Barça karze za rasizm

Legendarny klub piłkarski zdecydował się ograniczyć funkcje reprezentacyjne pełnione przez słynnego Ronaldinho, byłego gracza Barçy. To kara za poparcie, jakiego Brazylijczyk udzielił Jairowi Bolsonaro w wyborach prezydenckich w swoim kraju. Rasizm, mizoginia i uwielbienie dla prawicowych dyktatur, z jakimi obnosi się Bolsonaro stoi w sprzeczności z wartościami, które chce reprezentować klub z Katalonii.

 

Katalońska gazeta Sport poinformowała we wtorek, że szefostwo FC Barcelona odcina się od Ronaldinho i Rivaldo, swoich byłych piłkarzy z Brazylii, którzy spędzili lata grając w barwach klubu z Camp Nou. Kierownictwo Barcelony oświadczyło, że poglądy Bolsonaro, z którym od jakiegoś czasu identyfikują się Ronaldinho i Rivaldo, są dla klubu “nie do zaakceptowania”. Barça stara się kreślić swój wizerunek jako klubu opierającego się na zasadach szeroko pojętej równości i szerzyć idee wzajemnego szacunku. Świadectwem tego było m.in. symboliczne wręczenie koszulki klubu młodej Palestynce Ahed Tamini, która stała się symbolem walki o sprawiedliwość dla swojego narodu pod izraelską okupacją.

Nie dziwi stosunek szefostwa Barcelony do Bolsonaro. Polityk ten, który przewodzi obecnie w sondażach poparcia dla kandydatów na urząd prezydenta Brazylii, od dawna budował swą karierę na nienawistnych wypowiedziach o kobietach, osobach nieheteronormatywnych, czarnoskórych obywatelach i lewicowych aktywistach. Reprezentuje on zupełnie inną, elitarystyczna wizję świata, opartą na podziałach i pogardzie.

28 października w Brazylii odbędą się wybory prezydenckie. Startujący w nich Bolsonaro chwalił dyktaturę wojskową, która władała krajem w przeszłości, o działaczach przeciwko dyskryminacji rasowej mówił, że “powinni wracać do zoo”, aktywistki praw kobiet nazwał “szmatami”, a o jednej ze swoich przeciwniczek politycznych powiedział, że nie zgwałciłby jej, bo “na to nie zasługuje”. Pozwolił sobie również na uwagę, że chłopcy stają się gejami, kiedy ojciec ich odpowiednio nie bije. Jego zwolennicy coraz częściej stosują otwartą przemoc wobec grup, nienawiść do których sieje ich idol: wobec działaczek kobiecych, osób homoseksualnych i aktywistów lewicowych.

Ronaldinho już od początku tego roku “trzymał” z Bolsonaro, regularnie dając do zrozumienia, że popiera go w wyścigu o prezydenturę. Zagadką pozostaje, jak słynny piłkarz, sam będąc osobą czarnoskórą, wychowaną w dzielnicy nędzy, może pałać polityczną sympatią do białego bogacza, przedstawiciela uprzywilejowanej elity.

Wydaje się, że o decyzji Barcelony przesądził wpis jej byłego piłkarza na facebooku, gdzie zdjęcie przedstawiające go w barwach Canarinhos opatrzył komentarzem “Dla lepszej Brazylii, chcę pokoju, bezpieczeństwa i kogoś, kto daje nam radość”. Uznano to za jednoznaczne poparcie dla polityki Bolsonaro i zawieszono udział Ronaldinho w imprezach klubowych.
Ronaldinho, grając w składzie Barçy zdobył puchar Ligi Mistrzów w 2006 r.

Po odejściu z klubu, do dziś pełnił pewne czynności reprezentacyjne, podobnie jak jego rodak Rivaldo. Po ogłoszeniu zawieszenia ich w tej funkcji, ich rola pozostaje niejasna.

 

Wstrząs brazylijski

Odkąd brazylijskiej oligarchii udało się wyeliminować z wyścigu o najwyższy urząd w państwie byłego prezydenta Lulę da Silvę, zamykając go w więzieniu pod pozorem nigdy nie udowodnionej korupcji, faworytem wszystkich sondaży był skrajnie prawicowy demagog Jair Bolsonaro. Bezceremonialny rasista, nostalgik wojskowej dyktatury z lat 1964-1985, agresywny mizogin i homofob. Pomimo wielkiej społecznej mobilizacji, w szczególności brazylijskich kobiet, organizowanych pod hasłem #EleNão, („#NieOn”), Bolsonaro uzyskał o kilkanaście procent więcej głosów niż przewidywała większość badań wyborczych preferencji – aż 46 procent z hakiem.

 

To kolejne od 2016 roku (Brexit, Trump) wielkie głosowanie, którego rezultaty znacząco odbiegają od przewidywań szacownych instytutów badania opinii. Trend głosowania na złość sondażom wydaje się już transkontynentalny. Wygląda na to, że próba zamachu na Bolsonaro (próbowano go zadźgać nożem) na początku września podbiła tylko jego notowania.

Przez kilka nocnych godzin, gdy do centrali spływały głosy podliczone w poszczególnych częściach dwustumilionowego kraju, wydawało się nawet, że – jeśli trend się utrzyma – Bolsonaro do rana przebije próg 50 procent, który sprawiłby, że urząd w pałacu Planalto zdobyłby już w pierwszej turze wyborów, rzecz zdumiewająca w wyborach z takim multum kandydatów. Na szczęście – póki co – Brazylię uratował jej najbiedniejszy, najbardziej ekonomicznie zacofany, a także najbardziej „kolorowy” (stan Bahia nazywany bywa „Afryką Brazylii”) region północno-wschodni, Nordeste. Tam zwykle najdłużej liczą głosy i tam najwięcej ich zdobył kandydat Partii Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT), wystawiony „zamiast” uwięzionego Luli były burmistrz São Paulo, Fernando Haddad.

Nordestinos (tak się mówi o ludziach z Nordeste) odsunęli katastrofę, uratowali Brazylię – póki co, na trzy tygodnie. Druga tura, 28 października, będzie pojedynkiem między Bolsonaro a Haddadem (zdobył niecałe 29 proc. głosów).

Na podstawie sondaży przedwyborczych powszechnie spekulowano, że w drugiej turze Bolsonaro będzie musiał przegrać, bo Haddad (lub inny potencjalny kontrkandydat) miałby z całą pewnością przejąć większość głosów w pierwszej turze rozproszonych pomiędzy innych kandydatów, w ramach szerokiego frontu antyfaszystowskiego. Spekulowano tak do wczoraj – dziś już trudno mieć taką pewność. Bolsonaro na pewno przejmie jakąś część głosów innych kandydatów prawicowych i centroprawicowych, których elektoraty cechuje czasem „biologiczna” wręcz niechęć do PT. Wystarczyłoby, żeby większość głosujących na Gerardo Alckmina zagłosowała 28 października na Bolsonaro, by został on następnym prezydentem Brazylii.

Haddadowi zwycięstwo zagwarantować może chyba tylko demobilizacja elektoratu samego Bolsonaro – gdyby część z głosujących na niego tylko „na pohybel establiszmentowi” nie poszła w drugiej turze głosować. Albo też, gdyby kampania Haddada zmobilizowała dla siebie tych, którzy w pierwszej turze nie głosowali w ogóle. Trudno jednak liczyć na znaczący skok frekwencji – w pierwszej turze wyniosła ona już niemal 80 procent.

Mówi się często, że to mogą być najważniejsze wybory w brazylijskiej historii, bo o tak wysokie stawki toczy się gra. Brazylia miała w swojej historii skrajnie prawicowe rządy – zwycięstwo Bolsonaro to byłby jednak pierwszy raz, kiedy prezydent wychylony tak daleko w prawo doszedł do władzy w demokratycznym głosowaniu, a nie wojskową przemocą lub proceduralnym podstępem. Bolsonaro reprezentuje najbardziej reakcyjne siły brazylijskiego życia społecznego – w swoim otoczeniu ma wysokich wojskowych; jego kampanię finansowała wielka własność ziemska i przemysł wydobywczy pragnące usunąć wszystkie przeszkody hamujące jeszcze bardziej rabunkową eksploatację naturalnych zasobów kraju; jego terenowi aktywiści to m. in. pączkujące w Brazylii protestanckie sekty. Wygląda na to, że rynki światowe również preferują Bolsonaro.

Jeśli Bolsonaro wygra, będzie to początek bardzo mrocznego okresu dla większości mieszkańców Brazylii. Pod względem ekonomicznym – neoliberalizm na sterydach i całkowity demontaż kruchego postępu społecznego wykonanego przez Brazylię przez kilkanaście lat rządów PT, z napięciami społecznymi kanalizowanymi głównie w dyskurs rasistowski. Będzie to też cios dla wszystkich lewicowych projektów i ruchów politycznych w Ameryce Południowej, gdyż pod rządami Bolsonaro Brazylia z całą pewnością wróci do roli podwykonawcy imperialnej polityki Stanów Zjednoczonych na kontynencie pamiętanej z okresu dyktatury wojskowej.