Niemcy przeciw imigrantom

„Narodowy i socjalistyczny, co w tym złego? Nazizm to słowo raczej niesmaczne, ale trzeba dobrze definiować rzeczy. Jestem narodowa, bo lubię mój kraj. I jestem socjalistką!” – 60-letnia Ramona, która wzięła udział w antyimigranckiej manifestacji w Chemnitz, tłumaczyła dziennikarzowi swoje idee bez kompleksów, ale była zirytowana, że prasa nazywa manifestantów „neonazistami”. Kioskarze w mieście odmówili sprzedawania „Der Spiegla”, który dał to słowo na okładkę. Gdy wczoraj miasto obiegła wieść, że w niedalekim Köthen „imigranci znów zabili Niemca”, apele o spokój irytowały tak samo.

 

Wczorajsza śmierć niemieckiego 22-latka przypadła równo dwa tygodnie po zabójstwie 35-letniego Niemca pochodzenia kubańskiego o radykalnie lewicowych poglądach, które dla saksońskiej skrajnej prawicy stało się pretekstem do afiszowania na ulicach haseł „Merkel muss weg!” (Merkel musi odejść). Pozycja kanclerz chwieje się jak nigdy, rząd jest skłócony, na ulicach wschodnich landów niepokoje, antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) pnie się w sondażach… W trzy lata po zgodzie Angeli Merkel na zakończenie bałkańskiej tułaczki blisko miliona migrantów i przyjęcie ich w Niemczech, w jej kraju upada ważne tabu. Chwieje się zdecydowanie krytyczny stosunek do nazistowskiej przeszłości.

W Chemnitz, w czasie antyimigranckich demonstracji, królowały flagi współczesnych Niemiec albo z dodatkiem krzyża, co było hołdem dla Clausa von Stauffenberga, oficera Wehrmachtu, który w imię „niemieckiego ruchu oporu” dokonał nieudanego zamachu na Hitlera. Sławę „narodowego oporu” Stauffenberga przejęła antymuzułmańska i antyimigarcyjna Pegida, by podkreślać, że nic z nazizmem nie ma wspólnego. Owszem, na niektórych manifestacjach było hajlowanie, flagi III Rzeszy, czy śpiewanie pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu w hitlerowskiej wersji, czy nawet flagi Prus, jednak AfD argumentuje, że był to margines. Skrajnie prawicowa partia przekonuje, że większość oburzonych to „zwykli, porządni obywatele”, najsłuszniej w świecie protestujący przeciw „wzrostowi liczby przestępstw”, które na ich głowy ściągnęła Angela Merkel przyjmując imigrantów.

 

Dobrostan statystyczny

Niemcy nigdy od czasu zjednoczenia w 1992 r. nie były tak bogate. Nadwyżka w handlu zagranicznym pobiła zresztą kolejny rekord. Neoliberalizm przeorał oczywiście niemiecki system społeczno-gospodarczy w swój klasyczny sposób: to bogactwo, oprócz państwa, jest sprawnie wsysane przez najbogatszych, kosztem postępującego uśmieciowienia stosunków pracy i prekaryzacji warstw najsłabiej uposażonych. Solidny, jak się wydawało, system socjalny przeszedł już fazę „wprowadzenia oszczędności” i zaczął podlegać wahaniom jeszcze przed przyjęciem ponad miliona ludzi od września 2015 r. do marca 2016 r. Od tej pory Niemcy nie przyjmują imigrantów więcej, niż przed tą falą. Wielki przemysł poparł i częściowo dofinansował jej przyjęcie, lecz tu i tam wystąpiły różne braki infrastrukturalne i obostrzenia finansowe, a wraz z nimi frustracja – skierowana oczywiście raczej w imigrantów, niż w politykę neoliberałów, o co skrupulatnie dbają prawicowe środowiska medialno-polityczne.

W maju tego roku minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer z ultrakonserwatywnej CSU gratulował sobie innego osiągnięcia statystycznego Niemiec: w poprzednim 2017 r. liczba ataków fizycznych na osoby lub mienie była najniższa od zjednoczenia kraju. Przestępczość spadła o ponad 5 proc. w stosunku do 2016 r., osiągając wartość znacznie mniejszą, niż w latach przed falą uchodźców. Jednak minister nie przechwalał się tym przesadnie, bo w październiku jego partia będzie konkurować z AfD w Bawarii – chciałby ją pobić na jej terenie ideowym, jak wymaga tego obecna, obsesyjna strategia polityczna w Niemczech: zdobyć głosy na strachu przed migrantami. Lepiej więc podawać, że proporcja cudzoziemców wśród podejrzanych o przestępstwa wzrosła z blisko 30 proc. przed „wielką falą” do 35 proc. w zeszłym roku. Wzrosła też liczba „cudzoziemskich” najcięższych zbrodni – zabójstw – z 52 do 83 (na 731 ogółem), co daje znaczny wzrost procentowy, nieustannie eksponowany przez AfD i Pegidę.

 

Przeszła przyszłość

„Kwestia migracyjna jest matką wszystkich problemów tego kraju” – słowa Seehofera dla Rheinische Post, żywa kopia niemieckiego stylu politycznego lat 30 ubiegłego wieku, skłoniła lewicową Die Linke do ogłoszenia, że minister „jest ojcem wszystkich problemów związanych z rasizmem”. Ta słowna przepychanka wydaje się jednak obserwatorom mniej ważna, niż coraz bardziej widoczna schizofrenia niemieckiego rządu. Wyraźna gra CSU na osłabianie Angeli Merkel zyskuje otwarte poparcie AfD – „partii przyszłości Niemiec”, jak się sama chwali. Nie ma wątpliwości, że niemieckie służby specjalne wspólnie z Alternatywą chcą kontrolować transformację polityczną „po Merkel”. Skandal wywołany przez szef niemieckiej tajnej policji politycznej (Urząd Ochrony Konstytucji – BfV) Hansa-Georga Maaßena próbującego zanegować „polowanie na cudzoziemców” w Chemnitz, które kanclerz tak mocno potępiła, nie był niespodzianką.

W lipcu kierowany przez Maaßena BfV opublikował raport, który socjalistyczną krytykę kapitalizmu i jego konsekwencje społeczne klasyfikuje jako „antykonstytucyjny lewicowy ekstremizm”. Np. Partia Równości Socjalistycznej (SGP) pozostaje pod nadzorem policji jako „niebezpieczna”, choć BfV przyznaje w raporcie, że ugrupowanie chce osiągnąć swe cele „drogą legalną”, poprzez uczestnictwo w wyborach. Równocześnie AfD i jej związki z neonazistami pozostają niedotykalne. W raporcie brak nawet wzmianek o znanym jawnym naziście z AfD Björnie Höcke, nowym ideologu skrajnej, rasistowskiej prawicy z Pegidy Götzu Kubitscheku, czy o pismach w hitlerowskim stylu – „Junge Freiheit lub Compact”. AfD jest wymieniona wyłącznie jako „ofiara lewicowego ekstremizmu”. Maaßen ściśle współpracuje z Alternatywą i jej szefem Alexandrem Galandem, który nigdy nie traci okazji, by publicznie chwalić „obiektywizm” i „patriotyzm” szefa BfV.

 

Chemnitz i literatura

Socjologowie próbują tłumaczyć antyimigranckie rozruchy na terenach dawnej NRD jej spadkiem historycznym. Brak przekonania do demokracji i przyzwyczajenie do autorytaryzmu, brak kontaktu ze społeczeństwem wielokulturowym, brak prawdziwego „przepracowania” nazistowskiej przeszłości Niemiec… Faktem jest, że w Saksonii AfD zyskała w ostatnich wyborach aż 27 proc. głosów, przy ponad 12 proc. w skali kraju. Jest w tym coś z tradycji: w 2004 r., gdy imigrantów było mało, region oddał prawie 10 proc. głosów na neonazistowską NPD (Narodowodemokratyczną Partię Niemiec). Dziś w Chemnitz mieszka ok. 7 proc. cudzoziemców, a dla wielu miejscowych Węgier Orbán, Austriak Kurz i Włoch Salvini stali się wzorcami politycznymi, więc „Merkel muss weg”. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wszystkie manifestacje przeciw imigracji były tu kilkukrotnie większe od tych przeciw ksenofobii.

Antyimigracyjna obsesja nie ogranicza się oczywiście do wschodu kraju. Prawie 4 tysiące różnego typu aktów agresji antyimigranckiej rozkłada się na mapie mniej więcej równo. Książkowym bestsellerem stała się nowa książka Timura Vermesa, który zdobył wcześniej sławę powieścią o powrocie Adolfa Hitlera. Jego nowa satyra polityczna opowiada losy prezenterki telewizyjnej, która na czele kolumny setek tysięcy uchodźców z Afryki zmierza do Niemiec, gdzie dochodzi do bitwy z hordami skrajnej prawicy. Na mega-bestseller zapowiada się też kolejna polityczna książka bankiera Thilo Sarrazina o charakterystycznym tytule Wrogie przejęcie. Jak islam szkodzi postępowi i zagraża społeczeństwu. Poprzednia, o „samolikwidacji Niemiec”, najlepiej sprzedająca się książka dziesięciolecia, mimo swojego jawnego rasizmu, nie spowodowała wydalenia autora z socjaldemokratycznej SPD, która stanowi dziś część rządu.

 

Lewica na zakręcie

Die Linke i niektóre inne partie na lewo od socjaldemokratów przechodzą podobną mutację, co całe Niemcy. Wydarzeniem politycznym tego lata jest powstanie Aufstehen, lewicowego ruchu animowanego przez gwiazdę Die Linke Sahrę Wagenknecht i jej męża Oskara Lafontaine’a z tego samego ugrupowania, byłego ministra w rządzie SPD Gerharda Schrödera. Na razie Aufstehen to żadna partia, ale według badania magazynu Focus, głosowałaby na nią już jedna trzecia Niemców. Nikt nie ma wątpliwości, że pierwszy powód tego wirtualnego sukcesu to niechęć wobec imigracji ekonomicznej. Wagenknecht powtarza w nieco obronnym stylu, że antyimigracyjna lewica nie jest jakimś niemieckim wymysłem, że to samo głosi Bernie Sanders w Stanach, Jeremy Corbyn w Anglii, dawni komuniści z Francji. Ściągnie taniej siły roboczej leży w interesie wielkiego kapitału, gdyż gra na obniżkę niskich płac, na czym cierpi reszta – argumentuje. „A problem biedy na świecie nie rozwiąże się otwarciem granic”.

Ten zwrot ideowy ma uratować klasę robotniczą przed głosowaniem na AfD. „Jeśli główną troską lewicowej polityki jest reprezentowanie klasy pracującej i bezrobotnych, to stanowisko No-Border jest sprzeczne z celami lewicy. Sukcesy w poskramianiu i regulowaniu kapitalizmu odniesiono walcząc a ramach państw, a państwa mają granice” – ten dyskurs Wagenknecht powoduje jednak, że niektórzy publicyści porównują chętnie jej „lewicowy populizm” do „narodowych”, czy „narodowych i socjalistycznych” postulatów części AfD.

Niemcy tkwią w pewnym pomieszaniu, niczym 60-letnia Ramona z Chemnitz. Angeli Merkel nie udało się trwale zmniejszyć napięć społecznych wokół imigracji, co owocuje zjawiskami politycznymi nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Dotykają one również innych krajów w Europie, lecz lekceważona nieco ewolucja Niemiec może spowodować szczególne dreszcze. W końcu na naszym kontynencie mamy pewną obsesję na ich punkcie.

O brytyjskich geniuszach, bankach i Labour Party (MIĘDZY)LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Jego felietony z cyklu „Angielski sen” pojawiają się w piątkowych wydaniach.
Tym razem jednak publikujemy „(Między)list”, stanowiący dodatek do tej serii. A w najbliższy piątek – siódmy odcinek „Angielskiego snu”.

 

 

Wróciłem z urlopu. Natychmiast sprawdziłem czy widok na High Street nie uległ zmianie, wszystko było na swoim miejscu. Rozpoznałem kilku stałych przechodniów, najbardziej jednak ucieszyło mnie że Janny’s Café wciąż jest na swoim miejscu. Tęskniłem za ich sadzonymi z frytkami. Teraz kilkanaście dni ponownej aklimatyzacji i wrócę do brytyjskiej codzienności. Przywykłem już do tego rytmu i odnajduje tu coraz więcej zalet. Cytując jednak klasyka: „Jedziemy do kraju kapitalistycznego, który ma tam swoje plusy. Rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

 

Więc teksty pochwalne zachowam na emeryturę, a teraz – jak zawsze przejadę się po lokalnych absurdach. Tak naprawdę w tym kraju nie trzeba mieć mózgu Bernarda Shawa, słynącego z krytycznej kpiny angielskiego stylu życia, nie trzeba być Monty Pythonem, by obśmiać tutejszą codzienność.

Wiem, wiem, zaraz zostanę uznany za ignoranta, który nie rozumie subtelności i drugiego dna autorów „Sensu Życia”, „Świętego Graala” i kilkunastu innych, średnio śmiesznych filmokabaretów.
Muszę was jednak zmartwić, Monty Python drugiego dna nie posiada, a ten „wyższośrodowiskowy” zachwyt spowodowany jest oryginalna modą. Niczym więcej.

Jedno z pierwszych zdań podczas imprezy czy spotkania pseudointelektualistów – choć wolę określenie kabotyn – brzmi: „Uwielbiam Monty Pythona”.

Prawdę mówiąc jedynie „Świętego Graala” udało mi się obejrzeć i nie zasnąć, a od tych brytyjskich komików zdecydowanie wolę stare odcinki „Kiepskich” – chociaż tam irytuje mnie dodawany w tle śmiech i to w miejscach, które akurat śmieszne nie są. W mojej subiektywnej ocenie zakwalifikowałbym ich na poziomie innego brytyjskiego komika Benny Hilla – którego popularność była tak olbrzymia, że w ramach resocjalizacji administracja więzienia umożliwiła oglądanie tych programów więźniom. Nie spodziewali się jednak, że zwykła awaria telewizora podczas programu komika doprowadzi do więziennego buntu.

Wielka Brytania wydała jedynie dwóch (O. Wilde i G.B. Shaw) – choć nie do końca Wielka Brytania, ale do tego jeszcze dojdziemy – którzy w sposób genialny kpili potrafili wykpić ten kraj, monarchię, rodzinę królewskiej i przywary Brytyjczyków. A jedyny człowiek, który ewidentnie zakpił i wyszydził angielską naukę to Issac Newton. Ten wybitny fizyk, tak naprawdę fizyką niespecjalnie się interesował. Zajmował się nią na odczepnego. Był przede wszystkim alchemikiem, a wszystkie zasady dynamiki wymyślił i zdefiniował na odczepnego, żeby królewscy przedstawiciele nauki odczepili się od niego i pozwolili w spokoju pracować nad kamieniem filozoficznym.

Przeciętnie wykształcony Anglik zapytany o brytyjskich pisarzy, jednym tchem wymieni Shakespeare’a, Wilde’a, Shawa, Dickensa, Conrada i Orwella. Joseph Conrad był jednak Polakiem, Georg Orwell – Hindusem, Wild i Shaw byli Irlandczykami. Jedynie BOZ – pseudonim literacki Dickensa – był Anglikiem. Wiele osób zapewne uśmiechnie się z tego nieuctwa wyspiarzy, pozwolę sobie jednak przypomnieć, że również w literackim panteonie polskich poetów czy pisarzy jednym tchem – i to na pierwszej pozycji wymieniamy obywatela Litwy – Adama Mickiewicza.

Dotychczas, przez pół roku mojej tutaj pracy poznałem tylko jednego Anglika, który wiedział kim był Oscar Wilde i co napisał. Przegadaliśmy kilka godzin o Dorianie Grayu, Bazylu i lordzie Henrym – byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem.

Od pół roku, czyli od momentu gdy zacząłem w UK pracę, usiłuję założyć konto angielskim w banku.

Bez rezultatu. Obeszliśmy z kolegą wszystkie możliwe placówki i nic. Miałem ze sobą stos dokumentów i zaświadczeń. Najważniejszy brytyjski dokument czyli National Insurance Number (NIN), który poświadczał również mój adres zamieszkania, zaświadczenie z pracy, że pracuje w systemie full time – pełny etat, czeki, na których również był adres pod którym mieszkam – i nic. Wszędzie nas zbywali. Tłumaczyłem im, że nie chcę żadnego kredytu, żadnej karty debetowej, a jedynie rachunek, na który będzie wpływała moja wypłata.
Gdy wreszcie w jednym z banków umówili się na rozmowę i powiedzieli, że dokumenty te są wystarczające, pojechaliśmy tam pełni nadziei, że wreszcie uda się to konto założyć. Podczas rozmowy pani konsultantka zażądała potwierdzenia adresu od mojego kolegi. Wprawiło nas to w osłupienie i wściekłość. Trzasnęliśmy drzwiami i opuściliśmy placówkę. Wszędzie domagali się dokumentu, którego świeży emigrant nie jest w stanie zdobyć – potwierdzenie adresu na podstawie opłaconego imiennie rachunku z instytucji miejskiej czyli z councilu.

Na samym początku firma przysyłała mi czeki, których realizacja była bardzo kosztowna. Ponad 10 procent. Z 220 funtów zarobionych przez pierwszy tydzień treningu, realizując czek w money shopie zapłaciłem 25 funtów prowizji.

Wymyśliliśmy więc, że moja wypłata będzie wpływać na konto znajomych. Rozwiązanie dobre, ale tylko na krótka metę. Po pierwsze sprawiam kłopot ludziom, których bardzo lubię, a po drugie staram się teraz o dodatek dla najsłabiej zarabiających. Kwota niebagatelna – 218 funtów miesięcznie. Koleżanka wrzuciła moje dane w specjalny szablon i wyskoczyło, że jak najbardziej się kwalifikuję. Pieniądze te znacznie podniosłyby mój komfort mojego życia. Ale żeby je dostać trzeba mieć własne konto.

Czego nie udało się załatwić w Anglii, załatwiłem w Polsce. Poszedłem do pierwszego lepszego banku, powiedziałem o co mi chodzi, a pan, zwany fachowo doradcą klienta, w ciągu pięciu minut założył mi brytyjskie konto. Kartę wydał od ręki, zarejestrował, sam wymyśliłem sobie PIN i tym sposobem załatwiłem sprawę, która w Zjednoczonym Królestwie była nie do załatwienia.
Dzisiaj w nocy idę do pracy, pierwszy raz po urlopie. To zwykle najgorszy dzień. Postaram się jednak jakoś go przetrwać. Wcześniej jeszcze spędzę dwie godziny w centrum handlowym w towarzystwie milczącego Hiszpana, wypije espresso, a potem poczłapiemy do naszych hal.

Mieszkając jeszcze w Luton znalazłem tam siedzibę Labour Party. Już sam budynek świadczy o angielskiej lewicy. Pozabijane dechami główne wejście, a pozostałe pozamykane na głucho. Wewnątrz tej „lewicowej” partii trwa wewnętrzna wojna pomiędzy Jeremym Corbynem – człowiekiem, który rozumie, czym jest lewica, a liberałem odpowiedzialnym za zbombardowanie Jugosławii i bezpodstawny atak na Irak – Tonym Blairem – zamożnym przedstawicielem klasy średniej, którego wpływy w ugrupowaniu labourzystów są nadal ogromne. Sam Blair przyznał, że przyłączył się do antyirackiej koalicji w oparciu o dokument przygotowany przez amerykańskiego studenta.

Pamiętam euforię polskich środowisk lewicowych, gdy Blair wygrał wybory i został premierem. Pamiętam jak sam w 1996 lub 1997 roku, podczas pierwszomajowej demonstracji niosłem transparent: „Good luck Tony Blair”.

Do tej pory mam kaca. Niespełna dwa lata po objęciu teki premiera Wielka Brytania była jednym z głównych agresorów w dawnej Jugosławii. To właśnie samoloty RAF-u zmiotły z powierzchni ziemi większość budynków mieszkalnych w Belgradzie. Polska telewizja była tak zaangażowana w ten konflikt, że w kółko opowiadała o tzw. higienicznych lub chirurgicznych bombardowaniach, których celem, były ponoć jedynie cele wojskowe.

Akurat byłem tam podczas tej higienicznej masakry. Żadna ze stacji nie wspomniała o tym, że jeden z pocisków trafił w polską ambasadę, że zbombardowano budynek stacji telewizyjnej RTS, w którym zginęło szesnastu młodych pracowników technicznych. Gdy świat trąbił, że chirurgiczny atak przypomina skalpel w reku pijanego w sztok lekarza, a bomby i rakiety co chwilę spadały na szkoły, żłobki czy szpitale, natychmiast polska telewizja dorabiała teorię, że w podziemiach tych budynków była siedziba Slobodana Miloševicia albo Ratko Mladicia czy Radovana Karadžicia.

Dziwiło mnie też, że kamery operatorów – tak chętnie filmujących samoloty F-16 – pominęły stojące obok samoloty Luftwaffe, których symbolem były czarne krzyże na skrzydłach (była to pierwsza interwencja zagraniczna Bundeswehry od 1945 roku). To był nieprawdopodobny widok, gdy eskadra takich bombowców przelatywała nad Belgradem i zrzucała wybuchowe ładunki.

Wracając jednak do tych „ukrytych pod dziecięcymi respiratorami bunkrów sztabowych”. Po pierwsze, żadnych sztabów tam nie było, a po drugie rakieta, która miała zniszczyć ten tajny bunkier serbskiego sztabu, musiała wcześniej przelecieć przez kilka szpitalnych sal i kilkanaście dziecięcych respiratorów – z czego zdjęcia zamieściłem oczywiście w książce. Książce, która o dziwo, znalazła się w zbiorach Brytyjskiej Biblioteki Narodowej. Wyobrażam sobie miny moich przełożonych, gdyby dowiedzieli się, że książka którą napisał kliner zasuwający z mopem po hali, leży sobie na półce obok dzieł Williama Shakespeare’a, Oscara Wilde’a, czy G.B. Shawa. Na szczęście jeszcze nie wiedzą. A wracając do Labour Party – kibicuję owszem Corbynowi, ale po nauczce jaką dostałem od Blaira, kibicuję mu asekuracyjnie. Poniżej zamieszczam zdjęcia siedziby Laburzystów w Luton.

 

Angielski sen (3) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

W magazynach firmy Amazon, słynnej z nieludzkiego traktowania pracowników i wyśrubowanych norm pracy, podczas rekrutacji nowi pracownicy poddawani są drag testom, czyli badają ich na obecność narkotyków. Czasami robią też badania wyrywkowo, ludziom, którzy już tam pracują. W magazynach firmy, w której piastuję odpowiedzialne stanowisko sprzątacza, normy dotyczące takiej samej pracy, są znacznie wyższe niż w Amazonie. Jednak firma zaoferowała coś, co pracownikom pomaga podołać tym morderczym limitom. U nas nikt nie robi żadnych testów. Tym prostym sposobem, niektórym udaje się wykonać normę.

 

Od ponad dwóch tygodni mieszkam, przy High Street w Borehamewood. Warunki doskonałe, po dawnej klitce w Luton pozostał jedynie niesmak. Nie tylko kwatera, ale Luton jako miasto także pozostawiało wiele do życzenia. Pisałem o tym wielokrotnie wiec nie będę się powtarzał. Mam jednak praktyczną radę dla tych, którzy zamierzają odwiedzić to miasto. W wietrzne dni nie należy zakładać wyjściowych ubrań. Najlepiej foliowy płaszcz przeciwdeszczowy. Taką jednorazówkę.

Śmieci fruwające na wietrze, przypominają trochę mini latawce z ADHD. Najwięcej wśród nich jest opakowań po fast foodach, a pięknych barw nadają im pozostawione tam sosy. Zaschnięte to jeszcze pół biedy – gorzej, gdy przyklei się do nowej, czystej koszuli świeżo wyrzucony i poniesiony gwałtownym podmuchem papierek, wytaplany wcześniej mieszanką majonezowo-katchupową z beef burgera. Albo torebka po frytkach z octem.

Wracając jednak do Borahemwood, mam teraz olbrzymi, ponad dwudziestometrowy pokój z łazienką obok, okna wychodzące na główną ulicę pełną kafejek, pubów, restauracji, sklepów i oczywiście fast foodów. Ulicę, zawsze wypełnioną ludźmi i ich sprawami. Miasteczko jest czyste i zadbane.
Wybór Borehamwood jako miasta, gdzie się osiedlę, nie był przypadkowy. Mieszkają tu najbliżsi mi ludzie, to jedyne miasto w Anglii, gdzie w dowolnej chwili, bez uprzedzania, mogę wyjść z domu i po prostu sobie do nich pójść.

Dwadzieścia minut fajnego spaceru-przechodzę tuż obok dawnego centrum filmowego Elstree.

Zwykle wychodziłem z założenia, że takie niezapowiedziane wizyty, są trochę głupie, a przynajmmniej niezręczne. Może przecież ich nie być, mogą być zajęci albo po prostu, chcą być sami. W tym konkretnym przypadku jest jednak trochę inaczej. Gdy ich nie ma, drzwi otwiera syn, a ponieważ uznał mnie za domownika zamyka się w swoim pokoju, a ja mogę zrobić sobie herbatę, kawę, coś do jedzenia, rozsiąść się na kanapie i włączyć telewizor.

Jedno z niewielu miejsc, gdzie czuję się w pełni swobodnie. Mogę na przykład przyjść, przywitać się, usiąść przed telewizorem i – poza przywitaniem i jakimiś uprzejmościami – przesiedzieć na kanapie oglądając film, by na koniec wstać i wyjść do siebie. I nic się nie dzieje. Nie jest też tak, że ciągle zawracam im głowę i przesiaduję milcząc przed telewizorem. Często prowadzimy dyskusje. I to niekiedy bardzo ożywione. Świadomość jednak, że w każdej chwili mogę zamknąć się w swoim świecie, że nikt nie będzie na siłę namawiał do rozmowy, nie obrazi się, gdy wyjdę – taka przyjaźń to skarb.

To było przyczyną decyzji, by przeprowadzić się w tę okolicę. Zaczęliśmy poszukiwania jakiegoś lokum. Spisaliśmy ogłoszenia ze sklepowych i pocztowych witryn.

Ogłoszeń dziesiątki. Dzwoniliśmy, kolejno umawiając wizyty. Wszędzie towarzyszyła nam Kamila. I faktycznie, gdyby nie ona, mieszkałbym w jakiejś norze przypominającej pokój na Stockwood Crescent w Luton.

We trójkę więc chodziliśmy oglądać te pokoje. Mówili wtedy pamiętaj, byle czego nie bierzemy, mieszkasz u nas. Dopiero jeśli będzie coś naprawdę fajnego, to się zastanowimy.
Właściciel domu zaczynał zwykle od opowieści o cudownej okolicy, potem, że budynek, wprawdzie niemłody, ale bardzo ciepły i wygodny. Wspaniali sąsiedzi i w ogóle ciche, spokojne miejsce. No i wszędzie blisko.

Niektórzy byli bardzo kreatywni. Pewien czarnoskóry kierowca autobusu, usiłował nam wcisnąć ciemny, wilgotny i śmierdzący stęchlizną pokój. Z wprawą zawodowego komiwojażera, usiłował nas nim zainteresować. Lista zalet, które wymieniał faktycznie chwilowo odsunęła w cień odór stęchlizny. On z odpowiednią intonacją przypominającą kazanie pastora, nie mógł nachwalić tych kilkunastu metrów kwadratowych.

Słuchaliśmy z Jarkiem wpatrzeni w jego nienaganną, służbową koszulę. Zahipnotyzowani czarem jego perory, gapiliśmy się w miejsca na ścianach, które pokazywał. Mówił, że ten zaciek, to nie zaciek, tylko poprzedni lokator rozlał, po czym się wyprowadził nie płacąc za cały tydzień. Właściciele zwykle nie są stratni, ponieważ lokatorzy płacą kaucję w wysokości dwutygodniowego czynszu. Najwyraźniej jednak gospodarz czuł się pokrzywdzony.

Powiedział, że wprawdzie w tej chwili w pomieszczeniu panuje półmrok, ale dlatego, że dzień pochmurny i dodatkowo coś jeszcze, czego nie zrozumiałem, ale zrozumiałem, że jak się wprowadzę i zapłacę kaucję, to będzie już będzie dobrze i pokój w jakiś sposób stanie się bardzo widnym salonem. Że jakieś oświecenie nastąpi. W trakcie jego monologu Kamila obeszła dyskretnie kuchnie i łazienkę. Wróciła w momencie, gdy opowiadał, jak kocha czystość, jakim jest jej fanem. Że tu każdy po sobie sprząta. Że zawsze trzeba myć kuchenkę i lodówkę, o łazience i sanitariatach nie wspominając. Odniosłem wrażenie, że Kamila usiłuje zdławić ogarniający ją śmiech.

Wbrew temu co o sobie sądziłem, nie jestem wolny od stereotypów. Chociaż sam ich nie znoszę. Wytykam i wyszydzam tę cechę u innych. A jednak. Gdzieś w zakamarkach mojej podświadomości zostały jej śladowe ilości.

Zdecydowaliśmy się obejrzeć najdroższe lokum z listy. W samym centrum, przestronny i widny pokój. Mieszkanie schludne, zadbane, wynajmujący to małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem. Oprócz tej trójki mieszkała tam również ich kuzynka i młody chłopak ze Sri Lanki.

Tam także poszliśmy we trójkę. Wszyscy byliśmy zachwyceni warunkami. Omówiliśmy z właścicielką szczegóły, zgodziła się nawet opuścić cenę wynajmu do poziomu cen oglądanych wcześniej pokoi. Na koniec zapytaliśmy skąd pochodzi? Albania – odpowiedziała – a my spojrzeliśmy po sobie.

Mając głęboko zakorzenioną niechęć do mieszkańców kraju ze stolicą w Tiranie, przeżyłem chwile wahania. Byłem wściekły na siebie, że pomimo tak bogatego doświadczenia z ludźmi, mimo wiedzy popartej doświadczeniem i obserwacją, że niezależnie skąd ktoś pochodzi – nie określa go jako człowieka. Byłem wściekły na siebie, że pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, była: „trzeba uważać”.

Mieszkamy już razem od kilkunastu dni. Pracuję jedyne w nocy, w dzień odsypiam. Któregoś popołudnia kuzynka właścicielki zaczęła mnie przepraszać, za to, że musiała sprzątać w domu, gdy spałem. Starała się to robić jednak cicho i żebym jej wybaczył. Nie było co wybaczać, bo nic nie zakłóciło mojego snu. Kilka dni później całą rodziną robili jakieś regionalne, albańskie wypieki. Na drugi dzień dostałem solidną porcję tego jedzenia. Taki rodzaj lazanii, ale zamiast ciasta makaronowego i sera, było to bardziej ciasto chlebowe, poprzekładane mięsem, warzywami i sam nie wiem czym jeszcze. Wystarczyło mi na wszystkie posiłki tego dnia, tym bardziej, że naprawdę było smaczne.

A dzisiaj, nakarmili mnie pizzą. Gospodyni jest kucharką w pizzerii i akurat mogła przynieść. A jak do domu, to dla wszystkich – także dla mnie. I tak padł mój ostatni stereotyp „Albańca”. Jeśli ktoś wciąż nie wierzy w jej intencje, to dodam tylko, że to jedyny pokój do wynajęcia, gdzie nie chcieli kaucji za dwa tygodnie z góry. Poprosili jedynie o to, bym przed wyprowadzką poinformował ich miesiąc wcześniej.

Te ręce wzajemnie się nie umyją. Powiedzenie, że „ręka rękę myje” i że „na układy nie ma rady”, nie ma najmniejszego zastosowania na Wyspach. Przekonałem się o tym, gdy prowadziłem walkę o wyrównanie mojej zaniżonej stawki. Zarówno ja, jak i Jarek, dzwoniliśmy – niemalże codziennie – do agencji, która mnie zatrudnia, upominając się o załatwienie tej sprawy. Za każdym razem zbywano nas obietnicami, że już w następny piątek podniosą mi stawkę i wyrównają niedopłatę, wynikającą z pięciotygodniowej zaległości dodatku nocnego. Scenariusz był ten sam – Jarek dzwonił i pytał: co z pieniędzmi Piotrka, ważniejszy menager udawał zdziwienie i pytał o to samo Laurentiu, to młodszy pracownik agencji. Co tydzień błagali o wybaczenie, co tydzień zapewniali, że wyrównanie dostanę w najbliższy piątek. I nic. Przez pięć tygodni pracując na nocną zmianę, dostawałem wypłaty jakbym pracował w dzień. Sytuacja się zmieniła, gdy włączył się główny manager nocnej zmiany. Teoretycznie nic do tego nie miał. Agencja ma jedynie biuro na terenie naszego zakładu, a relacje między managerami firmy i agencji są jedynie towarzyskie. Po tej interwencji natychmiast zmieniono mi stawkę, wyrównano zaległość, a pracownicy agencji – w randze managerów – wylecieli z roboty.

Na pierwszy rzut oka, managerowie wszystkich szczebli trzymają się razem. Razem chodzą na obiady, papierosa, zapewne życie towarzyskie też razem kultywują.

Gdy jednak wczorajszy kumpel z pubu, popełni błąd, jego wczorajszy kolega – służbowo stopień wyżej – wyciągnie konsekwencje. Zdarzało się, że potrafił ochrzanić takiego publicznie, przy innych pracownikach. Kumpel wyrzuci z roboty kumpla, jeśli uchybienie jest poważne. Jedno jest pewne, kryć go nie będzie.

Bardzo uczciwie – pomyślałem, ale coś mi jednak nie pasowało. Wydaje mi się, że to lęk o własną dupę, kończy przyjaźń wśród wyspiarzy. We wszystkich halach zakładu, w każdym zakamarku magazynów, nawet w kantynie są odpowiednie skrzynki na donosy. Nazywa się to „hazard raports”. Pracownicy zobowiązani są uważnie obserwować innych, zwracając szczególną uwagę na wewnątrzzakładowe przepisy. Zaobserwowane nieprawidłowości, a najważniejsza, złamanie zasad „Health&Safety” pracownik zobowiązany jest spisać, a następnie wrzucić do specjalnie przygotowanej skrzynki.

Pomyłka, błąd czy zaniedbanie managera niższego szczebla, może doprowadzić go do wyrzucenia z pracy. A tym, który go zwolni, będzie wczorajszy kumpel od kieliszka. Zwolni go nie z honorowego poczucia zasad i elementarnej uczciwości. Zwolni go, ponieważ jeśli tego nie zrobi, ktoś mniej życzliwy wrzuci kartkę z informacją o tym wydarzeniu do odpowiedniej skrzyneczki. Strach o własną dupę,daje dużą szansę wszystkim pracownikom zakładu.

Pomimo tych – z punktu widzenia całkiem dobrych wiadomości – wciąż nie udało się zorganizować wspólnej grupy dbającej o elementarne prawa pracownika. Rodacy z nad Wisły odpowiadają, dopóki mam spokój i się mnie nie czepiają, to po cholerę będę się mieszał. O brytyjskich związkach zawodowych szkoda nawet rozmawiać. Oczywiście tych zakładowych – nie wiem, jak działają inne. Całkiem niedawno, związki przekonywały pracowników, że podwyżka, przekraczająca lekko 3 proc. jest sukcesem zarówno pracowników, jak i pracodawców. Gdy podczas spotkania w tej sprawie pracownicy zaczęli domagać się 10 i 15 procent, przedstawiciele związków rzucili im się niemalże do gardeł, chcąc broniąc tych trzech, które zaproponowała firma. Dla przypomnienia, firma jest w doskonałej kondycji finansowej, generuje zyski, ciągle zatrudnia nowych ludzi, słowem – bankructwo jej nie grozi. Rozpisałem się trochę o tych związkach, ale to dosyć istotna informacja w kontekście listów pisanych przez ekonomicznego emigranta.

Magazyny Amazona, znajdują się całkiem blisko magazynów firmy, w której pracuję. W obu zakładach praca jest bliźniaczo podobna, mimo, że charakter działalności mają zupełnie różny, to system pracy magazynów niemal identyczny. W jednej i drugiej są ustalone normy jakie należy wykonać, by otrzymywać pełne wynagrodzenie. O współczesnym wyzysku, wyśrubowanych normach, pracy ponad siły i eksploatacji pracowników przez firmę Amazon, bardzo często można przeczytać w światowej prasie.

Firmą z sąsiedztwa, w której tylko sprzątam, nikt się jeszcze nie zainteresował. Wydawałoby się, że w takim razie wszystko jest w porządku. Też bym tak pomyślał. Normy jednak są u nas dwukrotnie wyższe niż w Amazonie. Zdarza się, że pracownik dostaje polecenie załadowania palety toną butelkowanej wody mineralnej, a czas na wykonanie tego zadania to osiem 8 minut.
Najbardziej zawyżone normy są jednak przy pikowaniu, czyli pakowaniu towaru do specjalnych wózków. Sukcesywnie podnoszone, osiągnęły już absurdalny pułap. Niektórzy, młodzi i silni, przez jakiś czas dają radę. Nie wszystkim jednak wytrzymują kręgosłupy. Nikt się jednak na zewnątrz nie poskarży, z tej prostej przyczyny, że w naszym zakładzie idą pracownikowi na rękę i nie robią drag testów. Po wciągnięciu kilku kresek, znacznie łatwiej wykonać nawet podwójną normę Amazona.

c.d.n.

 

Angielski sen (2)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co piątek ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy drugi odcinek tego cyklu.

 

 

Zupełnie przypadkiem odkryłem, że w moje poukładane życie emigranta, wkradła się pewna stała, rutynowa czynność wykonywana prawie codziennie. Jeżdżąc na nocną zmianę, jeszcze zanim dotrę do zakładu, dwie godziny przesiaduję na jednej i tej samej ławeczce stojącej na brzegu, niewielkiego parkowego stawu. Zakładam słuchawki i przyswajam angielski z tekstów słuchanych piosenek. Gdy pojawi się jakieś nieznane mi sformułowanie, wyciągam translatora i już: I think, I know – rozumiem i wiem – to akurat tytuł piosenki Iana Gillana.

 

Dojazdy do pracy od samego początku stanowiły dosyć ciekawy wątek korespondencji. Zawsze wiązały się z tym jakieś ciekawostki i problemy.

Zamieszkałem w Luton, chociaż firma, w której pracuję mieści się trzydzieści kilometrów dalej. Wybór był jednak przemyślany, a powody dwa. Niskie, jak na Anglię, ceny kwaterunku, ale kluczowe było to, że większość pracowników też mieszka w tym mieście, a niektórzy mają nawet samochody. Koleżeńska stawka za podwózkę do roboty i z powrotem wynosi 4 funty.

Alternatywą była komunikacja autobusowa. Z przesiadką w St. Albans. Ale z powodu specyfiki brytyjskiego transportu publicznego, opcja bardzo droga i przy tym ryzykowna. Bilet w jedną stronę kosztuje ponad 9 funtów, do tego dochodzi niepewność, czy w ogóle przyjedzie. Raz czy dwa nie miałem jednak wyjścia, bo nawet na szóstą nikogo nie było. 18 funciaków za bilety w obie strony, miałem wtedy 7,50 na godzinę. Sam dojazd do pracy pożarł dwie i pół godziny z mojej dniówki.

Kłopoty zaczęły się już podczas pierwszego tygodnia. Trening, czyli szkolenie pracownika na jego nowym stanowisku. Pracuje on wtedy normalnie, tyle że w innych godzinach i pod okiem instruktorów. Trening trwał od poniedziałku, od piątku, od ósmej rano do szesnastej. I tu zaczęły się pierwsze schody. Nikt o tej porze nie zaczynał pracy. Na szóstą tak, na dziewiątą też, ale na ósmą – tylko nowi, czyli szkolenie.

Zrywałem się więc o 4,20 rano, kolega jadący na szóstą zabiera mnie, a ja czekałem do ósmej w firmowej kantynie.

Pracownicy zatrudnieni przez agencję, zwłaszcza ci z dziennej zmiany, nigdy nie wiedzą jaki grafik będą mieli w nadchodzącym tygodniu. Jakie wypadną dni wolne, czy będą razem (poniedziałek, wtorek) czy – jak zazwyczaj – rozrzucą (niedziela, czwartek). Nie wiedzieli też, czy będą pracować od 6,00 do 14,00 czy od 14,00 do 22.00 – tu też nie było reguły. Agencja mogła wrzucać pracownikowi kilka tygodni poranną zmianę, by znienacka zamienić na tydzień popołudniowej.

Agencyjny tydzień zaczyna się w niedzielę, a grafik wieszają dopiero w piątek. Dlatego trudno umawiać wcześniej transport, jeśli nie wiadomo na którą zmianę pracujemy i kiedy są wolne dni. Dziesiątki razy przemierzałem wszerz i wzdłuż wszystkie te magazyny zaczepiałem ludzi, szukając kogoś, kto ma podobny rozkład pracy jak ja.

Dostosowałem się do tej zwariowanej improwizacji i zazwyczaj „jakoś” docierałem na swoje stanowisko pracy.

Tydzień nauki zleciał błyskawicznie. Wbili na do łbów, że najważniejsze jest bezpieczeństwo pracy, ostrożność, nauczono „Health and Safety”, czyli zasad lokalnego BHP, pokazywali zdjęcia wypadków i ich skutki, gdy niefrasobliwy pracownik zignorował te święte zasady firmy i nie dość, że zniszczył towar (pół biedy – towar ubezpieczony), uszkodził siebie (też pół biedy – firma nie zapłaci za leczenie, nie da odszkodowania, jeśli późniejsze dochodzenie, z uważnym przeglądaniem nagrań z kamer przemysłowych, wykaże, że pracownik nie zastosował się do zasad „H&S”). Problemem jest natomiast to, że zanim przesuną kogoś na jego miejsce, stracą całe mnóstwo roboczominut. A tak właśnie robią, jeśli z jakiegokolwiek powodu odpadnie np. pracownik z chilla (chłodnia), natychmiast imiennie wywołuja kogoś z drugiej hali – ambientu – żeby go zastąpił. Ten sam problem pojawia się wtedy na ambiencie, wywołają wtedy z produce. Jeszcze chwilę biegają jak w ukropie, by po chwili zapomnieć, o co z tym ich bieganiem chodziło i skupiają się na poszukiwaniu pracownika, którego moment wcześniej wysłali na inną halę,

Zasady „Health&Safety” są tak ważne, że każdego dnia, po kilkadziesiąt razy, powołując się na życie i zdrowie, demonstrowano nam w jaki sposób wykonywać swoje obowiązki, jak bezpiecznie poruszać się po magazynach itp.

Najważniejszy mówili, jest kręgosłup. W sali stał taki demonstracyjny szkieletor, na którym instruktor pokazywał co się dzieje, jeśli nieprawidłowo dźwigniemy paletę. Mieliśmy potem egzamin praktyczny z tej czynności. Paletę należy chwycić z jednego boku i nie odrywając drugiego od podłoża ustawić do pozycji pionowej. Tak przygotowaną, można przepchnąć kawałek, by poukładać w słupki w konkretnym miejscu. To także trzeba zrobić zgodnie z zasadami „H&S”. Górny brzeg, pod lekkim kątem, opieramy o najwyżej leżącą paletę, kucając chwytamy za dolną krawędź i nie dźwigając, ale sunąc układamy nową paletę na samej górze.

Po całej tej treningowej procedurze zacząłem właściwą pracę, przypadła moja kolej układania palet. Było w tym dniu bardzo dużo roboty i wszyscy chodzili poirytowani. Mając w pamięci wyryte motto zakładu, że bezpieczeństwo, a kręgosłup przede wszystkim, trzymałem się wyuczonych zasad. Akurat przechodził manager. Gdy zobaczył co robię, zaczął się drzeć, żebym się nie opierdalał, bo palet ze trzysta rozrzuconych, a jeśli będę w ten sposób układał, to zajmie mi to tydzień. Ale tak mnie uczyli na treningu „Health and Safety” zwróciłem delikatnie uwagę. – Zapomnij o tym, zapomnij o treningu – powiedział – jedna paleta w jedną łapę, druga w drugą, ciągnij do słupka i wrzucaj z rozmachu. Na odchodne spojrzał jeszcze na mnie i kiwając głową polazł do swojego office’u.

Z czasem, już na nocnej zmianie, wygrałem z nimi tę wojnę paletową i już nawet ich nie dotykam. Ale to temat na osobny felieton, bo tu dochodzi jeszcze postać tajemniczego Mr. Skarpety.
Pracy na terenie Wielkiej Brytanii jest bardzo dużo. Pieniędzy na jej wykonanie też jest pod dostatkiem. Ponieważ jednak nie każda stawka i nie każda praca zadowoli kieszeń przeciętnego Wyspiarza, zbawieniem okazała się nadciągająca fala zagranicznej siły roboczej. W tym kilku milionów Polaków.

Zazwyczaj najszybciej można było znaleźć taką pracę, którą sami Anglicy niechętnie wykonywali. Te gorsze zajęcia, były nawet lepiej wynagradzane, dlatego cieszyły się popularnością, wśród mniej wybrednych przybyszów. Odporni na smród, chłód i 12 godzinny dzień pracy, cieszyli się z każdego payslipa (taki pasek wypłaty).

Przed wejściem królestwa do Unii, zarówno standardy pracy jak i płace stały na w miarę wysokim poziomie. Pojawiły się więc na Wyspach spragnione pracy ręce. Wiele osób zdecydowało się porzucić swoje domostwa, poświęcić rodziny, zdrowie, a czasami i życie, by za sowitą opłatę złożyć najwyższą ofiarę na ołtarzu kapitalizmu: „funt ciała, duszy, miłości czy rodziny”. Nierzadko kończyło się to tragicznie. Rodziny się rozpadały, coraz częściej zamiast sięgnąć raju, przybysze lądowali na ulicy. Niektórzy wciąż na niej tkwią, plując sobie w brodę, że uwierzyli w tę wartą „funta kłaków” bajeczkę o czekającym tu szczęściu i dobrobycie.

Po Zjednoczeniu Europy i częściowym otwarciu rynku pracy w tym jądrze światowego imperializmu wróciło stare, kolonialne myślenie: Jak najniższym kosztem, maksymalnie wyeksploatować. „Biały Baba” ma doświadczenie i wie jak zorganizować „żywą siłę pracującą”, nie uszczuplając zanadto z królewskiej kabzy. Oczywiście, dotyczy to pracowników, masowo wówczas przyjeżdżających na Wyspy w poszukiwaniu materialnego spełnienia.

Agencje pracy – firmy, które zaopatrują inne firmy w pracowników, a potem zabierają lwią część ich zarobków. Oczywiście zarobków pracowników. W zależności od zakładu i obowiązujących w nim stawek, agencje pobierają nieproporcjonalnie wysokie prowizje przez cały okres jego pracy.

Technicznie wygląda to tak, firma oferuje wysokie zarobki, ale mimo wszystko ma kłopoty z rekrutacją ludzi. Zadanie zleca więc agencji. Ponieważ do tych placówek kierują swoje pierwsze kroki prawie wszyscy imigranci ekonomiczni. Mając taka bazę pełną nowo przybyłych, wykwalifikowanych lub nie, ale nie bojących sie roboty ludzi, nie mają problemu, by ich dostarczyć zleceniodawcy. Jeśli standardem jest, że zakład swoim pracownikom kontraktowym (umowa bezpośrednia) 14 funtów na godzinę, to agencja dostaje taką samą stawkę za godzinę pracy człowieka, którego firmie dostarczyli.

Ten pracując na tym samym stanowisku, wykonując dokładnie te same zadania co pracownicy kontraktowi i dostaje 7.83 na godzinę, mimo, że firma i tak wypłaca agencji 14. Ciężko jest potem wyrwać się ze szponów tego pośrednika i bywa, że ludzie po kilkanaście lat dostają najniższą stawkę, podczas gdy równorzędni pracownicy chwalą hojność pracodawcy. Tylko mieli trochę szczęścia i udało się im znaleźć pracę, zanim agencja znalazła ich.

Zapomniałbym dokończyć historię o wspomnianej na początku tekstu ławeczki. Przeprowadziłem się z Luton do Borehamwood, znacznie bliżej miejsca pracy, jest nawet bezpośredni autobus i jeden kolega dysponujący autem, który również pracuje na nocną zmianę. Dwie godziny na tej ławeczce siedzę tylko dlatego, że kolega zaczyna pracę o 20.00, ja o 22.00, a ostatni autobus mam o 19.16.

c.d.n.

Zgubieni

1820 nieletnich, które przymusowo oddzielono od rodziców po nielegalnym przekroczeniu meksykańskiej granicy, wróciło do opiekunów. Pozostało kilkaset dzieci, których opiekunów już deportowano. Państwo amerykańskie woli chwalić się sukcesami, niż naprawdę rozwiązać problemy wywołane przez jego bezduszną politykę.

 

Donald Trump, pod naciskiem opinii publicznej wzburzonej wstrząsającymi zdjęciami dzieci w klatkach, zawiesił politykę rozdzielania rodzin nielegalnie przekraczających meksykańsko-amerykańską granicę i obiecał, że wszyscy nieletni – część z nich to naprawdę małe dzieci – wróci do rodziców. Nie anulowano jednak przepisów, na mocy których całe rodziny nadal będą mogły być bezterminowo przetrzymywane w aresztach i centrach detencji, czekając na proces karny.

Dopóki polityka „zero tolerancji” obowiązywała w całej rozciągłości, od rodziców oddzielono ponad 2500 dzieci. Większość z nich jest już na powrót razem z rodzicami. Według opublikowanego wczoraj rządowego sprawozdania 1442 dzieci w wieku powyżej pięciu lat dołączyło do opiekunów przebywających w centrach detencyjnych prowadzonych przez urząd imigracyjny i celny (ICE). 378 dzieci młodszych wróciło do rodzin „w inny adekwatny sposób”, ogólnikowo podaje administracja Trumpa. Aby zatrzeć fatalne wrażenie wywołane przez odbieranie dzieci rodzicom, ICE postanowił wypuścić większość rodzin z dziećmi z miejsc zatrzymania, ograniczając się do objęcia rodziców nadzorem elektronicznym.

Transport dzieci do ośrodków w Teksasie, Nowym Meksyku i Arizonie, gdzie odbywało się łączenie rodzin, zapewniały w większości organizacje pozarządowe i charytatywne. Nic nie wskazuje na to, by państwo poczuło się np. do zapewnienia opieki psychologicznej dzieciom, dla których odłączenie od opiekunów było prawdziwą traumą.

Co gorsza, rząd USA był zmuszony przyznać, że ponad 700 dzieci pozostało w osobnych centrach detencyjnych dla nieletnich, bo „nie ma możliwości” połączenia ich z rodzinami. W 431 przypadkach opiekunowie nieletnich już zostali deportowani poza granice USA. Prawnicy i fundacje wspierające rodziców są pełni złych przeczuć. Nie wykluczają, że odzyskanie dzieci będzie wymagało prawdziwej detektywistycznej pracy. Zgłaszane są również przypadki, w których nieletnich przekazano opiekunom innym niż rodzice, a ci obecnie oprotestowują taką decyzję.

Tymczasem Donald Trump ma już inne tematy do omawiania na Twitterze…

Będą testy DNA

Zanim 3 tysiące dzieci przetrzymywanych w tymczasowych ośrodkach wróci do swoich rodzin, będą musiały przejść testy genetyczne potwierdzające pokrewieństwo.

To pomysł Alexa Azara, sekretarza Zdrowia i Opieki Społecznej.

Pomysł jako pierwszy upubliczniła CNN, a potem „Time”. Alex Azar stwierdził, że zanim z powrotem połączy imigranckie rodziny rozdzielone na granicy z Meksykiem, trzeba będzie ustalić rzeczywiste pokrewieństwo z dziećmi oczekującymi w ośrodkach. W przypadku najmłodszych dzieci, do 5. roku życia – badania mają zakończyć się do 10 lipca, starsze dzieci „poczekają” do 26 lipca (sąd federalny w ubiegłym tygodniu zalecił administracji USA ponowne połączenie rodzin w ciągu 30 dni).

Jednak decyzję o pobieraniu materiału genetycznego organizacje broniące praw człowieka skrytykowały jako rażące pogwałcenie prywatności migrantów. Jennifer Falcon, rzeczniczka Krajowego Centrum Praw Imigracyjnych powiedziała „Time’owi”, że te dzieci są zbyt małe, aby świadomie wyrazić zgodę na udostępnienie swoich wrażliwych danych i że to pozwoli rządowi na śledzenie tych dzieci do końca ich życia, a także pozostałych członków ich rodzin.

Zgadza się z nią Sophia Gregg, adwokat z Centrum Pomocy Prawnej w Wirginii. Uważa, że z punktu widzenia prawnika, to posunięcie wzbudza mnóstwo wątpliwości. Nie wiadomo dokładnie, kto będzie przechowywał dane i jak zostaną one wykorzystane w przyszłości.

Imigracyjny kompromis

Angela Merkel osiągnęła porozumienie z Horstem Seehoferem z CSU, ministrem spraw wewnętrznych, w trwającym od tygodni sporze na temat polityki migracyjnej. Żeby ratować koalicję CDU/CSU, zgodziła się na przetrzymywanie migrantów na granicy i możliwość ich deportacji.

 

– Osiągnęliśmy dobry kompromis po trudnych negocjacjach – poinformował Seefoher dziennikarzy po zakończeniu poniedziałkowych rozmów z Merkel. Wcześniej minister postawił kanclerce ultimatum: zaostrzenie kontroli na granicach, albo jego rezygnacja ze stanowiska w rządzie.

Druga ewentualność oznaczałaby rozpad istniejącej od 70 lat koalicji parlamentarnej CDU/CSU. Merkel zdecydowała się w końcu ustąpić.

Zgodziła się na propozycję Seehofera, która wychodzi naprzeciw rosnącym w Niemczech nastrojom antyimigranckim. Na granicy z Austrią mają teraz powstać obozy, tzw. centra przetrzymywania i procedowania, skąd imigranci uznani za nielegalnych bedą mogli zostać deportowani. Zatrzymywane będą osoby zarejestrowane w innych krajach UE, a Niemcy będą mogły negocjować z krajami, z których przybyli, sprawę ich odesłania.

Na zakończonym niedawno szczycie UE poświęconym problemom imigracji zdecydowano o utworzeniu podobnych obozów na terenie samej Unii i poza nią, w których rozstrzyganie spraw azylowych odbywałoby się na poziomie UE. Seehofer wywalczył takie rozwiązanie na poziomie samych Niemiec. Porozumienie z Merkel uznał za kompromis, bo początkowo chciał jeszcze bardziej stanowczej polityki wobec imigrantów, zakładającej natychmiastową deportację „nielegalnych”.

Na kompromisowe rozwiązanie muszą się jeszcze zgodzić rząd Austrii i trzeci koalicjant w rządzie Angeli Merkel, czyli SPD. Socjaldemokraci zapewniali wcześniej, że nie zamierzają z góry godzić się na dowolne propozycje kompromisu z Seehoferem.

Brak zgody między CDU a CSU oznaczałby rozwiązanie rządu i nowy wybory, co jest jednak nie w smak wszystkim partiom obecnym w Bundestagu, oprócz skrajnie prawicowej AfD, która korzystając z nastrojów antyimigranckich nieustannie rośnie w siłę w sondażach.

Zero według Trumpa

Fala krytyki spadła na Donalda Trumpa, który w niedzielę na Twitterze wezwał do tego, aby osoby, które nielegalnie przekroczyły granicę, były wydalane z terytorium Stanów Zjednoczonych bez procesów sądowych i wdrażania procedur.

 

„Nie możemy pozwolić, aby wszystkie te osoby robiły najazd na nasz kraj” – napisał na Twitterze.

Wezwał też do odsyłania wszystkich nielegalnych imigrantów, którzy przekroczą granicę, powołując się na to, że przyjmowanie ich jest nieuczciwością wobec ludzi, którzy legalnie starają się o obywatelstwo i są skłonni na nie czekać latami.

Opinia publiczna ledwo zdążyła pochwalić Trumpa za dekret, który pozwolił dzieciom nielegalnych imigrantów odebranym na granicy połączyć się znów ze swoimi rodzicami (niejako przeoczono przy tej okazji fakt, że ten sam dekret umożliwiał bezterminowe przetrzymywanie w aresztach całych rodzin migrantów). Prezydent USA poczuł się w obowiązku przypomnieć, że nadal obowiązuje polityka „zero tolerancji”.

– To niezgodne z prawem i niekonstytucyjne – tak twitterową sugestię o natychmiastowym odsyłaniu migrantów skomentował Omar Jadwat, dyrektor Amerykańskiej Unii Swobód Obywatelskich. – Każdy urzędnik, czy sędzia, który składał przysięgę i obiecywał przestrzegać prawa, powinien jednoznacznie odrzucić nakazy Trumpa.

W tygodniu utworzono federalną grupę zadaniową, która ma zająć się ponownym łączeniem rozdzielonych imigranckich rodzin. W ostatnich tygodniach amerykańska straż graniczna odebrała rodzinom około 2,3 tys. dzieci. Mimo to nie należy oczekiwać, że polityka „zero tolerancji” w jakikolwiek sposób złagodnieje. Organizacje broniące praw człowieka zadeklarowały, że będą interweniować w każdej sytuacji, w której dzieci będą przebywały w ośrodkach dla imigrantów dłużej niż 20 dni i w każdej sytuacji, kiedy aresztowanym za nielegalne przekroczenie granicy nie zostanie zagwarantowane przesłuchanie przed sędzią imigracyjnym przed deportacją.

Melania przeciw Donaldowi

W wielu miastach USA trwaja protesty przeciwko nieludzkiej polityce imigracyjnej Trumpa. Również wpływowe postacie amerykańskiej prawicy krytykują oddzielanie dzieci od rodziców.

 

W minionym tygodniu w miastach stanów Kalifornia, Kolorado, Floryda, Kentucky, Nowy Jork, Ohio, Oregon, Teksas i Utah odbyło się ponad 20 marszów i innych form protestu przeciwko najnowszej odsłonie polityki antyimigracyjnej prowadzonej przez Donalda Trumpa. Prezydent USA ogłosił politykę „zero tolerancji” dla nielegalnych imigrantów. Oznacza to automatyczne uznanie ich za przestępców i kierowanie ich przed sąd, podczas gdy wcześniej było wobec nich podejmowane postępowanie administracyjne.

Największe oburzenie amerykańskiej i światowej opinii publicznej budzi praktyka rozdzielania rodzin imigrantów, odbierania dzieci rodzicom i odsyłania ich do specjalnych obozów. Oficjalne dane mówią o 2 tys. dzieci odebranych rodzicom w okresie od połowy kwietnia do końca maja. Problem dotyczy przeważnie osób przekraczających granicę USA z Meksykiem. Przez krytyków Trumpa – polityków, media i organizacje społeczne – polityka ta jest określana jako „nieludzka” i „okrutna”. Zdarza się, że miejsca przetrzymywania odebranych dzieci są porównywane do nazistowskich obozów koncentracyjnych.

Do organizowanych w całym kraju protestów dołączyli senatorzy i senatorki Demokratów. Jeff Merkley wizytował centrum kotroli granicznej w Teksasie, żeby zwrócić uwagę na sposób traktowania imigrantów. Członek izby reprezentantów, demokrata Beto O’Rourke poprowadził w Teksasie marsz do obozu przetrzymywania dzieci. Jerrold Nadler spotkał się z przetrzymywanymi w jednym z pięciu obozów w New Jersey. Przejęty ich sytuacją, powiedział: „Nie możemy być tacy jako naród”.

Również niektórzy politycy Republikanów krytykują okrutną politykę Trumpa. m.in. senatorzy Susan Collins i Jeff Flake. Przeciwko rodzielaniu rodzin wypowiedziała się też Laura Bush, była pierwsza dama USA. Oświadczyła, że polityka „Zero toleracji” jest niemoralna i łamie jest serce. Mało tego. Przeciwna temu procederowi jest nawet żona prezydenta Melania Trump. Jej agent powiedział telewizji CNN: „Pani Trump cierpi widząc, jak dzieci są odbierane rodzinom i ma nadzieję, że obie strony [granicy meksykańsko-amerykańskiej] opracują w końcu udaną reformę polityki imigracyjnej”.

Zeszłotygodniowe protesty odbywały się pod szyldem koalicji organizacji społecznych „Families Belong Together” (Rodziny powinny być razem). Platforma ta opowiada się przeciwko rozdzielniu rodzin i innym naruszeniom praw człowieka przez aparat nadzoru imigracji w USA. Żąda podjęcia natychmiastowych działań celem powstrzymania nieludzkiego traktowania imigrantów.
Rozdzialanie rodzin i odbieranie dzieci przez USA oficjalnie potępiła Rada Praw Człowieka ONZ.

Kary za pomoc

Zgodnie z obietnicą złożoną przez Viktora Orbána podczas ostatnich wyborów wygranych przez Fidesz, węgierski rząd przygotowuje projekt ustawy wymierzonej w organizacje pomagające uchodźcom.

 

Napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu przybywających do Węgier znacznie zmalał odkąd w 2016 r. południową granicę kraju szczelnie ogrodzono wzmocnionymi i regularnie patrolowanymi zasiekami. Węgierski rząd nie przestaje jednak wykorzystywać tematu imigrantów do politycznej nagonki na swoich przeciwników. Opracowano właśnie założenia nowej ustawy, która zmierza do kryminalizacji działań nastawionych na pomoc uchodźcom uznanym za „nielegalnych imigrantów”. Projekt ten bierze „na celownik” przede wszystkim tych, którzy przerzucają ludzi przez granicę lub finansują tę aktywność. Jednak za przestępstwo może też zostać uznane nawet drukowanie ulotek z informacjami dla uchodźców, dostarczanie im jedzenia lub oferowanie pomocy prawnej.

Całość projektu nie jest jeszcze znana, jednak węgierski dziennik Magyar Hirlap twierdzi, że za taką działalność będzie grozić nawet kara jednego roku pozbawienia wolności. Rząd Orbána zamierza też zmienić konstytucję tak, żeby skutecznie uniemożliwić relokację uchodźców z pozostałych krajów UE do Węgier.

Komentatorzy są zgodni, że nowe represje wymierzone są przede wszystkim w działalność Open Society Foundation finansowaną przez George’a Sorosa. Nowe prawo jest otwarcie nazywane

„Ustawą antysorosową. Zapowiedź bezpardonowej walki z polityczną działalnością miliardera węgierskiego pochodzenia była jednym z głównych wątków niedawnej kampanii wyborczej partii Orbána. George Soros jest konsekwentnie demonizowany w oczach opinii publicznej. Politycy Fideszu i prorządowe media przedstawiają go jako wroga Węgier zagrażającego bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju i jego chrześcijańskiej tożsamości. Głosowanie parlamentarne w sprawie ustawy przewidującej nowe represje jest zaplanowane na przyszły tydzień.