PiS rzuca się na taśmę

PiS-owi podobno znów spadło w sondażach, do 34 procent, jak donosi pracownia Kantar Public.  Ponieważ w ostatnich dniach nie zdarzyło się raczej nic szczególnego, co by ten spadek uzasadniało, bo sprawy szybkiej rejterady z ustawą o IPN, aferą Pięty czy nagrodami już się przewaliły, więc warto rozważyć, co mogło spowodować ów spadek z pozycji 40 procent.

 

I wtedy w sukurs przychodzą uwagi socjologa profesora Radosława Markowskiego, od lat specjalizującego się w badaniu wyników sondaży, który od dawna twierdzi, że PiS ma poziom poparcia dnia z wyborów i – poza wahaniami okolicznościowymi – ani mniej ani więcej.
Markowski konsekwentnie twierdził już w pierwszym półroczu po wyborach z października 2015 roku, że mnożące się już wtedy publikacje wyników badań wskazujące na rosnącą stale wysokość notowań PiS, nawet do poziomu 50 procent, można włożyć między bajki i partia rządząca ma stały elektorat na poziomie mniej więcej wyniku wyborczego czyli około 35 procent. Markowski formułował swoje oceny na podstawie szczegółowych, systematycznych analiz publikowanych badań, w tym szczegółowych parametrów, takich jak przepływy poparcia, kategorie wiekowe, przynależność do grup społecznych, wykształcenie, miejsce zamieszkania itd.

 

Albo-albo

I właśnie dlatego w wywiadzie jakiego prezes PiS udzielił braciom Karnowskim dla tygodnika „Sieci” (15 lipca) tak kategorycznie wybrzmiewa jego determinacja, by doprowadzić do pacyfikacji Sądu Najwyższego. Na pytanie Karnowskich: „Komisja Europejska nie złamie polskiej woli dokończenia tej reformy?”, Kaczyński odpowiada: „Nie złamie, bo to jest albo-albo. Jeśli nie zreformuje się sądownictwa, inne reformy mają mały sens, bo prędzej czy później zostaną przez takie sady, jakie mamy, zanegowane”.
Prezes zdecydował się przeprowadzić piątą zmianę ustawy o Sądzie Najwyższym w reakcji na postawę I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz w obawie, że długotrwała i skomplikowana procedura rekrutacji sędziów do Sądu Najwyższego spowoduje takie spowolnienie tego procesu, które sprawi, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu zdąży zatrzymać pisowską „reformę”. Determinacja PiS w tej sprawie jest wyraźnie bardzo silna i władza chce to koniecznie przeprowadzić na obecnym, ostatnim przedwakacyjnym posiedzeniu parlamentu. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, PiS chce odreagować defensywną wiosnę, kiedy to władza dostała zadyszki, odnotowała ostry spadek notowań i musiał wycofać się m.in. z osławionej zmiany ustawy o IPN a także z prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Po drugie, Kaczyński i otaczająca go kamaryla wie, że jeśli nie „załatwi” sprawy Sądu Najwyższego przed wakacjami, to po wakacjach parlamentarnych, we wrześniu, może się to okazać trudniejsze, bo jest to zwyczajowy czas inauguracji nowego sezonu politycznego, gdy ludzie wracają po urlopach zregenerowani, wypoczęci, gotowi do walki. Po trzecie, PiS zauważa ewidentną demobilizację obywatelską w obronie sądów. Byłem pod Sejmem w środę i czwartek i przekonałem się naocznie o tej demobilizacji. Kłamliwa do bólu TVP tym razem właściwie nie musiała uciekać się do manipulacji i sztuczek robionych kamerą. Niestety, demonstracje te są dychawiczne i nie przekraczają stu-dwustu osób. Nie da się tego nawet porównać z prawdziwie masowymi demonstracjami w obronie sądów w lipcu zeszłego roku. Odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się dzieje wymagałaby już zastosowania naukowych instrumentów socjologicznych. Wydaje się, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy prawdopodobnie trafnie sformułował w „karnowskich sieciach” publicysta Piotr Skwieciński. Jego zdaniem demobilizacja społeczna w sprawie sądów bierze się upowszechniającego się przeświadczenia przeciwników PiS oraz „symetrystów”, że opór społeczny i polityczny w Polsce jest w sumie taką potęgą, że „i bez bezpieczników nie dopuści ona do dyktatury tej partii (…) potęgą obecnie nie obejmującą wprost sfery polityki, ale posiadającą potencjał, który w każdej chwili może przełożyć się na politykę”. (…) „Nie obawiają się więc efektów naruszenia zasady „check and balance”; intuicyjnie uważają raczej, że dopiero teraz ów balans staje się realny”. Jeśli jednak uznać nawet interesującą hipotezę Skwiecińskiego za trafną czy bliską trafności z socjo-politologicznego punktu widzenia, to przecież opozycja nie mogłaby i nie zechciała wyciągać z niej takiego praktycznego wniosku, który prowadziłby do osłabienia jej determinacji. W każdym razie Kaczyński i jego kamaryla widzą, że okoliczności aktualnie im względnie sprzyjają i chcą ryzyko utrwalenia owej hipotetycznej „check and balance” dopchnąć kolanem jak najszybciej, właśnie przed wakacjami.

 

„W 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. To się nie powtórzy”

Kluczowa determinacja PiS w sprawie Sądu Najwyższego bierze się jednak przede wszystkim ze skrywanego lęku o wynik wyborów. O to, że z dokonywanych w rozmaitych konfiguracjach wyliczeń wynika, i to już od pewnego czasu, że do Sejmu może wejść grupa partii, która będzie w stanie zbudować antypisowską koalicję. Kaczyński boi się też lewicy, konkretnie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i daje temu wyraz we wspomnianej rozmowie z Karnowskimi („Musimy pamiętać, że w 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. Należy założyć, że to się nie powtórzy, musimy po prostu zdobyć tyle głosów Polaków, by bezpiecznie uzyskać kolejną kadencję”). A ponieważ Kaczyński wie, że realny poziom notowań jest wielką niewiadomą, więc „w razie nieszczęścia” chce mieć w ręku Sąd Najwyższy, który przecież zatwierdza wynik wyborów. Także lęk przed przegraną wyborczą (choćby i w dalszej przyszłości) legł u podstaw orzeczenia tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, który prezydenckie prawo łaski rozszerzył do granic barejowskiego absurdu, pozwalając prezydentowi na ułaskawianie nawet na poziomie postępowania przygotowawczego (dowcipnisie pytają w internecie, czy planowane jest wprowadzenie możliwości rozwodów narzeczonych i mówią o nowej edycji „Dudapomocy”).

 

Unia Warzywno-Ziemniaczana i inni

Dodatkowym powodem gorączkowego pośpiechu PiS w sprawie Sądu Najwyższego (przy okazji też prokuratury) jest także fakt, że dotychczasowa czystka w sądownictwie, przeprowadzana przez Zbigniewa Ziobro już od roku, nie przyniosła niczego zwykłym obywatelom korzystającym z sądów. Ba, wyniki w sądach pogorszyły się. Miasteczko namiotowe protestujących przeciw sądom ludzi z kręgu Adama Słomki i Zygmunta Miernika nie zniknęło tylko z powodu uporządkowania trawnika przed gmachem Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich w Warszawie. Zniknęło także dlatego, że wspomniani radykałowie uważają dziś PiS, w najlepszym razie, za władzę, która sytuacji obywatela w sądzie nie poprawiła, w najgorszym – za zdrajców Sprawy. Także z tego powodu Słomka i Miernik zniknęli z TVPiS, gdzie jeszcze przed rokiem byli stałymi gości w programie Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego. PiS niepokoi też to, co dzieje się na scenie aktywności grup społecznych i branżowych. Poza już zasygnalizowanymi protestami nauczycieli czy policjantów pojawiły się nowe chmury. Ostatnio PiS doprowadziło do czerwoności nawet grupę zawodową, która pod przewodem właściciela najbardziej eleganckiej obory w Polsce, Jana Szyszko, długo zdawała się być jednym z silnych kręgów propisowskiej i to gorliwej lojalności. Przed Sejmem pojawiło się tysiąc leśników, którzy są rozsierdzeni na PiS za to, że oddaje lasy w pacht deweloperom, którzy mają budować „mieszkania plus”. Nadspodziewanie szybko doszło też do organizacyjnej reakcji rolników (w tym plantatorów owoców miękkich) na katastrofalny poziom cen skupu, który radykalnie pogorszył sytuację dużej części tej grupy społeczno-zawodowej. Zawiązała się właśnie Unia Warzywno-Ziemniaczana, na czele której stanął młody rolnik Michał Kołodziejczak. Nikt PiS-owi nie zagwarantuje, że okaże się to sezonową efemerydą i że nie odbierze mu części głosów wsi, dotąd na ogół lojalnej.

 

Objawienie jasnogórskiej Madonny z Tęczochowy u Lisickiego

Co jeszcze spróbuje wyszykować nam PiS? We wspomnianym wywiadzie dla „karnowskiej sieci” prezes PiS dał świadectwo tego, że śledzi prawicową prasę i odwołuje się do hipotez, diagnoz i pomysłów propisowskich publicystów. Po Marszu Równości w Częstochowie na okładce tygodnika „Do rzeczy” ukazała się twarz jasnogórskiej Madonny opatrzona napisem „Zamach na świętość”. Redaktor naczelny Paweł Lisicki wprost sugeruje ograniczenie wolności tego rodzaju demonstracji: „Pierwszy tęczowy atak na Jasną Górę został odparty. Można być pewnym, że nastąpią kolejne, lepiej zorganizowane, bardziej krzykliwe. Chyba że polscy politycy zdobędą się na odwagę i przygotują skuteczną ustawę broniącą nas przed agresywna propagandą aktywistów LGBT”. To samo sugeruje uchodzący za krytyka literackiego niejaki Krzysztof Masłoń, (ksywa „Cudownie Otrzeźwiony”). Stawiam talary przeciw orzechom, że jesienią wysmażony zostanie projekt kagańcowej ustawy w tej sprawie. W sytuacji, gdy Rydzyk od czasu do czasu groźnie powarkuje i sugeruje swoje listy do parlamentu, gdy z powodu „wściekłych wiedźm” z „czarnych protestów” nie można „w pełni chronić życia poczętego”, taka ustawa „antypedalska” byłaby w sam raz godnym darem na przebłaganie, a co najmniej na udobruchanie Ojca Toruńskiego.

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?

Panie Jarosławie Kaczyński!

Zobaczyłem Pana w telewizji i bardzo się ucieszyłem, że przez parę sekund mógł Pan przemawiać. Widać, jest Pan w dobrej formie i najwyższy czas sprawdzić, czy jeszcze parafianie słuchają Pańskich nauk i wiernie realizują wszystkie treści jego dekretów i wytycznych.
Pańskie mądre słowa przypadły mi do gustu: „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, a potem dodał Pan coś o tych, którzy zarabiają miliony dzięki Pana rekomendacji i za Pańskim przyzwoleniem, że nie będą na listach wyborczych do samorządu…
Słusznie!
Zarabiają przecież miesięcznie takie sumy, jakich przeciętny Polak nie widział na oczy, dostają jeszcze premie i nagrody liczone w setkach i dziesiątkach tysięcy złotych.
Bardzo mi się podoba, że to w imię reform i „dobrej zmiany”. Ludzie jednak mówią, że to dlatego, że Wasi przeciwnicy robili tak przez 8 lat, a Wy musicie być lepsi…
Powiem Panu, że też bym podjął decyzję, żeby nie kandydować do samorządu za marne grosze, zwłaszcza że wszyscy chcą znać prawdę na temat dochodów takiego samorządowca. Nie może tak być, że nam, dumnym Polakom i katolikom, ktoś będzie zaglądał do kieszeni. Albo jakiś tam dyktator zarządzi obniżenie 20 proc. uposażenia samorządowców bez powodu. Lepiej pracować w spółkach państwowych i rozdawać kasę „wszystkim naszym”, a jeszcze jakiś milionik tu czy tam wpadnie.
Panie Jarosławie Kaczyński,
jestem pod wrażeniem Pańskiego sprytu: parę sekund przemówienia i od razu parafianie wiedzą, jaki jest Pan uczciwy, a do polityki trafił Pan, by służyć społeczeństwu, a nie dla jakichś drobnych pieniędzy!
Wystarczyło parę sekund i już mnie Pan prawie przekonał, do tej pory sądziłem, że do polityki idzie się wyłącznie dla władzy, sławy i pieniędzy.
Mam jednak teraz pewien problem – nie umiem uzasadnić niektórych Pańskich zachowań w tej służbie narodowi. Jeśli Pan nie szedł do polityki dla pieniędzy, to po co założył Pan spółkę „Srebrna”?
Dlaczego zwalnia ludzi z pracy? Po to, by po podniesieniu pensji na danym stanowisku zatrudnić członków Pańskiej partii i ich rodziny?
Panie Jarosławie Kaczyński,
jeśli przerabia Pan historię, zmienia nazwy ulic, w każdym mieście stawia (często przy społecznym sprzeciwie) pomniki Lechowi Kaczyńskiemu – to dla społeczeństwa?

Głos lewicy

Śmieszne oświadczenie

„Prezes Kaczyński oświadczył, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy i pracujący w spółkach skarbu państwa i zarabiający krocie, nie będą mogli kandydować do samorządów. Owi, PiS-owscy krezusi, nie są przygłupami i nie zrezygnują z zarabiania np. 100 tys. miesięcznie, by zostać burmistrzem i zarabiać 8 tys. brutto. Oni nawet są gotowi dopłacić do kasy PiS te 8 tys. złotych miesięcznie, co wielu teraz czyni, by prezes dał im spokój. Oczywiście, że w PiS idzie się do polityki dla pieniędzy. Daruję sobie wymienianie ludzi z PiS, którzy politykę potraktowali jako środek do przejścia do biznesu i zarabiania dużych pieniędzy. Pozapolityczną drogą nigdy by im się to nie udało.
Komunikat prezesa rozumiem następująco: nie kandydują ci, którzy pracują we wspomnianych spółkach. A czy prawo do startu mają PiS-owscy radni, dorabiający sobie w owych spółkach w radach nadzorczych? Formalnie członkowie rad nadzorczych nie są pracownikami spółek, są ich ogranem nadzorczym, za co otrzymują uposażenie w formie zleceń.
Kandydaci na radnych nie będą powiązani ze spółkami, ale kiedy nimi zostaną mogą zacząć tam zarabiać. Najwyżej zrezygnują z mandatu radnego i w ich miejsce wejdzie kolejny z listy PiS.. I tak karuzela się będzie kręcić, by napełnić kieszenie swoim. W takim KGHM np. jest już piąty z kolei zarząd w ciągu trzech lat rządów PiS. Na same odprawy dla zwalnianych wydano grube miliony. I o to chodzi, by napełnić kieszenie swoim. Rok pracy i milionowa odprawa oznacza bogate życie przez lata. To złodziejstwo PiS klajstruje walką z przestępcami VAT-owskimi.
Z takiego politycznego nadzoru nad spółkami PiS nie zrezygnuje. Zaplecze kadrowe partii to właśnie ci radni. Oni, jak mniemam, są i będą w przyszłości nadal sprawować nadzór polityczny, bo raczej nie merytoryczny, nad spółkami. Będą zatem mogli startować w wyborach samorządowych i nadal zarabiać dziesiątki i setki tysięcy złotych rocznie. Będą także zapleczem kadrowym oczekującym na synekury w spółkach. Nie przypadkiem prezes wygłosił tak enigmatyczne oświadczenie i tyle go widziano. Wolał na wyżej wymienione wątpliwości nie odpowiadać i nie nawijać makaronu na uszy dziennikarzom” – napisał Czesław Cyrul na Facebooku.

 

Rzecz o Hartmanie

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.
Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.
Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.
Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali” – pisze publicysta Paweł Jaworski na łamach strajk.eu.

Co jest stawką?

Wicemarszałek Terlecki wyraził w telewizorze swoje zaniepokojenie faktem, że sędziowie pozostają poza wszelka kontrolą. Miał na myśli oczywiście sytuację związaną z Sądem Najwyższym.

 

Szkoda, że pan wicemarszałek nie doczytał Konstytucji RP, w której znajduje się zapis art. 173: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. Jako takie nie powinny zatem podlegać politycznej kontroli, co w wypadku PiS pragnącego kontrolować wszystko jest trudne do zniesienia.

PiS faktycznie już teraz kontroluje Sąd Najwyższy, bowiem o kształcie tego organu decyduje m.in. prezydent RP – w obecnej chwili jak najbardziej „pisowski”, który mianuje nie tylko Prezesa, ale też wszystkich sędziów SN. Partii rządzącej podlega też Krajowa Rada Sądownictwa wskazująca nominatów do tego ciała. I te zmiany, jak i wprowadzone do samej ustawy o SN i ustroju sądów powszechnych powinny być panu wicemarszałkowi znane, bowiem to jego klub był ich inicjatorem i przegłosował wejście w życie – a pan Terlecki, jako przewodniczący klubu parlamentarnego powinien mieć o tym jako takie pojęcie. Chyba, że znów czegoś „nie doczytał”.

Nie chodzi zatem o kontrolę działalności sędziów, ale o zapewnienie pełni władzy nad nimi. W Sądzie Najwyższym ostatnią do przejęcia kontroli jest osoba Pierwszego Prezesa. I nie ma tu znaczenia, kto nim jest. Ma znaczenie, że nie jest to człowiek PIS. W świetle uchwały podjętej przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN, w której zapewniono o poszanowaniu Konstytucji i wierności sędziowskiemu ślubowaniu powoduje, że nawet zamknięcie drzwi gabinetu obecnej Pierwszej Prezes niczego nie załatwi.

Sędziowie SN to rzeczywiście prawnicza elita. Wiek, doświadczenie, dorobek, nieskazitelny charakter (wymogi określone w art. 30 § 1 ustawy o SN) to w ich wypadku po prostu stan faktyczny. Inaczej nie mogliby być sędziami SN (a przynajmniej każdy chciałby wierzyć, że tak jest).

O co zatem chodzi w walce władzy politycznej z Sądem Najwyższym? O wybory, a raczej potwierdzenia ich ważności, do czego w art. 1 powołany jest właśnie Sąd Najwyższy. Kadencji Pierwszego Prezesa SN zmienić ustawą się nie da (wynika z art. 183 Konstytucji), ale ustawowo określany jest wiek jego przejścia w stan spoczynku. I wszystkie inne kwestie też można „załatwić” ustawą, poza stwierdzeniem ważności wyborów do Sejmu, Senatu, wyboru Prezydenta, wyników referendum. Przepisy art. 101, 125 i 129 Konstytucji RP wskazują wprost, że w Polsce może to zrobić tylko Sąd Najwyższy. I tego nie ma, ani jak obejść, ani jak przekręcić.

To, że wymiar sprawiedliwości wymaga reform nie ulega nie ulega dyskusji, ale jeśli zaorana zostanie niezawisłość sędziów, w tym Sądu Najwyższego, to możliwości kontroli władzy w praktyce nie będzie. Walka o SN w naszych realiach to walka o zachowanie tych resztek demokracji, w której prawo góruje nad wolą władców.

Ta przenośnia powstała z tłumaczenia słynnej anegdoty François Andrieux, w której Fryderyk Wielki chciał sobie rozbudować park w Sans Souci, ale zawadzał mu młyn i jego uparty właściciel. Kiedy Fryderyk zagroził wywłaszczeniem, młynarz miał mu odpowiedzieć „Są jeszcze sędziowie w Berlinie”, co skłoniło króla do rezygnacji z planów. Powiastka Le Meunier de Sans-Souci została wydana dwieście lat temu. Ale to tylko anegdota, jakże mało śmieszna w porównaniu z naszymi wygłupami.

Makiawelizm po polsku

Księcia nie mamy, ale za to jest pan Prezes, chorowity ostatnio, ale nadal służy Ojczyźnie. Ma i Cel i środki, które tenże uświęca.

 

Część I. Historia

Pojęcie to może stanowić synonim manipulacji, oszustwa, hipokryzji i tego, co Nietzsche nazywa „Wille zur Macht”. Łączy się to z maksymą „Cel uświęca środki”. Jest ona powszechnie przypisywana Niccolò Machiavellemu (1469-1527). Redukowanie tej postaci i jej działalności do tych trzech słów jest prostackie. Ani w „Księciu” ani w „Dialogu…” słów tych nie znajdziemy. Można wszak z całości tych dzieł wnioskować, że doradzał władcom Florencji, Medyceuszom, którym służył, zwłaszcza Wawrzyńcowi Wspaniałemu, jak powinien dbać o utrzymanie władzy, należącej od wieków do tego możnego rodu. Tegoż wpływy sięgały wielu dworów europejskich i decydowały o wyborze papieży, a ich bank stanowił potęgę finansową.

Medyceusze nie byli jednak wszechwładni. Buntował się przeciw nim fanatyczny dominikański mnich Girolamo Savonarola (1452-1498), który głosząc konieczność reformy Kościoła, obalił rządy panującej familii, dążył do utworzenia państwa teokratycznego. Konsekwencje szaleństwa dominikanina uderzyły pośrednio także w przewodniczącego Rady Dziesięciu, w Machiavellego. Po powrocie Medyceuszy do Florencji znalazł się on za kratami, był torturowany. Savonarola zaś, uznany przez papieża Aleksandra VI (Borgia) za heretyka, został spalony na stosie. Tak w schyłkowym a burzliwym okresie Odrodzenia znalazł się autor „Księcia” w środku wydarzeń. Odrzucał tyranię jako mniej stabilną, budzącą sprzeciw i bunt obywateli, opowiadał się za światłymi rządami władcy popieranego zarówno przez arystokrację, jak i przez lud. Po to, aby tak się stało, trzeba być silniejszym od przeciwnika.

Współczesny angielski naukowiec Philip Stokes umieścił Machiavellego wśród stu nawiększych filozofów świata. Dodajmy: był filozofem władzy, choć i przed i po nim dla wielu filozofów sposób rządzenia też był tematem przemyśleń. Stokes określił go jako historyka, prawnika i polityka. Niemiecki historyk Immanuel Gaus podkreślił jego polityczne znaczenie aż po dzień dzisiejszy.

Przeszło sto lat później pojawiło się inne pojęcie wobec „Cel uświęca środki”. Tym pojęciem jest Racja Stanu. Ona też wyznaczone cele (władzy) każe osiągać wszelkimi środkami. Władza, jeśli chce nią być, musi być absolutna. Tak myśleli i działali za czasów Ludwika XIII jako „premierzy” kardynał Armand Richelieu i jego następca kardynał Mazarin.

Wśród zapoczątkowujących epokę Oświecenia myślicieli francuskich (Wolter, Diderot i Rousseau) był także Monteskiusz. Jego wydane w 1748 r. w Genewie dzieło „O duchu praw” było propozycją, było żądaniem podziału władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ten trójpodział władzy, tak przyjęto, powinien być cechą cywilizowanych państw. Stanowi on podstawę, zgoła fundament, nowoczesnych państw. Wyjąwszy XX-wieczne tyranie – III Rzeszę i Związek Radziecki – gdzie taki podział był fikcyjny (i nie tylko tam) w demokratycznych państwach musi być bezwzględnie przestrzegany, obowiązujący, bezdyskusyjny.

 

Część II. Współczesność

Jak to jest z tym makiawelizmem po polsku? Oczywiście jest, tylko jakiś parciany, zgrzebny, jak dawniej socjalizm, przeciw któremu zbuntowały się „solidarnościowo” masy pracujące miast i wsi. Potem już było pod jednym względnym lepiej, pod innym gorzej. Takie „poza dobrem i złem”. Rób co chcesz, ale tak było i jest w demokratycznym państwie prawa. Wątpiący w to złym Polakiem jest.

Z trójkowym podziałem władzy jest tak, jak każdy widzieć i ocenić może. Księcia nie mamy, ale za to jest pan Prezes, chorowity ostatnio, ale nadal służy Ojczyźnie. Co się tyczy sądownictwa, to jest ono reformowane z jego woli. Jak wszystko inne. Obsadzone swoimi ludźmi zostały Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa, Sąd Najwyższy, sądy okręgowe i powszechne, do których wyznaczyć należy nowych ławników. W sądach zalęgły się, jak w Krakowie, grupy przestępcze, mówił premier Morawiecki, a pan minister Ziobro dodał, że to są zmowy i układy. Koniecznie trzeba to przeciąć, już prokurator generalny wie, jak to robić. Tak to władza wykonawcza rządzi wymiarem sprawiedliwości. Apelował sam premier do sędziów, by wydawali wyroki jakie trzeba.

À propos sprawiedliwości to rząd jest zdania, że ona jest ważniejsza od praworządności, czyli tego, o czym jest mowa w „Duchu praw”. Nikt z z obozu rządzących się tym nie przejmuje. Wszystko jest wszak legitymowane przez Pana Prezesa. Wskazuje on na środki, a Cel ma jasny. Chodzi mu o to, by rządy tzw. „dobrej zmiany” trwały co najmniej dwie kadencje, a jak się uda to nawet trzy. Potrzeba mu zatem dwunastu lat. Tyle, ile trwał np. totalitarny reżim w Niemczech. Zmieniać trzeba wszystko. Pan Gowin zamachnął się na autonomię uniwersytetów i wyższych uczelni, pani minister oświaty chce, żeby historii uczyć zgodnie z ustaleniami IPN, ktoś gadał o „decentralizacji mass-mediów”, cokolwiek to znaczyć ma, poza tym, że ów działacz jest niespełna rozumu.

Ważne posunięcia dotyczą również spraw gospodarczo-finansowych. Poza Bankiem Narodowym i systemem finansowym ludzie posłuszni władzy oblepili wszystkie państwowe spółki. LOTOS, ORLEN, PGNiG, Miedź, cała energetyka – wszystkie te koncerny znajdują się we „właściwych” rękach. I o to chodziło, żeby dbać o wizje i interesy tymczasowych właścicieli Polski. Prezesi i dyrektorzy, choć sami nie są entuzjastami obecnych rządów, niekiedy mający własny i krytyczny pogląd na sprawy, na których się znają, wychodzą pomysłom władzy naprzeciw. Jednakże przyznać trzeba, że władze te zostały wybrane demokratycznie.

Rzecz w tym, że to nie władza ustawodawcza winna być nad wykonawczą, a jest akurat odwrotnie. I choć sługa Pana Prezesa, pan Kuchciński, jako marszałek Sejmu przewodniczy debatom z widocznym naruszeniem wolności słowa, i w sposobie prowadzenia obrad przypomina mi osobiście prezydenta Reichstagu po 1933 r., to nie ma siły, by to zmienić. Większość jest większość wyłoniona wolą wyborców. I żeby tak pozostało, przy urnach w lokalach wyborczych przy wyborach będą czuwać specjalni partyjni komisarze. Komisarze – słowo brzmi dumnie!

„Dobra zmiana”, i to napiszę na koniec, objęła nawet państwową stadninę koni w Janowie Podlaskim. Koniom to obojętne. A koń jaki jest – każdy to widzi.

„Cie choroba”

Media nie tak dawno rozpisywały się o chorobie Prezesa. Fakt, jakiś czas nie było widać Prezesa w mediach i w publicznych wystąpieniach, no a co ważne nie był też na oddaniu do użytku, czyli odsłonięciu pomnika jego skądinąd słynnego brata.

 

Domysły, co do rodzaju choroby były różne, ale przeważał domysł choroby kolana, choć nie było żadnego oficjalnego komunikatu co do choroby i jej rodzaju. Cóż w pewnym wieku kolana i inne stawy bolą, szczególnie tym, co to w latach młodych nie żłopali mleka. Tak czy siak, choroba była, był szpital, było wyjście ze szpitala, co wścibskie, a nieprzychylne Prezesowi media wyniuchały, a teraz to chyba jakaś rehabilitacja czy inna rekonwalescencja trwa, choć oficjalnie nic nie wiadomo. Też nie wiadomo, czy już po tej chorobie, czy jest jakieś zwolnienie lekarskie i w ogóle, wszystko tajne jakieś. A sprawa chyba była poważna, bo i zaczęto w niektórych kręgach na wszelki wypadek, dzielić skórę na niedźwiedziu, czyli typować następcę Prezesa wśród potencjalnych kandydatów, co było dość zabawne w swej wymowie.

 

Cóż Prezes, nie Prezes,

jak każdemu trzeba życzyć zdrowia, czy też powrotu do zdrowia i tyle. Ale co innego w tym jest istotne.
Bo to nie wiadomo, a przynajmniej dla ogółu, co to za choroba, czy pacjent to pracownik, który to opłaca wszystkie składki i ubezpieczenia, czy może to emeryt, który prawie nic nie płaci, czy też tzw. poseł etatowy, czy kim tam jeszcze jest. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, czy był u lekarza pierwszego kontaktu, czy dostał skierowanie na leczenia, no i czy czekał w kolejce do lekarzy, w kolejce do szpitala, nie mówiąc o takich tam duperelach jak to, jak się do tego szpitala udał; piechotą, tramwajem, taxi, czy limuzyną rządową, no a jeśli tak, to dlaczego?

 

Lekarz politycznego kontaktu

No, a co najistotniejsze w tym wszystkim, to w jakim to szpitalu pacjent był, czy to był szpital normalny dla ludu pracującego miast i wsi, czy w szpitalu dla wybranych, z czym to ta opcja podobno związkowa, a teraz nam panująca tak walczyła zaciekle z tzw. komuną?

 

Kabaret

Tak czy owak, wszystko to razem nadaje się do mistrzowskiego przedstawienia, przez mistrzów prześmiewców, satyryków, jak ten który, nomen omen, prezentował właśnie „Cie choroba”, ale już takich dzisiaj nie ma, nie licząc kilku błaznów przy dworze. Co ciekawe, od pewnego czasu, tak w zasadzie to dzisiaj nie ma u nas czasopism satyrycznych. Nie ma, bo teraz, po zmianach i dobrej zmianie, to życie stało się satyrą. Cie choroba.

Głos prawicy

Nietykalski Chazan

„Do Rzeczy” donosi:
Sąd Rejonowy w Warszawie czekał aż półtora roku na przesłuchanie Anny G., byłej koordynatorki warmińsko-mazurskiego KOD, oskarżonej o zniesławienie prof. Bogdana Chazana. Kobieta została doprowadzona na salę sądową przez funkcjonariuszy policji, ponieważ od końca 2016 roku nie stawiała się na rozprawy.
W toku postępowania, mimo kolejnych terminów rozpraw i zawiadomień, Anna G. nie stawiała się w sądzie, nie usprawiedliwiając swojej nieobecności. Zdaniem oskarżycieli próbowała w ten sposób uniknąć odpowiedzialności.
– Dzięki interwencji Sądu będziemy mogli wkrótce potwierdzić nieprawdziwość słów oskarżonej, która na Facebooku nie miała oporów w rozpowszechnianiu pomówień pod adresem prof. Chazana, a w praktyce nie jest w stanie swoich twierdzeń udowodnić – powiedział adw. dr Bartosz Lewandowski, dyrektor Centrum Interwencji Procesowej Ordo Iuris.
Postępowanie to ma na celu obronę dobrego imienia lekarza, ale także ukazanie, że Internet nie jest przestrzenią anonimową, a rozpowszechniający w nim pomówienia mogą ponieść konsekwencje swoich słów.
Przypomnijmy, Anna G. twierdziła, że prof. Bogdan Chazan, pracując jeszcze w Szpitalu im. Świętej Rodziny w Warszawie, odmówił jej cesarskiego cięcia z uwagi na własne przywiązanie do wartości religijnych. Cała przedstawiona sytuacja przez oskarżoną nigdy nie miała miejsca, chociaż wpis był wielokrotnie powielany w przestrzeni medialnej.
Według prawników Ordo Iuris publikowane wpisy wypełniają znamiona czynu zabronionego, określonego w art. 212 § 2 Kodeksu Karnego (zniesławienie za pośrednictwem środków masowego komunikowania).

Źli uchodźcy, odc. 56734

„Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński wielokrotnie stwierdzał, że uchodźcom owszem – trzeba pomagać – jednak na miejscu, a nie sprowadzać ich masowo do Europy. Jak się okazuje, teraz w podobnym tonie wypowiada się… kanclerz Niemiec Angela Merkel.
Po spotkaniu z premierem Giuseppe Conte stwierdziła: „Niemcy chcą być solidarne z Włochami w kwestii migrantów”.
Podkreślała, że chodzi o to, na ile możliwe jest zajęcie się problemem uchodźców jeszcze w Afryce Północnej. Tym samym przychyliła się do linii, którą polski rząd utrzymuje od 2015 roku. Przed trzema laty w październiku prezes PiS jasno podkreślał, że nie można podejmować decyzji, które mogą godzić w interesy obywateli.” – za fronda.pl

Bohater naszych czasów

Poseł Stanisław Pięta to człowiek niewątpliwie wybitny inaczej, inteligentny inaczej, a ostatnie wypadki pokazują, że jest to nawet katolik inaczej.

Ówcześnie mało znanego posła wspominam jeszcze z tych czasów, gdy domagał się nacjonalizacji majątku Związku Nauczycielstwa Polskiego, a z senatorem Janem Filipem Libickim (który chyba już wtedy odszedł z PiS do Platformy Obywatelskiej) licytował się, który z nich przygotuje bardziej antypracowniczą ustawę o związkach zawodowych.
Potem poseł Pięta nie lubił – podobnie jak nauczycieli – kilku innych grup społecznych, m.in. lekarzy. Ostatnio domagał się siłowego wyrzucenia niepełnosprawnych i ich rodziców z Sejmu. Miał jeszcze kilka innych – łagodnie mówiąc – „wybitnych” wypowiedzi i działań.

 

Polityczny meteor

Poseł Pięta to aktywny prawicowy działacz polityczny na terenie Bielska-Białej. Jego kariera polityczna nie jest co prawda tak bogata jak europosła Ryszarda Czarneckiego czy prezesa TVP Jarosława Kurskiego, ale też zaliczył kilka partii – od początku lat 90. XX wieku Konfederację Polski Niepodległej, Ligę Republikańską, Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe i Przymierze Prawicy (a być może to nie wszystkie). Wydawał też pismo „Zakaz skrętu w lewo”. Do Prawa i Sprawiedliwości trafił dopiero w 2001 roku.
Dziwne jest, że PiS skierował tak niestabilnego i kontrowersyjnego człowieka do działalności sejmowej w komisjach raczej wymagających dużej odpowiedzialności, autorytetu i na pewno stabilności życiowej – bo przecież jego związek pozamałżeński stał się dobrą zabawą dla dziennikarzy, ale przecież mógł się stać przyczyną zwykłego szantażu czy to finansowego czy niestety politycznego.

 

Gdzie były służby?

A poseł Pięta z nadania PiS jest w obecnej kadencji Sejmu zastępcą przewodniczących: Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, Komisji Ustawodawczej. Niestety nie wiadomo po co jest również w tzw Komisji ds. Amber Gold oraz – a to już zupełna tragedia – Komisji ds. Służb Specjalnych.
W skład Komisji ds. Służb Specjalnych wszedł 13 kwietnia tego roku, czyli już w czasie kiedy bardzo się przyjaźnił z panią Joanną, o czym dziś donoszą media. A zatem członek najbardziej utajnionej komisji sejmowej, zajmującej się najważniejszymi sprawami bezpieczeństwa państwa, nadzorującej działania wszystkich polskich służb specjalnych, mógł zostać ofiarą zwykłego obyczajowego szantażu!
Z Komisji ds. Służb Specjalnych mogły wypłynąć niezwykle ważne dla bezpieczeństwa państwa polskiego dokumenty tylko dlatego, że jeden z jej członków w swoim pokoju w Nowym Domu Poselskim zamiast zajmować się tymi dokumentami zajmował się czymś (a raczej kimś) zupełnie innym.
Jakim sposobem w środowisku PiS, gdzie podejrzliwość, szpiego – i agentomania są obowiązkiem partyjnym i służbowym doszło do takiego skandalu? Gdzie przed 13 kwietnia były te ukochane i hołubione przez PiS służby specjalne, którym nie udało się zapobiec nominacji na jedno z najbardziej odpowiedzialnych stanowisk w państwie nieodpowiedzialnego kochasia? A przecież do tej pory PiS w takich sprawach wobec swoich członków było raczej bezwzględne, że przypomnę chociażby sprawę ministra sportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego – Tomasza Lipca.
Dla porządku trzeba też dodać, że poseł Pięta oprócz tego jest członkiem sejmowej podkomisji do spraw nowelizacji Kodeksu Pracy, co – pamiętając o jego wspomnianej działalności w sprawie Związku Nauczycielstwa Polskiego – musi budzić jeśli nie przerażenie, to przynajmniej poważne wątpliwości.

 

Z kim on musi pracować!

Prezes Jarosław Kaczyński w zasadzie spacyfikował całą polską porozbijaną prawicę. Generalnie w PiS, a resztę prawicowego planktonu w Zjednoczonej Prawicy. Finał jest taki, że w wyniku tego procesu w PiS jest wielu ludzi, którzy powinni raczej być po za polityką. Kaczyński ich włączył do PiS, dał polityczne kariery i zrobił tyle, że tylko od czasu do czasu robią coś głupiego.
Ale czasem jednak robią.
Tu przypomina mi się taki stary szmonces, w którym na końcu rabin mówi: „No i sami widzicie z kim ja muszę pracować!”
To zdanie chyba ostatnio Jarosław Kaczyński często powtarza.
A Pięta? Mam nadzieję, że decyzja w sprawie Pięty zapadnie kiedy prezesa będzie bolało kolano.

Głos prawicy

Niewinne prześladowanie Żydów?

– Znaleźli się ludzie dobrej woli, którzy zniszczyli mural mjr. Baumana. Otóż źle zrobiliście. Nie niszczcie tych murali, niech one tam wiszą. Niech tam jeszcze będzie pani Wolińska-Brus. Trzeba Polakom przypominać, że Marzec ‚68, to nie było tylko niewinne prześladowanie Żydów, ale wewnętrzna dintojra w partii, dzięki czemu zyskali i uciekli od odpowiedzialności zbrodniarze stalinowscy pokroju mjr. Baumana. Wreszcie muzeum POLIN robi coś dobrego – stwierdził w wideokomentarzu opublikowanym na portalu tygodnika „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz.

 

Następca prezesa?

Aleksander Majewski na portalu wPolityce.pl zastanawia się, kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego: IBRiS opublikował sondaż, z którego wynika, że najwięcej badanych w roli naturalnego następcy Jarosława Kaczyńskiego widzi Mateusza Morawieckiego (14,4 proc.). Kolejne miejsca przypadły Joachimowi Brudzińskiemu (9 proc.) i Beacie Szydło (8,6 proc.). Dopiero czwarte miejsce zajął prezydent Andrzej Duda (7,4 proc.). Oczywiście to tylko sondaż, ale sygnał jest czytelny. I nie jest to bynajmniej sygnał korzystny dla PiS. (…) Kolano prezesa PiS stało się sprawą wagi państwowej. Chwilowe wyautowanie lidera partii rządzącej skłania do dyskusji na temat przywództwa w razie dłuższej absencji polityka. I trudno szukać murowanego kandydata do przejęcia partyjnych sterów. Wyniki sondażu są tego symptomem. Oczywiście kwestia przejęcia schedy po zdecydowanym liderze zawsze jest olbrzymim wyzwaniem, którego podjęcie często kończy się niepowodzeniem. PiS musi zdawać sobie z tego sprawę.

 

Niepełnosprawni szantażyści

Ten protest miał się zacząć tydzień wcześniej – w rocznicę katastrofy smoleńskiej – co pokazuje, że nie chodzi w nim tylko o dobro niepełnosprawnych, lecz także o polityczną awanturę. A twardy upór przy postulacie, którego spełnić się nie da, każe nam twierdzić, że ten spór po prostu ma trwać. Jest to oczywiście na rękę opozycji, która schowana za naprawdę potrzebującymi gorliwie pilnuje, by zapał protestujących nie przygasał – piszą na łamach tygodnika „Sieci” Marek Pyza i Marcin Wikło.
Zajście przy oknie pokazuje, że dziś w tym proteście chodzi już tylko o medialną zadymę. Mają być emocje – najlepiej wymykające się spod kontroli – a właściwie prowokacje. Wszystko obliczone na odpowiednie zrelacjonowanie w niechętnych władzy mediach. – Jaki minister wypadnie dobrze, stojąc naprzeciwko niepełnosprawnego na wózku inwalidzkim? Po czyjej stronie będzie sympatia? Choćby polityk miał do zaproponowania cuda, w tym starciu nie ma szans. To jest coś na pograniczu szantażu, tak skutecznego, że nam nawet nie wolno głośno o tym mówić. A opozycja gra swoją gierkę – mówi nam jeden z polityków PiS. (…) Dla części polityków hucpa w Sejmie jest okazją do perfidnego lansu. Dopiero po miesiącu od początku okupacji losem niepełnosprawnych przejął się Ryszard Petru. Spacerował po parlamentarnym dziedzińcu, pchając wózek z chorą Magdą Milewicz. Oczywiście w asyście licznych fotoreporterów. To rzeczywiście moment wart uchwycenia w obiektywie: zatwardziały liberał domagający się interwencji państwa opiekuńczego. Szczytem autopromocji była wizyta u protestujących Lecha Wałęsy. W czasie ponadgodzinnego spotkania były prezydent nie zaskoczył – mówił głównie o sobie i swoich „zwycięstwach”. Na apel o pozostanie z opiekunkami w Sejmie i skorzystanie z czekającego na niego materaca odparł, że nie może być o tym mowy, bo ma mnóstwo innych obowiązków, „czekają na niego w Puławach” – piszą.