Odżegnywanie od zbrodni

Na świecie narasta potępienie zbrodni, jakich koalicja Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich dopuszcza się w Jemenie. Przedstawiciele ONZ prowadzący śledztwo w sprawie łamania praw człowieka jemeńskim konflikcie ujawnili, że koalicjanci celowo utrudniają im pracę.

 

Doniesienia o zbrodniach wojennych i łamaniu praw człowieka w Jemenie bada specjalna międzynarodowa komisja działająca z ramienia ONZ. Już w sierpniu zespół dochodzeniowy, któremu przewodzi Kamel Dżendubi, opublikował raport bardzo krytyczny wobec koalicji AS i ZEA. Dokument dowodził, że od początku 2015 r., kiedy rozpoczął się atak AS na Jemen, intensywne naloty i bombardowania były powodem większości ofiar cywilnych w tym konflikcie. W okresie trzech lat wojny koalicja nie wykazywała żadnych oporów przed zabijaniem cywilów: bombardowano wesela i pogrzeby, zbiorniki wody, szkoły i szpitale. Sierpniowy raport podaje liczbę 10 tys. spowodowanych w ten sposób niewinnych ofiar śmiertelnych, jednak oszacowanie to wydaje się mocno zaniżone, ponieważ bazuje na danych nie aktualizowanych od dwóch lat.

W publikacji opisano również skutki ekonomicznej blokady Jemenu prowadzonej przez koalicję. Odcięcie kraju od dostaw żywności, leków i pomocy humanitarnej spowodowało masowy głód, który dotknął miliony ludzi, oraz epidemię cholery. ONZ-owska grupa dochodzeniowa wyraziła też zaniepokojenie milczeniem, z jakim katastrofalna sytuacja Jemeńczyków spotyka się w światowych mediach głównego nurtu.

Teraz okazuje się, że od czasu, gdy komisja wydała raport, jej dalsza praca jest sabotowana. Przyznał to jej Dżendubi w wypowiedzi dla telewizji Al-Dżazira. Mówił, że przedstawiciele koalicji bezpośrednio mieszają się do czynności dokumentowania zbrodni wojennych.

– Nie spodziewaliśmy się tak ostrej reakcji [ze strony AS i ZEA]. Wykonywaliśmy naszą pracę rzetelnie, bezstronnie i profesjonalnie – podkreślił. – Wszystko co zrobiliśmy to po prostu opublikowaliśmy raport oparty na zarzutach, jakie zebraliśmy podczas naszych wizyt, w oparciu o zeznania.

Arabia Saudyjska nieustannie zaprzecza oskarżeniom o zbrodnie wojenne. Zdecydowanie skrytykowała raport wydany w sierpniu, zarzucając autorom „bezpodstawne oskarżenia”, „liczne nieścisłości” i opieranie się na „niewiarygodnych doniesieniach organizacji pozarządowych”. Twierdzą, że w stosunku do komisji dochodzeniowej postępują w sposób „otwarty i przejrzysty”.
Po światowym oburzeniu w wyniku zbombrdowania przez samoloty koalicji cywilnego autobusu (przy użyciu amerykańskich pocisków), wskutek czego zginęło 40 dzieci, USA i Wielka Brytania wspierająca koalicję za pomocą doradztwa, logistyki dostaw broni, zapowiedziały, że ich współpraca z AS i ZEA „nie jest bezwarunkowa”. Był to sygnał, że mocarstwa nie są skłonne akceptować wszelkich zbrodni wojennych, których dopuszczają się ich bliskowschodni sojusznicy – oczekują raczej „cywilizowanych metod”. W praktyce jednak nie zaszły żadne zmiany. Sekretarz Stanu USA

Mike Pompeo opowiedział się za kontynuacją wsparcia koalicji, mimo że od własnych ekspertów wiedział o skali zbrodni AS i ZEA w Jemenie.

W piątek w kilku jemeńskich miastach odbyły się wielotysięczne manifestacje, w których mieszkańcy kraju zdecydowali się wykrzyczeć swój sprzeciw wobec agresji koalicji, ofiarami której padają od trzech lat.

Jemeński interes

Nowe informacje dotyczące Jemenu grzebią wszelkie nadzieje na szybki koniec wojny. ONZ ostrzega, że klęska głodu może wkrótce dosięgnąć aż 11 milionów ludzi, czyli ponad jedną trzecią całej populacji. Jednocześnie okazuje się, że skala wykorzystania amerykańskiej broni przez wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest wyższa niż przypuszczano. Co więcej, na handel bronią w regionie ma chęć coraz więcej państw.

 

„Jemen to obecnie największy kryzys humanitarny na świecie. W wyniku trwającego już cztery lata konfliktu, ponad 22 miliony ludzi – trzy czwarte populacji – potrzebuje pomocy i ochrony” – mówił sekretarz generalny Narodów Zjednoczonych António Guterres podczas specjalnej konferencji zwołanej w kwietniu w Genewie. Chociaż większość obecnych na niej państw dotrzymało słowa i zwiększyło wsparcie finansowe, od tego czasu sytuacja w Jemenie jedynie uległa pogorszeniu. Wszystko przez galopujące ceny żywności. W porównaniu z 2015 rokiem, kiedy wybuchła wojna domowa, koszt podstawowych produktów żywnościowych na lokalnym rynku wzrósł o niemal 70 proc. Zarazem wartość riala – jemeńskiej waluty – spadła o 180 proc. Mimo więc rosnących nakładów na pomoc humanitarną, rzeczywista jej wartość spadła.

Według brytyjskiej organizacji charytatywnej „Save the Children”, ponad 5 milionów dzieci cierpi głód, a kolejny milion może wkrótce do nich dołączyć. „Miliony dzieci nie wie, kiedy zjedzą następny posiłek. W jednym ze szpitali, które odwiedziłam w północnym Jemenie, niemowlęta były zbyt słabe, żeby płakać, a ich ciała były wykończone z głodu” – powiedziała prezes organizacji Helle Thorning-Schmidt dla BBC. Jej zdaniem przy obecnym rozwoju sytuacji, do końca roku z głodu może umrzeć nawet 38 tys. dzieci.

Jeszcze gorsze wiadomości płyną od przedstawicieli ONZ w Jemenie. Niemal 8,5 mln ludzi już cierpi głód, a do końca tego roku liczba ta zapewne zwiększy się o ponad 2 miliony. Z każdym dniem wzrasta też niebezpieczeństwo ponownego rozprzestrzenienia się cholery i biegunki. Tymczasem wiele regionów kraju jeszcze nie poradziło sobie ze skutkami pandemii cholery z 2016 roku, kiedy zachorowało na nią ponad 600 tys. osób. Chociaż organizacje charytatywne dysponują wystarczającym zapasem leków, to w wielu przypadkach nie mają one szans dotrzeć do potrzebujących. „Nasi ludzie są zatrzymywani i zastraszani, wizy otrzymuje się późno albo wcale. Poszczególne misje i programy padają ofiarą ingerencji ze strony walczących stron, co zupełnie kłóci się z ich humanitarnym charakterem” – żalił się niedawno Mark Lowcock, koordynator pomocy w sytuacjach kryzysowych z ramienia ONZ.

Kryzys humanitarny w Jemenie pogłębia się proporcjonalnie do stopnia zaangażowania się w konflikt mocarstw. Kilka tygodni temu świat zelektryzowała informacja, że bomba, którą w połowie sierpnia saudyjskie lotnictwo zrzuciło na szkolny autobus, zabijając 40 dzieci, pochodziła z USA. W minionym tygodniu okazało się, że nie był to pojedynczy przypadek. Jak dowodzą tego rezultaty wspólnego śledztwa CNN i jemeńskiej organizacji praw człowieka „Mwatana”, amerykańska broń została wykorzystana w co najmniej jedenastu atakach przeprowadzonych przez wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) od 2015 roku. Zginęło w nich łącznie ponad stu cywilów. Przewodnicząca „Mwatany”, Radhya al-Mutawakel, powiedziała CNN, że USA „ponoszą legalną i moralną odpowiedzialność za sprzedaż broni dla saudyjskiej koalicji. Jemeńscy cywile giną każdego dnia w wojnie wspieranej przez Amerykę. To hańba, że ekonomiczne interesy są warte więcej niż krew niewinnych osób”.

Przedstawiciele Departamentu Obrony usprawiedliwiają się, że Stany Zjednoczone jedynie sprzedają broń, nie mają natomiast wpływu jak i gdzie zostanie ona użyta. Przeczą temu jednak doniesienia mediów oraz obecność w Jemenie – wciąż nieoficjalna – amerykańskich żołnierzy. Chociaż na początku 2018 roku grupa senatorów wezwała administrację Donalda Trumpa o zaprzestanie udziału w wojnie w Jemenie (na który rząd federalny nigdy nie otrzymał zgody Kongresu), nic nie zapowiada zmiany amerykańskiej polityki. Także wbrew sugestiom wysokich urzędników Departamentu Stanu, Mark Pompeo wypowiedział się jednoznacznie pozytywnie o udziale USA w Jemenie. W zeszłym tygodniu „The Wall Street Journal” donosił, że ewentualne wycofanie amerykańskiego wsparcia logistycznego i militarnego dla Arabii Saudyjskiej i ZEA może grozić zerwaniem wartej 2 miliardy dolarów umowy o dostawy amerykańskiej broni dla tych dwóch państw.

Jednak nie tylko USA pragną się wzbogacić na jemeńskiej wojnie. Wśród dostawców sprzętu wojskowego dla Arabii Saudyjskiej i ZEA są m.in. Francja i Wielka Brytania. W miniony czwartek, 20 września, do tego grona dołączyły Niemcy. Rząd w Berlinie przyznał, że podpisał umowę na dostawy broni dla Arabii Saudyjskiej, ZEA i Jordanii – mimo że w styczniu 2018 roku zobowiązał się do bojkotu wszystkich stron konfliktu. W rezultacie na Bliski Wschód trafi niemiecki system obsługi artylerii, a także głowice i pociski przeciwczołgowe.

Za przedłużającą się wojnę w Jemenie trudno oskarżać jedynie Saudów i zachodnie mocarstwa. Odpowiedzialność ponosi także Iran, który aktywnie wspiera rebeliantów Huti, z nadzieją na umocnienie swoich wpływów w tej części Bliskiego Wschodu. O silną pozycję w regionie zabiega również Rosja, której już udało się przejąć polityczną i militarną inicjatywę w Syrii, zastępując USA w roli głównego rozgrywającego. Prezydent Putin nie ukrywa, że liczy na podobny scenariusz w Jemenie. Tymczasem do tej pory wojna kosztowała życie ponad 15 tys. ludzi.

Przy aprobacie świata

Trudno ustalić konkretną liczbę ofiar cywilnych wojny domowej w Jemenie. Większość szacunków mówi o 11 tysiącach, choć pojawiają się i takie, według których trwający już niemal trzy i pół roku konflikt pochłonął nawet 50 tysięcy osób. Jedno jest pewne – zbrodnie wojenne popełnia się na porządku dziennym. Przy aprobacie świata.

 

W miniony wtorek, 28 sierpnia, grupa ekspertów powołanych przez ONZ do zbadania sytuacji w Jemenie, ogłosiła, że wojna prowadzona jest „z zupełnym lekceważeniem losu milionów cywilów”. Zdaniem grupy, zarówno koalicyjne wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (wspierane sprzętowo m.in. przez USA i Wielką Brytanię), jak i sprzymierzeni z Iranem rebelianci Huti, świadomie atakują cele cywilne. „Mamy uzasadnione podstawy, aby twierdzić, że siły rządowe, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska odpowiadają za łamanie praw człowieka. Żadna ze stron nawet nie próbuje ograniczyć liczby cywilnych ofiar” – przyznał Charles Garraway, brytyjski prawnik i jeden z członków grupy.

Tymczasem niemal każdego tygodnia media donoszą o kolejnych ofiarach. Na inaugurację swojej interwencji zbrojnej w marcu 2015 r., saudyjskie lotnictwo zrównało z ziemią obóz dla uchodźców, rynek oraz przychodnię w północnym Jemenie. Do najkrwawszego ataku doszło zaś 8 października 2016 r., kiedy Saudyjczycy zbombardowali halę, w której odbywała się ceremonia pogrzebowa. Szacuje się, że zginęło wówczas 155 osób, a ponad pół tysiąca został rannych. Zaledwie trzy tygodnie temu jedna z bomb spadła na autobus szkolny, zabijając 40 dzieci. Jak dowiodło tego niedawne śledztwo dziennikarzy CNN, znaczna część broni wykorzystywanej przez siły koalicyjne pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. W listopadzie 2017 r. senator Chris Murphy wprost oskarżył USA o współudział w doprowadzeniu do „humanitarnej katastrofy” w Jemenie.

W stosunku do Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, opublikowany 28 sierpnia raport specgrupy ONZ stwierdza: „Wojska koalicyjne od marca 2015 r. nałożyły poważne ograniczenia w dostępie – drogą morską i powietrzną – do Jemenu. Mamy poważne podstawy, aby sądzić, że te ograniczenia łamią międzynarodowe prawo humanitarne. Co więcej, zamknięcie dostępu do portu w Sanie łamie prawo chroniące chorych i rannych. Zważywszy na przyświecające im intencje, powyższe działania można uznać za zbrodnie wojenne.

Chociaż zdaniem ONZ za większość ofiar cywilnych odpowiada saudyjskie lotnictwo, również rebelianci Huti nie przebierają w środkach, aby osiągnąć przewagę militarną. W listopadzie 2017 r. wspierane przez Iran siły ostrzelały cywilne osiedle w mieście Taiz w południowozachodnim Jemenie. Siedmioro dzieci zginęło, a czwórka odniosła poważne rany. Dodatkowo, wysoką – choć trudną do oszacowania – liczbę ofiar powodują blokady miast, które uniemożliwiają organizacjom humanitarnym dotarcie z żywnością i lekarstwami.

Obserwatorzy ostrzegają, że przedłużające się walki nieuchronnie prowadzą do klęski głodu, która może pochłonąć nawet 8 milionów istnień ludzkich. Oznacza to, że wkrótce jedna czwarta całej populacji zostanie pozbawiona jedzenia i wody. Jak zwykle do najbardziej poszkodowanych należą najmłodsi. Dzieci są narażone nie tylko na głód i przemoc, ale także na brak dostępu do edukacji. Kolejny rok nie zdołano uruchomić większości szkół, co będzie niosło konsekwencje dla Jemenu na wiele lat już po zakończeniu wojny.

Co więcej, obie strony bezpośrednio wykorzystują niepełnoletnich do walki. Według raportu ONZ, „zarówno jemeński rząd i koalicyjne siły, jak również rebelianci Huti, przymuszają dzieci do służby wojskowej lub do udziału w grupach paramilitarnych, aktywnie wykorzystując ich w organizowanych przez siebie aktach przemocy. W większości przypadków, pobór dotyczy dzieci w wieku od 11 do 17 lat, lecz mówi się także o rekrutowaniu nawet ośmiolatków”.

Opublikowany raport wskazuje także na pogarszającą się sytuację kobiet: „Świadkowie i ofiary opisują ciągłą i powszechną agresję sił wojskowych, włączając w to przemoc seksualną, której dopuszczają się m.in. żołnierze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Wśród przykładów znajdują się gwałty – dokonywane na kobietach i mężczyznach – oraz seksualne wykorzystywanie uchodźców, migrantów i pozostałych podatnych grup”. Tym samym potwierdzone zostały doniesienia Associated Press z czerwca, mówiące o funkcjonowaniu w Jemenie 18 tajnych więzień, gdzie przetrzymywani poddawani są torturom i gwałtom.

Reakcja zainteresowanych stron na raport ONZ nie napawa nadzieją. James Mattis, sekretarz obrony USA, oświadczył, że Stany Zjednoczone nie zauważyły, aby w Jemenie dochodziło do „lekceważenia ludzkiego życia”. Jego zdaniem wojska koalicyjne uczą się na błędach i czynią wszystko, co możliwe, by zapobiec kolejnym ofiarom. Podobne zdanie wyraziły Wielka Brytania i pozostałe zachodnie państwa, dla których przedłużająca się wojna w Jemenie to doskonała okazja do sprzedaży sprzętu wojskowego. Z kolei dwa najbardziej zainteresowane państwa, tj. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, obiecały „szczegółowe zapoznanie się z raportem”, zastrzegając jednak, że najważniejszym celem jest powstrzymanie „irańskiego okrążenia” w regionie.

O raporcie ONZ milczą światowe media. Poza drobnymi wzmiankami, zarzuty o zbrodnie wojenne nie doczekały się głębszej analizy ani w USA, ani w Unii Europejskiej. Tymczasem bez presji mediów i społeczeństw na próżno oczekiwać szybkiego zakończenia wojny w Jemenie. Przy tak wielu zaangażowanych interesach i pieniądzach, nawet 50 tys. ofiar okazuje się zbyt małą ceną.

Bomba w Jemenie

Jak ustalili dziennikarze CNN, bomby, które saudyjskie lotnictwo zrzuciło na cele w Jemenie 9 sierpnia zostały wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych. Pewnie mało kto przejąłby się taką informacją, gdyby nie fakt, że jedna z nich spadła na autobus szkolny, zabijając 40 dzieci w wieku od 6 do 11 lat. Kolejne 79 osób odniosło poważne rany. Warto zatem zapytać się o odpowiedzialność producentów broni za śmierć niewinnych ofiar.

 

Według śledztwa, które CNN przeprowadziło wspólnie z lokalnymi dziennikarzami, nie ma wątpliwości, że na szkolny autobus spadła ważąca niemal 230 kg bomba wyprodukowana przez amerykańskie zakłady Lockheed Martin. Tysiące takich bomb zasiliły arsenał Arabii Saudyjskiej w 2015 r., kiedy administracja Baracka Obamy podpisała z Saudyjczykami umowę na sprzedaż broni o wartości ponad 115 miliardów dolarów. Co prawda dostawy wstrzymano w drugiej połowie 2016 r., po tym, jak w wyniku saudyjskiego nalotu zginęło 155 cywilów, jednak zostały one wznowione wraz z objęciem rządów w USA przez Donalda Trumpa.

Ujawnienie informacji o pochodzeniu bomby wywołało polityczną burzę w Stanach Zjednoczonych. Rzecznik prasowy Lockheed Martin odmówił komentarza, odsyłając dziennikarzy do Pentagonu. Ten podkreślił, że bomby wyposażone są w laserowy system naprowadzania, co skutecznie ogranicza liczbę przypadkowych ofiar. Zdaniem Departamentu Obrony, amerykańska administracja nie może ponosić odpowiedzialności za cele bombardowane przez saudyjskie lotnictwo.

Czy rzeczywiście odpowiedzialność producentów broni i rządów, które ją sprzedają kończy się na jej bezpiecznym dostarczeniu kontrahentowi? Jak podaje Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem w Sztokholmie, sprzedaż broni w skali globalnej nieprzerwanie rośnie od początku XXI w. Odwrócenie negatywnego – z perspektywy producentów – trendu z końca zimnej wojny, kiedy państwa raczej ograniczały swoje arsenały zbrojne niż je powiększały, zawdzięczamy tzw. wojnie z terroryzmem. To właśnie po 11 września 2001 r. USA i pozostałe państwa zaczęły zbroić się na potęgę. Na szczęście nadal jest daleko do 1984 r., kiedy światowy handel bronią osiągnął historyczną wielkość, jednak wartość sprzedawanego sprzętu i wyposażenia rośnie z każdym rokiem.
Listę największych eksporterów broni otwierają Stany Zjednoczone. W latach 2013-2017 sprzęt wojskowy „made in USA” stanowił 34 proc. globalnego handlu bronią, co oznaczało wzrost amerykańskiego eksportu o 4 proc. Było to możliwe w dużej mierze dzięki intratnym kontraktom, które USA podpisały z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Oba te państwa stanowiły odbiorców ponad jednej czwartej całego amerykańskiego eksportu. Oba też biorą czynny udział w interwencji zbrojnej w Jemenie, zwalczając sprzymierzonych z Iranem rebeliantów Huti. Arabia Saudyjska to także główny odbiorca broni z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Kanady. Z kolej Zjednoczone Emiraty Arabskie dodatkowo importują broń m.in. z Włoch i Szwecji. Trudno zatem dziwić się, że wojna w Jemenie nie doczekała się większych protestów ze strony tzw. Zachodu. Nikt nie lubi gryźć ręki, która go żywi.

Drugim największym eksporterem broni jest Rosja. Jednak w jej przypadku widoczny jest znaczny, bo przekraczający 7 proc., spadek udziału w globalnej sprzedaży. Zaważyła na tym głównie korekta polityki Indii, które jeszcze do niedawna były odbiorcą 35 proc. całego rosyjskiego eksportu, by obecnie przerzucić się na sprzęt amerykański. W pierwszej dziesiątce eksporterów broni znajdują się również Francja, Niemcy, Chiny, Wielka Brytania, Hiszpania, Izrael i Holandia. Co ciekawe, wyłączywszy Rosję (22 proc. globalnego eksportu), pozostałe osiem państw sprzedaje łącznie mniej niż Stany Zjednoczone.

Najwięcej broni trafia do regionów, gdzie liczba konfliktów jest największa a państwa są gotowe inwestować w modernizację wojska. W latach 2013-2017 ponad 42 proc. dostępnego na rynku sprzętu i amunicji wysłano do Azji i Oceanii, co wiązało się z dużymi zakupami przez Indie, Chiny i Pakistan. Jeśli jednak spojrzeć na wieloletni wzrost nakładów na uzbrojenie, palmę pierwszeństwa zdobywa Bliski Wschód. To właśnie tego regionu dotyczyła niemal jedna trzecia światowego handlu bronią, oznaczając wzrost o 103 proc. w porównaniu z latami 2008-2012. Znaczne spadki zanotowano z kolei w eksporcie broni do Ameryki Południowej, Afryki i Europy.

Nie trzeba skomplikowanych obliczeń, aby zauważyć, że największe zyski czekają producentów broni na Bliskim Wschodzie. Ciągnąca się w nieskończoność wojna domowa w Syrii, konflikt w Jemenie czy wyścig zbrojeń między Iranem a Arabią Saudyjską to doskonała informacja dla takich firm, jak Lockheed Martin. Niemal połowa amerykańskiej broni trafiła do tego regionu. W porównaniu z latami 2008-2012, w okresie 2013-2017 USA zwiększyły eksport broni do Arabii Saudyjskiej o 448 proc.! Jak stwierdza cytowany już Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem, „sprzedaż broni jest często wykorzystywana przez Stany Zjednoczone jako narzędzie polityki zagranicznej, służącej do budowy nowych strategicznych sojuszy”. Tak było w przypadku Arabii Saudyjskiej, ale i Indii, które do 2017 r. kupiły o 557 proc. więcej amerykańskiej broni w porównaniu z okresem wcześniejszym.

Cywilom w Syrii czy Jemenie zapewne bez różnicy czy spadają na nich amerykańskie, rosyjskie czy brytyjskie bomby. Trudno jednak uwierzyć zapewnieniom mocarstw o czynionych wysiłkach na rzecz pokoju, skoro znaczna część ich przemysłu opiera się na produkcji broni. Innymi słowy, im więcej konfliktów, im dłużej one trwają, tym większe zyski. Oczywiście pod warunkiem, że toczą się one wystarczająco daleko od naszych granic.

Mało spraw potrafi zjednoczyć strony politycznego sporu jak sprzedaż i skup broni. W Polsce nikt nie ośmieli się zapytać czy miliardy złotych przeznaczonych na wojsko nie lepiej zainwestować w edukację lub służbę zdrowia. Także w USA przemysł zbrojeniowy stanowi oczko w głowie zarówno demokratów, jak i republikanów. Doskonale dbają o to producenci broni. W ostatnich latach Lockheed Martin niemal równomiernie podzielił 2,5 mln dolarów pomiędzy polityków Partii Demokratycznej i Republikańskiej.

Mało kto zatem na poważnie bierze możliwość pociągnięcia producentów broni do odpowiedzialności karnej. Chcąc dodatkowo zabezpieczyć ich interesy, w 2005 r., z poparciem obu głównych partii politycznych, prezydent George W. Bush podpisał ustawę, która zabrania skarżenia takich firm, jak Lockheed Martin, za śmierć spowodowaną przez ich produkty. Była to reakcja na decyzje amerykańskich sądów, nakazujące firmom tytoniowym wypłatę odszkodowań dla palaczy. W 2014 r. sąd w Miami nakazał JR Reynolds, drugiemu pod względem obrotów producentowi papierosów w USA, wypłatę 23,6 mld dolarów za śmierć palacza. Zarządzona kwota była trzykrotnością rocznych przychodów firmy. Papierosów i palaczy nie ubyło na rynku, wzrosła jednak sama świadomość społeczna dotycząca zagrożeń płynących z tego nałogu. Podobnie możliwość skarżenia firm zbrojeniowych o współodpowiedzialność za śmierć niewinnych ofiar nie zmniejszyłaby liczby dostępnej na rynku broni, lecz zapewne ograniczyłaby swobodę, z jaką sprzedaje się ją wszystkim, którzy są gotowi zapłacić odpowiednią cenę.

Jemeński horror

Rok po ujawnieniu informacji na temat istnienia tajnych więzień w Jemenie, AI upubliczniła raport, w którym dowodzi, że dochodziło w nich do „łamania praw człowieka, przypominającego zbrodnie wojenne”. Nadużyć miał dopuszczać się m.in. amerykański personel.

 

Nieoficjalnie, dzięki śledztwu dziennikarskiemu Associated Press rok temu ujawniono, że na terenie Jemenu działa co najmniej 18 tajnych więzień, oficjalnie wymierzonych w działaczy i zwolenników lokalnej Al-Kaidy (teoretycznie prowadzi je personel ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ale jednym z pomysłodawców tej inicjatywy były Stany Zjednoczone, mające już sporą „wprawę” po Guantanamo i Iraku). AP w czerwcu 2017 podała, że przebywa tam ok. 2 tys. osób. Dziś wiemy już, że w co najmniej kilku placówkach osadzonych torturowali amerykańscy pracownicy więzień.

Wczoraj Amnesty International opublikowała raport zatytułowany „Bóg jeden wie, czy on żyje”. Organizacja informuje o „rażących naruszeniach, w tym wymuszonych zaginięciach, torturach i innych formach złego traktowania przypominających zbrodnie wojenne”. Opisano w nim 51 przypadków zatrzymań mężczyzn przez jemeńskie siły rządowe razem ze służbami bezpieczeństwa ZEA (Emiraty wchodzą w skład arabskiej koalicji antyszyickiej interweniującej na terenie Jemenu). 19 zatrzymanych uznano za zaginionych, ślad po nich zaginął.

Dyrektor ds. sytuacji kryzysowych AI Tirana Hassan opisała w dokumencie starania ich rodzin, usiłujących uzyskać od organów ścigania jakąkolwiek informację. „Kiedy chcą dowiedzieć się, gdzie są ich bliscy i czy w ogóle jeszcze żyją, ich żądania spotykają się z milczeniem lub zastraszeniem”.

Dokument powstał na podstawie ponad 70 wywiadów z byłymi osadzonymi, ich rodzinami i politykami, którzy zgodzili się mówić o przerażających praktykach. Jeden z byłych więźniów opowiadał o przypadkach wkładania mu w odbyt różnych przedmiotów, dopóki nie zaczął krwawić. Inny godzinami leżał zakopany w ziemi, jedynie z głową na powierzchni.

Rząd Emiratów opublikował oficjalną odpowiedź na dokument: „Odrzucamy raport Amnesty International (…). Więzienia w Jemenie są pod jurysdykcją Jemeńczyków i Zjednoczone Emiraty Arabskie wezwały jemeński rząd, by wszczął niezależne śledztwo w tej sprawie”. Stwierdzono też, ze powstanie dokumentu było motywowane politycznie. Prawda jest jednak taka, że to ZEA naciskają na obecność więzień. W poniedziałek o ich słuszności przekonywał jeden z przedstawicieli rządu Emiratów na spotkaniu z prezydentem Hadim i ministrem spraw wewnętrznych Jemenu Ahmadem al-Majsarim. Al-Majsari postulował natychmiastowe zamknięcie więzień i „potrzebę poddania ich kontroli wymiaru sprawiedliwości”.

Konflikt w Jemenie trwa od 2011 roku i pochłonął już 10 tys. ofiar. Według ONZ jest uznawany za „jedną z największych katastrof humanitarnych na świecie”.

Syryjski scenariusz

O wojnie domowej w Jemenie pisze się i mówi prawie wcale. Nie jest to bynajmniej wyłącznie polska specyfika. Światowe media też wolą zajmować się innymi, lepiej „sprzedającymi” się tematami. Tymczasem w tym trwającym już sześć lat konflikcie, jak w soczewce skupiają się polityka imperialna mocarstw, impotencja organizacji międzynarodowych i tragedia ludności cywilnej.

 

Początek wojny domowej w Jemenie sięga roku 2011. Wówczas to na fali „Arabskiej Wiosny” do ustąpienia z urzędu został zmuszony prezydent Ali Abdullah Saleh, rządzący niepodzielnie krajem od 1978 r. Podobnie jak w innych państwach regionu, także tutaj liczono na poważne przemiany demokratyczne i społeczne. Jednak nadzieje na reformy przygasły już rok później. Przeprowadzone w 2012 r. wybory prezydenckie wygrał bowiem dotychczasowy zastępca Saleha, Abdrabbuh Mansur Hadi. Brak zmian, niestabilna sytuacja polityczna, a przede wszystkim klęska głodu, podkopały pozycję nowego prezydenta. Ostatecznie Hadi musiał uciekać z kraju, gdy wspierani przez Iran rebelianci Houthi zdobyli jemeńską stolicę we wrześniu 2014 r., a więc w zaledwie dwa lata po wyborach prezydenckich.

 

Saudyjskie poczucie obowiązku

Hadi schronił się w Arabii Saudyjskiej, która poczuła się w obowiązku do podjęcia interwencji zbrojnej. Oficjalnie saudyjskie siły otrzymały za zadanie przywrócenie do władzy prawowitego prezydenta. Nieoficjalnie jednak chodziło przede wszystkim o zniwelowanie wpływów Iranu w regionie. Z tego też powodu do Saudów przyłączyły się wkrótce inne państwa sunnickie, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie. Nowa koalicja mogła ponadto liczyć na wsparcie techniczne i wywiadowcze, a prawdopodobnie także zbrojne, ze strony Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji.

W konsekwencji międzynarodowego zaangażowania, wojna w Jemenie zaczęła się toczyć według scenariusza syryjskiego. Trudno jednoznacznie wskazać, która strona konfliktu odpowiada za większe zbrodnie, która przysporzyła cywilom większego cierpienia. Wydawałoby się jednak, że koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej, wspierana przez światłe zachodnie mocarstwa, będzie przynajmniej starała się prowadzić wojnę w „cywilizowany” sposób. Nic bardziej mylWnego. Jak alarmuje ONZ, to właśnie koalicyjne siły mają na sumieniu większość ofiar śmiertelnych wśród dzieci. Bezwzględne tłumienie rebelii już doprowadziło do śmierci ok. 10 tys. osób, zaś niemal 3 mln musiało opuścić swoje domy. Jak wygląda „humanitarna” saudyjska interwencja w Jemenie można było przekonać się w październiku 2016 r., kiedy podczas jednego zaledwie ataku ich lotnictwa zginęło co najmniej 140 cywilów.

 

Okno na świat. A raczej na pomoc

Trudno zatem dziwić się, że rozpoczęcie ofensywy sił koalicyjnych na port Al-Hudajda w ubiegłym tygodniu wywołało trwogę wśród jego mieszkańców. Od początku trwania wojny domowej miasto to stało się domem dla ponad 600 tys. osób, z czego połowa to dzieci. Al-Hudajda to także jedyny funkcjonujący port, przez który do Jemenu trafia ponad 70 proc. wszelkiej pomocy humanitarnej. Pierwsze dni walk potwierdziły obawy mieszkańców i organizacji międzynarodowych. Jak podają agencje informacyjne, w kulminacyjnym momencie ataku sił prorządowych na rebelianckie pozycje w ciągu zaledwie pół godziny przeprowadzono 30 nalotów. Houthi nie pozostali dłużni. Do soboty, 16 czerwca, liczbę ofiar śmiertelnych szacowano na co najmniej 280.
Organizacje humanitarne wezwały do zaprzestania walk, lecz ich apel pozostał bez odpowiedzi. Po raz kolejny skompromitowała się Rada Bezpieczeństwa ONZ, która nie była w stanie wypracować konkretnego stanowiska. Przygotowany przez Szwedów pierwotny tekst rezolucji wzywał siły koalicyjne do zaprzestania ofensywy i umożliwienia statkom z żywnością i lekami bezpiecznego wyładunku. Rezolucję oprotestowali jednak przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii – sojusznicy Arabii Saudyjskiej i cisi członkowie koalicji. Pod ich naciskiem, Rada Bezpieczeństwa wydała jedynie rezolucję apelującą do obydwu stron o „poszanowanie międzynarodowego prawa humanitarnego”.

 

Al-Hudajda albo śmierć

Ambasador Zjednoczonych Emiratów Arabskich przy ONZ przyznał, że walki będą trwały aż do całkowitego opanowania miasta przez siły koalicyjne. Jego zdaniem, zdobycie Al-Hudajdy jest bowiem jedyną szansą na jak najszybsze zakończenie wojny w Jemenie. Przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża alarmują natomiast, że mieszkańcy Al-Hudajda przygotowują się na najgorsze. W jednym z opublikowanych w mediach społecznościowych wpisie pracownik Czerwonego Krzyża pisał: „Ludzie żyją w slumsach, na obrzeżach miasta, żywiąc się okruchami chleba, które wygrzebują ze śmieci. Pieniędzy mają tylko na kupno oleju w plastikowych torebkach, co starcza na przygotowanie jednego posiłku dziennie”.

Eksperci ostrzegają, że zamknięcie portu w Al-Hudajdzie nawet na jeden dzień może doprowadzić do wybuchu kryzysu humanitarnego w mieście. Wśród jego pierwszych ofiar będą dzieci, stanowiące obecnie niemal połowę wszystkich mieszkańców. Już teraz widok głodnych kilkulatków snujących się po ulicach miasta nie jest niczym zaskakującym – o czym alarmują obecni na miejscu przedstawiciele organizacji międzynarodowych. Jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo dowodzą szacunki ONZ, według których walki o portowe miasto mogą kosztować życie nawet ćwierć miliona osób.

Sytuacja w Jemenie niebezpiecznie zaczyna przypominać tę w Syrii. Tak, jak walki o Aleppo na chwilę przykuły uwagę mediów, tak teraz ofensywa sił koalicyjnych w Al-Hudajdzie ma szansę zaistnieć w światowych serwisach informacyjnych. Co jednak z tego medialnego zainteresowania wyniknie? Zupełnie nic, czego zapewne dopilnują mocarstwa, które wybrały Jemen na swój poligon doświadczalny. Póki cywile giną w Al-Hudajdzie, Sanie i innych „egzotycznych miejscach”, nie zaś w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu, wszystko jest w porządku. Prawa człowieka to wciąż przywilej nielicznych.

Eksportowe tortury

Czy w Jemenie dochodziło do torturowania więźniów?

Pod koniec ubiegłego tygodnia Izba Reprezentantów zobligowała Departament Obrony do zbadania czy amerykańscy wojskowi dopuścili się tortur w Jemenie. Przyjęty bez głosu sprzeciwu zapis o śledztwie ma znaleźć się w ustawie regulującej budżet obronny Stanów Zjednoczonych na rok 2019.

Poprawkę do ustawy zaproponował Ro Khanna, kongresman z ramienia Partii Demokratycznej. To z jego inicjatywy sekretarz obrony Jim Mattis został zobowiązany do zbadania medialnych doniesień na temat udziału amerykańskich żołnierzy i agentów służb specjalnych w brutalnych przesłuchaniach osób podejrzanych o członkostwo w organizacjach terrorystycznych. Co więcej, dochodzenie ma objąć także bliskowschodnich sojuszników USA.

Mimo szerokiego poparcia dla śledztwa w Izbie Reprezentantów, nie wiadomo czy zapis ten ostatecznie znajdzie się w ustawie budżetowej. Teraz bowiem zajmie się nią Senat, gdzie Partia Republikańska posiada nieznaczną przewagę. Nawet jeśli demokratom uda się przeforsować ustawę w jej obecnym kształcie, będzie ją jeszcze musiał podpisać prezydent Donald Trump. A ten już w trakcie swojej kampanii prezydenckiej otwarcie przyznał, że „tortury zdają egzamin”, a „podtapianie wcale nie jest takie straszne”.

Głosy o konieczności przeprowadzenia dochodzenia pojawiają się w Kongresie od połowy 2017 r., kiedy Associated Press opublikowała informację o domniemanym udziale amerykańskich wojskowych w brutalnych śledztwach w południowym Jemenie. Według tych doniesień ok. 2 tys. osób zostało zatrzymanych i przesłuchanych w związku z podejrzeniem o członkostwo w Al-Kaidzie. Większość z nich miała być zamykana w zatłoczonych pomieszczeniach bez dostępu do światła, a następnie bita i molestowania seksualnie.

W swoim materiale Associated Press zacytowała byłego więźnia, przetrzymywanego na lotnisku w Rijanie w południowym Jemenie: „Słyszeliśmy krzyki. Wszyscy byliśmy przerażeni. Każdy tutaj jest poważnie chory albo bliski śmierci. Każdy, kto narzeka, jest od razu zabierany do izby tortur”.

Departament obrony przyznał, że amerykańscy żołnierze uczestniczyli w przesłuchaniach. Kategorycznie natomiast zaprzeczył ich udziałowi w torturach.

Szczególnie brutalnie mieli obchodzić się z więźniami wojskowi Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tymczasem udział tego państwa w zwalczaniu Al-Kaidy w Jemenie jest uznawany przez USA za kluczowy. „Mała Sparta” – tak emirackie wojska skomplementował sekretarz obrony Jim Mattis.

Doniesienia Associated Press potwierdziła specjalna komisja ONZ, według której Zjednoczone Emiraty Arabskie odpowiadają za torturowanie więźniów, m.in. za pomocą bicia, rażenia prądem i zamykania w metalowej klatce w pełnym słońcu.