Upadek wizerunku

Za prezydentury Donalda Trumpa wizerunek Stanów Zjednoczonych na całym świecie sięgnął historycznego dna. To wnioski płynące z wyników sondażu, jaki przeprowadzono w 25 krajach. Takie są skutki polityki wojny, arogancji i izolacji.

 

Sondażownia Paw Research Center przeprowadziła badanie, z którego jasno wynika, że USA są postrzegane na świecie coraz gorzej. Największe spadki zaufania do Stanów Zjednoczonych – w porównaniu z kadencją Baracka Obamy – dokonały się w krajach z nimi sąsiadujących. Meksykanie dobrze wiedzą, że prezydent Trump skłonny jest o upadek USA obarczać ich rodaków jadących tam za chlebem. Znają jego zapowiedź wybudowania muru na granicy z Meksykiem, by powstrzymać napływ imigrantów. Nic zatem dziwnego, że w kraju tym poziom zaufania do USA spadł o ponad połowę: z 66 proc. do 32 proc. W Kanadzie spadek okazał się podobny. Ufność wobec Stanów deklaruje 39 proc. Kanadyjczyków, co oznacza wynik znacznie gorszy niż 65 proc. z okresu pod koniec prezydentury Obamy. Nazwanie premiera Justina Trudeau “słabeuszem” przez Trumpa miało w tym zapewne jakiś udział.

Mimo wielkich demonstracji przeciwko Trumpowi, jakie odbyły się w Londynie, Brytyjczycy nadal są Stanom Zjednoczonym względnie przychylni, bo pozytywnie je ocenia aż 50 proc. mieszkańców UK. Tak czy inaczej, tam też nastąpił spadek – o 11 pkt. Państwa Europy Zachodniej są generalnie nieprzychylne Ameryce. Pozytywnie ocenia USA 38 proc. Francuzów, 30 proc. Niemców i 42 proc. Hiszpanów. Z krajów skandynawskich najlepiej Amerykanów postrzega Szwecja (44 proc.). Niekwestionowanym liderem uwielbienia dla USA w Europie jest oczywiście Polska z 70 proc. głosów na “tak”.

Światowymi rekordzistami pozytywnego stosunku do Stanów są niezmiennie Izrael (83 proc.) i Korea Południowa (80 proc.). Są jedynie trzy państwa, gdzie nastąpił wzrost zaufania do USA od czasu, gdy w Białym Domu zamieszkał Trump: Izrael, Rosja i Kenia. W przypadku Rosji jednak dokonał się poważny spadek w ciągu ostatniego roku. W 2017 r. USA zyskało pochlebne oceny aż 41 proc. Rosjan. Dzisiaj jest to już tylko 26 proc.

Jeszcze gorsze oceny niż Stany Zjednoczone zbiera na świecie sam prezydent USA. Wizerunek Donalda Trumpa ma się najgorzej w krajach Europy Zachodniej. To wręcz dramat: UK – 28 proc. ocen pozytywnych, Niemcy – 10 proc., Francja – 9 proc., Hiszpania 7 proc. Ogólnoświatowa ocena prezydenta USA (27 proc.) sytuuje go na gorszej pozycji od Władimira Putina (30 proc.), ale lepszej niż prezydenta Chin Xi Jin Pinga (24 proc.)

Globalna ocena USA przedstawia się źle na wielu wymiarach. Np. obecnie jedynie 51 proc. respondentów z 25 państw uważa, że w Stanach respektuje się wolności obywatelskie. Oznacza to spadek. Co jednak ciekawe, w wielu krajach, zwłaszcza europejskich wiara w to zaczęła się poważnie załamywać jeszcze za kadencji Obamy, po 2013 r. Tendencja ta wystąpiła nawet w Polsce.

Aż 70 proc. pytanych odpowiedziało, że Ameryka nie bierze w swej polityce pod uwagę interesu innych państw. Co znamienne, jednym z nielicznych państw gdzie nastąpił w ciągu ostatniego roku wzrost wiary w to jest Polska (38 proc., +4 pkt). Badanie wykonano oczywiście jeszcze przed niedawną kompromitującą wizytą prezydenta Dudy u Trumpa. Największy wzrost wiary w to, że USA respektują dobro innych krajów nastąpił w Izraelu (86 proc., +17 pkt).

Ofiary na granicy

Od początku „Wielkiego Marszu Powrotu”, który Palestyńczycy rozpoczęli 30 marca, w starciach z izraelskim wojskiem śmierć poniosło już 150 osób. Zaledwie w ubiegły piątek, 28 września, podczas przygranicznych demonstracji zginęło siedem osób, zaś ponad dwieście zostało rannych. „To zbrodnia wojenna” – ocenia ONZ.

 

„Zabitych siedmiu demonstrantów oraz dwieście osób rannych w miniony piątek w Gazie pokazuje, że izraelskie siły bezpieczeństwa zupełnie lekceważą międzynarodową krytykę, która na nie spadła za użycie broni palnej przeciwko palestyńskim demonstrantom” – powiedział specjalny wysłannik ONZ Michael Lynk. Podkreślił zarazem, że ofiary „nie stwarzały widocznego zagrożenia” dla izraelskiego wojska.

Wśród zabitych 28 września znalazła się dwójka chłopców w wieku 11 i 14 lat. Podobnie jak pozostali, przyszli oni nad granicę z Izraelem, aby zaprotestować przeciwko pogarszającym się warunkom życia w okupowanych terytoriach. Izraelska blokada, a także niepewna sytuacja polityczna w samej Palestynie, doprowadziły do gwałtownego wzrostu bezrobocia, które obecnie zbliżyło się do 44 proc. W rezultacie, podstawowym źródłem utrzymania dla ponad dwóch trzecich populacji Strefy Gazy jest pomoc humanitarna. Z kolei malejące wsparcie międzynarodowe, zwłaszcza zaś cofnięcie funduszy przez administrację Donalda Trumpa, sprawiło, że tysiące urzędników od miesięcy nie otrzymuje wynagrodzenia.

Podczas piątkowej demonstracji po raz kolejny upamiętniono także 70. rocznicę Nakby, czyli „wielkiej katastrofy”, jak Palestyńczycy określają wypędzenie 300 tys. rodaków w 1948 r. Masowe i brutalne wysiedlenia dotychczasowych mieszkańców dały początek powstaniu niepodległego Izraela. Zaledwie rok po tych wydarzeniach ONZ szacowała liczbę palestyńskich uchodźców na ponad 700 tys. Zgodnie z prawem międzynarodowym, status uchodźcy jest dziedziczony.

Przygraniczne protesty, które odbywają się od końca marca, są brutalnie tłumione przez siły izraelskie. Ostrożne szacunki mówią o 150 zabitych. Wśród ofiar znalazły się dzieci, a także dziennikarze. Tymczasem, mimo ponawianych apeli międzynarodowych, rząd Benjamina Netanyahu nie zamierza wycofywać się ze swojej bezkompromisowej polityki. Objawia się ona nie tylko w strzelaniu do demonstrantów, lecz także w kontynuowaniu rozbudowy osiedli, które prawo międzynarodowe uznaje za nielegalne.

Zdaniem specjalnego wysłannika ONZ, niektóre działania wojsk izraelskich ocierają się o zbrodnie wojenne. W swoim wystąpieniu 2 października, Lynk stwierdził m.in., że „międzynarodowe prawa człowieka zawierają jasne zasady, co do użycia broni przez służby bezpieczeństwa. Użycie broni przeciwko demonstrantom jest całkowicie zabronione, z wyjątkiem bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia. (…) Zabijanie lub ranienie demonstrantów – gdy warunki tego nie usprawiedliwiają – zwłaszcza w kontekście okupacji, może zostać uznane za świadome zabijanie, które jest zarówno poważnym pogwałceniem konwencji genewskich, jak i zbrodnią wojenną”.

Zdaniem ONZ, sytuacja w Gazie i na Zachodnim Brzegu staje się coraz bardziej napięta. Brutalność izraelskich wojsk, a także pogłębiająca się bieda prowadzą do radykalizacji mieszkańców okupowanych terytoriów. W poniedziałek, 1 października, UNRWA – Agenda ONZ dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie – musiała wycofać ze Strefy Gazy swoich pracowników. Bezpośrednim powodem takiej decyzji była „seria niepokojących incydentów, których bezpośrednio doświadczył nasz personel”, a które rozpoczęły się po ogłoszeniu decyzji o ograniczeniu środków pomocowych.

Jak podkreślają przedstawiciele ONZ, decyzja o wycofaniu pracowników UNRWA ma charakter tymczasowy. Nadzieja na poprawę sytuacji i powrót do normalnej pracy pojawiła się wraz z informacją o zasileniu funduszy agendy dodatkowymi 118 milionami dolarów. Suma ta jednak nie jest w stanie załatać dziury budżetowej, która powstała po wstrzymaniu 300 milionów dolarów przeznaczonych na pomoc dla Palestyńczyków przez amerykańską administrację.

Zdaniem części obserwatorów, z tygodnia na tydzień rośnie niebezpieczeństwo wybuchu nowej intifady. Za każdym razem zbrojne powstanie przeciwko Izraelowi prowadziło do pogorszenia sytuacji Palestyńczyków. Trudno oczekiwać, aby tym razem było inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że brak zdecydowanej reakcji społeczności międzynarodowej na brutalne zachowanie izraelskich sił porządkowych niechybnie doprowadzi do eskalacji konfliktu po obu stronach. Wówczas na pokojowe rozwiązania może być już za późno.

Strajk w Palestynie

W poniedziałek miliony Palestyńczyków na terytoriach okupowanych przez Izrael – w Jerozolimie (Al-Kuds) i na Zachodnim Brzegu Jordanu – oraz w zamkniętej od ponad 10 lat Strefie Gazy i w samym Izraelu uczestniczyły w strajku generalnym przeciw rasistowskiej ustawie o „żydowskim państwie narodowym” przegłosowanej w lipcu przez izraelskich nacjonalistów w Knesecie.

 

Wszystkie sklepy oprócz niektórych piekarni były zamknięte, targi i ulice są puste. Strajk objął różne aspekty życia – publiczne i prywatne zakłady pracy, urzędy, transport, z wyjątkiem służby zdrowia. Palestyńczycy zostali w domach. Po południu odbyły się manifestacje protestacyjne.

Ustawa o randze konstytucyjnej przyjęta 19 lipca przez izraelski parlament zdominowany przez nacjonalistyczne partie skrajnej prawicy potwierdza kolonialny charakter Izraela, wbrew prawu międzynarodowemu. Przyznaje prawo do samostanowienia jedynie Izraelczykom wyznania żydowskiego i proklamuje hebrajski jedynym językiem oficjalnym, mimo prawie 18 proc. palestyńskiej mniejszości w samym Izraelu.

Żaden artykuł ustawy nie wprowadza równości między obywatelami różnych wyznań, czy narodowości, ani nie mówi o demokratycznym charakterze państwa. Poza protestem przeciw oficjalnemu już traktowaniu miejscowych jako podludzi, Palestyńczycy wyrażają dziś solidarność z mieszkańcami wsi Chan al-Ahmar na okupowanym Zachodnim Brzegu, skazanej przez kolonizatorów na zniszczenie.

Dla Palestyńczyków w Izraelu 1 października to również data upamiętnienia masakry manifestacji w Galilei w 2000 r., na początku Drugiej Intifady. Izraelczycy zastrzelili wtedy 13 osób.

Lana Del Rey, Eurowizja i kulturalny bojkot Izraela

Wygląda na to, że kontrowersje, jakie latem bieżącego roku wybuchły wokół dwóch imprez kulturalnych w Niemczech, to była zaledwie rozgrzewka.

 

Najpierw odbywające się w Bochum Ruhrtriennale anulowało występ rapowego trio ze Szkocji, Young Fathers – na wieść o ich otwartym poparciu dla kampanii kulturalnego bojkotu Izraela. Izraelskie lobby w Niemczech cynicznie eksploatuje niemieckie poczucie winy związane z hitlerowską zagładą Żydów i skutecznie (z sukcesami w Bundestagu) przepycha tam narrację, że bojkot Izraela to kampania antysemicka. Dlatego takim zaskoczeniem była dla organizatorów międzynarodowa burza, jaką ta decyzja wywołała w światowym środowisku muzyków i twórców kultury. Young Fathers dostali tyle wsparcia, a na organizatorów spadły takie gromy, że ci ostatni odwołali swoją decyzję. Tym razem to Young Fathers w proteście odrzucili zaproszenie.
Wkrótce potem organizowany w Berlinie Pop-Kultur Festival spotkał się z serią anulowanych koncertów, gdy artyści dowiedzieli się, że wśród sponsorów imprezy jest ambasada Izraela – powołali się na szacunek dla palestyńskiego apelu o bojkot.

 

Kulturalny bojkot Izraela

Palestyńska Kampania na rzecz Akademickiego i Kulturalnego Bojkotu Izraela (PACBI) stanowi „branżowy”, skierowany do przedstawicieli i pracowników kultury i nauki, segment większego ruchu, jakim jest Boycott, Divestment, Sanctions, w skrócie BDS. Kampania domagająca się bojkotu, wycofania inwestycji i sankcji przeciwko Izraelowi, dopóki nie zacznie on przestrzegać prawa międzynarodowego i nie zaprzestanie rasistowskiej, kolonialnej przemocy i polityki dyskryminacji wobec Palestyńczyków. Jest ona wzorowana jest na wielkim historycznym przykładzie międzynarodowego oddolnego bojkotu reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki – bojkotu, który doprowadził do jego globalnej izolacji, pomagając w jego obaleniu.
Kampania na rzecz bojkotu kulturalnego i akademickiego zwraca uwagę na znaczenie, jakie dla propagandowych wysiłków Izraela ma udział jego twórców i instytucji w światowym, zwłaszcza zachodnim – kojarzonym z demokracją i wolnością – obiegu kulturalnym, występy międzynarodowych gwiazd, współpraca kulturalna i akademicka. Każdy występ zachodniej gwiazdy jest wykorzystywany przez izraelską dyplomację kulturalną jako wehikuł propagandowy, dowód, że Izrael wciąż jest trendy. Każdy zagraniczny występ izraelskiego teatru, każdy pokaz izraelskich filmów (szczególnym targetem są imprezy o tematyce LGBT+) jest wykorzystywany przez Izrael do normalizacji swojego wizerunku, przesłaniania przemocy, jaką Izrael stosuje u siebie i w swoim bezpośrednim sąsiedztwie.
Ponadto izraelskie instytucje i wydarzenia kulturalne opierają się na systemowej dyskryminacji Palestyńczyków, często są dla nich – jako widzów i jako twórców – w żaden sposób niedostępne, niekiedy mieszczą się nawet w nielegalnych osiedlach, z siedzibami na ziemi zagrabionej okolicznym palestyńskim chłopom. Palestyńczycy są dyskryminowani na izraelskich uniwersytetach, Izrael stosuje arbitralną przemoc wobec uniwersytetów i akademików palestyńskich, a same izraelskie uniwersytety, akademie i politechniki zaangażowane są w badania i rozwój technologii na potrzeby brutalnej izraelskiej okupacji Terytoriów Palestyńskich.

 

Sukcesy bojkotu

BDS, ruch z początku ignorowany i wyśmiewany tak przez Izrael, jak i przez jego wielkich imperialnych sojuszników, przekonanych, że mają wystarczający monopol na globalny obieg informacji, dziś jest przez rząd Binjamina Netanjahu uważany za jedno z największych egzystencjalnych zagrożeń dla Państwa Izrael. Do tego stopnia, że Netanjahu powołał osobne ministerstwo, którego główną funkcją jest walka z BDS (między innymi przez orkiestrowanie kampanii oszczerstw – spod znaku „antysemityzm wszędzie!” – pod adresem propalestyńskich działaczy na całym świecie). Jest nim orwellowskie z nazwy Ministerstwo Spraw Strategicznych. Oprócz tego, różnego rodzaju akcje w tym zakresie prowadzone są lub wspierane przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, dyplomatów w poszczególnych krajach (słynny reportaż śledczy Al Dżaziry pt. The Lobby pokazał, jak to działa w Wielkiej Brytanii) oraz Ministerstwo Kultury i Sportu kierowane obecnie przez obłąkaną jeszcze bardziej niż Netanjahu rasistkę Miri Regev.
Od dawna wielkim orędownikiem bojkotu Izraela, niestrudzenie lobbującym za każdym razem, gdy któryś z jego kolegów lub koleżanek z branży nosi się z zamiarem występowania w Izraelu, jest Roger Waters, znany z legendarnego zespołu Pink Floyd. Bojkot od lat popierają brytyjski reżyser Ken Loach, kanadyjska dziennikarka Naomi Klein, amerykańska aktywistka i intelektualistka Angela Davies, indyjska pisarka Arundhati Roy czy Norweski Teatr Narodowy w Oslo. Do bojkotu kilka lat temu przystąpił też (i wzywał innych naukowców) zmarły niedawno angielski fizyk Stephen Hawking.
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy BDS odniósł kilka spektakularnych kulturalnych zwycięstw. Koncerty w Izraelu odwołali nowozelandzka piosenkarka Lorde, kolumbijska gwiazda Shakira oraz brazylijski piosenkarz i były minister kultury w pierwszej administracji Luli Gilberto Gil. Przyjęcia izraelskich nagród odmówili urodzona w Jerozolimie aktorka Natalie Portman (dotychczas w obozie „liberalnego syjonizmu”) i ex-Beatles Paul McCartney. Towarzyski mecz piłki nożnej z reprezentacją Izraela odwołała drużyna Argentyny – chodzą słuchy, że ogromną rolę w tej decyzji odegrał kapitan reprezentacji Lionel Messi.
Dlatego Izrael z taką determinacją rzucił się do kontrofensywy.

 

Bombajski łącznik

W styczniu 2018 roku potencjalne czy spodziewane straty na Zachodzie rząd Izraela próbował nadrobić na Wschodzie. W czasie oficjalnej wizyty premiera Netanjahu w Indiach, jedną z misji, jakie pragnął zrealizować, było kupienie sobie przychylności bombajskich filmowców finansowymi korzyściami z kręcenia w Izraelu. Bollywood to kulturalne supermocarstwo, fabryka snów połowy ludzkości – jego przychylność, przelana w kadry jakiegoś filmowego hitu, byłaby wielkim zwycięstwem propagandowym. I choć premierowi udało się uwieść niezwykle wpływową rodzinę Bachchanów (stary Amitabh wygrał kiedyś międzynarodowy plebiscyt BBC na najpopularniejszego aktora wszechczasów, Actor of the Millenium; żona jego syna Abhisheka to Miss World 1994, Aishwarya Rai) i wianuszek ich przydupasów, to wcale nie może być pewien, że nie oberwie rykoszetem.
Bollywoodem, jak mało którą instytucją w Indiach, rządzą w znacznym stopniu muzułmanie, nawet jeżeli w atmosferze hinduskiego nacjonalizmu epoki prezydenta Modiego są trochę zastraszeni i mniej pewni siebie. „Trzech wielkich Khanów Bollywoodu” – Shahrukh, Salman i największy z nich artysta, Aamir, podobno stanowczo odmówiło spotkania z Netanjahu. O Aamirze Khanie wiadomo, że ma lewicowe poglądy, popiera sprawę palestyńską i… jest najbardziej politycznym ze współczesnych gwiazdorów kina bombajskiego, również w swojej twórczości.

 

Eurowizja, akt 1

W tym roku do rangi racji stanu urósł udział izraelskiej reprezentantki w konkursie piosenki Eurowizji. Izrael od dawna przywiązuje do tego konkursu ogromną wagę – pomaga mu prezentować się jako przyczółek Europy na Bliskim Wschodzie, kojarzony z demokracją i liberalnymi wolnościami. To gra w te skojarzenia – z „jedyny gay-friendly kraj na Bliskim Wschodzie” od jakiegoś czasu na czele – sprawiła, że wystawił kiedyś w swoich barwach transseksualną Danę International.
Kampania tegorocznej reprezentantki Izraela, Netty Barzilai, wspierana zapewne przez aż trzy ministerstwa (Kultury i Sportu, Spraw Zagranicznych i Spraw Strategicznych) również stawiała na wątki queer – w zespole, który tworzył i wykonywał piosenkę, a także w targecie, do którego celowano z agitacją. Ze względu na popularność konkursu Eurowizji w epicentrach kultury gejowskiej (w wielu krajach środowiska LGBT+ organizują co roku Eurovision parties) piosenka Netty była szczególnie reklamowana na gejowskich portalach randkowych.
Nie należy przy tym ronić łez nad biedną artystką nieświadomie wciągniętą w wielką politykę, podczas gdy ona chciała sobie tylko pośpiewać. Netta doskonale wie, co robi, z radością publicznie obściskiwała się i z Netanjahu, i z Regev, i jest dumna z tego, że przed laty do wojska zgłosiła się na ochotnika, zanim zdążyło do niej zapukać z poborem.
W tym roku gra toczyła się o stawki większe niż zwykle. Odkąd Biały Dom w osobie Donalda Trumpa zrzucił wszystkie maski i przestał udawać bezstronnego mediatora, oddolne kampanie bojkotu nabierają na sile w różnych częściach świata. Glamour transmitowanej na cały świat Eurowizji był też Izraelowi potrzebny jako zasłona dymna przed nadchodzącymi wkrótce po finale konkursu protestami palestyńskiego Wielkiego Marszu Powrotu w strefie Gazy. Niewykluczone, że na linię eurowizyjnego frontu Izrael rzucił stworzoną w ramach projektu Hasbara aplikację astroturfingową służącą do zarządzania sztucznymi „spontanicznymi”, „oddolnymi” kampaniami w sieci. Wszystkie te wysiłki przyniosły plon: w maju Netta wygrała konkurs i krzyknęła do publiczności: „Do zobaczenia w Jerozolimie!”
To jeszcze jedna ze stawek, o jakie szło w tym roku Izraelowi w konkursie Eurowizji: że jako zwycięzcy następny konkurs zorganizują w Jerozolimie i będzie to część procesu normalizacji w oczach światowej opinii publicznej statusu tego miasta jako stolicy Izraela (statusu odrzucanego przez prawo międzynarodowe).
Jednak szybko pojawiły się pierwsze sygnały, że Eurowizja może się jeszcze dla Izraela okazać samobójem. Zanim wszyscy wytrzeźwieli po weekendzie, Islandczycy odpalili petycję do publicznej islandzkiej telewizji, RUV, domagając się bojkotu konkursu Eurowizji w 2019, jeśli będzie miał miejsce w Izraelu. W ciągu dwóch dni podpisał ją co dwudziesty mieszkaniec nordyckiej wyspy. Podobne wezwania i publiczne sondy na ten temat w ciągu kilku dni wypłynęły w Irlandii.

 

Jak Lana Del Rey nie dojechała do kibucu

 Innym wielkim propagandowym projektem kulturalnym Izraela miał być Meteor Festival – wydarzenie muzyczne tak wielkie, jakiego nigdy jeszcze w Izraelu nie było. 3 dni (od 6 do 8 września), kilka równoległych scen w kibucu Lehavot Habaszan na północy kraju, 150 występów, w tym 50 artystów i zespołów z zagranicy. Największą światową gwiazdą miała być Lana Del Rey.
Dla izraelskich macherów od propagandy kulturalnej to miał być największy triumf. Del Rey już raz anulowała występy w Izraelu, w 2014, z powodu operacji Protective Edge, w czasie której w bombardowaniach Gazy zginęło ponad 2000 ludzi, w tym ponad 500 dzieci. Według showbizowego dziennika „Variety”, organizatorzy zaoferowali jej tym razem 700 tys. dolarów samej bazowej stawki za koncert, tzn. tego, co dostanie jeszcze przed rozliczeniem za bilety. Przelewem z góry! Było to ponad 930% jej normalnej stawki.
Portale społecznościowe zalał hasztag #LanaDontGo, a z otwartym listem do kalifornijskiej gwiazdy, jak zawsze, zwrócił się na Facebooku niezmordowany Roger Waters. Początkowo Del Rey majaczyła coś o pozytywnych wibracjach, jakie jej muzyka wzbudzi w obydwu stronach konfliktu, potem, że zrekompensuje to Palestyńczykom koncertem specjalnie dla nich. Ten ostatni pomysł stał się szybko przedmiotem kpin na całym świecie. Chciałoby się zapytać – gdzie, może na gruzach w Gazie? – i jak się tam dostanie, z ekipą i sprzętem, może z następną Flotyllą Wolności?
Na tydzień przed planowanym występem Del Rey odzyskała zmysły i odwołała koncert. Nie odniosła się publicznie do kampanii BDS, powiedziała za to, że w obliczu niemożliwości zorganizowania koncertów zarówno dla publiczności izraelskiej, jak i palestyńskiej, które chciałaby traktować równo, czuje się zmuszona odwołać. Wygląda to na nową szkołę artystów zwłaszcza amerykańskich, którzy albo za sprawą kampanii BDS zrozumieli, w co się dali wkręcić, albo się przestraszyli, że plamy po takim wydarzeniu nie zmyją z siebie do śmierci (jak ci, którzy wbrew apelom o bojkot występowali w latach 80. XX wieku w południowoafrykańskim kurorcie Sun City) – ale jednak boją się też, że jeśli otwarcie powiedzą, o co chodzi i kto ich przekonał, to izraelskie lobby w USA spuści na nich wszystkie psy. Jak w 2014 na aktorską parę Penelope Cruz i Javiera Bardema – tylko bardziej, bo tamci w najgorszym razie mogą się spakować i wrócić do Hiszpanii.
Afera Del Rey wywołała efekt domina – w ostatnich dniach przed festiwalem Meteor posypały się oświadczenia niemal dwudziestu (spośród pięćdziesięciu) zabukowanych artystów zagranicznych, którzy informowali, że nie przyjadą. Ci, których twórczości nie towarzyszy taka finansowa maszyna, jak w przypadku Lany Del Rey, odważyli się czasem wyjaśnić wprost, o co chodzi. Przedstawiciel amerykańskiej sceny elektronicznej, Shlohmo, w swoim oświadczeniu napisał: „Przepraszam za zawód, jaki sprawiam fanom i ekipie festiwalu, ale udzielenie wsparcia ofiarom opresji poprzez moją nieobecność jest dla mnie ważniejsze, zwłaszcza wobec najnowszych pogwałceń praw człowieka przez rząd [Izraela]”.
Najmocniej uderzyli chłopcy z amerykańskiej grupy of Montreal. Nie dość, że anulowali swój koncert w ostatniej chwili, to napisali: „Wyczerpawszy wszystkie sposoby usprawiedliwiania występu na izraelskim festiwalu, w czasie, gdy polityczni i wojskowi przywódcy tego kraju kontynuują swoje brutalne zbrodnie na narodzie palestyńskim, doszliśmy do wniosku, że innego uczciwego wyjścia nie ma. To nie jest czas świętowania ani robienia uników. Czas na aktywizm, demonstrowanie przeciwko izraelskiemu apartheidowi, przeciwko izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i przeciwko zbrodniom popełnianym każdego dnia przez siły izraelskie w Gazie.”
Szefowa działu kulturalnego izraelskiego dziennika „Haaretz” skomentowała, że to już jest trend, fala, której nie da się zatrzymać.

 

Eurowizja, akt 2

Bezpośrednio po zwycięstwie Netty, Izrael – przyzwyczajony do prowadzenia polityki faktów dokonanych, rozbestwiony koncesjami ze strony administracji Donalda Trumpa – twardo stawiał sprawę: konkurs w 2019 musi się odbyć w Jerozolimie; albo tam, albo wcale. Jednak Europejska Unia Nadawców (European Broadcasting Union, EBU), która jest producentem konkursu, zaskoczyła stronę izraelską swoją asertywnością. Jej opór i obawa przed propagandowym upolitycznieniem konkursu transmitowanego z Jerozolimy okazały się takie, że chyba pojawiło się ryzyko, że EBU odpowie: raczej wcale niż w Jerozolimie. Izrael spuścił z tonu, dopuszczając możliwość, żeby konkurs odbył się jednak w Tel Awiwie, ale problemy na tym się nie skończyły.
Na początku września EBU wystosowała do strony izraelskiej całą listę wymagań, których spełnienia oczekuje, żeby organizacja przyszłorocznego konkursu w Izraelu wchodziła w ogóle w grę. Wśród nich gwarancji, że każdy, niezależnie od poglądów politycznych, będzie mógł przyjechać do Izraela na półfinały i finał Eurowizji, że nie będzie żadnej dyskryminacji, zatrzymań, całodniowych przesłuchań. Oczywiście, Izrael, który od czasu Pierwszej Intifady w 1987 rozwinął się w orwellowskie państwo policyjne, przesłuchujące ludzi na lotniskach przez całą noc, bo mają na Facebooku znajomych o arabskich nazwiskach, nie potrafiłby dzisiaj spełnić takich obietnic nawet, gdyby chciał. A przecież nie chce, bo jeśli do organizacji finału w Izraelu dojdzie, to na miejsce niechybnie uderzą z całej Europy tysiące aktywistów z zamiarem protestowania. Wygląda jednak na to, że Izrael udał, że przyjmuje te zobowiązania, a EBU udała, że wierzy w te zapewnienia, bo 15 września podjęła ostateczną decyzję o organizacji konkursu w 2019 roku w Tel Awiwie. Antyokupacyjny działacz Ronnie Barkan spekulował na Facebooku, że na krótko przed imprezą Netanjahu może rozpęta kolejną kampanię przemocy, by się następnie powoływać na „względy bezpieczeństwa”.
W międzyczasie, na fali „afery Del Rey”, 140 twórców różnych dziedzin z Australii, Belgii, Kanady, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Irlandii, Izraela, Włoch, Norwegii, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych podpisało się pod listem otwartym, opublikowanym 7 września na łamach „Guardiana”, w którym wzywają do bojkotu Eurowizji 2019, jeśli impreza miałaby się rzeczywiście odbyć w Izraelu. „Jak długo Palestyńczycy nie mogą cieszyć się wolnością, sprawiedliwością i równymi prawami, nie powinno być żadnego business-as-usual z państwem, które pozbawia ich podstawowych praw” – napisali między innymi. Wśród sygnatariuszy są muzycy Roger Waters (jak zawsze), Brian Eno, Yonatan Shapira, Charlie McGettigan (irlandzki zwycięzca Eurowizji w 1994) oraz fińscy weterani konkursów Eurowizji Kaija Kärkinen i Kyösti Laihi; pisarki Caryl Churchill i Sabrina Mahfouz; filmowcy Ken Loach, Mike Leigh, Eyal Sivan, Alain Guiraudie i Aki Kaurismäki; aktorzy Alexei Sayle i Julie Christie.
We wrześniu, tuż przed ostateczną decyzją EBU, wystartowała też nowa inicjatywa, opatrzona na w mediach społecznościowych hasztagiem #DJsForPalestine. Przy jego pomocy międzynarodowi didżeje i twórcy muzyki elektronicznej deklarują, że szanują palestyńską prośbę o bojkot solidarnościowy i nie będą występować w Izraelu, dopóki ten nie zaprzestanie polityki brutalnych represji wobec Palestyńczyków. Akcja nabiera rozpędu. Pęka w ten sposób ochronna bańka rzekomej apolityczności, jaka do tej pory otaczała scenę klubową w Tel Awiwie.

 

A Polska?

Poza sporadycznymi wyjątkami polska klasa tzw. twórców kultury od trzech dekad nie marnuje prawie żadnej okazji, żeby być powodem do politycznego wstydu i zażenowania. Nie inaczej jest w tym przedmiocie – Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kulturalny bojkot Izraela nie zaznaczył się jak dotąd w żaden sposób. Czy rozwijający się w takim tempie skandal wokół przyszłorocznego konkursu Eurowizji spowoduje wreszcie jakiś przełom?

Będzie „adekwatna odpowiedź”

Rosjanie zapowiedzieli „adekwatne” działania na wrogi krok Izraela – zabicie 14 rosyjskich pilotów i zestrzelenie samolotu.

 

Rzecznik ministerstwa obrony Rosji, Generał Igor Konaszenkow, na specjalnej konferencji prasowej potwierdził fakt zestrzelenia nad Syrią rosyjskiego samolotu w wyniku działań lotnictwa Izraela. „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując, zrzuciły kierowane bomby na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia” – powiedział.

„Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym.

Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który w eskorcie myśliwców schodził do lądowania.

Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy C-200 który samonaprowadził się na rosyjski samolot.

Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację.

Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji.

Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego samolotu do strefy bezpiecznej.

Obecnie trwa akcja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie katastrofy samolotu IL-20.

Uważamy prowokacyjne działania danych Izraela za wrogie. W wyniku nieodpowiedzialnych działań izraelskich wojskowych zabito 15 rosyjskich żołnierzy.
Jest to absolutnie niezgodne z duchem rosyjsko-izraelskiego partnerstwa.

Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedniej reakcji” – powiedział generał.

Od jakichkolwiek działań, które spowodowały zestrzelenie rosyjskiej maszyny odżegnała się Francja, choć Rosja uważa, że z fregat „Auvergne” także były wystrzelone pociski.

W Syrii sytuacja ulega przyspieszonej ewolucji. Spotkanie prezydentów Rosji – Władimira Putina – i Turcji – Recepa Tayyipa Erdoğana – w Soczi przyniosło kolejne ustalenia, w wyniku których Rosjanie zrezygnowali z operacji w prowincji Idlib. Zająć mają ją wojska tureckie. Ma również być stworzona strefa zdemilitaryzowana. „Do 10 października ze strefy, szerokiej na 15-20 km, ma być wycofana ciężka broń. Strefa ma być stworzona do 15 października” – poinformował prezydent Putin. Strefę będą patrolować wojska tureckie i rosyjskie. – Nie dojdzie do nowej operacji zbrojnej syryjskiego wojska z sojusznikami w Idlibie, ostatniej dużej rebelianckiej enklawie w Syrii – powiedział po spotkaniu prezydentów Rosji i Turcji minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Zapaść

Strefy Gazy nie istnieje. Przynajmniej pod względem gospodarczym. Wprowadzona 11 lat temu izraelska blokada skutecznie uniemożliwia jakikolwiek handel, redukując palestyńskie terytorium do jednego wielkiego obozu dla uchodźców, do tego z najwyższą stopą bezrobocia na świecie.

 

Z pozoru nie jest wcale tak źle. W 2017 roku dochód na osobę po raz pierwszy przekroczył 3 tys. dolarów, zaś palestyńska gospodarka rozwijała się w tempie 3,1 proc. Jednak o ile w przypadku państw uprzemysłowionych wzrost tej wielkości pozytywnie świadczyłby o ich potencjale ekonomicznym, o tyle dla Palestyny oznacza faktyczną zapaść. Zwłaszcza, że jeszcze pod koniec minionego stulecia produkt krajowy Strefy Gazy i Zachodniego Brzeg rósł nawet o 8 proc. rocznie. Tąpnięcie nastąpiło w 2002 roku, kiedy gospodarka skurczyła się o ponad 12 proc., by od tego czasu nie odzyskać już swojej wcześniejszej dynamiki. Okazuje się zatem, że w porównaniu z rokiem 2000, obecny dochód na osobę skurczył się o 30 proc.

Emanacją fatalnego stanu palestyńskiej gospodarki jest rekordowo wysokie bezrobocie. W zeszłym roku bez pracy pozostawało 27,4 proc. dorosłej populacji. Przy liczbie mieszkańców okupowanych terytoriów zbliżającej się do 5 mln, zatrudnienie posiada mniej niż milion. Spośród tych nielicznych szczęśliwców większość pracuje w instytucjach publicznych lub wykonuje proste prace w Izraelu. W obu jednak przypadkach liczba zatrudnionych zmalała. Dotkliwy spadek odnotowano zwłaszcza w tym pierwszym sektorze, z którego, w porównaniu z rokiem 2016, zostało zwolnionych prawie 30 tys. osób.

Zdaniem ekspertów, do upadku palestyńskiej gospodarki doprowadziły dwa czynniki: izraelska okupacja i coraz mniejsze wsparcie międzynarodowe. Strefa Gazy pozostaje odcięta od świata od dekady. W czasie izraelskiej pacyfikacji w latach 2008-2009, zniszczeniu uległo ponad 60 proc. zdolności produkcyjnej Palestyny. Kolejna akcja militarna, przeprowadzona pięć lat później, unicestwiła to, co przetrwało. Z dróg, elektrowni czy fabryk pozostały jedynie zgliszcza. W praktyce oznacza to, że dostawy prądu trwają dwie godziny dziennie. Trudno w takich warunkach normalnie mieszkać, nie mówiąc już o prowadzeniu działalności gospodarczej. Brak podstawowej stabilizacji odbija się także na zdrowiu Palestyńczyków. Szacuje się, że ponad 225 tys. dzieci, czyli co dziesiąte, cierpi na zespół stresu pourazowego.

Izolacja z lądu, powietrza i morza uczyniły ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu gospodarczą kolonię Izraela. To właśnie tam trafia aż 79 proc. palestyńskiego eksportu; stamtąd też pochodzi 80 proc. całkowitego importu. Jak wskazują eksperci, w wielu przypadkach Palestyńczycy mogliby taniej importować i drożej eksportować, gdyby tylko Izrael ograniczył swoją militarną i gospodarczą blokadę. Tymczasem tak wysoki stopień uzależnienia handlu od głównego sąsiada – i okupanta zarazem – nie tylko drenuje i tak już skromne zasoby finansowe Palestyńczyków, ale też hamuje rozwój gospodarczy.

Nic zatem dziwnego, że z pomocy społecznej korzysta aż 80 proc. mieszkańców okupowanych terenów. Tymczasem pomoc międzynarodowa spadła do najniższego poziomu od lat. Zdaniem ONZ, obecnie wynosi ona jedną trzecią tego, co Palestyna otrzymywała w 2008 roku. O ile dekadę temu Strefa Gazy i Zachodni Brzeg mogły liczyć na ok. 2 miliardy dolarów, o tyle w zeszłym roku kwota ta wyniosła zaledwie 720 milionów. Prowadzi to do poważnych ograniczeń w funkcjonowaniu instytucji państwowych, w tym przede wszystkim służby zdrowia i świadczeń socjalnych.
Zapowiedzi największych darczyńców nie napawają nadzieją na lepszą przyszłość. Już w styczniu Stany Zjednoczone wstrzymały połowę ze 125 milionów dolarów, które zasilały budżet Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie – UNRWA. W sierpniu zaś – „na osobiste polecenie prezydenta” – USA ogłosiły wycofanie ponad 200 milionów dolarów przeznaczonych na wsparcie mieszkańców Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu.

Według ONZ, jeśli obecna sytuacja nie ulegnie szybkiej poprawie, terytoria okupowane niedługo staną się niezdatne do życia. Możliwe zatem, że na taki właśnie scenariusz po cichu liczą państwa najbardziej zaangażowane w regionie. Bez palestyńskich uchodźców pod samą granicą, Izrael pozbędzie się balastu, który się za nim ciągnie od samego początku istnienia państwa. Również świat Zachodu będzie mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Nikt tego głośno nie przyzna, ale i państwa arabskie nie byłyby mocno zmartwione takim rozwojem wydarzeń, pod warunkiem oczywiście, że nie musiałyby wpuścić na swoje terytorium wszystkich palestyńskich uchodźców.

Tymczasem okupowana Palestyna pogrąża się w gospodarczej i politycznej zapaści. Z każdą informacją o zmniejszonej pomocy, słabnie nadzieja jej mieszkańców już nawet nie na powstanie niepodległego państwa, co na zwykłe przeżycie kolejnego miesiąca.

Koniec pomocy

Stany Zjednoczone ogłosiły, że już nie zmniejszają, lecz całkowicie wstrzymują swój wkład finansowy w UNRWA – oenzetowską agencję pomocy uchodźcom palestyńskim. Po niedawnym wstrzymaniu również pomocy bezpośredniej znaczy to, że Amerykanie, zgodnie z postulatem skrajnie prawicowego, nacjonalistycznego rządu izraelskiego, znacznie pogorszyli bardzo złą sytuację okupowanych Palestyńczyków.

 

„Uchodźcy palestyńscy są już ofiarami, które straciły swoje domy, swoje środki utrzymania i bezpieczeństwo w związku z faktem utworzenia państwa Izrael. (…) Administracja amerykańska, która od dziesięcioleci popiera zbrojną okupacje izraelską, raz jeszcze wyżywa się na nich” – mówiła dziś Hanan Aszrawi z Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Nazwała decyzję Waszyngtonu „okrutną i nieodpowiedzialną”.

Izrael domagał się od Stanów wstrzymania pomocy, gdyż istnienie UNRWA i jej pomoc trzem milionom uchodźców i ich potomkom daje im w domyśle prawo powrotu na utraconą ziemię. Nikki Haley, ambasador USA w ONZ oświadczyła zgodnie z izraelskim życzeniem, że „nie może być o tym mowy”. Według administracji amerykańskiej i izraelskiej, „prawo powrotu” do Palestyny mają tylko Żydzi, którzy nigdy w niej nie mieszkali. To oparte na sile zbrojnej, rasistowskie podejście kolonialne zdecydowało o zaprzestaniu pomocy Palestyńczykom, którzy i tak dostawali od Amerykanów bardzo mało, w porównaniu z Izraelem.

UNRWA pomaga palestyńskim uchodźcom szczególnie poprzez utrzymywanie szkół i szpitali, nie tylko w Palestynie, ale też w Libanie, Jordanii i Syrii, dokąd uciekali w wyniku izraelskiej czystki etnicznej z 1948 r. Dziś przychodnie lekarskie i szkoły są zagrożone. „Pod koniec września agencja nie będzie miała złamanego grosza” – mówił już w środę rzecznik UNWRA Chris Gunnes. Według niego, zapowiadana wówczas decyzja amerykańska „przyniesie dramatyczne konsekwencje, głębokie i nieprzewidywalne”. ONZ wyraziła dziś „żal”. Według organizacji, „UNWRA przyczynia się do stabilności w regionie”.

Bez wydanej pomocy międzynarodowej ONZ zamknie ponad 700 szkół podstawowych. Berlin zapowiedział wczoraj, że „znacząco” podniesie swój wkład w UNRWA, by te szkoły ratować, jednak Izrael przyjął to z niezadowoleniem, co może zniechęcić inne kraje.

Przemoc Izraela

Przemoc Izraela w stosunku do Palestyńczyków przyjmuje formy tak okrutne i szokujące, stosowane na taką skalę, że nawet odruchowy sprzeciw i publiczne potępienia bardzo często sprawiają wrażenie bezradnych, w jakiś sposób nieadekwatnych, do tego stopnia, że czasem niemal strzelają kulą w płot.

 

Tylko w ostatnich dniach izraelskie siły okupacyjne zbombardowały centrum kulturalne Saida al-Maszala w Gazie, zabiły w bombardowaniu oblężonej enklawy m. in. ciężarną kobietę z jej półtoraroczną córeczką, a snajper śmiertelnie postrzelił kolejnego pracownika medycznego, 22-letniego Abd Allaha al-Katatiego. Kula trafiła mężczyznę, gdy ten niósł pomoc jednemu z wielu nieuzbrojonych cywilów, rannych w ramach protestów tzw. Wielkiego Marszu Powrotu.

 

Nic nowego pod słońcem

Żadne z tych wydarzeń nie było wyjątkowe – Izrael od lat, w powtarzających się cyklicznie napaściach na Gazę, pod pozorem uderzeń „odwetowych” w „siedziby bojowników Hamasu”, niszczy infrastrukturę kulturalną i edukacyjną w strefie Gazy, systematycznie zabija dzieci (ponad 500 w Operacji Protective Edge w 2014), a także dręczy kobiety w ciąży (np. utrudniając im na checkpointach drogę do szpitali).

Personel medyczny jest przedmiotem systematycznej przemocy ze strony izraelskich żołnierzy. Kilka tygodni wcześniej izraelski snajper zamordował wyraźnie oznakowaną jako sanitariuszka dwudziestojednoletnią Razan al-Najjar. Kanadyjski ochotnik, lekarz Tarek Loubani, który sam przeżył taki postrzał kulą snajpera, cudem nie tracąc ranionej kończyny (w przeciwieństwie do wielu innych przypadków kula, którą dostał, nie była eksplodująca), opowiadał po tym doświadczeniu, jak powszechne jest ono w ostatnich miesiącach dla medycznego personelu w strefie Gazy.
Uderzenia w personel medyczny w ostatnich miesiącach stanowią przy tym ledwie cząstkę krwawej reakcji Izraela na obecną falę protestów w Gazie. Zginęło już blisko 170 osób, a 16 tysięcy zostało rannych.

 

„Izrael się broni”

Jak Izrael tłumaczy taką przemoc? Śpiewka jest zawsze ta sama. „Izrael ma prawo do samoobrony”, „ma prawo się bronić” i „ma prawo bronić swoich granic” (w wypadku Wielkiego Marszu Powrotu – przed jakoby „agresywnym tłumem” pragnącym szturmować grodzenia, którymi Izrael otoczył przed laty strefę Gazy; to właśnie ta rzekoma „granica”).
Izrael tymczasem jest mocarstwem okupującym terytorium innego narodu i z tego względu nie ma prawa się bronić (patrz: Erakat, Dugard, Finkelstein i Stern-Weiner). Zastosowanie ma tutaj przede wszystkim IV Konwencja Genewska, której Izrael jest sygnatariuszem. Stanowi ona, iż okupant nie ma prawa się bronić przed okupowaną populacją – to okupowani się bronią, z definicji, zwłaszcza kiedy okupacja tak wyraźnie gwałci ich prawa i nie daje żadnych powodów, by wierzyć, że jest tymczasowa. Okupacja może być jedynie stanem tymczasowym, musi prowadzić do podpisania pokoju i wycofania sił okupacyjnych. Okupant nie ma wobec ludności zajmowanych terytoriów żadnych praw – ma wyłącznie zobowiązania dotyczące bezpieczeństwa ludności pod okupacją, jej fizycznego dobrostanu itd.

Jak na antenie CBS News przypomniała prawniczka i działaczka Noura Erakat, swoich granic z kolei Izrael nie ma prawa bronić, ponieważ ich… nie posiada. Izrael nigdy nie ogłosił, nawet unilateralnie, swoich ostatecznych granic, a co dopiero mówić o ich uzgodnieniu z zainteresowanymi stronami i aktorami międzynarodowymi. Oczywistym powodem jest to, że izraelski projekt polityczny od swoich narodzin, z założenia przewidywał kolonialną ekspansję. Tym, co otacza Państwo Izrael, są w znacznym stopniu linie demarkacyjne pozostawione „tymczasowo” po rozmaitych konfliktach zbrojnych, a nie granice w rozumieniu prawa międzynarodowego.

 

Nie każda krytyka jest krytyczna

Krytyka Izraela, która zatrzymuje się na poziomie „nieadekwatności”, „nieproporcjonalności” i „przesady” środków stosowanych przez Izrael „w odpowiedzi” na takie czy inne zachowania Palestyńczyków, de facto wzywająca Izrael jedynie do „zachowania proporcji”, jest nie tylko niewystarczająca, ale po prostu niewłaściwa. W rzeczywistości po cichu służy ona interesom Izraela, gdyż nie kwestionuje jego pretensji do samego stosowania przemocy „w samoobronie”. Tymczasem sprawa jest tu jednoznaczna – izraelska przemoc jest zawsze nielegalna i niedopuszczalna, nie tylko wtedy, kiedy jest „nieproporcjonalna”. Albo inaczej: zawsze jest nieproporcjonalna, każde jej użycie.

Obowiązkiem lewicy jest dziś ufundowana na wartościach uniwersalizmu bezwarunkowa solidarność z Palestyńczykami, są oni bowiem ofiarami „najdłuższej i najbrutalniejszej okupacji wojskowej czasów współczesnych” (słowa historyka Aviego Shlaima), ofiarami najbardziej rasistowskiego państwa we współczesnym systemie światowym. 19 lipca uchwaloną przez Knesset Ustawą o państwie narodowym przeszło ono „od apartheidu de facto do apartheidu de jure” (słowa dziennikarza dziennika „Haaretz” Gideona Levy’ego).
By prawidłowo odpowiadać na izraelską przemoc, lewica i ruch solidarności z Palestyńczykami muszą ją jednak właściwie rozumieć. Właściwe rozumienie obecnej fali izraelskiej przemocy wymaga postrzegania jej na czterech istniejących równocześnie poziomach.

 

Płaszczyzny okupacyjnej przemocy

Pierwszy poziom można nazwać taktycznym, bo dotyczy on bieżącego reagowania przez izraelski reżim okupacyjny na bieg wypadków. To przede wszystkim ten poziom opisuje Baszir Abu Manna w artykule Po masakrach w strefie Gazy. Dlaczego Izrael zabija? z amerykańskiego magazynu „Jacobin”, po polsku opublikowanym w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w maju.
Izrael używa tak szokującej siły, jakby w każdej sytuacji chciał przywołać cały ogrom swojej militarnej potęgi. Chodzi w tym o to, żeby złamać Palestyńczykom ich moralny kręgosłup, sprawić, by stracili odwagę w tej konkretnej konfrontacji, a w końcu także i wiarę, że ich marzenia o samostanowieniu kiedykolwiek się spełnią. By się pogodzili z losem. Izrael chce też sprawić, by Palestyńczycy zaczęli odpowiadać bardziej zdecydowaną przemocą – by protesty przestały być pokojowe – gdyż protesty pokojowe, jak te w ramach Wielkiego Marszu Powrotu, dzielą izraelskie społeczeństwo, wywołując w jego mniej obłąkanej części poczucie winy, zagrażają więc szerokiej płaszczyźnie poparcia dla tak brutalnej polityki.

Od tygodni pojawiają się nieoficjalne doniesienia, że plan kolejnej otwartej, zmasowanej ofensywy na Gazę na podobieństwo Operacji Protective Edge z 2014 jest gotowy i Netanjahu tylko wyczekuje na najlepszy moment, żeby uderzyć. Niewykluczone, że tak brutalna odpowiedź na pokojowe protesty Wielkiego Marszu Powrotu jest obliczona na to, by Hamas stracił panowanie nad swoimi bojówkami, nad młodzieżą luźno lub wcale nawet z Hamasem niezwiązaną, które z frustracji zaczęłyby znowu wystrzeliwać w większej ilości w stronę Izraela swoje domowej roboty „rakiety” (w cudzysłowie, bo jak mawia Norman Finkelstein, są to co najwyżej „wzmocnione fajerwerki”). Wtedy Izrael przywoła znowu swoje „prawo, by się bronić”, przy milczeniu lub aprobacie zachodnich mocarstw i korporacyjnych mediów.

Drugi poziom to polityka Izraela w perspektywie rządów obecnego premiera, Binjamina Netanjahu i jego partii Likud. Wspomniany Norman Finkelstein w swojej najnowszej książce, Gaza: An Inquest Into Its Martyrdom, przekonuje między innymi, że w polityce Netanjahu wobec Gazy nie chodziło nigdy tak naprawdę konkretnie czy tylko o Gazę. Przemoc wobec Gazy była wypadkową innych potrzeb politycznych Likudu, samego Netanjahu i jego rządowych koalicji. Miewa ona swoje krwawe nasilenia albo tuż przed wyborami, albo w momentach, w których Netanjahu odnotowuje spadki poparcia, albo znajduje się pod innego rodzaju presją – jak toczące się obecnie śledztwa korupcyjne.

Ale fakt, że w tych ostatnich celach cykliczne napaści i eskalacje przemocy w stosunku do oblężonej i odciętej od świata Gazy dają się tak łatwo i skutecznie wykorzystać do podbijania popularności jednego z najbardziej obrzydliwych współczesnych polityków, do tego w czasach, kiedy konkurencja w tej kategorii jest naprawdę mocna – i ostatecznie przynoszą mu w każdych kolejnych wyborach zwycięstwo! – daje się wyjaśnić wyłącznie, kiedy weźmiemy pod uwagę trzeci poziom, na którym należy postrzegać przerażającą „logikę” i znaczenie tej przemocy.

 

Przemoc kolonialna

Najnowszy rozdział w historii izraelskiej przemocy w stosunku do Gazy – ale także na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie Wschodniej – da się w pełni zrozumieć wyłącznie w tym trzecim planie, obejmującym całą historię Izraela jako projektu kolonialnego ufundowanego na rasistowskich założeniach. Jak w klarownym tekście opublikowanym również na łamach „Jacobina”, w okresie Operacji Protective Edge, wyłożył Greg Shupak, przemoc Izraela kieruje się klasyczną logiką nowożytnej przemocy kolonialnej.

Izrael od samych swoich narodzin jest rasistowskim przedsięwzięciem kolonialnym. Ufundowany jest na całym kompleksie rasistowskich założeń.

Pierwsze to prawo do ziemi noszone „we krwi” przez nie wiadomo ile tysiącleci, dalej – wyobrażenie, że kolonizowany ląd zamieszkany nieprzerwanie od tysiącleci jest „pusty”, skoro zamieszkany nie przez „naszych”. Przemoc, której Izrael dopuszcza się na Palestyńczykach dziś, jest kolejnym ogniwem długiego, założycielskiego kontinuum osadniczej przemocy, która sięga głębiej niż do wojny sześciodniowej 1967 roku, od której najczęściej datuje się początek izraelskiej okupacji. Przemoc ta poprzedzała już samo powstanie Państwa Izrael. W szczególności pod postacią fali masakr i wypędzenia ok. 700 tys. ludzi (mieszkańcy Gazy są w ogromnej części potomkami tamtych wypędzonych) w latach 1947-48.

Formy militarnej przemocy, z jaką Izrael uderza dziś w Palestyńczyków w Gazie i gdzie indziej, mogą premierowi Netanjahu przez tyle lat przynosić tak niezawodne i spektakularne korzyści polityczne tylko dlatego, że odwołują się do przemocy i rasizmu, na których Izrael został ufundowany, i które przenikają całokształt zbiorowej psyche izraelskiego społeczeństwa.
Rasistowska przemoc kolonialna ma tendencję do przyjmowania dwustronnej postaci. Z jednej wierzy we własną wyższość, wyrażaną w kategoriach biologicznych i kulturowych (lub „cywilizacyjnych”). Z drugiej dąży zawsze do narzucenia swoim ofiarom rzeczywistości, która tę ich wyższość potwierdzi, bo wepchnie ich w stan, w którym nawet same te ofiary w końcu uwierzą, że są w ten czy inny sposób „podludźmi”. Wyniszczając ich biologicznie, lub uniemożliwiając ich ciałom realizację pełni ich biologicznego potencjału, skazując ich na gorszą dietę, zanieczyszczoną wodę, na przedwczesną śmierć na uleczalne – i to w szpitalu w sąsiednim mieście – choroby, trwale uszkadzając ich ciała. Utrudniając ich biologiczną reprodukcję np. przez celowanie w ciężarne kobiety i prześladowanie dzieci. Utrudniając ich reprodukcję społeczną: wyniszczając ich kulturę, blokując jej możliwości rozwoju i właściwego reagowania na wyzwania swoich czasów, równając z ziemią jej infrastrukturę. O tym mówi dziewczynka, jedna z wielu gazan, którzy korzystali z możliwości rozwoju kulturalnego oferowanych przez obrócone w gruz centrum Saida al-Maszala, kiedy w wypowiedzi dla serwisu Middle East Eye powiedziała, że burząc ten ośrodek, Izrael chciał tak naprawdę „zniszczyć nawet ich sny”.

Kiedy izraelscy snajperzy na taką skalę odstrzeliwują nieuzbrojonym demonstrantom kończyny, kiedy z taką częstotliwością ranią, a nawet zabijają wyraźnie oznakowany personel medyczny, kiedy przy okazji każdego ataku na Gazę z ziemią zrównana zostaje szkoła, biblioteka, szpital, teatr lub meczet – a nierzadko po kilka z nich w krótkich odstępach czasu – nie możemy udawać, że wierzymy w izraelskie opowieści o tym, że to były pomyłki, uderzenia przy okazji lub nawet, że jednego czy dwóch żołnierzy za bardzo poniosło. To byłoby względnie prawdopodobne w pojedynczych przypadkach, a nie na skalę, jaką obserwujemy za każdym razem w wykonaniu Sił Zbrojnych Izraela.

Mamy do czynienia z systematyczną, planową polityką. Izrael chce Palestyńczyków obrócić w okaleczone, kalekie, niepełnosprawne, rozpadające się społeczeństwo. Złożone z jednonogich i bezrękich młodych mężczyzn skazanych na resztę życia na upokorzenie własnej fizycznej słabości i spowodowane tym trudności w utrzymaniu czy też samym założeniu rodziny. Chce ich też okaleczyć metaforycznie i kulturowo, jako cale społeczeństwo – by ich kultura była tak samo chroma, jak ci młodzi mężczyźni. Szkoły, ośrodki kulturalne, meczety, szpitale – są to wszystko instytucje transmisji i rozwoju kultury oraz instytucje opieki podtrzymujące reprodukcję społeczeństwa. Dlatego za każdym razem są celem.

Izrael chce Palestyńczyków pozbawić zdolności do reprodukowania się i rozwijania jako społeczeństwo z prawdziwego zdarzenia, z jakimkolwiek zestawem wspólnych punktów odniesienia, zbiorowych praktyk, zaufanych instytucji, a przez to możliwości zbiorowego działania, w tym wspólnego stawiania oporu, a w przyszłości zdolności kolektywnego wymyślenia i zbudowania siebie jako wolnego społeczeństwa. Izrael dąży do wepchnięcia ich w stan a-społeczny, nie-ludzki. Taki stan utwierdza w przekonaniu o własnej wyższości, a przed światem dostarczył usprawiedliwienia dla dalszej przemocy – na zasadzie: jakże inaczej zarządzać można taką dziczą niż poprzez bezwzględną kontrolę i brutalną, nagą siłę?

Ten trzeci poziom Izrael dzieli z innymi kolonialnymi projektami politycznymi znanymi z dziejów nowożytnych, tyle, że Izrael odgrywa ten skrypt ze znaczącym historycznym opóźnieniem i wyposażony w mrożącą krew w żyłach przewagę technologiczną. I tu docieramy do czwartego poziomu znaczenia izraelskiej przemocy, który – w przeciwieństwie do trzeciego, dzielonego z innymi przedsięwzięciami kolonialnymi – dotyczy specyficznego miejsca, jakie Państwo Izrael zajęło w obecnej konfiguracji kapitalizmu.

 

Izraelizacja permanentnego kryzysu

Jeff Halper w swojej książce „War Against the People: Israel, the Palestinians and Global Pacification” pokazuje miejsce, jakie Izrael umościł sobie we współczesnym światowym systemie politycznym i ekonomicznym – to ono gwarantuje mu bezkarność i brak reakcji ze strony „wzorowych demokracji”. Izrael wyspecjalizował się w produkcji najbardziej zaawansowanego uzbrojenia i innych supertechnologii bezpieczeństwa, od urządzeń nadzoru i identyfikacji po metody pacyfikacji protestujących tłumów, a nawet awangardowego prawnego faryzeizmu mającego na celu otaczać ekscesy sił okupacyjnych dyskursywną zasłoną dymną. Wszystko to sprzedaje następnie na cały świat jako przetestowane w boju – tj. na Palestyńczykach. O ile zakład, że ani się obejrzymy, jak drony zrzucające puszki z gazem łzawiącym, które zadebiutowały w tym roku w Gazie, zobaczymy wkrótce w użyciu przeciwko protestom Black Lives Matter w USA czy studenckim demonstracjom w Paryżu?

Władcy współczesnego świata nie mają pomysłu na wyjście z obecnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu, sami nawet nie wierzą w takiego wyjścia możliwość i jedynej szansy na utrzymanie pozycji, przywilejów i władzy upatrują już tylko w bezlitosnym pacyfikowaniu coraz bardziej pokrzywdzonych i rozgniewanych mas. Izrael jest dla nich dostawcą najbardziej zaawansowanych technologii, a także ekspertyzy. Amerykańska policja, coraz bardziej zmilitaryzowana, która pacyfikowała protesty Black Lives Matter, przechodziła szkolenia albo w Izraelu albo z izraelskimi ekspertami. Krytyczny izraelski intelektualista Eyal Weizman ów proces kopiowania metod izraelskiej okupacji w kolejnych miejscach na świecie, nazwał „izraelizacją”.

 

Bojkot Izraela – natychmiast

Kolejne eskalacje kolonialnej przemocy Izraela; możliwa w każdej chwili następna wielka inwazja na Gazę; uchwalenie przez Kneset Ustawy o państwie narodowym, która ostatecznie i niejako „na stałe” (bo jako tzw. „prawo podstawowe”, pod nieobecność w Izraelu konstytucji sensu stricto, ma ona moc zapisu konstytucyjnego) potwierdza charakter Izraela jako reżimu rasowego apartheidu; świadomość uniwersalności stawek, o jakie walczą Palestyńczycy (bo w obecnej konfiguracji kapitalizmu ich los może czekać nas wszystkich) – wobec tych wszystkich okoliczności będzie moralnym skandalem o epickich proporcjach, jeśli polska lewica pozostanie w tym temacie albo milcząca, albo będzie się ograniczać do krytyki polityki samego Netanjahu, ignorując to, co powyżej przedstawiłem jako trzeci i czwarty poziom izraelskiej przemocy.

Jedyną odpowiedzią szanującej się lewicy jest aktywny głos po stronie ofiar reżimu rasowego apartheidu, cieszącego się tak bezwarunkowym wsparciem zachodnich mocarstw zainteresowanych naśladowaniem izraelskiego modelu. Nikt, kto nie jest dziś po stronie Palestyńczyków, nie jest lewicą. Tak jak w XIX wieku nikt, kto „nie miał zdania” na temat niewolnictwa, albo w latach 70. XX wieku szukał „prawdy pośrodku” w Republice Południowej Afryki czy Wietnamie.

Kiedy ustawa Knesetu z 19 lipca 2018 roku zamknęła już dyskusję, czym naprawdę jest Państwo Izrael, sprawę można postawić tylko w jeden sposób. Kto nie z Palestyńczykami, ten z prawicy. Rasistowskiej prawicy. Innych opcji nie ma. W jaki więc sposób można aktywnie zająć stanowisko w tej sprawie? Z Palestyńczykami? W taki, o jaki od 2005 roku proszą sami Palestyńczycy: przez solidarne przyłączenie się do międzynarodowej kampanii bojkotu Izraela (BDS: Boycott, Divestment, Sanctions), wzorowanej na bojkocie, który pomógł kiedyś rozłożyć inny apartheid, ten ze stolicą w Pretorii.

Zakazana flaga

Partia Likud chce zabronić obecności palestyńskich flag w sferze publicznej Izraela. Pomysłodawczyni przewidującej to ustawy uznaje je za “wrogi symbol”. To odpowiedź na demonstrację, jaka dwa tygodnie temu odbyła się w Tel Awiwie i zebrała tysiące przeciwników niesławnej “ustawy o państwie żydowskim”. Na zgromadzeniu powiewały flagi Autonomii Palestyńskiej.

 

Anat Berko, członkini Knessetu z ramienia rządzącego ugrupowania Likud zaraz po przerwie wakacyjnej zamierza przedstawić w parlamencie projekt nowego prawa, które zakaże eksponowania palestyńskich flag podczas zgromadzeń publicznych. Pomysł ten czyni zadość oczekiwaniom izraelskiej prawicy oburzonej faktem, że na demonstracji, jaka odbyła się 11 sierpnia w Tel Awiwie na Placu Rabina, obecne były palestyńskie symbole i wznoszono antyizraelskie hasła.

Berko oczekuje, że rząd Benjamina Netanjahu poprze jej projekt. Parlamentarzystka uznaje Autonomię Palestyńską za wrogi byt polityczny. Zarzuca Autonomii, że jest przeciwna Izraelowi, jako “państwu żydowskiemu” i wspiera terrorystów – Flagi wroga nie powinny być tolerowane w sferze publicznej – mówi Anat Berko – Nie można na to pozwalać i trzeba wprowadzić takie prawo.
Projekt przewiduje karę do roku więzienia za wznoszenie palestyńskiej flagi na demonstracjach i dotyczy zgromadzeń liczących co najmniej trzy osoby.

Pomysł ten wywołał zrozumiałe protesty arabskich członków Knessetu. Dżamal Zahalka nazwał ustawę “tchórzliwą, rasistowską próbą ukrycia przed światem palestyńskiej tożsamości” i zapowiedział, że się ona nie powiedzie. Aida oświadczyła, że flaga Palestyny jest symbolem walki jej narodu o przetrwanie pod Izrealelską okupacją i dlatego musi zostać.

Neven Abu Rahmoun powiedziała, że projekt ustawy łamie zasadę wolności wypowiedzi, a Berko łamie prawo, bo nawoływanie do nienawiści na tle rasowym jest w Izraelu karalne. To prawda, jest to niestety argument całkowicie abstrakcyjny, ponieważ izraelscy politycy nagminnie stosują rasistowski język w odniesieniu do Palestyńczyków, mówiąc np. o “konieczności wytępienia całego tego robactwa”, a nigdy nie spotykają ich za to żadne konsekwencje.

Odpowiadając na zarzuty palestyńskich parlamentarzystów, Berko odparła, że prawdziwym problemem jest fakt, iż w swoich biurach mają oni właśnie flagę palestyńską zamiast izraelskiej. Nie kryje wręcz oburzenia: – Żadne inne państwo nie pozwoliłoby ustawodawcom na znieważanie symboli narodowych – mówi.

Krytycy projektu nowej ustawy podkreślają, że jest on prostą konsekwencją prowadzonego niedawno „prawa o państwie żydowskim”, przeciwko któremu odbywał się 10-tysięczny protest w Tel Awiwie. Mowa o ustawie, którą Knesset przyjął w lipcu.

5 dni sprzed 10 lat

Warto rocznicowo prześledzić tę „zakłamaną wojnę”, jej genezę, przygotowania, przebieg i konsekwencje. I przypomnieć złowrogą postać Micheila Saakaszwiliego, który łamiąc pokój olimpijski rozpętał ten nieszczęsny konflikt. Zwłaszcza teraz, gdy w polskich mediach utrwala się na dobre stronnicza narracja mówiąca o rosyjskiej agresji. Przypomnijmy, jak owa „agresja” przebiegała.

 

Amerykanie dają Gruzji prezydenta i zbroją sojusznika.

W listopadzie 2003 roku w wyniku inspirowanego i wspieranego przez USA przewrotu zwanego „rewolucją róż” w Gruzji obalony zostaje prorosyjski prezydent, były szef dyplomacji ZSRR, Eduard Szewardnadze. Do władzy dochodzi mieszkający od wielu lat w USA 34-letni Michel Saakaszwili – absolwent prawa na Uniwersytecie Columbia . Od tego momentu Stany Zjednoczone zaczynają na szeroką skalę finansować i prowadzić szkolenie armii gruzińskiej według standardów NATO. Już w latach 2002-2004 zrealizowano program GTEP (Georgia Sustainment and Stability, szkoląc armię gruzińską w szerokim zakresie z użyciem ciężkiego sprzętu włącznie. W latach 2004-2008 tysiące żołnierzy gruzińskich przeszkolono tak na poligonach w Gruzji, jak i w USA, w tym w Fort Bragg i Fort Benning. Tuż przed rozpoczęciem przez Gruzinów wojny o Południową Osetię na poligonie w Waziani (okolice Tbilisi) ćwiczyło 1000 żołnierzy US Army i 600 gruzińskich wojskowych. 4 Brygada gruzińska, prowadząca główne natarcie na Cchinwali w całości była przeszkolona przez instruktorów USA z przeznaczeniem do służby w Iraku.

Ogromna rolę odegrało też kilkuset instruktorów wojskowych z Izraela na czele z gen Gal Hirschem byłym dowódcą 91 Dywizji Galilejskiej, gen Izraelem Ziv i gen Yoram Yair z izraelskiego kontrwywiadu (Szin-Bet) . Ministrem obrony Gruzji był również były obywatel Izraela – stąd masa najnowocześniejszego uzbrojenia armii gruzińskiej pochodziła właśnie ze źródeł izraelskich, w tym z firm „Rafael” czy „Elbit”. Reasumując, pod względem wyszkolenia, organizacji i taktyki walki, armia gruzińska odpowiadała standardom NATO, wzbogaconym doświadczeniami armii izraelskiej.

 

Wyposażenie

Od momentu zdobycia władz przez proamerykańskiego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, wdrożono niezwykle ambitny i kosztowny plan zbrojeń. Ustanowiono wręcz rekord wzrostu nakładów militarnych w skali świata, zwiększając jego wielkość o 30 razy – z 30 mln dolarów w 2003 r. do 940 mln dolarów w 2007 roku, co stanowiło 8 proc. PKB Gruzji i 25 proc. jej wszystkich dochodów budżetowych.

Stworzono i świetnie wyekwipowano liczne jednostki komandosów oraz oddziały specjalne wyszkolone przez instruktorów z USA i Izraela. Łącznie w przededniu wojny armia gruzińska miała na wyposażeniu: 235 czołgów T-72 w tym 169 nowocześnie zmodernizowanych przez firmy izraelskie do standardu SIM-1. Wojska zmechanizowane wyposażone były w bojowe wozy piechoty: 60 BMP-1, 74 BMP-2 i 45 transporterów opancerzonych BTR-80 i 20 MTLB oraz 100 tureckich wozów pancernych „Otokar Cobra”. Liczna, w dużej części zakupiona na Ukrainie była gruzińska artyleria. Gruzini posiadali 12 ciężkich dział kalibru 203 mm 2S7 „Pion”, 3 MSTA-S kalibru 152 mm, 45 czeskich haubic samobieżnych „Dana” i 13 poradzieckich „Akacja” kalibru 152 mm. Gruzini na stanie mieli również 90 haubic holowanych D-30 i 40 D-44. Artyleria rakietowa to kilkadziesiąt wyrzutni rakiet niekierowanych typu BM-21 „Grad”, czeskie RM-70, jugosłowiańskie M-87 Orkan i M-63 Plamen.

Lotnictwo gruzińskie liczyło 14 samolotów szturmowych SU-25, zakupionych w Czechach, na Ukrainie i w Bułgarii. Siły te uzupełniało 6 samolotów szkolno-bojowych L-39C Albatros. Eskadra śmigłowców bojowych składała się z 6-MI-8, 2 MI-14, 3 MI-24P, 5 MI-24W. Transport lotniczy zapewniało 16 śmigłowców MI-8 oraz 8 amerykańskich UH-1H i 6 Bell 212.

Dość silna była gruzińska obrona przeciwlotnicza wyposażona w ukraińskie systemy średniego zasięgu 9K37 „Buk” (dwie baterie) oraz systemy krótkiego zasięgu 9K33 „Osa” (dwie baterie) i jedną baterię izraelskich Rafale „Spyder”. Uzupełniała je artyleria lufowa i naramienne wyrzutnie przeciwlotnicze 50 zestawów „Igła” , 40 polskich rakiet „Grom” oraz 15 starych „Strieła 1”.
Armia gruzińska wyposażona była też w nowoczesną zachodnią broń strzelecką, karabiny maszynowe i snajperskie oraz środki łączności oraz rozpoznania w tym izraelskie drony rozpoznawcze.

 

Gruzini atakują Cchwingali – terrorystyczny ostrzał miasta, panika, eksodus ludności ostetyjskiej, apokaliptyczna noc

Łamiąc porozumienia międzynarodowe oraz wielowiekowe zasady pokoju olimpijskiego, 8 sierpnia 2008 r., w dniu otwarcia Igrzysk XXIX Olimpiady rozgrywanych w Pekinie, armia gruzińska wykonując rozkaz prezydenta Saakaszwilego rozpoczęła niespodziewany atak na Południową Osetię. Gdy większość przywódców świata, w tym prezydent Rosji, przebywali w stolicy Chin, obserwując uroczyste otwarcie olimpiady, prezydent Gruzji licząc na zaskoczenie i paraliż decyzyjny Rosjan prowadził swój, jak zakładał, zwycięski blitzkrieg.

Od godziny 23.30 7 sierpnia do 4 rano 8 sierpnia na Cchwingali – stolicę Południowej Osetii oraz na pozycje armii osetyjskiej spadła artyleryjsko-rakietowa nawała ogniowa gruzińskiej artylerii. Ostrzał miasta przez systemy niekierowanych rakiet typu BM-21 „Grad” miał charakter terrorystyczny, wywołał wiele pożarów zniszczeń budynków mieszkalnych. Zginęło ok. 1200 mieszkańców miasta. Wybuchła panika i rozpoczął się masowy eksodus Osetyjczyków z miasta. Armia gruzińska nacierała dwoma brygadami zmechanizowanymi, wspartymi liczną bronią pancerną oraz brygadą artylerii. Ogółem w pierwszej linii Gruzini dysponowali 12 tys. żołnierzy i 75 czołgów. W pierwszych godzinach Gruzini osiągnęli wiele sukcesów, w tym wdarli się do stolicy Osetii Południowej – Cchwingali.

Po piekielnej dla Cchwingali i Osetyjczyków nocy, gdy rosyjski batalion sił pokojowych płk Konstatina Tamermana znalazł się w okrążeniu wojsk gruzińskich stracił wielu żołnierzy i większość sprzętu wyruszyła odsiecz, ruszyła nocą brawurowo zdobywając kluczowy Tunel Rocki, mimo strat pod ogniem artylerii gruzińskiej i udanych akcji komandosów gruzińskich Rosjanie ruszyli na pomoc miastu i swoim „mirotworcom”… W jedną stronę ciągnęło wojsko, w druga kolumny przerażonych Osetyjczyków uciekających przed wojną

 

Rosyjski kontratak

Strona rosyjska i Osetyjczycy w ujęciu strategicznym zostali totalnie zaskoczeni. Całkowicie zawiodło rozpoznanie , (rosyjski wywiad wojskowy GRU) i to tak agenturalne jak i zwiad satelitarny oraz nasłuch radiowy. Jednak rosyjska 58 Armia dowodzona przez generała Anatolia Chrulewa, w obliczu narastającego o miesięcy napięcia dysponowała szczegółowymi, wielokrotnie przećwiczonymi planami interwencji zbrojnej na terenie Osetii Południowej. W stałej gotowości utrzymywano dwa wzmocnione bataliony piechoty zmechanizowanej, które w ciągu kilku godzin miały wkroczyć do Osetii Południowej. Reszta oddziałów miała tam dotrzeć w terminie od 1 do 3 dni. Przerzucono też w obszar armii ok. 3 tys. spadochroniarzy 7 Gwardyjskiej Dywizji Powietrzno-Szturmowej. Kluczowym było utrzymanie i zabezpieczenie przez Osetyjczyków i Rosjan 4 kilometrowego Tunelu Rockiego pod masywem górskim – jedynej drogi jaką mogła dotrzeć odsiecz. Trudną rolę miał do wypełnienia rosyjski batalion pokojowy, dowodzony przez pułkownika Konstantina Timermana. Atakowany od pierwszych godzin przez Gruzinów, stracił kilkudziesięciu żołnierzy zabitych i cały sprzęt pancerny. Jednak mimo wezwań do kapitulacji, batalion przyjął obronę okrężną i odpierał kolejne szturmy armii gruzińskiej.

Osetyjczycy w samych Cchwingali przy miażdżącej przewadze atakujących Gruzinów w dużej mierze zostali rozbici, mimo walecznej obrony wyparci w kierunku na miasto Dżawa. Jednak te kilka godzin powstrzymywania Gruzinów pozwoliło, aby poderwane w trybie alarmowym, czołowe oddziały rosyjskie ze składu 19 Dywizji Zmechanizowanej przeszły tunel i około południa w dynamicznym, nieubezpieczonym marszu rozpoczęły przemieszczanie się tzw „drogą zarską”. Rosyjska artyleria już ok. 13.00 udzieliła wsparcia kontratakującym Osetyjczykom.

Do kontrataku przystąpiło też rosyjskie lotnictwo bombardując lotniska, radary, bazy wojskowe i wykryte gruzińskie oddziały. Improwizacja tych nalotów, w połączeniu z silną gruzińską obroną przeciwlotniczą, sprawiły, że Rosjanie ponieśli bolesne straty. Gruziński system p-lot „Buk” zestrzelił m.in. bombowiec strategiczny TU-22M3. Rosjanie stracili kilka samolotów uderzeniowych SU-24 i szturmowców SU-25. Interweniowało centralne dowództwo i od trzeciego dnia wojny operacjami lotniczymi dowodził bezpośredni sztab WWS w Moskwie.

Po „krwawej łaźni” 9 sierpnia zgotowanej rosyjskiemu lotnictwu przez gruzińską obronę przeciwlotniczą skierowano na nią uwagę i od popołudnia 9 sierpnia 2008 i 10 sierpnia za pomocą rakiet przeciwradiolokacyjnych Ch-58, nowoczesnych bombowców ze stacją zakłóceń WRE typu Su-34 oraz akcjami komandosów gruzińską obronę p-lot unicestwiono.

Zmieniono strategię i taktykę nalotów oraz skierowano w obszar walk najnowsze samoloty uderzeniowe z zasobnikami walki radiowo-elektornicznej typu SU-34. 9 sierpnia, nad ranem kompania czołgów w brawurowym rajdzie przebiła się do broniącego się rosyjskiego batalionu sił pokojowych dostarczając leki i amunicję. Rosjanie postawili na szybkość działania, aby jak najszybciej przebić się, do wysyłającego dramatyczne prośby o pomoc płk. Timermana. Zaowocowało to stratami kolumn marszowych, które dostawały się na drodze zarskej, pod ostrzał silnej i licznej artylerii gruzińskiej. Grupa komandosów gruzińskich przeprowadziła udaną zasadzkę i zaatakowała kolumnę sztabową 58 armii. Zniszczono Rosjanom kilkanaście wozów bojowych i ciężarówek. Poległo wielu oficerów sztabu, a sam generał Anatolij Chrulew został ranny, uratował go zasłaniając własnym ciałem kierowca. Poległ dowódca 135 pułku major Wietczinow osłaniając towarzyszących sztabowi dziennikarzy. Jednak wykonywane z dużym poświęceniem ataki lotników rosyjskich na szturmowych samolotach SU-25 , zdławiły ogień gruzińskiej artylerii. Z czasem ogień kontrbateryjny rozpoczęła przemieszczona rosyjska artyleria i Rosjanie 10 sierpnia powoli zaczęli wypierać Gruzinów z zajętych terytoriów.