Bajaderka 2 – zamiast Flaczków

Prezydentopodobny Produkt Prezesa (dalej PPP) miotał się w minionym tygodniu wyjątkowo nawet jak na standard, do którego nas wcześniej przyzwyczaił. Najpierw zaprosił „cały naród” do udziału w tzw. Marszu Niepodległości, a kiedy okazało się, że zawiadujące tym marszem towarzystwo spod ciemnej gwiazdy nie zamierza dostosować się do jego oczekiwań i ograniczyć emblematyki marszu do biało-czerwonych flag, ogłosił rejteradę i zrezygnował z udziału. Na tym tylko przykładzie widać, że świętą rację mieli ci, którzy nie od dziś ostrzegali, że hołubienie grup faszyzujących kiboli i nie-kiboli skończy się dla PiS tak, że stanie się ich zakładnikiem, a ogon zacznie machać psem. I stało się. To nie PPP stawiał warunki naziolom ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, ale oni jemu, a skończyło się na tym, że musiał wycofać się z podwiniętym ogonem. Naziole rządzą! Grzegorze Dyndały same tego chciały!

***

PPP miotał się też w sprawie wymyślonego przez PiS w nagłym trybie dnia wolnego od pracy, tu i ówdzie nazwanego „kacowym”. Nawiasem mówiąc, niby rozsądne głosy, że PiS powinno na długo wcześniej wyjść z tym projektem, jeśli miał mieć ręce i nogi, nie uwzględnia natury działania pisiorów. A skąd oni mogli wiedzieć rok czy dwa lata temu, że przyjdzie im ponosić dodatkowe koszty poparcia wyborczego, skoro miało być z tym lepiej i tylko lepiej? Gdyby nie potrzeba ubicia kilku dodatkowych punktów w drugiej turze wyborów samorządowych, raczej by na pomysł wolnego 12 listopada nie wpadli. A co do miotania się PPP: najpierw znów się nadął jak purchawka i udawał, że zamierza namyślać się czy podpisać ustawę o dniu wolnym po przeanalizowaniu jej, ale już tego samego dnia wieczorem zrejterował i w ciemno oświadczył (ustami przybocznego Spychalskiego), że ją podpisze na pniu, bez czytania. Panie PPP, doprawdy człowiek niezłomny tak się nie zachowuje.

***

Kolejna ex-„lwica lewicy”, Genowefa Grabowska znów wysługiwała się pisiorom na portalu „w potylicę” Karnowskich i broniła racji demokraty Ziobry przed uzurpacją ze strony TSUE.

***

Ucichł coś Stary Morawiecki, który ostatnimi czasy nie schodził ze ekranów telewizyjnych. Charakterystyczne, że ucichł po swoich proputinowskich deklaracjach. Syn ochrzanił go za to jak święty Michał diabła i Stary skorzystał z okazji by zamilczeć. Syn miał rację, bo w kontekście „rosyjskich śladów” Macierewicza odkrytych przez Tomasza Piątka, wynurzenia Ojca mogą wybrzmiewać dość dwuznacznie.

***

Każdy, kto obejrzał w TVN rozmowę Katarzyny Kolendy-Zaleskiej z komendantem (tak kazał się rozmówczyni nazywać) Służby Ochrony Państwa (następczyni BOR) generałem Tomaszem Miłkowskim, ten ma powód by lękać się o bezpieczeństwo VIP-ów, nawet jeśli za nimi nie przepada, jak piszący te słowa. Miłkowski objawił tak piramidalną niekompetencję w zakresie działania kierowanej przez siebie instytucji i taką nieporadność myślową, że nawet Kolenda-Zaleska, która nie ma w sobie drapieżności Moniki Olejnik sprawiła, że pod naporem jej pytań Miłkowski wił się jak piskorz, plótł jak Piekarski na mękach, a pot spływał mu po twarzy strugami, co na ekranach telewizyjnych prezentujących obraz szczególnie wysokiej jakości jawiło się bardzo realistycznie. Miał chłop szczęście, że nie trafił tego dnia do „Kropki nad i”, bo Olejnik zrobiłaby z niego flaczki z majerankiem lepsze niż u Gesslerowej. Dla Miłkowskiego było na przykład normalnym bieganie PPP po jezdni po potrąceniu dziecka na pasach. Tymczasem nawet dla takiego laika w tej dziedzinie jak ja, jest oczywiste, że po niespodziewanym zatrzymaniu się kolumny, dwóch oficerów ochrony powinno błyskawicznie stanąć przy tylnych drzwiach po obu stronach auta PPP, by profilaktycznie zablokować do niego dostęp z zewnątrz, a jednocześnie uniemożliwić Dostojnemu Pasażerowi spontaniczne wydostanie się z auta.

***

Jak donoszą (choć nie nazbyt wyczerpująco i obficie) pewne źródła, Ziobro wymyślił, żeby na 100 rocznicę Niepodległości sprawić prezent Nieboszczykowi JP2 i wystąpić z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Miałoby się pod nią podpisać 15 posłów, a oficjalną sakrę miałby dać Ojciec Inwestor z Torunia. Podobno Prezes już się zirytował i zagroził ewentualnym projektodawcom i sygnatariuszom wyrzucenie z partii. Co do reakcji Prezesa, to wiadomo: przed laty już pozbył się z PiS jednego antyaborcyjnego ultrasa Marka Jurka, a Czarny Protest sprzed dwóch lat tak go przeraził, że – by tak rzec – własnoręcznie z sejmowej trybuny zdezawuował fanatyczny projekt Ordo Iuris i doprowadził do jego utrącenia. Ziobro wszystko to doskonale wie, podobnie jak wie, że próba wyjścia z tym projektem na forum Sejmu wywoła potężną burzę na skalę krajową, więc jego pomysł ma znamiona prowokacji w stosunku do prezesa, rządu i sojuszniczej partii PiS. Dlaczego więc to robi, on, raczej niespecjalnie kojarzony z kręgami antyaborcyjnych ultrasów? Wśród spekulacji wokół przyczyn tego wybryku jest i taki, że Ziobro czuje, iż jego czas na stanowisku Ministra Sprawiedliwości jest policzony, bo Młody Morawiecki go nienawidzi i nie od wczoraj chce się go pozbyć jako konkurenta do schedy po Prezesie. Niektórzy też mówią, że gdyby ostatni wynik wyborczy był bardziej zadowalający i osiągnął wymarzone 40 procent, to Prezes rzuciłby Ziobrę Morawieckiemu na pożarcie w akcie wdzięczności za taki sukces. Do wyrzucenia Ziobry asumpt dałyby mu też bardzo – delikatnie mówiąc – połowiczne efekty „reformy” sądownictwa, a z punktu widzenia wydźwięku politycznego jej klapa, zwłaszcza w Sądzie Najwyższym i w obliczu coraz bardziej stanowczych działań europejskich sądów i trybunałów. Niedostatecznie zadowalający wynik wyborczy co najmniej odwlekł ten moment i uratował Ziobrze głowę. Ten, mimo to, czuje się coraz bardziej zagrożony, więc co rusz wyskakuje z jakimś prewencyjnym posunięciem, jak choćby z wnioskiem do „TK” Przyłębskiej w sprawie uprawnień sędziów do kierowania pytań prejudycjalnych. Nic też dziwnego, że po ogłoszeniu „taśm Morawieckiego” wielu komentatorów spiritus movens tego wydarzenia upatruje we wpływach Ziobry. Posunięcie z zakazem aborcji wygląda na okazanie polisy ubezpieczeniowej wystawionej mu w Toruniu.

***

Wszyscy rzucili się na PiS z krytyką, że zmarnowało pieniądze przeznaczone na organizację obchodów 100-lecia Niepodległości, że zabrakło jednego wyjątkowo spektakularnego wyrazu tych obchodów. No jak to? A odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego? To jest crème de la crème tych obchodów, ukoronowanie dążeń prezesa PiS. Niestety, jak na mój gust ten pomnik jest zbyt skromny, zbyt niepokaźny. Uważam, że pomnik Lecha Kaczyńskiego powinien być tak wielki, by między jego nogami mógł zmieścić się obiekt wielkości Pałacu Kultury i Nauki.

***

Aha, jeszcze jeden akcent tych obchodów świadczący o stanie ducha obozu władzy – NSZZ „Solidarność” pójdzie w „Marszu Niepodległości” z naziolami. Ciągnie swój do swego.

Flaczki tygodnia

Kampania wyborcza skończyła się. Ściślej plebiscyt wyborczy. A ściślej jego pierwsza runda. Nietrudno przewidzieć, że druga runda rozpocznie się przed 11 listopada. Plebiscytem na największego patriotę.

***

Tylko Święto Zmarłych może jeszcze być wolne od wojny polsko-polskiej toczonej przez PiS z koalicją PO+. W Polsce nie wypada robić polityki na cmentarzach. Jeszcze nie wpada.

***

Hitler straszył użyciem Wunderwaffe, która miała zmienić wynik przegrywanej wojny. Japończycy rzucili do boju samobójczych kamikadze. Amerykanie bomby atomowe. To one ich zwycięstwo przypieczętowało. Nie wiem kogo naśladowali sztabowcy PiS rzucając w końcówce kampanii wyborczej swoją bombę. Telewizyjny spot znowu straszący Polaków uchodźcami. Robiący politykę na grobach. Tyle, że cudzych. Na razie.

***

Straszenie hordami uchodźców na zdrowy chłopski rozum jest w Polsce nieproduktywne. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza kiedy zewsząd słyszymy coraz głośniejsze postulaty, gniewne pomruki nawet, polskich przedsiębiorców żądających kontyngentów złożonych z migrantów. Bo polscy przedsiębiorcy odczuwają strach przed brakiem rąk do pracy.

***

Słyszymy zewsząd, nawet w mediach narodowo-katolickich, że bez importu siły roboczej, najlepiej z Azji, polska gospodarka nie utrzyma zaplanowanego, ambitnego tempa wzrostu gospodarczego. Bez azjatyckich rąk do pracy nie wybuduje się obiecanych przez pana premiera-milionera Mateusza Morawieckiego setek tysięcy mieszkań z programu Mieszkanie +.
Bez ludów z Azji jutro nie wybuduje się dziesiątków tysięcy mostów obiecanych przez pana premiera-milionera w czasie wczorajszej kampanii wyborczej. Nie wybuduje się też Centralnego Portu Komunikacyjnego imienia Lecha Kaczyńskiego, ani żadnej z Wielkich Budów Kaczyzmu obiecywanych przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
No może Mierzeję Wiślaną uda się bez emigrantów przekopać. Jeśli tylko PiS wygra przyszłoroczne wybory parlamentarne i zagoni do kopania przegraną opozycję.

***

Jeśli wierzyć elitom intelektualnym PiS, prawdziwi Polacy nie akceptują uchodźców, ale gotowi są zaakceptować ekonomicznych migrantów. Czyli nie chcą przyjąć, pomoc, podzielić się chlebem z osobami pokrzywdzonymi przez los. Ofiarami wojny. Nie chcą podzielić się z nimi swoim dostatkiem.
Zaakceptują zaś pobyt w Polsce osób, które zgodzą się pracować dla dalszego pomnożenia dostatku Polaków. Zaakceptują ludzi, którzy zgodzą się być ofiarami polskiego wyzysku ekonomicznego. Gotowych pracować za przysłowiową „miskę ryżu”. Za minimalną płace ustanowioną im przez pana premiera-milionera.

***

Przy okazji. Określenie „za miskę ryżu” to echo chińskiego „tie fan wan”, czyli „żelaznej miski ryżu”.
Tak w maoistowskich Chinach nazywano niskie robotnicze płace w państwowych przedsiębiorstwach. Ale gwarantujące też dożywotnie zatrudnianie oraz bezpłatne mieszkanie, opiekę zdrowotną, edukację, czasem posiłki w zakładowych stołówkach. Zapoczątkowany w 1978 rok przez Deng Xiaopinga marsz ku gospodarce wolnorynkowej łączył się z likwidacją systemu „żelaznych misek ryżu” i masowymi zwolnieniami robotników z pracy w państwowych przedsiębiorstwach. Po to aby rozbić ich solidarność klasową i zatrudniać w skomercjalizowanych przedsiębiorstwach państwowo-prywatnych. Za ryż bez gwarancji dożywotniego zatrudnienia i bez świadczeń socjalnych.
Teraz pan premier-milioner proponuje polskie wizy w zamian za pobyt w polskim obozie pracy.

***

W czasie kiedy elit PiS straszyły obywateli IV RP hordami uchodźców, te same elity PiS celebrowały rocznicę pontyfikatu papieża-Polaka. Celebrowano na kolanach, bo dla ludzi związanych z polskim kościołem katolickim Karol Wojtyła jest nie tylko papieżem, ale też świętym ich kościoła. W Polsce zasług świętego nie można kwestionować. Czynów jego, nawet tych dokonanych w stanie nie-świętości, też krytykować nie wolno.

***

Dlatego trudna jest w Polsce dyskusja o pedofilii w kościele katolickim, zwłaszcza w polskim kościele. Bo choć wiele faktów wskazuje, że papież z Polski nie zwalczał pedofilskiej plagi w swym kościele, to polskie media wspominać o tym nie chcą. W Polsce mamy kosztowne, utrzymywane przez wszystkich podatników instytucje kreujące się na instytuty naukowe. Zajmujące się badaniem, propagowaniem myśli Jana Pawła II-go. Redukujące nauczanie papieskie do kilku formułek w rodzaju „Prawda nas wyzwoli” i konserwatywnej, obskuranckiej wizji ludzkiego życia seksualnego.

***

Nie spotkałem żadnej publikacji dotyczącej problemów uchodźców i emigracji w myśli papieża Jana Pawła II-go. Choć był to papież często podróżujący po świecie i z uchodźcami, emigrantami często obcujący. Nie liczę, że taka publikacja zostanie w IV Rzeczpospolitej upubliczniona, bo tamten papież miał zupełnie inny pogląd na przyjmowanie uchodźców niż pan prezes Kaczyński.

***

Papież Jan Paweł II jest w Polsce martwy jako humanista. I zapomniany w mediach. Istnieje w zbiorowej przestrzeni jako popularny model. Wyrzeźbiony i odlany w setkach pomników. Zwykle niezwykle kiczowatych i zwyczajnie brzydkich. Służy też jako patron wspomnianych już instytucji. Dających zatrudnienie licznym osobom pragnących bezpiecznej pracy w dobrych warunkach. Za więcej niż „miska ryżu”.

 

PS. Piotr Gadzinowski dziękuje wszystkim, którzy oddali na niego głos w wyborach do Rady Miasta Warszawy.

Głos prawicy

W trasie

– Zaczynamy dziś wielką drogę po Polsce, by kontynuować rozmowę z Polakami. Trzeba nieustannie pracować, bo „Dobra Zmiana” wymaga ciągłego działania – powiedział Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas kongresu PiS w Warszawie.
Dodał, że dobra władza dba o obywateli.
– Chcemy nie tylko mówić, ale słuchać i dyskutować. Nie działamy dla siebie, ale dla Polaków – stwierdził.
Podkreślił, że Prawo i Sprawiedliwość musi być „partią czystych rąk i nie ma w niej miejsca dla tych, którzy będą sobie te ręce brudzić”.
Premier Mateusz Morawiecki przedstawił pięć propozycji dla Polski: Dobry Start, Obniżka CIT do 9 proc., Program Dostępność+, Mała firma – mały ZUS, Drogi lokalne. Oznajmił, że podczas podróży po Polsce i spotkań z mieszkańcami, jest wysłuchanie i odpowiedzenie na potrzeby Polaków.
– Nasi poprzednicy mają tylko jeden program: anty-PiS, a nasz program nazywa się Polska, i to Polska równych szans. Pokazaliśmy, że można zupełnie inaczej prowadzić politykę społeczną i gospodarczą. Nasz obóz jest po to, aby dawać społeczeństwu bezpieczeństwo – powiedział.
Wicepremier Beata Szydło przypomniała, że program Prawa i Sprawiedliwości powstał po wysłuchaniu trosk, uwag i potrzeb Polaków.
– Godne życie dla polskich rodzin to coś, co wspólnie osiągnęliśmy. Dzieci i rodzina są fundamentem Polski i naszą przyszłością – stwierdziła – Dlatego chcemy wprowadzić udogodnienia dla młodych mam. Wprowadzamy program darmowych leków dla kobiet w ciąży oraz emeryturę dla kobiet, które nie pracowały zawodowo, a wychowały minimum 4 dzieci – powiedziała Wicepremier Beata Szydło.
Info z pis.org.pl

 

Krysia donosi

Krystyna Pawłowicz, poseł PiS i członek Krajowej Rady Sądownictwa ostro komentuje działanie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który postanowił o wstrzymaniu wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów do Izby Karnej SN. Zdaniem Krystyny Pawłowicz działania te są nadużyciem sędziów, którzy z poparciem NSA, próbują sabotować procedurę wyboru przez prezydenta kandydatów do Sądu Najwyższego. Poseł Pawłowicz podkreśla, że NSA nie miał prawa wydać postanowienia w sprawie odwołujących się sędziów, gdyż działają oni z naruszeniem ustawowej procedury. Jak informuje Krystyna Pawłowicz, ustawowa procedura przewiduje złożenie odwołań do NSA za pośrednictwem KRS, która przesyła je do NSA wraz ze swoim odniesieniem się do skargi. Przesyła je wraz z aktami personalnymi kandydatów. Skarżący sędziowie Gąciarek i Skrzecz, jak wszystko na to wskazuje, złożyli odwołania równocześnie bezpośrednio też do NSA. Z kolei NSA złamał procedurę ustawową, gdyż nie czekając na skargę sędziów złożoną w KRS i na odpowiedź Rady na zarzuty, ani tez na akta personale, samodzielnie podjął działania. Działania te nie są przewidziane w ustawie, która żadnych „wstrzymań” i „zawieszeń” uchwał KRS nie przewiduje. Krystyna Pawłowicz przypomniała, że KRS miała zaopiniować dla prezydenta kandydatury na sędziów czterech izb SN: Dyscyplinarnej, Cywilnej, Karnej i Kontroli Nadzwyczajnej i spraw publicznych. Wszystkie kandydatury zostały zaopiniowane i przygotowywane są obecnie sukcesywnie indywidualne uzasadnienia każdej z nich.
– W pierwszej kolejności przygotowaliśmy uzasadnienia uchwał dla kandydatów do Izby Dyscyplinarnej i wysłaliśmy je do prezydenta. Te kandydatury zostały już przyjęte, a sędziowie wyznaczeni. Teraz kończymy opiniowanie uchwał dotyczących kandydatów do pozostałych izb. Do każdej z izb, kilku kandydatów, zgłosiło zastrzeżenia i złożyło odwołania. Procedura jest taka, że odwołania kandydatów od uchwał KRS powinny być składane do NSA tylko i wyłącznie za pośrednictwem Przewodniczącego KRS. Dwóch sędziów, stosując prawo dowolnie, najwyraźniej ścigając się z czasem, z pominięciem procedury ustawowej, przekazało swoje odwołania równolegle, bezpośrednio NSA, a nie tylko do KRS. Tak stało się właśnie w przypadku sędziów kandydujących do Izby Karnej, sędziego Piotra Gąciarka i Rafała Skrzecza – mówi Krystyna Pawłowicz w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

Polska staje się pionkiem

Z Aleksandrem Kwaśniewskim rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: „Zwracam się zaniepokojony słowami wypowiedzianymi przez Pana Prezydenta w Leżajsku o Unii Europejskiej jako »wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika«. To stwierdzenia nieprawdziwe i niebezpieczne” – napisał pan w liście otwartym do Andrzeja Dudy. Co pana najbardziej niepokoi?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Po pierwsze, lista korzyści, które odnieśliśmy z członkostwa w Unii Europejskiej, jest długa i trzeba być naprawdę w złej formie – mówiąc najdelikatniej – aby twierdzić, że jest inaczej. Dlaczego to jest niebezpieczne? Wpisuje się w nurt już nie eurosceptyczny, ale przeciwny UE i dezintegracyjny, który może zmienić sytuację geopolityczną na świecie.
Unii nie chce Putin, pretensje ma Trump, jedyną naszą szansą, żeby w zmieniającym się świecie XXI wieku grać jakąś rolę, to być razem i tworzyć zintegrowany kontynent. Poza tym taka nieuczciwa krytyka wobec UE, płynąca z ust najwyższego przedstawiciela kraju, przypomina mi to, co robili brytyjscy konserwatyści, a co zakończyło się Brexitem. Chodzi o odbieranie obywatelom satysfakcji z tego, że są w UE, i przekonywanie, że gdybyśmy byli poza nią, to nic wielkiego i złego się nie stanie. Przestrzegam przed takim procesem. W Polsce może nie jest tak niebezpieczny jak w Wielkiej Brytanii, bo cały czas poparcie dla UE jest duże i sięga 70 proc., ale takiego nastroju antyunijnego nie powinien budować prezydent.

 

Politycy opozycji uważają, że po tych słowach jesteśmy coraz bliżej Polexitu. Rzeczywiście to realny scenariusz?

PiS jest dość pragmatyczną partią i wie, że zdecydowana część Polaków popiera członkostwo Polski w UE, więc nie sądzę, żeby poważnie rozpatrywał Polexit. Ale gdy spojrzymy na konkretne działania, to widać, że proces osłabiania pozycji Polski w Unii już trwa. Byliśmy kiedyś blisko głównego nurtu w UE, konsultowano z nami najważniejsze projekty reform, a dzisiaj już nikt tego nie robi; wszczęta została procedura art. 7, która oznacza poważne wątpliwości dotyczące stanu naszej praworządności; czekamy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości dotyczącego ustawy o Sądzie Najwyższym – opinia o Polsce w kręgach politycznych i europejskich stolicach jest zdecydowanie gorsza niż była parę lat temu.

Być może nie chodzi jeszcze o Polexit, ale efektem polityki PiS-u jest istotne osłabienie pozycji Polski. Po prostu sami pakujemy się na margines, o tym piszę także w liście do prezydenta. Polska powinna być unijnym partnerem na Wschodzie, ale za PiS-u takim partnerem nie będzie. Stajemy się mało znaczącym pionkiem.

 

Rząd PiS-u zdecyduje się na zignorowanie orzeczenia TSUE?

Za wcześnie jeszcze o tym mówić, bo nie wiemy, jaki będzie werdykt Trybunału Sprawiedliwości. Można domyślać się, że jeżeli będzie niekorzystny, to rząd będzie szukał różnych form jego obejścia. To nie zbuduje pozycji Polski i będzie dalszym ciągiem marginalizowania naszego kraju, z bardzo przykrymi konsekwencjami. Jakimi?

Może odbić się nie tylko na wysokości środków finansowych kierowanych z Unii, ale przede wszystkim zdecydowanie ograniczy wpływ na to, co dzieje się w Europie.

 

Ministrowie z Kancelarii Prezydenta tłumaczyli, że w tej wypowiedzi Andrzej Duda chciał zwrócić uwagę na problemy wewnątrz UE.

Nawet jeżeli chciał, to tego nie zrobił… Gdyby zaproponował plan reform, to chętnie bym przeczytał i podyskutował. Takiego planu nie ma. Polska nie proponuje zmian, tylko stanie na marginesie wydarzeń europejskich. To fatalna polityka.

 

Dlaczego prezydent w ogóle wypowiedział takie słowa? Emocje czy przemyślana strategia?

Gołym okiem widać, że Andrzej Duda bardzo się swoimi wystąpieniami podnieca, więc na pewno emocje odegrały pewną rolę. Mam wrażenie, że to jest też element wewnątrzpisowskiej batalii. Ostatnio swój język zaostrzył premier Mateusz Morawiecki, ale i prezydent, może to jest wyścig w stronę twardego elektoratu. Od prezydenta należy jednak oczekiwać czegoś innego.
Wypowiedzi głowy państwa powinny być stonowane, a szczególnie jeżeli dotyczą tak strategicznej sprawy jak sojusz, w którym jesteśmy. Słowa prezydenta o „wyimaginowanej wspólnocie” odbiły się szerokim echem w prasie europejskiej, z bardzo negatywnymi komentarzami.

 

Myśli pan, że Andrzej Duda w ogóle przeczytał pana list i wziął go sobie do serca?

Pracowałem 10 lat w Pałacu Prezydenckim i wiem, że wszystkie takie głosy, które pojawiały się w przestrzeni publicznej, były głowie państwa przedstawiane. Nie chodzi oczywiście tylko o mój list, ale także na przykład o komentarz w „Financial Times” i innych gazetach. Wydaje mi się, że ja dostawałem informacje o wszystkim, co ukazywało się w świecie na temat Polski i mojej działalności. Wierzę, że taką sprawność zawodową w Pałacu utrzymano.

A czy wziął sobie moje ostrzeżenia do serca? To będzie zależało od tego, czy niedługo zrobi jakiś gest w stronę UE. Jeżeli będzie nadal brnął w tę samą stronę, to będzie miało bardzo złe konsekwencje dla Europy, dla Polski i dla niego.

 

Prezydent będzie się angażował w pełni w kampanię wyborczą Prawa i Sprawiedliwości?

Co do tego nie mam wątpliwości. A to kolejne niebezpieczeństwo. Polska odniosła wielki sukces w ostatnich 30 latach przede wszystkim dlatego, że zdecydowaliśmy się na decentralizację państwa. Pierwsze w pełni wolne wybory samorządowe odbyły się w maju 1990 roku, czyli 11 miesięcy po wyborach parlamentarnych. Dokonaliśmy tego bardzo szybko i dzięki temu uruchomiliśmy ogromną energię lokalną, która zmieniła małe ojczyzny. Udało nam się osiągnąć pewną równowagę, która dobrze służy i powoduje, że każdy ma udział we władzy. Jedną z idei decentralizacji jest to, żeby ludzie na dole wybierali tak jak im w sercu gra i żeby nie było dyktatu ze strony Warszawy.

PiS chce wrócić do koncepcji wpływu władzy centralnej na wszystko. To jest zaprzeczenie idei samorządności i ogromny błąd. Gdybym był członkiem partii rządzącej, to cieszyłbym się, że są różne silne samorządy. To jest nasza moc.

 

A gdyby pan był dzisiaj prezydentem?

Apelowałbym, żeby być aktywnym i brać udział w wyborach. Przekonywałbym także, że wszyscy, którzy będą działali na rzecz swoich małych ojczyzn, powinni mieć wsparcie w centrali. Dlaczego władza ma nie chcieć tych, którzy „będą warczeć”? Przecież to jest prawo obywateli w demokratycznym państwie, a z drugiej strony każdy samorząd potrzebuje pieniędzy i nie będzie odwracał się plecami do Warszawy. Gdybym był prezydentem, to cieszyłbym się, że mapa polski samorządowej jest tak zróżnicowana i nie marzyłbym o tym, aby wszystko było w rękach PiS-u. To byłaby paranoja.

 

Tylko zjednoczona opozycja może pokonać PiS w wyborach parlamentarnych?

PiS ma bardzo skonsolidowany elektorat na poziomie 35 proc., to jest poparcie na dzisiaj, jutro i może na pojutrze. I to jest duża siła. Gdy podliczyć poparcie dla partii opozycyjnych, to jest ono porównywalne, ale pytanie, czy nie zostaną popełnione błędy takie jak w 2015 roku. Jeżeli do Sejmu wejdą dwie listy: liberalno-centrowa Koalicji Obywatelskiej i centro-lewicowa złożona z innych ugrupowań, na co niestety się na razie nie zanosi, to wygrana jest możliwa. Wiele zależy od wyniku partii, które do wyborów zapewne pójdą samodzielnie i mogą zdecydować o kształcie polskiej demokracji. Taką partią, wszystko na to wskazuje, będzie SLD, ale też PSL i Partia Razem. Jest o co walczyć.

 

Tyle że na razie lewica nawet nie próbuje się łączyć. „Nie” mówi na przykład szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Tak mówi, bo z drugiej strony padają takie same sygnały. Myślę, że do poważnej dyskusji może dojść po wyborach samorządowych, bo to będzie prawdziwy sprawdzian. Dla niektórych to będzie zimny prysznic i powód do tego, aby racjonalnie spojrzeć na politykę.

 

Co się stało z polską lewicą?

I tak jest lepiej niż było… Wydaje mi się, że SLD jest bardziej skonsolidowaną partią. Najważniejsze pytanie brzmi: czy zostanie postawiona kropka nad i? Na razie nie chcę niczego prorokować. Czekam na wybory samorządowe i być może większą gotowość do budowania wspólnoty koalicyjnej na wybory parlamentarne. Ale już tyle razy sparzyłem się na nadziejach na wspólną lewicową koalicję, że zamilknę…

 

Myśli pan, że prezydent będzie do końca robił wszystko, czego oczekuje do niego prezes PiS-u? Będzie uczestniczył w „przejęciu” Sądu Najwyższego?

Cała sprawa „reformy sądownictwa” jest nieporozumieniem od początku do końca. Nie chodzi o żadną reformę, tylko wymianę kadrową i w tej sprawie rząd poszedł na skróty, łamiąc konstytucję. Konsekwencje tego będą bardzo poważne i będzie trzeba bardzo długo wychodzić z chaosu prawnego. Było już wiele możliwości, aby zatrzymać ten proces, ale nigdy nic takiego się nie stało, dlatego nie wierzę, że się stanie. Władza ma prosty scenariusz – szybko załatwić, powołać nowych sędziów i I Prezesa SN. Nikt nie chce czekać, bo chodzi o rewolucję kadrową.

 

Jaki plan ma w związku z tym Jarosław Kaczyński?

Prezes uważa, że państwo powinno być scentralizowane i decydować o większości sfer naszego życia. Opanował już media publiczne, mówi się o „repolonizacji” jeszcze niezależnych mediów, ma spółki Skarbu Państwa, chce mieć sądownictwo… To wszystko na dodatek jest robione w PRL-owskim stylu. Przecież na czele tego scentralizowanego państwa nie stoi ani prezydent, ani premier, tylko szef partii, który nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

W Polsce to już było. Pamiętam Gierka, Gomułkę, zresztą Jarosław Kaczyński pamięta jeszcze więcej, bo jest starszy ode mnie. Nie wiem tylko, dlaczego ten model chce powtarzać.

 

Co pan poradzi prezydentowi przed spotkaniem z Donaldem Trumpem?

Mam długą praktykę spotkań z prezydentami amerykańskimi, nam zawsze o coś chodziło i to były trudne sprawy. Zachęcałbym Andrzeja Dudę, żeby treść spotkania i komunikat nie ograniczyły się do tego, że jesteśmy strategicznymi partnerami i się kochamy, bo to jest o wiele za mało. Nie powinien się także koncentrować na temacie wiz, bo one i tak zapewne niedługo zostaną zniesione.

Strategiczna jest kwestia stosunku Donalda Trumpa do Rosji. Po szczycie w Helsinkach cały czas niewiele o tym wiadomo. Powinien też w tej sprawie przedstawić nasze argumenty. To jest bardzo ważny temat, o którym warto rozmawiać na poważnie.

To powinien być dialog polityczny na poziomie strategicznych partnerów. Bez tego to będzie banalne spotkanie.

 

Lobbował pan na rzecz Ukrainy w USA za pieniądze? Takie pojawiły się informacje w mediach.

Nie jestem zawodowym lobbystą, jestem politykiem, który na rzecz Ukrainy lobbuje 25 lat, ale nie biorąc za to żadnych pieniędzy. Zresztą zawsze będę lobbował za Ukrainą. Spotykałem się z Paulem Manafortem w latach 2012-2013, ale przecież nie wiedziałem, że miałem do czynienia z człowiekiem, który w 2018 roku zostanie posadzony na ławie oskarżonych. Pełniąc misję ze strony PE miałem za zadanie doprowadzić do podpisania porozumienia stowarzyszeniowego Ukrainy z UE i uwolnić więźniów politycznych. Manafort był wtedy oficjalnym doradcą Wiktora Janukowycza, który – przypominam – był za podpisaniem umowy stowarzyszeniowej, chodziło tylko o usunięcie ostatniej przeszkody i wypuszczenie więźniów. W takim duchu rozmawialiśmy, w takim duchu też występowałem na różnych konferencjach międzynarodowych jako spiker, za co otrzymywałem honoraria, ale to jest podstawowa aktywność byłych prezydentów. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie słyszałem o żadnej grupie, do której miałem należeć. Proszę pamiętać, że to jest też linia obrony samego Paula Manaforta.

Ratujmy lewicę 2018

Mam prośbę do konserwatysty – pana Schetyny, do neoliberałki – pani Lubnauer i do świeżo upieczonej konserwatywnej neoliberałki – pani Nowackiej: przestańcie kłamać!

 

W przeciwieństwie do tej trójki jestem socjologiem. W przeciwieństwie do tej trójki umiem czytać sondaże. W przeciwieństwie do tej trójki umiem wyciągać z nich wnioski. W przeciwieństwie do tej trójki leży mi na sercu dobro Polski, a nie tylko zapewnienie sobie krzesła w Sejmie na kolejną kadencję.
Twierdzenie, że tylko Koalicja Obywatelska może powstrzymać PiS jest niebezpiecznym kłamstwem. Kłamstwem, ponieważ przez trzy lata PO i N. nie potrafili stać się skuteczną opozycją. W niektórych sondażach KO mam obecnie połowę poparcia, które zdobywa PiS! Co więcej, PO ma obecnie gorsze notowania niż wynik wyborczy w 2015 r.! Jakim cudem zatem koalicja PO+N+Nowacka (o skuteczności tej ostatniej zmilczę) ma powstrzymać PiS? Otóż jeśli w Sejmie, który zostanie wybrany w 2019 r. zostanie powtórzony dotychczasowy układ (KO+PSL, PiS+Kukiz) to mafia Kaczyńskiego będzie rządzić następną kadencję! Pokazują to jasno twarde dane sondażowe prognozowanych wyników wyborczych do sejmików oraz badania aktualnego poparcia dla partii politycznych!
Mamy dwie propagandy: propagandę PiS, która mówi, że tylko mądrość Ukochanego Przywódcy, który tu i ówdzie „przebywał”, zapewni Polsce rozwój i dostatek oraz propagandę PO, która robi aktualnie za partię postępową, europejską i poza którą nie ma życie. Problem polega na tym, że to tylko propaganda! Fakty, liczby i twarde dane pokazują zupełnie coś innego: tylko silne wejście lewicy do Sejmu w 2019 pozwoli zakończyć rządy stada małp z brzytwą. Kilka pracowni badawczych wykonało badania pokazujące oczywisty scenariusz: jeśli założymy ostrożnie, że do Sejmu wejdą dwa ugrupowania lewicowe: to skupione wokół Biedronia i to skupione wokół SLD i jeśli oba uzyskają minimum 7-8 proc. (a pamiętajmy, że poparcie dla SLD rośnie i w niektórych sondażach sięga 12 proc.), to daje to ok. 60 lewicowych mandatów. A wtedy i tylko, podkreślam, tylko wtedy PiS utraci możliwość zbudowania większościowej koalicji. I to jest jedyny realny scenariusz na odsunięcie PiS od władzy.
Dlatego już w tych wyborach należy głosować na lewicę po to, by zachęcić liderów do dalszego odnawiania socjalistycznej i socjaldemokratycznej oferty. Siła ugrupowania politycznego to siła ludzi, którzy to ugrupowanie popierają! Bądźmy zatem realistami, nie dajmy się uwieść żadnej propagandzie i głosujmy na lewicę.

Głos Prawicy

Spoiwo

– Trzeba pamiętać, że ta ziemia, a już szczególnie Szczecin jest jedną z kolebek „Solidarności”. „Solidarność” integrowała te wszystkie dobre motywacje polskiego działania. Integrowała też myśl i tradycję niepodległościową. To bardzo, bardzo istotne. Spoiwem wszystkiego musi być patriotyzm – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński na konwencji regionalnej w Szczecinie.
Jarosław Kaczyński podkreślił na początku przemówienia, że Pomorze Zachodnie to ziemia „wielkiego potencjału, wielkich możliwości, wspaniałych ludzi, ale to też ziemia, która wymaga szczególnej uwagi, napięcia woli mieszkańców, ale i całego narodu”. – Mój śp. brat powiedział kiedyś, że silne Pomorze Zachodnie to polska racja stanu. To celne słowa. Polska leży między dwoma potęgami. Od Rosji jesteśmy oddzieleni Ukrainą, w mniejszej mierze Białorusią. Z Niemcami mamy otwartą granicę i to bardzo dobrze. Bardzo dobrze, że jesteśmy w UE, NATO, że jesteśmy sojusznikami. Pamiętajcie, że ci, którzy myśleli, że historia się skończyła, mylili się. Historia biegnie dalej i nikt nie wie, w jakim kierunku. Odpowiedzią jest silne Pomorze Zachodnie, które w nieodległym czasie osiągnie poziom rozwoju porównywalny z Niemcami – powiedział.

Prezes PiS stwierdził też, że trzeba stawiać wymóg patriotyzmu, który jest zrębem motywacji i podstawą zaangażowania w życie publiczne. – Tutaj na Pomorzu Zachodnim trzeba stawiać także na patriotyzm lokalny, na polskie Pomorze Zachodnie. Ten patriotyzm może wyrastać z różnych przesłanek, różnych motywacji. Historia Polski zna motywacje religijne, czysto społeczne, zaangażowanie narodowe. Trzeba pamiętać, że ta ziemia, a już szczególnie Szczecin jest jedną z kolebek Solidarności. Solidarność integrowała te wszystkie dobre motywacje polskiego działania. Integrowała też myśl i tradycję niepodległościową. To bardzo, bardzo istotne. Spoiwem wszystkiego musi być patriotyzm – dodał.
Za „Do Rzeczy”.

 

O Kozłowskiej

– Tego typu przedsięwzięcia nie służą budowie dobrych relacji i zaufania pomiędzy naszymi krajami – miał powiedzieć prezydent Andrzej Duda w rozmowie z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem, odnosząc się do wystąpienia Ludmiły Kozłowskiej w Bundestagu. Również niektóre niemieckie media stwierdziły, że zaproszenie do parlamentu szefowej Fundacji Otwarty Dialog może skutkować awanturą z Polską.

Jak informowaliśmy na łamach „Codziennej”, Ludmiła Kozłowska w czwartek wzięła udział w spotkaniu w niemieckim Bundestagu, poświęconym praworządności w Polsce i na Węgrzech. Sytuacja jest o tyle kontrowersyjna, że blisko miesiąc temu szefowa Fundacji Otwarty Dialog została objęta zakazem wjazdu na terytorium UE. Tymczasem nasi zachodni sąsiedzi w tajemnicy przed Polską przyznali jej tymczasową wizę – donosi „Gazeta Polska”.

 

O Biedroniu

– Nie rozumiałem zachwytów nad Biedroniem, bo – wbrew temu, co głosili jego wielbiciele i skłonne do basowania mu antyprawicowe media – nie widziałem w nim jakiejkolwiek nowej jakości. Zawsze wydawał mi się natomiast wewnętrznie pusty (co nie znaczy nieinteligentny) – pisze w tygodniku „W Sieci” Piotr Skwieciński. Ich zdaniem Biedroniowa pustka i obrotowość (poza sferą „praw mniejszości seksualnych”) to celowa zmyłka, kreacja, […] bo podpowiedziano mu, że najlepiej sprzedaje się obłość.

Skwieciński zastanawia się też nad przyszłością Roberta Biedronia w polskiej polityce: To pytanie o to, jaki jest obecnie rozmiar społecznego popytu na dwie cechy, które reprezentuje Biedroń. Lewicowość […] i obłość, opływowość. Przy czym zastanawiając się nad odpowiedzią, należy mieć na uwadze problem dodatkowy – w jakim stopniu wyborcy, możliwi do pozyskania dzięki obu tym czynnikom, nie są usatysfakcjonowani ofertą, jaką pod tym względem już teraz przedstawia im opozycja. Okazało się, że Rosjanie znów zagrali nam na nosie i nie pozwolili wykonać większości czynności, jakie zaplanowali nasi śledczy. Nie było możliwe zinwentaryzowanie wraku, do czego niezbędne byłoby przenoszenie niektórych jego elementów. Polacy nie mogli nawet samodzielnie wykonywać fotografii. To oburzająca postawa Rosjan, zwłaszcza że chodzi przecież o badania wraku, który jest polską własnością bezprawnie przetrzymywaną przez Federację Rosyjską – zauważają publicyści.

Flaczki tygodnia

Trwa licytacja w polskiej klasie politycznej. O to, które z politycznych skurwysyństw było i jest mniejsze.
Czy jest nim aktualne, polityczne skurwysyństwo PiS, przytaczane przez opozycję? Czy było, i jest nim nadal, poprzednie skurwysyństwa PO, ciągle przypominane przez elity PiS.

***

Oczywiście, obie walczące ze sobą prawice uważają, że szczytem politycznego skurwysyństwa była Polska Ludowa. Dlatego elity PiS zawłaszczając kolejne instytucje państwowe uzasadniają swój pęd do autorytaryzmu likwidacją „postkomuny”.
W odwecie Platformiarze, i inni bezkrytyczni obrońcy III Rzeczpospolitej, chcąc splugawić swych dawnych braci politycznych z PiS, określają ich mianem „komuny”. Porównują żwawego pana sułtana Kaczyńskiego do starego pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki.
Ponieważ Polska Ludowa skończyła się już prawie trzydzieści lat temu, a nauka historii przez ostatnie dziesięciolecia szwankowała, to wszyscy polscy obywatele poniżej czterdziestego roku życia przestają te porównania rozumieć. Jeszcze trochę i Polska Ludowa będzie rajem, jakim już stała się II Rzeczpospolita.

***

W zeszły czwartek policja państwowa użyła gazu wobec demonstrujących obywateli naszej Ojczyzny pod pałacem prezydenckim. Pan prezydent nie wyszedł do demonstrantów, bo dawno już wybrał niemęczący wariant prezydentury. Podpisuje wszystko co mu pan sułtan Kaczyński nakazuje. Poza tym jeździ sobie na nartach i na spotkania. Ale tylko tam, gdzie go chcą, gdzie nie będzie słyszał krytyk pod swym adresem.

***

Zapewne w czasie demonstracji pana prezydenta w jego pałacu nie było, albo przebywał w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na zapleczu. Zatem demonstranci demonstrowali aby dać wyraz swym przekonaniom. Nie wierzę, aby większość z nich spodziewała się innej reakcji pana prezydenta niż podpisanie przedłożonych mu ustaw. Zwłaszcza, że demonstrowano nie na ulicy Nowogrodzkiej, tam gdzie jest aktualna siedziba najwyższych władz, czyli pana sułtana Kaczyńskiego, lecz pod magazynem kryształowych żyrandoli. Miejsce równie odpowiednie do demonstracji jak zajezdnia tramwajowa na Kawęczyńskiej.

***

Pomimo tego policja użyła gazu. Niepotrzebnie. Być może dlatego, bo zwyczajnie nerwy jej puściły. Bo paskudną mają robotę, i co gorsza – kiepsko płatną.
Być może o użyciu gazu zadecydowała grupa trzymająca władzę, aby pokazać demonstrantom, że użyć gazu już może.
Być może użycie tego gazu było testem jak daleko policja może posunąć się wobec demonstrującej opozycji.
Być może następnym krokiem służb policyjnych będzie wyłapywanie demonstrujących aktywistów, wywożenie ich do lasu. Tam bicie ich i poniżanie. Oczywiście przez „nieznanych sprawców”.
Mam nadzieję, że wariant „Opozycja do wora. Wór do jeziora” nie będzie testowany.

***

Andrzej Celiński kandydat SLD na prezydenta Warszawy został oskarżony o korupcję przez kontrkandydata Jana Śpiewaka. Flaczki znają trochę Andrzeja Celińskiego i widzą, że zarzuty korupcyjne to ostatnia rzecz jaką można mu sugerować.
Celiński jest reliktem na polskiej scenie politycznej. Inteligentem polskim, przepraszamy za to wyrażenie, który uważa, że moralnym nakazem inteligenta jest zmieniać świat na lepszy. Pracować dla Polski republikańskiej, sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

***

I jak każdy prawdziwy polski inteligent, a nie jego drobnomieszczańskie podróby, Celiński używa języka polskiego w pełnej krasie. I zapewne z miłości do tego języka użył wobec swego przeciwnika plastycznego, prawdziwe polsko-onomatopeicznego określenia „Zgniły, zielony chuj”. Rzekł tak, bo każdy prawdziwy polski inteligent, nie drobnomieszczańska podróba, wie o co chodzi. Aby język giętki powiedział to co pomyśli głowa.

***

Niestety, znajomość Beniowskiego, jak i Beni Krzyka, spada w polskim narodzie niczym przyrost naturalny. Odezwali się gromko obrońcy poprawności politycznej polskiej mowy, którzy przełkną jeszcze zapożyczonego z łaciny penisa, za to starosłowiański chuj ostro kole im w oczy. I taki rejwach w mediach zrobili, że Andrzej Celiński zachował się jak prawdziwy, polski inteligent. Sam ustąpił.

***

Ale niech żywi nie tracą nadziei. Jego „Zgniły zielony chuj”, jak „pieśń” ocaleje. Bo „Płomień rozgryzie malowane dzieje, Skarby mieczowi spustoszą złodzieje, Pieśń ujdzie cało, tłum ludzi obiega”.

***

Nie wiem jaki wynik osiągnie w wyborach Jan Śpiewak. I kim jeszcze w swym życiu zostanie. Ale trudno mu będzie odkleić się od plastycznej charakterystyki Andrzeja Celińskiego. Ten „Zgniły, zielony chuj” pozostanie mu na rękach, niczym krew na palcach lady Makbet.

***

Dlatego Flaczki chciałyby poinformować, wszem i wobec, że będą korzystać z dorobku Andrzeja Celińskiego, bo taktują jego określenie polskiego polityka jako uniwersalne. Od tej pory Flaczki będą określać tych zasługujących, mianem „ZZCh”. W pięciostopniowej skali AC, czyli Andrzeja Celińskiego.

***

I jeśli niebawem Flaczki napiszą, że pan prezes Jacek Kurski jest „Piątką ZZCh” to znaczy, że osiągnął najwyższy stopień w skali AC. A pani wicepremier Beata Szydło to ledwo słaba „Trójka ZZCh”.

***

Następcą Andrzeja Celińskiego na stolcu kandydata SLD na stolec prezydenta Warszawy został Andrzej Rozenek. Flaczki znają go dłużej niż Andrzeja Celińskiego. Przez lata pracował i pracuje nadal w tygodniku „Nie”. Pomimo iż nie pije alkoholu i nie używa publicznie starosłowiańskich określeń!
I choć nadal nie wypłacił zaległego, przegranego zakładu z redaktorem Piotrem Gadzinowskim, to na swojego „ZZCh” jeszcze nie zasłużył.

Idź się utop

Refleksje z kraju topielców

 

„W tym kraju nawet nie można spokojnie się utopić” – powiedział Janusz Korwin-Mikke, zniesmaczony oburzającym czynem ratowników, którzy pomogli mu wydobyć się z Bałtyku, w którym szarpał się w szkwałach, pod czerwoną flagą, miotany prądem, który nie pozwał mu wydobyć się z bałwanów na brzeg.

Uznanie należy się tym, którzy zaalarmowali ratowników, że rozpoznali tego bałwana pośród bałwanów morskich. Co do mnie, gdybym był wtedy w tym miejscu i rozpoznałbym Korwina w szarpiącym się w szkwałach łysielcu, nikogo bym nie alarmował. Korwin jest fanatycznym zwolennikiem ideologii życiowej, zgodnie z którą każdy jest wyłącznym kowalem własnego losu. Warto zauważyć, że Korwin, choć prawol do bólu, jest religijnym sceptykiem, a może nawet ateistą. Najpewniej nie życzy sobie, by nawet sam Bóg nie wpieprzał mu się w życie.

 

Szwedzi, kiedyś w Warszawie, a dziś się dziwią

W którymś z krajów skandynawskich, bodaj w Szwecji, pisano o Polsce jako o „kraju topielców”. W Szwecji, który jest krajem tysięcy jezior, niczym nasze Mazury i Suwalszczyzna, a może jeszcze bardziej, liczba topielców jest minimalna. Tymczasem w Polsce, czy to zima, czy gorące lato, liczba ofiar utopień czyli topielców, przypomina statystykę pól bitewnych. Dla naszych topielców nawet lód nie jest przeszkodą. Kieślowski nawet nakręcił o tym film w ramach cyklu „Dekalog” („Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”). Zazwyczaj jako przyczynę tego stanu rzeczy wymienia się głupotę, lekkomyślność, brawurę i alkohol. Ale przecież Szwedzi nie należą do nacji wylewających za kołnierz i piją wódkę na sposób skandynawski czyli po polsku. Mimo to topielców tam na lekarstwo. Zatem być może to dyspozycje psychiczne, które bardzo różnią Polaków i Szwedów, są przyczyną kolosalnej różnicy w statystykach topielców. Głupota, lekkomyślność, brak wyobraźni, brawura akurat u Szwedów nie występują w stopniu tak intensywnym jak u Polaków, przynajmniej w wymiarze życia społecznego i politycznego, bo co tam Szwed robi w swoim domku, to tego nie wiemy.

 

Kto następny? Kandydaci na topielców

Skoro jednak wyżej mowa jest o topiącym się polityku, to nietrudno wyobrazić się w podobnych opałach także innych polityków polskich, także tych dużo bardziej prominentnych niż upadły Korwin. Którego z nich zatem można sobie wyobrazić jako kandydata na topielca? Jako pierwszy łacno może przyjść do głowy prezydent Andrzej Duda. Jego uparty, godny lepszej sprawy wniosek o referendum konstytucyjne aż prosi się o nieszczęście. PiS już teraz chce je utopić, a gdyby jednak tak się nie stało, to utopi je totalna absencja przy referendalnych urnach, co do tego nie ma wątpliwości. Nie pójdzie do niego elektorat opozycyjny, nie pójdzie też pisowski, w którym nurt złości na „Dudaczewskiego” jest silny, zwłaszcza w klubach „Gazety Polskiej”, czyli sakiewszczyzny. Prezes PiS nie ma nawet szans, by zbliżyć się do wody ze swoim „kolanem” (he, he), sam bez wątpienia nie umie pływać, ale za to może spełnić rolę topiciela, pchając Dudę, Mateusza Morawieckiego, Kuchcińskiego, Karczewskiego, Ziobrę i kilkoro innych, m.in. „dobrą panią” Szydło, w przyszłe objęcia Trybunału Stanu, a nawet sądów karnych za delikt łamania konstytucji. Jego samego bowiem może utopić już tylko sam Przedwieczny. Skądinąd Andrzej Duda, którego cechują wyraźne rysy niedojrzałości emocjonalnej (m.in. infantylny narcyzm) zachowuje się jak rozkapryszony bachor, który najpierw zniszczył zabawkę (konstytucję), a już za chwilę z histerycznym tupaniem i usmarkanym wrzaskiem dopomina się od mamusi i tatusia, by mu kupili drugą taką samą, a może jeszcze droższą. Kandydatem na topielca jest też Joachim Brudziński, szef MSW. Zachował co prawda resztki rozsądku po najściu policji na sympozjum filozoficzne w Pobierowie, ale chyba tylko ze wstydu, bo gospodarzem był tam jego dawny uniwersytecki profesor „Joja”. Wstyd go jednak opuścił i obecnie brnie w absurdy, już to pozwalając stawiać absurdalny (jak z Barei) zarzut (propagowanie totalitaryzmu) w stosunku do osoby, która ozdobiła napisem jedno z biur PiS, już to zapowiadając ściganie posła Szczerby, który ujawnił dane jednego ze szczególnie brutalnych policjantów spod Sejmu, do czego poseł miał najoczywistsze prawo. Utopieni są właściwie już teraz marszałkowie Sejmu i Senatu Kuchciński i Karczewski, którzy będąc formalnie drugą i trzecią osobą w państwie, dają się używać do najbrudniejszych posług. Oni w szlamie są już po pas co najmniej. Premier Morawiecki zdawał się być kandydatem na pełnowartościowego topielca po uchwaleniu osławionej styczniowej ustawy o IPN. W końcu jakoś się wybronił, ale topi się teraz jako komiczny w swojej megalomanii „wizjoner” gospodarczy i być może jako kandydat na następcę Prezesa. Jego rozhulane gigantomańskie ambicje mogą kiedyś gospodarkę jeśli nie utopić, to co najmniej podtopić. Jednym z kandydatów na jednego z najbardziej spektakularnych kandydatów na topielca jest Zbigniew Ziobro. Przed laty od utopienia (Trybunał Stanu) uratowali go nie wiedzieć czemu posłowie także z wrogiego obozu, ale skala deliktów i bezczelna dezynwoltura z jaką nadal łamie on konstytucję i liczne wynikające z niej prawa spowodują, że jego los po utracie władzy przez niego samego i jego obóz będzie tak ciężki, że nie powinno się go życzyć najgorszemu wrogowi. Ale to wszystko nieprędko. W te upalne wakacje topielcami nie będą osoby tak wysoko postawione. Nic się nie zmieni także w wakacje przyszłe. Trudno przewidzieć co będzie w wakacje 2020-2023, ale przyjdzie i taki sezon, w którym zaroi się od potężnych kiedyś, znanych i dostojnych topielców. W języku ulicy używany był kiedyś, w moim dzieciństwie i młodości (a może funkcjonuje nadal) niegrzeczny zwrot „Idź się utop” (mniej więcej odpowiadający wezwaniu: „Spierdalaj”). Jak widać w Polsce nikogo nie potrzeba do tego zachęcać.

PiS rzuca się na taśmę

PiS-owi podobno znów spadło w sondażach, do 34 procent, jak donosi pracownia Kantar Public.  Ponieważ w ostatnich dniach nie zdarzyło się raczej nic szczególnego, co by ten spadek uzasadniało, bo sprawy szybkiej rejterady z ustawą o IPN, aferą Pięty czy nagrodami już się przewaliły, więc warto rozważyć, co mogło spowodować ów spadek z pozycji 40 procent.

 

I wtedy w sukurs przychodzą uwagi socjologa profesora Radosława Markowskiego, od lat specjalizującego się w badaniu wyników sondaży, który od dawna twierdzi, że PiS ma poziom poparcia dnia z wyborów i – poza wahaniami okolicznościowymi – ani mniej ani więcej.
Markowski konsekwentnie twierdził już w pierwszym półroczu po wyborach z października 2015 roku, że mnożące się już wtedy publikacje wyników badań wskazujące na rosnącą stale wysokość notowań PiS, nawet do poziomu 50 procent, można włożyć między bajki i partia rządząca ma stały elektorat na poziomie mniej więcej wyniku wyborczego czyli około 35 procent. Markowski formułował swoje oceny na podstawie szczegółowych, systematycznych analiz publikowanych badań, w tym szczegółowych parametrów, takich jak przepływy poparcia, kategorie wiekowe, przynależność do grup społecznych, wykształcenie, miejsce zamieszkania itd.

 

Albo-albo

I właśnie dlatego w wywiadzie jakiego prezes PiS udzielił braciom Karnowskim dla tygodnika „Sieci” (15 lipca) tak kategorycznie wybrzmiewa jego determinacja, by doprowadzić do pacyfikacji Sądu Najwyższego. Na pytanie Karnowskich: „Komisja Europejska nie złamie polskiej woli dokończenia tej reformy?”, Kaczyński odpowiada: „Nie złamie, bo to jest albo-albo. Jeśli nie zreformuje się sądownictwa, inne reformy mają mały sens, bo prędzej czy później zostaną przez takie sady, jakie mamy, zanegowane”.
Prezes zdecydował się przeprowadzić piątą zmianę ustawy o Sądzie Najwyższym w reakcji na postawę I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz w obawie, że długotrwała i skomplikowana procedura rekrutacji sędziów do Sądu Najwyższego spowoduje takie spowolnienie tego procesu, które sprawi, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu zdąży zatrzymać pisowską „reformę”. Determinacja PiS w tej sprawie jest wyraźnie bardzo silna i władza chce to koniecznie przeprowadzić na obecnym, ostatnim przedwakacyjnym posiedzeniu parlamentu. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, PiS chce odreagować defensywną wiosnę, kiedy to władza dostała zadyszki, odnotowała ostry spadek notowań i musiał wycofać się m.in. z osławionej zmiany ustawy o IPN a także z prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Po drugie, Kaczyński i otaczająca go kamaryla wie, że jeśli nie „załatwi” sprawy Sądu Najwyższego przed wakacjami, to po wakacjach parlamentarnych, we wrześniu, może się to okazać trudniejsze, bo jest to zwyczajowy czas inauguracji nowego sezonu politycznego, gdy ludzie wracają po urlopach zregenerowani, wypoczęci, gotowi do walki. Po trzecie, PiS zauważa ewidentną demobilizację obywatelską w obronie sądów. Byłem pod Sejmem w środę i czwartek i przekonałem się naocznie o tej demobilizacji. Kłamliwa do bólu TVP tym razem właściwie nie musiała uciekać się do manipulacji i sztuczek robionych kamerą. Niestety, demonstracje te są dychawiczne i nie przekraczają stu-dwustu osób. Nie da się tego nawet porównać z prawdziwie masowymi demonstracjami w obronie sądów w lipcu zeszłego roku. Odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się dzieje wymagałaby już zastosowania naukowych instrumentów socjologicznych. Wydaje się, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy prawdopodobnie trafnie sformułował w „karnowskich sieciach” publicysta Piotr Skwieciński. Jego zdaniem demobilizacja społeczna w sprawie sądów bierze się upowszechniającego się przeświadczenia przeciwników PiS oraz „symetrystów”, że opór społeczny i polityczny w Polsce jest w sumie taką potęgą, że „i bez bezpieczników nie dopuści ona do dyktatury tej partii (…) potęgą obecnie nie obejmującą wprost sfery polityki, ale posiadającą potencjał, który w każdej chwili może przełożyć się na politykę”. (…) „Nie obawiają się więc efektów naruszenia zasady „check and balance”; intuicyjnie uważają raczej, że dopiero teraz ów balans staje się realny”. Jeśli jednak uznać nawet interesującą hipotezę Skwiecińskiego za trafną czy bliską trafności z socjo-politologicznego punktu widzenia, to przecież opozycja nie mogłaby i nie zechciała wyciągać z niej takiego praktycznego wniosku, który prowadziłby do osłabienia jej determinacji. W każdym razie Kaczyński i jego kamaryla widzą, że okoliczności aktualnie im względnie sprzyjają i chcą ryzyko utrwalenia owej hipotetycznej „check and balance” dopchnąć kolanem jak najszybciej, właśnie przed wakacjami.

 

„W 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. To się nie powtórzy”

Kluczowa determinacja PiS w sprawie Sądu Najwyższego bierze się jednak przede wszystkim ze skrywanego lęku o wynik wyborów. O to, że z dokonywanych w rozmaitych konfiguracjach wyliczeń wynika, i to już od pewnego czasu, że do Sejmu może wejść grupa partii, która będzie w stanie zbudować antypisowską koalicję. Kaczyński boi się też lewicy, konkretnie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i daje temu wyraz we wspomnianej rozmowie z Karnowskimi („Musimy pamiętać, że w 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. Należy założyć, że to się nie powtórzy, musimy po prostu zdobyć tyle głosów Polaków, by bezpiecznie uzyskać kolejną kadencję”). A ponieważ Kaczyński wie, że realny poziom notowań jest wielką niewiadomą, więc „w razie nieszczęścia” chce mieć w ręku Sąd Najwyższy, który przecież zatwierdza wynik wyborów. Także lęk przed przegraną wyborczą (choćby i w dalszej przyszłości) legł u podstaw orzeczenia tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, który prezydenckie prawo łaski rozszerzył do granic barejowskiego absurdu, pozwalając prezydentowi na ułaskawianie nawet na poziomie postępowania przygotowawczego (dowcipnisie pytają w internecie, czy planowane jest wprowadzenie możliwości rozwodów narzeczonych i mówią o nowej edycji „Dudapomocy”).

 

Unia Warzywno-Ziemniaczana i inni

Dodatkowym powodem gorączkowego pośpiechu PiS w sprawie Sądu Najwyższego (przy okazji też prokuratury) jest także fakt, że dotychczasowa czystka w sądownictwie, przeprowadzana przez Zbigniewa Ziobro już od roku, nie przyniosła niczego zwykłym obywatelom korzystającym z sądów. Ba, wyniki w sądach pogorszyły się. Miasteczko namiotowe protestujących przeciw sądom ludzi z kręgu Adama Słomki i Zygmunta Miernika nie zniknęło tylko z powodu uporządkowania trawnika przed gmachem Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich w Warszawie. Zniknęło także dlatego, że wspomniani radykałowie uważają dziś PiS, w najlepszym razie, za władzę, która sytuacji obywatela w sądzie nie poprawiła, w najgorszym – za zdrajców Sprawy. Także z tego powodu Słomka i Miernik zniknęli z TVPiS, gdzie jeszcze przed rokiem byli stałymi gości w programie Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego. PiS niepokoi też to, co dzieje się na scenie aktywności grup społecznych i branżowych. Poza już zasygnalizowanymi protestami nauczycieli czy policjantów pojawiły się nowe chmury. Ostatnio PiS doprowadziło do czerwoności nawet grupę zawodową, która pod przewodem właściciela najbardziej eleganckiej obory w Polsce, Jana Szyszko, długo zdawała się być jednym z silnych kręgów propisowskiej i to gorliwej lojalności. Przed Sejmem pojawiło się tysiąc leśników, którzy są rozsierdzeni na PiS za to, że oddaje lasy w pacht deweloperom, którzy mają budować „mieszkania plus”. Nadspodziewanie szybko doszło też do organizacyjnej reakcji rolników (w tym plantatorów owoców miękkich) na katastrofalny poziom cen skupu, który radykalnie pogorszył sytuację dużej części tej grupy społeczno-zawodowej. Zawiązała się właśnie Unia Warzywno-Ziemniaczana, na czele której stanął młody rolnik Michał Kołodziejczak. Nikt PiS-owi nie zagwarantuje, że okaże się to sezonową efemerydą i że nie odbierze mu części głosów wsi, dotąd na ogół lojalnej.

 

Objawienie jasnogórskiej Madonny z Tęczochowy u Lisickiego

Co jeszcze spróbuje wyszykować nam PiS? We wspomnianym wywiadzie dla „karnowskiej sieci” prezes PiS dał świadectwo tego, że śledzi prawicową prasę i odwołuje się do hipotez, diagnoz i pomysłów propisowskich publicystów. Po Marszu Równości w Częstochowie na okładce tygodnika „Do rzeczy” ukazała się twarz jasnogórskiej Madonny opatrzona napisem „Zamach na świętość”. Redaktor naczelny Paweł Lisicki wprost sugeruje ograniczenie wolności tego rodzaju demonstracji: „Pierwszy tęczowy atak na Jasną Górę został odparty. Można być pewnym, że nastąpią kolejne, lepiej zorganizowane, bardziej krzykliwe. Chyba że polscy politycy zdobędą się na odwagę i przygotują skuteczną ustawę broniącą nas przed agresywna propagandą aktywistów LGBT”. To samo sugeruje uchodzący za krytyka literackiego niejaki Krzysztof Masłoń, (ksywa „Cudownie Otrzeźwiony”). Stawiam talary przeciw orzechom, że jesienią wysmażony zostanie projekt kagańcowej ustawy w tej sprawie. W sytuacji, gdy Rydzyk od czasu do czasu groźnie powarkuje i sugeruje swoje listy do parlamentu, gdy z powodu „wściekłych wiedźm” z „czarnych protestów” nie można „w pełni chronić życia poczętego”, taka ustawa „antypedalska” byłaby w sam raz godnym darem na przebłaganie, a co najmniej na udobruchanie Ojca Toruńskiego.

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?