Internet dla bogatych

Przez lata wierzyliśmy, że powszechny dostęp do internetu zniweluje różnice społeczne. Tak, jak kiedyś informacja była przywilejem bogatych, tak bowiem teraz globalna sieć miała raz na zawsze skończyć z postrzeganiem wiedzy jako towaru. Nic z tego. Najnowsze badania dowodzą, że zarobki nadal decydują o jakości informacji, które otrzymujemy.

 

Analizę wykorzystania internetu przez różne grupy społeczne zlecił Reuters Institute for the Study of Journalism. Dwójka badaczy związanych z Oxford University – Antonis Kalogeropoulos i Rasmus Kleis Nielsen – ustaliła, że wielkość zarobków kształtuje sposób, w jaki korzystamy z informacji, nie mniej niż to było przed nadejściem świata 2.0. Ich zdaniem, „ekspansja nowych mediów często powoduje, że osoby, które mogą i potrafią korzystać z informacji stają się coraz bogatsze, natomiast w przypadku pozostałych pogłębia się bieda i wykluczenie”. Co więcej, „to nasz status społeczny decyduje o tym, z jakich źródeł internetowych czerpiemy swoją wiedzę”.

Okazuje się, że różnice w sposobie korzystania z informacji znajdujących się w internecie są większe nawet niż w przypadku mediów tradycyjnych. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie przeprowadzono badania, konsumpcja prasy czy telewizji pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, bez względu na wykształcenie i zarobki. Potężny rozdźwięk pojawia się natomiast w liczbie wykorzystywanych źródeł dostępnych online. O ile osoby lepiej sytuowane sprawdzają informacje za pośrednictwem co najmniej dwóch stron internetowych, o tyle biedniejszym i gorzej wyedukowanym przeważnie wystarcza zaledwie jedna.

Co to oznacza? Między innymi to, że osoby biedniejsze są bardziej narażone na fake newsy. Według badań przeprowadzonych przez Kalogeropoulosa i Nielsena, znaczny odsetek tej grupy społecznej czerpie informacje z mediów społecznościowych. Tymczasem – czego doświadczamy na co dzień – to właśnie Facebook czy Twitter są wylęgarniami fałszywych wiadomości. Z kolei osoby z wyższymi zarobkami najczęściej zaglądają bezpośrednio do internetowych wydań uznanych tytułów medialnych. O wiele częściej też niż biedniejsi, korzystają z newsletterów, alertów i innych narzędzi do agregacji wiadomości.

Istotne różnice występują także w samych stronach internetowych, z których czerpane są dane. Osoby lepiej sytuowane odwiedzają przede wszystkim serwisy informacyjne o ustabilizowanej renomie, zazwyczaj prowadzone przez duże tytuły prasowe, w tym zwłaszcza te uznane za prestiżowe. Natomiast użytkownicy o zarobkach poniżej średniej przeważnie wybierają źródła nastawione na sensację i plotki. Oznacza to, że internet nie zdołał odwrócić trendu, który od lat daje się zaobserwować w przypadku mediów tradycyjnych. Opublikowane właśnie badania wskazują bowiem, że osoby majętne trzykrotnie częściej niż pozostałe grupy społeczne sięgają po tzw. prasę prestiżową. Z kolei gorzej sytuowani o wiele chętniej wybierają tabloid i pisma plotkarskie.

Kalogeropoulos i Nielsen nie dają nadziei na szybką poprawę. „Z każdym krokiem w kierunku coraz bardziej cyfrowego świata mediów – piszą – społeczne nierówności w dostępie do informacji będą wzrastać. Dotychczas wydawało się, że to poglądy polityczne głównie powodują, że wybieramy te, a nie inne media. Okazuje się jednak, że różnice społeczne, ale również wiek, płeć czy pochodzenie etniczne odgrywają równie istotną rolę w doborze źródeł. W zasadzie, większość dziennikarzy chciałaby, aby tworzone przez nich wiadomości trafiały do wszystkich, bez względu na zasobność portfela. Niestety, mimo łatwości, z jaką można obecnie korzystać z internetu, tak się nie dzieje”.

Powoli, lecz systematycznie, globalna sieć ulega więc takim samym podziałom, co świat realny. Dla tych, którzy posiadają pieniądze i odpowiedni kapitał kulturowy powstają strony z informacjami wysokiej jakości. Wykorzystują one najnowsze technologie i dostosowują swoją zawartość pod wyrafinowane gusta odbiorców. Oczywiście wszystko za opłatą. Cała reszta musi się zadowolić darmową rozrywką dla mas. Jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy jest spadające zaufanie do mediów, które niczym w XVIII w., kierują swoją uwagę głównie w stronę wąskiej elity.

Badania zlecone przez Reuters Institute for the Study of Journalism przeprowadzono w Wielkiej Brytanii. Nie ulega jednak wątpliwości, że podobne rezultaty przyniosłaby analiza sposobów korzystania z informacji online przez inne społeczeństwa. W rankingu sprawiedliwości społecznej, pośród państw członkowskich Unii Europejskiej, Wielka Brytania zajmuje miejsce w połowie stawki. O wiele większe nierówności występują m.in. w Polsce, Włoszech czy na Węgrzech. Są to jednocześnie te państwa, gdzie wzrasta radykalizacja społeczeństw, a do głosu dochodzą różnej maści populiści. Media społecznościowe, fałszywe konta i szemrane serwisy informacyjne – to ich naturalne zaplecze. I tak zapewne pozostanie, póki pieniądze wciąż będą decydować o tym, co i jak możemy przeczytać w internecie.

Internet rządzi My, socjaliści

W ostatnich dniach „Gazeta Wyborcza” i Radio Zet ujawniły dokument, z którego wynika, że wiosną 2015 r. sztab wyborczy Andrzeja Dudy miał podpisać umowę ze spółką tworzącą fałszywe konta w Internecie.

 

Umowa obejmowała okres przed wyborami prezydenckimi 2015 r. Wybory prezydenckie odbyły się 10 i 24 kwietnia (II tura) 2015 roku. Prezydent Duda zdementował te informacje twierdząc, że to typowy fake news. Podobną sytuację ma prezydent USA Donald Trump, który został wybrany w listopadzie 2016 roku. Jego sztab jest posądzany o konszachty z Rosjanami, którym zarzuca się ingerencję w amerykańskie wybory poprzez manipulacje w Internecie.

Ażeby poważnie podejść do sprawy, trzeba odpowiedzieć na podstawowe pytanie, jak można wykorzystać Internet do manipulowania wynikami wyborczymi? Istnieją liczne teorie i dowody na to, że można. Z opracowań amerykańskich, ale również polskich wynika, że jako pierwszy na szerszą skalę wykorzystał Internet do zdobycia przewagi wyborczej był Barack Obama w 2008 roku, który pokonał Johna McCaina. Powtórzyło się to w USA cztery lata później.

Doświadczenia z kampanii internetowych zostały opisane i opracowane naukowo. Dziś korzystają z nich wszyscy, bowiem pozwalają na znaczące wsparcie wyników wyborczych kandydatów wybieranych powszechnie, których wspierają media masowe, a szczególnie portale społecznościowe w Internecie. Chodzi przede wszystkim o Facebook i Twitter.

Infrastruktura służąca do takich działań jest mocno rozbudowana w skali globalnej, jak również w skali państw narodowych – jesteśmy dziś generalnie przynajmniej jedną nogą w erze informacyjnej.

Po blisko 20 latach intensywnego rozwoju wg 2017 Digital Yearbook, sieć Internetu opasała już cały świat. W styczniu 2017 roku było na świecie 7,476 mld ludzi, z czego aż 50% (3,773 mld) posiadało dostęp do Internetu. W Europie Zach. jest to 84%, w Europie Wsch. 67%. Polska jest na 15. miejscu z 72 %. Aktywnie z mediów społecznościowych korzystało 37% populacji naszego globu, czyli 2,789 mld. Unikalnych użytkowników mobilnych jest aż 66%, czyli 4,917 mld ludzi. Korzystających z mediów społecznościowych za pomocą urządzeń mobilnych (smartfonów) jest aż 34% mieszkańców Ziemi – czyli 2,549 mld osób. Rocznie Internet rośnie o ok. 10%.

Wynika z tego, że baza techniczna do globalnych i narodowych działań w dziedzinie operowania wpływem poprzez media społecznościowe jest. Jest więc gotowa baza społeczna. Szczególnie dobrze jest ona rozwinięta w krajach europejskich, USA, Kanadzie, Japonii, Rosji. W ostatnich latach doszło również do przełomu w dziedzinie oprogramowania dającego możliwość dotarcia do aktywnych w sieci osób.

Według „Guardiana”, język i twierdzenia, których używali prowadzący facebookową stronę Andrzeja Dudy w kampanii prezydenckiej były niesamowicie podobne do tych używanych przez Cambridge Analytica. Jest to firma, która znając preferencje wyborców w USA mogła na nich wpływać i pomogła wygrać Donaldowi Trumpowi. Nie wszyscy wiedzą, że za algorytmem wykorzystywanym w tych operacjach stoi Polak dr Michał Kosiński z Uniwersytetu Stanforda. Opracował on algorytm, który na podstawie naszej aktywności w mediach społecznościowych tworzy kompletny obraz osobowości.

Wracając do sprawy ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce i w USA wiadomo, że wykorzystywano w nich aktywnie media społecznościowe. O tym, że wybory wygrywa się nie tylko na ulicy i w lokalach wyborczych, ale wcześniej, przede wszystkim w sieci, wiedzą wszystkie partie polityczne i kandydaci ubiegający się o funkcje publiczne. Poza armiami trolli i botami coraz częściej w kampaniach wykorzystywane są jednak profesjonalne firmy zajmujące się wpływaniem na wyborców. Są do tego potrzebne oczywiście odpowiednie środki, bowiem prowadzone dyskretnie działania nie są tanie. Stać na nie największe partie polityczne i państwa.

Ostatnio prowadzona jest w USA sprawa wpływu Rosji na wybory amerykańskie. Jest to możliwe, choć działania w skali globalnej nie mają charakteru asymetrycznego. Aktywne stale w sieci są wszystkie duże państwa, szczególnie USA, Rosja, Chiny, Izrael, W. Brytania, Niemcy i inne incydentalnie np. Państwo Islamskie, Korea Płn. Prowadzą one działania przeciw sobie, ta sieciowa wojna jest widoczna na każdym kroku, jak również w konkretnych sprawach np. wspierania określonych wartości ideowych np. propagując amerykański styl życia, potęgę militarną Rosji, neoliberalizm, wartości islamskie, psychozę wojenną itp.

W Polsce, jak wiadomo, wysoką aktywność w sieci portali społecznościowych przejawia PiS i PO, zatrudniając dziesiątki ludzi oraz tzw. boty. Mniej aktywne ze względu na środki są inne ugrupowania, choć swoje doświadczenia miała tutaj PSL i partie firmowane przez Janusza Korwin-Mikke.

Polska lewica ma małe doświadczenia i środki w tej dziedzinie, choć wiadomo, że polityka i budowanie wpływu przenosi się do Internetu.

Uważam, że powinien powstać na lewicy program działań, przede wszystkim przed wyborami europejskimi i parlamentarnymi. Dotychczasowe skromne doświadczenia SLD i partii Razem powinny być rozwijane.

Antypolskie głosowanie PiS

O tym, że politycy PiS i związani z nim propagandziści kłamią, wszyscy już w Polsce powinni wiedzieć. Ale nie wszyscy jeszcze wiedzą, że potrafią kłamać tak bezczelnie i aż tak głupio.
W zeszłą środę w Parlamencie Europejskim przyjęto dyrektywę o prawie autorskim. Za było 438 posłów, przeciw 226, wstrzymało się 39. Jak zgodnie twierdzili eksperci, nowe przepisy są wymierzone głównie w gigantów i monopolistów zarabiających w sieci internetowej, taki jak Google, czy Facebook. Ukrócą możliwości okradania twórców przez gigantyczne, komercyjne koncerny.
Istniała jednak obawa, że nowe przepisy mogą zostać wykorzystane także przeciwko mniejszym firmom lub nawet indywidualnym użytkownikom Internetu. Upowszechniającym dzieła polskich twórców nierzadko niekomercyjnie.
Dlatego po protestach przed parlamentarna debatą, projekt dyrektywy uzupełniono i wzbogacono o 250 poprawek. Wśród nich najważniejszą, bo zakładającą, że krytykowane rygory dyrektywy nie będą dotyczyć małych i średnich przedsiębiorstw.
Jeszcze dwa dni przed głosowaniami euro parlamentarzyści PiS sugerowali w mediach, że zagłosują za dyrektywą. Bo jest w interesie polskiej kultury i polskich twórców. To wydawało się zrozumiałe, bo przecież stale deklarują swój patriotyzm, dbałość o polskie interesy, o ochronę polskiej kultury.
Zagłosowali jednak przeciw. Jakby byli płatnymi sługusami niepolskich gigantów internetowych, albo „pożytecznymi idiotami” wyżej wymienionych sieci, okradających polską kulturę.
Jakby oczekiwali od tych zagranicznych koncernów korzyści finansowych w czasie nadchodzących kampanii wyborczych.
Aby było jeszcze śmieszniej przez całą zeszłą środę widzowie TVP info mogli się dowiedzieć, że to antypolskie głosowanie euro deputowanych PiS było heroiczną walką ludzi pana prezesa Kaczyńskiego w „obronie wolności Internetu”.
Bez zmrużenia oka przekonywali o tym nie tylko prominentni ero deputowani PiS, ale też czołowi pracownicy PiSowskiego frontu propagandowego. Tacy jak Tomasz Sakiewicz, bracia Karnowscy.
Jeśli ci, deklarujący się codziennie jako „polscy patrioci”, uważają, że „wolność w Internecie” polega na okradaniu polskich twórców i polskiej kultury przez wielkie, zagraniczne korporacje medialne,
to
niech bóg broni
Polskę i Polaków przed takimi „patriotami”.
Skoro wyborcy PiS nie dostrzegają patriotycznego zakłamania elit PiS.

 

PS. Potwierdzam pojawiające się w mediach informacje, że kandyduje do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z listy SLD – Lewica Razem, rzecz jasna.

Zakupy z podwyższonym ryzykiem

Jeśli kupujemy przez Internet, poznajmy dobrze swoje prawa i starajmy się zachować jak najwyższą ostrożność.

 

Z międzynarodowego badania, analizującego funkcjonowanie e-sklepów wynika, że aż co piąty kupujący narzeka na niedotrzymywanie terminu dostawy przez internetowych sprzedawców. 11 proc. ankietowanych przyznaje, że otrzymało uszkodzoną przesyłkę, a 7 proc. nigdy nie dostało zakupionych przedmiotów.
Blisko 4 na 10 kupujących ma świadomość, że internetowe transakcje wiążą się z ryzykiem. Problemy z realizacją zamówienia, na przykład możliwość otrzymania przesyłki po ustalonym czasie, wadliwy towar lub trafienie na nieuczciwego sprzedawcę, który uchyla się od wysyłki mimo zapłaty, są ciemną stroną zakupów on-line – i podobne „przygody” mogą spotkać każdego e-klienta.
Zagrożeniem jeszcze większego rzędu jest możliwość utraty wszystkich pieniędzy ze swojego konta, jeśłi trafi się na złodziei internetowych, którzy pod pozorem sprzedaży towarów włamują sie na rachunki bankowe. Zjawisko to nasiliło się do tego stopnia, że specjaliści namawiają, by tworzyć oddzielne subkonta internetowe, na których będzie tylko taka kwota, jaka jest konieczna do przeprowadzenia danej transakcji. Dzięki temu, jeśli trafimy na złodziei, stracimy tylko kwotę przeznaczoną na jeden konkretny zakup.

 

To, czego nie widać

Jednakże, mimo tych wszystkich zagrożeń, jak wynika z raportu „E-commerce 2018”, już blisko 55 proc. polskich internautów, czyli ok. 14 mln osób kupuje w sieci, a wartość rodzimego rynku handlu on-line na koniec tego roku może wynieść nawet 50 mld zł.
Zakupy w sklepach internetowych, choć bardzo niebezpieczne, są szybkie i wygodne, dlatego decyduje się na nie coraz więcej konsumentów. Warto wiedzieć, jakie prawa przysługują kupującemu, gdy sklep nie wywiązuje się ze swych obowiązków. Niewiedza może w takich sytuacjach sprawić, że narazimy się na straty finansowe i zapłacimy za zakupy dwa razy.
Gdy robimy zakupy w sklepie stacjonarnym, możemy dokładnie obejrzeć każdy produkt, a jeżeli mamy wątpliwości co do jakości czy specyfiki oferowanego towaru, możemy od razu skonsultować się ze sprzedawcą. Specyfika zakupów przez Internet to uniemożliwia, dlatego należy składać zamówienia wyłącznie w tych e – sklepach, które przy każdym artykule zamieszczają jego dokładny opis i oczywiście zdjęcie.
Przykładowo, w przypadku sprzętu elektronicznego będą to wszelkie niezbędne parametry techniczne urządzenia, które pozwolą nam ocenić jego funkcjonalność. Z kolei, gdy kupujemy odzież, niezbędne jest podanie informacji o rozmiarze i materiale, z którego zostało wykonane ubranie. Sprzedawca ma również obowiązek poinformować kupującego o warunkach złożenia zamówienia oraz sposobie dostawy zakupionego towaru.
Szukamy tych wszystkich informacji w regulaminie sklepu internetowego, który sprzedawca powinien zamieścić w serwisie. Każdy przedsiębiorca ma możliwość dowolnej redakcji takiego dokumentu, ale jego treść powinna być zgodna z ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawą o prawach konsumenta. W regulaminie e-sklepu znajdziemy szczegółowe wytyczne dotyczące sposobu składania zamówienia, metod płatności za zakupiony towar, możliwych opcji dostawy, a także informacje o procedurze zgłaszania reklamacji, czy dokonaniu ewentualnego zwrotu. Szczególnie należy zwrócić uwagę na zapisy dotyczące tych ostatnich kwestii. Jeżeli będą one opisane mało starannie i tym samym będą wprowadzać klienta w błąd, powinniśmy zrezygnować z zakupów. W innym przypadku bowiem, z powodu nierzetelności sprzedawcy, możemy narazić się na straty finansowe i konieczność dochodzenia swoich praw przed sądem.
Przesyłka powinna trafić pod nasze drzwi nie później niż w ciągu 30 dni od zakupu, chyba że regulamin sklepu mówi inaczej lub sprzedawca zastrzegł, że potrzebuje więcej czasu na dostawę, bo np. zamawiamy przedmioty z zagranicy. Jeżeli podany termin się wydłuża, klient może w porozumieniu ze sprzedawcą wyznaczyć nową datę, ale może również odstąpić od umowy.

 

Czas dla niezdecydowanych

Nie zapominajmy również, że kupując przez Internet, zawieramy ze sprzedawcą umowę na odległość, a to daje nam prawo do odstąpienia od niej w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Jeżeli sklep nie poinformuje kupującego o takiej możliwości, wspomniany termin wydłuża się do 12 miesięcy. Każdy klient, który kupuje w e-sklepie, ma prawo się rozmyślić i zwrócić towar lub wycofać się z umowy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Decydując się na taki krok, należy poinformować o tym fakcie sprzedawcę w ciągu 14 dni, licząc od daty zawarcia umowy, najlepiej w formie pisemnego oświadczenia przesłanego poczta tradycyjną, a następnie w ciągu następnych dwóch tygodni odesłać kupiony przedmiot. To, czy w takim przypadku będziemy musieli zapłacić za przesyłkę zwrotną, najczęściej określa regulamin danego sklepu, dlatego trzeba szukać wiadomości na ten temat na stronie sprzedawcy.
Powinniśmy też uważać na zapisy, które nie zawsze są zgodne z prawem:
– Dla przykładu, jeżeli chcemy zrezygnować z zakupu, sprzedawca nie może odmówić zwrotu nieużywanego towaru, jeżeli nie posiadamy oryginalnego opakowania. Kwestią sporną bywa termin zwrotu kosztów zakupu, dlatego warto pamiętać o tym, że sklep powinien zwrócić nam środki w ciągu 2 tygodni, licząc od daty poinformowania o odstąpieniu od umowy, ale może również wstrzymać się z tym krokiem do czasu otrzymania zwracanej rzeczy albo dowodu jej wysłania. Co istotne, zwrot nie zostanie uznany, jeśli kupiliśmy przedmiot, który został wykonany specjalnie na nasze zamówienie – mówi Izabela Kędzierska-Woźniak, ekspert Intrum.
Z prawa do zwrotu towaru możemy oczywiście także skorzystać, gdy otrzymamy nieco inny przedmiot, niż ten, który zamówiliśmy. Zdarza się bowiem, że sklepy wysyłają towar w tej samej cenie i o podobnych parametrach, gdy zamówionego przez klienta produktu np. zabrakło w magazynie lub przestał być produkowany.
W takiej sytuacji sklep może zaoferować zamiennik, ale sprzedawca powinien jednocześnie poinformować kupującego o tym, że ma prawo zrezygnować z zakupu, czego skutkiem będzie zwrot kwoty wpłaconej za zamówienie. Od umowy możemy odstąpić również wtedy, gdy zastępczy produkt został już do nas wysłany, na co w takim przypadku mamy 10 dni – dodaje Izabela Kędzierska-Woźniak.

 

Gdy trzeba reklamować

Kupując w sieci możemy otrzymać zamówiony towar z uszkodzeniami lub niekompletny. Już przed złożeniem zamówienia należy więc zapoznać się z procedurą zgłaszania reklamacji, opisaną w regulaminie sklepu internetowego i sprawdzić czy, i w jakich przypadkach będzie obowiązywać gwarancja. Nie każdy wie, że reklamacji podlega nie tylko uszkodzony towar posiadający wady, ale także taki, który jest niezgodny ze specyfikacją przedstawioną na stronie sprzedawcy lub nie spełniający wszystkich funkcji, które obiecywał producent.
Zdarza się, że po złożeniu reklamacji sprzedawca kieruje klienta prosto do producenta, ale pamiętajmy o tym, że kupujący ma prawo reklamować nabyty przedmiot bezpośrednio w sklepie, w którym zrobił zakupy. Przeważnie mamy na to 2 lata, chyba że producent sam określa czas obowiązywania gwarancji. Jeśli jest ona drastycznie krótka, na przykład trzymiesięczna, najlepiej nie kupować takiego towaru.
W reklamacji trzeba zawrzeć datę nabycia towaru i jego otrzymania oraz szczegółowy opis usterki ze wskazaniem, w jakich okolicznościach się ujawniła. Reklamując zakup, możemy domagać się naprawienia nabytej rzeczy, otrzymania nowego egzemplarza lub zwrotu pieniędzy. Nie mamy jednak wpływu na to, który z tych trzech sposobów zostanie zastosowany. – Spełnienie naszych oczekiwań będzie zależeć od decyzji sklepu, charakteru wady czy polityki producenta – wskazuje ekspertka Izabela Kędzierska-Woźniak.
Uszkodzony towar należy odesłać wraz z pismem reklamacyjnym. Co do zasady, gdy reklamacja jest uzasadniona, za przesyłkę zapłaci sprzedawca, jeśli jednak zostanie ona odrzucona – koszt ponosi kupujący. Po zgłoszeniu reklamamacji sklep powinien w ciągu 14 dni udzielić odpowiedzi, czy ją przyjmuje, czy nie. Jeżeli w tym czasie nie odpowie, uznaje się, że wymagania klienta zostają spełnione.
Gdy pojawią się problemy z realizacją zamówienia i wyegzekwowaniem naszych praw, możemy zwrócić się do instytucji, które teoretycznie mają pomagać konsumentom w takich sytuacjach, czyli do Rzecznika Konsumentów i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jeśli jednak natrafiliśmy na nieuczciwego sprzedawcę, który mimo zapłaty zwleka z wysyłką towaru i unika z nami kontaktu, warto zgłosić to na policję.
Pamiętajmy także, że aby dochodzić swoich praw w ewentualnym sporze z e-sprzedawcą, powinniśmy zachować wszelkie dowody dokonywanych transakcji, wiadomości mailowe z potwierdzeniem zamówień, poświadczenia wpłat oraz wszelką korespondencję ze sklepem.

Więcej filtrowania

Tym razem Parlament Europejski zagłosował za dyrektywą o prawie autorskim w sieci. Jeśli zostanie wdrożona, efektem będzie większa odpowiedzialność stron za treści publikowane przez użytkowników, jeszcze wzrośnie rola filtrów treści, a także skończy się podawanie dalej linków w takiej postaci, jak to wygląda dziś.

 

Poprzednie głosowanie w tej sprawie odbyło się w lipcu i zakończyło się wynikiem odwrotnym. Tym razem organizacje zajmujące się kwestiami wolności w sieci nie zdołały przekonać eurodeputowanych, że wdrażanie dyrektywy w wersji opracowanej w Komisji Prawnej niesie za sobą określone zagrożenia. Przeszły również budzące największe kontrowersje paragrafy 11 i 13.
Pierwszy z nich nakłada na portale społecznościowe oraz wyszukiwarki obowiązek wykupienia licencji u wydawców mediów internetowych, których materiały będą miały być w nich cytowane. Wklejając link np. na Twitterze, będzie można umieścić jedynie sam adres URL, ewentualnie z własnym opisem. Podczas gdy pomysłodawcy nowych przepisów twierdzą, że w ten sposób wydawcy i autorzy treści będą w końcu zarabiać na ich rozprzestrzenianiu w sieci, krytycy argumentują, że nowy przepis doprowadzi do sytuacji, w której media społecznościowe wykupią licencje tylko u najpotężniejszych medialnych koncernów (by mieć pewność, że udostępniane materiały spotkają się z zainteresowaniem użytkowników). Mniejsze, lokalne, alternatywne czy wyspecjalizowane serwisy natomiast stracą możliwość poszukiwania odbiorców w mediach społecznościowych. To nie teoria – podobnie skonstruowane przepisy wprowadziły już u siebie Hiszpania i Niemcy.

Według europosłanki Julii Redy, jednej z liderek ruchu sprzeciwu, dziennikarze i wydawcy na tym nie skorzystali.
Artykuł 13 przewiduje, że wszystkie strony – poza najmniejszymi – które dają czytelnikom możliwość przesyłania treści, będą musiały je prewencyjnie sprawdzać pod kątem przestrzegania praw autorskich. Chodzi nie tylko o platformy z filmami czy zdjęciami. Także te strony, gdzie można np. skomentować artykuł, a które nie mają jeszcze filtrów treści, będą musiały je zainstalować, co nie jest tanie.

– Filtry są nie tylko niedoskonałe i zawodne, ale także mogą doprowadzić do nadużyć. Ponieważ zwolennicy filtrów odrzucili propozycję wprowadzenia jakichkolwiek kar za nieuczciwe dochodzenie roszczeń z tytułu praw autorskich, każdy będzie mógł cenzurować wszystko. Możesz zgłosić jako swoje wszystkie dzieła Szekspira do filtra WordPressa i nikt nie będzie w stanie cytować Szekspira, dopóki ludzie w firmie nie usuną twoich zgłoszeń ręcznie – komentuje absurdalność nowych mechanizmów Cory Doctorow, amerykański pisarz i działacz na rzecz praw twórców.

Teraz dyrektywa będzie przedmiotem rozmów między państwami członkowskimi, PE oraz Komisją Europejską. Ostateczna wersja zostanie przedstawiona do głosowania w PE wiosną 2019 r.

Apel Polskich Twórców

…w sprawie wprowadzenia do dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym prawa twórców do wynagrodzenia za eksploatację utworów w internecie.

 

Szanowny Panie Premierze,
Szanowne Panie, Szanowni Panowie – Ministrowie kultury, spraw zagranicznych, nauki, edukacji, cyfryzacji, rozwoju i przedsiębiorczości!
Szanowne Panie Europosłanki! Szanowni Panowie Europosłowie!
My, polscy twórcy oraz organizacje zrzeszające środowiska twórcze, tworzący kulturę polską i europejską, budujący tożsamość narodową i więzi społeczne, zwracamy się do Państwa, mających wpływ na stanowienie prawa, z prośbą o wsparcie projektu „Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i poparcie rozwiązań, które pomogą przetrwać polskiemu sektorowi kreatywnemu, oraz o zaangażowanie w jak najszybsze jej uchwalenie i implementowanie do polskich przepisów.
To my jesteśmy autorami utworów szeroko udostępnianych i wykorzystywanych w Internecie. Nie jest prawdą, że chcemy ograniczyć ludziom dostęp do naszej twórczości. Wręcz przeciwnie, chcemy by odbiorcy szeroko się nią interesowali. Nie chcemy również kontrolować komunikacji prywatnych użytkowników. Chcemy jedynie, żeby nasz trud i wysiłki w tworzenie wartościowych treści były właściwie opłacane przez tych przedsiębiorców, którzy bezprawnie korzystają z naszej twórczości. Bez wynagrodzenia nie będziemy w stanie dalej tworzyć i żyć.
Trwa cyniczna kampania przeciwko wprowadzeniu dyrektywy prowadzona przez duże koncerny technologiczne. Firmy te kierują ją do użytkowników nieświadomych kosztów jakie ponoszą twórcy i producenci treści. Kampania dezinformuje i opóźnia wprowadzenie potrzebnych i etycznych zasad obiegu treści chronionych prawem autorskim w sieci. Korporacje technologiczne nie chcą zmian bo zarabiają na niedostosowaniu przepisów do ich działalności. Co roku z powodu nieszczelnego systemu ochrony praw autorskich w Internecie polska gospodarka traci około trzech miliardów złotych.
Na początku września na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego odbędzie się głosowanie, którego przedmiotem będą uwagi szczegółowe do zapisów dyrektywy. Projekt ten normalizuje przyszłość funkcjonowania kultury, związanych z nią branż kreatywnych i obiegu treści kreatywnych w wymagającym środowisku cyfrowym. Reforma prawa autorskiego jest gwarantem wolności słowa i niezależności twórców, bo nie ma skuteczniejszej cenzury od cenzury ekonomicznej.
Nowe możliwości cyfrowego kopiowania i powszechnego udostępniania wymagają rozszerzenia praw pokrewnych. Autorzy projektu dyrektywy jasno wskazują, że większość aktywności konsumentów treści ma formę cyfrową. Dlatego prawo autorskie musi działać także w Internecie.
Zwracamy się do Państwa, jako naszych reprezentantów, o ochronę praw autorów w Internecie poprzez poparcie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.
Reforma prawa autorskiego nie ograniczy wolności w Internecie, ale uczyni go etycznym!
#internetfairplay

 

Apel powstał z inicjatywy

Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Organizacje twórców, które przyłączają się do apelu:

Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Copyright Polska”;
Stowarzyszenie Autorów Polskich – ZAIKS;
Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL;
Stowarzyszenie Filmowców Polskich SFP – ZAPA;
Stowarzyszenie Fotoreporterów;
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich;
Stowarzyszenie Unia Literacka
Związek Kompozytorów Polskich

 

PS. W lipcu Parlament Europejski odmówił przyjęcia stanowiska do dyrektywy zaproponowanego przez Komisję Prawną. Polscy europosłowie w ogromnym stopniu przyczynili się do takiego wyniku głosowania, ponieważ prawie wszyscy zagłosowali przeciwko przyjęciu stanowiska i udzieleniu mandatu negocjacyjnego. Za kilka dni, 12 września, Parlament Europejski będzie głosował nad przyjęciem stanowiska do dyrektywy na sesji plenarnej. Jest to ostatnia szansa na zapewnienie sukcesu tego projektu.

A gdyby tak zakazać reklamy?

Odkąd Internet przetasował światowy rynek prasy, a potem innych mediów, każdego roku obserwujemy kolejne obroty błędnego koła postępującej tych mediów degrengolady.

 

Specjaliści od reklamy biją na swoich konferencjach i w raportach na alarm, że wszystko, co robią, jest stopniowo coraz mniej skuteczne – ludzie stają na rzęsach, byle uniknąć, zeskrolować, przeskoczyć ich bzdury, za wszelką cenę w nic nie kliknąć, nagrać film bez reklam… Kolejne tytuły prasowe upadają, łączą się dla przetrwania w konglomeraty, są przejmowane przez wielkie globalne korporacje medialne korzystające na ich kłopotach z płynnością finansową, obcinają wierszówki, redukują zatrudnienie, mnożą w to miejsce dziadowskie darmowe staże i udostępniają swoje łamy tym, którym wystarczy sama „widoczność” – lub nawet za publikowanie na ich łamach treści kryptoreklamowych lub PR-owych upozorowanych na materiały dziennikarskie gotowi są płacić. Wszystko to za sprawą spadających dochodów z reklamy. Skoro reklama jest coraz mniej skuteczna, to coraz trudniej powierzchnię czy czas reklamowy dobrze sprzedać, coraz mniej można za nie sobie śpiewać.
Technologiczni giganci proponują więc coraz bardziej wyrafinowane i zarazem coraz bardziej orwellowskie innowacje technologiczne. Najbardziej zaawansowane z tych rozwiązań są niesłychanie drogie, sprawiając, że dostęp do reklamy skutecznej koncentruje się w coraz bardziej nielicznych rękach, faworyzując wielkie podmioty – zarówno handlowe, jak i medialne, coraz bardziej marginalizując np. media lokalne, niszowe, wyspecjalizowane. Reklama kosztuje coraz mniej za pojedyncze „wyświetlenia”, więc nadrabia to swoją coraz większą wszechobecnością, wpychaniem się w każdą szparę. Musimy ją zamknąć, żeby w ogóle przedrzeć się do interesującego nas artykułu, przecierpieć kilka razy po drodze do jego końca, musimy ją przeczekać nawet w połowie dwuminutowego materiału wideo na Facebooku czy YouTube. Zaciskamy zęby i siedzimy w kinie przez pół godziny reklam, zanim zacznie się film, na który przyszliśmy. Albo wchodzimy na salę z odpowiednim opóźnieniem w stosunku do oficjalnego początku seansu, żeby nie marnować życia na kolejną reklamę samochodu, na który i tak nas na razie nie stać. Blokujemy w przeglądarkach pop-upy, wyłączamy w telefonach głos multimediów, zamykamy, przeskakujemy, oznaczamy „nie wyświetlaj więcej”. Godzimy się powoli z tym, że dobrych gazet prawie już nie ma i trzeba po prostu polować na dobre teksty pojawiające się czasem na marginesach obiegu. Przestajemy oglądać tradycyjną telewizję, wybieramy konkretne filmy i seriale, które chcemy obejrzeć, korzystając z innych dróg dostępu do nich. I tak dalej. Te nasze prywatne strategie unikania niekończącej się inwazji reklamy zbyt rzadko jednak prowadzą nas na wyższy poziom uogólnienia, na którym zakwestionowalibyśmy sam fakt – traktowany jako naturalny i zrozumiały samo przez się – że prasa i media w ogóle finansują się w pierwszym rzędzie z reklamy. A przecież wcale nie tak dawno co najmniej tak samo liczyły się sprzedaż, prenumeraty, subskrypcje, bilety, abonamenty, czasem nawet podatki (wiele europejskich telewizji i radiostacji publicznych). Na myśl o tym wzdychamy z ulgą, że tak wiele dzisiaj możemy przeczytać, obejrzeć, posłuchać za darmo. W wielu krajach rozwiniętych już od dwóch pokoleń de facto spada nam siła nabywcza, jesteśmy wyciskani jak cytryny przez koszty, jakie pociąga za sobą dach nad głową, konieczność dojazdu do pracy i z powrotem, w miarę zdrowe odżywianie, edukacja naszych dzieci – dla tych z nas, którzy je mają. Dzięki Bogu dostęp do Internetu, i większości tego, co w nim, jest za darmo!
To tylko złudzenie Była to jedna z odświeżających myśli, jakie znalazłem kilka lat temu w Demokracji ekonomicznej Ladislaua Dowbora, brazylijskiego ekonomisty polskiego pochodzenia. Za „darmowe” media płacimy wszyscy – przekazujemy prywatnym korporacjom coś w rodzaju prywatnego podatku, ukrytego w każdym produkcie i usłudze, które są gdziekolwiek reklamowane. Płacimy ten podatek, pozbawiając się jednocześnie wpływu na to, jakie media, jaka prasa, jaka telewizja, jakie serwisy internetowe będą miały z tego źródła finansowanie.
Poczucie niezadowolenia z prasy, oferty telewizyjnej, jakości dziennikarstwa – jest dziś powszechne, nie ogranicza się tylko do garstki wykładowców filozofii i czytelników Marcela Prousta. Większość z nas przeżywa kiedyś taki moment, że już nie może ścierpieć jednostronności czy krótkowzroczności niegdyś ulubionego tygodnika, coraz głupszych tematów artykułów przy jednoczesnej nieobecności wielu problemów i głosów, których chętnie byśmy wysłuchali. To nieprawda, że media są takie, jakich chcą czytelnicy, widzowie, odbiorcy. Media są takie, jakich chcą reklamodawcy i jakie da się z reklamy sfinansować.
Gdyby decydowali naprawdę odbiorcy, wszystkie media wyglądałyby dziś zupełnie inaczej. Strategią oporu – na „w międzyczasie” – jest oczywiście, byśmy w miarę możliwości jednak świadomie prenumerowali i subskrybowali te tytuły i portale, których profil polityczny lub intelektualny nam się podoba, wierzymy w jego potencjał, cenimy jakość ich publikacji. Tam, gdzie kultura subskrypcji i prenumeraty jest tradycyjnie silna, a konsumenci mają wciąż jakąś nadwyżkę, którą mogą wydać na takie potrzeby, to jeszcze jakoś działa. Np. w przypadku mediów o szczególnie wysokiej jakości (powiedzmy „London Review of Books” w Wielkiej Brytanii czy portal informacyjny Mediapart we Francji) lub mediów, które skupiają wokół siebie publiczność wierną im politycznie, niezadowoloną z propozycji mediów dominujących (amerykański „Jacobin”, brytyjski „Counterfire”). Wielki walec reklamy robi jednak swoje i te nisze oporu tylko spowalniają dzieło jego destrukcji.
A gdyby tak – to też z Dowbora – zakazać reklamy? W pierwszej chwili brzmi szokująco, prawda? Ale właściwie – dlaczego? Dlatego, że reklama wymusiła na nas taką swoją wszechobecność i tak do swojej agresji przyzwyczaiła, że nas z nią zupełnie pogodziła? Że nam wmówiła, jak bardzo wszystkim wychodzi na dobre?
Oczywiście, nie należy zakazywać całej, każdej i w ogóle jakiejkolwiek reklamy. Wystarczyłoby powiedzmy 80 proc. – wyeliminowanie reklamy, której jedynym celem jest zalewanie nas logotypami, wdrukowywanie nam w mózgi nazw wielkich marek, wywoływanie bezsensownych pragnień, zastawianie pułapek na nasze erotyczne pragnienia, kiwanie nas, żebyśmy się zadłużali, kupując rzeczy, których wcale nie potrzebujemy, a w głębi duszy nawet nie chcemy. Zostawić tylko reklamę stricte informacyjną. Reklama jest jednym z najbardziej szkodliwych przemysłów, ręka w rękę z sektorem finansowym czy naftowym. Jej quasi-anihilacja miałaby zbawienne skutki dla całokształtu naszego życia społecznego, usuwając raka bezsensownej konsumpcji rzeczy, których wcale byśmy nie pragnęli, gdyby nam tego nie wmówiono. Pozostawienie reklamy ściśle informacyjnej wzmocniłoby mniejsze, lokalne, regionalne i wyspecjalizowane media, uwalniając dla informacji o konkretnych wydarzeniach, nowych lokalnych usługach czy specjalistycznych książkach przestrzeń wcześniej dla nich blokowaną przez reklamy marek amerykańskich napojów gazowanych i papierosów, holenderskiego piwa, włoskich perfum czy japońskich samochodów.
Likwidacja tego źródła finansowania prasy i mediów, a także odblokowanie w naszych portfelach sum, które nieświadomi płaciliśmy jako ukryty podatek reklamowy w cenach większości kupowanych towarów, połączone pozwoliłyby nam wrócić do modelu, w którym to my wybieramy, które media spełniają nasze potrzeby i oczekiwania. Wykupywalibyśmy prenumeraty, abonamenty czy też kupowalibyśmy pojedyncze egzemplarze, karząc rezygnacją z subskrypcji za spadek jakości, nieodpowiadanie na nasze zainteresowania czy ignorowanie naszego punktu widzenia. Moglibyśmy też – last but not least – przeznaczać więcej pieniędzy na jawny podatek na finansowanie mediów publicznych będących pod demokratyczną kontrolą (wiem, w Polsce oczywiście dopiero po odbiciu mediów publicznych PiS-owi, ale myślmy perspektywicznie).
Media, które podnoszą swoją jakość, bo zostały uwolnione od dyktatu reklamodawców i znów są finansowane przez odbiorców (bezpośrednio w ich wyborach konsumenckich lub poprzez demokratyczną daninę publiczną), przez co chcą i muszą dostarczać im realnych, wartościowych, pomysłowych i inspirujących intelektualnie treści, wchłonęłyby też znaczną część ludzi, których talenty marnują się dziś w szkodliwym przemyśle reklamowym, a których większość znalazła się tam nie z marzenia o wciskaniu nam ściem i śmieci, a dlatego, że to był jedyny przemysł, który oferował im pracę. Podczas gdy oni zawsze marzyli o pisaniu czegoś ciekawego, uprawianiu fotografii z prawdziwego zdarzenia czy eksperymentowaniu z animacją.

Hybrydowa wojna wyborcza

Począwszy od aneksji Krymu coraz większą furorę na świecie robi termin wojna hybrydowa. Jednym z jej elementów jest z pewnością wojna w przestrzeni cybernetycznej.

 

Minione 2 – 3 lata dostarczyły wiele przykładów coraz bardziej zaawansowanych i niszczących ataków cybernetycznych. Ich obiektem były najważniejsze dziedziny życia wielu państw. Do najbardziej spektakularnych należały: przełamanie zabezpieczeń sieci Departamentu Stanu USA i Białego Domu w 2014 r., ingerencje w wybory prezydenckie w USA i referendum w sprawie Brexitu w Wlk. Brytanii, wybory prezydenckie we Francji oraz pobudzanie działań na rzecz uzyskania niepodległości przez Katalonię.
Jednak to nie działania ukierunkowane na instytucje polityczne oraz wojskowe, finansowe i gospodarcze, a także na osobistości świata polityki, będą przedmiotem poniższych rozważań. Będzie nimi niższy poziom działań czyli informacja rozpowszechniana za pośrednictwem internetowych serwisów społecznościowych i zagrożenia z tym związane.
Dzisiejszy świat wymaga korzystania z wielu informacji. Ludzie włączeni są w różnorodne procesy społeczne, polityczne, gospodarcze, ekonomiczne oraz poddawani są lawinie różnych informacji. Zmienia się sposób pozyskiwania informacji oraz komunikowania się ludzi między sobą. Coraz mniej osób czyta tradycyjne gazety. Zamiast studiować sążniste artykuły czytelnicy poszukują krótkich, przyciągających uwagę informacji. Najlepszym narzędziem jakie wymyślił człowiek, służącym realizacji tego celu jest Internet, czyli ogólnoświatowy system połączeń między komputerami. Ocenia się, że z Internetu korzysta obecnie ok. 4 mld ludzi, w Polsce prawie 28 mln czyli ok. 72 proc. społeczeństwa. Do najpopularniejszych narzędzi służących rozpowszechniania i wymianie informacji należą: portale internetowe (internetowe serwisy informacyjne poszerzone o różne przydatne funkcje) i serwisy społecznościowe umożliwiające łączenie i komunikowanie się osób, które dzielą się swoimi zainteresowaniami i wiedzą.
Do najpopularniejszych serwisów społecznościowych należą Facebook oraz Twitter. Nie będę ich przedstawiał, każdy może znaleźć niezbędne informacje na ich temat w Internecie. Warunkiem korzystania nich jest założenie konta (profilu), czyli zarejestrowanie się, sprowadzające się najczęściej podania imienia i nazwiska lub pseudonimu oraz adresu poczty elektronicznej. Niektóre wymagają podania innych danych np. daty urodzenia, zamieszczenia zdjęcia, podania uczelni, które się ukończyło itp. Po rejestracji użytkownik może zalogować się na swoje konto i zaprosić do dyskusji i wymiany informacji znajomych (Facebook) lub wybrać użytkowników, których chce obserwować (Twitter). Ten drugi jest szczególnie ulubiony przez polityków. Oprócz błyskawicznego przekazywania informacji umożliwia on obserwowanie innych użytkowników tego serwisu.
Potencjalny użytkownik serwisów społecznościowych musi zdawać sobie sprawę z tego, że obserwując innych sam jest również obserwowany. Musi również wiedzieć, że w serwisach społecznościowych jest wiele kont (profili) fałszywych udających prawdziwe. W terminologii internetowej takie fałszywe konta nazywane są botami. Boty potrafią automatycznie wykonywać pewne czynności w zastępstwie człowieka i mogą udawać jego zachowania. Specjaliści oceniają, że tylko w ciągu trzech tygodni listopada 2017 r. na Twitterze powstało ponad 10 tys. botów. Ich cechą charakterystyczną jest to, że nie zawierają danych osobowych o właścicielu, jego zdjęć oraz nie „wrzucają” żadnych informacji, choć z założenia służą wymianie informacji. Z reguły mało osób je obserwuje, natomiast one śledzą dużą liczbę profili – każdy ponad sto kilkadziesiąt kont znanych osób publicznych.
Jak pisze Violetta Krasnowska na łamach Polityki, z analizy przeprowadzonej przez profil @SocialowaSowa wynika, że konto Grzegorza Schetyny obserwuje ponad 100 tys. użytkowników Twittera. Prawie wszystkie zostały założone w 2017 roku, a prawie połowa z nich (46 tys.) nigdy nie opublikowała żadnej wiadomości. Jeszcze gorzej jest w przypadku kont Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego. Około 90 proc. obserwujących ich konta to boty.
Po co to wszystko? Odpowiedź jest prosta jeżeli spojrzymy na kalendarz zbliżających się kampanii politycznych, zwłaszcza wyborczych. Anna Mierzyńska – specjalistka od marketingu sektora publicznego i mediów społecznościowych – twierdzi na swym portalu, że 10 tys. uśpionych botów od 31 października 2017 r. obserwuje twitterowe konta wszystkich liderów opinii publicznej w Polsce. Oznacza to, że w Polsce zaczęła się wyborcza wojna informacyjna, a właściwie wojna dezinformacyjna. Przynajmniej 10 tys. „uśpionych” botów, które na Twitterze pojawiły się w ciągu zaledwie ostatnich 3 tygodni listopada 2017 r., czeka na rozkazy. Zaatakują na pewno podczas kampanii wyborczej. Pytanie – kto zlecił zbudowanie tej cyfrowej armii.
Według Mierzyńskiej, do dezinformacji wykorzystane zostaną media społecznościowe, bo tam tego typu kampanie najlepiej się udają. Dezinformacja ma dotyczyć polityki przed i w trakcie zbliżających się kampanii wyborczych. Celem takiej wojny informacyjnej jest wpływanie na nastroje społeczne przez przekazywanie nieprawdziwych informacji (fake newsów), podkręcanie emocji (aż do tych skrajnych) w najważniejszych przestrzeniach sporu politycznego i w kluczowych środowiskach zaangażowanych w ten spór, a także jak najszersze kolportowanie treści zgodnych interesem atakującego oraz blokowanie treści niekorzystnych dla niego.
Czego potrzeba do realizacji takich celów? Przede wszystkim żołnierzy. Cyfrowych żołnierzy, którzy będą mieli dostęp – przez serwisy społecznościowe, bo to najprostsze – do liderów opinii publicznej, liderów politycznych, głównych bohaterów kampanii wyborczych. Prawdziwej armii, w dużej części dziś uśpionej, choć w każdej chwili gotowej do ataku (to piechota) oraz grupy znakomicie wyszkolonych „oficerów”, specjalistów od kampanii politycznych, którzy przez długie miesiące będą budować w cyfrowej przestrzeni politycznej swoją wiarygodność, wpływy, kontakty z najważniejszymi liderami środowiskami opiniotwórczymi. Gdy wojna się już zacznie, „oficerowie” zaczną udostępniać dezinformacyjne treści, a piechota nada im odpowiedni zasięg, w razie czego zablokuje kogo trzeba, podkręci nastroje społeczne itp. I wojna informacyjna będzie się toczyć.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej w Polsce to już się dzieje – na polskim Twitterze. Cała armia piechoty już tu jest. Obserwuje. Na razie czeka, ale jest w każdej chwili gotowa do ataku. To regularna, całkiem nowa armia botów – zautomatyzowanych kont, zaprogramowanych tak, aby umieszczać specjalnie sprofilowane treści, udostępniać wskazane informacje (tweety) itp. Te na razie nie działają. Czekają na wytyczne osób, które je programują. A programiści – na wytyczne tych, którzy prowadzą tę wojnę. Dziś nie ma możliwości, by bez pomocy samego Twittera stwierdzić, kto to jest czy choćby gdzie założono te konta, w kraju czy za granicą. Zleceniodawcy pozostają nieznani.
Z badań Roberta Gorwy, doktoranta Oxford Internet Institute na temat propagandy w polskim Internecie, wynika, że Polska jest na wyjątkową skalę dotknięta polityczną propagandą. W swym raporcie przedstawia analizę polskich danych na Twitterze i pokazuje, że bardzo niewielka liczba podejrzanych kont botów jest odpowiedzialna za nieproporcjonalnie dużą część aktywności w próbowanych dyskusjach politycznych. Co więcej, w tym zestawie danych okazuje się, że jest dwa razy więcej podejrzanych kont botów prawicowych niż profili lewicowych. Konta prawicowe są dużo bardziej płodne niż ich lewicowe odpowiedniki, a niewielka liczba bardzo aktywnych prawicowych kont generuje ponad 20 proc. całkowitej ilości aktywności politycznej na Twitterze zbadanej w ciągu trzech tygodni.
Cytowana wyżej Violetta Krasnowska podaje przykłady wykorzystania botów do sterowania protestami społecznymi. W 2017 r. podczas lipcowych protestów w obronie niezależności sądów w ciągu 2 godzin w dniu 22 lipca (między 19.00 a 21.00) 10 najbardziej aktywnych użytkowników Twittera wysyłało jeden negatywny tweet co 4 sekundy. Jeden z użytkowników opublikował w lipcu ponad 10 tys. tweetów, tj. kilkaset dziennie. To zachowania typowe dla botów.
Mówiąc o wykorzystaniu botów nie można pominąć doświadczeń zagranicznych. Największe doświadczenia w tej dziedzinie ma Rosja. Przy pomocy armii botów zneutralizowano masowe protesty po ostatnich wyborach do rosyjskiej Dumy. Gdy manifestanci zwoływali się poprzez Internet i serwisy społecznościowe natychmiast rozpoczęły się ataki na przywódców protestów. Czy polskie ataki na „ulicę i zagranicę” oraz wieszanie portretów przeciwników politycznych nie przypominają działań rosyjskich?
Coraz częściej boty wykorzystywane są w kampaniach wyborczych w USA. Według raportu Fake News boty odpowiadały za ponad 18 proc. postów (tekstów umieszczanych na forum dyskusyjnym przez internautów) dotyczących ostatniej kampanii wyborczej. Ocenia się, że liczba zautomatyzowanych kont na amerykańskim Twitterze waha się od 9 do 15 proc, co przy liczbie 328 mln aktywnych użytkowników w USA, daje 29-49 mln kont. Dla porównania, w Polsce jest ok. 22 mln użytkowników Facebooka i ok. 4 mln Twittera.
Do rozprzestrzeniania fałszywych informacji nie trzeba obecnie tworzyć fikcyjnych kont. W Internecie funkcjonują serwisy produkujące fałszywe zrzuty z ekranowych postów i tweetów. W Polsce znany jest portal „Niezależny Dziennik Polityczny” uważany za dzieło rosyjskich służb specjalnych w Polsce. Dziennikarze portalu OKO.press postarali się dowiedzieć o nim więcej. Niestety zbyt wiele nie ustalili.
Portalem Niezależnego Dziennika Politycznego zajęło się Centrum Stosunków Międzynarodowych, które w projekcie „Wojna informacyjna w Internecie” dokonało analizy narzędzi wykorzystywanych przez Rosję w celu manipulowania opinią publiczną oraz wpływania na środowiska polityczne. Okazało się, że „Niezależny Dziennik Polityczny” ma w Polsce spory zasięg. Jego artykuły rozpowszechniane są przez YouTube, takie strony jak Neon24.pl czy wiernipolsce.pl oraz powielane przez media prawicowe i o dziwo liberalne, jak np. Radio TOK FM.
Według specjalistów powielanie treści blogów i komentarzy na stronach serwisów informacyjnych to najczęściej stosowana w Polsce metoda dezinformacji. Mając na uwadze zaangażowanie rosyjskich służb w wymienione na wstępie wybory i referenda można że stuprocentową pewnością stwierdzić, że to samo czeka Polskę w okresie kampanii parlamentarnej.
Na podstawie analiz uzasadnione wydaje się stwierdzenie, że większość stron wykorzystywanych przez rosyjskie służby wytworzona została w Polsce. Zdaniem specjalistów największy zasięg miały: wolna-polska.pl, dzienniknarodowy.pl, zmianynaziemi.pl, alexjones.pl, pch24.pl. Według znanego dziennikarza Tomasza Piątka, jeden ze znanych prawicowych portali internetowych „żywcem” przeklejał wiadomości z anglojęzycznego rosyjskiego portalu „Russia Today”.
Zdaniem Anny Mierzyńskiej część wykrytych przez nią utworzonych w listopadzie 2017 r. na Twitterze kont-botów może być dziełem Rosji. Z kolei dziennikarz Stanisław M. Stanuch uważa, że te tysiące uśpionych botów to nie są jeszcze właściwe boty dezinformacyjne. Udają one normalnych użytkowników i starają się wzbudzić zaufanie. Jego zdaniem czas właściwych botów dezinformacyjnych dopiero nadejdzie.
Z powyższych rozważań wynika, że w najbliższych miesiącach i latach poddani zostaniemy zmasowanym działaniom dezinformacyjnym i oszczerczym. Mniej lub bardziej udane próby takich działań mają już miejsce, wystarczy odwiedzić niektóre fora internetowe. Przykładem niech będzie niedawna kampania hejtu nienawiści i oszczerstw skierowana przeciwko Ewie Gawor – dyrektor Biura Zarządzania Kryzysowego M. St. Warszawy. Próba generalna nastąpi podczas kampanii przed wyborami samorządowymi, główne uderzenie przed wyborami parlamentarnymi. Niestety, wielu naszych rodaków ma poważne problemy w odróżnieniu informacji prawdziwej od fałszywej lub podejrzanej. Jako użytkownik Facebooka i w mniejszym stopniu Twittera czytam niekiedy różne podejrzane informacje i komentarze pisane przez różne „rozpalone głowy”. W pojedynczych przypadkach musiałem wylać komentatorom przysłowiowe wiadro wody na głowę. Dlatego warto odwiedzić strony internetowe poświęcone przedstawionym problemom, jak np. Dziennik Zachodni. Warto dowiedzieć się jak niektóre partie polityczne radziły sobie z wykorzystywaniem botów.
Nie oznacza to, że po przeczytaniu materiałów na ten temat potrafimy wykrywać dezinformację i staniemy się na nią odporni. Niektóre rzekomo sensacyjne informacje ukazują się na tak krótki czas, że nie ma możliwości sprawdzenia ich prawdziwości. Pamiętać należy, że głośnym wydarzeniom towarzyszyć będzie prawdziwy wysyp fałszywych informacji i ataków personalnych. Na takie ataki muszą być przygotowani kandydaci, którzy zdecydują się wziąć udział w wyborach samorządowych. Wojna będzie bezpardonowa, trup medialny będzie się słał gęsto, nikt nie będzie brał jeńców.
Jakie jest na to lekarstwo? Czasami wystarczy zachować spokój, przypomnieć sobie znane niegdyś hasło „prasa (telewizja) kłamie”, dostosować je do współczesnych warunków. Zastanówmy się jakie książki kupujemy, jakie gazety czytamy, jakie stacje telewizyjne oglądamy, a radiowe słuchamy. Dla kogo mogą pracować ich autorzy lub zatrudnieni w nich redaktorzy. Warto czasem wyłączyć telewizor lub komputer, zamknąć książkę albo odłożyć gazetę i chwilę się zastanowić. To tylko tyle i aż tyle.

Głos prawicy

Nerw na Dudę

Wpolityce.pl broni prezydenta Dudy przed gniewem suwerena:
Akcja Demokracja, organizator czwartkowej demonstracji pod Pałacem Prezydenckim wydała zabawne oświadczenie, w którym stwierdza, że to prezydent Andrzej Duda odpowiada za wydarzenia, które rozegrały się przed Pałacem Prezydenckim. Głowie państwa zarzuca się, że stanął „po stronie niszczycieli demokracji i naszych praw”.
„Czwartkowa demonstracja pod Pałacem Prezydenckim rozpoczęła się o godzinie 21, w momencie kiedy było już wiadomo, że Andrzej Duda podpisał ustawę przyspieszającą wymianę sędziów w Sądzie Najwyższym i wprowadzającą szereg innych zmian w sądownictwie, które uzależniają jeszcze bardziej sędziów od woli partii rządzącej” — czytamy na łamach „Gazety Wyborczej”.
Akcja Demokracja wbrew prawdzie twierdzi z uporem, że to policja zaatakowała demonstrantów. Mimo, iż wiadomo, że przebieg zdarzeń był zgoła odmienny. To demonstranci prowokowali i atakowali policjantów.
„W gęstniejącej, nerwowej atmosferze kilku policjantów użyło gazu łzawiącego wobec demonstrantów, na co wskazują: obszerny materiał wideo, fotografie oraz zeznania licznych demonstrantów. Wygląda na to, że policja uważa, że jest inaczej (jak wynika z ich oświadczeń) – powinna w takim razie przedstawić na to wiarygodne dowody” — pisze Akcja Demokracja.
To zabawne, bo w internecie jest bardzo wiele filmików, na których widać, że policjanci stoją opanowani i nie reagują na zaczepki i wyzwiska agresywnego tłumu. Organizatorzy protestu mają jednak własną narrację, której wbrew prawdzie uparcie się trzymają…I winą za „ostateczny demontaż niezależnego, wolnego od wpływów polityków PiS-u, sądownictwa” obarczają prezydenta Andrzeja Dudę, który ich zdaniem był ostatnią osobą, która mogła ten demontaż powstrzymać.
„Widzimy w tym olbrzymią odpowiedzialność Andrzeja Dudy. Podjął decyzję niezgodną z wcześniej złożoną przysięgą. (…) Zdecydował się stanąć po stronie niszczycieli demokracji i naszych praw” — oświadczyli.
Akcja Demokracja broni w swym oświadczeniu również agresywnie zachowujących się demonstrantów.
„Emocje i frustracja odważnych obywateli i obywatelek, którzy od 2015 roku stawiają czoła postępującemu rozmontowywaniu demokracji w Polsce, są zrozumiałe” —napisali.
I dodali:
„Jeśli policjanci przekroczyli swoje uprawnienia, powinni ponieść tego konsekwencje” —kwitują.
Jasno widać, że protestujący, wbrew prawdzie, chcą narzucić opinii publicznej własną narrację. To oni od początku prowokowali i obrażali policjantów, to oni w końcu pierwsi użyli gazu. Pod Pałac Prezydencki przyszli także z transparentami obrażającymi głowę państwa, ale to prezydent i rząd PiS mają ich zdaniem odpowiadać za przebieg czwartkowych wydarzeń. Żenujące i zabawne.

 

Kto Tuskiem wojuje…

„Do Rzeczy” przypomina przedpotopową wypowiedź byłego premiera:
Trwa dyskusja na temat granic protestowania oraz tego, jak wobec manifestujących powinni postępować funkcjonariusze policji.
W tle czwartkowe protesty przed Pałacem Prezydenckim. Agresywna grupa manifestantów niemalże zaatakowała funkcjonariuszy. Jeden z uczestników zajścia jest poszukiwany za naruszenie nietykalności cielesnej policjantów. Protestujący mieli rozpylić gaz łzawiący, na co tym samym, w obawie o bezpieczeństwo, odpowiedziała policja.
Ze strony niektórych polityków opozycji padają hasła o „brutalności” ze strony funkcjonariuszy, którzy mają być agresywni wobec „pokojowych protestów”. Jednak wiele wskazuje na to, że policja zachowała się wzorowo – nie prowokowała i nie dała się sprowokować.
Jeden z użytkowników Twittera, Waldemar Kowal, przypomniał nagranie sprzed 4 lat. Ukazuje ono fragment przemówienia ówczesnego premiera Donalda Tuska podczas obchodów Święta Policji w Warszawie. „Każdy kto łamie prawo i zagraża funkcjonariuszom, kiedy prawo chcą przywrócić, każdy kto podnosi rękę na polskiego policjanta, podnosi rękę na państwo polskie” – mówił wtedy były szef rządu.

ACTA do kwadratu

W tym tygodniu posłanki i posłowie Parlamentu Europejskiego dyskutowali o dyrektywie EPICA, o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

 

Tę dyrektywę ochrzczono nazwą ACTA 2. By przypomnieć bój o wolny internet sprzed sześciu lat. Wtedy też była mowa o poszanowaniu praw autorskich przez użytkowników internetu. Ale tak naprawdę chodziło o przejęcie kontroli nad internetem przez możnych tego świata: koncerny prasowe, muzyczne, filmowe. To oni mieli decydować o tym, co będzie mogło pojawiać się w internecie.

Wówczas społeczność internetowa odniosła spektakularny sukces. Wygrała – nie dysponując zastępami polityków, ani doskonale opłacanymi prawnikami. Przez całą Europę przetoczyła się fala wielotysięcznych manifestacji pod hasłem „Stop ACTA!”. Uczestnicy demonstracji mieli na twarzach charakterystyczne maski Anonimowych (ang. Anonymous).

Również w wielu polskich miastach byliśmy świadkami jednych z najliczniejszych demonstracji ostatnich lat. A ewenementem było to, że w przeważającej liczbie ich uczestnikami byli ludzie młodzi. Wielotysięczne rzesze manifestantów skrzyknęły się spontanicznie za pośrednictwem mediów społecznościowych. To wtedy rządzący po raz pierwszy uzmysłowili sobie, jak ogromna siła drzemie w wirtualnym świecie. Ówczesny premier Donald Tusk był zaskoczony siłą protestu. Dlatego odpuścił. Mimo wcześniejszych zapowiedzi o poparciu polskiego rządu dla dyrektywy ACTA, zmienił zdanie. Ostatecznie dyrektywa ACTA upadła.

 

Powrót ACTA

Na pozór wszystko jest w porządku. Ochrona praw autorskich jest konieczna. By piraci nie wykorzystywali czyjeś pracy i ponoszonych nakładów związanych z produkcją filmową, muzyczną i prasową do własnych celów. O takim zadaniu stojącym przed nową dyrektywą zapewniają politycy popierający nowe regulacje w internecie.

Społeczność internetowa jest nieufna. O skali nieufności świadczy akcja protestacyjna przeprowadzona przez polski oddział Wikipedii – znanej internetowej encyklopedii. W ciągu 24-godzinnego swoistego strajku w dniach 4 i 5 lipca wszystkie strony Wikipedii były zaciemnione i niedostępne czytelnikom.

Nieufność budzą przede wszystkim dwa artykuły nowej dyrektywy – art. 11 i art. 13. Pierwszy z nich okrzyknięty został „podatkiem od linków”. Wprowadza bowiem obowiązkową opłatę za dzielenie się materiałami w sieci. Drugi nakłada na właścicieli platform internetowych obowiązek filtrowania treści zamieszczanych przez użytkowników przed ich opublikowaniem. I prewencyjnego usuwania treści łamiących prawa autorskie. Lub takich, co do których nie ma pewności źródła ich pochodzenia. Ten z kolei artykuł internauci nazwali cenzurą internetu.

 

Diabeł w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach zapisów nowej dyrektywy. A konkretnie w ich nieścisłości. Można się spodziewać, że takie portale jak wykop.pl przestaną istnieć. Wykop.pl zamieszcza linki do ciekawych miejsc w sieci, znajdywanych przez internautów. Zgodnie z zapisem art. 11 właściciele linkowanych stron mogą zacząć domagać się zapłaty za każdy zamieszczony link.

Podobny kres może czekać internetowe memy. Zdecydowana większość z nich jest przeróbką zdjęć i obrazków znalezionych w sieci. Powołując się na art. 11 dyrektywy każdy właściciel takiego przerobionego zdjęcia i obrazka będzie miał prawo domagać się zapłaty. Co do zasady słusznie, bo to jego materiał został w memie wykorzystany. Ale niejasność zapisów może spowodować, że autorzy memów będących hitem internetu mogą obawiać się bajońskich sum żądanych za wykorzystane materiały.

Pisząc w sieci niejednokrotnie powoływałem się na wypowiedzi, opinie i komentarze innych. Zamieszczając równocześnie linki do materiału źródłowego. Tak zwany hipertekst, czyli tekst przeplatany linkami to kwintesencja internetu. Po ewentualnym wejściu w życie dyrektywy dziesięć razy zastanowię się, czy ryzykować zamieszczenie linku. Ryzykując roszczenie zapłaty sumy niewiadomej wysokości. Lub spotkanie w sądzie z prawnikami wynajętymi przez internetowe „tłuste misie”. Jedno jest bowiem poza dyskusją: internetowi giganci dogadają się i nie stracą. Stracą miliony szeregowych użytkowników internetu.

 

Społeczność internetowa

Skąd biorą się na zapisy w rodzaju ACTA lub ACTA 2? Z samej istoty internetu. Który stanowi zagrożenie dla władzy. Szczególnie tej czwartej. Mówi się, że media to IV władza. To prawda. Prasa, radio, później telewizja miały do niedawna monopol na komunikowanie się ze społeczeństwem. To one decydowały o tym, jaki przekaz dociera do czytelnika, słuchacza lub telewidza. Kto ma wątpliwości, jak dalece może odbiegać przekaz medialny od rzeczywistości, niech sobie zaserwuje przez parę godzin tak zwaną telewizję publiczną Jacka Kurskiego.

Ten monopol czwartej władzy został złamany przez internet. Przez ostatnie kilkanaście lat społeczność internetowa stworzyła prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Wolne. Pluralistyczne. Niepoddające się kontroli i cenzurze. Mimo tego, że sam internet nie jest bez wad.

Dużo racji mają Ci, którzy twierdzą, że to szeroki dostęp do internetu był jednym z katalizatorów Arabskiej Wiosny Ludów na północy Afryki w latach 2010-11. Nie przypadkiem władze takich państw jak Chiny olbrzymią wagę przykładają do filtrowania treści serwowanych swoim obywatelom w internecie. Gdzie nie ma prawa pojawić się prawda o tym, co zdarzyło się w 4 czerwca 1989 roku na placu Tian’anmen.

 

Miłe złego początki

Zagalopowałem się, powiecie? W dyrektywie unijnej jest mowa jedynie o ochronie należnych każdemu praw autorskich. Odpowiadam: miłe złego początki. Ochrona praw autorskich twórców – tak. Cenzura – nie! Zresztą prawa autorskie twórców podlegają takiej samej ochronie w wirtualnym świecie, jak w realnym. Przekonałem się o tym boleśnie już sporo lat temu.

Jedna z niedoświadczonych koleżanek kilkakrotnie wykorzystała metodę „kopiuj i wklej”, by zamieścić na prowadzonym przeze mnie portalu politycznym obszerny fragment artykułu z internetowej strony „Gazety Wyborczej”. Jakież było zaskoczenie, gdy na koniec miesiąca otrzymaliśmy od Agory fakturę opiewającą bodajże na 5 tysięcy złotych. Z grzeczną prośbą o zapłatę za wykorzystanie ich materiałów. Grzecznie zapłaciliśmy. Bo w tym wypadku to Agora miała rację. I prawa autorskie do tekstu. A o ACTA nikt jeszcze wtedy nie słyszał.

 

Wolny internet

Internet musi pozostać wolny – takie jest moje zdanie. I zdanie wielu milionów takich jak ja. Spędzających sporą część życia w tym wirtualnym świecie. Zgoda na cenzurę i filtrowanie treści – nawet w słusznej sprawie, jaką jest ochrona praw autorskich – może uruchomić lawinę. Po koncernach medialnych o rządy w internecie upomną się politycy. Zresztą takie zakusy już były.

Pamiętacie państwo kontrowersyjną sprawę Roberta Frycza i jego strony internetowej Antykomor.pl. W pierwszej instancji autor został skazany na rok i trzy miesiące ograniczenia wolności za znieważenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Fakt, satyryczne materiały dotyczące byłego prezydenta były niesmaczne i wielce niestosowne. Ale dobrze się stało, że sąd drugiej instancji umorzył sprawę. Bo po takim precedensowym wyroku, dzisiaj co drugi autor mema z Kaczyńskim, Ziobrą lub Macierewiczem w roli głównej byłby ciągany po sądach. Z nadzieją rządzących na wyrok skazujący.

 

I lewica

Dyskusja o ACTA 2 dostarczyła amunicji nacjonalistom i przeciwnikom Unii Europejskiej. W minioną sobotę przyglądałem się demonstracji przeciwko ACTA 2 zorganizowanej we Wrocławiu. Podczas której kukizowcy, korwinowcy i zwolennicy „wielkiej Polski” licytowali się, który z nich lepiej potrafi „dowalić” idei Zjednoczonej Europy. To nie tak.

Jasne, że w roku wyborczym każdy temat jest polityczny. Ale akurat w sprawie wolności w internecie lewica nie jest wrogiem prawicy. A prawica – lewicy. Naszym wspólnym wrogiem są ci, którzy połacie internetu traktują nadal jako „ziemię niczyją”. I mając miliardy euro lub dolarów w kieszeni, chcą tę „ziemię niczyją” wykupić. Lub po prostu zawłaszczyć. Zaś prawa autorskie – to tylko pretekst. Tak było w czasach ACTA. I tak jest teraz – w czasach ACTA 2. Lub nawet ACTA do kwadratu.

I lewica – popierając ochronę słusznych praw autorskich twórców – powinna się tej próbie zawłaszczenia internetu przeciwstawić. Jestem o tym przekonany.

 

Nie cieszmy się przedwcześnie

W czwartek 5 lipca w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie dotyczące dyrektywy o prawach autorskich, tzw. ACTA2. Europosłowie odrzucili projekt dyrektywy w kształcie zaproponowanym przez Komisję Prawną PE. Ale to niestety nie koniec widma cenzury internetu. Po wakacjach, najprawdopodobniej we wrześniu, europarlamentarzystów czeka kolejna debata. Nad zmianami i poprawkami w dyrektywie.

 

Czas wyborów

Do wyborów samorządowych pozostało niewiele ponad 100 dni. Dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej to wybory arcyważne. Będą bowiem generalnym sprawdzianem przez zamierzonym powrotem posłanek i posłów SLD do Sejmu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Dlatego, choć to wyświechtane zawołanie, powtórzę: wszystkie ręce na pokład!

W wyborach samorządowych będę zabiegał o głosy wyborców mieszkających w powiatach: ziemskim wrocławskim, oławskim, trzebnickim, milickim, strzelińskim, górowskim, wołowskim, oleśnickim i średzkim. Startując do sejmiku dolnośląskiego z listy „SLD – Lewica Razem” w okręgu podwrocławskim. Tak zwanym „obwarzanku”. To olbrzymie wyzwanie, bo ostatnimi czasy dolnośląska lewica nie miała w sejmiku radnego z tego okręgu. Wypada więc, zanim jako lewica wrócimy do Sejmu, wrócić większą ławą do sejmiku.

Czas wyborów, to czas spotkań z mieszkańcami miast i miasteczek. A tych miejscowości, które powinienem odwiedzić, jest w moim okręgu wyborczym szczególnie wiele. To oznacza również setki kilometrów do pokonania. Dlatego proszę moich Czytelników o wyrozumiałość. W najbliższych tygodniach i miesiącach spotykać się będziemy na trzeciej stronie weekendowego wydania „Trybuny” trochę rzadziej.

WINCENTY ELSNER