Nie będzie paktu?

Dokument poświęcony prawom i bezpieczeństwu uchodźców i migrantów miał zostać podpisany podczas konferencji ONZ w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia. Jednak coraz więcej państw wycofuje się ze złożonych deklaracji. Ostatnio taką decyzję podjęła Bułgaria.

 

Bułgarskie władze przestraszyły się gniewu opozycji i w ubiegły piątek ogłosiły, że jednak wycofują się z układu. Miał na to wpływ atak, jaki przypuściła na rządzących opozycja – liderka opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej Kornelia Ninowa stwierdziła, że podpisanie paktu nie było konsultowane ani na posiedzeniach rządu ani na sejmowych komisjach i że „pakt ten stymuluje migrację”, z tą tylko różnicą, że „próbuje przekształcić migrację nielegalną w legalną”. Szefowa MSZ Ekatarina Zachariewa broniła się, że pakt nie jest konwencją wymagającą ratyfikacji, ale ostatecznie rząd „zmiękł”.

Co z kolei wywołało ostrą reakcję Jean-Claude’a Junckera, który wczoraj na forum ekonomicznym w Berlinie oświadczył: – Jeśli jeden, dwa, lub trzy kraje odstąpią od paktu migracyjnego ONZ, to my, jako Unia Europejska, nie będziemy w stanie bronić naszych interesów.
Szef KE ma prawo być rozżalony. Bułgaria nie jest pierwszym krajem, który wycofał się z podpisania dokumentu – wcześniej zrobiły to już USA, Australia, Austria i Węgry, wahają się również Polska i Czechy.

Punktem wyjścia do podjęcia międzynarodowych rozmów na temat paktu była tzw. Deklaracja Nowojorska z września 2016 roku. Wówczas przyjęły ją 193 państwa należące do ONZ. Węgrom i Austrii nie podobały się zapisy, które Węgry i Austria stwierdziły, że podpisanie paktu uderzy w ich suwerenność. Chorwacja, Czechy, Słowacja i Polska obawiają się odgórnie narzuconych kwot bądź wpłat, waha się również Szwajcaria, która usiłuje odwlec sprawę i zapowiada, że może podpisać pakt w dowolnym momencie.

Polacy, Ku Klux Klan i ksiądz Moczygemba

W naszych czasach podobnie jak w przeszłości do Stanów Zjednoczonych zmierzają ogromne rzesze imigrantów poszukujących lepszego życia.

 

Imigranci zarówno w przeszłości jak i obecnie byli i są narażeni na nieoczekiwane niebezpieczeństwa i trudności. Adaptację do nowego środowiska społecznego często hamują odmienności religijne i kulturowe. Z drugiej strony występuje nacjonalistyczna presja nowego otoczenia na wyzbywanie się stylu życia przywiezionego ze „starego kraju” i dostosowanie się do amerykańskich realiów. Ciekawe i pouczające przykłady można znaleźć w historii polskiej emigracji do Ameryki.

 

Z chłopa – osadnik

Leopold Moczygemba (1824-1891), ksiądz-zakonnik, franciszkanin, przedstawiany jest przez prasę klerykalną jako wybitny działacz polonijny i dobroczyńca. W rzeczywistości służył on przede wszystkim władzom kościoła katolickiego i dbał o ich interesy. Organizował zbiórki pieniędzy, zakładał parafie i nadzorował budowę kościołów. Moczygemba w 1852 roku przybył do Teksasu, aby organizować parafie wśród niemieckich osadników. Wkrótce wpadł na pomysł, ażeby sprowadzać do Ameryki Polaków. Pochodził ze wsi Płużnica na Śląsku Opolskim, gdzie jego ojciec był młynarzem, a przez pewien czas – karczmarzem. Stamtąd też i z okolicznych wsi – pod wpływem entuzjastycznych listów Moczygemby do rodziny i znajomych, które zawierały zapowiedzi dobrobytu w bogatej Ameryce – grupa chłopów zdecydowała się na wyjazd. Nie byli to wiejscy biedacy. Posiadali dobrze prosperujące gospodarstwa, które sprzedali, aby uzyskać pieniądze na długą podróż i zakup ziemi w Teksasie. Jak pisze T. Lindsay Baker, emigranci, którzy przybyli do Teksasu nie pasowali do amerykańskiego stereotypu słowiańskich imigrantów – masy biedaków uganiających się za kawałkiem chleba. Pochodzili oni z klasy chłopskiej, źle rozumianej zarówno w przeszłości jak i obecnie… Byli oni posiadaczami ziemi i płatnikami podatków o znacznie wyższym statusie społecznym aniżeli bezrolni robotnicy, których zatrudniali. Jednakże chłopi mieli znacznie niższy status aniżeli szlachta, której kłaniali się z uszanowaniem odziedziczonym po przodkach.

Teksańscy emigranci, chociaż przerażeni sytuacją gospodarczą ich ojczyzny nie cierpieli zbytnio z powodu tej sytuacji. Wyjeżdżali z Europy do Teksasu ponieważ sądzili, że jest to droga do ekonomicznego awansu-zablokowana w Europie, ale otwarta dla nich w Ameryce. (The Polish Texans, San Antonio 1982, s.11)

 

Osada – fiasko

W roku 1854 około świąt Bożego Narodzenia 159 śląskich emigrantów w okolicy San Antonio założyło pierwszą polską osadę w Ameryce, której nadano nazwę Panna Maria. W ciągu następnych dwóch lat przybyło około 1200 emigrantów. Moczygemba był proboszczem – założycielem parafii i przywódcą osadników. Przed przybyciem Ślązaków Moczygemba prowadził rozmowy z irlandzkim bankierem i kapitalistą Johnem Twohigiem – właścicielem ziemi na której miała powstać osada. Kiedy przybysze przystąpili do kupna działek Twohig sprzedawał je po cenach blisko cztery razy, a czasem i siedem razy wyższych, aniżeli w sąsiednich osadach. Wywołało to oburzenie.

Aby udobruchać tych, którzy nie mogli kupić ziemi, Moczygemba nabył działkę 238 akrów.

25 akrów przeznaczył na kościół, a pozostałą część rozparcelował wśród najbardziej potrzebujących. Polscy osadnicy przekonali się wkrótce, że Teksas z gorącym klimatem i suchą glebą, to nie zielony Śląsk. Lata 1856-57 okazały się okresem wyjątkowej posuchy. Rozczarowanie i gniew osadników sprawiły, że Panna Maria stała się dla Moczygemby miejscem niebezpiecznym.

 

Ucieczka

Niektórzy chcieli go powiesić, inni grozili utopieniem w San Antonio River. W październiku 1856 roku zagrożony Moczygemba – za zgodą władz kościelnych – schronił się wśród niemieckich osadników na terenie Teksasu. W dwa lata później wyjechał z tego stanu na północ. Postąpił roztropnie. Gniewne , mściwe myśli prześladowały jego rodaków przez wiele lat. W 1867 roku misjonarze informowali Rzym, że Ślązacy do tej pory nie mogą wybaczyć Moczygembie tego, że sprowadził ich do Teksasu.

Po wyjeździe z Teksasu ksiądz Moczygemba działał w stanach północnych wśród imigrantów niemieckich, włoskich i polskich. Trzykrotnie odbył podróże do Rzymu w celach sprawozdawczo-szkoleniowych. Zmarł pod Detroit w roku 1891.

Po śmierci jednak nie pozostawiono go w spokoju. Skłonność do ekshumacji występuje wśród Polaków od dawna. W 1974 roku wskutek starań organizacji polonijnych zwłoki Leopolda Moczygemby uroczyście przeniesione zostały do miejsca z którego uciekł, do osady Panna Maria.

 

Z deszczu pod rynnę

Polskich osadników w Teksasie spotykały kolejne trudności i rozczarowania. Niektórzy z nich przybyli do Ameryki, aby chronić swoich synów przed służbą wojskową. Tymczasem w okresie wojny secesyjnej (1861-1865) w Teksasie był przymusowy pobór do armii Konfederacji.

Wielu osadników żyło w biedzie. Bywało, że dzieci kilometrami szły wzdłuż torów kolejowych, aby zbierać kawałki węgla, które spadały z wagonów towarowych. Na osadników napadali gangsterzy. Czasami Indianie.

Polskie skanseny wokół kościołów nie sprzyjały adaptacji do warunków amerykańskich i hamowały proces przekształcania się osadników w „prawdziwych Amerykanów”. W miastach mówienie po polsku na ulicy narażało na wyzwiska i pobicie. Polskie dzieci obrywały w szkołach od swych amerykańskich rówieśników, których często nie rozumiały,

 

Zamerykanizowani przez Klan

Prześladowcy działali czasami odruchowo, a czasami w sposób zorganizowany. W nocy 18 maja 1921 roku specjalnym pociągiem z Houston około 500 zakapturzonych członków Ku Klux Klanu z płonącymi pochodniami przybyło do zamieszkałego przez Polaków miasta Brenham. Maszerowali głównymi ulicami z amerykańskimi flagami. Nieśli transparenty z napisami „Na ulicach Brenham mów po angielsku, albo nic nie mów”, „Amerykanin to ten, który jest za swoim krajem, a przeciwko całemu światu”.

Polscy wieśniacy przez pewien czas bali się przychodzić do miasta. Niektórzy obawiali się wychodzić z domu. Natomiast w Brenham nazajutrz po złowrogiej demonstracji odbyło się zebranie na którym miejscowi prominenci uradzili, że uroczystości pogrzebowe poległych żołnierzy powinny odbywać się po angielsku. Tak samo załatwianie transakcji biznesowych i kazania.

Tak więc amerykańscy rasiści i szowiniści na swój sposób przyśpieszyli amerykanizację Polaków zwabionych do Teksasu przez księdza Moczygembę.

Honduras na celowniku Trumpa

Prezydent USA poinformował prezydenta Hondurasu, że odetnie fundusze pomocowe dla tego kraju, jeżeli na teren Stanów Zjednoczonych wkroczy „karawana migrantów”. Wezwał władze do zawrócenia jej. Rzeczywiście w kierunku Meksyku, a potem docelowo USA, zmierza grupa około 2 tysięcy migrantów. We wtorek dotarli do Gwatemali.

 

Niestraszna im polityka „zero tolerancji”, straszniejsza jest korupcja, zastraszanie przez gangi, gwałty, przemoc domowa. 2 tysiące obywateli Hondurasu, w tym kobiety i dzieci, zmierza na północ. We wtorek dotarli do Gwatemali.

Rząd Hondurasu – zresztą sojusznika USA, które w ostatniej dekadzie pomogły w ustanowieniu tam prawicowego zamordyzmu – przestraszył się ostrzeżeń Trumpa i wezwał migrantów, aby wrócili.

„Rząd Hondurasu wzywa obywateli Hondurasu, którzy uczestniczą w tej bezprawnej mobilizacji, aby nie pozwolili, żeby byli wykorzystywani przez ruch, który ma charakter wyraźnie polityczny i stara się zakłócić rządzenie krajem, stabilność i pokój w naszych państwach” – napisano w specjalnym oświadczeniu.

Wojsko Gwatemali przygotowało nawet środki transportu dla chętnych do powrotu na granicę Hondurasu, ale ogółem liczba migrantów w karawanie zwiększa się, zamiast zmniejszać. Dołączają do niej wciąż nowi obywatele państw Ameryki Środkowej.

Wiadomo, że około 400 osób już dotarło do stolicy Gwatemali.

Trump grozi na Twitterze: „Stany Zjednoczone zdecydowanie poinformowały prezydenta Hondurasu, że jeśli wielka karawana ludzi zmierzających do Stanów Zjednoczonych nie zostanie zatrzymana i zawrócona do Hondurasu, Hondurasowi nie zostaną przekazane żadne pieniądze ani żadna pomoc – ze skutkiem natychmiastowym!”.

Mike Pence tymczasem rozmawiał przez telefon z prezydentem Gwatemali Jimmym Moralesem i prosił o współpracę z Waszyngtonem w celu zatrzymania zdesperowanego pochodu. Uzyskał obietnicę wpuszczania wyłącznie osób posiadających ważne dokumenty.

Później przeprowadził rozmowę z prezydentem Hondurasu przebywającym w Kolumbii. „Rozmawiałem z prezydentem Hernandezem z Hondurasu o karawanie migrantów zmierzających do Stanów Zjednoczonych. Dostarczyłem ważne przesłanie prezydenta: żadnej więcej pomocy, jeśli karawana nie zostanie zatrzymana. Powiedziałem, że USA nie będzie tolerować tego rażącego lekceważenia naszej granicy i suwerenności” – streścił ją na Twitterze.

Meksyk, który ma być bezpośrednim buforem przed wkroczeniem na terytorium USA, twardo zapowiedział, że nie wpuści żadnego nielegalnego migranta.
Tymczasem Trump już gromadzi finanse na następną kampanię wyborczą. Ponoć w kieszeni ma już na ten cel rekordowe 106 milionów dolarów, więcej niż którykolwiek prezydent USA ubiegający się o reelekcję zebrał w ciągu 2 lat.

Przerażający raport

11 października najnowszy raport Amnesty International obnażył nieujawniane dotąd grzechy administracji Donalda Trumpa: tylko od 19 kwietnia do 15 sierpnia 2018 przymusowo rozdzielono ponad 6000 rodzin. To o wiele więcej, niż oficjalnie przyznają władze. „Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna”.

 

Raport „Nie masz tutaj żadnych praw: Nielegalne zawracanie, arbitralna detencja oraz złe traktowanie osób poszukujących ochrony w Stanach Zjednoczonych” pokazuje olbrzymią skalę nielegalnego, masowego zawracania migrantów lub wpychania ich do miejsc detencji na nieokreślony czas, bez rozważenia zastosowania jakichkolwiek alternatywnych działań.

Według działaczy Amnesty International, jest to celowe łamanie praw człowieka, obliczone na zniechęcenie migrantów do poszukiwania schronienia na terenie Stanów Zjednoczonych.
– Administracja prezydenta Trumpa prowadzi zaplanowane działania naruszające prawa człowieka, w celu ukarania i zniechęcenia osób poszukujących ochrony na granicy USA z Meksykiem. Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna. Kongres USA oraz organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa muszą przeprowadzić odpowiednie, niezależne i szybkie śledztwo, by pociągnąć rząd do odpowiedzialności i zapewnić, że nic podobnego nie wydarzy się w przyszłości – powiedziała wczoraj na konferencji prasowej dotyczącej raportu Erika Guevara Rosas, Dyrektorka ds. Ameryk w Amnesty International.

Po pierwsze okazuje się, że administracja nie ujawniała dotychczas liczby wszystkich rozdzielonych rodzin (od 2017 było to około 8 tysięcy – ale bez wliczania w to np. rozdzielania z dziadkami czy dalszymi krewnymi), w ubiegłym roku wdrożono też politykę, która spowodowała zawrócenie tysięcy ludzi poszukujących azylu na oficjalnych przejściach granicznych wzdłuż całej granicy z Meksykiem. Na koniec wreszcie politykę obowiązkowej i nieokreślonej w czasie detencji osób poszukujących ochrony, na czas rozpatrywania ich wniosków o ochronę, często bez możliwości zastosowania innych środków, co jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Organizacja udokumentowała szczegółowo po kilkanaście przypadków z każdej powyższej kategorii naruszeń, ponadto odnotowano przypadki 15 osób transpłciowych i gejów. Osoby te ubiegały się o ochronę i zostały umieszczone w detencji na okres od kilku miesięcy do prawie 3 lat bez możliwości zwolnienia. Zwolnienie nie wchodziło w grę nawet w przypadkach, gdy migranci zgłaszali, że w miejscach detencji dochodzi do wykorzystywania seksualnego.

– Każdy człowiek na świecie ma prawo do poszukiwania azylu od prześladowań i innych poważnych krzywd oraz żądać ochrony w innym kraju – powiedziała Guevara Rosas. – Kongres musi pilnie działać, by podjęto śledztwo i stworzono kompleksowy system zbierania danych o rodzinach rozdzielonych przez rząd USA oraz wprowadzić rozwiązania prawne, które zakazują separacji oraz umieszczania w detencji na nieokreślony czas dzieci i rodzin.

Australia zamknięta dla uchodźców

Niedawne posunięcia administracji Donalda Trumpa, zmierzające do uszczelnienia granic USA, m.in. poprzez rozdzielanie rodzin tzw. nielegalnych imigrantów i uchodźców, skupiły na sobie uwagę światowych mediów. Tymczasem w cieniu coraz bardziej restrykcyjnej amerykańskiej polityki imigracyjnej, rozgrywa się dramat tysięcy uchodźców, którzy ratunku szukają w Australii.

 

Australia zazwyczaj wywołuje pozytywne emocje. Stabilny, bogaty kraj, ze świetną infrastrukturą i przyjaznymi mieszkańcami – tak najczęściej wyobrażamy sobie to państwo-kontynent. Faktycznie, jeśli spojrzeć na dane makroekonomiczne, Australia jawi się jako jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie. Z rocznym dochodem na mieszkańca przekraczającym 52 tys. dolarów, pozostawia daleko w tyle Francję, Wielką Brytanię czy Finlandię, zrównując się z największą europejską gospodarką, czyli Niemcami. Czy zatem napływ półtora tysiąca uchodźców może stanowić dla takiej potęgi jakiekolwiek zagrożenie?

Po zaostrzeniu amerykańskiej polityki imigracyjnej czy histerycznej reakcji polskiego rządu na każdą prośbę w sprawie przyjęcia uchodźców z Bliskiego Wschodu, żadna odpowiedź już nie dziwi. I rzeczywiście. Australia stara się nie dopuścić na swoje terytorium chociażby jednego uchodźcy. Wszyscy, których straż wybrzeża złapie na australijskich wodach terytorialnych trafiają na jedną z dwóch wysp na Pacyfiku – Nauru lub Papuę Nową Gwineę – które zostały zamienione w odcięte od świata więzienia. Od ponad pięciu lat przebywa tam ponad 1,4 tys. uchodźców – mężczyzn, kobiet i dzieci – którzy w 2013 r. próbowali przedostać się do Australii.

W ubiegłym tygodniu Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę na pogarszającą się sytuację osób przetrzymywanych przez australijskie władze. Obserwatorzy i lekarze, którzy dotarli do uchodźców podkreślają, że z każdym tygodniem rośnie liczba osób z depresją. W konsekwencji odnotowuje się coraz więcej prób samobójczych, nie tylko u dorosłych, ale i u dzieci.

„Współpracujący z nami lekarze, którzy odwiedzili obozy w 2016 r. odkryli, że ponad 80 proc. osób przetrzymywanych na Nauru i Papui Nowej Gwinei cierpi na różne lęki, depresję oraz zespół stresu pourazowego. Sytuacja od tego czasu jeszcze się pogorszyła. Należy spełnić wiele potrzeb. Australijskie władze nie mają już czasu, aby szukać innych rozwiązań niż ewakuacja uchodźców [do Australii]” – alarmowała w miniony piątek rzeczniczka UNHCR.

O warunkach, w jakich przetrzymywani są uchodźcy w Nauru i Papui Nowej Gwinei zrobiło się głośno w zeszłym roku, po próbie samobójczej czternastolatki. „Raporty medyczne wskazują, że najpierw oblała siebie benzyną, a następnie próbowała siebie podpalić, jednocześnie wyrywając garściami włosy z głowy” – stwierdza UNHCR. Mimo próśb lekarzy i wysłanników ONZ, władze w Canberrze nie zgodziły się, aby nastolatka została przewieziona na kurację do jednego z australijskich szpitali. Dopiero po zdecydowanej presji ze strony mediów i organizacji międzynarodowych, dziewczyna wraz z rodziną znalazła się w Australii.

Okazało się, że podobnych przypadków było więcej. Dwa lata wcześniej skuteczną próbę samobójczą podjął irański uchodźca. Nie udało się go uratować, gdyż władze naciskały, aby był leczony w obozie. Innym razem nie zgodzono się na przetransportowanie do Australii dwulatki, która zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Mimo nalegań lekarzy, początkowo trafiła ona z Nauru do Papui Nowej Gwinei, gdzie jej stan tylko się pogorszył. Dopiero wówczas zezwolono na jej leczenie w australijskim szpitalu.

O tym, że od tego czasu niewiele się zmieniło, świadczą dane, do których dotarł UNHCR. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy, w obozie dla uchodźców w Nauru odnotowano co najmniej 78 prób lub myśli samobójczych. Łącznie, przez cały okres działalności centrów odosobnienia na obu wyspach zmarło 12 osób. Jeden z przedstawicieli UNHCR uznał, że „australijska polityka poniosła porażkę pod wieloma względami. Nie udało jej się ochronić uchodźców, przez ponad pięć lat nie udało jej się sprostać nawet podstawowym potrzebom. W końcu też nie udało jej się stworzyć rozwiązań dla kolejnych grup uchodźców, którzy nie mogą sobie pozwolić na czekanie w nieskończoność”.

W ciągu ostatnich pięciu lat, drogą morską do Australii próbowało przedostać się niemal 52 tys. osób. Szacuje się, że ponad 860 z nich zginęło. Obie główne partie – laburzyści i liberałowie – opowiedziały się za rozwijaniem obozów dla uchodźców poza granicami państwa. Zmniejszono także liczbę wiz dla uchodźców, głównie z Syrii i Iraku, która obecnie wynosi 12 tys. Ostatnie zapowiedzi australijskich władz dają nadzieję na zwiększenie tego limitu do 18,750, który jednak uważany jest za „ostateczny”, bez możliwości jego przekroczenia w przyszłości.

Próba odpychania od siebie problemu uchodźców przez australijskie władze zakończyła się porażką. Podobnie zresztą, jak coraz bardziej restrykcyjna polityka imigracyjna administracji Donalda Trumpa, która zamiast uszczelnić granice, powoduje jedynie problemy wizerunkowe dla USA. Co z tej nauki płynie dla Polski?

W okresie wzmożonych migracji – dobrowolnych i przymusowych – nie da się udawać, że problem nie istnieje. Skoro wyspiarska Australia nie potrafi skutecznie odizolować się od napływu uchodźców, to jak może zrobić to Polska, która znajduje się niemalże w samym centrum szlaków współczesnej wędrówki ludów? Odwracanie wzroku i histeryczne reakcje nie zastąpią mądrej polityki imigracyjnej i integracyjnej, skierowanej do rosnącej liczby obcokrajowców już u nas przebywających. Niestety, takiej polityki wciąż brakuje i nic nie zapowiada, aby miała ona wkrótce powstać. Tymczasem, warto się spieszyć. Jak bowiem pokazuje to przykład Australii, każda polityka – zwłaszcza dotycząca tak newralgicznej kwestii, jak imigracja – prowadzona wyłącznie pod presją bieżących wydarzeń, nie rozwiązuje problemów, lecz jedynie tworzy nowe.

 

Pomarańczowa fala

– To akcja solidarności z załogą Aquariusa, ostatniego statku cywilnego, który ratował migrantów wypływających z Libii, przeszła ulicami 60 francuskich miast oraz Brukseli, Berlina, Walencji, Madrytu i Palermo. Poparcie dla operacji ratunkowych na Morzu Śródziemnym i potępienie braku działania ze strony rządów europejskich wyraziły dziesiątki tysięcy osób.

 

Ludzie ubrani w kolor Aquariusa najliczniej zebrali się w Marsylii, gdzie mieści się organizacja humanitarna SOS Méditerranée zarządzająca statkiem. Aquarius, który od lutego 2016 r. uratował prawie 30 tys. osób, został – pod naciskiem rządów europejskich – pozbawiony kolejno bander Gibraltaru i Panamy, musi teraz pozostawać w marsylskim porcie. W piątek siedzibę organizacji zaatakowali działacze Bloku Tożsamościowego, którzy pod egidą skrajnie prawicowego ugrupowania Defend Europe wyrzucili na ulicę pracowników i wywiesili przez okna swoje transparenty. Policja aresztowała 22 osoby.

Francis Vallat, przewodniczący SOS Méditerranée, mówił w Paryżu: „Podczas gdy napływ imigrantów od dawna nie był tak mały, liczba zaginionych zastraszająco rośnie. W zeszłym roku tonął jeden migrant na 42, w tym roku już jeden na 18. Statki państwowe nie wystarczają, a nie ma już jednostek organizacji pozarządowych. Pozwalamy tonąć ludziom, pozwalamy tonąć naszej duszy i naszym wartościom.”

Petycja poparcia dla operacji ratowania rozbitków zebrała we Francji 200 tys. podpisów, jednak rząd do tej pory nie zgadza się na przydzielenie statkowi francuskiej bandery. Podobnie inne państwa europejskie, mimo licznych apeli, nie wysuwają propozycji rejestracji statku. „Aquarius wypełnia obowiązek humanitarny, nie powoduje migracji” – mówił rzecznik Lekarzy bez Granic, organizacji, która brała udział w akcjach ratunkowych Aquariusa.

Koniec Odysei?

Władze Malty zgodziły się w końcu na przejściowe przyjęcie kilkudziesięciu osób uratowanych na Morzu Śródziemnym przez słynny już statek Aquarius. Malta ich jednak nie chce. Mają ich przyjać cztery europejskie państwa. Los statku pozbawionego bandery pozostaje niepewny.

 

W wyniku negocjacji między prezydentem Francji Emanuelem Macronem a premierem Malty Josephem Muscatem, śródziemnomorska wyspa zgodziła się, by 58 uchodźców ze statku ratowniczego Aquarius 2 zeszło wreszcie na brzeg. Plan przewiduje przyjęcie ich następnie przez kilka państw europejskich. Według informacji udzielonych przez UNHCR, agencję ONZ ds. uchodźców, 18 osób trafi do Francji, po 15 – do Niemiec i Hiszpanii, 10 zaś do Portugalii.

Wśród migrantów uratowanych na morzu przez Aquariusa znaleźli się Libijczycy, Afgańczycy i osoby z krajów Afryki Subsaharyjskiej. Na brzeg Malty zeszło wśród nich 18 dzieci i kobieta w zaawansowanej ciąży. Towarzyszyło im też pierwsze zwierzę uratowane na wodach Morza Śródziemnego – pies imieniem Bella. Zdaniem Paolo Biondiego, przedstawiciela UNHCR, należy się spodziewać, że w ciągu kilku dni opuszczą oni Maltę, która gościć ich nie chce. Kraj ten, podobnie jak Włochy, trzyma od niedawna zdecydowanie antyimigrancką linię.

Uchodźcy nie zeszli na brzeg bezpośrednio z Aquariusa, a zostali na suchy ląd w mieście La Valetta przewiezieni maltańską łodzią. Statek nie może zawinąć do portu, ponieważ został pozbawiony bandery, wcześniej przyznanej mu przez Panamę, i groziła mu konfiskata. Przed wyruszeniem w ostatni rejs jednostka wynajmowana przez Lekarzy Bez Granic i organizację SOS Mediterranee spędziła 19 dni oczekując w Marsylii po tym, jak swoją banderę kazał jej zwinąć Gibraltar, gdzie statek był pierwotnie zarejestrowany. Po tym, jak udało się uzyskać banderę Panamską, Aquarius wyruszył na misję ratunkową, w międzyczasie jednak w wyniku nacisków antyimigranckiego rządu Włoch od dawna sabotującego ratownictwo na Morzu Śródziemnym, również i Panama zdecydowała się wyrejestrować Aquariusa. Co dalej z ostatnim prywatnym statkiem ratującym uchodźców? Najprawdopodobniej wróci do Marsylii, a potem – nie wiadomo.

Agencja UNHCR bije na alarm, że sytuacja uchodźców na Morzu Śródziemnym stała się dramatyczna po tym, jak na skutek politycznego sabotażu ze strony prawicowego włoskiego rządu praktycznie wyeliminowano cywilne ratownictwo. Co prawda liczba migrantów przybywających morze z Afryki Północnej spadła, jednak w obecnych warunkach ci, którzy się na to decydują, ryzykują niemal pewną śmierć. “Pozbawienie Aquariusa bandery jest faktem głęboko niepokojącym i będzie oznaczać dramatyczny spadek możliwości poszukiwawczych i ratowniczych dokładnie w momencie, kiedy trzeba je podnieść” – czytamy w komunikacie.

W obawie o życia migrantów głos zabrał też Komisarz ONZ ds. uchodźców Filippo Grandi: – Mówimy o życiu ludzi. Imigranci i uchodźcy nie mogą być nieustannie narażani podczas, gdy poszczególne państwa kłócą się o to, do kogo należy odpowiedzialność.

Niech się topią

Ostatni cywilny statek, który ratował migrantów u wybrzeży Libii – Aquarius – czeka unieruchomiony na wodach międzynarodowych u wybrzeży Malty z obawy, że tamtejsze władze zatrzymają go w porcie. Na pokładzie jest 58 libijskich emigrantów, w dwóch trzecich kobiety i dzieci, którzy od wielu dni czekają na inny statek, który mógłby ich przewieźć do La Valetty. Wygląda na to, że państwom europejskim udało się zlikwidować ratownictwo morskie w tym regionie Morza Śródziemnego.

 

Kolejna odyseja Aquariusa świadczy o silnych europejskich naciskach politycznych, by pozbawić ten ostatni statek możliwości ratowania migrantów wypływających z Libii. Aquarius nazywa się teraz Aquarius 2, bo Gibraltar pod presją odebrał mu swoją banderę. Lekarze bez Granic i SOS Méditerranée – dwie francuskie organizacje humanitarne, do których on należy – zarejestrowały wtedy Aquariusa z domalowaną „2” w Panamie, jednak i ten kraj zdecydował odebrać mu swoją banderę po europejskich naciskach. Dlatego załoga nie może przybić do portu w La Valetcie.

Wcześniej właściciele statku apelowali do Francji o możliwość płynięcia z migrantami do Marsylii, lecz prezydent Macron odmówił.

Władze francuskie zorganizowały „podział” na papierze 58 migrantów z Aquariusa 2 między cztery kraje i nakazały mu płynąć na Maltę, która chce statek aresztować z braku bandery.
Organizacje humanitarne od kilku dni apelują do państw europejskich o rejestrację Aquariusa, lecz na razie bez skutku.

Aquarius jest ostatnim cywilnym statkiem ratowniczym na odcinku libijskim, gdyż stopniowo wszystkie dotychczasowe jednostki zostały zmuszone do opuszczenia tego regionu lub zatrzymane w europejskich portach, głównie na Malcie, jak Sea-Watch 3 i Lifeline. Malta – w porozumieniu z innymi krajami – nie zezwala też na start małego samolotu Moonbird, który wypatrywał na morzu łodzi migrantów. Jesienią zeszłego roku większość statków humanitarnych musiała przerwać swe misje z powodu ataków zbrojnych libijskiej straży przybrzeżnej wyszkolonej przez Izraelczyków na zlecenie Unii Europejskiej.

W zachodniej Libii trwa konflikt zbrojny między czterema ugrupowaniami. Po likwidacji państwa libijskiego przez NATO, chaos objął cały kraj. Dziś liczba wypraw do Europy znacznie spadła, ale z powodu braku statków ratunkowych wzrasta liczba utonięć. W ubiegłym roku ginęła 1 osoba na 42, który wypłynęły, dzisiaj 1 na 18. Rachunek jest zresztą niepełny, bo libijska straż przybrzeżna utonięć po prostu nie liczy.

Dziewczynki niemile widziane

Aktywistki z organizacji Jeena International, zajmującej się prawami kobiet z mniejszości narodowych w Wielkiej Brytanii alarmuje: duża część imigrantek korzysta z możliwości wykonania testu krwi NIPT. Pozwala ono na bardzo szybkie odkrycie płci dziecka. Wiele kobiet, głównie Hindusek i Chinek, kiedy dowiaduje się, że urodzi córkę, jest poddawanych presji przez mężów i rodziny. Nierzadko są zmuszane do usunięcia ciąży, ponieważ urodzenie chłopca pozwala na podwyższenie statusu społecznego.

 

– Nic dziwnego, że decydują się na aborcję. Nie mają innego wyboru. Nie chcą zawieść męża, zostać wyrzucone z domu i wylądować na ulicy – mówi Rani Bilkhu, prezeska organizacji.

Rzecznik Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej zaznaczył, że rząd przyjrzy się bliżej testom NIPT. W państwowych placówkach badania te wykonywane są głównie pod kątem wykrywania wad genetycznych, ale za dopłatą (w większości w prywatnych klinikach kosztuje to 150-200 funtów) można dowiedzieć się, czy „będzie chłopiec czy dziewczynka”.

Naz Shah, posłanka zajmująca się problemami równego traktowania, twierdzi, że należałoby ustawowo zakazać podawania informacji o płci uzyskanej w wyniku przeprowadzania badań NIPT.
Dziennikarskie śledztwo w programie „Victoria Derbyshire” BBC wykazało, że w Wielkiej Brytanii żyją tysiące kobiet, które zastosowało z premedytacją selekcję płci płodu. Wśród nich najwięcej było tych, które urodziły już jedno lub dwoje dzieci i kolejna ciąża okazała się „rozczarowaniem” z powodu braku męskiego potomka. Niektóre były zastraszane.

Dr Tom Shakespeare, konsultant „The Independent”, powiedział, że rząd prawdopodobnie zasłoni się tym, że ciężko mu będzie kontrolować prywatne ośrodki zdrowia, natomiast badania NIPT z pewnością wymagają wprowadzenia stosownych regulacji, bo za chwilę rozkwitnie turystyka selektywno-aborcyjna. Indie i Chiny dostrzegły już problem i zakazały selekcji, jednak rodziny imigrantów na Wyspach korzystają, że takich zakazów nie ma – najczęściej niestety kosztem kobiet.

Niemcy przeciw imigrantom

„Narodowy i socjalistyczny, co w tym złego? Nazizm to słowo raczej niesmaczne, ale trzeba dobrze definiować rzeczy. Jestem narodowa, bo lubię mój kraj. I jestem socjalistką!” – 60-letnia Ramona, która wzięła udział w antyimigranckiej manifestacji w Chemnitz, tłumaczyła dziennikarzowi swoje idee bez kompleksów, ale była zirytowana, że prasa nazywa manifestantów „neonazistami”. Kioskarze w mieście odmówili sprzedawania „Der Spiegla”, który dał to słowo na okładkę. Gdy wczoraj miasto obiegła wieść, że w niedalekim Köthen „imigranci znów zabili Niemca”, apele o spokój irytowały tak samo.

 

Wczorajsza śmierć niemieckiego 22-latka przypadła równo dwa tygodnie po zabójstwie 35-letniego Niemca pochodzenia kubańskiego o radykalnie lewicowych poglądach, które dla saksońskiej skrajnej prawicy stało się pretekstem do afiszowania na ulicach haseł „Merkel muss weg!” (Merkel musi odejść). Pozycja kanclerz chwieje się jak nigdy, rząd jest skłócony, na ulicach wschodnich landów niepokoje, antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) pnie się w sondażach… W trzy lata po zgodzie Angeli Merkel na zakończenie bałkańskiej tułaczki blisko miliona migrantów i przyjęcie ich w Niemczech, w jej kraju upada ważne tabu. Chwieje się zdecydowanie krytyczny stosunek do nazistowskiej przeszłości.

W Chemnitz, w czasie antyimigranckich demonstracji, królowały flagi współczesnych Niemiec albo z dodatkiem krzyża, co było hołdem dla Clausa von Stauffenberga, oficera Wehrmachtu, który w imię „niemieckiego ruchu oporu” dokonał nieudanego zamachu na Hitlera. Sławę „narodowego oporu” Stauffenberga przejęła antymuzułmańska i antyimigarcyjna Pegida, by podkreślać, że nic z nazizmem nie ma wspólnego. Owszem, na niektórych manifestacjach było hajlowanie, flagi III Rzeszy, czy śpiewanie pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu w hitlerowskiej wersji, czy nawet flagi Prus, jednak AfD argumentuje, że był to margines. Skrajnie prawicowa partia przekonuje, że większość oburzonych to „zwykli, porządni obywatele”, najsłuszniej w świecie protestujący przeciw „wzrostowi liczby przestępstw”, które na ich głowy ściągnęła Angela Merkel przyjmując imigrantów.

 

Dobrostan statystyczny

Niemcy nigdy od czasu zjednoczenia w 1992 r. nie były tak bogate. Nadwyżka w handlu zagranicznym pobiła zresztą kolejny rekord. Neoliberalizm przeorał oczywiście niemiecki system społeczno-gospodarczy w swój klasyczny sposób: to bogactwo, oprócz państwa, jest sprawnie wsysane przez najbogatszych, kosztem postępującego uśmieciowienia stosunków pracy i prekaryzacji warstw najsłabiej uposażonych. Solidny, jak się wydawało, system socjalny przeszedł już fazę „wprowadzenia oszczędności” i zaczął podlegać wahaniom jeszcze przed przyjęciem ponad miliona ludzi od września 2015 r. do marca 2016 r. Od tej pory Niemcy nie przyjmują imigrantów więcej, niż przed tą falą. Wielki przemysł poparł i częściowo dofinansował jej przyjęcie, lecz tu i tam wystąpiły różne braki infrastrukturalne i obostrzenia finansowe, a wraz z nimi frustracja – skierowana oczywiście raczej w imigrantów, niż w politykę neoliberałów, o co skrupulatnie dbają prawicowe środowiska medialno-polityczne.

W maju tego roku minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer z ultrakonserwatywnej CSU gratulował sobie innego osiągnięcia statystycznego Niemiec: w poprzednim 2017 r. liczba ataków fizycznych na osoby lub mienie była najniższa od zjednoczenia kraju. Przestępczość spadła o ponad 5 proc. w stosunku do 2016 r., osiągając wartość znacznie mniejszą, niż w latach przed falą uchodźców. Jednak minister nie przechwalał się tym przesadnie, bo w październiku jego partia będzie konkurować z AfD w Bawarii – chciałby ją pobić na jej terenie ideowym, jak wymaga tego obecna, obsesyjna strategia polityczna w Niemczech: zdobyć głosy na strachu przed migrantami. Lepiej więc podawać, że proporcja cudzoziemców wśród podejrzanych o przestępstwa wzrosła z blisko 30 proc. przed „wielką falą” do 35 proc. w zeszłym roku. Wzrosła też liczba „cudzoziemskich” najcięższych zbrodni – zabójstw – z 52 do 83 (na 731 ogółem), co daje znaczny wzrost procentowy, nieustannie eksponowany przez AfD i Pegidę.

 

Przeszła przyszłość

„Kwestia migracyjna jest matką wszystkich problemów tego kraju” – słowa Seehofera dla Rheinische Post, żywa kopia niemieckiego stylu politycznego lat 30 ubiegłego wieku, skłoniła lewicową Die Linke do ogłoszenia, że minister „jest ojcem wszystkich problemów związanych z rasizmem”. Ta słowna przepychanka wydaje się jednak obserwatorom mniej ważna, niż coraz bardziej widoczna schizofrenia niemieckiego rządu. Wyraźna gra CSU na osłabianie Angeli Merkel zyskuje otwarte poparcie AfD – „partii przyszłości Niemiec”, jak się sama chwali. Nie ma wątpliwości, że niemieckie służby specjalne wspólnie z Alternatywą chcą kontrolować transformację polityczną „po Merkel”. Skandal wywołany przez szef niemieckiej tajnej policji politycznej (Urząd Ochrony Konstytucji – BfV) Hansa-Georga Maaßena próbującego zanegować „polowanie na cudzoziemców” w Chemnitz, które kanclerz tak mocno potępiła, nie był niespodzianką.

W lipcu kierowany przez Maaßena BfV opublikował raport, który socjalistyczną krytykę kapitalizmu i jego konsekwencje społeczne klasyfikuje jako „antykonstytucyjny lewicowy ekstremizm”. Np. Partia Równości Socjalistycznej (SGP) pozostaje pod nadzorem policji jako „niebezpieczna”, choć BfV przyznaje w raporcie, że ugrupowanie chce osiągnąć swe cele „drogą legalną”, poprzez uczestnictwo w wyborach. Równocześnie AfD i jej związki z neonazistami pozostają niedotykalne. W raporcie brak nawet wzmianek o znanym jawnym naziście z AfD Björnie Höcke, nowym ideologu skrajnej, rasistowskiej prawicy z Pegidy Götzu Kubitscheku, czy o pismach w hitlerowskim stylu – „Junge Freiheit lub Compact”. AfD jest wymieniona wyłącznie jako „ofiara lewicowego ekstremizmu”. Maaßen ściśle współpracuje z Alternatywą i jej szefem Alexandrem Galandem, który nigdy nie traci okazji, by publicznie chwalić „obiektywizm” i „patriotyzm” szefa BfV.

 

Chemnitz i literatura

Socjologowie próbują tłumaczyć antyimigranckie rozruchy na terenach dawnej NRD jej spadkiem historycznym. Brak przekonania do demokracji i przyzwyczajenie do autorytaryzmu, brak kontaktu ze społeczeństwem wielokulturowym, brak prawdziwego „przepracowania” nazistowskiej przeszłości Niemiec… Faktem jest, że w Saksonii AfD zyskała w ostatnich wyborach aż 27 proc. głosów, przy ponad 12 proc. w skali kraju. Jest w tym coś z tradycji: w 2004 r., gdy imigrantów było mało, region oddał prawie 10 proc. głosów na neonazistowską NPD (Narodowodemokratyczną Partię Niemiec). Dziś w Chemnitz mieszka ok. 7 proc. cudzoziemców, a dla wielu miejscowych Węgier Orbán, Austriak Kurz i Włoch Salvini stali się wzorcami politycznymi, więc „Merkel muss weg”. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wszystkie manifestacje przeciw imigracji były tu kilkukrotnie większe od tych przeciw ksenofobii.

Antyimigracyjna obsesja nie ogranicza się oczywiście do wschodu kraju. Prawie 4 tysiące różnego typu aktów agresji antyimigranckiej rozkłada się na mapie mniej więcej równo. Książkowym bestsellerem stała się nowa książka Timura Vermesa, który zdobył wcześniej sławę powieścią o powrocie Adolfa Hitlera. Jego nowa satyra polityczna opowiada losy prezenterki telewizyjnej, która na czele kolumny setek tysięcy uchodźców z Afryki zmierza do Niemiec, gdzie dochodzi do bitwy z hordami skrajnej prawicy. Na mega-bestseller zapowiada się też kolejna polityczna książka bankiera Thilo Sarrazina o charakterystycznym tytule Wrogie przejęcie. Jak islam szkodzi postępowi i zagraża społeczeństwu. Poprzednia, o „samolikwidacji Niemiec”, najlepiej sprzedająca się książka dziesięciolecia, mimo swojego jawnego rasizmu, nie spowodowała wydalenia autora z socjaldemokratycznej SPD, która stanowi dziś część rządu.

 

Lewica na zakręcie

Die Linke i niektóre inne partie na lewo od socjaldemokratów przechodzą podobną mutację, co całe Niemcy. Wydarzeniem politycznym tego lata jest powstanie Aufstehen, lewicowego ruchu animowanego przez gwiazdę Die Linke Sahrę Wagenknecht i jej męża Oskara Lafontaine’a z tego samego ugrupowania, byłego ministra w rządzie SPD Gerharda Schrödera. Na razie Aufstehen to żadna partia, ale według badania magazynu Focus, głosowałaby na nią już jedna trzecia Niemców. Nikt nie ma wątpliwości, że pierwszy powód tego wirtualnego sukcesu to niechęć wobec imigracji ekonomicznej. Wagenknecht powtarza w nieco obronnym stylu, że antyimigracyjna lewica nie jest jakimś niemieckim wymysłem, że to samo głosi Bernie Sanders w Stanach, Jeremy Corbyn w Anglii, dawni komuniści z Francji. Ściągnie taniej siły roboczej leży w interesie wielkiego kapitału, gdyż gra na obniżkę niskich płac, na czym cierpi reszta – argumentuje. „A problem biedy na świecie nie rozwiąże się otwarciem granic”.

Ten zwrot ideowy ma uratować klasę robotniczą przed głosowaniem na AfD. „Jeśli główną troską lewicowej polityki jest reprezentowanie klasy pracującej i bezrobotnych, to stanowisko No-Border jest sprzeczne z celami lewicy. Sukcesy w poskramianiu i regulowaniu kapitalizmu odniesiono walcząc a ramach państw, a państwa mają granice” – ten dyskurs Wagenknecht powoduje jednak, że niektórzy publicyści porównują chętnie jej „lewicowy populizm” do „narodowych”, czy „narodowych i socjalistycznych” postulatów części AfD.

Niemcy tkwią w pewnym pomieszaniu, niczym 60-letnia Ramona z Chemnitz. Angeli Merkel nie udało się trwale zmniejszyć napięć społecznych wokół imigracji, co owocuje zjawiskami politycznymi nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Dotykają one również innych krajów w Europie, lecz lekceważona nieco ewolucja Niemiec może spowodować szczególne dreszcze. W końcu na naszym kontynencie mamy pewną obsesję na ich punkcie.