Igrce w Lidzbarku Warmińskim, czyli jak PiS zabawia lud

Już wiadomo, że reżym pisowski nie będzie aż tak ponury jak hitlerowski czy stalinowski. Wtedy źródłem radości i wesołości były niemal wyłącznie dziarskie marsze Sturm Abteilungen z pochodniami i występy zespołów ludowych. PiS zabawia lud na cztery fajerki, gdzie się da i jak się da.

 

Na zamku w Lidzbarku Warmińskim prezes TVPiS Jacek Kurski zorganizował dzień z pilśniowym serialem „Korona królów”. Goście spotykali się z nieznanymi (na ogół) aktorami (NN) grającymi w tym serialu i nurzali się w atmosferze epoki Władka Łokietka i Kazika Wielkiego, syna jego (a propos: co z obietnicą PiS, że będą odbudowywać zamki kazimierzowskie?), brali udział w przebierankach w tzw. stroje z epoki, w obmacywaniu białej broni oraz (niektórzy) białogłów.

 

Życie stało się weselsze

W ogóle Polska pisowska bawi się na całego, przynajmniej w telewizorze. W filmie Feliksa Falka „Idol” jeden z bohaterów mówi: „Panie, powiedz mi pan, coś się szykuje, bo bawią się i bawią?”. TVPiS skwapliwie pokazuje wszelkie wesołe imprezy jak kraj długi i szeroki, bo „Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją weselej”. Jak mówił towarzysz Stalin: „Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze”. Ta sama TVPiS starannie dba o rozdzielność dwóch segmentów: tępej propagandy „Wiadomości” i TVP Info oraz wesołego, luzackiego, nie pozbawionego nawet delikatnych akcentów libertyńskich „Pytania na śniadanie”. Tam, jakby nigdy nic, pod batutą Kamela i Rogalskiej mówi się o partnerach (a nie tylko o sakramentalnych małżeństwach), celebruje hedonizm kulinarny, kosmetyczny i modowy i w ogóle nurza się w mało narodowej zgniliźnie. Najweselszy reporter TVPiS Mateusz Szymkowiak nie mówi ani słowa o polityce i godności narodu wstającego z kolan, natomiast przeprowadza szybkie wywiady z piosenkarzami i modelkami, których trudno podejrzewać o cnotliwy styl życia. PiS bowiem wie, że lud pisowski bynajmniej nie jest święty ani masochistyczny, by dostarczać mu wyłącznie typowej karmy z pisowskich manifestów politycznych. Jej nadmiar musiałby zwymiotować.

 

Okrakiem na Kaczorze

Dostraja się do tego wesołego nastroju lud antypisowski, w swych niewyczerpanych pomysłach na walkę uliczną (ulica). W Kraśniku (woj. lubelskie) ktoś wsiadł okrakiem na pomnik Lecha Kaczyńskiego myśląc może, że poleci na nim jak na pegazie. Natychmiast, bezzwłocznie zaczęła go poszukiwać policja. Ta sama, która w Krynicy potrzebowała najpierw pół godziny, aby przejść dwadzieścia metrów na miejsce zajścia, w którym właścicielka lokalu dostała dosłownie po głowie i upadła zemdlona, a potem dobę, aby zatrzymać brutalnych bandziorów terroryzujących wypoczynkową miejscowość. Podlegająca dziś „Jojowi” szczecińskiemu policja jest nieprześcigniona w ściąganiu na siebie śmieszności.

 

Co nowego u „nadzwyczajnej kasty”

Po uniewinnieniu puczystów sejmowych z grudnia 2016 i koszulkowców z ostatnich tygodni, nadzwyczajna kasta wymierzyła siarczysty policzek agentowi w randze wiceprezesa tzw. Trybunału Konstytucyjnego Mariuszowi Muszyńskiemu. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że jako nieprawowity dubler nie ma on prawa orzekać w rzeczonym trybunale. Agent poskarżył się na twitterze, że chcą go „zadręczyć, ale im się to nie uda”. Muszyńskiego rzeczywiście trudno zadręczyć, bo był kiedyś bramkarzem na imprezach i ma posturę King Konga, ale tak czy inaczej został uznany za persona non grata. Za to on sam nie będzie dręczył sędziów jako szef Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, co mu się marzyło. Jednak ludzie Ziobra godnie go wyręczą

 

Przeszłość już się zbliża…

Podobno, jak mawiają filozoficznie usposobieni fizycy, względnie fizycznie usposobieni filozofowie, czas jest kategorią niejednoznaczną, zmienną, i rozciągliwą i podatną na kurczenie. Takie wrażenie można odnieść, gdy obserwuje się jedyną politykę zagraniczną, jaką prowadzi PiS, czyli politykę na – nomen omen – froncie niemieckim. Teraz PiS i jego propagandziści oburzają się, że niemiecki sąd zwolnił telewizję ZDF od ponawiania, któryś z kolei raz, przeprosin patriotycznej Polski. Patriotom polskim przeprosin nigdy dość, więc będą się odwoływać. A z tym czasem to jest tak. Urodziłem się zaledwie 12 lat po wojnie, ale już w dzieciństwie wydawała mi się ona odległa w czasie niewiele mniej niż czasy Mieszka I. Obecnie mamy po wojnie 73 lata, a można odnieść wrażenie, że ten czas się przybliża. A im Niemcy bardziej się kajają, tym PiS i jego propagandziści głośniej wołają: „Na kolana, przepraszać!”. Tylko patrzeć, jak umrze w Niemczech najmłodszy dziadek z Wehrmachtu i ostatni świadkowie II wojny światowej, ale to nie powstrzyma PiS od nieustannego domagania się od nich przeprosin. Jeszcze trochę, a kajać się będą Niemcy urodzeni po grudniu 1970, kiedy to sekretarz Władysław Gomułka zawarł układ o granicy na Odrze i Nysie z kanclerzem Willy Brandtem, a pewnie pójdzie to i dalej. Dla patriotycznej Polski PiS, przeprosiny niemieckie za II wojnę światową stały się rodzajem sportu a może nawet perwersyjnych, ciągle ponawianych pieszczot. Jak te z niemieckich kanałów porno. Wyobraźnia może tu podpowiedzieć niezliczoną liczbę podniecających wariantów.

 

Sondaże – nie dziękuję

Rządowy, czyli PiS-owski CBOS ogłosił, że PiS ma 44 procent poparcia (a Imię Jego 40 i 4), a SLD jest pod progiem. Za chwilę inna sondażownia potwierdziła dotychczasową pozycję Sojuszu ponad progiem. Różnice wyników sondażowych są tak duże, że tuż przed wyborami trzeba dać sobie z nimi spokój. Z sondażami jest w ogóle tak, że gdy jest daleko do jakichkolwiek wyborów, nie mają one wiele sensu, bo przecież nikt nikogo wtedy nie wybiera. Gdy znów jest tuż przed wyborami, też mają niewiele sensu, bo są wtedy szczególnie intensywnie wykorzystywane jako narzędzia walki wyborczej. I tak źle i tak niedobrze. Do tego ci, którzy uzyskują wysokie wyniki, co ma służyć mobilizacji ich elektoratu, paradoksalnie narażają się na ryzyko demobilizacji (bo po co iść na wybory, skoro i tak wygrywamy).

 

„Tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu”

Prawolsko-pisowskie media oburzają się, że pisanie o masowym procederze w irlandzkim Kościele Kat. i czynienie przy tym aluzji do kościoła w Polsce, to atak na niego. Można by rzec, że „uderz w stół, nożyce się odezwą”. Ewidentnie boją się efektu irlandzkiego w Polsce. Tym bardziej, że nawet pobożny szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski stwierdził, powołując się na relacje biskupów, że w każdej polskiej diecezji jest od kilku do kilkunastu księży-pedofilów. A szef fundacji „Nie Lękajcie się” Marek Lisiński usłyszał ze strony kościelnej stwierdzenie, że „gdyby doszło do wypłaty odszkodowań ofiarom pedofilii, niejedna diecezja w Polsce by zbankrutowała”. Pod Kościołem kat. w Polsce jest więc tykająca bomba, której on straszliwie się lęka, bo jej wybuch mógłby oznaczać koniec jego władzy w Polsce, nie wspominając o innych konsekwencjach. A za puentę tego wątku niech posłuży fragment wiersza „Do Stefana Batorego”, pióra Jakuba Jasińskiego, wodza insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku w Wilnie, tego samego, który powiesił biskupa Kossakowskiego. A brzmi on tak:

Plugawego robactwa rój niepoliczony
Obsiadł wsie, miasta, domy, Rady i ambony
Ta tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu
Spojona węzłem złości, próżniactwa i smrodu,
Tylu wieków koleją nieużyte plemię/Ssie dostatki narodów i pustoszy ziemię
Światu na nic niezdatni, z sobą mało zgodni
Inszych czynów nie mają prócz głupstwa i zbrodni.

Święte słowa. Amen.

Głos prawicy

Naród odzyskał TVP

– Siła nienawistnej kampanii, z którą spotyka się odrodzona TVP, jest dowodem na to, że projekt budowy medium narodowej tożsamości się powiódł. Co więcej, autorzy tych działań już zrozumieli, że to jest na dłużej – mówi Jacek Kurski, prezes Telewizji Polskiej w rozmowie z Michałem Karnowskim na łamach „Sieci”.

Podczas rozmowy Michała Karnowskiego z Jackiem Kurskim, prezes Telewizji Polskiej wskazuje, jakie zmiany zaszły w telewizji publicznej w ciągu ostatnich lat:

– Dzięki zmianie w TVP po 2015 r. miliony Polaków po raz pierwszy w ogóle usłyszało o pewnych sprawach, dowiedziało się, jak w praktyce wyglądała złodziejska prywatyzacja i reprywatyzacja, jaki jest prawdziwy stan sądownictwa, jak wiele wątpliwości budzi tragedia w Smoleńsku. […] TVP wyłamała się z frontu obrony III RP, sformułowała przekaz zgodny z odczuciami, z wrażliwością tej części narodu, która przez trzy dekady była zepchnięta na margines. Po drugie, stało się to w momencie, gdy władzę przejął obóz patriotyczny Jarosława Kaczyńskiego. Połączenie obu tych czynników dało wielką zmianę, spowodowało, że wielu ludzi poczuło, iż odzyskało swój kraj, res publicę.

Jacek Kurski podkreśla, jakie czynniki o tym decydują:

– Telewizja publiczna zaproponowała też ofertę pozytywną – propolski przekaz kulturowy, tożsamościowe produkcje filmowe, sięgnięcie w sposób atrakcyjny do narodowej historii, wielkie transmisje sportowe, integrujące wydarzenia rozrywkowe. Stworzyła atrakcyjną, alternatywną ofertę wobec tego, czym była III RP, i nie pogubiła się przy tym, odzyskała sterowalność. Stała się ważnym elementem nowego ładu demokratycznego w Polsce. Dlatego budzi taką wściekłość – że jest, że żyje, że rośnie.

Prezes TVP mówi również o nieprzychylnych opiniach na temat telewizji publicznej:

– Słyszę te epitety, wyzwiska, kłamstwa i to oczywiście nie jest nic miłego. Są całe portale, które zajmują się wyłącznie produkowaniem takich wyzwisk, generowaniem fałszywych informacji na temat TVP, które próbują także zastraszać naszych dziennikarzy i publicystów. Ale ziarno prawdy w tych zarzutach zdarza się niezwykle rzadko – wyjaśnia Kurski. Jednocześnie omawia sukcesy, jakie udało się osiągnąć: – Telewizja Polska, na bardzo trudnym rynku, rośnie w siłę, zyskuje odbiorców. Po raz pierwszy od 16 lat, porównując pierwsze półrocze 2017 r. z pierwszym półroczem 2018 r., wzrosła bezwzględna oglądalność TVP1 i TVP2 […]. Technologię zmieniamy, większość kanałów nadajemy już w HD, w tym TVP Info.

Prezes TVP wypowiada się także na temat swojego poprzednika, Juliusza Brauna: – Za jego kadencji telewizję zapuszczono straszliwie, doprowadzono do skandalicznych zaniedbań, kasowano produkcje wewnętrzne, wywalono 411 przedstawicieli zawodów twórczych […] – Jacek Kurski mówi także o przyczynach zaniedbań telewizji publicznej podczas panowania poprzedniej władzy: – To był element szerszego procesu zwijania państwa polskiego, wycofywania państwa z odpowiedzialności za sferę publiczną: znikały posterunki policji, placówki pocztowe, stacje i linie kolejowe, garnizony wojskowe, bezpłatne studia na drugim kierunku, to miały zniknąć i media publiczne.

Prezes Kurski bardzo stanowczo podkreśla, jakie zachowania nie są tolerowane przez niego u współpracowników: – Wyraźnie zapowiedziałem współpracownikom i pracownikom, którzy nie zawsze rozumieją, że nie ma prywatnych tweetów u osób publicznych, i zapowiadam po raz kolejny, że żadnych wypowiedzi czy to wulgarnych, czy antysemickich nie będę tolerował. Autorzy tych wypowiedzi, które się pojawiły, dostali jasne ostrzeżenia, że jeszcze jeden późnonocny wpis o obskuranckiej treści, a się pożegnamy.

Rozmowa kończy się podsumowaniem dotyczącym przyszłości telewizji w konfrontacji z konkurencyjnymi bibliotekami filmów i serwisami streamingowymi: – Na pewno zostanie to, co nadawane jest na żywo. Emocje, rywalizacja, przekazywanie tego, co się właśnie dzieje – to muszą być nasze drogowskazy. Ludzie muszą mieć poczucie, że dzięki telewizji są świadkami historii, że uczestniczą na żywo w wyjątkowym wydarzeniu.

(źródło: www.wsieciprawdy.pl)

TVP kłamie

Na niektórych powierzchniach w centrum Warszawy, m.in. na betonowych podstawach ławek ulicznych pojawiły się odciśnięte metodą „pieczątkową” napisy: „TVP kłamie” i „Dość propagandy PiS”.

 

Swoją formą graficzną nawiązują one wyraźnie do naściennych napisów, którymi pieczętowano m.in. mury kamienic w czasie okupacji 1939-1944. Do tej tradycji nawiązywano też w stanie wojennym 1981-1983. Jednak stosowana dziś czasem analogia propagandy PiS do czasów PRL i stanu wojennego nie jest trafna. TVP czasu stanu wojennego nawet nie umywała się poziomem i skalą manipulacji propagandowej do praktyk TVP pod rządami PiS.

 

Obywatel RP skarży się w sądzie

Waldemar Sadowski, z wykształcenia prawnik i filozof, złożył pozew o ochronę dóbr osobistych przeciw TVP pod rządami Jacka Kurskiego. W pozwie stwierdził, że TVP, w tym m.in. „Wiadomości” Jedynki „rozpowszechnia kłamstwa, manipuluje faktami i stronniczo dobiera komentatorów”. Powód powołał się na art. 30 Konstytucji odnoszący się do wolności, praw i obowiązków człowieka i obywatela oraz przyrodzonej, nienaruszalnej godności. Te wartości w jego odczuciu TVP w stosunku do niego narusza, w szczególności „kreując fałszywą rzeczywistość w interesie obozu władzy”, „sterując zachowaniem ludzi” i „traktując go przedmiotowo” i „kierując się krańcowym brakiem bezstronności”. Sadowski zarzuca też w pozwie, że TVP nie tylko kreuje fałszywą rzeczywistość, krańcowo, bezkrytycznie idealizuje poczynania władzy i jej sojuszników, ale także cenzuruje liczne niewygodne treści, m.in. informacje o Wielkiej Orkiestrze Jerzego Owsiaka. Co prawda niektóre treści pozwu mogą wydawać się sformułowane na poziomie dość abstrakcyjnym, ale jeśli im się uważnie przyjrzeć, można dojść do wniosku, że Sadowski bynajmniej nie porusza się w sferze trudno definiowalnych, nieuchwytnych, wieloznacznych jakości, ale w konkretnej i uchwytnej materii.

 

Zawodna analogia z PRL i stanem wojennym

Krytycy PiS porównują dość często jego propagandę, w tym w szczególności uprawianą przez TVP, do praktyk peerelowskich i z okresu stanu wojennego. Nic bardziej mylnego. Najbardziej toporna i nachalnie ideologiczna propaganda miała w Polsce miejsce w okresie stalinowskim (1949-1955), a więc jeszcze w okresie zasadniczo przedtelewizyjnym (to medium było dopiero w powijakach). W telewizji po 1956 roku treści bezpośrednio propagandowych było relatywnie niewiele. Owszem, pojawiały się one w „Dzienniku Telewizyjnym”, ale wbrew krążącym do dziś mitom nie były one na ogół szczególnie intensywne i częste, wyjąwszy dni socjalistycznych świąt państwowych, jak n.p. 1 Maja czy 22 Lipca, kiedy to następowało odświętne wzmożenie frazeologiczne, na ogół w tonie „lirycznej euforii”. Do 1970 roku w każdą sobotę wieczorem emitowano magazyn „Monitor” prowadzony przez bezpartyjnych dziennikarzy Karola Małcużyńskiego i Edmunda Męclewskiego, w którym podawano znacznie bardziej niż w „Dzienniku” wycieniowane i subtelniej podane informacje i komentarze. Największe natężenie tonu euforycznego, nazwanego później „propagandą sukcesu”, miało miejsce po objęciu władzy przez ekipę Edwarda Gierka, ale tylko w latach 1971-1975, do czasu pojawienia się pierwszych symptomów załamania gospodarczego. Po Sierpniu 1980 frazeologia tego rodzaju uległa w prasie, radiu i telewizji dalszej, radykalnej redukcji. Na niektórych budynkach publicznych nadal co prawda wisiały transparenty z hasłami w rodzaju „Pokój, Socjalizm, Dobrobyt”, czy „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, ale były one jedynie smętnym reliktem, pozostałością po niegdysiejszym optymizmie okresu gierkowskiego. Przekaz „Dziennika Telewizyjnego” w okresie od lata 1980 poprzez lata stanu wojennego aż po kres PRL nie miał już w sobie nic z urzędowego optymizmu socjalistycznego, panowała świadomość i nastrój schyłku. „DT” czy oglądana przez wszystkich chodzących do kina „Polska Kronika Filmowa”, były w tych czasach przesycone treściami w tonacji minorowej i ostentacyjnie obrazowały ogólny upadek gospodarczy i degrengoladę kraju. Władza i cenzura definitywnie zrezygnowały już z kolorowania obrazu życia, z urzędowego optymizmu, bo byłoby to zbyt radykalnie sprzeczne z otaczającą rzeczywistością, a konflikt społeczno-polityczny zaszedł już zbyt daleko, by klajstrować go tanią propagandą. Pojawiały się co prawda od czasu do czasu materiały „na zlecenie”, skierowane przeciw opozycji czy audycje o charakterze ściśle perswazyjnym, n.p. pogadanki polityczne znanych publicystów czy niektórych dygnitarzy, choćby w roku 1968 czy w latach 1980-1989, ale ich intensywność i częstotliwość była relatywnie niewielka.

 

PiS wcielił w życie marzenie o „propagandzie doskonałej”

Prawda jest taka, że takiej „propagandy sukcesu”, jaka kreowana jest w TVP od 1 stycznia 2016, czyli od objęcia jej przez PiS, nigdy jeszcze historii Polski nie było. Można by rzec, że dopiero obecna władza realnie wciela w życie to, co wcześniej było albo zaledwie projektem czy marzeniem rządzących formacji albo – w najlepszym razie – praktykowane było połowicznie i niekonsekwentnie. W tym sensie telewizyjna propaganda PiS jest tworem jej własnego wyobrażenia o tym, co rzekomo było w przeszłości. Na długich zwojach papirusu nie sposób byłoby spisać wszystkich kłamstw, przeinaczeń, przemilczeń i agresywnych ataków TVP. Szczęśliwie papirus nie jest potrzebny, ani „wołowa skóra”. Współczesne techniki pozwalają na monitorowanie wszystkich treści i to jest szczęśliwie czynione, zatem „spisane będą czyny i rozmowy”. A oto kilka tylko, pierwszych z brzegu, przykładów działalności wojny propagandowej połączonej z propagandą sukcesu prowadzonej przez TVP.

 

Pasek pod Ziemcem, trefne Girlsy i wioska potiomkinowska TVP

Szczególnie głośny był niedawno tzw. pasek o skrajnie nienawistnej treści skierowanej przeciw parlamentarnej opozycji, jaki pojawił się podczas „Wiadomości” prowadzonych przez Krzysztofa Ziemca. Od początku TVPiS osławione paski, redagowane przez korpus oddanych młodych ludzi są najbardziej skrajnym przejawem brutalności i prymitywizmu pisowskiej propagandy. Po dokonanej w zeszłym roku zmianie kierownictwa „Wiadomości” zapowiadano rezygnację z ich najbardziej hardcorowej postaci, ale nic takiego nie nastąpiło, także w TVP Info. O ile jednak ta ostatnia antena, wyspecjalizowana na magazyn polityczny, podejmuje szersze spektrum wydarzeń i przynajmniej zapraszani są do niej także przedstawiciele opozycji, o tyle „Wiadomości” kreują fikcyjną na ogół rzeczywistość, według formuły „wioski potiomkinowskiej”, czyli fałszywego, skrajnie wyidealizowanego obrazu kraju, w szczególności „kwitnącej” gospodarki pod rządami PiS, a jedyne treści krytyczne, podawane w formie ostro napastliwej kierowane są pod adresem „totalnej opozycji” i jej „sojuszników z Brukseli”. Oglądając „Wiadomości” można odnieść wrażenie, że pod rządami PiS Polska zdąża ku świetlanej przyszłości i już po przeszło dwóch latach obecnych rządów przypomina nieomal Szwajcarię. A jeśli nie wszystko idzie jak należy, to tylko z winy opozycji, która metodą „ulicy i zagranicy” wkłada kij w szprychy pisowskiego pojazdu. TVP posuwa się też do szykan w stosunku do podmiotów, które podjęły z nią współpracę. Niedawno głośno było o sprawie grupy Girl on Fire, która na festiwalu piosenki w Opolu wykonała utwór „Siła kobiet”, uznany za nieformalny hymn „czarnych” protestów kobiecych. TVP wyrzuciła urzędnika uczestniczącego w radzie artystycznej, która zaakceptowała zaproszenie zespołu. Odbywały się też próby manipulacji przy emisji teledysków grupy. Widać z tego, że TVP, która utrzymywana jest z pieniędzy wszystkich podatników, stosuje wewnętrzną cenzurę ideologiczną, połączoną z szykanami w stosunku do własnych pracowników.

 

Imperium manipulacji

Lista kłamstw, manipulacji, przecherstw i aktów cenzury w wydaniu pisowskiego kierownictwa PiS jest ogromna. Jeśli do tego dodać krańcową stronniczość flagowych audycji publicystycznych TVP, takich seansów manipulacji jak „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, który na ogół oponentów nie zaprasza, „Salon dziennikarski” braci Karnowskich, który działa wyłącznie w sosie własnym, „Woronicza 17” Michała Rachonia, z którego zaproszeń część opozycji zrezygnowała, „Studio Polska” Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego wyspecjalizowanych w linczach na sędziach oraz w inspirowaniu linczów werbalnych na nielicznych zaproszonych oponentach, czy „Bez retuszu” Michała Adamczyka – to obraz jaki się wyłania sprawia, że we wspomnianych na wstępie ulicznych hasłach: „TVP kłamie” i „Dość propagandy PiS” nie ma żadnej retorycznej przesady. Mamy do czynienia z orgią partyjnych manipulacji propagandowych w wydaniu telewizji zwanej „publiczną”, czyli takiej która powinna służyć całemu społeczeństwu. Zwolennikom władzy i zwolennikom opozycji, lewicowcom i prawicowcom, „wierzącym w Boga”, jak i „niepodzielającym tej wiary”, jak głosi preambuła Konstytucji.

Bilans Teatru Telewizji

Prezes TVP Jacek Kurski i szef Jedynki Mateusz Matyszkowicz, mistrzowie autopijaru nie wycofali się co prawda z chełpliwych i ściemniackich deklaracji o swoim wiekopomnym czynie odbudowy” Teatru Telewizji, choć trzeba uczciwie przyznać, że drugi kwartał bieżącego roku był lepszy niż poprzedni, ewidentnie słaby.

 

Dziś na scenie Pele

Dziś już, czyli w poniedziałek 11 czerwca 2018, Teatr Telewizji musiał ustąpić przed rosyjskim Mundialem piłkarskim, choć ten zacznie się dopiero za trzy dni. Nie mam jednak pretensji, bo Mundial to Mundial, stan wyższej konieczności, a bohater filmu, który wypchnął TTV z poniedziałkowego czasu o 20.30 i posłał go na przyspieszony urlop, to sam Pele, piłkarski idol mojego trampkarskiego dzieciństwa. Musiałem jednak z tego powodu przyspieszyć sporządzenie swojego subiektywnego bilansu drugiego kwartału Teatru Telewizji, bo publikowanie go pośród zgiełku Mundialu i na progu wakacji byłoby serwowaniem musztardy miesiąc po obiedzie. A zatem do rzeczy (nie mylić, broń Boże, z „Do Rzeczy”).

 

Bilans rzeczowy

Drugi kwartał TTV zaczął się (9 kwietnia) od „Inspekcji”, przedstawienia o tematyce okołokatyńskiej, więc w pierwszym momencie zjeżyłem się nieco, spodziewając się schematycznego zakalca w stylu „teatru IPN” czyli realizmu pisowskiego, ale moje obawy okazały się szczęśliwie płonne, bo reżyserii podjął się artysta tak wybitny, jak Grzegorz Królikiewicz. Po jego śmierci dzieła dokończył jego syn, Jacek Raginis-Królikiewicz, który bezbłędnie utrafił w intuicje artystyczne i styl ojca. Powstał spektakl znakomity, finezyjny, kipiący pasją i prawdą, wolny od retoryki ideologicznej, do tego z popisową kreacją Mariusza Ostrowskiego w roli demonicznego enkawudzisty-kusiciela Zarubina.

W następny poniedziałek (16.04) dano powtórkę dobrego przedstawienia „Krawca” Sławomira Mrożka w reż. Michała Kwiecińskiego (1997), w doborowej obsadzie aktorskiej (m.in. Andrzej Seweryn, Krzysztof Globisz). Premiera z 23 kwietnia miała motywację rocznicową (75 rocznica Powstania w Getcie Warszawskim), a było to widowisko „Okno na drugą stronę”, autorstwa i w reżyserii Artura Hoffmana, oparte na spuściźnie kronikarza getta, Władysława Szlengela, o przesłaniu siłą rzeczy bardzo gorzkim i dramatycznym, ale zrealizowane w tonacji na tyle lekkiej, na ile to możliwe w przypadku takiego tematu, z inkrustacjami w postaci przedwojennych szlagierów muzycznych.

Na koniec miesiąca (30.04) zaserwowano, też poniekąd rocznicowo (32 rocznica wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu), powtórkę ( 2012) przedstawienia Teatru Faktu, „Czarnobyl. Cztery dni w kwietniu”, fachowo, poprawnie zrealizowanego przez Janusza Dymka, w oparciu o relacje Sławomira Popowskiego i Igora Sawina. To rodzaj fabularyzowanego dokumentu („dokudrama”) ukazującego rzeczone wydarzenia z dwóch perspektyw: korespondentów PAP w Moskwie oraz z punktu widzenia ważnych protagonistów w Warszawie.

Maj zaczął się (7.05) od powtórki lekko i z wdziękiem wyreżyserowanego przez Grażynę Barszczewską (i z jej aktorskim udziałem) przedstawienia „Scen niemalże małżeńskich”, ale to też powtórka (2014) i do tego podwójna, bo spektakl był przeniesieniem, po kilku latach, z Teatru Ateneum do studia telewizyjnego. Premiera pojawiła się natomiast 14 maja w postaci „Alibi”, w realizacji bardzo przeze mnie cenionego Łukasza Wylężałka. To dobrze zrobiony i zagrany rodzaj baśni-przypowieści z tłem kryminalnym, kunsztownie zrobiony. Tyle, że szkoda utalentowanego Wylężałka na tematykę „okołoojcamateuszową”, czyli jednak w końcu błahą, gdy zdolny on jest do udanego dźwigania tematów o znacznie większym ciężarze gatunkowym.

21 maja znów wykorzystano TTV rocznicowo dla (nie pierwszej skądinąd) powtórki widowiska historycznego Ryszarda Bugajskiego „Śmierć rotmistrza Pileckiego” (2006), a zakończono miesiąc (28.05) najstarszą (2000) powtórką „Mojej córeczki” Tadeusza Różewicza, ciekawego tekstu kameralnego, ale tym samym repertuar TTV w maju 2018 został w trzech czwartych zbudowany z powtórek, więc zasług panów Kurskiego i Matyszkowicza, mistrzów autopijaru tu niewiele.

Na finał II kwartału i najprawdopodobniej całego sezonu 2017/2018, zaserwowano (4.06) najsmaczniejszą wisienkę na tym torcie skomponowanym ze składników o zróżnicowanej jakości i świeżości. To „Pożegnania” Stanisława Dygata, zaadaptowane na telewizyjną scenę przez Agnieszkę Glińską, czyli artystkę wyborną i kreatywną. Powieści o atmosferze schyłku przedwojennej Polski i o tym jak ta dawna polska witała w 1945 roku nową epokę nie potraktowała jednak Glińska w stylistyce „rekonstrukcyjnej”, jeden do jednego, odrzuciła weryzm, lecz przedstawiła nam swoją wariację okołotematyczną w stylu mocno kpiarskim, ironicznym, cokolwiek w stylu teatru buffo i z demonstracyjnym dystansem mogącym budzić asocjacje odrobinę brechtowskie, z dobrymi rolami aktorskimi, przede wszystkim w wykonaniu Marcina Hycnara i Patrycji Soliman. W przedstawieniu znalazły się też akcenty obrazoburcze odnoszące się do polskiego patriotyzmu, ale na tyle delikatnie podane, że uczuć panów Kurskiego i Matyszkowicza specjalnie to chyba nie uraziło, co się chwali w epoce supernadwrażliwości komiwojażerów uczuć patriotycznych w Polsce.

 

Mecz Powtórki-Premiery – 5:4

Z prostego rachunku wynika, że na 9 (dziewięć) emisji poniedziałkowego Teatru Telewizji w II kwartale, powtórek było 5 (pięć), a premier 4 (cztery), czyli Powtórki wygrały z Premierami 5 do 4. Zatem mistrzowie autopijaru, panowie Kurski i Matyszkowicz powinni zachować więcej skromności, a nieco stępić swoją chełpliwość. Wypada mi też powtórzyć zarzut z oceny poprzedniego, pierwszego kwartału: Teatr Telewizji, kiedyś, teraz i zawsze scena krajowa (narodowa, jeśli kto woli) powinna pełnić przede wszystkim misję edukacyjną w domenie kultury. A do tego niezbędne są nowe realizacje wielkiej klasyki dramaturgicznej polskiej i obcej, a takiej nie było ani jednej. Nie było też ani jednej realizacji poważnej współczesnej dramaturgii dotykającej ważnej kwestii społecznej czy kulturowej. A ponieważ jesienią tego roku mija 65 rocznica narodzin Teatru Telewizji („Okno w lesie” Aleksandra Ostrowskiego wyemitowane w listopadzie 1953 roku ze studia przy ulicy Ratuszowej 11 na warszawskiej Pradze), więc po raz kolejny apeluję do władców TVP i szafarzy Teatru Telewizji: otwórzcie sarkofag z przebogatym archiwum przy Woronicza 17 i pokażcie widzom te nieprzebrane zasoby. Pierwsza powtórka każdego z tych przedstawień, po upływie plus minus pół wieku od premiery, będzie jak premiera. Dotyczy to miażdżącej większości przedstawień. A wszystkie tamte premiery pamiętają już tylko dinozaury, bo nawet nie piszący te słowa.