Księże nieuku, przeczytaj

Raz jeszcze okazało się, że polscy księża katoliccy nie znają, lub nie chcą znać, obowiązującego w Polsce prawa. Ale lubią nim posługiwać się w obronie swych interesów. Czyli księżowskiej kasy.

Znany katolicki celebryta ksiądź Tadeusz Isakowicz-Zalewski zagrzmiał na Facebooku w stronę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
„W imię jakich wartości podległa Panu instytucja z kieszeni polskich podatników/w tym katolików/opłaciła film „Kler”? Zwłaszcza, że tylu innym projektom odmówiono?” .
Dołączył się do akcji w Internecie upowszechniającej ulotkę o treści:
„Skandal w ministerstwie Kultury, a nie w Kościele. Minister Piotr Gliński dofinansował najnowszy ohydny film Wojciecha Smarzowskiego, który jednoznacznie i tendencyjnie pokazuje polski Kościół”.
Na to minister Gliński odparował na Twitterze: „Informuję, że NIE DALEM ANI GROSZA na ten cel. Był on natomiast finansowany decyzjami p. Odorowicz i Sroki – b. dyrektorek PISF, mianowanych przez poprzedników. Na których działania – zgodnie z prawem, niemieliśmy wpływu”.

W odciecz panu wicepremierowi i ministrowi Glińskiemu ruszył prawicowy, poPiSowski tygodnik „Do Rzeczy”. Publikując artykuł „Kasa na „Kler” podpisany przez Agnieszkę Niewińską.
Dziennikarkę, która, podobnie jak ksiądz Isakiewicz-Zalewski, wprowadza w błąd opinię publiczną.
Redaktor Agnieszka Niewińska pisze, że „PISF, czyli Polski Instytut Sztuki Filmowej, zasilił konto producentów „Kleru” kwotą 3,5 mln zł z wnioskowanych przez nich 4 mln zł. Całkowity koszt produkcji wnioskodawcy określili n blisko 10,5 mln zł”.

I dalej długo wyjaśniała, że „panie dyrektorki” Instytutu zostały mianowane przez poprzednich ministrów kultury. Co rzeczywiście prawda jest.

Prawdą też jest, że tylko jedna trzecia środków przeznaczonych na film „Kler” pochodziła z funduszy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytutu powołanego mocą ustawy o kinematografii z 2005 roku.
Jestem współautorem tej ustawy. Dlatego z przykrością muszę stwierdzić, że katolicki celebryta ksiądz Isakiewicz-Zalewski i redaktor Niewińska nie piszą prawdy.
Pieniądze Instytutu nie pochodzą z „kieszeni polskich podatników”, czyli wszystkich obywateli RP. Pochodzą z podatków i dani płaconych przez wszystkie instytucje korzystające z polskich filmów i zarabiających na ich upowszechnianiu.

Płacą właściciele kin. W Polsce dominują zagraniczne korporacje. Amerykańskie, izraelskie, europejskie. Płaca stacje telewizyjne TVN, Polsat i TVP SA. TVN to kapitał z USA. Płacą telewizje płatne. HBO, „Canal+” i inne. Też zwykle należące do zagranicznych właścicieli. Płacą producenci sprzętu służącego do odtwarzania filmów, czyli kapitał azjatycki, europejski, amerykański. Płaci polskie Lotto.
Płacą, bo tak napisaliśmy wspomnianą ustawę, aby na polskie kino płacili wszyscy kapitaliści. Amerykańscy, żydowscy, azjatyccy i europejscy. I polscy też, bo to dla nich patriotyczny obowiązek i wielka przyjemność.
Zgodnie z obowiązująca ustawą Polski Instytut Sztuki Filmowej nie „daje” pieniędzy na produkcje filmów

tylko pożycza

ich producentom część planowanych kosztów produkcji. Zwykle do 50 procent kosztów.

Jeśli wyprodukowany film zarobi więcej niż jego koszty produkcji, to od razu

zwraca

pożyczone pieniądze od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że niezwykle popularny film „Kler” pożyczone od Instytutu 3,5 miliona złotych szybko mu zwróci.

I te zwrócone miliony złotych Instytut będzie mógł pożyczyć na nowy projekt filmowy.
Na przykład na kolejny film o tak zwanych „żołnierzach wyklętych”. Tym razem bez gwarancji, że ten zrealizowany projekt pożyczkę zwróci. Bo do tej pory produkcje o tej tematyce nie cieszyły się taką popularnością jak teraz film „Kler”.

Zatem prawda jest taka.
• Producenci filmu „Kler” nie dostali pieniędzy z PISF tylko je pożyczyli.
• Pożyczone pieniądze pochodziły podatków i danin zapłaconych przez kapitalistów żydowskich, amerykańskich, azjatyckich, europejskich i polskich patriotów.
• Pożyczone pieniądze producent filmu „Kler” zwróci PISF.
• Instytut będzie mógł te pieniądze ponownie pożyczyć na kolejny projekt filmowy. O polskim papieżu albo o tak zwanych „wyklęciuchach”.

W ten sposób producenci i twórcy filmu „Kler” mogą wesprzeć nowy polski film o polskim papieżu.

 

PS. Ponieważ media komercyjne nie chcą informować, że kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Wilanowa i Ursynowa – proszę o upowszechnianie tej informacji. Kandyduję rzecz jasna z listy lewicy, czyli SLD – Lewica „Razem”.

Nomen omen Stryczek

Ja mówiłem, że tak będzie, że jak ktoś nazywa się Stryczek, to nie może to obejść się bez konsekwencji. Szlachetny Stryczek, jeśli wierzyć jego pracownikom, okazał się Stryczkiem tyranem. Małym, ale zawsze.

 

V Kolumna Szatana czyli Dublin w Warszawie?

Niechybnie działa w Kościele katolickim „piąta kolumna szatana”. Tak stwierdził w „Salonie dziennikarskim” Karnowskich ksiądz-redaktor pisma „Idziemy” (ale dokąd?) Henryk Zieliński. No bo nie może być przypadkiem, że niemal w tym samym czasie Smarzowski wjechał w Gdyni z tym „Klerem”, który przedstawia świątobliwych kapłanów jako „fabrykę małp, fabrykę psów, rezerwat dzikich stworzeń”, wróciła sprawa miliona na którego wypłacenie gwałconej przez księdza – jako nieletnia – młodej kobiecie skazał sąd Towarzystwo Chrystusowe, no i ten Stryczek. To nie może być przypadek, to skoordynowana akcja mająca na celu zniszczenie Kościoła. Będziemy mieli Dublin w Warszawie? Prezes się tego najwyraźniej obawia, bo nakazał magister Przyłębskiej strajk włoski w sprawie wniosków antyaborcyjnych złożonych do tzw. Trybunału Konstytucyjnego. Ta przez chwilę pomachała przyjaźnie ręką do posłanki Sobeckiej, posła Wróblewskiego, a przy okazji do Kai Godek i tyle ją widziano. A co do księdza-redaktora Zielińskiego, to tydzień wcześniej, też u Karnowskich, opowiadał o pobycie w Turcji i mówił jak tam teraz byczo jest.

 

Na kawę z tragarzami

Premier Matołusz Morawiecki przechodził akurat obok Sądu Najwyższego z tragarzami, więc wpadł do emerytowanej prezes Małgorzaty Gersdorf na pogawędkę przy kawie. „Dobra była” – pochwalił kawę premier. Tylko kawę, bo Sąd Najwyższy znów objawił śliskość węgorza i znów umknął ziobrowemu knutowi. Żartowałem z tą spontaniczną kawą. Premier Matołusz chciał mieć argument dla Unii Europejskiej, że „prowadzi dialog”, ale niechcący poleciało mu z rąk i zjadowiwszy prezes Gersdorf, utwardził ją. A wydawało mu się, że taką blondynkę łatwo podejść.W rewanżu tzw. komisja dyscyplinarna SN, najnowsze dziecko Ziobra wezwała na przesłuchanie trójkę sędziów, których postawa nie podoba się: Ewę Maciejewską, Igora Tuleyę i Krystiana Markiewicza. To swoją drogą wyjątkowa bezczelność szykanować sędziów na przykład za wysłanie pytania prejudycjalnego do Trybunału Sprawiedliwości. Tak czy inaczej, wymiar sprawiedliwości okazał się dla PiS orzechem twardszym do zgryzienia niż to się śniło filozofom. Na domiar złego Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że lekceważąc wolę niektórych tzw. rodzin smoleńskich, które sprzeciwiały się ekshumacji ciał ich bliskich, władza PiS złamała art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka dotyczący prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Przyznano im po 16 tysięcy euro odszkodowania. Zapłacimy więc wszyscy za pisowską nekromanię („Rodzić trupy i wykopywać trupy”).

 

Niezawodna Gienia

Jednak nie z każdej strony władza może się spodziewać oporu. Są też sojusznicy. Ot, choćby ex-towarzyszka z SLD, profesor Genowefa Grabowska od prawa konstytucyjnego, udzieliła wywiadu portalowi Karnowskich w polityce.pl i żyruje tam dewastowanie wymiaru sprawiedliwości przez PiS. „Kiedy grupie sędziów, przechodzących zgodnie z ustawą w stan spoczynku, nie udało się zablokować reformy na gruncie krajowym, to postanowiła przenieść spór na poziom europejski. To jest sprawa wyjątkowo smutna. Takie niemiłe uczucie, kiedy obywatel danego kraju szuka wsparcia za granicą. Smutne jest także to, że niektórzy sędziowie nie akceptują prawa, które obowiązuje. Skoro w całej Polsce wiek emerytalny to 65 lat, i tylko w niektórych przypadkach można go wydłużyć, to trzeba to zaakceptować. Wszyscy musimy respektować obowiązujące prawo, sędziowie nie są z tej reguły wyłączeni” – taką oto czystą narracją pisowską pojechała w tym wywiadzie Grabowska. No a konstytucja, Pani konstytucjonalistko? Pawka Morozow by się nie powstydził.

 

Nauczyciele i policjanci

Drugi z najpoważniejszych obok sądów problem PiS to narastające niezadowolenie w budżetówce, która w sobotę wyszła z dużym marszem protestacyjnym na ulice Warszawy, od nauczycieli do policjantów. Tu problem, bo niektórzy mówią, że PiS tworzy państwo policyjne, ale przecież zgodnie z formułą Lenina, państwo policyjne to takie, w którym policjant zarabia więcej niż nauczyciel. PiS jak wiadomo lubi dać, ale tylko tam, gdzie mu się to opłaca politycznie, na swoich warunkach. Gdy nie spodziewa się takiego efektu i gdy warunki próbują mu narzucać inni, wkłada do kieszeni węża wielkiego jak pyton. Premier Matołusz powinien zadzwonić na Woronicza do Kurskiego i zobowiązać go do złożenia zapewnienia, że zaprzestanie tego nieustannego pokazywania w propagandzie telewizyjnej stosów forsy, foliowanej albo furczącej jak proporce na wietrze w maszynkach liczących. Nic dziwnego, że lud pracujący nabiera ostrego apetytu na podwyżki płac, skoro mu się co rusz pod nos podstawia takie obrazki. A jak wiadomo, co z oczu to i z serca.

 

Przerwa w remisji u Antoniego

Po sławetnej dymisji w styczniu Antoni Macierewicz ucichł i jakoś zmarniał. Jednak podkomisja smoleńska, którą polecono mu się bawić, zwłaszcza po zakończeniu smoleńskiego cyklu miesiączkowego to nie to, co Ministerstwo Obrony Narodowej, co tak między Bogiem a Prawdą, w Polsce PiS oznaczało de facto bycie Naczelnym Wodzem, następcą Rydza i Sikorskiego. Ostatnio jednak reaktywował się i ogłosił, że jeśli PiS opanuje stolicę, to należy zburzyć Pałac Kultury a na jego miejsce postawić Kolumnę Chwały Wojska Polskiego. A już był taki całkiem spokojny okres remisji.

 

Krycha wymiata

Krystyna Pawłowicz dała przykład jak można nie bawić się w kurtuazję z europejską zarazą nawiedzającą nasz kraj. Po Polsce krążyła delegacja Komisji Praw Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego (LIBE) pod przewodnictwem Claude Moraesa, która przybyła, by ocenić jak w tym zakresie w Polsce sprawy się mają. Odbyły się spokojne rozmowy z różnymi instytucjami, z jednej strony z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, z drugiej z Ordo Iuris. Inaczej było w tzw. KRS. Tam przyjęła ich m.in. rzeczona Pawłowicz i tak wydarła się na lewactwo i tak je wymiotła, że bardzo szybko zmyli się jak niepyszni, niczym menele pogonieni od straganu przez energiczną i rezolutną przekupę.

 

W imię ojca i syna albo martwe dusze

Tymczasem bohaterami dni są nade wszystko Morawieccy. Syn kłamie jak najęty i będzie pozwanym w pierwszym procesie w trybie przedwyborczym. Natomiast wrocławscy aktywiści z partii jego ojca poszli śladem Cziczikowa z „Martwych dusz” Mikołaja Gogola i tak jak on skupował, tak oni zbierali martwe dusze z przeznaczeniem na listy wyborcze. Od Cziczikowa różni ich to, że poza duszami uzyskali także ich podpisy.

 

„Kler” zbliża się

Czy się jednak Krycha sroży i wymiata, czy nie, „Kler” i tak zbliża się, jako że ogólnopolska premiera już w najbliższy piątek. Wojciech Smarzowski okazał się niewdzięcznikiem i to pomimo wakacyjnej emisji jego „Wołynia” w TVP 1 z przytupem i umizgów „Kury”. Gdyńskie jury nie przyznało mu jednak głównej nagrody Złotych Lwów, może nie chcieli ostatecznie konfliktować się z władzą. Pisowskie media już intensywnie pracują nad frekwencją „Kleru”, ogłaszając że jest on częścią ataku na Kościół katolicki.

Prywatne jest polityczne

Minął miesiąc od wybuchu afery wokół romansu posła Pięty. I co? I nic.

 

Zawieszono go, żeby media dały spokój. Jarosław Kaczyński odgrażał się, odgrażał – ale po 30 dniach Pięta nadal zasiada w czwartym rzędzie sejmowych ław, niedaleko prezesa zresztą. Nadal też jest (sic!) wiceprzewodniczącym sejmowych komisji odpowiedzialności konstytucyjnej oraz ustawodawczej. Pamiętajmy, że PiS ostatecznie nie wyrzucił też ze swoich szeregów „seksposła” Łukasza Zbonikowskiego (tego, który zdradzał żonę z asystentką, dzieląc się ze światem przemyśleniami na temat tego, że idealna małżonka powinna „wiedzieć gdzie jej miejsce” i mieć płaską głowę „żeby można było na niej postawić piwo”).
Konserwatyści nieustannie machają przed oczami flagą z tradycyjnymi wartościami i obroną rodziny, z drugiej strony nienawiść i pogarda dla kobiet wylewa im się ze wszystkich otworów ciała z tak wielką siłą, że są w stanie poświęcić nawet swoją polityczną wiarygodność, by trzymać dalej w partii osobników piętopodobnych. Choć ci realnie stają się dla formacji wizerunkowym ciężarem – to prywatnie nikt ich nie potępia. Prawicowi, głęboko wierzący politycy kierują się logiką, wedle której zbrodnią na rodzinie jest in vitro i nauczenie chłopca, jak się sprząta, ale nie jest nią przemoc domowa ani małżeńska zdrada. Bo to przecież „tylko” dramat kobiety, taka tam przejściowa niedogodność, towarzyski smrodek, obyczajóweczka. Można poklepać kolegę po plecach i powiedzieć: „Stary, sam rozumiesz, że musisz beknąć, ale jesteśmy z tobą – te baby to potrafią dać w kość”.
Zawodowych obrońców życia i rodziny nie bulwersują teksty o płaskiej głowie kobiety i piwie same przez się. Zadeklarowani moraliści nie wyrażają oburzenia, że niegodziwiec zwodzi miesiącami zakochaną w nim kobietę, obiecując jej wspólne życie, jednocześnie oszukując też matkę swoich dzieci, która jest wobec niego wierna i lojalna. Nikt się o nie głośno nie upomina. Co więcej, na nielojalność posła i przedmiotowe traktowanie bliskich mu ludzi nie reagują też jego polityczni oponenci i liberalni komentatorzy. Dla nich istnieje tylko problem nepotyzmu – to, że obiecywał Izabeli Pek intratne posady w państwowych spółkach. Nikogo nie zastanawia, że facet, który bez żenady obnosi się ze swoją niewiernością po komunikatorach internetowych, przyjmuje otwarcie kochankę w sejmowym hotelu – jest po prostu kiepskim materiałem na męża stanu reprezentującego kogokolwiek. Skoro nie jest dla niego oczywiste, że powinien stosować w codziennym życiu wartości, którymi tak ochoczo wyciera sobie gębę służbowo – nie nadaje się na współtwórcę prawa, którego przestrzegać mają wszyscy Polacy. Po prostu.
Obłudnicy, którzy podle traktują kobiety, molestują, znęcają się, zwodzą i zdradzają, powinni być piętnowani, choć nie linczowani. Ale na pewno nie ma mojej zgody na to, aby reprezentowali kobiety w parlamencie, aby decydowali o ustawach zmieniających ich los, wreszcie – aby zachowywali funkcje, stawiające ich w roli autorytetu w sprawach rodziny czy moralności. Tu doktryna „prywatne jest polityczne” powinna zostać wdrożona i działać bezlitośnie. Tymczasem w zawodzie największego społecznego zaufania panuje pełne przyzwolenie na łamanie zasad przyzwoitości – kolesie hipokryci spokojnie poklepują kolesia hipokrytę po plecach, życzliwie radząc, aby schował się na chwilę do szafy. Nie wspominając już o tym, że to Izabela Pek została ochrzczona hieną, dziwką i karierowiczką. Ale to już zupełnie inna historia.

Tylko pod tym znakiem

Polska wzdłuż i wszerz stoi krzyżami, figurami Chrystusa, dekalogami, kapliczkami i Maryjkami. To swoiste „molestowanie religią”.

 

Od czasu, kiedy postawiono tzw. Jezusa Świebodzińskiego, rozpoczął się w Polsce chory trend sakralnej gigantomanii. Krzyże, figury, tablice z dekalogiem – najwyraźniej nikogo nie rażą, w przeciwieństwie na przykład do tablicy czy mogił upamiętniających żołnierzy Armii Czerwonej, którzy oddali życie na polskiej ziemi.
Zadziwiające, że – jak ktoś trafnie określił to zjawisko – „molestowanie religią” nikomu nie spędza snu z powiek, choć przestrzeń publiczna teoretycznie wolna jest od symboli kultu, nie mówiąc już o instytucji szkoły. Polacy stanowią tu naprawdę fenomen na skalę światową: z jednej strony obstawiają się krzyżami nawet we własnym parlamencie (jeśli trzeba, nawet z narażeniem zdrowia, reputacji, regulaminu i pod osłoną nocy), z drugiej strony na koronie wielkiego świebodzińskiego Jezusa montują anteny, żeby lokalny proboszcz mógł mieć internet do monitoringu na terenie parafii.
W podobny sposób obchodzimy się z symbolami narodowymi. Ich znieważenie (zapis będący de facto batem na niepokornych, na przykład na Jerzego Urbana, którego chciano karać za to, że spalił kibicowski szalik) może być okupione więzieniem, ale nikogo nie razi czczony symbol na pościeli, gaciach, torbach na zakupy, piłkach. Nie mówiąc już o tym, że Polacy po prostu nie odróżniają swojej flagi na przykład od bandery. Wtykają obok samochodowych lusterek kupione za 3,50 flagowe paskudztwo, gdzie na biało-czerwonym jest jeszcze godło i napis. Śmiertelnie obrażają się za „szkalowanie narodu polskiego” i powołują w tym celu stosowne instytucje, ale nie wiedzą, jaki rodzaj symbolu może znaleźć się na okręcie, jaki na konsulacie bądź ambasadzie, a jaki powinien wywiesić zwykły obywatel. To to, czy jest sam orzełek, czy orzełek na biało-czerwony, albo czy gdzieś są te śmieszne biało-czerwone kwadraciki – ma, a przynajmniej powinno mieć znaczenie dla każdego patrioty, który nie chce być nazywany tekturowym.
Olbrzymią hipokryzję słychać również z ust pana wójta gminy Tuszów Narodowy na Podkarpaciu. Nie dość, że „narodowy” w nazwie, trzeba jeszcze pokazać, że wierzący i bogobojny. Zamiast więc dodatkowych zajęć na przykład z edukacji obywatelskiej, czy nawet swojskiego WOS, wywieśmy na budynku szkoły tablice z dekalogiem, oczywiście odpowiednio duże, żeby odnotowała je prasa. Jasne, ma pewnie rację pan wójt, że cała ludzkość by na tym skorzystała, gdyby zaczęła żyć zgodnie z boskimi przykazaniami, ale akurat to nie wychodzi jakoś specjalnie dobrze narodowi, wieszającemu wszędzie gdzie się da twarz papieża Polska, ale nie znającemu ani jednej z jego encyklik.

Polski oksymoron

Prawica obrzucając się politycznym gnojem zarazem wzajemnie obarcza się winą, że to prawicowe chamstwo ma swój rodowód w PRL i wtedy było właśnie powszechnie stosowane.

 

Jest to nieprawda, ale prawicowe nieloty aż tak głęboko nie wnikają w historię. Samo umieszczenie skandalicznego zachowania w epoce PRL, albo w Rosji jest już ubliżeniem na prawicy, choć nie ma to nic wspólnego z tamtymi czasami. Oto poseł Kierwiński, jeden z inteligentniejszych w PO (podobno), stwierdził, że ostatnio Sejm jest tak zabarykadowany jak w czasie zjazdów Układu Warszawskiego ?! Niczego takiego w tamtych czasach nie było.

 

Chamskie fanaberie

Przede wszystkim nie było takich barierek dzielących na sektory ulice czy chodniki. Wtedy takich rzeczy nie produkowano. W gospodarce niedoboru byłaby to zbędna fanaberia. Oddziały ZOMO, przy dzisiejszych oddziałach policji, wyglądały ze swoimi pałkami i tarczami jak dzisiejsze grupy rekonstrukcyjne. Ochrona państwowych dygnitarzy były symboliczna. Teraz za premierem czy prezydentem podąża kolumna aut, a on sam siedzi w pancernej limuzynie za kilka milionów złotych. Jakoś nikt tego zadęcia nie porównuje do czasów PRL, a podobno wtedy miliony obywateli dybały na życie znienawidzonych aparatczyków i podlegali oni szczególnej ochronie. Albo nie była to prawda, albo owi aparatczycy byli wielkimi ryzykantami.

 

Zarażanie chamstwem

Wszelkie niegodziwości w obecnej polityce – przekleństwa, ubliżanie, kłamstwa, pazerność mają prawicowo-kościelny rodowód. Wspominam Kościół dlatego, bo popiera on prawicę i pewnie dlatego nie wypomni jej (prawicy) chamstwa jakimi zaraziła ona politykę i w sumie cały kraj. Owe chamstwo przenika do naszego życia codziennego, bo jak premier czy inny polityk prawicy zachowuje się po chamsku to i obywatel, lubiący prawicę, też chce być podobny. Wystarczy rzucić okiem na drogi, gdzie chamstwo eksploduje. Bardzo katolickie społeczeństwo zachowuje się na drogach jakby było diabłem podszyte, co skutkuje olbrzymią śmiertelnością na drogach. Medaliki i krzyżyki masowo wożone w samochodach i symbole przyklejane na klapach bagażników i święcenie nowych pojazdów są profanacją religii i jej symboli.

 

Chamy w kościołach

Podobnie jest w polityce. Prawica klęczy w kościołach, a potem wyzywa się od idiotów w Sejmie i mediach zarazem obwiniając się wzajemnie, że to są metody rodem z PRL. Potem spowiada się, dostaje odpuszczenie grzechów, idzie do komunii i zaczyna plucie chamstwem i nienawiścią od nowa. Polski oksymoron.