Dyspozycyjny Facebook

Największy na świecie portal społecznościowy przestał ukrywać, że jego celem jest prowadzenie cenzury według kryterium geopolitycznych interesów. Facebook poinformował, że 652 konta i strony zostały usunięte ze względu na powiązania z irańskimi ośrodkami medialnymi.

 

To największa w historii Facebooka akcja, w której portal jednoznacznie staje po jednej ze stron konfliktu w ramach międzynarodowego porządku. Przedsiębiorstwo Marka Zuckerberga dołączyło do administracji prezydenta Donalda Trumpa, który od początku swojej kadencji robi wszystko by ponownie znaleźć się z Iranem na wojennej ścieżce.

Na celowniku organów cenzury znalazła się grupa stron i profili wchodzących w skład grupy Liberty Front Press, która, według władz portalu, miała być środkiem propagandy tworzonej przez ośrodki rządowe w Teheranie. Na 74 fanpejdżach, 70 kontach i trzech grupach na Facebooku oraz 76 kontach na Instagramie publikowane były treści polityczne dotyczące Bliskiego Wschodu, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej. Jak podają przedstawiciele firmy FireEye, która na zlecenie Facebooka namierzyła i opisała rzekomą siatkę wpływu, za pomocą wymienionych środków komunikacji opisywano tam wydarzenia z perspektywy propalestyńskiej, proirańskiej i konsekwentnie antyizraelskiej i antysaudyjskiej, a nawet – o zgrozo – broniono sensu porozumienia nuklearnego z Iranem, co wskazywałoby, że beneficjentem takiego przekazu jest Teheran. „Wskazywałoby”, gdyż sama firma skromnie stwierdza, że ma jedynie „umiarkowaną pewność” i żadnych rozstrzygających dowodów tego, że grupa działa na zlecenie konkretnego podmiotu związanego z tamtejszym rządem.

Drugim celem była niesformalizowana pod żadną nazwą grupa 12 fanpejdży i 66 profili na Facebooku oraz dziewięciu na Instragramie. Zdaniem ludzi Zuckerberga miały one brać udział w cyberatakach, a osoby posługujące się nimi dokonywały również włamań na konta i rozprzestrzeniały złośliwe oprogramowanie.

Trzecim zasobem, który został poddany cenzurze była grupa 168 stron i 140 kont na Facebooku, oraz 31 na Instagramie. Użytkownicy założyli 25 wydarzeń, a prowadzone przez nich strony miały około 813 000 subskrybentów. Facebook powiedział, że kampania w większości zawierała treści o polityce Bliskiego Wschodu w języku arabskim i perskim, ale także udostępniała treści dotyczące polityki w Wielkiej Brytanii i USA. Tutaj pojawia się również wątek finansowy. Jak podaje portal, użytkownicy wydali na reklamę „zawrotną” kwotę 6000 USD w dolarach amerykańskich, lirach tureckich i rupiach indyjskich od lipca 2012 r. do kwietnia 2018 r.

Najbardziej tajemniczym aspektem jest czwarta grupa usuniętych trasmitorów treści, która miała być powiązana z rosyjskimi służbami wywiadu wojskowego – niezależnie od irańskich kampanii. Jak twierdzi Facebook, w grupie tej były profile usunięte jeszcze przed wyborami w USA w 2016 r. Jednak ich ostatnia działalność koncentrowała się na pisaniu o wydarzeniach w Syrii i na Ukrainie, z prorosyjskiej perspektywy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że niedawno Facebook bez podania przyczyny wykasował profil Venezuelanalysis – jedynej anglojęzycznej witryny, która stara się z perspektywy życzliwej dla rewolucji boliwariańskiej opisywać wydarzenia w Wenezueli.

Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej właściciel Facebooka Mark Zuckerberg powiedział, że jest dumny z cenzorskiego aktu, oraz zaznaczył, że jeszcze wiele zostało do zrobienia. „Kwestia bezpieczeństwa nie jest czymś, co można w pełni rozwiązać” – powiedział CEO największego portalu typu social media. Można więc spodziewać się kolejnych cięć.

Przed wizytą w Izraelu

Czy w czasie rozmów ministra Jacka Czaputowicza w Tel Awiwie padnie pytanie o Rosję: „Czy przyjaciel naszych przyjaciół teraz ma być również i naszym przyjacielem”?

 

Mam zastrzeżenia do poglądu, że oto dopiero niedawno obszar Pacyfiku stał się ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych niż Europa. Obszar Pacyfiku stał się dla Stanów szczególnie ważny już po II wojnie światowej. O tym, że centrum zainteresowania polityki światowej przesunie się z Europy na Pacyfik pisał w Polsce bezpośrednio po wojnie katolicki myśliciel i w wizjoner Jerzy Braun. Ze znaczenia tego regionu zdawali sobie doskonale sprawę także politycy radzieccy. Co się zaś tyczy Europy Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją), to znalazła się ona po II wojnie (z wyjątkiem Grecji i Jugosławii) za zgodą mocarstw zachodnich w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Natomiast po upadku państwa radzieckiego, cała Europa Środkowa włączona została do Zachodu, zredukowane zostały w środkowoeuropejskim regionie pływy rosyjskie.

O wpływy w Europie Środkowej walczą obecnie: USA, Unia Europejska (w skład której wchodzi już większość państw środkowoeuropejskich), Turcja, Chiny i oczywiście Rosja, która stara się odzyskać utracone pozycje. Jeżeli chodzi o Amerykanów to ich największym zmartwieniem w Europie była od pewnego czasu i chyba jest nadal możliwość zbytniego zbliżenia Unii Europejskiej (w tym przede wszystkim Niemiec) z Rosją. Oznaczać by to mogło podział wpływów w Europie Środkowowschodniej między Niemcami a Rosją. Stąd m.in. ważność Europy Środkowej dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskie zainteresowanie tym regionem. Pisał o tym wielokrotnie George Friedman. Stąd ponawiające się amerykańskie próby osłabienia Unii Europejskiej (z przerwą na prezydenturę B. Obamy), a szczególnie Niemiec i Francji.

Tym też tłumaczyć trzeba amerykańską obecność w Europie Środkowej: polityczną, gospodarczą i militarną – ta ostatnia ma ostrze przede wszystkim antyrosyjskie. Polityka rosyjska z kolei zmierza w zasadzie do nawiązania bliskich relacji z Unią Europejską, a szczególnie z Niemcami, jakkolwiek niektóre jej posunięcia to chęć wyłuskiwania z Unii poszczególnych państw, partii politycznych i ruchów społecznych. W sumie zarówno USA, jak i Rosja prowadzą politykę osłabiania Unii Europejskiej.

Niezależnie od zmieniających się indywidualnych politycznych preferencji kolejnych prezydentów amerykańskich, istnieją stałe interesy Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata, które częstym zmianom nie podlegają. Rodzi się pytanie, na ile zmieni się polityka amerykańska w Europie Środkowej po spotkaniu Trump-Putin w Helsikach. Szczyt dotyczył w dużym stopniu Bliskiego Wschodu, a, jak zauważa wielu obserwatorów, podjęte, lub zapoczątkowane tam decyzje mieć będą implikacje globalne. Stałym i podstawowym składnikiem polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie było dotąd sojusznicze poparcie dla Izraela.

W momencie kiedy Stany Zjednoczone dzielą się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo Izraela z Rosją, wiele rzeczy się zmienia. Rosja ustanowiła w Syrii swe przyczółki, a Stany najwidoczniej nie są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa swemu sojusznikowi – Izraelowi. Zarówno Stany, jak i Izrael zdają sobie sprawę, że bez Rosji nie ustabilizują sytuacji w tym regionie, bo o ostatecznym uregulowaniu konfliktów w ogóle nie ma mowy.

Głównymi sojusznikami Stanów na Bliskim Wschodzie są, obok Izraela – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Trwałość tego sojuszu nie jest jednak wieczna. Stany Zjednoczone posiadają od pewnego czasu własne, olbrzymie zasoby ropy i gazu, mogą więc zrezygnować z bliskowschodniej ropy bez uszczerbku dla swego bezpieczeństwa energetycznego. W razie dalszego wycofywania się w bliżej nieokreślonej przyszłości Stanów z Bliskiego Wschodu, globalna rola Rosji będzie rosła i doczekać się możemy jeszcze entuzjastycznych komentarzy w zachodnich mediach na temat Rosji i demokratycznego porządku w tym kraju.

Sytuacją w świecie po szczycie Trump-Putin w Helsinkach oraz niepewną przyszłością polskiego bezpieczeństwa zaniepokojeni są polscy emerytowani dyplomaci, czemu dali wyraz w opublikowanym w prasie Stanowisku Konferencji Ambasadorów 20 lipca br. Stanowisko podpisane zostało przez 29 ambasadorów, w tym dwóch wybitnych dyplomatów, wykształconych jeszcze solidnie w Polsce Ludowej: Jerzego Marię Nowaka i Andrzeja Towpika. W Stanowisku czytamy pod adresem obecnego polskiego rządu m.in.: „Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać dwa filary – USA i Europę”. Oraz: „Wysiłek społeczny przeznaczenia 2 proc. PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego sił Zbrojnych RP”.

Nasuwa się rzeczywiście pytanie na co te pieniądze są wydawane, skoro wyników brak? W najbliższym czasie dowiemy się też czy Stany Zjednoczone ustanowią swą stałą obecność na wschodniej flance NATO oraz czy sprzedadzą Polsce broń i czy zdecydują się na modernizację naszej armii. Skoro bowiem Rosja staje się, przynajmniej na Bliskim Wschodzie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, to może należy się spodziewać, że także w polsko-rosyjskich stosunkach nastąpi era ocieplenia. Po co więc byłaby ta cała antyrosyjska narracja w poprzednich latach? Trudno przy tym uwierzyć, że poprawa stosunków amerykańsko-rosyjskich następuje tak nagle i że już wcześniej o pewnych sprawach nie rozmawiano. Przecież prezydent Trump już od początku swej prezydentury pragnął wycofać amerykańskie oddziały z Syrii!

John R. Bradley, brytyjski ekspert ds. Bliskiego Wschodu zauważył, że porozumienie USA, Rosja, Izrael w sprawie konfliktu w Syrii oznacza, że prezydent Baszszar al-Assad utrzyma się przy władzy, a Syria staje się rosyjskim protektoratem. Rząd syryjski zaoferuje gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Izraela, a Stany Zjednoczone porzuciły wspieranych przez siebie rebeliantów w południowo-zachodniej Syrii.
Dzięki porozumieniu Rosja otrzymuje potwierdzenie swego statusu w Syrii i ciepłowodny port na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a USA ma zamiar wycofać swe oddziały z operacji w Syrii. (John R. Bradley, „Assad is back for good In Syria – and with Trump’s Blessing”, The Spectator, 21 July 2018). Media dorzucają stale dodatkowe, potwierdzające te wieści informacje. Tak np. amerykańska gazeta Washington Post stwierdziła 27 lipca, iż nie można wykluczyć, że Donald Trump w rozmowie z Putinem zaakceptował wcześniejszą nieformalną umowę między Izraelem a Rosją. Władze Izraela zgodziły się w niej uznać jurysdykcję prezydenta Assada nad południowo-zachodnią Syrią w zamian za gwarancję Kremla, że jednostki irańskie rozlokowane będą w Syrii nie bliżej niż 80 km od granicy z Izraelem.

Inne źródło z kolei informuje, że Rosja rozmieści swą policję wojskową na Wzgórzach Golan i otworzy osiem punktów obserwacyjnych, by uniknąć możliwych prowokacji, natomiast siły irańskie w Syrii wycofają się na odległość 85 km od okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan („Rosjanie wchodzą do Izraela, portal WGospodarcze,pl, 2 sierpnia 2018).
W Polsce, po stronie rządowej także zaobserwować można zaniepokojenie, chociaż przesłania je dyskusja polityków i publicystów na inne ważne tematy. Większość polityków i publicystów nie zauważa jak gdyby, że w świecie nastąpić może (nie twierdzę, że na pewno nastąpi) poważna zmiana sojuszy).

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz udał się natychmiast do Waszyngtonu, by zorientować się w aktualnej sytuacji. Rozmawiał w Białym Domu z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem na temat dwustronnych stosunków. Po tej rozmowie, korespondentom polskich mediów min. Czaputowicz oznajmił, że podczas planowanego spotkania prezydentów Polski i USA zapaść mogą konkretne decyzje w sprawie stałej, a nie rotacyjnej – jak obecnie – obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski. Jak ustaliła PAP, w ostatecznym projekcie ustawy o wydatkach na obronę narodową USA w roku bieżącym znalazła się poprawka zobowiązująca ministra obrony do poinformowania o możliwości i celowości stałego stacjonowania w Polsce amerykańskiej grupy bojowej (brygady). Minister Czaputowicz oświadczył polskim korespondentom, że został zapewniony, iż nie ma żadnych obaw co do pewności, że Stany Zjednoczone pozostają naszym sojusznikiem. („USA: Minister Czaputowicz spotkał się z Boltonem”, WGospodarce.pl, 27 lipca 2018).

Zapewne po to, by rozwiać jeszcze inne wątpliwości minister Czaputowicz w najbliższych dniach złoży wizytę w Izraelu (11-13 sierpnia). Wśród ujawnionych w prasie tematów rozmów w Izraelu brak co prawda tematyki szczytu w Helsinkach i „wojskowych Rosjan w Izraelu”, ale należy się domyślać, że padnie tam pytanie czy Rosja, „przyjaciel naszych przyjaciół zostać ma także naszym przyjacielem”.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Jeszcze jedna wojna?

„Zbrojną koalicję, należy budować zbrojną koalicję przeciw Iranowi” – powtarzał podczas swojej europejskiej podróży swym rozmówcom izraelski premier Benjamin Netanjahu w Berlinie, Paryżu i Londynie. A nie minął nawet miesiąc od zerwania przez Trumpa porozumienia atomowego z Iranem. Jeszcze Europejczycy myślą o jego ratowaniu, jak też swoich irańskich kontraktów, a Izrael już ciśnie. Netanjahu wyrwał się przed amerykańską orkiestrę, jakby był dyrygentem. Iran znalazł się na celowniku, a Europa już oberwała. Ten kryzys szybko się nie zakończy.

 

„Śmierć Izraelowi!, „Śmierć Ameryce!” – krzyczeli w odpowiedzi rytualne slogany Irańczycy w Teheranie i innych miastach: to był Dzień Al-Kuds (Jerozolimy), świętowany tłumnie każdego roku od początku rewolucji. W stolicy spłonął szmaciany Trump owinięty w izraelską flagę. „Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael chcą pogrążyć Iran nie wiedząc, że narażają własne bezpieczeństwo” – ostrzegał Ali Laridżani, szef irańskiego parlamentu. „Chcemy żyć w pokoju. Nie chcemy wojny, nie jesteśmy zwierzętami. (…) Ale dzisiaj Izrael chce zniszczyć wszystkie kraje wokół, będziemy się bronić” – mówił do ludzi przez megafon.

Jak niemal wszystkie ostatnie kryzysy, nagonka na Iran wiąże się z wojną w Syrii. Na początku czerwca izraelski minister obrony Awigdor Libermean spotkał się ze swym rosyjskim odpowiednikiem w Moskwie i obaj podpisali zaskakujące porozumienie: Izrael będzie mógł atakować jednostki irańskie w Syrii, ale nie będzie ruszał wojsk syryjskich. Min. Siergiej Szojgu przypomniał słowa prezydenta Putina, że Rosja chciałaby wycofania się Iranu z Syrii, tak samo jak Amerykanów i Turków, którzy (w przeciwieństwie do Irańczyków) przebywają tam nielegalnie. W imperium amerykańskim patrzą na ten układ tak samo nieufnie, jak w Teheranie: obie strony zastanawiają się w co gra Rosja, bo jeśli chodzi o Izrael, wiadomo.

 

Bez konkurencji

Antyirańska obsesja Izraela dała o sobie ponownie znać pod koniec kwietnia, gdy na parę dni przed ogłoszeniem decyzji Trumpa o zerwaniu układu atomowego z Iranem, premier Netanjahu odegrał medialny teatrzyk, że Iran chce zbudować bombę atomową z „dowodami”, które miały znajdować się w archiwum z dokumentami sprzed 2003 r., zdobytym przez Mosad. W Europie rewelacje izraelskiego premiera raczej zlekceważono, ale potraktowano je jako niezawodną zapowiedź fatalnej decyzji Trumpa. A ten zerwał układ podpisany trzy lata temu przez wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa, gwarantujący, że Iran nie będzie używał atomu do celów wojskowych. Otwartym wrogiem tego układu był od początku Izrael, przeciwny zniesieniu sankcji nałożonych na Teheran.

Państwo żydowskie jest nieoficjalnym mocarstwem atomowym, ma (wg różnych źródeł) 0d 80 do 400 głowić jądrowych. W przeciwieństwie do Iranu, nie podpisał Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i nie zgadza się na żadnych międzynarodowych inspektorów. Według specjalistów od obronności, ma też mini-bomby jądrowe i neutronowe najnowszej generacji. Produkuje pluton i tryt w ilości wystarczającej do produkcji stu dalszych bomb atomowych. Dostał od Niemiec okręty podwodne zdolne do ich przenoszenia, ma rakiety balistyczne Jerycho 3, samoloty… Ma za sobą imperium amerykańskie i przychylność wielu rządów w Europie. W zeszłym roku Polska wzięła udział w największych manewrach lotniczych w historii Izraela Blue Flag 2017, obok Amerykanów, Niemców i Francuzów…

„Teheran dobrze wie, że Izrael wycelował weń 200 głowic, i że my mamy ich tysiące” – pisał w roku zawarcia układu atomowego Colin Powell, dawny amerykański sekretarz obrony, zapamiętany głównie z odgrywania teatru w ONZ, przed napaścią na Irak. Izrael chce uderzenia w Iran, bo widzi w nim przyszłe zagrożenie i konkurencję na Bliskim Wschodzie. W zasadzie to samo, co widział kiedyś w Iraku.

 

W imię Boga

Izraelskie siły nuklearne są zintegrowane z systemem elektronicznym NATO, w ramach „Indywidualnego Programu Współpracy” z Izraelem, który do sojuszu nie należy, ale ma stałe przedstawicielstwo przy jego Kwaterze Głównej w Brukseli. Według planu testowanego w czasie amerykańsko-izraelskich ćwiczeń Juniper Cobra 2018, siły amerykańskie i natowskie w Europie, szczególnie te stacjonujące we Włoszech, poparłyby Izrael w wojnie z Iranem. Wojna mogłaby się zacząć od ataku izraelskiego na irańskie ośrodki atomowe, jak w 1981 r. na Osirak w Iraku. W przypadku irańskich represji Izrael mógłby użyć broni jądrowych.

Od czasu, gdy Trump zerwał układ z Iranem i przeniósł ambasadę do Jerozolimy, sondażowe oceny jego polityki zagranicznej są mniej krytyczne (45 proc. popiera go, 47,5 proc. odwrotnie). Ma poparcie dla swojej polityki gospodarczej, więc proizraelska linia polityczna może zapewnić mu powodzenie w przyszłych wyborach. Bezwarunkowe poparcie dla Izraela wyrażają konserwatywni wyborcy z południa, pobożni, ewangeliccy syjoniści chrześcijańscy, którzy są bardziej proizraelscy od proizraelskiego lobby w Stanach i są ich dziesiątki milionów. Czekają na oczyszczającą wojnę światową, Armageddon, który, jak wierzą, rozegra się właśnie w Izraelu. To jest elektorat Trumpa.

 

Iran ma się poddać

Mike Pompeo, do niedawna szef CIA, namaszczony przez Trumpa na nowego sekretarza stanu, wyjaśnił, o co chodzi Ameryce dając wykład „Po umowie: nowa strategia irańska” w prawicowej waszyngtońskiej Heritage Foundation, pod koniec maja. Było to wojenne ultimatum domagające się totalnej kapitulacji rządu irańskiego wobec „najsilniejszych sankcji w historii” i presji wojskowej na wszystkich frontach Bliskiego Wschodu. Pompeo wyjaśniał, że to nie amerykańskie wojny narobiły zamieszania w regionie, lecz knowania Iranu, który na nikogo nie napadł.

Wśród 12 żądań, które wyliczył pod adresem Iranu, było wycofanie oddziałów, które na prośbę rządu w Damaszku pomagają Syrii walczyć z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, koniec programu atomowego, koniec budowy rakiet balistycznych, zaprzestanie pomocy Hezbollahowi w Libanie i rezygnacja z wpływów w Iraku. Byłoby najlepiej, gdyby Iran się nie rozwijał, nie bronił i uznał zwierzchność imperium – sugerował Pompeo. „Dzisiejszy świat nie akceptuje Stanów Zjednoczonych decydujących za innych. Są kraje niezależne” – odpowiedział mu prezydent Hasan Rouhani. Rzecznik irańskiego MSZ dodał, że Irańczycy pozostaną w Syrii dopóki będą tam terroryści i zechce tego rząd syryjski, a „ci, którzy są w Syrii bez zgody rządu syryjskiego, powinni natychmiast opuścić ten kraj ” – mówił, mając na myśli 2 tys. Amerykanów okupujących wschód kraju i jego pola naftowe.

 

Rosyjska zdrada

Pompeo oskarżył Iran nawet o popieranie ostro antyirańskiej Al-Kaidy, podczas gdy w Syrii czynnym pomaganiem Al-Kaidzie zajmował się Izrael, a Iran ją zwalczał. Wściekły dyskurs Waszyngtonu wyładował się też na Europie, która stała się ofiarą antyirańskich „sankcji wtórnych” na bezprecedensową skalę. Po zelżeniu sankcji na skutek układu atomowego z 2015 r. Stany Zjednoczone handlowały z Iranem na niecałe 200 milionów dolarów, a Europa na 25 miliardów. A teraz musi zrywać obiecujące kontrakty, jeśli nie chce być ukarana. Cokolwiek kolonialna eksterytorialność prawa USA wszystko załatwi. Unia buntuje się prosząc pokornie Stany Zjednoczone o zezwolenia na handel z Iranem, zniesienie tych „sankcji wtórnych”, ale USA nie mają powodu, by jej słuchać. Wszyscy mają wiedzieć, że Iran jest ważną sprawą.

I w czasie całego tego zamieszania okazało się, że Iran i Rosja mają rozbieżne interesy w Syrii. Irańska prasa raczej z rozczarowaniem przyjmowała ostatnie wiadomości na temat pewnego zbliżenia izraelsko-rosyjskiego. I teraz ten układ, „jak nóż w plecy”. W Iranie dualny podział polityczny na konserwatystów i reformistów odpowiada mniej więcej republikanom i demokratom w Stanach.

Prasa konserwatywna na ogół przemilczała układ Liberman-Szojgu, a reformistyczna wzywa do ostrożności wobec Rosji lub ją usprawiedliwia. Rosjanie są pewni, że Iran nie będzie mocno protestował, bo jest niejako zdany na Rosję, nie ma wielu sojuszników. Rosjanie zrozumieli, że by zrobić jakiś porządek w Syrii, muszą liczyć się z Izraelem. „Rosja jest strategicznym partnerem Iranu, ale jeśli Rosjanie obrócą się w kierunku Ameryki i Izraela, Iran przemyśli swoje stosunki z Rosją” – mówił Hosejn Kanani Moghaddam, analityk od konserwatystów.

 

Wielki zawód

Dla milionów Irańczyków pokojowy układ atomowy był szansą na poprawę poziomu życia. Zdejmowane sankcje ruszyły irańską gospodarkę, ale zbyt wolno. W ostatnich miesiącach to tu, to tam, zbierają się kierowcy ciężarówek, rolnicy, emeryci i nauczyciele, nierzadko nieopłaceni, by protestować przeciw warunkom życia i pracy. Doszły do tego manifestacje z powodów ekologicznych, bo susza, burze piaskowe, zanieczyszczenie powietrza, brak wody. Na początku roku przez Iran przetoczyła się fala protestów socjalnych, gdzieniegdzie gwałtownych, przeciw sytuacji gospodarczej kraju, zginęło 25 osób. I oto Trump zrywa układ i nakłada wyjątkowe sankcje, co nie polepsza perspektyw. Przestraszone europejskie koncerny po kolei wycofują inwestycje z Iranu. Staje się on ekonomicznie i medialnie „trędowaty”.

Iran zareagował odmową zmiany swego planu balistycznego i przygotował się do wznowienia wzbogacania uranu. To wszystko nie łamie ciągle przestrzeganej umowy z 2015 r., ale pokazuje, że Teheran będzie się stawiał. Liczy na zrozumienie państw europejskich, choć premier Netanjahu odwiedzając w tym tygodniu Niemcy, Francję i Wielką Brytanię nawoływał do czegoś odwrotnego, całkowitego zerwania układu atomowego i groźby interwencji. Straszył Merkel, że Niemcy zaleje fala syryjskich uchodźców, jeśli będzie nowa wojna, której można uniknąć zrywając kontakty z Iranem. „Koalicja zbrojna” jest na razie tylko jego marzeniem, ale Iran musi teraz uważać.

Kronika zapowiedzianego przewrotu

Prawnik prezydenta USA był gościem organizacji dążącej do zbrojnego obalenia irańskiego rządu. Zapewniał, że Ameryka w pełni ich popiera.

 

Rudolph Giuliani, były burmistrz Nowego Yorku, obecnie reprezentant prawny prezydenta Donalda Trumpa, znalazł się wśród mówców na konferencji, którą w Paryżu zorganizowała zbrojna grupa Ludowi Mudżahedini Iranu,dążąca do siłowego obalenia obecnej władzy w Teheranie.

Zwracając się do słuchaczy Giuliani powiedział wprost, że rząd Trumpa nie będzie szczędził wysiłków, by doprowadzić do upadku rządów ajatollahów.

– Mamy dziś realną szansę na zmianę reżimu w Iranie – mówił konserwatywny eksburmistrz Nowego Jorku – Prezydent Trump nie odwróci się plecami do bojowników o wolność.

Ci „bojownicy o wolność”, czyli Ludowi Mudżahedini Iranu (MEK), to przebywająca od lat na wygnaniu grupa polityczna przeciwna rządom teokratów w swoim kraju, stawiająca sobie za cel przejęcie władzy w Teheranie na drodze przewrotu. Do 2012 r. MEK znajdował się na oficjalnej amerykańskiej liście organizacji terrorystycznych. Początkowo było to ugrupowanie inspirowane marksizmem, w latach 70. XX w. przeciwstawiało się rządom szacha i uczestniczyło w rewolucji 1979 r., zajmując pozycje antyimperialistyczne. Szybko jednak popadli w konflikt z ajatollahem Chomeinim i udali się na wygnanie. Stopniowo utracili marksistowski charakter i zeszli na pozycje całkowicie oportunistyczne. Hasła walki klas i rewolucji społecznej zastapili mówieniem o prawach człowieka i ochronie „własności osobistej”. Uznali USA i Izrael za swoich sprzymierzeńców.

W 2012 r. amerykański magazyn New Yorker ustalił, że za rządów George’a W. Busha tajne służby USA szkoliły MEK na terenie stanu Nevada, zarówno w zakresie działań zbrojnych, jak i w czynnościach wywiadowczych. Miało to miejsce w czasie, gdy MEK ofichalnie uchodził za terrorystów.

Giuliani pojawił się na paryskim wydarzeniu MEK w towarzystwie innych osobistości z USA. Byli to: przyjaciel Trumpa Newt Gingrich, były dyrekror FBI Louis Freeh i były ambasador USA przy ONZ Bill Richardson. Jednak wpływowi amerykańscy politycy od lat utrzymują kontakty z MEK i uczestniczą w organizowanych przez nich wydarzeniach. Na zeszłorocznej konferencji w Paryżu przemawiał John Bolton zanim jeszcze objął funkcję doradcy prezydenta USA. Bolton, który jest znanym zwolennikiem obalenia teherańskiego rządu na drodze militarnej, zwrócił się wówczas do członków MEK, oświadczając, że do 2019 r. to oni będą rządzić Iranem.

Dowcip roku

Ambasador Iranu poprosił Polskę, jako niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, by wpłynęły na Stany Zjednoczone w sprawie relacji z jego krajem.

 

Istota apelu polega na tym, by Polska skłoniła USA do przestrzegania zawartych wcześniej przez Stany Zjednoczone umów międzynarodowych, w tym podpisana przed trzema laty z trudem wynegocjowana umowę z Iranem. Umowa ta zakładała zdjęcie sankcji nałożonych na ten kraj przez społeczność międzynarodową w zamian za zmniejszenie produkcji uranu i odstąpienie od programu nuklearnego. Umowa uchroniła świat i region przed eskalacją napięcia i konfliktem zbrojnym na trudna do przewidzenia skalę i była postrzegana jako sukces pokojowego kursu międzynarodowej polityki.

Jednak na początku roku prezydent Trump jednostronnie zerwał tę umowę i na dodatek próbuje zmusić Europę, by poszła w jego ślady, choć wszelkie instytucje kontrolujące zapewniają, że Iran wywiązuje się ze swych zobowiązań. Ocenione to zostało jednoznacznie jako przygotowanie do interwencji militarnej w Iranie.

Na specjalnej konferencji prasowej ambasador Iranu w Polsce – Ramin Mehman Parast zaapelował do Polski o mediację między jego krajem a USA, by przestrzegały one międzynarodowych umów przez siebie podpisanych.

– Gdybyśmy byli przekonani, że bezpośrednie negocjacje z Amerykanami mają jakikolwiek sens, to byśmy je podjęli. Ale widzimy, że bez względu na to, co się ze Stanami Zjednoczonymi wynegocjuje, to nie można im ufać. Od Polski, jako od niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ oczekujemy, że będzie skłaniać Stany Zjednoczone do przestrzegania i egzekwowania postanowień ONZ – powiedział ambasador.

Na razie brak oficjalnych sygnałów, jak na tę propozycje zareaguje strona polska.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że ambasador Iranu zbyt wielkie nadzieje pokłada naszym kraju. Lokajski stosunek Polski do USA raczej wyklucza możliwość wpływu na Donalda Trumpa.

Niedobry piesek

Andrzej „Adrianem” po raz kolejny.

Tak spektakularnej klęski, jaką była ostatnia wizyta w Waszyngtonie, prezydent Duda chyba wcześniej nie poniósł. Nie dość, że Donald Trump nie raczył go nawet przyjąć w Waszyngtonie, to gest ten – a raczej brak gestu – świadczy wręcz o celowym upokorzeniu polskiego prezydenta. Jak słusznie zauważył red. Paweł Wroński z Gazety Wyborczej, fakt wcześniejszego przyjęcia w Białym Domu przywódców Litwy, Łotwy i Estonii z okazji 100-lecia suwerennej państwowości tych krajów, w określonym świetle stawia ostentacyjne zlekceważenie przyjazdu Dudy. Polskie stulecie będzie bez wątpienia okazją do tego, by naiwnym Polakom jednoznacznie przypomnieć, jaki rzeczywiście charakter mają ich relacje z Ameryką. A jest to relacja bezwzględnego posłuszeństwa kapryśnemu panu, który z łaszącym się u jego stóp bieda-imperialistycznym pieskiem może zrobić dosłownie cokolwiek, również skopać go dla przykładu. Tak się zwyczajnie sprawy mają w prestiżowym kojcu, na którym zamiast tabliczki “złe psy” postanowiono wywiesić “wolny świat”. Żadnych pozorów “symetrii”, żadnego “partnerstwa”, żadnego zniesienia wiz, żadnych złudzeń. Waruj, Adrian!
Ostatnia sytuacja jest oczywiście formą kary dla Dudy i całego zapatrzonego w Trumpa obozu rządzącego w Polsce. Powodem jest, rzecz jasna, horrendalna i szkodliwa ustawa o IPN. To żadna nowość, że dla waszyngtońskich lobbystów stanowi ona pretekst do wszczęcia alarmu w sprawie ich roszczeń do mienia słusznie uspołecznionego przez Polskę Ludową. Zżymając się na porażkę Dudy, należy jednocześnie oczekiwać, że politycy Prawa i Sprawiedliwość będą dalej bez żenady brnąć w poddańczą czołobitność wobec USA. Sam prezydent odegrał już swoją rolę w tej komedii, twierdząc, że nie spotkał się z Trumpem, bo nie miał takich planów, a jego wizyta miała charakter “jednostronny”. Widać, że Duda, świadom problemu, dusi w sobie rozpacz dziecka trzymanego w piwnicy i tłuczonego przez pijanego ojczyma, ale na pełną jej artykulację pozwolić sobie nie może. Dlatego używa odpowiednich słów w nieodpowiedni sposób: jednostronność, owszem, jest, ale zachodzi raczej w odwrotnym kierunku niż raczy sugerować lider “Polski wstającej z kolan”. To jeszcze pół biedy. Gorzej, że najprawdopodobniej sami “Polacy wstający z kolan”, którzy swego czasu tłumnie stawili się na nadęte przemówienie Trumpa w Warszawie i pieli potem z zachwytu, również nie dostrzegą problemu. Nie dostrzegą go ani dziś, ani jutro, ani nigdy – chyba że do czasu, gdy Blond Godzilla faktycznie zgotuje ludzkości wojnę światową – być może ostatnią – która pochłonie również frajerów paradujących nadwiślańskimi bulwarami w koszulkach z jankeską flagą.
Opozycja i “obrońcy demokracji” będą oczywiście punktować PiS za “kompromitację Polski w świecie” i “nadwyrężanie relacji sojuszniczych”. W tym też duchu wypowiada się Gazeta Wyborcza właśnie w osobie red. Wrońskiego. Strzela sobie jednak w stopę. Z jednej bowiem strony Wroński boleje nad tym, że powodem załamania relacji z USA jest wyrok, jaki PiS wydał na polską demokrację. Z drugiej zaś podkreśla, że klęska Dudy jest tym bardziej zawstydzająca, że przy okazji posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ Trump podjął z honorami Nazarbajewa, prezydenta Kazachstanu. Wroński woli nie wspominać, że Nazarbajew to satrapa, przy którym Andrzej Duda to chodzące wcielenie demokracji, wolności obywatelskich i cnót wszelakich. Mijają lata, amerykański imperializm likwiduje na Bliskim Wschodzie kolejne kraje, natomiast do świadomości polskich liberałów nie przebijają się podstawowe fakty. W odczuciu czytelników Wyborczej Kazachstan to kraj kompletnie dziki, z którym nikt liczyć się nie powinien. Tymczasem Polscy oficjele zawsze będą stać na końcu kolejki do uściśnięcia dłoni lokatorowi Białego Domu, bo ten “dziki kraj” ma ropę i gaz. Dlatego zwłaszcza teraz, z racji kluczowej pozycji Kazachstanu w rejonie Morza Kaspijskiego Nazarbajew będzie dla USA nieoceniony w dalszej próbie sił z Iranem.
“Nasi” liberałowie nigdy nie przyznają, że przez ostatnie 30 lat to oni pletli powróz, na którym Trump wlecze dziś nasz kraj – na którym Clinton, Bush i Obama trzymali również ich samych. Nigdy nie mają skrupułów, by na sygnał dany przez Waszyngton powtarzać unisono wszystkie milion razy już wyśmiane brednie o demokracji, w imię której trzeba najeżdżać i bombardować. Bajka, jaką nam do znudzenia opowiadają po to, żeby między Odrą a Bugiem nieustannie podsycać płomień bezgranicznej wiary w zbawienny – nawet jeśli śmieszny i żałosny – sojusz z USA, opiera się wyłącznie na ich czczych fantazjach i myśleniu życzeniowym. Ciągle tylko “zachodnie wartości” i “wolny świat”, bezdyskusyjnie również “tradycja sojusznicza”… Wroński nie traci okazji, by podkreślić, że już od stu lat USA nie przestaje nas łaskawie dopieszczać, bo niepodległy byt Polska zawdzięcza deklaracji Wilsona z 1918 r.
Czy służalczość “obrońców demokracji” jest w jakikolwiek sposób inna, lepsza, bardziej oświecona niż czołobitność kaczystów? Sami dowodzą, że stanowią tylko lustrzane odbicie rodzimych konserwatystów, którymi tak gardzą. To zwykła kłótnia w rodzinie. Oba obozy wspólnie stanowią polską klasę rządzącą i wiedzą jedno: tak, uzbrojona po zęby Ameryka jest gwarantem istnienia Polski takiej, jaką mamy obecnie. Polski opartej na poddaństwie ekonomicznym mas, na cynizmie i zakłamaniu elit, plującym sloganem “wolności” w twarz ludziom, którzy na nich harują. Tak, USA zawsze będą gwarantem kapitalizmu.

Najostrzejsze sankcje w historii

„Bezprecedensową presją finansową” zagroził dziś Iranowi amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo. Co mają zrobić Irańczycy, aby jej uniknąć? Żądania idą tak daleko, że ich przyjęcie oznaczałoby całkowitą kapitulację Teheranu. Dlatego odpowiedź prezydenta Hasana Rouhaniego była równie jednoznaczna.

Pompeo na początek zażądał od Irańczyków całkowitej rezygnacji ze wzbogacania uranu i bezwarunkowego udostępniania dla kontroli wszystkich miejsc, gdzie w przeszłości wytwarzano energię jądrową. Poza tym Teheran miałby faktycznie wyrzec się aktywnej polityki zagranicznej, a z pewnością wycofać się ze wszystkich konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie, w których ma choćby pośredni udział. – Wytropimy irańskich agentów i ich pomocników z Hezbollahu i zniszczymy ich – odgrażał się sekretarz stanu, żądając od Iranu wycofania doradców wojskowych i/lub szkolonych przez nie oddziałów z Syrii, Libanu oraz Jemenu. Oczywiście nie zająknął się nawet, że w każdym z wymienionych przypadków Irańczycy nie są jedyną zewnętrzną stroną zaangażowaną w konflikt i że ich zniknięcie oznaczałoby oddanie pola faworytom Ameryki – Arabii Saudyjskiej oraz Izraelowi.
Swoją pierwszą wielką publiczną mowę w charakterze sekretarza stanu Pompeo streścił również na Twitterze.
– Sankcje będą bolesne, jeśli reżim [irański – przyp. MKF] nie zmieni kursu, schodząc z obecnej bezproduktywnej, niemożliwej do zaakceptowania ścieżki – mówił Pompeo na forum Heritage Foundation. Zapowiadał, że Teheran odczuje „bezprecedensową presję finansową”, a sankcje będą „najsilniejsze w historii”. Pogroził nie tylko Hasanowi Rouhaniemu i jego rządowi, ale i europejskim firmom, które nie zechcą wycofać się z robienia biznesu w Iranie tak, jak wymyślił Donald Trump.
Na koniec nowy sekretarz stanu stwierdził, że jego dzisiejsze wystąpienie i sankcje „to zaledwie początek”. Czyli w rzeczywistości zagroził Iranowi wojną lub destabilizacją kraju.
Komentatorzy i analitycy szybko zauważyli także, iż przekaz Pompeo pod irańskim adresem zasadniczo nie różni się od żądań, jakie wysuwał od lat Izrael – tyle, że tym razem w charakterze posłańca wystąpił amerykański sekretarz stanu. Podkreślają także, że taką „dyplomację” trudno tak naprawdę określać dyplomacją – w rzeczywistości od Iranu zażądano ustępstw tak poważnych, że oznaczałyby one upadek obecnego systemu rządów, a w konsekwencji być może nawet rozpad państwa.
Dlatego też odpowiedź prezydenta Iranu była jednoznaczna. Zgodnie z oczekiwaniami większości społeczeństwa Teheran nie ma zamiaru ugiąć się przed dyktatem. – Kim pan jest, by podejmować decyzje w imieniu Iranu i świata? – zwrócił się do Pompeo Hasan Rouhani. Następnie powtórzył, że USA nie mają ani uprawnień, ani przyzwolenia, by podejmować decyzje w imieniu innych suwerennych państw.