Głos lewicy

Może i dobrze

 

Łukasz Moll znów kontrowersyjnie. Tym razem o kondycji polskiej nauki i „aferze astronomicznej”:

Od kilku dni moi znajomi grzmią, że Gowin planuje uczynić z teologii samodzielną dyscyplinę naukową. Uważam, że to niekoniecznie zła decyzja. Dlaczego?
Nie mam oczywiście wątpliwości, że ten ruch to gest w stronę kościoła katolickiego, za którym ma iść przekierowanie większych środków budżetowych, o które teolodzy nie będą musieli rywalizować z naukami „świeckimi”. Mimo wszystko, gdybyśmy mieli u władzy rząd lewicowy, zalecałbym chyba podobny ruch.
Trzeba tutaj dostrzec, że ten kij ma dwa końce. Tak, wykrojenie teologii z kręgu nauk humanistycznych sprawi, że teolodzy przestaną podlegać ocenie przedstawicieli tych drugich, ale zauważmy, że to jest relacja dwustronna: humaniści przestaną być oceniani przez teologów. W praktyce będzie to oznaczało na przykład to, że aplikując o grant z filozofii nie będzie mnie oceniał ksiądz, dzięki czemu będzie istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że zostanę uwalony za przekonania, preferencje teoretyczne czy przyjęty temat. I to akurat jest dobra zmiana.
Tak, wiem, co zaraz powiecie. Że dla Was teologia nie jest nauką i nie powinna być nauczana na uniwersytecie, ani finansowania z publicznych środków. To gorący spór, który trawi kulturę europejską od średniowiecza i sądzę, że – ku zmartwieniu obu stron tego sporu – nigdy nie zostanie on rozwiązany. I wiecie co? To chyba dobrze. Bo pytanie o naukowy status teologii to jedno z pytań, które konfrontuje nas z granicami nauki i zapewnia jej żywotność. Wbrew uproszczonemu poglądowi nauka wcale nie rozwinęła się w wyniku nagłego cięcia, które zdetronizowało teologię i odesłało ją do działu o nazwie „fantastyka, okultyzm i mambodżambo”. Rozwój nauki został przygotowany w łonie teologii, a spór tego, co święte z tym, co świeckie zawsze był produktywny dla nauki. Mimo pożałowania godnego poziomu refleksji teologicznej, z którym mamy dzisiaj w Polsce do czynienia zwłaszcza w debacie publicznej (mniej mi wiadomo na temat poziomu teologii na uniwersytetach), uważam, że w społeczeństwie, w którym katolicyzm na pewno będzie przez długi czas zaspokajał potrzeby duchowe znacznej, nawet jeśli malejącej części obywateli, to, żeby refleksja teologiczna wzniosła się np. na poziom, na który podniósł ją obecny papież, otwierając ją na szereg wątków i przewartościowań inspirujących także dla wielu nie-katolików, i to, żeby duszpasterstwo wyglądało tutaj inaczej – że to wszystko jest istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
Z uwagi na to, że zwłaszcza w Polsce strona świecka nie wygra tego sporu być może nigdy, raczej nie w najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu latach, a już na pewno nie z PiS-em u władzy, usamodzielnienie teologii nie wydaje mi się złym pomysłem z pragmatycznego punktu widzenia. Martwi mnie oczywiście to, że tak długo jak w ministerstwie nauki i szkolnictwa wyższego będzie urzędował Gowin albo inny przyjaciel kościoła, pójdzie za tym wsparcie niemiarodajne do znaczenia i osiągnięć teologii, ale już lewicowy rząd – jeśli nie pójdzie na starcie z kościołem, wypowiedzenie konkordatu i obcięcie finansowania teologii – mógłby po prostu postawić teologom tak samo wysokie wymagania jak innym uczonym. Chociaż trudno byłoby je waloryzować – co nie odróżnia znowu teologii tak bardzo od znacznej części humanistyki – to samo pytanie o to, jak je waloryzować znowuż jest ciekawe w dobie, w której nauka podlega coraz ściślejszej i często absurdalnej zmatematyzowanej ocenie.
Być może moje stanowisko dla wielu będzie nieakceptowalne. Cóż, wynika ona z dwóch – trzeźwych, jak mi się zdaje – przesłanek. Pierwsza: że katolicyzm prędko nie zniknie z polskiego społeczeństwa. Druga: jakkolwiek dominująca pozycja kościoła katolickiego w zaspokajaniu potrzeb duchowych, organizacji rytuałów i definicji wartości pozostaje niekorzystna to samo jej zniszczenie niekoniecznie jest perspektywą atrakcyjną, także dla lewicy (w miejsce kościoła wejdzie jakaś para-nauka, samorozwój i mądrości Wschodu dla początkujących, jak dzieje się obecnie). Wynikałoby z tego, że oświecone państwo zamiast próbować odnieść ostateczny triumf nad teologią, co zepchnęłoby ją w niekontrolowany obszar, powinno starać się ją subtelnie kształtować i kontrolować. Pazerność kleru może być tu nieoczekiwanym sojusznikiem dla takiego programu. Natomiast bez względu na to, czy podzielacie moje zdanie w całości czy nie, dla humanistów lepiej będzie jeśli – mówiąc Kantem – spór teologii i filozofii będzie sporem między fakultetami, a nie w obrębie jednego fakultetu.

Ustawa Gowina, statuty – nasze

Wszystko wskazuje na to, że pomimo ogólnopolskich protestów środowiska akademickiego ustawa o nauce i szkolnictwie wyższym przejdzie przez legislacyjne sito. Po drodze była i ciągle jest naprędce poprawiana, łagodzona w szczegółach pod wpływem rozmaitych głosów krytycznych i sprzecznych interesów.

 

Ostatecznie zadowoleni nie są z niej ani jej najzagorzalsi zwolennicy, ani najbardziej nieprzejednani krytycy. W zasadzie nie wiadomo już, jaki konkretnie cel spełniać ma taka ustawa, jaką spójną i całościową wizję szkolnictwa wyższego reprezentuje? Jednak właśnie dlatego, że mamy do czynienia ze niezidentyfikowanym obiektem ustawowym, przyszły rok akademicki możemy wykorzystać do tego, by zreperować go pod wieloma względami na poziomach naszych uczelni. Umożliwić mogą nam to prace nad ich statutami. Ważne, żebyśmy zaczęli już teraz. W warstwie systemowej walka między przeciwnikami i zwolennikami ustawy zakończyła się remisem, który nie satysfakcjonuje żadnej ze stron i na którym nie zyskuje szkolnictwo wyższe jako całość.

 

Przeciąganie liny

Pomimo że w toku prac i pod wpływem krytyki nacisk na międzynarodową konkurencyjność elitarnych ośrodków nieco osłabł, to protestującym nie udało się wywalczyć gwarancji, że uczelnie regionalne mają zapewnione perspektywy rozwoju. To największa porażka ruchu protestacyjnego. Z drugiej strony na froncie dotyczącym przyszłych modeli zarządzania uczelniami, udało się wywalczyć znaczące ustępstwa. Przede wszystkim osłabiono zagrożenie płynące dla autonomii uczelni ze strony nowego organu – rady uczelni – w którym dominującą rolę mieli odgrywać przedstawiciele spoza środowiska akademickiego. Nie powiodła się natomiast próba ograniczenia potencjalnie absolutystycznych uprawnień, jakie ustawa przyznaje rektorom. Nic dziwnego, że środowiska rektorskie żarliwie popierały zmiany i to one mogą czuć się największymi zwycięzcami przeciągania liny, które trwało przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Z zapowiedzianych podwyżek cieszyć mogą się głodzeni dotychczas niskimi płacami pracownicy naukowi. Powody do zadowolenia mają także przyszli doktoranci, którzy objęci zostaną obligatoryjnym stypendium. Za pozytywną zmianę można uznać ograniczenie krytykowanej punktozy publikacyjnej – większy nacisk położono na jakość, a nie na ilość publikacji. Jednak pomimo tych pojedynczych plusów, pod względem systemowym ustawa nie stwarza warunków do równomiernego i stabilnego rozwoju ośrodków akademickich, grozi ograniczeniem dostępu do studiów na peryferiach, utrwala zależność finansowania badań od uznaniowego systemu grantowego, przymusza do wzmożonego uczestnictwa w międzynarodowym obiegu publikacyjnym (bez zapewnienia ku temu wymaganego wsparcia), wreszcie – daje rektorom szerokie uprawnienia, które trafiwszy w niepowołane ręce, mogą skutkować wieloma antyspołecznymi i wynikającymi z określonych preferencji światopoglądowych zmianami.

 

Przekuć miecze na lemiesze

Ruch protestacyjny nie powinien jednak składać przedwcześnie broni. Bez względu na to, czy będziemy kontynuować walkę na froncie ministerialnym – domagając się na przykład nowelizacji ustawy, kiedy wyjdą na jaw jej niedoróbki – na naszych uczelniach powinniśmy przekuć mecze na lemiesze.

 

Rektorzy – „my” czy „oni”?

Jest to tym bardziej istotne, że nowa ustawa daje uczelniom niespotykaną jak dotąd swobodę w określaniu swojego ustroju, wzorców zarządzania czy reprezentowanych wartości. Potencjalnie sprzyja ona rzeczywiście pogłębianiu autonomii uczelni poprzez odejście od modelu centralistycznego, który narzuca wszystkim jeden model funkcjonowania.
W praktyce jednak – wobec silnie wyeksponowanej w ustawie pozycji rektora i dekompozycji istniejących struktur wspólnoty akademickiej – może ona sprzyjać oligarchizacji. Zwłaszcza, że zapisane w ustawie przepisy przejściowe dają rektorom możliwość zawiązania zamkniętego układu, swoistej koterii, która zorganizowałaby uczelnię na nowo bez rzeczywistej partycypacji wspólnoty. Rektor z dotychczasowym senatem, niewybieranym od nowa na okoliczność fundamentalnych zmian w ustroju uczelni, mogą w łatwy sposób obsadzić w radzie uczelni przedstawicieli biznesu, Kościoła, albo po prostu swoich kolesi. Mogą, jeśli środowisko akademickie pozostanie uśpione. Dlatego prace nad nowym statutem to dobry moment do jego pobudki.

 

Zasiąść przy stole

Ale nie tylko groźba oligarchizacji powinna motywować nas do działania. Do wspólnoty akademickiej powinniśmy kierować przekaz alarmujący, że to od nowego statutu będzie zależała liczba wydziałów i ich kształt, istnienie instytucji zakładu, tryb wyboru rektora i dziekanów, szczegółowy sposób powoływania członków rady uczelni, model organizacji dydaktyki, implementacja nowego podziału na pracowników naukowo-dydaktycznych i dydaktycznych, ryzyko cięć kadrowych, sposób organizacji Szkół Doktorskich i perspektywy stypendiów za osiągnięcia, proporcje podziału dotacji statutowej dla konkretnych dyscyplin, lepsze zabezpieczenie przed molestowaniem seksualnym i mobbingiem w pracy – i wiele, wiele innych kwestii. Aby móc o nich porozmawiać, musimy najpierw zadbać o miejsce przy konsultacyjnym stole dla wszystkich zainteresowanych. Nie możemy zakładać, że władze rektorskie oddadzą nam je same z siebie. Być może gdzieś tak się stanie, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że byłoby to pod prąd logiki stojącej za ustawą.
Perspektywa otwarcia dyskusji może ich przerażać także dlatego, że będzie oznaczała feudalny opór ze strony dotychczasowych struktur wydziałowych, które zachowają się z gruntu konserwatywnie. Dlatego tak ważne jest wytrącenie im zawczasu z rąk argumentu, że dążenie do partycypacji umotywowane jest chęcią torpedowania wszelkich zmian i troski wyłącznie o swoje wpływy.

 

Akademickie Komitety Przyszłości

Opisywaną tu strategię przyjęliśmy na Uniwersytecie Śląskim. W czerwcu włączyliśmy się do ogólnopolskich działań Akademickiego Komitetu Protestacyjnego przeciwko ustawie Gowina. Zorganizowaliśmy dwie demonstracje – najpierw w trakcie koncertu z okazji 50-lecia uczelni, a następnie pod rektoratem. Nasze przedstawicielki były obecne na ogólnopolskim zjeździe AKP. Wysłaliśmy do pracowników uczelni mailing z naszym listem do władz rektorskich, w którym przedstawiliśmy część naszych postulatów możliwych do spełnienia na uniwersytecie bez względu na dalsze losy ustawy. Zebraliśmy pod nim podpisy 170 pracowników naukowych, doktorantek i studentów z kilku wydziałów. Następnie sami zaczęliśmy animować dialog o przyszłości uczelni. Odbyliśmy spotkanie ze związkiem zawodowym. W międzyczasie zmieniliśmy nazwę, ale pozostaliśmy przy starym skrócie: nazywamy się teraz Akademicki Komitet Przyszłości UŚ.
Gdy będzie trzeba, wrócimy do formuły protestacyjnej. Na razie zakładamy jednak, że władze rektorskie zrozumieją, że zaangażowanie wspólnoty akademickiej w prace nad statutem może pomóc rozładować napięcia społeczne i wypracować ustrój uczelni, który będzie odpowiadał na nasze obawy, potrzeby, ale i marzenia.
Staramy się otwarcie dyskutować o naszych doświadczeniach, poznawać nawzajem swoje perspektywy – wymyślać uniwersytet od nowa w sposób dialogiczny i nastawiony na kompromis.

Chcielibyśmy, żeby tryb prac nad statutem był bliski naszym własnym praktykom. Rezultaty tej działalności – prowadzonej w niesprzyjającym okresie wakacyjnym i bez znajomości finalnego kształtu ustawy – są całkiem obiecujące.

Poprzez uzupełnianie naszej wiedzy i doświadczeń, zyskujemy większą świadomość tego, jak dotąd działał uniwersytet i co może się na nim zmienić. Zyskujemy poczucie, że nasza praca nie musi być wyalienowanym wypełnianiem zewnętrznych wymogów – że możemy wziąć odpowiedzialność za ich współkształtowanie i sprofilować je nie tylko pod kątem naszych oczekiwań, ale mając na uwadze również jakość naszych przyszłych publikacji czy prowadzonych przez nas zajęć dla studentów.

Wychodząc z „idiotyzmu wydziałowego życia”, w którym widzimy tylko drzewa, a gubimy z pola widzenia las, udało nam się wypracować pierwsze postulaty, odnoszące się na razie przede wszystkim do trybu prac nad nowym statutem. Postulujemy większą jawność prac toczących się już teraz prac – z wykorzystaniem specjalnie do tego przygotowanej strony internetowej i gazetki. Chcielibyśmy, żeby kanały te nie służyły wyłącznie komunikowaniu przez władze rektorskie swojej wizji, ale były otwarte na dialog. Będziemy również przekonywać władze uczelni, że warto zatroszczyć się o bardziej aktywne pozyskiwanie zainteresowania proponowanymi zmianami – w tym celu zgłaszamy postulat przeprowadzenia piętnastominutowych spotkań informacyjnych o statucie i możliwościach zaangażowania w prace we wszystkich grupach zajęciowych. Nie zapominamy o tym, że w procesie tym powinniśmy zadbać o równą i szeroką reprezentację wszystkich grup związanych na uniwersytecie, ponieważ wierzymy, że perspektywa studenta czy doktorantki jest równie wartościowa, co punkt widzenia dziekanów czy rektorów.

Zabiegamy o to, żeby wszystkie chcące się zaangażować osoby mogły korzystać z merytorycznego wsparcia na regularnie organizowanych spotkaniach – brak znajomości przepisów prawa nie może być podstawą do dyskredytacji czyjejś wizji.

Aby zabezpieczyć się przed oligarchizacją, chcemy, żeby nasz uniwersytet zapisał w statucie prodemokratyczne rozwiązania związane zarówno z uchwaleniem statutu, jak i wyborami rektora i członków rady uczelni. Uważamy, że ogólnouczelniane referendum o charakterze opiniodawczym zapewniłoby nowemu statutowi silniejszą legitymizację i byłoby właściwym zwieńczeniem postulowanego przez nas trybu prac. Co do kandydatur na rektora i do rady uczelni, jesteśmy zdania, że określona liczba podpisów z poparciem pracowników z kilku wydziałów umacniałaby pozycję wybranych kandydatów poprzez zapewnienie silniejszego wpływu wspólnoty akademickiej na proces wyborczy.

Obecnie rozmawiamy już o swojej wizji statutu. Zastanawiamy się, w jaki sposób mógłby on sprzyjać demokratyzacji struktur, większej jawności czy wspieraniu jakości badań i kształcenia, praw pracowniczych oraz przeciwdziałaniu dyskryminacji. Widzimy tu pole do naprawy niektórych złych zapisów ustawy (np. zagwarantowanie, że wobec wprowadzenia niższego wieku emerytalnego kobiet niż mężczyzn, pracownice naukowe nie będą wypychane na wcześniejsze – i niższe – emerytury), wyeliminowania zdarzających się patologii (np. ustawiane konkursy, niewłaściwie prowadzone sprawy o molestowanie, prekaryzacja pracowników) czy otwarcia nowych możliwości rozwoju. Robimy to wszystko dlatego, że choć niebawem znajdziemy się w rzeczywistości ukształtowanej przez ustawę Gowina, to wierzymy, że łatwiej będzie nam w niej funkcjonować, jeśli uzupełnimy ją naszymi statutami. Nic o nas bez nas!

Gowin idzie dalej

Nie pomogły prowadzone do ostatnich chwil protesty w ośrodkach akademickich, nie trafiły do ministra Gowina krytyczne argumenty. Ustawa 2.0, popychająca polską naukę dalej w neoliberalnym kierunku, została 3 lipca przed północą przegłosowana w Sejmie.

 

Protestacyjne pikiety odbywały się niemal do ostatnich chwil przed głosowaniem – w Krakowie aktywistki i aktywiści Akademickiego Komitetu Protestacyjnego demonstrowali przed biurem poselskim Jarosława Gowina, 2 lipca miały miejsce także happeningi we Wrocławiu i w Warszawie. Studentek, doktorantów, wykładowczyń i wykładowców nie opuszczała nadzieja, że rządząca partia – mimo arogancji, z jaką Gowin traktował protestujących – uwzględni głos tej części środowiska akademickiego, która w czerwcu zmobilizowała się w proteście przeciwko ustawie. Działacze kilkunastu komitetów protestacyjnych argumentowali, że „konstytucja dla nauki”, zamiast ratować polskie szkolnictwo wyższe, otworzy drogę do upolitycznienia uczelni, zniszczy mniejsze, regionalne uniwersytety i ostatecznie podporządkuje polską naukę doraźnym interesom biznesu.

Gowin miał za sobą rektorów, którym ustawa znacząco poszerza zakres uprawnień. Związki zawodowe podzieliły się w ocenie nowych przepisów – Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP dostrzegła w ustawie szereg pozytywnych, propracowniczych i prodoktoranckich rozwiązań, ale już Związek Nauczycielstwa Polskiego na UW, centrala „Solidarności” czy też mazowieckie struktury OPZZ zadeklarowały solidarność z protestującymi. Ministerstwo Nauki mogło jednak pozwolić sobie na zignorowanie protestów głównie dlatego, że AKP, chociaż organizowały spektakularne protesty i zaktywizowały studentów czy doktorantów w stopniu niebywałym na polskich uczelniach, nadal nie były ruchami aktywizującymi większość swoich społeczności akademickich.

W tym kontekście warto odnotować, że protestującym mimo wszystko udało się odnieść pewien sukces – w wersji ustawy, jaką Gowin chciał przepchnąć w Sejmie jeszcze w czerwcu, Rada Uczelni kontrolująca uniwersytet na wzór korporacyjnej rady nadzorczej, miała w 51 proc. składać się z osób spoza uniwersytetu. W wersji zmienionej po protestach akademicy i „zewnętrzni eksperci” (np. biznesmeni czy byli politycy) będą mieli po połowie miejsc.

Za ustawą padły 233 głosy, przeciwko – 195. Zdecydowała postawa PiS – 219 obecnych na sali posłów i posłanek w komplecie oddało głosy „za”. Co znamienne, na sali nie było ani Jarosława Kaczyńskiego, ani czołowych przedstawicieli tzw. „frakcji profesorskiej” w PiS, którzy w czerwcu przyłączyli się do krytyki ustawy. Do tego doszły głosy niezrzeszonych, Wolnych i Solidarnych, dwóch przedstawicieli klubu Kukiz’15 i jeden reprezentant PO. Opozycja parlamentarna zmobilizowała się dość znacząco – przeciwko „konstytucji dla nauki” był prawie cały klub PO, komplet posłów i posłanek Nowoczesnej, PSL i trzyosobowe koło Ryszarda Petru.

Teraz ustawą zajmie się Senat, potem pozostanie tylko podpis Andrzeja Dudy. Co dalej planują aktywiści z uczelni? „Nie ustaniemy w naszych staraniach o zapewnienie społeczności akademickiej opieki i ochrony, na jaką ona zasługuje. Nie zrobiło tego ministerstwo, nie zrobili posłowie – zrobimy to my” – czytamy w liście warszawskiego AKP. Aktywistki i aktywiści powtarzają w nim raz jeszcze swoją druzgocącą ocenę ustawy. „Edukacja wyższa stanie się dobrem luksusowym, dostępnym tylko nielicznym – tym szczęśliwie urodzonym w Warszawie i paru innych metropoliach bądź dość zamożnym, by się do nich przenieść. Badacze dotąd mogący demokratycznie współdecydować o przyszłości uczelni stracą odtąd wszelką możliwość podmiotowego głosu na rzecz scentralizowanej władzy” – piszą.

Protest nie wygaśnie

Głosowanie nad ustawą 2.0, przeciwko której protestowali w ostatnich tygodniach studenci, doktoranci i wykładowcy, zostało przełożone na lipiec. Działaczki i działacze jedenastu lokalnych Akademickich Komitetów Protestacyjnych zawieszają swoje wystąpienia w poczuciu, że okupacja budynków uniwersyteckich okazała się skuteczna; zapowiadają także, że ruch na uczelniach nie wygaśnie.

 

Protestujący na uniwersytetach nie pozostawiali na ustawie suchej nitki. Prof. Tomasz Majewski z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wyliczył w rozmowie ze Strajkiem.eu cały szereg rozwiązań, które zaszkodzą polskiej Akademii: wprowadzenie instytucji Rad Uczelni złożonych w ponad połowie z osób spoza uniwersytetów (co nieuchronnie zaowocuje upolitycznieniem nauki lub podporządkowaniem jej doraźnym interesom biznesu), zmiany w klasyfikacji dyscyplin naukowych nieuwzględniajace ich specyfiki i przedmiotu badań, rozszerzenie uprawnień ministra i danie mu bezpośredniego wpływu na programy studiów.

– Uderzenie w samorządność i autonomię uniwersytetów w Polsce zagraża nam wszystkim, nawet przy korzystnym dla pewnych kręgów przekierowaniu wąskiego, niewystarczającego dla realnego rozwoju nauki strumienia finansowego. Jakkolwiek nie zgadzam się ze wszystkimi postulatami, głoszonymi przez protestujących, to jednak pewna wyrwa w murze akademickiego milczenia została zrobiona – powiedział z kolei Strajkowi.eu Piotr Kuligowski, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, kierujący grantem Narodowego Centrum Nauki. – Co do samej reformy zaś, jej największą wadą jest brak realnej podstawy materialnej. Nie można od naukowców oczekiwać więcej, nie oferując w zamian realnego wsparcia instytucjonalnego dla ich pracy, np. w postaci mniejszego pensum dydaktycznego czy systemowego wsparcia dla zagranicznych publikacji.

Głosy krytyki były do ostatniej chwili dezawuowane przez Jarosława Gowina, który twierdził, że w protest zaangażowała się tylko garstka studentów, z których część związana jest z lewicowymi organizacjami politycznymi, co w mniemaniu konserwatywno-liberalnego ministra miało dodatkowo odbierać im wiarygodność. Mimo to w ostatniej chwili do ustawy wprowadzono prawie 200 poprawek, dostarczając je na posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży tak, że posłowie i posłanki opozycji nie mieli praktycznie szans się z nimi zapoznać. Niektóre uwzględniały jeden z najgłośniej artykułowanych postulatów – zmieniały koncepcję Rady Uczelni, która w nowej wersji miała już być zdominowana przez samych akademików, a nie „zewnętrznych ekspertów” i „menadżerów”.

Gowin poszukiwał również poparcia dla swojej ustawy w ławach opozycji, wiedząc, że nie może liczyć na stuprocentowe poparcie posłów PiS. Bez powodzenia – zarówno PO, jak i Nowoczesna zapowiedziały głosowanie przeciw. Obie partie opozycji skalkulowały, że w danym momencie opłaci się im stanąć po stronie protestujących, chociaż ogólnie nie są przeciwne neoliberalnym rozwiązaniom w nauce – szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer w rozmowie z oko.press podkreślała, że nadal widzi w ustawie „wartościowe i dobre zapisy”.

Dalsze prace nad ustawą zostały przełożone na lipiec. Niewykluczone, że Gowin czeka, aż do pełni zdrowia wróci Jarosław Kaczyński, podobno wielki zwolennik „konstytucji dla nauki”. Niemniej ministerstwo utrzymuje, że nic się nie stało – „nie ma mowy o żadnym wycofaniu projektu”.

Polska nauka do poprawki

Nastały złe czasy dla polskiej edukacji. To już kolejny rząd, który lekceważy środowiska nauczycielskie i akademickie.

 

W V kadencji Senatu RP, w latach 2001-2005, pracowałam nad ustawą o szkolnictwie wyższym w Komisji Nauki, Edukacji i Sportu. Ustawa, uchwalona w 2004 r w czasie rządów SLD i Unii Pracy, tworzyła sprzyjające warunki prawne rozwoju polskich uczelni. Była w pełni akceptowana przez parlamentarzystów wszystkich opcji politycznych i środowiska uczelniane. W 2009 r rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego zmienił tę ustawę podporządkowując rozwiązania prawne idei neoliberalizmu oraz fetyszyzacji rankingów, punktów i grantów. Aktualnie obowiązująca ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym uchwalona przez PO hamuje rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce, upolitycznia i ogranicza obiektywne oceny rozwoju naukowego pracowników naukowych. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że w skutek obowiązywania tej ustawy i podporządkowania logice biznesowej humanistyki i nauk społecznych, nastąpiła zapaść tych dziedzin.

 

Obowiązująca ustawa musi zostać zmieniona.

W warunkach obowiązującej ustawy uczelnie nie mają zapewnionych długofalowych warunków finansowania. Muszą zwalniać samodzielnych pracowników z tytułami profesorów i ograniczać zatrudnienie asystentów i adiunktów. Uczelnie nie mają środków finansowych na opłacanie recenzentom honorarium za recenzje wydawnictw i publikacji swoich pracowników. Nauczyciele akademiccy nie mają możliwości finansowych pokrywania kosztów publikacji i udziału w konferencjach naukowych. Uczelnia traktuje aktywność naukową jako prywatny problem pracownika. Liczba punktów zdobyta za opłaconą prywatnie publikację nie zawsze jest odpowiednikiem jej poziomu naukowego. Preferowane punktowo są publikacje w języku angielskim oraz w zagranicznych czasopismach. Nie jest cenione wsparcie naukowe przedsiębiorców przez polskich naukowców oraz przydatność publikacji naukowych dla praktyki gospodarczej w Polsce. Jakość dydaktyki nie jest traktowana priorytetowo. Funkcja wychowawcza uczelni jest zaniedbana i traktowana marginalnie. Pracownicy naukowo-dydaktyczni, aby móc dorobić do niskich pensji, muszą występować do rektora o wyrażenie zgody na pracę na drugim etacie. Od przychylności i subiektywnego kryterium oceny rektora zależy czy pracownik naukowo – dydaktyczny tę zgodę uzyska. Od lat w uczelniach trwa negatywna selekcja kadr ze względu na bardzo niskie płace. Niskie wynagrodzenia nie wystarczają na zakup książek, programów, komputerów, szkolenia. Tylko pasjonaci pracują w uczelniach. Zdolna młodzież poszukuje pracy poza uczelniami lub wyjeżdża zagranicę. Jest to proces o negatywnych skutkach dla naszego kraju i polskiej nauki.
System zarządzania nauką jest przestarzały, rozbudowany, niewydolny i kosztowny. Nie motywuje prowadzenia badań w przedsiębiorstwach o polskiej własności. Polska staje się przepompownią środków unijnych do zagranicznych ośrodków naukowych i beneficjentów rezultatów badań. Obowiązuje zbyt rozbudowana procedura składania i oceny wniosków o finansowanie badań naukowych. Wnioski składane do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Centrum Nauki, według obowiązujących instrukcji, muszą być przygotowane w języku angielskim, najczęściej na koszt naukowca, autora lub zespół autorski wniosku. Każdy wniosek zawiera oryginalny tytuł, tezy i cele badawcze, przedmiot i zakres badań, metody badawcze, system organizacji i zarządzania badaniami. Jest to cenne now how autora i uczelni. Z tego powodu cała treść wniosku powinna być chroniona przed konkurencją na rynku naukowym. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że pomysły polskich naukowców są realizowane poza uczelnią, z której wywodzi się autor wniosku i wniosek. Recenzje projektów przez polskich naukowców są bardzo nisko opłacane. Uzyskanie przez polskie uczelnie i zespoły, w szczególności regionalne, środków na prowadzenie badań naukowych można porównać do loterii. Honorarium polskich naukowców za kierowanie zespołami badawczymi i udział w pracach naukowo – badawczych jest ograniczane oraz nieadekwatne do wkładu pracy i odpowiedzialności.
Pomimo zmiany rządu w 2015 r. nie zerwano ze szkodliwymi praktykami neoliberalnymi stosowanymi w szkolnictwie wyższym i nauce wdrożonymi przez rząd PO i PSL. Projekt ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce przedstawiony w Sejmie przez ministra Szkolnictwa Wyższego i Nauki Jarosława Gowina, wicepremiera w rządzie PIS, nie zmienia tego stanu. W ustawie zawarto złe rozwiązania w obszarze organizacji i zarządzania uczelniami. Zakłada się demontaż struktur organizacyjnych i funkcji sprawdzonych w historii szkolnictwa wyższego w Polsce. W myśl postanowień ustawy nastąpi obniżanie autonomii decyzyjnej polskich uczelni, obniżanie kryteriów naukowych wyboru na stanowiska rektorów, dyskryminowanie polskich naukowców i ich osiągnięć, niedofinansowanie nauki. Ustawa nie zawiera gwarancji stabilnego finansowania uczelni i badań naukowych. Proponowane rozwiązania doprowadzą do pogłębiania kryzysu polskiego szkolnictwa wyższego i nauki. Faworyzowanie uczelni uznanych za tzw. flagowe zablokuje rozwój regionalnych uczelni, nastąpi dalsza marginalizacja regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast. W sposób ukryty ustawa zakłada zróżnicowanie, skonfliktowanie i upolitycznienie środowiska polskich uczelni. To nie jest dobra zmiana, mimo wcześniejszych zapowiedzi. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie”, finansowania badań w uznaniowych i nietransparentnych konkursach i zarządzania uczelnią przez osoby z zewnątrz uczelni. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenie nakładów na badania zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczenia na ten cel co najmniej 3proc. PKB.

 

Projekt ustawy zakłada powstanie nowego, do końca nieokreślonego, organu zarządzającego uczelnią,

mianowicie rady uczelni. Najwięcej obaw wzbudza skład osobowy i funkcje rady uczelni, która będzie decydowała o wyborze rektora uczelni i zarządzała jej działalnością. Zakłada się, że ponad 50proc. składu rady będzie wywodzić się ze środowisk poza uczelnianych. Rodzi się pytanie kim będą członkowie rady uczelni wybierani ze środowiska zewnętrznego? Jakie będzie kryterium ich wyboru? Być może będą to politycy, którzy nie dostaną się do Sejmików i Parlamentu w nadchodzących wyborach oraz członkowie nowej partii Jarosława Gowina.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce do nowo powołanego organu zarządzającego – rady uczelni wejdzie od 6 do 8 osób powołanych przez senat uczelni z grona pracowników wraz z przewodniczącym samorządu studenckiego. Zgodnie z ustawą stanowić będą mniej niż 50proc. składu rady uczelni. Senat wskazywał będzie także interesariuszy, osoby spoza uczelni, wchodzące do rady uczelni. Przewodniczącym rady będzie osoba również pochodząca z zewnątrz. Rada uczelni, wyłaniać będzie dwóch kandydatów na rektora. Kolegium elektorów będzie wybierać rektora z dwóch osób narzuconych przez radę uczelni o mniejszościowym udziale nauczycieli akademickich. W tym układzie sił społeczność uczelniana nie będzie miała żadnego wpływy na wybór kandydatów i rektora uczelni. Senat uczelni, kolegium elektorów, a także pracownicy uczelni są w ustawie traktowani instrumentalnie. Aby móc wprowadzić swoich przedstawicieli, spoza grona pracowników uczelni, ustawowo obniżono wymagania w stosunku do kandydata na rektora. Rektorem może zostać osoba posiadająca stopień naukowy doktora nauk. Założono także uproszczoną, zależną od decyzji rektora, ścieżkę zdobywania tytułów profesora i stopnia doktora habilitowanego. Aby przygotować grunt do realizacji zamierzonego przejęcia uczelni przez partię i biznes, pierwszego rektora na okres roku będzie wskazywać, w trybie administracyjnym minister nauki i szkolnictwa wyższego, nawiązując z wybraną osobą stosunek pracy. Dlaczego minister wyznacza rektora ze swojej listy zamiast z grona społeczności akademickiej? W ten sposób uczelnie obdziera się z prestiżu jaki posiadają przez dziesięciolecia, wolności oraz autonomii decyzyjnej i demokratycznego systemu zarządzania. Jakim partnerem w stosunku do rektora, szanowanego naukowca, profesora zagranicznych uczelni, będzie asygnowany przez ministra, bez dorobku i doświadczenia naukowego, człowiek z zewnątrz uczelni. Dotychczas na stanowisku dziekana i rektora mogły pracować nauczyciele akademiccy posiadający tytuł profesora zwyczajnego i/lub doktora habilitowanego. W projekcie ustawy nie określono kryteriów zawodowych i naukowych w stosunku do osób z zewnątrz uczelni, tj. ponad 51proc. składu rady uczelni, która może przegłosować każdą decyzję rady i wybrać wskazanego przez nią rektora uczelni.
W projekcie ustawy zakłada się likwidację autonomii decyzyjnej wydziałów, jako podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni („Przesunięcie zarządzania z podstawowych jednostek na poziom całej uczelni”). W zamian zaproponowano w ustawie nowy poziom zarządzania w postaci rady uczelni, ciała nie związanego ze społecznością akademicką, ze składem osobowym stanowiącym mniej niż 50 proc. udziału pracowników uczelni i studentów.
Fikcją i propagandowym chwytem jest twierdzenia, że to wspólnota uczelni będzie wybierać władze uczelni i że zachowana zostanie tradycja wolności akademickiej i zrównoważonego rozwoju.
Zgodnie z projektem ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce rada uczelni, a de facto osoby spoza uczelni będzie uchwalać strategię uczelni, sprawować nadzór nad gospodarką finansową, sprawować nadzór nad zarządzaniem uczelnią, wskazywać kandydatów na rektora, opiniować plan rzeczowo – finansowy i sprawozdania z jego wykonania.
Czy osoby z zewnątrz, nie związane z uczelnią, sprawujące swoje funkcje w radzie uczelni z nadania ministra właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego będą posiadać odpowiednie kompetencje, prestiż i szacunek społeczności uczelnianej? Czy wezmą na siebie odpowiedzialność, w tym materialną za uczelnie?
Jest to zakamuflowana pięknymi słowami, najprostsza droga prowadząca do upadku uczelni państwowych, a następnie przejęcia ich majątku i funkcji przez sektor prywatny lub/i partyjne organizacje. Czy członkowie Prawa i Sprawiedliwości mają świadomość skutków zmiany systemu zarządzania państwowymi uczelniami?
W projekcie ustawy wprowadzono bardzo restrykcyjny system pracy nauczycieli akademickich określając liczbę godzin dydaktycznych. Zaplanowano 540 godz. dla asystenta i osób zatrudnionych na stanowisku równorzędnym, 360 godz. dla innego pracownika dydaktycznego, 240 godz. dla pracownika badawczo – dydaktycznego oraz obowiązek realizacji nadgodzin w wysokości maximum ¼ wymiaru zajęć dydaktycznych. Można zadać pytanie, kiedy pracownicy asystenci i inni pracownicy będą mieć czas na przygotowanie współczesnych, innowacyjnych treści wykładów, ćwiczeń, prezentacji oraz własny rozwój naukowy?
W projekcie ustawy dwa razy zwiększono czas pracy uprawniający nauczyciela akademickiego do płatnego urlopu dla poratowania zdrowia. Łączny czas trwania ograniczono do wymiaru jednego roku w okresie całego zatrudnienia, po 15 latach pracy. Jest to wielka krzywda, którą prawnie chce usankcjonować minister szkolnictwa wyższego i nauki. Wprowadzony zapis jest wyrazem braku szacunku do nauczycieli akademickich i ich ciężkiej, obciążonej chorobami zawodowymi, odpowiedzialnej pracy dydaktycznej, naukowej i wychowawczej. Pracując w warunkach założonych w projekcie ustawy nauczyciele nie dożyją do osiągnięcia 15 letniego stażu pracy. Nie do przyjęcia są bardzo niskie płace, nieadekwatne do posiadanego wykształcenia nauczycieli akademickich.

 

Czy na ten temat nie powinien wypowiedzieć się Związek Nauczycielstwa Polskiego?

W projekcie ustawy została zlikwidowana Centralna Komisja Kwalifikacyjna W jej miejsce zostaje wprowadzona Rada Doskonałości Naukowej (RDN). Zmiana dotyczy wyłącznie nazwy, bez zmiany istoty i funkcji oraz zasad działania członków Rady. W ustawie nadal utrzymany jest zapis, że RDN może odmówić wszczęcia postępowania w sprawie nadania tytułu profesora, a od jej decyzji przysługuje zażalenie do składu osobowego tej samej Rady Doskonalenia Nauki, bez ingerencji i kontroli właściwego ministra. Takie odwołanie z góry jest skazane na odmowę. Na postanowienia RDN o odmowie postępowania w sprawie nadania tytułu profesora wnioskodawcy przysługuje zażalenie wyłącznie do tego samego składu RDN. Jest to bezsensowny zapis, który nie zapewnia sprawiedliwej, obiektywnej oceny.
To był i jest zapis korupcjogenny, potencjalnie kreujący kliki osób o niskiej etyce zawodowej i moralności. Jak inaczej można ocenić sytuację, za rządów PO i PSL, kiedy jedna negatywna recenzja na sześć recenzji ogółem, w tym pięć pozytywnych decyduje o odrzuceniu wniosku o nadanie tytułu profesora. Na podkreślenie zasługuję fakt, że wśród 5 pozytywnych recenzji dwie są szczególnie ważne, ponieważ mają status recenzji napisanych przez superrecenzentów wyznaczonych przez CKK. To te recenzje, w przypadku wątpliwości, powinny decydować o pozytywnym głosowaniu nad zażaleniem złożonym do CKK. Opisuję ten nieetyczny mechanizm posiadając wiedzę z własnych doświadczeń. Osobiście zostałam skrzywdzona przez tryb postępowania i decyzję CKK za rządów PO i PSL. W środowisku naukowym jest wiele osób skrzywdzonych z tego powodu. Informowałam o fakcie ministra Jarosława Gowina przesyłając kopie zażalenia adresowaną do CKK z nadzieją, że w trwającej kadencji rządu Prawa i Sprawiedliwości nie będzie dochodzić do tego rodzaju nieprawidłowości. Od 2016 r. nie otrzymałam odpowiedzi na moje zażalenie. Kiedy działalność CKK, słusznie, została zawieszona Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie wydało decyzji o powtórnym rozpatrzeniu złożonych zażaleń i usunięcia nieprawidłowości. Sytuacja niesprawiedliwych ocen może się powtórzyć o ile nie nastąpi zmiana zapisu w projekcie nowej ustawy. Konieczne jest ustawowe wprowadzenie instrumentu kontroli RDN ze strony ministerstwa właściwego do spraw nauki i szkolnictwa wyższego. Nie było zasadne, przyjęte w projekcie ustawy, utajnianie nazwisk recenzentów. Cała procedura nadawania stopni i tytułów naukowych powinna być transparentna, obiektywna, sprawiedliwa i etyczna.
Procedura kontrolna działania Rady Doskonalenia Nauki nie jest zapisana w ustawie. W tym zakresie, w porównaniu do aktualnie obowiązującej ustawy – nic się nie zmieniło. Lobby dawnej Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej okazało się bardzo silne. Ona nadal działa. Właściwie RDN nadal będzie posiadać ustawową nieograniczoną władzę, bez jakiejkolwiek kontroli jej decyzji przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki.
Ustawowo obniża się kryteria uzyskiwania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego oraz zatrudniania osób na stanowiska profesorów uczelni. Wprowadzone zostały uznaniowe, a nie obiektywne, kryteria awansu naukowego. Doktor nauk może nabyć uprawnienia doktora habilitowanego w przypadku pracy w innym państwie, kierując zespołami badawczymi. Czyżby doktor nauk, kierując zespołami polskich naukowców i rozwiązując problemy naukowe i gospodarcze w Polsce, nie zasługiwał na to samo wyróżnienie? Dlaczego naukowcy pracujący w Polsce mają być dyskryminowani. Jest kolejny przykład lekceważenia polskich naukowców.
Nie można zatracić czujności słuchając pięknych i porywających propagandowych słów Pana Ministra Jarosława Gowina. Należy przeczytać ustawę – dokładnie, ze zrozumieniem i wyobraźnią skutków zawartych w niej zapisów. „Diabeł tkwi w szczegółach”. Np. stwierdzenie Pana ministra Jarosława Gowina, że „ustawa daje ośrodkom naukowym więcej niezależności: Konstytucja dla nauki zdecydowanie zwiększa autonomię uczelni” jest nieprawdziwe w świetle zapisów ustawowych. Zarządzane przez biznesmenów uczelnie zostaną doprowadzone do upadku a następnie do prywatyzacji ogromnego majątku państwowego. Są to tendencje wyniesione z rządów PO i PSL. Zostanie zniweczony dorobek wydziałów, jako gospodarzy majątku i środków finansowych. Wydziały zostaną zlikwidowane jakoby w imię integracji dyscyplinarnej uczelni. Jest to bardzo zły pomysł. Uczelnia może się rozwijać jako interdyscyplinarna organizacja bez likwidacji wydziałów. Zamierzona likwidacja wydziałów zmniejszy opór na drodze do liberalizacji i prywatyzacji uczelni. To jest właściwy cel.
Należy uszanować apel o zmiany w planie reformy nauki podpisany przez blisko 150 naukowców, pracowników instytucji naukowych i akademickich.
Mam nadzieję, że niezależnie od tego, która partia będzie u steru państwa polskie uczelnie pozostaną autonomiczne. Projekt ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” przedstawiony przez ministra i wicepremiera w rządzie PIS, Jarosława Gowina, bez istotnych zmian, nie powinien zostać przyjęty.

Komu sprzyja Gowin?

Odpowiedź jest prosta – nie demokracji, lecz biznesowi. Z uczestnikami Wolnych Dni Akademii na Uniwerystecie Jagiellońskim rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figaj (strajk.eu).

 

Które zapisy tzw. ustawy Gowina najbardziej panów oburzyły, skłoniły do podjęcia akcji protestacyjnej?

Prof. Tomasz Majewski: Kluczowy jest dla nas zapis mówiący o Radach Uczelni – wprowadza on gremia składające się w ponad 50 proc. z osób spoza uczelni. Nadawanie uprawnień decyzyjnych (a nie doradczych) takim ciałom jest niedopuszczalne. Otwiera on łatwą przestrzeń do instrumentalizacji publicznych uniwersytetów.
Obawiacie się upolitycznienia nauki? Czy może przewidujecie, że dojdzie do jej komercjalizacji?

TM: Możliwe jest i jedno, i drugie. Z jednej strony do rad mogą wejść osoby związane z biznesem, a środowisko biznesowe w polskich realiach nie jest znane z gestów takich jak ufundowanie uczelnianej katedry albo przekazanie któremuś z uniwersytetów znacznej donacji. Z drugiej do rad uczelni z łatwością trafią byli politycy samorządowi lub krajowi ze swoimi interesami i „znajomościami”, na którym zależy rektorom. Rada mogłaby istnieć jako gremium doradcze, powoływane fakultatywnie przez zainteresowane tym uczelnie – nie obligatoryjnie.

 

Gdzie jeszcze widzicie w zapisach ustawy zagrożenia?

TM: Aberracją jest pomysł „dostosowania polskiego rejestru dyscyplin do listy OECD”. Tradycje badawcze i podział dyscyplin, który jest efektem logiki badań, mają ustąpić przed porównywalnością wyników badań dopasowaną do R& D, czyli logiki wdrożeń dla biznesu. Bez zgody środowiska naukowego status samodzielnej dyscypliny mają stracić m.in. historia sztuki, archeologia czy łączone na siłę kulturoznawstwo i etnologia. Propozycje nowych dyscyplin humanistycznych można określić jako zbitki – filozofia z religioznawstwem, językoznawstwo z literaturoznawstwem czy wspomniana archeologia z historią… To dyscypliny tylko pozornie bliźniacze. Faktycznie charakteryzują się odmiennymi przedmiotami i metodami badań, oraz innymi „reżimami” publikowania.

Dezydery Barłowski: Ogromne kontrowersje budzi przede wszystkim kwestia likwidacji mniejszych ośrodków akademickich, do czego bez wątpienia doprowadzi ta ustawa. Jest to nie tylko wielka strata dla Akademii jako takiej, ale też uderzenie w całą społeczność tzw. „Polski B”. Likwidacja tych ośrodków przyczyni się do większego rozwarstwienia społecznego, które i tak jest bardzo niepokojące. Sprawa ta stanowi kwestię dość dziwną, jeśli zwrócimy uwagę na to, że właśnie z „małych ośrodków” pochodzi większość elektoratu rządzącej partii.
TM: To nie wszystko. Wcześniejsza emerytura dla kobiet-samodzielnych pracowników naukowych w wieku 60 lat powinna być możliwością, nie obligiem. Kuriozalne są poprawki do ustawy do artykułu 20 ustęp 1 i ustęp 7 z 30 maja b. r., które w sposób zakamuflowany odbierają starszym pracownikom uprawnienia w zakresie procedury wyboru elektorów mających wpływ na wybór rektora. Niedopuszczalne jest rozszerzanie uprawnień ministra, który chciałby „szczegółowo określać” program studiów, a także decydować o tym, czy mniejsza uczelnia będzie mogła otworzyć kierunek „niepokrywający się z dyscyplinami” z nowego rejestru. Otwiera to szerokie pole do ideologizacji nauczania i będzie wywierać „efekt mrożący” na pracowników naukowych – o to najwyraźniej ministrowi chodzi.

Wspomnę wreszcie o zapisach wskazujących na nowy tryb ewaluacji publikacji, które doprowadzą do obniżenia znaczenia i rangi języka polskiego w publikacjach naukowych. Odzyskanie niepodległości umożliwiło otwarcie polskich uczelni, rozwijanie terminologii naukowej w języku polskim, co jest szczególnie istotne dla nauk humanistycznych i nauk społecznych. Tak uczcimy setną rocznicę?

 

Jaka jest świadomość tych zagrożeń w społeczności krakowskich uczelni? A może ustawa ma na uniwersytetach swoich zwolenników?

DB: Projekt ministra Gowina różni się od wielu innych, jakie w ostatnich latach przepychał rząd, tym, że pracowano nad nim w sposób naprawdę „inteligentny”, rzec można – przebiegły. Minister wybierał sobie takich rozmówców, którzy byli mu na rękę.Ustawa 2.0 zwiększa władzę rektorów oraz tzw. wielkich ośrodków, więc na „szerokie konsultacje” zapraszano przychylne osoby z takich grup, a pojawiające się głosy sprzeciwu były wręcz ignorowane. Tak było np. z głosem profesorów UJ sprzeciwiających się likwidacji kulturoznawstwa. Zupełnie jakby np. o prawach i losie kobiet dyskutował i decydował Episkopat – brzmi znajomo, prawda? Do tego kluczowe prace nad projektem odbywają się teraz – w najgorętszym miesiącu na uczelni, gdy studentki i studenci skupieni są na sesji egzaminacyjnej, a pracownice/pracownicy i doktorantki/doktoranci, również zaangażowani w sesję, dodatkowo mają setki obowiązków formalnych, papierkowych.
Niemniej w krakowskim środowisku akademickim znalazła się grupa kilkuset osób, które nie są obojętne na przyszłość Uczelni. W pierwszej kolejności należy wymienić studentki i studentów UJ, UEK i AGH, którzy odważnie zdecydowali się na okupowanie budynków UJ – dzięki takim ludziom demokracja w tym kraju jeszcze jakoś się trzyma, a to, że mogę ich jako doktorant wspierać jest dla mnie wielkim honorem. Z kadry akademickiej samego Wydziału Polonistyki UJ pod listem wsparcia protestujących podpisało się kilkadziesiąt osób.

Jeśli przed tym protestem świadomość zagrożeń wynikających z ustawy nie była marginalna, ale nie była też szczególnie duża, to teraz świadomość członków społeczności uczelni wzrasta z godziny na godzinę.

 

Czy zgodziliby się panowie, że Ustawa 2.0 to nie początek, a kontynuacja szkodliwych dla polskiej nauki tendencji? Jeśli tak, to dlaczego dopiero teraz środowisko akademickie protestuje?

TM: Tak, reforma Gowina nie jest początkiem procesu niekorzystnych zmian legislacyjnych. To, że właśnie teraz rozpoczęły się protesty wynika m.in. z tego, że jej wprowadzenie oznaczałoby ostateczne spacyfikowanie wspólnoty akademickiej próbującej kontynuować krzewienie etosu Uniwersytetu jako wspólnoty poszukującej w coraz bardziej niekorzystnym otoczeniu prawno-finansowo-organizacyjnym. Otoczenie to zmierza do administracyjnego narzucania pracownikom nauki reguł niezgodnych z najgłębszymi wartościami akademickimi.
Wskażmy najważniejsze momenty, w których wdrażano zmiany szkodliwe dla polskiej Akademii.

TM: Reforma z roku 1990 była otwarciem śluzy dla „wolnej amerykanki rynkowej” w tworzeniu uczelni niepublicznych – wygenerowała boom edukacyjny bez rządowych nakładów na naukę i za cenę obniżenia jakości kształcenia. Reforma z 2011 minister Kudryckiej narzuciła nam szereg szykan administracyjnych i sposoby ewaluacji, które zaowocowały „punktozą” i „grantozą”. Wymusiła patrzenie na pracę naukową w kategoriach indywidualnych karier i brutalnej rywalizacji o nikłe zasoby finansowe na badania.

Dobrym elementem tamtej reformy było powołanie Narodowego Centrum Nauki, które ma coraz lepszy system oceny i ewaluacji projektów badawczych, wzmocniło pozycję wielu młodych badaczy, gdyż granty zatrzymały ich w polskim systemie nauki. Ale system grantowy ma ogromny minus – jest nim obciążanie naukowców ogromną pracą administracyjną przy obsłudze grantów i zmuszanie ich do samodzielnego poszukiwania środków na własne badania. Można to nazwać outsorcingiem funkcji badawczych. Do tego dochodzi prekaryzacja i niepewność zatrudnienia dla naukowców, którzy muszą stale „przyprowadzać pieniądze” z zewnątrz na uczelnie, w formie pozyskanych grantów.

 

Wtedy jednak środowisko naukowe nie protestowało tak stanowczo, jak obecnie.

TM: Bo żadna z wcześniejszych reform nie ingerowała tak głęboko w samostanowienie uczelni. Słynne zdanie ministra Gowina o „rozhermetyzowaniu uczelni” oznacza, że ludzie nauki nie powinni zarządzać sami, winni to robić za nich biznesmeni i politycy. Ustawa 2.0 ingeruje w to, gdzie i w jakim języku mamy publikować, określa za nas i bez naszej zgody, jaką dyscyplinę mamy obecnie reprezentować i z jakiej będziemy uzyskiwać stopnie naukowe.

 

Jeśli reforma Gowina nie uzdrawia sytuacji w polskiej nauce, to w jakim kierunku powinny iść zmiany, które by jej faktycznie pomogły? Bo to, że zmiany są konieczne, nie budzi raczej wątpliwości.

TM: Przede wszystkim reforma powinna być odroczona co najmniej o rok i faktycznie przedyskutowana ze środowiskami, które odnoszą się do niej krytycznie i pokazują jej negatywne konsekwencje. Nie tylko z grupami zgadzającymi się z ministrem, takimi jak prezydium KRASP, rektorzy uczelni czy fasadowy Parlament Studentów Polskich kierowany przez osobę kandydującą z list partii Gowina. W sprawie rejestru dyscyplin humanistycznych i społecznych należy uwzględnić np. głosy Komitetów Naukowych PAN i Towarzystw Naukowych, a następnie powrócić do pracy nad Polskim Współczynnikiem Wpływu, zamiast transferować olbrzymie publiczne środki do prywatnych konsorcjów posiadających bazy typu „SCOPUS”.
Z naszej strony dość jasnym postulatem pozytywnym jest również zwiększenie finansowania nauki. A nadto należy od nowa pomyśleć o Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej – bo ona dyskryminuje naukowców polskich pracujących od lat w trudnych warunkach polskiej Akademii. Powinno się wprowadzić osobą pulę na rozwijanie Centrów Badawczych, ustalić równy wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn.

 

A co z zarządzaniem uczelniami, jaką alternatywę można przedstawić dla gowinowskich Rad Uczelni?

TM: Dążenie do poprawy administrowania uniwersytetem nie może odbywać się na zasadzie „komercjalizacji”, osłabiania praw pracowniczych i likwidacji zarządzania kolegialnego. Wręcz przeciwnie, konieczna jest większa kolegialność! Wartością wspólnoty akademickiej jest właśnie jej modus operandi – konieczność stałej rozmowy z osobami o przeciwnych poglądach, nie zaś podejmowanie decyzji „ponad głowami”.

 

Przypomnijmy na zakończenie, jakie działania protestacyjne zostały podjęte na Uniwersytecie Jagiellońskim.

DB: W piątek 8 czerwca przed Collegium Novum odbyła się pikieta, której organizatorami byli m.in. Jakub Baran i Joanna Grzymała-Moszczyńska. W proteście uczestniczyło kilkaset osób – duża część to pracownicy/ce i studenci/tki Wydziału Polonistyki UJ, lecz pojawiło się też wiele osób spoza uniwersytetu. Równolegle studentki i studenci UJ, UEK i AGH rozpoczęli protest okupacyjny w sali 16 Wydziału Polonistyki przy ul. Gołębiej 20, który przeniósł się do pobliskiego budynku UJ przy ul. Grodzkiej. Odbywa się tam też „Akademicki Piknik Okupacyjny” –warsztaty, wykłady, debata na tematy związane ze zmianami w szkolnictwie wyższym. Do protestu na bieżąco przyłączają się przedstawiciele uczelnianych związków zawodowych, lecz główną siłą napędową są w tej chwili zaangażowane studentki i studenci. To oni/one okupują przestrzenie akademii, oni/one planują kolejne działania i to dzięki im my, jako doktoranci/tki, oraz pracownicy/pracownice możemy włączać się w solidarny protest. Razem nie zamierzamy się poddawać!

 

Dziękuję za rozmowę.

Protest środowiska akademickiego,rozpoczęty na Uniwersytecie Warszawskim i podjęty przez szereg ośrodków akademickich w całym kraju, wsparty przez związki zawodowe, relacjonowany na bieżąco na naszym portalu, trwa.
11 czerwca w mediach pojawiły się informacje, iż prezydent Andrzej Duda rozważa nawet zawetowanie gowinowskiej ustawy 2.0. Akademicki Komitet Protestacyjny wzywa do ogólnopolskiej mobilizacji 13 czerwca.

Głos lewicy

15 lat na tak!

Wystąpienie rocznicowe Krystyny Łybackiej z okazji jubileuszu referendum akcesyjnego Polski do UE:

9 czerwca na schodach Ratusza na Starym Rynku w Poznaniu odbyły się uroczystości 15. Rocznicy Referendum Europejskiego w Polsce.
W spotkaniu, którego pomysłodawczynią i inicjatorką była pani poseł do Parlamentu Europejskiego Krystyna Łybacka a organizatorem Jacek Jaśkowiak, prezydent miasta Poznania. W obchodach uczestniczył także Leszek Miller, Prezes Rady Ministrów w latach 2001 – 2004, przedstawiciele partii politycznych, którzy w 2003 roku popierali referendum akcesyjne, a także mieszkańcy Poznania.
Podczas uroczystości zaproszeni goście podkreślali jakie korzyści Polska uzyskała, mówiąc w dniach 7-8 czerwca 2003 roku TAK UNII EUROPEJSKIEJ oraz przybliżyli zgromadzonym uczestnikom uroczystości jak przebiegały tamte wydarzenia.
Poseł do Parlamentu Europejskiego zwróciła się do uczestników spotkania z następującymi słowami:
„Spotykamy się w sercu Poznania, stoimy na schodach pięknego poznańskiego ratusza. Jesteśmy tu po to, aby raz jeszcze wspólnie przeżyć radość, która była naszym udziałem 15 lat temu. W tamtych czerwcowych dniach 2003 r. Polki i Polacy brali udział w referendum w nadziei, nie głosowali przeciwko komukolwiek, głosowali za. Głosowali za silną, demokratyczną, wolną, cywilizacyjnie postępującą w rozwoju Polską w Unii Europejskiej. Głosowali za Polską praworządną. Głosowali za Polską, w której każdy ma prawa i zachowane są prawa mniejszości. Głosowali za Polską tolerancyjną. Głosowali za Polską pluralistyczną. Głosowali za Polską, w której żyje się oddychając wolnością i czując wokół sprawiedliwość społeczną.
Takiej Polski chcemy, te wartości są dla również dziś aktualne. Z tego powodu zachęcam, podejmując apel pana premiera Leszka Millera, aby wszyscy, którzy uważają, że musimy dbać ciągle oto, aby te wartości były realizowane – zróbmy sobie zdjęcie używając hasła: 15 lat na tak! I umieśćmy je na dowolnym portalu społecznościowym, pokażmy, że jest nasz dużo. Pokażmy, że Polki i Polacy ciągle są na tak dla wolnej, demokratycznej i praworządnej Polski. Pierwszym zdjęciem, będzie zdjęcie uczestników dzisiejszego spotkania.”

 

Wierzę w Polskę

– Nie oszukujmy się, że państwa narodowe nie mają swoich interesów, oczywiście, że je mają i Nord Stream 2 jest tego przykładem – powiedziała Anna-Maria Żukowska w programie „Forum”.
– Należy te interesy należycie wygrywać, trzeba prowadzić dyplomację, a ta w wykonaniu rządu Zjednoczonej Prawicy leży – oceniła rzeczniczka prasowa SLD.
– Wierzę w Polskę i nie zależy mi na tym, aby nasz kraj był potępiany i pokazywany jako przykład łamania praworządności. Mam nadzieję, że to co się ostatnio stało, czyli publikacja zaległych wyroków Trybunału Konstytucyjnego po 808 dniach, jest wyrazem zmądrzenia, że można się cofnąć – stwierdziła Żukowska.
– Nie chodzi oto, aby Polskę ukarać, ale aby rząd Prawa i Sprawiedliwości wycofał się z tych zmian, które są oceniane naprawdę źle nie tylko w kraju, ale i w Europie – podkreśliła.

 

Precz z Gowinem

Protest przeciwko ustawie Gowina jest zarazem protestem przeciwko status quo
Wśród młodych akademików stale wraca ta sama wątpliwość: czy słusznie robimy protestując z dominującym wśród przeciwników ustawy przekazem i czy rzeczywiście nasze interesy są wspólne z niektórymi grupami, które biorą w proteście?
Pojawia się gnieniegdzie nadzieja, że przeoranie dotychczasowych struktur uczelni (idiotyzmu wydziałowego życia) wpłynie pozytywnie na naszą sytuację, bo może umocni kryteria merytokratyczne. Że system grantowy pozwoli nam rozwinąć skrzydła, a nowe wymogi (w tym te dotyczące umiędzynarodowienia) będą premiowały nasz zapał i dynamizm – komentuje na Facebooku publicysta Łukasz Moll.

Balkon z widokiem na demokratyczną uczelnię

– To ostatni dzwonek, by wyrazić sprzeciw wobec złych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym. Być może środowisko akademickie właśnie to zrozumiało – powiedziała mi Karolina Grzegorczyk, studentka w Instytucie Kultury Polskiej UW, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. W momencie, gdy piszę te słowa – także uczestniczka protestu przeciwko reformie Jarosława Gowina, jedna z tych, którzy spędzają noc na balkonie siedziby rektora uniwersytetu. Tego, że zaprotestują, nie spodziewał się nikt. I tylko dzięki temu w ogóle udało im się zacząć.

 

W środę, o wpół do dziesiątej grupa studentów/ek, doktorantek/ów, wykładowców i wykładowczyń akademickich weszła na balkon pierwszego piętra Pałacu Kazimierzowskiego, jednego z zabytkowych budynków na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego. Rozwinęli transparenty: „Żądamy demokratycznych uniwersytetów” wielkimi czarnymi literami na czerwonym tle, obok „Samorządność naszą bronią” uzupełnione antyfaszystowskim emblematem trzech strzał.

Mają jedenaście postulatów. Najbardziej nośne – chcemy zachowania autonomii uniwersytetów od politycznych nacisków, oczekujemy, że akademia będzie bardziej demokratyczną społecznością, nie godzimy się na likwidowanie uczelni w mniejszych miastach i tym samym wzmacnianie nierówności w dostępie do oświaty na poziomie wyższym. To oczekiwania, które odnoszą się wprost do ustawy Gowina. Szumnie nazywana „Nauką 2.0” ustawa, jaką pomysłodawca chciałby przepchnąć do początku przyszłego roku akademickiego, przewiduje bowiem wprowadzenie Rad Uczelni złożonych w połowie z ludzi z zewnątrz, na kształt rad nadzorczych. Do tego planowane jest pozbawienie słabszych uczelni możliwości nadawania stopnia doktora habilitowanego, co będzie oznaczało, że karierę naukową poza najważniejszymi ośrodkami robić będzie bardzo trudno.

Ale program protestujących przewiduje również walkę o zwiększenie nakładów na szkolnictwo wyższe, by szło na ten cel przynajmniej 2 proc. PKB, postulat wzmocnienia praw pracowniczych na uczelniach, uzdrowienie kwestii socjalnych (więcej akademików i domów młodych naukowców, waloryzacja stypendiów), gwarancji, by badacze w dziedzinach humanistycznych i społecznych mogli publikować po polsku.

To hasła w kontrze nie tylko do działań PiS. Bo, jak podkreśla Karolina Grzegorczyk, zapisy z ustawy Gowina częściowo są kontynuacją zmian wprowadzonych przez minister Barbarę Kudrycką, o silnym neoliberalnym, urynkowiającym charakterze. Konsekwencje tych zmian będą odczuwalne przez najbliższe dekady, mówi.

 

Balkon należy do nas wszystkich

Już kilkanaście minut po starcie protestu Straż Uniwersytecka próbowała usunąć transparenty, ale demonstranci jej to uniemożliwili. Przed dziesiątą obok strażników stanął rektor UW Marcin Pałys, nad wyraz stanowczy: – Jeśli będziecie organizować życie w moim gabinecie tak, jak się państwu podoba, będzie potrzeba użycia Straży Uniwersyteckiej. Proszę o zawieszenie tego protestu, o wyłonienie trzyosobowej reprezentacji.

– Uniwersytet jest nas wszystkich i wszyscy chcemy się wypowiedzieć, żeby nikt nami nie rządził po swojemu – odpowiada Sebastian Słowiński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Zebrani powtarzają: protest nie będzie zawieszony. Ostatecznie delegacja zostaje wyłoniona, spotyka się z rektorem w gabinecie, napięta atmosfera ustępuje. Ale transparenty i manifestanci nie opuszczają balkonu.

Co dalej? Naradzają się i głosują, siedząc na materacach, opierając się o zabytkowe barierki, albo po prostu stojąc obok cokolwiek ponurego czarnego transparentu z napisem Nauka Niepodległa i zapasów prowiantu (dominują chipsy, profesor Andrzej Leder żartem skomentuje potem: czasy się zmieniają, kiedy studenci strajkowali na UW w latach 80., sympatycy przynosili im głównie chleb i zupę w słoikach). Część stoi, bo na balkonie nie ma miejsc do siedzenia dla około trzydziestu osób. Do tego naturalny odruch ciekawości, skłaniający, by wstać i wyglądać na dół: zbierają się zwolennicy? Dotarły do społeczności akademickiej informacje o dalszych planach na Wolne Dni Akademii, bo tak nazwano protest?

Kiedy obwieszczają, że protest będzie kontynuowany na warunkach, które akceptuje rektor, a więc powstanie pisemny wniosek i zostaną wskazani organizatorzy, a na balkon można wchodzić i wychodzić od siódmej do dwudziestej, na dole jest mniej więcej tyle osób, co na górze. Potem, w niektórych momentach, obserwatorów i sympatyków przybędzie, ale tłum się nie zgromadzi. Wśród tych, którzy staną na chodniku przed Pałacem Kazimierzowskim, usiądą w cieniu budynku naprzeciwko albo na drodze wewnętrznej, kiedy z miniwykładami będą występowali Maciej Gdula, Andrzej Leder i Ewa Majewska, na oko najwięcej jest dziewczyn-studentek. Dają się zauważyć osoby, które, widać po przypinkach, na niejednej demonstracji już były w ciągu ostatnich dwóch lat: Czarny Protest, tęcza, strajk kobiet…

 

Otworzyć ludziom oczy

– Dlaczego tu jestem? Bo… zgadzam się z tymi jedenastoma punktami programu, z którymi oni występują – mówi mi jedna z uczestniczek protestu, w oczekiwaniu na wystąpienie prof. Ledera, trochę niepewnie, jakby w podświadomym przekonaniu, że protest na uczelni to coś tak niespotykanego, że aż dziwnego, trudnego do uzasadnienia… Kilkanaście razy zresztą zobaczę momenty zdziwienia, nieoczekiwane powitania: „Cześć! Ty też tu jesteś?”, „To ty, też przyszedłeś?”.

Mówi mi na balkonie Tadek, student, aktywista w Studenckim Komitecie Antyfaszystowskim: ogólnie społeczność akademicka, jak zwykle, chyli się ku bierności. Nic nie robią, ani nie są za, ani przeciw, ani nie wiedzą, o co chodzi. Poza rektorem, który jest za, bo tak naprawdę to on napisał tę ustawę, i może częścią pracowników naukowych, którzy dostrzegają, że zapisy nowego prawa dotyczą bezpośrednio ich pracy. Ten protest jest też po to, żeby otworzyć ludziom oczy, zacząć prawdziwą debatę.

Mówi Karolina Grzegorczyk: świadomość sensu zmian jest wśród moich rówieśników bardzo różna. W tej ustawie są zapisy, które są oburzające, ale godzą w wartości abstrakcyjne, jak autonomia nauki, nie ma wielu punktów, które dotykają codziennego życia studentów. Większa mobilizacja jest widoczna w środowiskach, które są aktywne na innych polach, czy to feministycznym, czy antyfaszystowskim, czy też ściśle związanym z kwestiami szkolnictwa wyższego.

 

Co myśli rektor, co myśli doktorant

– Środowisku dobrze zrobiłoby spotkanie w równościowej formule poza tradycyjnymi hierarchiami, w której głos każdego i każdej może zostać wysłuchany. Co innego służy naukom ścisłym, a co innego humanistyce. O czym innym myśli rektor, o czym innym doktorant – tak Łukasz Moll, lewicowy aktywista, który niedawno skończył pisanie pracy doktorskiej, odpowiada mi na pytanie o to, czy popiera sformułowane w Warszawie postulaty i jak naprawdę uzdrawiać polską naukę. – Sprzeciw wobec reformy Gowina to dobry moment, żeby zacząć dyskusję. Mam nadzieję, że inne uczelnie pójdą za przykładem UW, bo to ostatni dzwonek, żeby w tej ustawie coś wyprostować, wywrzeć nacisk na parlament i prezydenta. Potrzebni będą lokalni liderzy, za którymi pójdą mniej rozpoznawalni pracownicy, doktoranci czy studenci.

Ale nawet media sprzyjające protestowi zdają się nie wierzyć, że podobny scenariusz byłby możliwy, nazywając protest na balkonie„rozpaczliwą odpowiedzią” na niechcianą ustawę. Morale rośnie w ciągu dnia. Kiedy prof. Andrzej Leder dzieli się wspomnieniami i refleksją o strajkach studenckich, okraszony refleksją nad tym, czym jest autorytaryzm i jak jest powoli budowany we współczesnej Polsce, atmosfera jest już radośniejsza. Do protestujących docierają kolejne wyrazy poparcia: od Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, NSZZ „Solidarność”, partii Razem, wreszcie od studentów i młodych naukowców z innych ośrodków, którzy w internecie z radością udostępniają zdjęcia, piszą: dziękujemy! Nareszcie!

A przecież protestujący muszą też widzieć ludzi, kompletnie obojętnie załatwiających swoje sprawy w biurach na parterze Pałacu Kazimierzowskiego, wchodzących i wychodzących bez najmniejszego zainteresowania zbiegowiskiem i transparentami.

Nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że kilkadziesiąt metrów od rektoratu na ławeczkach młodzi ludzie cieszą się słoneczną pogodą, kompletnie nieświadomi tego, jak spektakularną akcję zorganizowali ich koleżanki i koledzy.

Kiedy wieczorem w dniu rozpoczęcia protestu pod Pałac Kazimierzowski przychodzi pikieta z poparciem, wołając „Wolność, równość, autonomia”, protestujący – kilkanaścioro osób, które zostają na balkonie na noc – odwdzięczają się śpiewem „Solidarność naszą bronią”. Podchwytują zaintonowany przez przybyłych, tym razem już nie studentki, a głównie ludzi, którzy już edukację dawno skończyli, okrzyk „Gowin precz!”.

To nie jedyny bardziej radykalny akcent niż wystąpienia poranne. – Od tego, jakie wartości zostaną nam przekazane na uniwersytecie, zależy to, jak będzie wyglądał ten kraj. Jeżeli już od pierwszych dni będziemy uczeni, że nasz głos nic nie znaczy, mamy posłusznie i grzecznie słuchać poleceń i nie protestować w sprawach, które nas dotyczą, ludzie zakodują to sobie, będą cisi i potulni. Nie będą mieli chęci, odwagi, woli, żeby się sprzeciwiać – ostrzega młoda działaczka.

Używa czasu przyszłego niestety na wyrost: wieczorem protest na UW nie jest już niespodzianką, zainteresowanie nim deklaruje na Facebooku ponad tysiąc osób, ale ostatecznie przyszło w geście solidarności, znowu, kilkadziesiąt. Tyle, jak na razie, ma „wolę, by się sprzeciwiać”. Ale protest nie skończy się na jednym dniu. Będzie trwał, a balkon wierzy, że nie okaże się głosem wołającym na puszczy.

Na razie rząd i twórcy ustawy Gowina sprawę ignorują. Państwowe media nawet nie wspomniały, że „nauka 2.0”, która niedawno przeszła jak burza przez odpowiednią sejmową komisję, znalazła swoich aktywnych krytyków. Także resort nauki nieszczególnie się przejmuje: zdaniem wiceministra Piotra Mullera zapisy ustawy albo nie są wcale sprzeczne z oczekiwaniami protestujących, albo też oni sami nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą.