Pogrom rodziny Tamimi

Izraelska armia okupacyjna na palestyńskim Zachodnim Brzegu Jordanu poinformowała, że zastrzeliła brata Ahed Tamimi, palestyńskiej 17-latki, która spoliczkowała izraelskiego oficera i została za to wraz z matką skazana na 8 miesięcy więzienia. Izzedin Tamimi zginął trafiony trzema kulami, w tym jedną w głowę, gdy wraz z innymi rzucał kamieniami w wojsko, które przyjechało aresztować działaczy ruchu oporu.

 

Brat Ahed Tamimi znajdował się wtedy dobre 40 metrów od żołnierzy, w rodzinnej miejscowości Nabi Salih pod Ramallą. W Gazie rzecznik Hamasu Hasam Badran powiedział, że „egzekucja młodego Izzedina to fatalny, kryminalny akt, który może być dokonany jedynie przez armię rasistowskiego państwa, praktykującego morderstwa i terroryzm przeciw wolnym, nieuzbrojonym ludziom”.

Organizacja Human Rights Watch podała w wątpliwość legalność izraelskiej reakcji na palestyńską manifestację: „Prawo międzynarodowe pozwala używać śmiercionośnej broni tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia. Trudno przyjąć, że rzucanie kamieniami odpowiada temu kryterium” – oświadczyła.
Izraelczycy na podobne zastrzeżenia odpowiadają przypominając, że w maju ich żołnierz sił specjalnych zginął od kamienia w głowę podczas rutynowej operacji nocnych aresztowań w palestyńskich miejscowościach Zachodniego Brzegu.

Izzedin Tamimi był dobrze znany izraelskim służbom bezpieczeństwa, gdyż należał do ludowego ruchu oporu przeciw okupacji.

Jego siostra i matka, które odsiadują karę w izraelskim więzieniu wojskowym, zostaną zwolnione tego lata.

W grudniu zeszłego roku 16-letnia wówczas Ahed wymierzyła policzek izraelskiemu żołnierzowi, w czasie przepychanki po tym, jak Izraelczycy ciężko ranili jej małego kuzyna. Stała się dla Palestyńczyków symbolem ich walki.

Pogrzeb i ostrzał

Razan al-Nadżar miała 21 lat. Była wolontariuszką w służbie ratowniczej palestyńskiej służby zdrowia. W piątek izraelscy żołnierze zastrzelili ją, gdy niosła pomoc nieuzbrojonym, rannym manifestantom przy granicy na południu Strefy, niedaleko Chan Junes. Zginęła na miejscu, od snajperskiej kuli w serce. Wczoraj olbrzymi tłum osób przybyłych z całej Strefy wziął udział w jej pogrzebie. Ludzie płakali i skandowali „naszą krwią i naszą duszą poświęcimy się dla ciebie Razan”.

 

W pogrzebie wziął udział personel medyczny i ekipy karetek pogotowia. Ojciec młodej pielęgniarki niósł jej zakrwawiony biały uniform. To już 123 ofiara śmiertelna izraelskich żołnierzy od 30 marca, gdy rozpoczęły się palestyńskie manifestacje Marszu Powrotu. Blisko 4 tys. osób zostało rannych, w tym wiele ciężko. Izraelczycy nie ponieśli żadnych strat.
Palestyńskie stowarzyszenie ratownictwa medycznego przypomniało, że „strzelanie do personelu medycznego stanowi zbrodnię wojenną, według Konwencji Genewskich” i wezwało społeczność międzynarodową o reakcję na to „pogwałcenie prawa”. Specjalny wysłannik ONZ na Bliski Wschód, Bułgar Nikolaj Mladenow, podobnie oświadczył, że „personel medyczny nie może być celem” i zwrócił się do Izraela o „umiarkowanie w użyciu przemocy”. „Incydent zostanie zbadany” – poinformował rzecznik izraelskiej armii, podkreślając jednocześnie, że „żołnierze działali zgodnie z regułami służby”.

Po pogrzebie oddziały zbrojne palestyńskiego ruchu oporu wystrzeliły rakiety w kierunku południowego Izraela. Tylko jedna przeleciała przez granicę i została zestrzelona przez Izraelczyków, reszta spadła na Strefę. Palestyńskie „rakiety” to w większości urządzenia własnej roboty, robione z rur kanalizacyjnych, z nawozem sztucznym jako paliwem. W odpowiedzi lotnictwo izraelskie zbombardowało „punkty obserwacyjne Hamasu” koło Chan Junes.

Wojsko izraelskie kolejny raz zostało oskarżone o „nieproporcjonalne użycie siły” przez organizacje humanitarne. ONZ i Unia Europejska domagają się niezależnego śledztwa w sprawie izraelskich masakr w Gazie, lecz rząd państwa żydowskiego nie wyraził zgody.

Bez niespodzianki

Niespodzianki nie było: Amerykanie zawetowali rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającą „nieproporcjonalne” użycie siły przeciw manifestantom w Strefie Gazy, gdzie od końca marca zginęły co najmniej 123 osoby a ponad 4 tys. zostało rannych od izraelskich kul. USA sprzeciwiły się postulatowi ustanowienia międzynarodowej ochrony Palestyńczyków: zaproponowały inną rezolucję, w której odpowiedzialność za śmierć i rany manifestantów ponosi nie Izrael, lecz palestyński Hamas administrujący Strefą.

 

Z powodu amerykańskiego weta upadła negocjowana od dwóch tygodni rezolucja projektu kuwejckiego, która po licznych międzynarodowych poprawkach zwracała się o więcej „środków gwarantujących bezpieczeństwo i ochronę” Palestyńczyków. Według tekstu, sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres miał w ciągu dwóch miesięcy stworzyć „mechanizm ochrony międzynarodowej”.

Ambasadorka amerykańska Nikki Haley określiła tę propozycję jako „bezczelnie jednostronną”. Według niej, to nie izraelska blokada, lecz Hamas jest winien „opłakanych warunków życia w Strefie Gazy”. „Albo popieracie Hamas, albo go nie popieracie. Wasze głosy to powiedzą” – mówiła Haley w swym tradycyjnym, mocnym stylu i ogłosiła weto w imieniu swego kraju. Dyplomacji amerykańskiej, po silnych naciskach, udało się jedynie uzyskać 4 głosy wstrzymujące się: Etiopii, Polski, Wielkiej Brytanii i Holandii, pozostałe 10 państw, w tym Francja, głosowały za.

Pierwszy raz w historii Rady Bezpieczeństwa Stany Zjednoczone zdobyły tylko jeden pozytywny głos dla swego projektu rezolucji – swój własny. 11 państw (w tym Polska) wstrzymało się od głosu, a trzy były przeciw. Nikki Haley natychmiast potępiła to głosowanie: „Oto dowód, że Narody Zjednoczone są tendencyjne w stosunku do Izraela”.

Bezpieczeństwo narodowe

Jak daleko może posunąć się państwo w celu zapewnienia bezpieczeństwa swoim obywatelom? W epoce, w której właśnie w imię bezpieczeństwa narodowego organizuje się zamorskie ekspedycje zbrojne i zamyka własne granice, niezwykle trudno wskazać linię oddzielającą to, co jest konieczne od tego, co stanowi nadużycie władzy.

 

Kilka dni temu amerykańskie media doniosły o praktyce rozdzielania dzieci i rodziców podejrzanych o bezprawny pobyt w Stanach Zjednoczonych. Jest to konsekwencja polityki „zera tolerancji”, którą w stosunku do nielegalnych imigrantów ogłosił na początku maja prokurator generalny Jeff Sessions. Zgodnie z jego wytycznymi każdy obcokrajowiec przebywający w USA bez wymaganych zezwoleń ma trafić do jednego z tzw. centrów odosobnienia. Tam zaś będzie oczekiwał na deportację. Jednocześnie, pozostające pod jego opieką osoby niepełnoletnie zostaną przekazane bądź do specjalnych ośrodków, bądź do opiekunów. W każdym przypadku nastąpi rozdzielenie rodzin. „Jeśli nie chcecie, aby wasze dzieci były wam zabrane, po prostu nie bierzcie ich ze sobą i nie przybywajcie tutaj nielegalnie” – radził Sessions.

Pozornie prokurator generalny ma rację. Przecież nie można oczekiwać od państwa, że będzie przymykało oczy na łamanie prawa i zagrożenie bezpieczeństwa własnych obywateli. Czy jednak o rzeczywiste bezpieczeństwo tu chodzi? Obecne praktyki amerykańskich służb imigracyjnych udowadniają, jak łatwo strach przed (rzadziej) prawdziwym lub (częściej) wydumanym zagrożeniem prowadzi nas do rezygnacji z podstawowych praw człowieka. Oczywiście pod warunkiem, że ich łamanie nie dotyka nas bezpośrednio.

Okazuje się bowiem, że amerykański system „zgubił” około 1,5 tys. spośród ponad 7,6 tys. dzieci, przekazanych przez władze federalne pod zewnętrzną opiekę w 2017 r. Co prawda dotyczy to tych niepełnoletnich, którzy sami, tzn. bez opieki dorosłych, przekroczyli granicę USA, lecz pokazuje z jaką pobłażliwością federalne służby imigracyjne podchodzą do tak delikatnej kwestii. Obawy organizacji praw człowieka potwierdziła Kirstjen M. Nielsen, sekretarz bezpieczeństwa krajowego, która odpowiada za sprawy imigracyjne, przyznając, że jej departament nie ma wypracowanych procedur, jak zajmować się niepełnoletnimi. „Zajmiemy się dziećmi… jakoś” – tak z kolei całą sprawę podsumował John Kelly, szef personelu Białego Domu.

Wiele z tych dzieci próbowało przedostać się do USA, uciekając od przemocy, głodu czy biedy. Już samą konieczność opuszczenia rodzinnego domu i udania się w nieznane trzeba uznać za wystarczająco traumatyczne przeżycie. Tymczasem w kraju swoich marzeń trafiają oni do instytucji i osób, które nie tylko nie potrafią się nimi prawidłowo zaopiekować, ale także nie gwarantują im podstawowych praw, jakimi są poczucie bezpieczeństwa i kontakt z rodziną.

„The New York Times” donosi, że jedynie w tym roku kilkaset dzieci zostało odebranych rodzicom próbującym przedostać się przez amerykańską granicę. Jak przyznała sekretarz Nielsen, do podobnych dramatów dochodzi każdego dnia. W samym tylko 2017 r. ok. 40 tys. niepełnoletnich zostało zarejestrowanych przez odpowiednie instytucje federalne. Każdy z nich jest ofiarą wojny z nielegalną imigracją – wojny rozpoczętej nie przez Donalda Trumpa, lecz trwającej już wiele lat. Jednak dopiero obecna administracja zaczęła prowadzić ją z bezwzględnością dorównującej tej, z jaką zwalcza się terroryzm. Innymi słowy, od zeszłego roku prawa człowieka przestały dotyczyć nielegalnych imigrantów.

Podobne wątpliwości nasuwa budowa morskiej zapory, za pomocą której Izrael chce powstrzymać zamachowców z Hamasu. Zapora ze zbrojonego betonu i drutu kolczastego składa się z trzech poziomów, w tym jednego podwodnego, i ma zostać ukończona w ciągu najbliższego pół roku. Zdaniem Avigdora Libermana, izraelskiego ministra obrony, jest to „jedyna tego typu budowla na świecie, która skutecznie powstrzyma infiltrację Izraela drogą morską”.

Z punktu widzenia Libermana i całego rządu wszystko wygląda w porządku. W końcu bezpieczeństwo obywateli jest najważniejsze, co udowadniano przez ostatnich kilka tygodni, kiedy na granicy ze Strefą Gazy izraelscy żołnierze zabili ponad 118 Palestyńczyków. Kolejny mur – morski – może pochłonąć jeszcze więcej istnień ludzkich. Już teraz Strefa Gazy znajduje się na skraju gospodarczego i humanitarnego kryzysu, zaś zamknięcie drogi morskiej – jedynego okna na świat – niechybnie doprowadzi do jej całkowitego upadku.

Tyle prawa człowieka. Stłoczenie niemal 2 mln Palestyńczyków w ogrodzonym murem i zasiekami rezerwacie o powierzchni 365 km2 samo w sobie stanowiło ich pogwałcenie. A był to tylko wstęp. Zgodnie bowiem z porozumieniem z Oslo z 1993 r. Izrael został zobligowany do udostępnienia dla palestyńskich rybaków pasa morza szerokości 20 mil morskich. Jednak rząd w Tel Awiwie nigdy z tego zobowiązania się nie wywiązał. Nieoficjalnie, maksymalny zasięg wyznaczono na 12 mil morskich, a nawet i to bywało ograniczane do zaledwie jednej mili – w zależności od humoru izraelskich władz. Wzniesienie morskiej zapory niemal całkowicie uniemożliwi Palestyńczykom połowy.

Czy możemy deptać prawa człowieka innych, aby nasze zostały zachowane? Sprawa dzieci nielegalnych imigrantów w Stanach Zjednoczonych i budowa morskiej zapory przez Izrael pokazują, że nie mamy z tym problemu. Dla zachowania bezpieczeństwa, nawet pozornego, jesteśmy gotowi ponieść wysoką ceną, zwłaszcza, gdy póki co płacą ją inni. Jednak przyjdzie czas, kiedy to nam wystawią rachunek. Wówczas zrozumiemy, że poświęciliśmy tak wiele swobód nie dla naszego bezpieczeństwa, lecz wyłącznie dla bezpieczeństwa rządzących.

Będzie wojna?

Izraelskie samoloty zbombardowały trzydzieści celów na terenie Strefy Gazy. Wojsko w oficjalnym komunikacie poinformowało, że jest to odpowiedź na atak moździerzowy z tego obszaru, największy od 2014 r.

 

Organizacje Islamski Dżihad oraz Brygady al-Kassama (zbrojne skrzydło Hamasu) oświadczyły, że biorą wspólną odpowiedzialność za „uderzenie na pozycje wojskowe i na syjonistyczne osiedla sąsiadujące ze Strefą Gazy”. Islamski Dżihad zapowiadał wcześniej odwet za krwawe rozpędzenie manifestacji Palestyńczyków w ramach Wielkiego Marszu Powrotu. Podczas pacyfikacji zginęło 116 osób, w tym kobiet i dzieci, większość – od kul izraelskich snajperów.

Izrael zbombardował dziś 30 celów związanych ze zbrojnymi ugrupowaniami palestyńskimi, w tym budowany przez bojowników Hamasu tunel. Nie ma jeszcze informacji o tym, czy ktokolwiek z cywilów został zabity lub ranny. Wiadomo natomiast, że setki mieszkańców enklawy zostało całkowicie odciętych od elektryczności.

Większość z 25 pocisków wystrzelonych ze Strefy Gazy zostało przechwyconych przez system Żelazna Kopuła bądź spadła na tereny niezagospodarowane.

Izraelski minister wywiadu Israel Katz stwierdził, że od czasu bombardowania Gazy w 2014 r. jeszcze nigdy kraj nie był tak blisko wybuchu otwartej wojny. – Jeśli ostrzały nie ustaną, będziemy zmuszeni do eskalacji naszej odpowiedzi, a to doprowadzi do pogorszenia sytuacji – powiedział w wojskowym radiu. Przedstawiciele Islamskiego Dżihadu w odpowiedzi oznajmili, że zachowają spokój, jeśli Izrael zaprzestanie stosowania agresji wobec Palestyńczyków z Gazy, zaś rzecznik Hamasu stwierdził, że ostrzał południowego Izraela był „naturalną odpowiedzią na zbrodnie” popełnione na Palestyńczykach.

Ze Strefy Gazy wypłynęła łódź, na której poza odciętą od świata enklawę zamierzała wydostać się grupa rannych i chorych, którzy w szpitalach w zrujnowanej Gazie nie mają szans na właściwe leczenie. Została otoczona przez izraelskie okręty i zatrzymana, a następnie skierowana do portu w Aszdod. Osoby płynące łodzią zmuszono do powrotu.
Stany Zjednoczone zażądały, w związku z rozwojem sytuacji w Izraelu, zwołania nadzwyczajnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Nie Żydzi, nie Arabowie

Czy są tak samo miłosierni jak 2000 lat temu? Co odróżnia ich od Żydów, skoro jedni i drudzy uznają Pięcioksiąg Mojżeszowy za świętą księgę?

 

Społeczność biblijnych Samarytan żyje do dziś na Górze Gerizim, którą uznaje za święte miejsce.

Obecnie na świecie żyje ok. 800 Samarytan, cześć na Górze Gerizim, nieopodal miasta Nablus w Palestynie, cześć w dystrykcie Holon w Tel Awiw, w Izraelu.

Jak sami twierdzą, ich historia liczy ponad 3600 lat, są pierwszymi ludźmi, którzy pojawili się w mieście Nablus w Palestynie tysiące lat temu.

Samarytanie posiadają 3 obywatelstwa: izraelskie, palestyńskie i jordańskie, co ułatwia podróżowanie, ale powoduje konsternacje co do ich statusu: są żydami czy muzułmanami? Palestyńczykami czy Izraelczykami? Świętują sabat i święto paschy, śpiewają w starożytnym hebrajskim ich dieta jest koszerna, ale nie są Żydami. Porozumiewają się w jęz. arabskim, mieszkają w Palestynie, studiują na palestyńskich uczelniach, ale nie są muzułmanami. Samarytanie to odrębna sekta, która kultywuje swoje wierzenia i zwyczaje od tysięcy lat. Twierdzą, że są częścią dwóch narodów.

Wierzenia Samarytan obejmują wiarę w jednego Boga, Proroka Mojżesza, Pięcioksiąg jako Świętą Księgę, dzień sądu ostatecznego. Wierzą, iż Góra Gerizim w Palestynie jest świętym miejscem. Właśnie tam znajduje się główny ośrodek ich życia i muzeum Samarytan, w którym odwiedzający mogą na własne oczy przekonać się jak wygląda ta społeczność.

Sami o sobie żartują, że są najbardziej znani na świecie, jednak nikt o nich nic nie wie.

Samarytanie opowiadali o sobie w Warszawie 28 i 29 maja 2018r. w Collegium Civitas i Uniwersytecie Warszawskim.

Zapora na Morzu Śródziemnym

Da się jeszcze bardziej odgrodzić od świata Strefę Gazy? Da się. Izrael 27 maja ogłosił, że zaczął budować podwodną barierę wzdłuż swojej morskiej granicy. Ma być gotowa pod koniec roku. Palestyńczycy postanowili w pokojowy sposób oprotestować blokadę.

 

– Rozpoczęliśmy budowę jedynej w swoim rodzaju na świecie morskiej bariery. Uniemożliwi ona infiltrację Izraela od strony morza. Bariera ograniczy znacznie możliwości strategiczne Hamasu – oświadczył dwa dni temu Avigdor Lieberman.

Nie jest to pomysł nowy, Izrael przymierzał się do budowy zapory już w 2014 – wówczas na terytorium położonego niedaleko morza i Strefy Gazy kibucu Zikim przedostało się pięciu uzbrojonych nurków z Hamasu.

Izraelczycy twierdzą, że od tego czasu Hamas nauczył się wykorzystywać drogę morską w organizacji zamachów i uformował morskie jednostki, które dziś liczą 1,5 tys. żołnierzy.

Minister obrony Izraela odmówił jednak ujawnienia długości i głębokości budowanego morskiego muru. Wiadomo, że ma on stanowić falochron z kamienia z zasiekami z drutu kolczastego. Teoretycznie budowa ma zostać ukończona do końca roku – ale w ostatnią niedzielę protestujący przeciwko okupacji Strefy Gazy Palestyńczycy zapowiedzieli, że dziś wypuszczą w morze dwa swoje statki, aby wymóc przerwanie prac.

Jak podaje Middle East Eye, nie będą przewozić uzbrojonych żołnierzy, lecz ludzi potrzebujących specjalistycznej opieki medycznej, której nie nie są w stanie otrzymać na miejscu. Ma to być sygnał dla świata, by wziął odpowiedzialność za totalne odcięcie Palestyny od cywilizacji. Organizatorzy protestu nie chcą zdradzić, do jakiego kraju popłyną łodzie z potrzebującymi. Wiadomo natomiast, że drogę torować im będzie flota z Danii. Samą akcję również trzymano w tajemnicy do ostatniej chwili, aby izraelskie służby nie udaremniły przygotowań.

– Zdecydowałem się wypłynąć, aby kontynuować leczenie za granicą, skoro nie mogę leczyć się w domu – powiedział mediom Mohammed Abu Eida, Palestyńczyk, który zgłosił się do akcji. To jeden z protestujących, raniony przez izraelskich żołnierzy podczas ostatnich demonstracji. – W Strefie Gazy brakuje specjalistycznej opieki medycznej, nie ma elektryczności, woda jest zanieczyszczona, ubóstwo kwitnie, a bezrobocie jest kosmiczne. Prawie 2 miliony ludzi żyją w warunkach urągających ludzkiej godności. Niech Izrael w końcu zrozumie, że my po prostu domagamy się godnego życia.

Data wypuszczenia statków nie jest przypadkowa. 29 maja 2010 roku izraelski okręt ostrzelał i zatopił turecki statek płynący z pomocą humanitarną dla Gazy. Zginęło wówczas 9 obywateli Turcji.

Głos prawicy

Powrót Azari

„Do Rzeczy” znów żyje konfliktem Polska-Izrael:
Ambasador Izraela w Polsce Anna Azari przyznała, że kryzys w relacjach polsko-izraelskich „wypuścił demony, i to nie tylko w Polsce”. Jednym ze skutków kryzysu dyplomatycznego jest również narastający antypolonizm części środowisk żydowskich.
Azari przyznała, że w izraelskiej prasie znajdziemy zarówno dobre jak i złe opinie dotyczące Polski. – Ten kryzys wypuścił demony, i to nie tylko w Polsce. Trzeba pracować nad tym, żeby było mniej antysemityzmu, ale również mniej antypolonizmu – apelowała w programie Onet Rano.
Ambasador przyznała, że antypolonizm występuje nie tylko w Izraelu, ale również w kręgach żydowskich poza Izraelem.
Jej zdaniem źródłem obecnego kryzysu między dwoma państwami jest nowelizacja ustawy o IPN. – O tej ustawie już słuchać nie mogę – przyznała w rozmowie z Bartoszem Węglarczykiem.
Azari podkreśliła jednak, że „relacje bazowe” pozostają niezachwiane. – Nasze relacje to jeszcze nie jest „śmietnik” – mówiła, dodając, że o ile sama ustawa była „emocjonalna” i ważna, to jednak nie zmieniła samej istoty relacji między Polską a Izraelem.

Prześladowani chrześcijanie od Rydzyka

A u ojca Rydzyka trwa ciekawa konferencja… (relacja Radia Maryja):
W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu trwa dwudniowa konferencja pt. „Problemy współczesnej polityki: prześladowania religijne, konflikty etniczne i zbrojne w XXI w.”.
Do prześladowań chrześcijan dochodzi w wielu zakątkach świata. Według danych Międzynarodowego Dzieła Chrześcijańskiego „Open Doors”, w 2016 i 2017 r. ponad 200 mln chrześcijan cierpiało z powodu prześladowania w 50 krajach świata.
Cierpienia chrześcijan to temat bardzo ważny, ale często przemilczany – mówi rektor WSKSiM o. dr Zdzisław Klafka CSsR.
– Pragniemy podjąć się tego ważnego tematu, ponieważ nie uświadamiamy sobie, jak dzisiaj cierpią chrześcijanie. A świat milczy, świat jest obojętny. Europa zajmuje się sprawami związanym z ekologią, ochroną zwierząt, roślin, a niestety (…) nie chce usłyszeć tego krzyku mordowanych dzisiaj chrześcijan. Jest około 100 mln prześladowanych ludzi rocznie, w tym trzy czwarte to są chrześcijanie – wskazuje o. dr Zdzisław Klafka CSsR.
Dlatego – jak dodaje rektor toruńskiej uczelni – nie możemy być obojętni wobec tak wielkiego cierpienia.
Referaty wygłaszają dziś: minister Beata Kempa odpowiedzialna za pomoc humanitarną; ks. prof. Waldemar Cisło z polskiej sekcji Pomocy Kościołowi w Potrzebie; prof. Piotr Grochmalski z Instytutu Studiów Strategicznych Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie, a także prof. Christian Esguerra z Filipin.
„Polska pomoc humanitarna dla ofiar konfliktów zbrojnych w Syrii i Iraku” to temat referatu, który wygłosiła minister ds. pomocy humanitarnej Beata Kempa. Jak podkreślała, chrześcijanie z Bliskiego Wschodu potrzebują „wsparcia i jedności, żeby zachować swoje dziedzictwo kulturowe i pozostać na zamieszkiwanych od lat terenach”
– To jest ważne stwierdzenie. Kiedy były pierwsze symptomy, pierwsze uderzenie wojny, to z odruchu serca mówiliśmy od razu, żeby sprowadzić do Polski chrześcijan. Jesteśmy przecież chrześcijańskim krajem i możemy im pomóc. Natychmiast nastąpiła jednak refleksja dotycząca tego, dlaczego oni mają opuszczać miejsca, gdzie się wychowali i byli fantastycznie wtopieni w mozaikę kulturową. Przecież tak naprawdę w ten sposób dobrymi chęciami byśmy chrześcijaństwo zwijali, a nie rozwijali. Natychmiast przyszła refleksja, że naszym zadaniem jako chrześcijan jest pomagać tam na miejscu. Nie tylko chrześcijanom, ale wszystkim tym, którzy tej pomocy od nas oczekują” – zauważyła minister Kempa.
Polityk zwróciła też uwagę na działania polskiego rządu, który w ostatnich latach wzmacnia system pomocy humanitarnej poprzez realizowanie działań o charakterze dwustronnym i wielostronnym.

Podążający śladem Trumpa

W poniedziałek 21 maja ambasada Paragwaju została oficjalnie przeniesiona do Jerozolimy. Paragwaj jest trzecim po USA i Gwatemali krajem, który przeniósł tam swoją ambasadę.

 

W inauguracyjnej ceremonii wziął udział urzędujący prezydent Paragwaju Horacio Cartes (pełni tę funkcję do momentu objęcia urzędu prezydenckiego przez Mario Abdo Beniteza wybranego w wyborach powszechnych 22 kwietnia) oraz premier Izraela Binjamin Netanyahu. Podczas ceremonii obydwaj politycy nie szczędzili sobie pompatycznych duserów. – Jest to historyczny dzień, który umacnia więzi między Paragwajem i Izraelem – perorował paragwajski prezydent dodając, że jest to wielki dzień zarówno dla Izraela, jak i dla Paragwaju oraz dla przyjaźni obu krajów. W równie pompatyczny sposób zrewanżował mu się Netanyahu mówiąc, iż decyzja Paragwaju to „nie tylko poparcie dla naszego rządu, lecz także wyraz głębokiej wdzięczności dla narodu Izraela”. Jak można było oczekiwać, decyzja Paragwaju spotkała się z ostrą krytyką ze strony palestyńskiej. Jak oświadczyła Hanan Aszraui, jedna z czołowych postaci w Organizacji Wyzwolenia Palestyny, „podejmując tak prowokacyjne i nieodpowiedzialne działania będące w wyraźnej sprzeczności z prawem międzynarodowym i konsensusem Paragwaj konspiruje ze Stanami Zjednoczonymi i Gwatemalą aby umocnić wojskową okupację i przypieczętować los okupowanej Jerozolimy”.

Przypomnijmy, że 21 grudnia 2017 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło przygniatającą większością głosów rezolucję określającą amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela za nieważną i nie mającą mocy prawnej. Przeciwko rezolucji głosowało oprócz USA i Izraela jeszcze siedem państw w tym Gwatemala. Paragwaj natomiast wstrzymał się od głosu, podobnie jak jeszcze 34 kraje łącznie z Polską. Za rezolucją zagłosowały za to czołowe państwa europejskie, jak RFN, Francja, Wielka Brytania czy Hiszpania.

Wśród państw, które wstrzymały się od głosu była również Rumunia. Jednak ostatnio w Bukareszcie zapowiedziano podjęcie kroków mających na celu przeniesienie ambasady do Jerozolimy. Publicznie poinformował o tym w końcu kwietnia nie pełniący co prawda żadnych funkcji państwowych, lecz sprawujący faktyczną władzę lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea. Oświadczył za pośrednictwem telewizji, że rząd już wszczął procedurę przemieszczenia ambasady. Uzasadniając taką decyzję Dragnea powoływał się zarówno na „szczególne symboliczne wartości”, jak i na względy praktyczne. Jak podkreślił, Izrael posiada duże wpływy międzynarodowe co „przyniesie Rumunii wielkie korzyści”. Argumentował też, że „podobnie jak wszyscy Izrael ma prawo ustanawiania sobie stolicy gdzie chce” nie dodając, że status Jerozolimy jest przypadkiem szczególnym.

Na decyzję o przeniesieniu ambasady musi jeszcze wyrazić prezydent Klaus Iohannis, który jednak odnosi się do niej sceptycznie. Oświadczył, że w tej kwestii nie był informowany ani konsultowany i wezwał rząd oraz czołowe siły polityczne do „wykazania się odpowiedzialnością i wnikliwym podejściem do najważniejszych decyzji w obszarze polityki zagranicznej mających strategiczne następstwa dotyczące również bezpieczeństwa państwa”.

W Izraelu spekuluje się, że do Stanów Zjednoczonych, Gwatemali i Paragwaju dołączy jeszcze klika innych państw, wśród których wymieniane są Czechy, gdzie prezydent Miloš Zeman znany jest ze swoich proizraelskich sympatii. Już następnego dnia po decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy zaproponował, aby „wcześniej czy później” uczyniły to również Czechy dodając, że taki pomysł miał już przed czterema laty. Natrafił jednak na opór ze strony rządu. Premier Andrej Babiš zakomunikował, że rząd nie ma takiego zamiaru argumentując, że amerykański prezydent podjął nietrafną decyzję o czym świadczą światowe reakcje.

70 lat czystki

„Jeśli nie chcecie Nakby, nieuniknionej eksterminacji, poddajcie się” – w lipcu 1948 r. takimi ulotkami po arabsku armia izraelska zasypała Al-Tirę pod Hajfą, miejscowość, która opierała się okupacji. Słowo „nakba” („katastrofa”), które dla Palestyńczyków od dziesięcioleci oznacza utratę kraju i wygnanie, było więc pierwszy raz użyte przez Izraelczyków, zanim stało się rodzajem skrótu palestyńskiego losu, upamiętnianym każdego 15 maja. Dla Palestyńczyków zresztą Nakba się nie skończyła, trwa nieprzerwanie tak samo, jak ich bezsilny protest.

„Oni mają drony, a my latawce!” – krzyk chłopca ze Strefy Gazy dumnie niosącego swój latawiec w kolorach narodowej flagi podczas piątkowej manifestacji Marszu Powrotu nie mógł oczywiście zaistnieć 70 lat temu, ale może ilustrować nie tylko dzisiejszy stosunek sił i możliwości między Żydami a Palestyńczykami, ale również ten z 1948 r. Oto miejscowy rolno-pasterski lud, z bardzo wówczas cienką warstwą burżuazji i inteligencji, został usunięty ze swego kraju przez kolonizatorów – miejskich Europejczyków, nieporównanie lepiej zorganizowanych i uzbrojonych.
Mitotwórcza siła bardzo konsekwentnej polityki historycznej Izraela sprawiła, że wypadki sprzed 70 lat postrzega się na ogół jak przedłużenie biblijnej legendy o Dawidzie i Goliacie, w której mały żydowski Dawid zwycięża przeważające wojska Goliata – państw arabskich, by obronić się przed „zepchnięciem do morza” i ustanowić własne państwo kolonialne. W tej bajecznej wersji Nakba to palestyńska katastrofa „na własne życzenie”, a wygnanie było wręcz „dobrowolne”. Negacjonizm wobec izraelskich zbrodni przeważa, mimo olbrzymiej pracy tzw. nowych historyków z Izraela od lat 80. ubiegłego wieku, także syjonistycznych, ale i wielu innych, którzy mimo trudności, pochylili się nad tą tragedią bez końca.

Wielka Rewolta

„Jeden naród obiecał uroczyście drugiemu terytorium trzeciego” – pisał Arthur Koestler o brytyjskiej deklaracji Balfoura z 1917 r. „ofiarującej” Palestynę Żydom. Projekt polityczny, który dodał rozpędu żydowskiej kolonizacji, od początku wywoływał lokalny opór, łamany represjami bądź fałszywymi obietnicami Brytyjczyków. Jego kulminacją była Wielka Rewolta palestyńska z lat 1936-1939, bez której trudno zrozumieć historię Nakby. Jednak powstanie przeciw brytyjskim i żydowskim kolonizatorom z aspiracją do narodowej niepodległości nie mogło się powieść, mimo początkowych sukcesów. W 1937 r. ruch syjonistyczny przygotował tzw. plan A, tj. plan podboju Palestyny na wypadek wycofania wojsk brytyjskich, a po nim przyszły plany B i C, które nie były alternatywami, lecz rozwinięciami pierwszego.
W 1938 r. Brytyjczycy ściągnęli swe oddziały kolonialne z innych części świata, by zdusić palestyńskie powstanie. Wkrótce zbudowano 14 wielkich obozów więziennych, w których osadzono ponad 50 tys. ludzi. Brytyjskie prawo kolonialne, zachowane później przez Izrael, przewidywało wysadzanie w powietrze domów członków ruchu oporu – tylko między majem a wrześniem 1938 r. naliczono co najmniej 5 tys. takich zniszczeń. Seryjne pacyfikacje, tysiące zabitych (samych powieszonych 4 tys.), rannych, wygnanych. Jeden z ocalałych przywódców Rewolty, mufti Jerozolimy (Al-Kuds) Amin al-Husajni, beznadziejnie izolowany, próbował szukać później sojuszników przeciw Anglikom nawet w III Rzeszy, co do dziś wykorzystuje izraelska polityka historyczna. Klęska powstania sprawiła, że Palestyńczycy wkraczali w czas międzynarodowych decyzji rozbici i sterroryzowani. Pojawił się też w końcu żydowski plan D.

W imię Boga i cywilizacji

Zanim w marcu 1948 r. dowództwo Hagany – zbrojnego ramienia syjonistów – z Dawidem Ben Gurionem, dwa miesiące później pierwszym premierem Izraela, zatwierdzili plan D („Dalet”), czyli projekt działań systematycznego i całkowitego „oczyszczenia” Palestyny z Palestyńczyków, doszło do wielu determinujących przyszłość wydarzeń.
W maju 1942 r. w Nowym Jorku odbył się kongres delegatów syjonistycznych kierowanych przez Chaima Weizmanna i Ben Guriona z 600-osobowym przedstawicielstwem żydowskiej społeczności amerykańskiej. „Patrzmy w kierunku Ameryki” – przekonywał Ben Gurion, trafnie przewidując powojenną supremację tego imperium. Oprócz względów geostrategicznych, pomogła fabrykacja mitu założycielskiego: czyż żydowscy kolonizatorzy nie są jak purytańscy Amerykanie romantycznie zdobywający ziemię „dzikich” w imię Boga i cywilizacji? Stany Zjednoczone były pierwszym państwem, które uznało Izrael proklamowany w Tel-Awiwie 14 maja 1948 r.
Po zakończeniu II wojny wezbrała fala żydowskiego terroryzmu skierowanego przeciw Brytyjczykom i Palestyńczykom, ze słynnym apogeum: wysadzeniem w powietrze siedziby brytyjskich władz mandatowych w jerozolimskim hotelu King David (91 zabitych), w lipcu 1946. Londyn postanowił umyć ręce, przekazał kwestię Palestyny do ONZ. W listopadzie 1947 r. przy sprzeciwie państw arabskich Narody Zjednoczone postanowiły podzielić kraj. Miał być to rodzaj odszkodowania za Zagładę Żydów w Europie w czasie wojny. Tyle, że zapłacili Palestyńczycy, choć większość z nich nic o zbrodniach na Żydach na Starym Kontynencie nawet nie wiedziała.
Nagle w ich kraju miało powstać obce państwo. I ani przez chwilę ten projekt nie był zagrożony. Miejscowi nie mieli siły.

Jedyna racja

Benny Morris, pierwszy syjonistyczny historyk, który mówił o planie D i czystce etnicznej, usprawiedliwia ją całkiem prosto: „Państwo żydowskie nie mogłoby powstać bez wykorzenienia 750 tys. Palestyńczyków. W konsekwencji to wykorzenienie było koniecznością. Nie było innego wyboru jak wyrzucić tę populację.”
Izrael miał być homogeniczny narodowościowo. Od jesieni 1947 do ogłoszenia powstania Izraela w maju 1948 r. działał plan C: „Likwidować liderów politycznych, agitatorów i ich wsparcie finansowe, niszczyć transport i środki przeżycia (studnie, młyny, itd.)”. Operacja korzystała z danych zbieranych przez Żydowski Fundusz Narodowy od lat 30. Były to plany wsi i miasteczek, zdjęcia, analizy socjologiczne, liczby mieszkańców, nazwiska liderów społeczności… W tej fazie zniszczono 200 miejscowości i zmuszono siłą do ucieczki ćwierć miliona ludzi.
Po przyjęciu przez władze syjonistyczne planu D, 4 kwietnia 1948 r. Hagana i inne zbrojne ugrupowania żydowskie przeszły do jego realizacji, atakując terytoria, które oenzetowski plan podziału przyznawał Palestyńczykom. Kilka dni później oddziały Irgunu późniejszego premiera Menahema Begina wyrżnęły wszystkich 254 mieszkańców (w tym ponad 90 kobiet i dzieci) wsi Deir Jassin rozpoczynając falę terroru, której 1600 regularnych żołnierzy palestyńskich nie mogło się przeciwstawić. Deir Jassin stało się symbolem, choć nie była to wcale największa masakra cywilów. Jednak wieść o niej sparaliżowała wtedy setki tysięcy ludzi.

Zepchnięcie do morza

W dzień po izraelskiej deklaracji niepodległości, 15 maja tego roku, wojska ościennych państw arabskich ruszyły na pomoc Palestyńczykom. Było ich razem niecałe 14 tys., podczas gdy w tym momencie armia izraelska liczyła 45 tys. ludzi, a po kilku miesiącach ponad 120 tys.. Wynik tej konfrontacji był do przewidzenia. Dziesiątki tysięcy cywilów z nadmorskich miast palestyńskich, jak Jaffa, czy Hajfa, w obawie przed eksterminacją wsiadało do łodzi płynących do Libanu i Strefy Gazy, inni uciekali na Zachodni Brzeg, do Jordanii i Syrii, gdzie powstawały olbrzymie namiotowe obozy uchodźców. „Oczyszczenie Palestyny pozostaje pierwszym celem planu Dalet” – notował w swym dzienniku Ben Gurion.
Niszczenie setek miejscowości, masakry i zbiorowe nakazy opuszczenia kraju próbował spowolnić Folke Bernadotte, mediator ONZ, który już w sierpniu zaczął domagać się prawa powrotu uchodźców do swych domów. Chciał ratować Palestyńczyków, jak ratował Żydów, gdy stał na czele szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Jednak już wtedy „prawo powrotu”, którego dziś domagają się uchodźcy i ich potomkowie zamknięci w Strefie Gazy, było niewykonalne: Bernadotte we wrześniu 1948 r. został zamordowany przez terrorystyczną organizację Lechi, ludzi późniejszego premiera Izraela Icchaka Szamira. Została po nim rezolucja ONZ nr 194, która nakazuje prawo powrotu Palestyńczyków. Nigdy jej nie wykonano.
W 1951 r. Sąd Najwyższy Izraela przyznał to prawo mieszkańcom dwóch miejscowości – Ikrit i Birim, lecz mieszkańcy sąsiedniego kibucu Lahawot Hawiwa wysadzili wszystkie domy w powietrze. Odtąd żadna podobna decyzja izraelskiego wymiaru sprawiedliwości nie zapadła. W rękach palestyńskich właścicieli zostały klucze do nieistniejących drzwi. To jest Nakba.

Kule i latawce

Porównanie działania kuli zwykłej i eksplodującej. Lekarze bez Granic
Dziś 83 proc. Izraelczyków „w pełni” popiera strzelanie do manifestantów z Gazy, mówią sondaże. W końcu nie są tacy bezbronni. Po pierwszej masakrze z obecnego cyklu (30 marca) zaczęli palić opony, by dym utrudnił celowanie szeregom snajperów usadowionych na wyżynie bariery granicznej. Niektórzy rzucają kamienie, mają proce i latawce z płonącymi ogonami. Ale snajperom nie mogą zrobić nic.
Ich Marsz Powrotu do Palestyny z 1948 r. zatrzymuje się, w najlepszym wypadku, w szpitalach Gazy, gdzie prowadzi się seryjne amputacje. Izraelscy snajperzy używają pocisków typu dum-dum, eksplodujących, zakazanych przez prawo międzynarodowe, przeznaczonych do polowań, z czym zresztą walczą organizacje ochrony zwierząt. Takie pociski gruchoczą kości w drobny mak, zostawiając na wylocie dziury wielkości 20 cm. Żadne alarmy Lekarzy bez Granic, czy innych organizacji, nie są w stanie tego powstrzymać.
W światowych i krajowych mediach można przeczytać o „starciach”. Używa się też innych słów sugerujących równorzędne siły. Uwarunkowania historyczno-polityczno-medialne w świecie zachodnim sankcjonują to kłamstwo, bo pozostaje skuteczne od dziesięcioleci. Historia, która rozgrywa się przed naszymi oczami jest stara, dla wielu wręcz nudna. Skolonizowany lud próbuje bronić się przed kolonizatorem i jest bezkarnie masakrowany, jak w XIX w., jak wcześniej i później. W listopadzie 1948 r. Aharon Tzizling, izraelski minister rolnictwa, po kolejnej masakrze całej palestyńskiej wsi (Al-Dawaimeh pod Hebronem) mówił na radzie ministrów: „Nie mogłem spać w nocy. To, co się dzieje rani moją duszę, mojej rodziny, nas wszystkich (…). Żydzi teraz zachowują się jak naziści i całe moje jestestwo jest wstrząśnięte.” Tacy ludzie należeli i należą w Izraelu do niewielkiej mniejszości, bo czarodziejstwo języka nacjonalistycznej, rasistowskiej propagandy pozwala im spokojnie spać. I nic się nie zmieni, dopóki tak będzie.