Będą testy DNA

Zanim 3 tysiące dzieci przetrzymywanych w tymczasowych ośrodkach wróci do swoich rodzin, będą musiały przejść testy genetyczne potwierdzające pokrewieństwo.

To pomysł Alexa Azara, sekretarza Zdrowia i Opieki Społecznej.

Pomysł jako pierwszy upubliczniła CNN, a potem „Time”. Alex Azar stwierdził, że zanim z powrotem połączy imigranckie rodziny rozdzielone na granicy z Meksykiem, trzeba będzie ustalić rzeczywiste pokrewieństwo z dziećmi oczekującymi w ośrodkach. W przypadku najmłodszych dzieci, do 5. roku życia – badania mają zakończyć się do 10 lipca, starsze dzieci „poczekają” do 26 lipca (sąd federalny w ubiegłym tygodniu zalecił administracji USA ponowne połączenie rodzin w ciągu 30 dni).

Jednak decyzję o pobieraniu materiału genetycznego organizacje broniące praw człowieka skrytykowały jako rażące pogwałcenie prywatności migrantów. Jennifer Falcon, rzeczniczka Krajowego Centrum Praw Imigracyjnych powiedziała „Time’owi”, że te dzieci są zbyt małe, aby świadomie wyrazić zgodę na udostępnienie swoich wrażliwych danych i że to pozwoli rządowi na śledzenie tych dzieci do końca ich życia, a także pozostałych członków ich rodzin.

Zgadza się z nią Sophia Gregg, adwokat z Centrum Pomocy Prawnej w Wirginii. Uważa, że z punktu widzenia prawnika, to posunięcie wzbudza mnóstwo wątpliwości. Nie wiadomo dokładnie, kto będzie przechowywał dane i jak zostaną one wykorzystane w przyszłości.

Imigracyjny kompromis

Angela Merkel osiągnęła porozumienie z Horstem Seehoferem z CSU, ministrem spraw wewnętrznych, w trwającym od tygodni sporze na temat polityki migracyjnej. Żeby ratować koalicję CDU/CSU, zgodziła się na przetrzymywanie migrantów na granicy i możliwość ich deportacji.

 

– Osiągnęliśmy dobry kompromis po trudnych negocjacjach – poinformował Seefoher dziennikarzy po zakończeniu poniedziałkowych rozmów z Merkel. Wcześniej minister postawił kanclerce ultimatum: zaostrzenie kontroli na granicach, albo jego rezygnacja ze stanowiska w rządzie.

Druga ewentualność oznaczałaby rozpad istniejącej od 70 lat koalicji parlamentarnej CDU/CSU. Merkel zdecydowała się w końcu ustąpić.

Zgodziła się na propozycję Seehofera, która wychodzi naprzeciw rosnącym w Niemczech nastrojom antyimigranckim. Na granicy z Austrią mają teraz powstać obozy, tzw. centra przetrzymywania i procedowania, skąd imigranci uznani za nielegalnych bedą mogli zostać deportowani. Zatrzymywane będą osoby zarejestrowane w innych krajach UE, a Niemcy będą mogły negocjować z krajami, z których przybyli, sprawę ich odesłania.

Na zakończonym niedawno szczycie UE poświęconym problemom imigracji zdecydowano o utworzeniu podobnych obozów na terenie samej Unii i poza nią, w których rozstrzyganie spraw azylowych odbywałoby się na poziomie UE. Seehofer wywalczył takie rozwiązanie na poziomie samych Niemiec. Porozumienie z Merkel uznał za kompromis, bo początkowo chciał jeszcze bardziej stanowczej polityki wobec imigrantów, zakładającej natychmiastową deportację „nielegalnych”.

Na kompromisowe rozwiązanie muszą się jeszcze zgodzić rząd Austrii i trzeci koalicjant w rządzie Angeli Merkel, czyli SPD. Socjaldemokraci zapewniali wcześniej, że nie zamierzają z góry godzić się na dowolne propozycje kompromisu z Seehoferem.

Brak zgody między CDU a CSU oznaczałby rozwiązanie rządu i nowy wybory, co jest jednak nie w smak wszystkim partiom obecnym w Bundestagu, oprócz skrajnie prawicowej AfD, która korzystając z nastrojów antyimigranckich nieustannie rośnie w siłę w sondażach.

Zero według Trumpa

Fala krytyki spadła na Donalda Trumpa, który w niedzielę na Twitterze wezwał do tego, aby osoby, które nielegalnie przekroczyły granicę, były wydalane z terytorium Stanów Zjednoczonych bez procesów sądowych i wdrażania procedur.

 

„Nie możemy pozwolić, aby wszystkie te osoby robiły najazd na nasz kraj” – napisał na Twitterze.

Wezwał też do odsyłania wszystkich nielegalnych imigrantów, którzy przekroczą granicę, powołując się na to, że przyjmowanie ich jest nieuczciwością wobec ludzi, którzy legalnie starają się o obywatelstwo i są skłonni na nie czekać latami.

Opinia publiczna ledwo zdążyła pochwalić Trumpa za dekret, który pozwolił dzieciom nielegalnych imigrantów odebranym na granicy połączyć się znów ze swoimi rodzicami (niejako przeoczono przy tej okazji fakt, że ten sam dekret umożliwiał bezterminowe przetrzymywanie w aresztach całych rodzin migrantów). Prezydent USA poczuł się w obowiązku przypomnieć, że nadal obowiązuje polityka „zero tolerancji”.

– To niezgodne z prawem i niekonstytucyjne – tak twitterową sugestię o natychmiastowym odsyłaniu migrantów skomentował Omar Jadwat, dyrektor Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich. – Każdy urzędnik, czy sędzia, który składał przysięgę i obiecywał przestrzegać prawa, powinien jednoznacznie odrzucić nakazy Trumpa.

W tygodniu utworzono federalną grupę zadaniową, która ma zająć się ponownym łączeniem rozdzielonych imigranckich rodzin. W ostatnich tygodniach amerykańska straż graniczna odebrała rodzinom około 2,3 tys. dzieci. Mimo to nie należy oczekiwać, że polityka „zero tolerancji” w jakikolwiek sposób złagodnieje. Organizacje broniące praw człowieka zadeklarowały, że będą interweniować w każdej sytuacji, w której dzieci będą przebywały w ośrodkach dla imigrantów dłużej niż 20 dni i w każdej sytuacji, kiedy aresztowanym za nielegalne przekroczenie granicy nie zostanie zagwarantowane przesłuchanie przed sędzią imigracyjnym przed deportacją.

Melania przeciw Donaldowi

W wielu miastach USA trwaja protesty przeciwko nieludzkiej polityce imigracyjnej Trumpa. Również wpływowe postacie amerykańskiej prawicy krytykują oddzielanie dzieci od rodziców.

 

W minionym tygodniu w miastach stanów Kalifornia, Kolorado, Floryda, Kentucky, Nowy Jork, Ohio, Oregon, Teksas i Utah odbyło się ponad 20 marszów i innych form protestu przeciwko najnowszej odsłonie polityki antyimigracyjnej prowadzonej przez Donalda Trumpa. Prezydent USA ogłosił politykę „zero tolerancji” dla nielegalnych imigrantów. Oznacza to automatyczne uznanie ich za przestępców i kierowanie ich przed sąd, podczas gdy wcześniej było wobec nich podejmowane postępowanie administracyjne.

Największe oburzenie amerykańskiej i światowej opinii publicznej budzi praktyka rozdzielania rodzin imigrantów, odbierania dzieci rodzicom i odsyłania ich do specjalnych obozów. Oficjalne dane mówią o 2 tys. dzieci odebranych rodzicom w okresie od połowy kwietnia do końca maja. Problem dotyczy przeważnie osób przekraczających granicę USA z Meksykiem. Przez krytyków Trumpa – polityków, media i organizacje społeczne – polityka ta jest określana jako „nieludzka” i „okrutna”. Zdarza się, że miejsca przetrzymywania odebranych dzieci są porównywane do nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Do organizowanych w całym kraju protestów dołączyli senatorzy i senatorki Demokratów. Jeff Merkley wizytował centrum kotroli granicznej w Teksasie, żeby zwrócić uwagę na sposób traktowania imigrantów. Członek izby reprezentantów, demokrata Beto O’Rourke poprowadził w Teksasie marsz do obozu przetrzymywania dzieci. Jerrold Nadler spotkał się z przetrzymywanymi w jednym z pięciu obozów w New Jersey. Przejęty ich sytuacją, powiedział: „Nie możemy być tacy jako naród”.

Również niektórzy politycy Republikanów krytykują okrutną politykę Trumpa. m.in. senatorzy Susan Collins i Jeff Flake. Przeciwko rodzielaniu rodzin wypowiedziała się też Laura Bush, była pierwsza dama USA. Oświadczyła, że polityka „Zero toleracji” jest niemoralna i łamie jest serce. Mało tego. Przeciwna temu procederowi jest nawet żona prezydenta Melania Trump. Jej agent powiedział telewizji CNN: „Pani Trump cierpi widząc, jak dzieci są odbierane rodzinom i ma nadzieję, że obie strony [granicy meksykańsko-amerykańskiej] opracują w końcu udaną reformę polityki imigracyjnej”.

Zeszłotygodniowe protesty odbywały się pod szyldem koalicji organizacji społecznych „Families Belong Together” (Rodziny powinny być razem). Platforma ta opowiada się przeciwko rozdzielniu rodzin i innym naruszeniom praw człowieka przez aparat nadzoru imigracji w USA. Żąda podjęcia natychmiastowych działań celem powstrzymania nieludzkiego traktowania imigrantów.
Rozdzialanie rodzin i odbieranie dzieci przez USA oficjalnie potępiła Rada Praw Człowieka ONZ.

Kary za pomoc

Zgodnie z obietnicą złożoną przez Viktora Orbána podczas ostatnich wyborów wygranych przez Fidesz, węgierski rząd przygotowuje projekt ustawy wymierzonej w organizacje pomagające uchodźcom.

 

Napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu przybywających do Węgier znacznie zmalał odkąd w 2016 r. południową granicę kraju szczelnie ogrodzono wzmocnionymi i regularnie patrolowanymi zasiekami. Węgierski rząd nie przestaje jednak wykorzystywać tematu imigrantów do politycznej nagonki na swoich przeciwników. Opracowano właśnie założenia nowej ustawy, która zmierza do kryminalizacji działań nastawionych na pomoc uchodźcom uznanym za „nielegalnych imigrantów”. Projekt ten bierze „na celownik” przede wszystkim tych, którzy przerzucają ludzi przez granicę lub finansują tę aktywność. Jednak za przestępstwo może też zostać uznane nawet drukowanie ulotek z informacjami dla uchodźców, dostarczanie im jedzenia lub oferowanie pomocy prawnej.

Całość projektu nie jest jeszcze znana, jednak węgierski dziennik Magyar Hirlap twierdzi, że za taką działalność będzie grozić nawet kara jednego roku pozbawienia wolności. Rząd Orbána zamierza też zmienić konstytucję tak, żeby skutecznie uniemożliwić relokację uchodźców z pozostałych krajów UE do Węgier.

Komentatorzy są zgodni, że nowe represje wymierzone są przede wszystkim w działalność Open Society Foundation finansowaną przez George’a Sorosa. Nowe prawo jest otwarcie nazywane

„Ustawą antysorosową. Zapowiedź bezpardonowej walki z polityczną działalnością miliardera węgierskiego pochodzenia była jednym z głównych wątków niedawnej kampanii wyborczej partii Orbána. George Soros jest konsekwentnie demonizowany w oczach opinii publicznej. Politycy Fideszu i prorządowe media przedstawiają go jako wroga Węgier zagrażającego bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju i jego chrześcijańskiej tożsamości. Głosowanie parlamentarne w sprawie ustawy przewidującej nowe represje jest zaplanowane na przyszły tydzień.