Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.

Smutne myśli na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego

Wysiadłem z tramwaju przy szpitalu MSWiA i w potwornym upale nieśpiesznie udałem się do antykwariatu na Dąbrowskiego, gdzie była jakaś interesująca książka.
Idę sobie – a tu nagle Jan Józef Lipski. Przez myśl mi przeleciało, że to może omamy wzrokowe pod wpływem upału, a może ta ohydna zaćma robi mi numery.
Nie. Stałem na ulicy Jarosława Dąbrowskiego, a na kamienicy była tablica prostopadłej ulicy (uliczki?) Jana Józefa Lipskiego. Pamiętam sprawę, ale nigdy tu jeszcze nie byłem.

 

Jak to się stało?

Jan Józef Lipski zmarł 10 września 1991 roku, zresztą po długiej chorobie, która jak pamiętam wyeliminowała go z życia społecznego i politycznego prawie na rok.
W 1997 roku grupa przyjaciół Jana Józefa – Zbigniew Bujak, Zofia Kuratowska, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki i Zbigniew Romaszewski – zgłosiła wniosek o nadanie jednej z ulic Warszawy imienia Jana Józefa Lipskiego.

 

Oczywiście straszny wstyd,

że nie zrobiły tego władze PPS i nie dopilnowały wykonania takiej decyzji. Oczywiście, biję się w pierś, bo to również moja wina, jako członka ówczesnych władz PPS. Tym bardziej było mi smutno na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego.
Ostatecznie 12 kwietnia 1999 roku imieniem JJL nazwano uliczkę na Mokotowie. Może i jest w tym jakiś sens, bo JJL walczył w pułku „Baszta” na Mokotowie, choć nie wiem czy akurat w tym rejonie.
Ulica Jana Józefa Lipskiego jeśli ma 200 metrów to max, stoją cztery bloki z lat tak chyba 60. XX wieku i tyle.
Na apel czołowych działaczy KOR, KSS KOR, parlamentarzystów, czołowych polskich polityków władze Warszawy odpowiedziały i naznaczyły te 200 metrów uliczki na Mokotowie imieniem jednego z najbardziej zasłużonych opozycji z okresu PRL. Niby wszystko jest OK. I nic nie jest.
Taka uliczka i Taki Człowiek.
Smutne.

Flaczki tygodnia

Czy polska historia jest dla Polaków bogactwem czy przekleństwem? Takie pytanie słyszę co chwila w przeróżnych mediach. I zaraz potem rozpoczynają się narodowe gorzkie. Litania nieszczęść jakie to spadły na bogu ducha winnych Polaków.
Bo przecież w 1795 roku ostatecznie straciliśmy niepodległość. Popadliśmy w niewolę zaborów. Potem nasz kraj był terenem dwóch wielkich wojen światowych i kilku lokalnych. Byliśmy też przez 45 lat w „sowieckiej niewoli”, w radzieckim „obozie pracy socjalistycznej”. Ale pomimo tego zachowaliśmy swą polskość i wywalczyliśmy sobie niepodległość.

***

I dlatego za to już należy nam się wielki szacunek i respekt całego świata.

***

Problem w tym, że Polacy zwykle lubią te piosenki i te historie, które znają. A historii naszych sąsiadów i innych państw Polacy nie znają. Nie wiedzą, że utrata niepodległości, utrata własnego państwa to normalka w historii narodów. Ruś kijowska została podbita przez Mongołów w XIII wieku. Potem była podbita przez państwo litewskie, potem dostała ją polska Korona od Litwy w wianie po zaślubinach Unii Polsko-Litewskiej. Potem przeszła do imperium rosyjskiego i do ZSRR. Dopiero w 1991 roku Kijów znowu stał się stolicą niepodległego państwa ukraińskiego odwołującego się do ruskiej tradycji. Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy, Albańczycy przez pięćset lat byli w tureckiej niewoli. I też odrodzili się w swoich narodowych państwach. Każde z tych państw też było w swoim czasie regionalnym mocarstwem. Też uciskało i było uciskane.

***

Ukochane przez PiS Węgry, regionalne mocarstwo w XIII – XV wieku, też podało w turecką niewolę. I tylko dzięki „odsieczy wiedeńskiej” Jana III Sobieskiego zmieniono Węgrom niewolę turecką na austriacką. Dzięki temu potem Węgry, jako część monarchii habsburskiej brały udział w rozbiorach Polski, a w czasie II wojny światowej walczyły po stronie Hitlera. Słowacy od X wieku byli pod okupacją węgierską, potem częściowo i czasowo polską, a swą państwowość zyskali dopiero w 1918 roku. Własne niepodległe, nowoczesne państwo zyskali dopiero po podziale Czechosłowacji w 1993 roku.

***

Czechy, skąd przyszło do Polski chrześcijaństwo, czyli cywilizacja europejska, przez wieki były państwem lepiej rozwiniętym od Polski. W XIV i XV wieku stały się centrum cywilizacji europejskiej. W 1620 roku w bitwie pod Białą Góra wojska habsburskie wyrżnęły czeską szlachtę skuteczniej niż późniejsi bolszewicy szlachtę rosyjską. Od początku XIX wieku Czechy stały się częścią, naszej wspólnej, monarchii habsburskiej. Pozbawione próżniaczej szlachty społeczeństwo czeskie zmieszczaniało i dzięki temu szybko znowocześniało. Stało się najbogatsze w słowiańskiej rodzinie.

***

Nasi skandynawscy sąsiedzi też nie mieli lekko. Finowie do XX wieku byli częścią szwedzkiego lub rosyjskiego państwa. Norwegia przez czterysta lat tkwiła w „duńskiej niewoli”. Szwecja stała się bogatą i dobrze zorganizowaną od kiedy porzuciła marzenia o lokalnym mocarstwie. I zamiast wojować zaczęła pracować. Na jej szczęście nieźle się wcześniej w czasie polskiego „Potopu” obłowiła wywożąc z terenów I Rzeczpospolitej wszystko co się dało. A szlachta polska, ta ponoć tak patriotyczna, pozwoliła im na to, oddając początkowo kraj bez walki.

***

Również porównując los Polaków w zaborach austriackim, pruskim i rosyjskim z losem Słowian w imperium tureckim czy Ukraińców w imperium rosyjskim i I Rzeczpospolitej, bez wątpienia Polakom żyło się tam lepiej. Zdecydowanie lepiej żyło się wówczas Polakom niż Irlandczykom pod brytyjskim zaborem. Nasi zaborcy nie wymordowali Polaków, tak jak Polacy wymordowali plemiona bałtyckich Prusów i Jaćwingów zabierając ich ziemie.
Austria i niemieckie Prusy budowały od XIX wieku państwa prawa. Los chłopów w tych państwach był zdecydowanie lepszy niż w I Rzeczpospolitej. W zaborze rosyjskim do czasów powstania listopadowego, czyli 1831 roku, część Polaków żyła w niesuwerennych organizacjach państwowych. Księstwie Warszawskim, Królestwie kongresowym. To w zaborach zlikwidowano feudalne struktury społeczeństwa polskiego. O czym w „szlacheckiej” historii Polski rzadko się wspomina.

***

Setna rocznica odzyskania państwa polskiego zbiegła się z rządami elit PiS. Głoszą one, wszem i wobec, przede wszystkim martyrologiczną wizję polskiej historii. Wizję wspaniałego, dzielnego, szlachetnego, prawego i sprawiedliwego narodu, który na nikogo nie napadał, nikogo nie uciskał nigdy nie przegrał z własnej winy.
Chociaż przegrywał zawsze. Ale zawsze przegrana związana była ze zmowami wrogich Polsce sił. Narodów, ideologii, no i wiarołomnych sojuszników.

***

Polacy w pisowskiej wizji historii zawsze byli zdradzani, najczęściej o świcie, chociaż Polacy zawsze wierni byli złożonej przysięgi i danemu słowu. I tylko przez te zdrady i wiarołomstwa sojuszników nie jesteśmy bogaci jak Szwajcarzy, innowacyjni technicznie jak Niemcy, potężni militarnie jak Amerykanie, liczni jak Chińczycy, przystojni jak Włosi, rozśpiewani jak Rosjanie.

***

Dlatego za te zdrady, za tamte wiarołomstwa obecne elity PiS wyciągają rękę po odszkodowania. Po reparacje wojenne. Za spaloną w efekcie Powstania Warszawskiego Warszawę. Za oddanie Polski do radzieckiej strefy wpływów przez przywódców Wielkiej Brytanii i USA. Nie żądają reparacji od Wielkiej Brytanii i USA. Nie grzmią w kierunku Rosji. Żądają reparacji od Niemiec. Pokonanych przez ZSRR, USA, Wielką Brytanię. I wiele innych państw. Ale czy Polskę?

***

Polskie wojska walczyły po stronie aliantów. Na wschodzie i na zachodzie. Ale rządzące elity PiS strącają z pomników żołnierzy LWP, którzy zdobywali niemieckie miasta, nawet Berlin. Spychają na bok żołnierzy Andersa, którzy wyzwalali Włochy, Francję, Holandię. Stawiają w pierwszym szeregu niemieckich sojuszników z NSZ i grupy „wyklętych”, którzy zdobywali głównie gorzelnie, GS – y i posterunki MO. Czy oni wygrali tamtą wojnę?

***

Reparacje wojenne zwycięskie państwa wyciskały z pokonanych okupując ich terytoria. Elity PiS okłamują Polaków miodem reparacji. O które żebrzą u Niemców. Robią z Polaków mazgajów wiecznie opłakujących swe historyczne klęski i jeszcze żebrzących o grosz dla historycznych kalek. Wrócimy jeszcze do tych tematów.

***

Teraz na postawione na wstępie pytanie o bogactwie i przekleństwie polskiej historii, odpowiadamy. Nie pierwszy raz w historii okazuje się, że bezmyślnie, źle wykorzystywane bogactwo może stać się przekleństwem.

Polacy o Polakach

… i o swojej historii, mają zbyt często opinie daleko odbiegające od minionej rzeczywistości.

 

Rzecz dotyczy preferowanych przez nas postaci, aktywnych w sferze publicznej w XX i XXI wieku, przedstawionych w najnowszym komunikacie Centrum Badania Opinii Społecznych. Przeprowadzone badania, z okazji odzyskania naszej niepodległości, są w tym opracowaniu porównywane do analogicznych, sprzed dziesięciu lat. Tegoroczna lista wzbogacona została przez respondentów o cztery osoby (I. Paderewski, W. Witos, L. Kaczyński, A. Kwaśniewski) co zapewne wiąże się z rocznicą 100-lecia, apoteozą Kaczyńskiego, także pozytywną refleksją o prezydenturze Kwaśniewskiego.

 

Lista osobistości

zawiera dwadzieścia dwa nazwiska, ułożone według skali pozytywnych opinii o działalności poszczególnych osób dla Polski.
Połowa z nich otrzymała ponad 50proc. pozytywnych ocen (od najwyższej akceptacji: Jan Paweł II, Józef Piłsudski, Stefan Wyszyński, Ignacy Paderewski, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Lech Kaczyński, Lech Wałęsa, Władysław Sikorski, Aleksander Kwaśniewski, Wincenty Witos), a niewiele mniej jeszcze Edward Gierek. Po około 30proc. akceptacji otrzymały cztery osoby (Edward Rydz-Śmigły, Leszek Balcerowicz, Roman Dmowski, Tadeusz Bór-Komorowski), po około 20proc. trzy osoby (Wojciech Jaruzelski, Władysław Grabski, Władysław Gomółka) i po około 10 proc. także trzy osoby (Józef Beck, Eugeniusz Kwiatkowski, Bolesław Bierut).
Warta jest także uwagi lista zawierająca gradację ocen ujemnych: około 40proc. ocen negatywnych otrzymali B. Bierut i W. Jaruzelski, około 30proc. W. Gomułka i L. Balcerowicz, około 20 proc. E. Gierek i L. Wałęsa oraz po 10proc. L. Kwaśniewski i L. Kaczyński.
Należy na ten wykaz osobistości spojrzeć także w kontekście naszych ostatnich dziejów, zastrzegając przy tym, że niektóre osoby działając w różnym czasie, szczególną aktywnością wyróżniły się tylko w jednym okresie historycznym.

 

Czas II Rzeczpospolitej

reprezentuje osiem osób, II wojnę światową dwie osoby, aktywność w okresie Polski Ludowej przejawiało sześć osób, tyle samo w III Rzeczpospolitej.
Z powyższego wynika preferencja postaci II RP co zapewne wiąże się z nadchodzącymi obchodami niepodległości. Jeżeli zrozumieć można, z oczywistych powodów, przywoływanie niektórych postaci, to sama wielkość tej grupy świadczy o nadreprezentacji przedwojnia w opiniach Polaków, dla których aż jedna trzecia spośród zasłużonych dla Polski przypada na tamten, stosunkowo krótki, okres. Niewątpliwie zasłużyli się dla niej, w różnym zresztą stopniu, J. Piłsudski, I. Paderewski, W. Witos, R. Dmowski, W. Grabski, E. Kwiatkowski , ale uzasadnione zdziwienie i sprzeciw budzą osoby E. Rydza-Śmigłego i J. Becka (mających jedynie po 4proc. negatywnych ocen !), które nie najlepiej zapisały się dla naszego kraju.

 

Okres II wojny światowej

reprezentują w tych badaniach W. Sikorski (60proc. akceptacji) i T. Bór-Komorowski, który pomimo powszechnej krytyki związanej z jego sprawczą rolą dotyczącą wybuchu i tragicznych skutków Powstania Warszawskiego, oceniany jest pozytywnie przez jedną trzecią badanych (tylko 3 proc. negatywnych ocen !).

 

W Polsce Ludowej

swoją aktywność objawiło, acz diametralnie odmiennie, sześć osób. Pierwsze dwie to Jan Paweł II i S. Wyszyński, pozostali to ówcześni przywódcy polityczni: B. Bierut, W. Gomółka, E. Gierek i W. Jaruzelski.
Osoby duchowne, przede wszystkim z racji pełnienia najwyższych kościelnych urzędów, w naszym katolickim kraju znajdują się w tym rankingu na miejscach czołowych. Uznawane są także, wraz z J. Piłsudskim, jako najbardziej pozytywnie oceniane ze względu na działalność dla Polski. Można stwierdzić, abstrahując od oceny rzeczywistych zasług, że te postaci są dla badanych – w zdecydowanej większości zapewne wierzących – wzorcami osobowymi w kategoriach religijnych, ale też społeczno-politycznych.
Ocena przywódców PRL jest bardzo krytyczna; wyjątek stanowi E. Gierek zapewne z uwagi na zachowany, w pamięci zbiorowej, pozytywny obraz jego czasów. Na ocenę W. Jaruzelskiego kładzie się cieniem stan wojenny, na W. Gomułkę tragiczne wydarzenia w 1970 roku, a na B. Bierucie okres stalinizmu. Pomimo tych okoliczności (darując sobie wymienianie liczby zabitych w zamachu majowym, oraz w tłumieniu licznych robotniczych i chłopskich protestów w okresie II RP) w dużo poważniejszym, niż wynika to z badań, stopniu dobrze zasłużyli się dla naszego kraju. Komunikat CBOS obrazuje braki podstawowej wiedzy naszych obywateli o warunkach w jakich odradzała się powojenna Polska, o jej bardzo liczących się historycznych dokonaniach, pomimo całego zła, głównie w jej początkowym okresie.

 

W III Rzeczpospolitej

ranking osobistości przedstawia się następująco: J. Kuroń, T. Mazowiecki, L. Kaczyński, L. Wałęsa, A. Kwaśniewski i L. Balcerowicz. Preferencja postaci Kuronia wynika zapewne z jego demokratycznych dążeń i „ludzkiej postawy”, Mazowiecki jako pierwszy premier III RP, Kaczyński swoją wysoką pozycję zawdzięcza aktualnej gloryfikacji, Wałęsa degradowany jest przez PiS i z własnej częściowo woli. Charakterystyczne, że Kwaśniewskiego od Balcerowicza różni aż 22proc. pozytywnych opinii, co oznacza nie tylko akceptację lewicowej prezydentury, ale również bardzo poważną krytykę reform wprowadzonych przez tego drugiego.

 

Optyka tych badań

jednoznacznie dowodzi prawicowego oglądu minionych stu lat polskiej niepodległości, pomimo tego, że przez ponad lat czterdzieści, nie licząc ważnych demokratycznych decyzji u progu II RP, lewicowe wartości i ich realizacja zmieniły w gruntowny sposób cały polski świat. Na ogół na dużo lepszy dla milionów Polaków i ich współczesnych potomków.
Rodzi się za tym podstawowe pytanie: dlaczego tak jest ?. Odpowiedzi zawrzeć można w grubej księdze. O zagubionej pamięci wspominał ostatnio prof. Ludwik Stomma: „Dziś…potomkowie chłopów przypisują się do różnych kast, w których byli rzekomo w swojej historii… Nagle pojawiają się artykuły o Polsce odrodzonej, rzekomo mlekiem i miodem płynącej, nagle się okazuje, że chłopi sympatyzowali z powstaniem styczniowym i listopadowym… Takie bzdury obszywa się biało-czerwoną tasiemką i tym się macha, choć przecież tych ludzi, ich przodków, w tych powstaniach nie było… to wszystko jest przekłamane i zakłamane, wkłada się wszystko do garnka antykomunizmu i przysłania orłem białym.”

 

Odpowiada na to pytanie,

acz przy innej okazji, Przemysław Witkowski („Przegląd”, 30.07.2018): „Odpala się…cały ukształtowany przez IPN aparat ideologiczny, w którym lewicowość równa się zdradzie ojczyzny, zbrodni, porzuceniu polskości i szaleństwu. Od programów nauczania historii i WOS, przez licznie powstające ostatnimi laty muzea po prawicową publicystykę, opis socjalizmu, komunizmu czy anarchizmu jest potwornie demonizowany. Wystarczy więc etykietka i w głowach słabiej przygotowanych do samodzielnego myślenia czytelników i widzów uruchamia się projekcja: Kołyma, gułag, Katyń. Regularnie też w mediach, szkołach i książkach zrównuje się faszyzm i komunizm. Mimo że stalinizm był tylko specyficzną odmianą tego drugiego, a hitleryzm tego pierwszego esencją.” A ponadto komunizmu w Polsce nigdy nie było.

 

Mielenie świadomości Polaków

także przez prawicowe i postsolidarnościowe media, prezentujące antylewicową narrację a nie rzetelny obraz dalszej lub bliższej naszej historii, przynoszą właśnie takie, wręcz absurdalne, wyniki omawianych badań w postaci zatrważającego braku wiedzy, akceptacji kontrowersyjnych postaci i okresów, a nadto bezrozumne sympatie współczesnych Polaków.
Amunicji medialnej dostarczają także wypowiedzi różnych utytułowanych osób, które tylko z racji skrótu przed swoim nazwiskiem, mają mieć zawsze rację.
W związku z minioną rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia na Onecie ukazała się wypowiedź prof. Pawła Kowalewskiego pt. „Powstanie może upaść po raz drugi”, która zawierała tyle niedorzeczności połączonych z propagandowymi akcentami, że spotkała się z druzgocącą krytyką internautów, co spowodowało zdjęcie jej przez redakcję jeszcze tego samego dnia.
Na temat Powstania w kolejny dzień Onet zamieścił wypowiedź znanego historyka prof. Normana Daviesa, który m. in. przedstawił nieznaną dotąd interpretację przyczyn wybuchu Powstania: „Zadanie AK było specyficzne. Miała ona dokonać dywersji, zająć newralgiczne punkty miasta, utrzymać się na nich sześć, siedem dni i w ten sposób pomóc Rosjanom zdobyć polską stolicę.” A kilka zdań dalej czytamy: „Stalin natomiast długo nie mógł zrozumieć, co się dzieje w Warszawie….W połowie września Beria wysłał nawet do Warszawy swojego oficera łącznikowego, by ten dowiedział się, gdzie znajduje się siedziba wojsk brytyjskich – bo byli przekonani, że powstańców musi wspierać zawodowe wojsko”. Tak więc zdaniem Normana Daviesa Powstanie miało pomóc Rosjanom, ale oni ani o terminie jego wybuchu, ani też nic więcej o nim samym nie wiedzieli. W tym kontekście zachwyca nie tylko brak elementarnej logiki, ale i kolejna część tej wypowiedzi, że dzięki Powstaniu Polska nie stała się kolejną republiką ZSRR.
I co ma po takiej i podobnych wypowiedziach odpowiedzieć ma na pytania CBOS-u biedny Polak, któremu wszystko pomieszano w głowie, a nadto dowiaduje się, że kasta sędziowska Sądu Najwyższego, zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, nie zna się na prawie?

Na rozdartej Ukrainie

Temat wschodniego sąsiada powrócił ostatnio w związku ze spekulacjami po spotkaniu Trump-Putin. Wart jest głębszej refleksji, bowiem kryje także paskudną dla nas prawdę.

 

W roku 1918, nie tylko Polska odzyskała niepodległość ale szereg innych krajów, również te spod byłego carskiego berła: 24 lutego Estonia, 2 listopada Litwa, 18 listopada Łotwa, a jeszcze wcześniej, bo 6 grudnia 1917 roku Finlandia. A Ukraina? Jej losy, wyznaczone wcześniejszymi wydarzeniami, były odmienne.

 

Darujmy sobie

szczegółowy opis czasów powstania kozackiego, które nie przyniosło Ukrainie niezależności, ani odrębnego statusu w ramach Rzeczypospolitej. Hetmanat i Bohdan Chmielnicki szukając sojusznika w 1654 r. zawarli ugodę perejasławską, oddającą Ukrainę Naddnieprzańską pod opiekę Rosji, a ta sto lat później zlikwidowała ostatnią Sicz, stanowiącą centrum polityczne kozaczyzny.
W wyniku rozbiorów Polski Austria zajęła m. in. Galicję Wschodnią: województwo ruskie, część Podola i Wołynia, a po pewnych perturbacjach, także Lwów, natomiast Rosja zagarnęła pozostałe ziemie ukraińskie.
I tak dokonał się podział tego kraju, którego trwałość obserwować możemy po dzień dzisiejszy.

 

Wiek XIX przyniósł

dążenia niepodległościowe w wielu częściach Europy, początki przebudzenia, a na Ukrainie narodowego odrodzenia. Nie tylko jego symbolem był Taras Szewczenko – za pisanie w języku ukraińskim i promowanie niepodległości Ukrainy, ze swoich czterdziestu siedmiu lat życia jedynie dziewięć spędził na wolności, ponad trzynaście na carskim zesłaniu i pod nadzorem policji, a wcześniejsze dwadzieścia cztery jako pańszczyźniany poddany.
W odróżnieniu od wschodnich ziem ukraińskich, rusyfikowanych przez carat, w zaborze austriackim, szczególnie w późniejszym okresie autonomii, narodowościowe ambicje Ukraińców, zwanych wtedy Rusinami, rozwijały się w oparciu o działalność oświatową, wydawniczą, prasową, ruch naukowy i rodzące się elity. Sprzyjały im tak pewnego rodzaju liberalizm, jak też realizowana przez Austro-Węgry, w stosunku do podległych im narodów, stara rzymska zasada divide et impera.
W Galicji władza skupiała się w rękach Polaków, odsuwając na plan dalszy Ukraińców, a strukturę społeczną na całej Ukrainie wyznaczał przede wszystkim podział na ukraińskich chłopów i polskie oraz rosyjskie rodziny szlacheckie. Na takim właśnie tle narodziła się, przez wiele lat trwająca, nie tylko na ukraińskiej wsi, obawa przed polskimi panami.

 

Narastający konflikt

pomiędzy rozbudzoną świadomością i ruchem narodowym Ukraińców, a licznie zamieszkałymi Galicję Wschodnią Polakami, zaowocował w listopadzie 1918 roku walkami o Lwów i szeregiem innych starć zbrojnych. Ukraińskiej Republice Ludowej, proklamowanej jeszcze 20 listopada 1917, zagrażały także Armia Czerwona i białogwardyjskie wojska, zmierzające do odzyskania terytoriów byłego cesarstwa rosyjskiego.
Koncepcja polityczna Józefa Piłsudskiego, dążąca do stworzenia bariery pomiędzy odrodzoną Polską, a ogarniętą rewolucją Rosją, poprzez wsparcie narodowych i państwowych ambicji Białorusinów i Ukraińców, napotkała u tych drugich na antypolski opór wynikający ze wcześniejszych urazów i niedawnego konfliktu zbrojnego. Oznaczało to w 1918-1919 roku utratę, jedynej być może szansy, na utrzymanie niezależnego państwa ukraińskiego. Spóźniona, bo dopiero w 1920 roku, wspólna, nadto wsparta tylko częściowo przez Ukraińców, wyprawa na Kijów zakończyła się we wiadomy sposób. Podczas negocjacji pokojowych w Rydze Polska uznała Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej.

 

W II RP obiecywana wcześniej

ukraińska autonomia nigdy nie doczekała się realizacji, natomiast organizowano pacyfikacje terenów Małopolski Wschodniej i akcje polonizacyjno-rewindykacyjne w czasie których niszczono cerkwie i represjonowano duchownych, zmuszając wiernych do zmiany wyznania na rzymskokatolickie.
Polonizacji tych ziem służyła niewątpliwie akcja osadnictwa wojskowego i cywilnego – osadnicy wojskowi byli weteranami wojennymi z lat 1918-21, mieli prawo do noszenia broni i byli traktowani przez władze Polski jak filar polskiej państwowości na tych ziemiach. Stanowili podstawę organizacji patriotycznych, aktywnie uczestnicząc w różnych działaniach, w poważnym stopniu dali się także we znaki miejscowym Ukraińcom.
Można bez większej przesady stwierdzić, że tamte tereny traktowaliśmy jak kolonię, nie przyjmując do wiadomości narodowych i niepodległościowych ambicji Ukraińców, co utrwalało konflikt, a nawet go radykalizowało poprzez działalność terrorystyczną i dywersyjną skrajnie nacjonalistycznych ugrupowań ukraińskich.
Jednym z niewielu Polaków rozumiejących i popierających w tamtym czasie ukraińskie dążenia był wojewoda wołyński Henryk Józewski, co na ogólną sytuację wzajemnych stosunków tych dwóch narodów nie miało niestety większego wpływu.

 

Czartowska alternatywa,

w której ukraińscy polityczni przywódcy wybrali hitlerowskie Niemcy, jako nadzieję na powstanie niepodległego państwa ukraińskiego, witając kwiatami i ozdobnymi bramami wkraczające oddziały Wehrmachtu, do samego początku skazana była na klęskę. Okazała się nadto hekatombą dla Polaków na Wołyniu oraz zamieszkujących nie tylko te ziemie, ale również niosła śmierć Ukraińcom zadawana z różnych rąk i w odmiennym czasie.

 

Jeżeli określić stosunek

polskich elit politycznych do kwestii ukraińskiej na przestrzeni ostatnich 100 lat, to można nazwać go jedynie instrumentalnym, w którym nie liczyły się racje niepodległościowe Ukraińców, a nasze antybolszewickie, antyradzieckie i antyrosyjskie doktryny.
Poza wspomnianym już „kordonem sanitarnym” Piłsudskiego, w ubiegłych latach siedemdziesiątych Jerzy Giedroyc i Juliusz Mieroszewski twierdzili, że suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski. Wreszcie, po odrodzeniu Ukrainy w wyniku rozpadu ZSRR, Polska jako pierwsza uznaje jej niepodległość, uczestniczy aktywnie w różnych wydarzeniach na jej terytorium wiążąc to wszystko ściśle z doktryną Giedrojcia, promuje możliwość jej przyszłego wejście w struktury zachodnioeuropejskie.
Tak więc polska optyka w stosunku do Ukrainy w tym całym okresie była przede wszystkim funkcją naszej polityki w stosunku do Rosji. Powyższy punkt widzenia nie wykluczał oczywiście jednoczesnego osiągnięcia dwóch celów, a także nie zaprzeczał tym wszystkim postawom, które za nadrzędną i samoistną wartość uznawały samostijną Ukrainę.
Paradoksem, ale to za słabe słowo, rechotem tej starej wiedźmy Klio było, że w polskiej historii „walki o naszą i waszą wolność” nie odnalazła się niepodległość Ukrainy, głównie za sprawą interesów polskich właścicieli wielkich dóbr na jej ziemiach.

 

Na zielonej Ukrainie

zrobiło się czerwono-czarno (to kolory flagi Ukraińskiej Powstańczej Armii) od kiedy oficjalna państwowa polityka, nie tylko historyczna, przyjęła ten właśnie nurt wraz z jego przywódcami, jako wyraz akceptacji tamtych niepodległościowych, ukraińskich starań, a co za tym wzorzec dla współczesnych. Jeżeli zrozumieć można, że było to pewnego rodzaju odreagowanie na milczenie przez lata o tym nacjonalistycznym kierunku, to żadną miarą, nie tylko Polacy, nie mogą akceptować jego przewodnich haseł, sojuszów i poczynań. Zadziwia przy tym, że obecne państwo ukraińskie nie nawiązało do co prawda krótkotrwałej, ale jakże odmiennej niż nacjonalistyczne OUN I UPA, Ukraińskiej Republiki Ludowej i jej przywódców na czele z atamanem i prezydentem URL Symonem Petlurą. Była to przecież struktura państwowa także antybolszewicka i antyrosyjska, ale o zupełnie odmiennym obliczu, a nadto, co nie tylko dla nas ważne, otwarta na współpracę z Polską. A może w rozdartej i pełnej wewnętrznych konfliktów współczesnej Ukrainie łatwiej zarządzać nacjonalizmem, strachem i przemocą?

 

W tym diabelskim

kręgu niemożliwości, z którego wyjście było i leży dziś również po stronie Ukraińców, kraj ten nadal poszukuje sojuszników dla swojej niepodległości. Po Niemcach, którzy w czasie I wojny światowej stworzyli Hetmanat jako namiastkę państwa ukraińskiego, Polakach popierających URL, III Rzeszy niespełniającej oczekiwań i ZSRR, który niepodległość Ukrainy widział jedynie w formie jej przedstawiciela w ONZ, wreszcie rozbudzonych nadziejach ze strony Unii Europejskiej, przyszedł czas na Stany Zjednoczone. Były ambasador USA w Warszawie Christopher Hill nie wierzy, by Krym wrócił do Ukrainy, co nie znaczy, aby Amerykanie zupełnie porzucili tę grę, w którą włożyli określone plany i sporą kasę. I zapowiadają następną – w ostatnim oświadczeniu Pentagonu podkreślono, że potrzeby armii ukraińskiej zostały wyznaczone na podstawie przyjętej niedawno koncepcji bezpieczeństwa narodowego Ukrainy, ale użyto jednocześnie enigmatycznego określenia, że dostawa sprzętu nastąpi w terminie późniejszym. Czas pokaże na ile amerykańskie osłabione zainteresowanie Europą dotyczyć będzie także naszego wschodniego sąsiada.

 

O niepewnym losie Ukrainy

pisał ostatnio w „Gazecie Wyborczej” Michał Kokot analizując sytuacje wewnętrzną i ekonomiczną kraju oraz konflikty na linii społeczeństwo, władza i oligarchowie.
A może jednak: „Szcze ne wmerła Ukrajiny i sława, i wola”.

Trudna rocznica

Dziś trudna rocznica. Szkoła, tradycja rodzinna, wszystko wokół, nauczyły nas myśleć o heroicznych zrywach jako o pięknej, wręcz zasadniczej treści konstytuującej naszą świadomość. O tym, kim jesteśmy. I – jak co roku – stajemy w chwili milczenia w momencie kolejnej rocznicy godziny „W”.

 

By uczcić co? Bezsensowny zryw? Pamięć ofiar, z których większości nikt nie pytał, czy chcą zostać ofiarami? Pamięć tych, którzy nie mogli doczekać się tego, że zginą? Pamięć tych, którzy wydali rozkaz na to, aby zaczęła sie samobójcza jatka. W sierpniu 1944, kiedy było już wiadomo, że hitlerowskie Niemcy tę wojnę przegrały i że tylko kwestią miesięcy jest, żeby poddały się? Pamięć tych, którzy uczynili z bezbronnych już wtedy ofiar – bo trupy nie mają nic do powiedzenia – oręż w walce z tymi, którzy budowali wtedy nową Polskę. Jedyną, jaka po Jałcie była możliwa?
Nie łudźmy się. Powstanie Warszawskie było nadaremne. Nie przyspieszyło klęski hitlerowskich Niemiec ani o dzień. Nawet o o dziesięć minut. Może – jeśli von Stauffenberg dziesięć dni wcześniej by zabił Hitlera – byłoby inaczej. Ale 1 sierpnia 1944 r. było doskonale wiadomo, że Führer ma się dobrze i wszystko, nad czym ma kontrolę będzie walczyć z zaciekłością ginącej bestii.
Nie ma też co czcić elity, która jakoby w tym powstaniu wyginęła. Bo w Powstaniu Warszawskim wyginęła nie żadna elita niosąca w sobie dziedzictwo polskości, ale tysiące ludzi, którzy polskość mieli w sercach, ale woleliby w tej Polsce żyć, a nie ginąć dla niej. Wbrew mitowi propagowanemu przez IPN, to nie Powstanie Warszawskie przeorało do gruntu tkankę polskiego społeczeństwa. Pod tym względem nie może się równać z tym, co stało się w latach 1863-1864.
Ale dość. Nie idzie o to, aby umniejszać. Uczcijmy tę smutną rocznicę, każdy na swój sposób. Niech trwa. I niech nie będzie orężem w przepychankach codzienności. To ją umniejsza.

Przystanek do Niepodległej

Polska Ludowa nie przyjechała na radzieckich czołgach. Ona była już w Polsce przed II wojną światową.

 

Druga Rzeczpospolita powstała jako nowoczesna demokracja parlamentarno-gabinetowa. Wszyscy jej obywatele mieli mieć równe prawa, nawet kobiety. Pracownikom zagwarantowano ośmiogodzinny czas pracy. Mniejszościom narodowym – prawa Polaków. Wszystkim – edukację na poziomie przynajmniej podstawowym. To był efekt pierwszych rządów socjalistów tworzących początki nowoczesnego państwa polskiego. Drugiej Rzeczpospolitej.
U schyłku swego istnienia II Rzeczpospolita była już państwem autorytarnym. Jak wiele innych w ówczesnej Europie. Rządzonym przez wojskowo-ziemiańskie elity. Ze zdelegalizowaną opozycją komunistyczną i delegalizowanymi organizacjami radykalnych polskich narodowców i ukraińskich nacjonalistów. Z legalnymi opozycyjnymi partiami ludowymi i socjalistycznymi. Stale nękanymi policyjnymi prowokacjami, cenzurą państwową i polskim obozem koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej.
Była autorytarna i biedna. Państwem rolniczym z wyspami nowoczesnego przemysłu. Pariasem gospodarczym ówczesnej Europy. „Polskie drogi” były synonimem wielowiekowego zacofania. Jednocześnie dokonała wielkiego wysiłku scalając system prawny, oświatowy, transportowy trzech odrębnych dzielnic zintegrowanych wcześniej z trzema różnymi państwami.
Biedę kraju elity rządzące maskowały polityką regionalnego mocarstwa. Balansowaniem między Niemcami i ZSRR. Strategicznym sojuszem z równie mocarstwową Rumunią. Niekompetencję rządzenia nadrabiały fanfaronadą i „honorem”. By po klęsce wrześniowej honorowo wycofać się do Rumunii, pozostawiając kraj niemieckim i radzieckim agresorom.

 

Jest ONR-u spadkobiercą

Pod koniec lat trzydziestych sanacyjne rządy były zajadle krytykowane przez wszystkie opozycyjne ugrupowania polityczne. Legalnie działających socjalistów, ludowców, chadeków. Delegalizowanych radykalnych narodowców z ONR. Najsłabsi byli polscy komuniści. Zwłaszcza, że w 1938 roku w efekcie walk frakcyjnych w ZSRR, podporządkowany stalinowcom Komintern, czyli komunistyczną międzynarodówka, rozwiązał Komunistyczną Partię Polski. Nielegalnie działających polskich komunistów wezwano do Moskwy. I tam wymordowano ich. Ocaleli ci, którzy siedzieli wtedy w sanacyjnych więzieniach, jak Władysław Gomułka. Albo we francuskich obozach dla internowanych bojowników wojny przeciwko puczowi generała Franco, jak Eugeniusz Szyr. To Stalin był najskuteczniejszym „dekomunizatorem” polskich komunistów.
W dwóch ostatnich latach II Rzeczpospolitej najgłośniejszymi, najbardziej radykalnymi krytykami rządów sanacji byli młodzi radykałowie z ONR. To oni na łamach swych pism „Sztafety” i „Falangi” żądali radykalnej industrializacji Polski. Nacjonalizacji, czyli upaństwowienia, wielkich banków, przemysłu, lasów, handlu hurtowego i detalicznego. Dla nich powszechna nacjonalizacja oznaczała też złamanie kręgosłupa gospodarczego mniejszościom narodowym, zwłaszcza polskim Żydom.
Przyszła narodowa Polska miała być państwem bez widocznych mniejszości narodowych, jednego narodu polskiego. Dziedzictwem monolitycznej Polski piastowskiej, przeciwstawianej w narodowej publicystyce multikulturalnej Polsce jagiellońskiej.
Młodzi ONR-owcy nie wstydzili się swego totalitaryzmu i pogardy dla demokracji parlamentarnej. Dla zachodniego państwa prawa zachowującego trójpodział władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Marzyli o totalitarne zorganizowanym społeczeństwie w powszechne Organizacje Wychowania Narodu. Swoje „totalniaki” przeciwstawiali imposybilizmowi „rozlazłej demokracji parlamentarnej”. Chcieli zbudować państwo na wzór i podobieństwo ówczesnych faszystowskich Włoch. Państwo wielkich robót publicznych, nowoczesnej architektury, innowacyjnego przemysłu i silnej armii.
Aby dopiec sanacji potrafili w swym tygodniku „Sztafeta” prezentować industrialne sukcesy „chamskich Sowietów”, czyli ZSRR. Pytając rządzących II Rzeczpospolitą, czemu oni tego nie potrafią?

 

Car chłopa wyzwolił

Program gospodarczy Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego ogłoszony 22 lipca 1944 roku nie był zgodny z programem przedwojennych polskich komunistów. Zgodny był za to nie tylko z postulatami polskich socjalistów z PPS, ludowców z PSL-ów. Ale też z programami gospodarczymi emigracyjnego, londyńskiego rządu.
A z programami rządów sanacji różniła go jedynie radykalna reforma wolna, czyli przymusowe wywłaszczenie wielkich posiadaczy ziemskich.
Był za to wyjątkowo zgodny z przedwojennymi postulatami ONR-u. A Polska Ludowa w granicach piastowskich, bez mniejszości żydowskiej, z spacyfikowaną, przesiedloną mniejszością ukraińską, jawiła się jak spełnienie marzeń narodowców.
Spełnienia jednak nie było, bo PKWN, a potem PPR i PZPR swe polityczne słabości wzmacniała wsparciem Armii Czerwonej. Władzę swą legitymizowała strachem przed Wielkim Bratem. Racjonalizowała ją wyborem „mniejszego zła”.
Polski Ludowej nie zbudowali polscy komuniści, bo tych było w latach czterdziestych jak na lekarstwo. Stworzyli ją socjaliści, ludowcy, lewicowa i oportunistyczna inteligencja. A nawet drobnomieszczaństwo, zwane „prywatną inicjatywą”. Nękane stałymi podatkami i okresowymi domiarami, ale już pozbawione żydowskiej i ukraińskiej konkurencji.
Warto pamiętać, że Polska Ludowa w ciągu swego czterdziestopięcioletniego istnienia zmieniała się radykalnie. Nie było jednej Polski Ludowej. Inaczej wyglądała w latach 1945-49, inaczej w okresie stalinowskim, inaczej po Październiku 1956 roku, inaczej w „epoce Gierka”, zupełnie inaczej w czasie karnawału pierwszej „Solidarności”, potem stanu wojennego i schyłku Polski Ludowej w końcówce lat osiemdziesiątych.
Czy Manifest PKWN był autentycznym zapisem ówczesnych nastojów politycznych, czy tylko kamuflażem dla przyszłej polskiej republiki radzieckiej? Haczykiem chytrego Stalina na naiwne polskie polityczne płotki?
Stalin i jego następcy, pomimo ideologicznego kostiumu, byli przede wszystkim politycznymi pragmatykami. Chcieli mieć Polskę w swej strefie wpływów, skoro dostali ją w wyniku porozumienia trzech globalnych mocarstw.
Polskę Ludową stworzyły nie płynące z Moskwy rozkazy, lecz pokolenia „awansu społecznego”. Czyli wyrwane z bieda-wsi miliony chłopów przemienianych w miastową klasę robotniczą. Pokolenia przedwojennych robotników, i także rzesze „patriotycznych oportunistów”. Przedwojennych inteligentów i ich dzieci. Którzy po wyzwoleniu od Niemców nie poszli do lasów by dalej walczyć z radzieckimi okupantami, tylko ruszyli odbudowywać miasta i uniwersytety.
Podobni Rajmundowi Kaczyńskiemu i Jadwidze Kaczyńskiej. Rodzicom Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Rajmund Kaczyński, młody żołnierz AK nie poszedł do oddziałów „żołnierzy wyklętych”, tylko na politechniczne studia. Potem pracował wytrwale w Polsce Ludowej. Nawet reprezentował ją podczas intratnych kontraktów w Libii. Wtedy na takie wyjazdy ludzi wrogo do władz nie wysyłano.
Pani Jadwiga Kaczyńska latami pracowała w państwowym Instytucie Badań Literackich specjalizując się w dorobku Leona Kruczkowskiego.
Polska Ludowa nie była obcym ciałem w historii państwowości polskiej. Była dziejowym przystankiem na drodze do niepodległości. Stworzonym przez Bolesława Bieruta, Bolesława Piaseckiego, Władysława Gomułkę, Stefana Ignara, Edwarda Gierka, Rajmunda Kaczyńskiego, Wojciecha Jaruzelskiego, Jacka Kuronia. I wielu innych, różniących się poglądami patriotów.

Ku pamięci i przestrodze

W tym roku mija właśnie 85 lat, od jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii ludzkości: w Niemczech doszedł do władzy niejaki Adolf Hitler. Wydaje się niepojęte, w jaki sposób u steru nawy państwowej dużego europejskiego państwa znalazły się siły jawnie nawołujące do fizycznej rozprawy z przeciwnikami politycznymi, podnoszące przemoc i mord do rangi sankcjonowanego przez prawo elementu prowadzenia dysputy publicznej. Dodajmy: przy braku reakcji, jeżeli nie przy milczącej akceptacji, takiego stanu rzeczy przez resztę tzw. „cywilizowanego świata”. Jak zatem do tego doszło?

 

Prolog

By zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam się cofnąć w czasie do 1918 roku.
W Europie szalała wojna nazwana przez potomnych Wielką Wojną. Niemieckie armie nadal stały głęboko na terytorium przeciwnika a początek roku, przyniósł bodajże najbardziej efektowne sukcesy Państw Centralnych, w toczących się od czterech lat zmaganiach. Po klęsce Rumunii i wypadnięciu z wojny Rosji podpisano traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie gruntujące wpływy Niemiec w Europie Wschodniej.
Zakończenie wojny na dwa fronty zaowocowało rozpoczętą 21 marca 1918 roku największą w tej wojnie niemiecką ofensywą. Generał Erich Ludendorff, serią uderzeń odepchnął wojska Ententy i od Paryża dzieliło go tylko nieco ponad 70 kilometrów. Wydawać by się mogło, że Niemcy mają zwycięstwo w ręku i takimi informacjami karmiono tam społeczeństwo. Faktyczny stan rzeczy, jakim było wyczerpanie możliwości dalszego prowadzenia działań wojennych, skrzętnie ukrywano przed opinią publiczną, toteż informacja, że rząd poprosił o podanie mu przez Aliantów warunków zawieszenia broni była dla Niemców szokiem! W Berlinie wybuchła rewolucja, kajzer abdykował, a na czele nowego rządu stanęły demokratyczne partie Reichstagu pod kierownictwem socjaldemokratów. 9 listopada z balkonu Reichstagu proklamowano Republikę, czym udało się nieco uspokoić nastroje tłumów.
Naczelne Dowództwo z Ludendorffem na czele, które wymusiło na rządzie decyzję o kapitulacji, nie tylko post factum zrzuciło nań za to całą odpowiedzialność, ale i odcięło się od wynikających z tego konsekwencji. Tak oto wyhodowano mit o niezwyciężonej armii, której to zdradziecki rząd „wbił nóż w plecy” i – jak pokazał dalszy bieg wydarzeń – „ciemny lud to kupił”! Prawica ukuła slogan mówiący, że lojalność wobec Ojczyzny wymaga nielojalności wobec Republiki. Taka propaganda trafiała w nastroje znacznej części Niemców tym bardziej, że rzeczywistość rysowała się w czarnych barwach. Próbowano obalić Republikę w drodze zamachu, do którego doszło 13 marca 1920 roku z użyciem wojsk garnizonu berlińskiego – co ciekawe armia odmówiła wystąpienia po stronie prawowitego rządu przeciw zamachowcom! Ostatecznie ponieśli oni klęskę tylko dzięki proklamowanemu przez SPD i związki zawodowe strajkowi generalnemu.

 

Część I – Czarne chmury

Narastające lawinowo kłopoty gospodarcze skłoniły rząd niemiecki do zwrócenia się do Aliantów o moratorium w spłacie odszkodowań, a po fiasku rokowań, do zaprzestania płatności kolejnych rat. Reakcja zwycięzców była bardzo zdecydowana. Wojska francuskie zajęły będące sercem niemieckiej gospodarki Zagłębie Ruhry. Zadało to śmiertelny cios niemieckiej marce. Najlepiej ilustrować to spadkiem jej wartości: w 1918 roku 1 dolar był wart 4 marki, latem 1921 roku stosunek ów wynosił 1:75, rok później 1:400, początek roku 1923 było to już 1: 7000, a po zajęciu Zagłębia Ruhry zaczęła się prawdziwa „jazda bez trzymanki”: 1 lipca – 1:160000, 1 sierpnia 1923 r. było jeden do miliona, by 1 listopada osiągnąć jeden do… 130 miliardów!
Gospodarczemu tornado towarzyszyła dekompozycja sceny politycznej. Codziennością stały się morderstwa polityczne: 26 sierpnia 1921 roku zamordowano Matthiasa Erzbergera, który kierował delegacją niemiecką w czasie rozmów pokojowych z Ententą, 24 czerwca 1922 roku zastrzelono na ulicy ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenau’a… Jak obliczono prawicowa ekstrema ponosi odpowiedzialność za 354 zamachy polityczne dokonane w latach 1918 – 1922.
W takiej atmosferze łatwo podgrzewać nastroje tłumów. Jednym z owych zbawców ojczyzny mienił się być niejaki Adolf Hitler. Kim był ów agitator z monachijskich piwiarni? Najkrócej rzecz ujmując jego dotychczasowe życie trudno byłoby określić jako nieustające pasmo sukcesów. Nasz bohater przyszedł na świat 20 kwietnia 1889 roku w maleńkiej miejscowości Braunau nad rzeką Inn, leżącej na granicy Austrii i Bawarii, w rodzinie urzędnika. Po pięcioletniej nauce w szkole przygotowawczej, 11 letni Adolf we wrześniu 1900 roku rozpoczął naukę w gimnazjum realnym w Linzu. Z powodu kiepskich postępów w nauce był zmuszony zmienić szkołę, by ostatecznie zakończyć swoją edukację w wieku 16 lat. Z tego okresu pozostał mu worek kompleksów wobec ludzi światłych i wykształconych, który z czasem przekształcił się w nienawiść i pogardę. Owe kompleksy zostały dodatkowo ugruntowane próbą dostania się do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, zakończoną żałosnym fiaskiem. Pomimo trudnej niewątpliwie sytuacji materialnej nawet nie próbował znaleźć w Wiedniu jakiejkolwiek pracy, żyjąc z dorywczych zajęć, pomocy otrzymywanej od rodziny i mieszkając w przytułku dla bezdomnych. Wybuch I wojny światowej zastaje go w Monachium gdzie zostaje zmobilizowany. Przez całą wojnę służy jako goniec – po zakończeniu działań wraca do Monachium, by powiększyć tam armię zdemobilizowanych, bezrobotnych mężczyzn. Po próbie rewolucji komunistycznej, denuncjuje przed wojskową komisją śledczą zwolenników przewrotu, zapewne w nagrodę dostaje pracę w Biurze Prasowo–Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu ( Monachium ), gdzie po skończeniu kursu dla wojskowych instruktorów politycznych, znajduje zatrudnienie jako wychowawca polityczny (Bildungsoffizier) z zadaniem „leczenia” ludzi z idei socjalistycznych, demokratycznych i pacyfizmu. Był to dla niego istotny krok naprzód, gdyż pozwolił mu uwierzyć we własne zdolności polityczne. Pewnie nadal dorabiał sobie jeszcze wówczas także jako konfident (jak wiemy, niejedna piękna kariera tak się zaczynała!), gdyż we wrześniu 1919 roku polecono mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium – Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce został jej członkiem i po wystąpieniu z wojska całkowicie poświęcił się działalności politycznej.
Partia zmieniła nazwę na : NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), a jej pomysł został zapożyczony od Burmistrza Wiednia – Karla Luegera, który stworzył ugrupowanie łączące masowość, jaką zapewniał program socjalny, z tak popularnym wśród Niemców i Austriaków nacjonalizmem. W swej działalności politycznej dążył do zjednania sobie warstw społecznych, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała do walki, niż paraliżowała ich wolę. Lueger opierając się na drobnomieszczaństwie i wykorzystując tradycyjną lojalność ludu wobec Korony i Ołtarza doszedł do najważniejszego wybieralnego stanowiska w monarchii Habsburgów i wygrywał bez trudu kolejne wybory.
Wobec ograniczenia traktatem liczebności niemieckich sił zbrojnych (Reichswehry) do 100 tysięcy żołnierzy, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać przeróżne ligi obrony, organizacje strzeleckie i sportowe przygotowujące pod tą przykrywką kadry dla przyszłej armii, mającej kiedyś wziąć srogi rewanż za klęskę i upokorzenie. W rozbudowie partii pomagali Hitlerowi dawni koledzy z wojska, którzy kierowali do niej ludzi z tych organizacji i starych żołnierzy – to właśnie z nich rekrutowały się pierwsze bojówki, będące zalążkiem późniejszej S.A.
Popularność nowemu ruchowi przynosiły hasła rewanżu i „ powstania z kolan”(!) narodu niemieckiego oraz kreowanie winnych przegranej wojny i wynikłych stąd konsekwencji. Winni byli komuniści, Żydzi, socjaldemokraci i demokratyczna Republika. Niewinny i pokrzywdzony był tylko NARÓD NIEMIECKI! Ludzie słyszeli z ust nazistów to, co CHCIELI usłyszeć – nic dziwnego, że coraz więcej zaczęło się z nimi identyfikować. Hitler był z pewnością największym demagogiem swoich czasów, warto zatem zapoznać się z jego receptami na dotarcie do tłumów:
Nigdy się nie wahać, nigdy nie łagodzić tego co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować (…) wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach.
Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach.
Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą.
Kluczem (do serc tłumu) jest stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.
Gwałt i terror mają własną wartość propagandową, manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające jak odpychające…
Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. W wielkim kłamstwie zawsze jest element wiarygodności (…) najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.
Ruch narodowo-socjalistyczny będzie bezlitośnie zapobiegał – w razie potrzeby przy użyciu siły – wszystkim zebraniom i odczytom, które mogłyby wprowadzić rozterkę w umysły naszych rodaków. (Jak w tym kontekście nie wspomnieć o niedawnej wizycie policji na organizowanej przez Uniwersytet Szczeciński konferencji naukowej poświęconej filozofii K. Marksa!?)
Dla zdrajców ojczyzny i dla donosicieli jedynym właściwym miejscem jest szubienica.
Naturalnie, jakiekolwiek podobieństwo głoszonych haseł, zachowań i prezentowanych powyżej recept, do działań obserwowanych współcześnie (także w naszym kraju) jest całkowicie przypadkowe…
Grzechem pierworodnym Republiki Weimarskiej była organiczna niemożność zapewnienia rządowi stabilnej większości parlamentarnej, umożliwiającej efektywne rządzenie państwem. Pomimo tego, rząd kierowany przez kanclerza Gustava Stresemanna zanotował kilka znaczących sukcesów. Po uchyleniu zakazu dostaw reparacyjnych dla Francji i Belgii udało się ustabilizować walutę, zawarto nowy układ w sprawie odszkodowań wojennych, doprowadzono do zakończenia okupacji Zagłębia Ruhry, Niemcy zostały przyjęte do Ligi Narodów, bezrobocie spadło do 650 tysięcy osób.
Nie były to dobre wieści dla nazistów, których polityczne credo najpełniej wyraził jeden z ich ideologów – Gregor Strasser na łamach „Nationalsozialistische Briefe”: Popieramy wszystko co szkodzi istniejącemu ustrojowi. Dopomagamy każdej katastrofalnej polityce, bo tylko katastrofa, to znaczy upadek liberalnego systemu rządów utoruje drogę nowemu porządkowi. Wszystko co przyspiesza katastrofę panującego ustroju, każdy strajk, każdy kryzys rządowy, każde zakłócenie porządku publicznego, każde osłabienie systemu, jest dobre, bardzo dobre dla nas i rewolucji niemieckiej. Wszyscy, którzy przeżyli tzw. „Karnawał Solidarności” z obowiązującym wówczas wśród solidarnościowych elit hasłem „im gorzej, tym lepiej”, doskonale zrozumieją, co to oznacza w praktyce … I wtedy na horyzoncie pojawił się Wielki Kryzys…
Jego skutki były dla podnoszącej się z dna upadku niemieckiej gospodarki katastrofalne. Ograniczenie handlu spowodowało ograniczenie produkcji, a co za tym idzie – wzrost bezrobocia Przestano udzielać pożyczek oraz wycofano już udzielone, spadły ceny i zarobki, zaczęły się masowe bankructwa i zamykanie zakładów pracy… Niemcy, żyjące – podobnie jak dzisiaj – z eksportu, zaczęły odczuwać kolosalne kłopoty z bilansem. Narastanie fali kryzysu znakomicie ilustruje wzrost bezrobocia: IX. 1929 – 1 320 000; IX. 1930 – 3 000 000; IX. 1931 – 4 350 000; IX.1932 – 5 102 000, by w szczytowym momencie, w 1933 roku, osiągnąć 6 000 000. Naturalnie podane dane dotyczyły tylko ZAREJESTROWANYCH bezrobotnych…
W przeprowadzonych w 1930 roku wyborach do Reichstagu dziesięć partii uzyskało ponad milion głosów każda, co misję utworzenia stabilnej większości czyniło zadaniem niewykonalnym. W takiej sytuacji każdy rząd skazany był na rządzenie w oparciu o doraźnie zawierane sojusze, wymagające często od koalicjantów wykonywania politycznego szpagatu. Liderzy zasiadających w Reichstagu partii nie byli tym szczególnie zmartwieni, gdyż słaby rząd łatwiej ulegał presji i ustępował przed szantażem. Wszechobecne intrygi partyjne i polityczne przetargi, ogół niemieckiego społeczeństwa owego czasu obrazowo określał jako Kuhhandel (handel bydłem). Zabawa trwała w najlepsze aż do końca, co znakomicie ilustruje dalekowzroczność ówczesnych niemieckich elit…
Taką właśnie sytuację zastał dr Heinrich Brüning, który pod koniec marca 1930 objął urząd kanclerza. W tym czasie nie można było już sklecić żadnej koalicji i nowy szef rządu przy każdym akcie ustawodawczym mógł polegać wyłącznie na przypadkowej i niepewnej, doraźnie zmontowanej większości w Reichstagu. Oczywiście ten taniec na linie nie mógł trwać długo. Krach nastąpił 16 lipca 1930 roku, kiedy to Reichstag stosunkiem głosów 256:193 odrzucił część rządowej ustawy budżetowej. W odpowiedzi Prezydent, w oparciu o nadzwyczajne uprawnienia przyznane mu w art.48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Ten kamyk pociągnął za sobą lawinę. Reichstag zakwestionował konstytucyjność prezydenckiego aktu, na co kanclerz w odpowiedzi rozwiązał parlament. Nietrudno było przewidzieć, że o ile kolejne wybory nie wyłonią stabilnej większości (co było oczywiste!), to demokratycznej formie rządów grozi po prostu kompromitacja.
Najwięcej na powstającym chaosie mogli wygrać naziści, którzy od początku konsekwentnie pluli na Republikę i demokratyczne formy rządzenia. Grupą docelową, na której naziści zamierzali się oprzeć w nadchodzących wyborach, byli mieszkańcy wsi i małych miasteczek i program wyborczy ich partii dla tych właśnie grup, ujrzał światło dzienne już 6 marca 1930 roku. O tym, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę niech świadczy fakt poparcia, jakiego te grupy społeczne udzielały nazistom, aż do samego końca. Społeczeństwu ofiarowano swojski rodzaj ekstremizmu, radykalny, antysemicki odwołujący się do powszechnego w Niemczech nacjonalizmu i ksenofobii. Ludziom imponowała energia i dyscyplina nazistów, zrozumienie i silny rezonans społeczny, znajdowały hasła wymierzone w postanowienia Traktatu Wersalskiego oraz ataki na „system” nie dający obywatelom pracy i możliwości rozwoju. Udało się wbić do głów „ciemnego ludu”, że dokonać dzieła odrodzenia narodowego może tylko NOWY ruch i NOWI, nie obciążeni przeszłością ludzie. Jeżeli ekonomiści mówią, że to i owo jest niemożliwe, do diabła z ekonomistami! Liczy się tylko wola, jeżeli nasza wola będzie bezwzględna i nieugięta zdziałamy wszystko. (…) Zbudźcie się Niemcy i stańcie się znów wolne, przypomnijcie sobie dawną wielkość i odzyskajcie dawną pozycję w świecie. A zacznijcie od wypędzenia tej starej zgrai w Berlinie – takie mowy Adolfa Hitlera i innych przywódców nazistowskich wygłaszane na setkach wieców wyborczych w całym kraju znakomicie trafiały w nastroje Niemców, a zasiane nimi ziarno pogardy i nienawiści dało nadspodziewanie obfity plon. W przeprowadzonym 16 września 1930 r. głosowaniu udział wzięło 30 milionów Niemców, 4 miliony więcej niż w wyborach 1928 roku, a wyniki zaskoczyły nawet Hitlera, liczącego na 50-60 mandatów. Tymczasem naziści zebrali 6 409 600 głosów (wobec 810 000 w 1928 roku) i ze 107 mandatami stali się drugą siłą polityczną w kraju! Ich wódz w ciągu jednej nocy z lekceważonego wiecowego krzykacza wyrósł nagle na polityka rangi europejskiej!
Co ciekawe, tzw. cywilizowana Europa bez oporów przyjęła nazistów i ich przywódcę „na salony”, czego dowodem artykuł lorda Rothermere w „Daily Mail”, w którym autor z radością(!) wita ich sukces widząc w nim… „wzmocnienie obrony przeciwko bolszewizmowi”! Ta obsesja będzie trwać do samego wybuchu wojny (a nawet krótko po rozpoczęciu działań zbrojnych!), torując zbrodniarzom drogę ku nowym podbojom. Wspomniany artykuł zabawnie kontrastuje z przedwyborczymi wypowiedziami Führera, który mówił: To nie parlamentarne większości kształtują los narodów. Wiemy jednak, że w tych wyborach demokracja musi być pokonana orężem demokracji… To wcale niedwuznaczne przesłanie pozostało programowo niezauważone… W warunkach szalejącego kryzysu rząd Brüninga mógł nadal trwać tylko dzięki nieoficjalnemu poparciu jakiego udzielali mu w Reichstagu socjaldemokraci oraz korzystaniu przez prezydenta z wyjątkowych uprawnień art.48 konstytucji, pozwalającego podpisywać potrzebne rządowi dekrety. Stwarzało to jednak istotne zagrożenie. Anormalna sytuacja, wymuszająca rządzenie przy pomocy dekretów, wobec braku możliwości oparcia się na większości parlamentarnej, ogniskowała całą władzę w państwie w rękach niewielkiej grupy osób: prezydenta – starego feldmarszałka Paula von Hindenburga (w 1931 roku 84-letniego już człowieka) oraz kilku osób z jego najbliższego otoczenia : gen. Kurta von Schleichera, syna prezydenta – Oskara von Hindenburga(pełniącego funkcję adiutanta głowy państwa) i kanclerza. Zadaniem Hitlera było zatem najpierw przekonanie tych ludzi do tego, by uznali go za partnera, a następnie upoważnili do rządzenia krajem przy pomocy prezydenckich dekretów, co zwalniało z konieczności zebrania większości parlamentarnej. Z pozoru zadanie niewykonalne, ale… Głównym rozgrywającym w obozie władzy był w tym czasie generał Kurt von Schleicher. Stosunkowo młody (rocznik 1882), zajmował specjalnie dla niego utworzone stanowisko politycznego łącznika pomiędzy rządem a armią. Inteligentny i obrotny, w gąszczu polityki czuł się bez porównania pewniej niż jego koledzy z armii. Równocześnie w świecie polityków dysponował tą szczególną, nieuchwytną przewagą, jaką dawały mu w niemieckim społeczeństwie generalskie szlify. Stary prezydent, krew z krwi i kość z kości niemieckiej armii, cieszył się w niej ogromnym autorytetem i posłuchem, ale też bardzo liczył się z jej zdaniem. To szczególne sprzężenie zwrotne decydowało o wszystkim w niemieckiej polityce, w której bez zgody sił zbrojnych niepodobna było nic zrobić.

 

Wielkie manewry

Długotrwały kryzys parlamentarny oraz sukces wyborczy NSDAP, nasunął generałowi Schleicherowi ideę… pozyskania nazistów do rządu! W ten sposób – rozumował – rząd znajdzie oparcie w stabilnej większości parlamentarnej, a wejście do rządu zmusi to ugrupowanie do firmowania niezbędnych, niepopularnych decyzji i „ucywilizuje”. Z drugiej strony Hitler miał dla swych potencjalnych sojuszników „marchewkę” w postaci 6,5 milionowego poparcia w wyborach i „kij” w postaci groźby zamachu stanu, gdyby nie udało mu się dojść do władzy w inny sposób. Paradoks sytuacji polegał na tym, że swego poparcia nie mógł on nigdy zamienić w konieczną do rządzenia większość, zaś pucz w celu przejęcia władzy nigdy nie leżał w jego planach! Swej rewolucji zamierzał dokonać pod osłoną instytucji państwa, a nie przeciwko niemu! Tylko znajomość owej układanki pozwala zrozumieć przyczyny kolejnych rozmów przedstawicieli obozu rządowego z nazistami, będących kamieniami milowymi w ich marszu po władzę.
Dalszy bieg wydarzeń śmiało może pretendować do miana politycznego thrillera wszechczasów. Pierwszą jaskółką wprowadzania w życie planu „osiodłania” nazistów było spotkanie gen. von Schleichera z Hitlerem, jakie miało miejsce wczesną jesienią 1931 roku. Po nim generał namówił prezydenta i kanclerza by także odbyli rozmowy z przywódcą nazistów. Początki były jednak mało obiecujące – obie rozmowy skończyły się na niczym. Kryzys grał jednak na korzyść nazistów, którzy gwałtownie zaczęli zyskiwać na popularności. W kolejnych ośmiu wyborach regionalnych, na NSDAP głosowało przeciętnie 35 proc. wyborców, w porównaniu z 18 proc. w wyborach parlamentarnych, które przełożyły się na przeszło 6 mln głosów. Zarówno kij jak i marchewka nabierały coraz bardziej realnych kształtów, co sprawiło, że w listopadzie i grudniu kontynuowano rozpoczęte rozmowy. W obozie rządowym pod wpływem argumentacji, że wobec siły jaką reprezentuje Hitler, jedynym wyjściem jest pozyskanie go do współpracy i wykorzystanie, zaczęto duchowo godzić się z myślą o jakiejś formie kompromisu z nazistami. Rzecz ciekawa, przy konstruowaniu owych planów, kompletnie ignorowano publiczne wypowiedzi Führera, w których całkowicie i jednoznacznie mówił, co zamierza zrobić po dojściu do władzy: Fundamentalna zasada demokracji głosi (że) władza pochodzi od narodu (lub – jak kto woli – suwerena!); (…) to naród, nikt inny ustala konstytucję; (…) jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo – socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy (nikt) nic nie poradzi …”
Kanclerz patrzył na sprawy bardziej trzeźwo, ale by przetrwać, rozpaczliwie potrzebował poprawy koniunktury lub jakiegoś sukcesu w polityce zagranicznej. Ponadto niezbędny był ponowny wybór Paula von Hindenburga na urząd prezydenta, co nie budziło entuzjazmu starego feldmarszałka, który zgodził się kandydować jedynie pod warunkiem podjęcia próby doprowadzenia do porozumienia z przywódcami partii w Reichstagu, pozwalającego zapewnić większość 2/3 głosów niezbędnych do przedłużenia kadencji prezydenta bez ponownych wyborów. Będąc pod taką presją – pomimo jasnej oceny sytuacji – kanclerz także zgodził się na podjęcie rozmów z Hitlerem. Rozpoczęto paktowanie z diabłem…

 

(Ciąg dalszy w kolejnych wydaniach weekendowych „Dziennika Trybuna”)

 

A to ci historia!

W polskich warunkach nie sposób uwolnić się od niej. Powraca każdego dnia za sprawą publicystów,  znawców przedmiotu, różnych takich innych, a jeszcze częściej polityków.

 

Maciej Janowski pisząc w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej” o okresie średniowiecza zwraca uwagę, że „trzeba dokonać myślowego wysiłku, przyjąć, że ludzie w dawnych czasach, choć inni od nas, nie byli od nas głupsi. Trzeba odrzucić wiarę, że nasze czasy zjadły wszystkie rozumy, i uznać, że każda epoka może być oceniana tylko w swoich własnych kategoriach”. Ta opinia, skądinąd bardzo słuszna, nie jest akceptowana na pozostałych stronach tego tytułu gdy idzie o okres Polski Ludowej i ludzi którzy ją nie tylko tworzyli, wywianowali na uznawane przez cały świat państwo, ale także, w miarę istniejących warunków i możliwości, walnie przyczynili się do rozwoju tego kraju. Taka to i symetryczna polityka tego tytułu, w której brakuje „myślowego wysiłku”.

 

1000 lat temu nad Bugiem,

o czym przypomina we wspomnianym historycznym dodatku prof. Przemysław Urbańczyk, miała miejsce ważna w naszej historii bitwa. Nie wiem czy lead do tego tekstu jest autorstwa Profesora czy też redakcji – zresztą wszystko jedno – a jego początek brzmi następująco: „Świętujemy 22 lipca! Ale nie rocznicę tzw. Manifestu Lipcowego z 1944 r., lecz wydarzenie sprzed tysiąca lat!: 22 lipca 1018 r. armia Bolesława Chrobrego pokonała wojska ruskie księcia Jarosława Mądrego”.
Szczególne dopełnienie w postaci „tak zwany” napisano chyba zbyt pośpiesznie, bo w tym wypadku zawiera ono negatywną informację o wspomnianym Manifeście, a więc jego nazwę należało napisać małymi literami, gdyż nie był on, w tym rozumieniu, żadnym prawdziwym tego rodzaju aktem. Istnieje także drugie wytłumaczenie użycia „tak zwany”, które stosuje się dezawuując, pomniejszając czyjeś zasługi lub wartość czegoś. Z powyższego wynika niezbicie, że wartość wspomnianego Manifestu Lipcowego, nawet po siedemdziesięciu czterech latach, jest dziś na tyle duża, że należy ją nawet takimi kąśliwymi chwytami pomniejszać, albo wręcz usuwać ze świadomości naszego społeczeństwa. I to przy każdej, nadarzającej się okazji, nawet tak odległej jak czasy średniowiecza.

 

Szlachectwo zobowiązuje

to tytuł sporego tekstu w „GW”, nawiązującego do lat czterdziestych ubiegłego wieku, w których nowa władza (czytaj ludowa, albo komunistyczna – kto co woli) pozbawiła polskie wielkie ziemiaństwo dóbr i skazało je na życie o wiele mniej dostatnie. Pomysł takiego tematu nie jest nowy, bo już „Polityka” w ubiegłych latach siedemdziesiątych o byłych polskich rodzinach magnackich i dalszych losach tej grupy sporo napisała.
W tekście „GW” uderza nuta współczucia i żalu po ich starcie, a wręcz kuriozalnym jest następujący fragment: „Ich obecność na pewno zaktywizowałaby społeczność lokalną… Ale wiemy, jak było, A dzisiejsza władza, wzorem Lenina, chce się pozbywać nawet tych elit, które są. Tylko na kogo je wymieni? Pamiętajmy, że demokracje bez elit upadają.” Jak wszyscy dobrze wiemy z minionych dziejów magnackie i ziemiańskie rody aktywizowały społeczności lokalne mocno trzymając je za twarz, a i w Sejmie II RP nie dopuściły do przeprowadzenia, nawet częściowej reformy rolnej. Najlepszy dowcip tygodnia: wielcy posiadacze ziemscy jako elity postaw demokratycznych.
Ale jeszcze zabawniejszym jest sam tytuł, bowiem, nie odbierając niczego chlubnym wyjątkom, to szlachectwo zobowiązywało na ogół do nadzwyczajnej dbałości o swoje dobra. Potoccy z Łańcuta w czasie II wojny światowej nie byli prześladowani przez Niemców, a w zamku mieścił się sztab Wehrmachtu. Przed wkroczeniem Armii Czerwonej Alfredowi Potockiemu udało się uciec na Zachód i bardzo wiele dóbr zamkowych – za pozwoleniem Niemców – wywieźć. Opowiadano, że było to kilkanaście bądź kilkadziesiąt wagonów. A współcześnie Czartoryscy też zrobili niezły deal z wicepremierem Glińskim.
Na pocieszenie dodam, że potomkowie wielkich magnackich rodów, tak w PRL-u, jak też w III RP urządzili się nie najgorzej dzięki wykorzystaniu swoich atutów (wykształcenie, znajomość języków obcych i umiejętność zarządzania) oraz rodzinnym koneksjom, w odróżnieniu od autorki artykułu, która klęcząc na kolanach prowadziła z nimi rozmowy.

 

Lenin jako pożyteczny idiota

Tym razem to tytuł tekstu nie dziennikarki a znanego profesora-historyka Tomasza Nałęcza, który napisał: „Fatalne dla Polaków stanowisko ententy, pozostawiające ich w rosyjskiej strefie wpływów, zmieniła dopiero kolejna rewolucja w Rosji, tym razem bolszewicka, z listopada 1917 r. Nie chodzi tu o deklaracje składane w sprawie Polski przez bolszewików i ich lidera Lenina, tak bardzo nagłaśniane przez komunistyczną propagandę. Były one nic niewartym, agitacyjnym frazesem. Rzeczywistą strategię bolszewików pokazała agresja z 1920 r. zmierzająca do podboju Polski.” Przykro mi, Panie Profesorze, ale ten pański wywód ma jedynie propagandowy charakter. Pisze Pan, że rewolucja bolszewicka miała znaczenie dla suwerenności Polski, a następnie uważa jej deklaracje tylko za propagandę. Odnajduję tu najzwyklejszy brak logiki. Nadto należy wyjaśnić, że „rzeczywista strategia bolszewików” wcale nie zmierzała do podboju Polski, a do wywołania rewolucji w zrewoltowanych wtedy Niemczech. Polska była tylko na drodze ku temu zamierzeniu, a sprawa jest powszechnie znana; pisze o tym m. in. historyk Victor Sebestyn w pracy „Lenin”.
I jeszcze Nałęcz: „perspektywa bolszewickiego zwycięstwa w wojnie domowej zmusiła Zachód do poszukiwania we wschodniej Europie nowych sojuszników potrzebnych do szachowania Niemiec, a także jako wal chroniący przed ekspansją komunizmu. Zrodziło to niezwykle korzystną koniunkturę dla Polski, która miała wszelkie dane, by stać się najważniejszym sojusznikiem Zachodu w regionie. Tę dziejową szansę Polacy wykorzystali znakomicie. W szybkim tempie zbudowali sprawne, dobrze zorganizowane państwo, z rozległym terytorium i silną armią. Z powodzeniem odparło ono sowiecką agresję z 1920 r. zmierzającą do przywrócenia rosyjskiej dominacji.” Wszystko to prawie prawda tyle, że ponownie staliśmy się „przedmurzem chrześcijaństwa”, a znając późniejsze wydarzenia wyszliśmy na tej polityce naszych zachodnich sprzymierzeńców i sojuszników, jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Ale Pan profesor pisał przecież tekst tylko o idiocie Leninie.

 

Minister Beck miał rację

Pod takim tytułem, tym razem w „Sieci”, ukazał się tekst Romualda Szeremietiewa omawiający książkę „Ribbentrop – Beck”, stanowiącą druzgocącą krytykę wszystkich teorii na temat sensu zawarcia wspólnego przymierza Polski z III Rzeszą we wspólnym marszu przeciw Związkowi Radzieckiemu. Temat jest niejako przejrzały, bo tym irracjonalnym pomysłom dano już wcześniej odpór. Wracam do niego gdyż w ramach tzw. political fiction żadnemu autorowi rozważającemu tamten czas na myśl nie przyszło, że w zaistniałej wtedy międzynarodowej sytuacji, alternatywą nie był pakt Ribbentrop – Beck, a pakt Mościcki – Beneš.
Publicystom przesiąkniętym nienawiścią do dawnego ZSRR i współczesnej Rosji, a zadufanym w potęgę i znaczenie tamtej Polski nie mogło przyjść do głowy to rozwiązanie, być może nie najlepsze, ale możliwe, gdy związek Polski z Czechosłowacją, wspólnie zagrożonych przez hitlerowskie Niemcy, stanowił jedyną szansę jakiegoś skutecznego oporu. O bardzo poważnym przemyśle zbrojeniowym Czech (wykorzystanym później nadzwyczaj owocnie przez okupanta niemieckiego) pisze również Szeremietiew, a dodać jeszcze należy nieźle uzbrojoną, także w broń pancerną i transport, armię oraz poważne fortyfikacje na zachodniej granicy tego kraju. Wspólny wysiłek przemysłów obronnych oraz sztabów wojskowych, wraz z twardym, jednolitym politycznym odporem stanowiłby poważny orzech do zgryzienia przez agresora.
Wrogość rozpoczęta granicznymi sporami po I wojnie światowej, potem odmienna polska optyka międzynarodowa, wreszcie lekceważenie południowego sąsiada, budowały przez lata co najmniej chłodne stosunki. Czesi zapewne podobne uczucia odwzajemniali Polsce. Nie mogło to jednak stanowić barier nie do przekroczenia w sytuacji śmiertelnego niemieckiego zagrożenia. Zakończyła się ta szansa jak u nas zwykle: my tryumfalnie zajęliśmy w 1938 roku Zaolzie, a potem Hitler powybierał nas razem, jak ślepe kocięta.
I nadziwić się tylko nie można, że zabrakło wizji takiego właśnie polsko-czechosłowackiego paktu obronnego tak ówczesnym politykom jak też współczesnym autorom political fiction.
Szeremietiew poucza także: „Historyk powinien ustalić, co zdarzyło się w przeszłości, a zgromadzone fakty powiązać z sobą, przedstawiając cały przebieg procesu…rzetelne przedstawienie faktów ma zasadnicze znaczenie przy wyciąganiu wniosków z przeszłości. Nie można bowiem wyciągnąć prawidłowych wniosków, jeśli będziemy się posługiwać półprawdami albo niekompletną wiedzą. Rygory, jakim powinien się poddać historyk, czasem zdają się nie obowiązywać publicystów używających historii w prezentowaniu własnych poglądów i opinii.” Też bardzo mądra opinia i podobnie jak w „GW”, nie przestrzegana w „Sieci”, a sam autor w ramach political fantasy swój wywód na końcu powiązał z ukochanym w tym środowisku atakiem na współczesną Rosję.

 

Spółka Akcyjna Energa,

poza swoimi podstawowymi usługami na rzecz przemysłowych i indywidualnych odbiorców, aktywnie włączyła się w nurt historii reklamując swoją działalność następującym hasłem: „Patriotyzm źródłem dobrej energii”. Poza tą, nadzwyczaj mądrą i głęboką sentencją, możemy jeszcze pooglądać sylwetkę żołnierza-mańkuta, bo w lewej ręce trzyma broń, wysoko lecący polski bombowiec Łoś i nisko jakiś inny niemiecki samolot, oraz bunkier na pierwszym planie. Ciarki przechodzą po grzbiecie, gdy czytam jeszcze, że i Energa dba o historię przekazywaną od pokoleń.

Subtelny antysocjalizm

…i jego konsekwencje.

 

Karl Popper tworząc swoją wizję społeczeństwa otwartego opartego na egalitaryzmie, indywidualizmie i racjonalizmie potępiał wszelkie ideologie kolektywne w których jednostka podporządkowana jest interesom państwowym, narodowym lub klasowym. Karl Popper, chociaż z szacunkiem wyraża się o dorobku naukowym Karla Marksa, odrzuca go jako postheglowskie dziedzictwo. Autor 2-tomowej pracy „Społeczeństwo Otwarte i jego wrogowie” popiera nawet marksowską krytykę kapitalizmu. Popper jednak twierdzi, że ta krytyka straciła na aktualności, a nieludzki kapitalizm XIX-wieku to już przeszłość. Niezależnie od tego czy zgodzimy się z analizami Poppera, jest to krytyka o charakterze merytorycznym. Współcześni zwolennicy społeczeństwa otwartego są bardziej reakcyjni, a ich krytyka Marksa bardziej Marksowi wroga i mniej merytoryczna. Najczęściej po prostu płytka. Krytyka ta ma wyrażać interes pewnej grupy, a właściwie klasy: średniej i wyższej, a także zwolenników neokonserwatyzmu.

 

Antysocjalizm środowisk liberalnych

Większość krytyków Marksa głosi na jego temat kłamstwa. Są to „oczywistości” doby neoliberalizmu. Potoczne kłamstwa głosi się także na temat ZSRR i Bloku Wschodniego. Podstawą tej narracji jest określona intencja klasy rządzącej i neokonserwatystów, pragnienie utrzymania kulturowego i ekonomicznego panowania. Po to stawia się propagandowe „pomniki” typu Europejskie Centrum Solidarności. Ta „bardziej umiarkowana” narracja nie epatuje IPN-owską „zamkniętością”.
Subtelny antykomunizm opiera się na tendencyjnej krytyce PRL-u i Bloku Wschodniego, tyle że zachowuje pozory umiarkowania. Subtelność ta kryje w sobie olbrzymie pokłady nienawiści. W gruncie rzeczy ta forma propagandy niewiele się różni od religijnego antykomunizmu IPN, ale ma nad sobą kontrolę. IPN wpada w chorobę psychiczną, subtelny antykomunizm zachowuje pozory zdrowego rozsądku. I nie atakuje Wałęsy za współpracę z SB. Przykładem takiej subtelnej antykomunistycznej propagandy jest gdańskie Europejskie Centrum Solidarności. ECS hołduje mało oryginalnej narracji popularnej w głównym nurcie III RP: neokonserwatywny paradygmat w ocenie Bloku Wschodniego, pokazanie represyjności PRL-u i innych demoludów, długie kolejki, puste półki itd. Na wystawie nie brakuje ukazania roli Kościoła w tworzeniu opozycji, znaczenia Jana Pawła II w obalaniu „komunizmu”, a nawet subtelnego wspomnienia o Żołnierzach Wyklętych. Nie pominięto też ukazania znaczenia festiwalu w Jarocinie, polskiego rocka i subkultury w „obalaniu komuny”. Przedostatnia sala wystawy to jakby wizualizacja „Końca historii” Francisa Fukuyamy: upadły autorytarne dyktatury, zapanowała zachodnia demokracja.
Ogółem w ECS panuje lekkostrawna, centroprawicowa propaganda mająca zjednać sobie lwią część społeczeństwa ukształtowanego przez konserwatywno-liberalne media. Gdy tworzono wystawę w ECS, środowiska „demokratyczno-liberalne” raczej nie były skłócone z IPN-em. Nawet do dziś ECS współpracuje z IPN-em w niektórych projektach. Poziom antykomunizmu w ECS chwilami sięga jednak IPN-owskiego absurdu. Ofiarą krytyki pada nawet… budownictwo mieszkaniowe w PRL, co świadczy nie tylko o antykomunistycznym, ale o zasadniczo antysocjalistycznym charakterze wystawy. Ewentualne akcenty lewicowe czy socjalistyczne (KOR, PPS na emigracji itd.) mają zachować pozory obiektywności i pokazać, jak różne siły sprzeciwiały się „komunistycznej” władzy. Ostatecznie i tak wyciągnąć należy antysocjalistyczne wnioski np. co do „nieracjonalności” państwowej gospodarki i społecznego budownictwa mieszkaniowego.
W Europejskim Centrum Solidarności oczywiście nie może zabraknąć też ruchu robotniczego. Proletariat jest atrakcyjny tylko jeśli występuje przeciw PZPR-owi i tworzy „Solidarność”. O tragedii proletariatu po transformacji ustrojowej oraz Stoczni Gdańskiej, która była trzecią co do wielkości stocznią na świecie i pracowało w niej 17 tysięcy ludzi wystawa ta nie wspomina. Już IPN jest bardziej krytyczny wobec transformacji.
W ECS-ie jest niewiele eksponatów, najważniejszym zaś jest tablica z 21 postulatami Solidarności. Mało kto zagłębia się w treść tych postulatów. Przewodnikom zdarza się podejść do nich krytycznie, szczególnie do 14 postulatu, głoszącego skrócenie wieku emerytalnego dla mężczyzn – 55 lat, dla kobiet – 50 lat. Liberał uzasadni swoją krytykę tego postulatu niską emeryturą, liberalna feministka – dyskryminacją kobiet.
Subtelny antykomunizm jest ahistoryczny, a nawet antyhistoryczny zgodnie z dyrektywami Karla Poppera (który gardził wszelką deterministyczną historiozofią) czy Francisa Fukuyamy. Afirmuje ideały wolności z mistyczną, intersubiektywną ślepotą na realia historyczne, historyczne prawidłowości i determinanty a także święcie wierzy w demokrację liberalną jako w koniec historii. Środowiska liberalne niezbyt interesują się historią. Tę przestrzeń liberałowie oddali więc prawicowym ekstremom współtworząc z nimi IPN. Antykomunizm jest potrzebny środowiskom liberalnym dla umocnienia swojej pozycji społeczno-ekonomicznej i do umocnienia tezy o końcu historii.
Społeczeństwo otwarte stworzyło przestrzeń dla rozwoju postaw egoistycznych, nawet takich, które godzą w idee liberalnej otwartości. Środowiska liberalne, pozostające na utrzymaniu biznesu, najchętniej wspominają więc o kolejkach „za komuny” umacniając w ten sposób swoją pozycję i profity. Nie zawsze też rozumieją procesy do których się przyczyniają. Albo rozumieją, lecz nie przyznają się do tego i udają „otwartość”.
Subtelny antykomunizm potrafi pożenić się nawet z feminizmem czy działaniem na rzecz osób LGBT. Jest on rozmyty, elastyczny, nieokreślony. Zanim jednak zaczął sięgać po strategie społeczeństwa otwartego był bardziej konserwatywny. Subtelni antykomuniści związani dziś z PO czy Nowoczesną to właściwie spadkobiercy Unii Wolności, współodpowiedzialni za falę klerykalizacji, która nastąpiła po 1989 r. Oni też współtworzyli i utrwalali tzw. „kompromis aborcyjny”.

 

Liberalne Hitlerjugend

Liberalny mistycyzm nadaje ton temu subtelnemu antykomunizmowi. To pozornie mniej groźna propaganda niż religijny antykomunizm, któremu hołduje IPN. Narracja ta jest bardziej lekkostrawna i przenika do większego grona odbiorców, nawet do umysłów, które chcą być „apolityczne” czy takich, których polityka niezbyt interesuje. Subtelny antykomunizm przenika do czegoś co nazwałbym „potoczną politycznością”.
Józef Piłsudski mawiał: „Kto za młodu nie był socjalistą, na starość będzie świnią”. Panująca w okresie III RP propaganda nie szczędziła wysiłków by urodzeni w latach 80-tych i później byli na starość świniami. IPN współorganizował Bombowy Dzień Dziecka, gdzie najmłodsi mogli się przekonać jak wspaniale iść na wojenkę. Nie tylko IPN jednak prowadzi indoktrynację dla najmłodszych. Europejskie Centrum Solidarności organizuje zajęcia „edukacyjne” dla przedszkolaków, podstawówek i starszej młodzieży podczas, których opowiada się o szarości PRL-u, tyrani ZSRR, wspaniałości wolnego świata zachodniego itd. Najczęściej poruszanym tematem są kolejki i puste półki. Panie prowadzące zajęcia tłumaczą bardzo młodym ludziom, że w okresie PRL-u nie było tych dóbr konsumpcyjnych, które dziś można bez problemu nabyć i nie było sklepów wielkopowierzchniowych. Tym samym kształtuje się w młodych ludziach określoną postawę: nie tylko postawę antykomunistyczną, ale przede wszystkim prokonsumpcyjną. To takie liberalne Hitlerjugend, „wizja historii” Platformy Obywatelskiej i podobnych środowisk liberalnych.
W taki sposób produkuje się konsumentów i utrwalaczy kapitalizmu. I wbrew intencjom Poppera mało krytyczne jednostki. Krytyczne myślenie nie może podważać kapitalistycznych świętości. Ta liberalna wiara to forma alienacji. Ta wiara nadawała tożsamość pokoleniom III RP, które nie znały innej rzeczywistości poza tą kapitalistyczną. Wypracowała modelową, liberalną tępotę wyniesioną do rangi zdrowego rozsądku.
Skoro młode umysły zaprawia się w antykomunizmie to tracą one jednocześnie szansę na jakąkolwiek – obiecywaną przez liberalizm – apolityczność. W okresie dorastania są już antykomunistami albo buntują się przeciw tej narracji. Liberalna pustka sprawia, że ten subtelny antykomunizm jest wrogi młodym ludziom i nie wystarcza im do opisu rzeczywistości. Ostatecznie triumfują prawicowe mity na czele z Żołnierzami Wyklętymi. Młodzież chcąca odrzucić liberalne paradygmaty, odnaleźć własną tożsamość i wspólnotowość pozostając na gruncie antykomunizmu siłą rzeczy musi przejść więc na pozycje faszyzujące.
Centroprawicowa narracja zdominowała całą III RP i to ona jest odpowiedzialna za skrajnie prawicową hegemonię. Historyczne publikacje popularno-naukowe, nawet jeśli nie zawsze emanowały antykomunistyczną wścieklizną, to marginalizowały postacie lewicy np. poza Piłsudskim prawie nie wspominano o innych działaczach Polskiej Partii Socjalistycznej. Dla tej „umiarkowanej” narracji bardziej interesującą postacią był generał Józef Haller czy Roman Dmowski, który choć był nacjonalistą „którego liberałowie nie popierają” to jednak zasłużył się dla niepodległości Polski.
Na gruncie potocznego antykomunizmu III RP rozwijał się też szaleńczy, religijny antykomunizm w wersji IPN-owskiej. Na gruncie liberalnej dezintegracji, w zalewie popkulturowej tandety, konsumpcjonizmu i pustki kulturalno-oświatowej dorasta nie tylko pokolenie antykomunistów, ale i antysocjalistów, antylewicowców, indywidualistów i egoistów. Część młodzieży nie jest nawet tego w pełni świadoma. Utrwalone konserwatywno-liberalne schematy nie jest też łatwo odrzucić. Takie wychowanie sprzyja politycznemu panowaniu liberalnego kapitalizmu. O to właściwie chodzi tzw. Społeczeństwu Otwartemu, dla którego antykomunizm to narzędzie.
Środowiska liberalne święcie wierzyły, że historia się skończyła i nikt już nie ma prawa podważać demokracji liberalnej. To miało też zapewnić utrwalanie negatywnego obrazu realnego socjalizmu. Nachalna antykomunistyczna nagonka miała zagwarantować brak powrotu do tamtej rzeczywistości, a nawet do socjalistycznych rozwiązań w ogóle. Nie udało się całkowicie wyplenić sentymentu za Polską Ludową. Propaganda ta jednak odniosła „sukces” wśród tych, którzy nie żyli w tamtym okresie, bądź byli zbyt młodzi by cokolwiek pamiętać. Wśród młodych szczególnie popularny jest antykomunizm motywowany religijnie.
Młodzi antykomuniści podważający III RP są jej niechcianymi dziećmi. Nie uświadamiają sobie, że zostali światopoglądowo zaprogramowani przez socjotechnikę III RP. Antykomunizm deklarujący swoją „demokratyczność” staje się swoim przeciwieństwem i jest programem radykalnie antydemokratycznym. Liberałowie nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje wychowawcze błędy, za synczyznę w której syntetyzują się neoliberalizm i skrajna prawica. Uczenie w szkole „podstaw przedsiębiorczości” i wpajanie antykomunizmu wyhodowały już nowego człowieka.
Kończy się czas liberalnej postpolityki i liberalnych dogmatów. Po około 30 latach od upadku bloku wschodniego antykomunizm zamiast słabnąć staje się coraz bardziej zajadły i coraz popularniejszy. Centroprawica bardziej liberalna z prawicą populistyczną licytują się o to kto jest bardziej antykomunistyczny. Ostatnia fala dekomunizacji jest już kolejnym stadium antykomunistycznej indoktrynacji.
Kapitalizm staje się coraz bardziej autorytarny, burżuazja coraz bardziej zdegenerowana. Antykomunizm – niezależnie od tego jakie formy przybiera – ma jednak na celu przede wszystkim ratowanie samego kapitalizmu. Czym to się może skończyć? Historia pokazała, że po republice rzymskiej przyszedł czas na cezaryzm, po Rewolucji Francuskiej – cesarstwo Napoleona Bonaparte, po demokracji we Włoszech – faszyzm, po Republice Weimarskiej – nazizm itd. Co powstanie na gruncie polskiego neoliberalizmu? Oczywiście, nie trzeba popadać w fatalizm. Potencjalni hunwejbini póki co są bardzo brunatni.