”.

Trump nie jest ekspertem w polityce międzynarodowej. Putin jest, bo – po pierwsze – był oficerem wywiadu przed dwie dekady, a teraz jest przywódcą jednego z najważniejszych światowych graczy, też od blisko dwóch dekad. Brak doradców przy głównym stole może niepokoić, to był fakt, który na pewno osłabił USA na tym szczycie.

 

To, co się dzieje, może świadczyć, że demokratyczny świat traci najważniejszego żandarma, jakim była Ameryka przed dekady?

Nie używałbym słowa żandarm, ale rzeczywiście Ameryka była od 1945 czy nawet 41, kiedy przystąpiła do II wojny, głównym filarem świata zachodniego, czyli świata demokracji, rządów prawa i kapitalizmu. I teraz Donald Trump ten porządek świata i tę rolę odrzuca, o czym świadczy bardzo uporczywa propaganda, którą Trump od kilku tygodni uprawiał głównie na Twitterze, ale też podczas konferencji przy szczycie NATO i przed poniedziałkowym spotkaniem. On chce świat zmienić, ale nie bardzo wie, jak.

Ma instynkty, moim zdaniem złe i naiwne, ale nie ma planów geopolitycznych, które chce realizować. To, że odrzuca rolę USA jako lidera świata Zachodu, to, że uważa Unię Europejska za przeciwnika, to, że uważa, że za pogorszenie stosunków USA-Rosja winne są Stany Zjednoczone, świadczy o tym, że mamy na stanowisku prezydenta najważniejszego mocarstwa człowieka, który nie rozumie tego, jaką rolę Ameryka odgrywała w świecie. I że ten porządek zapewniał światu pokój i rozwój przez 70 lat.

 

To może być groźne dla Polski?

Ogromnie. Trump będzie rządził jeszcze co najmniej 2,5 roku. Przez ten czas można zrobić wiele złego, żeby zniszczyć spójność Zachodu. Dla Polski byłoby to niezwykle groźne, bo dobrobyt i bezpieczeństwo Polski było możliwe przez ostatnie ćwierć wieku właśnie dlatego, że mieliśmy zagwarantowane geopolityczne bezpieczeństwo dzięki sojuszowi USA i Europy w sprawach fundamentalnych.

Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych.
Polska, gdyby mogła politycznie działać, powinna łagodzić napięcia między Waszyngtonem z jednej, a Berlinem, Paryżem, w pewnym sensie także Londynem, Madrytem i Rzymem z drugiej strony. Niestety, rząd PiS na własne życzenie pozbawił Polskę wpływów na arenie międzynarodowej, m.in. rozmontowywaniem rządów prawa i demokracji czy nieszczęsną ustawą o IPN. Teraz rząd PiS może się właściwie tylko przyglądać. By Polska, zgodnie z naszym interesem narodowym, w tej godzinie próby przystąpiła do prób ratowania spójności Zachodu, musimy najpierw zmienić w wyborach władze w Warszawie.