Czas próby

Upadek trójpodziału władzy w Polsce spolaryzował postawy wśród ludzi wydzierających sobie nawzajem sztandar lewicy. Część pędzi, by hurtem zasilić ostatki liberałów, kładących się Rejtanem przed PiS-owskim walcem. Część syci się widokiem śmiertelnych konwulsji III RP, nucąc pod nosem: “Lewacy, nic się nie stało”. Coś się kończy, coś się zaczyna.

 

A przynajmniej zacząć się powinno, jeżeli lewica nie zmarnuje ostatniej okazji, by uczciwie rozliczyć własne błędy, postawić sobie odważne cele i podjąć żmudną pracę, w której pewne są tylko krew, pot i łzy.

 

Pożegnanie z atrapą

Prawdą jest, że upada pozór. Niezawisłe sądy są fundamentem demokracji liberalnej, która sama w dużej mierze sprowadza się do “państwa prawa”. Założenie równości wobec prawa – równości formalnej – to fetysz pozorujący równość per se – mówienie o innym jej rodzaju budzi grozę i rodzi oskarżenia o podkopywanie demokracji. Sprawiedliwość spoczywa w rękach niezależnych ekspertów, których konstytucja mianuje personifikacjami prawa. Iluzoryczność tego układu wynika stąd, że tworzący go język dramatycznie rozmija się z rzeczywistością społeczną. Prawie całość nierówności i niesprawiedliwości kiełkuje, wzrasta i daje plon w materialnej bazie kapitalizmu, gdzie decyduje bezwzględna siła, o której w konstytucji nic nie wyczytamy. Nie ma ona nic wspólnego z abstrakcyjną agorą wyobrażoną w literze prawa, gdzie panuje pełna symetria stosunków międzyludzkich.

Ustrój nie jest ahistorycznym modelem. Jako sposób istnienia społeczeństwa jest procesem nieustannie szukającym granic pola, w którym przebiega. Proces ten, przechwycony w Polsce i skanalizowany przez PiS, rozsadza właśnie swoje ramy jako polityczną prowizorkę pozbawioną fundamentu – trwałej bazy społecznej. Pobojowisko, jakie po sobie zostawi, będzie wymownym zwieńczeniem 29 lat budowy “polskiej demokracji”.

Te trzy dekady są w istocie „Osiemnastym brumaire’a Ludwika Bonaparte” rozgrywającym się na zwolnionych obrotach. Złudzenia wolności, rozwiane przez żywioł, który same wytworzyły, zdradzone i spieniężone przez zachłanną burżuazję, oddają pole trywialnej dyktaturze. Oto logiczne zwieńczenie “wolności” jako przywileju najsilniejszych, najbogatszych i najbardziej bezwzględnych. “Wolna ręka rynku” nie potrzebuje już zużytych atrap równości – chce bezpiecznika w postaci zamordyzmu pozorującego porządek. Ktoś zostanie rzucony ludziom na pożarcie, ktoś złoży hołd Naczelnemu Wodzowi, wyłoni się nowa sprawiedliwość w oficjalnym brzmieniu. System bierze na przeczekanie.

 

Sami

Lewica nie ma powodu żywić nadziei, że ugra coś w nowym rozdaniu, łatwo dyskontując klęskę liberałów. Owszem, 30 lat trwania ich porządku było historią zaniku lewicy. Z pewnością nie odrodzi się ona jednak pod skrzydłami PiS. Wraz z okopywaniem się władzy na pozycjach autorytarnych jej “wrażliwość społeczna” ulegnie przytępieniu – neoliberalizm rządu Morawieckiego dobrze to unaocznia. Do tego rządowi będą się powoli kończyć powszechnie rozpoznawalne grupy, na które będzie mógł urządzać nagonki. Niewykluczone więc, że w końcu wypuści ogary na działaczy lewicy, okrzykniętych niebezpiecznymi radykałami, komunistami, terrorystami itd. Tym bardziej, jeśli lewica będzie starała się recenzować poczynania PiS na polu socjalnym. Upadł parawan „państwa prawa” – czeka nas trudny sprawdzian ideowości i wytrwałości. Łatwo już było i nic z tego nie wynikło.

Jedyny pozytyw dostrzegalny w obecnej sytuacji politycznej jest taki, że klęska projektu liberalnego, który poległ zarówno w “kryterium ulicznym”, jak i w sondażach, pozwoli części z nas na rozstanie się ze szkodliwymi złudzeniami. Podstawowym z nich jest pobożne życzenie, że jesteśmy w stanie realizować swoją agendę polityczną – nawet socjalną – mówiąc językiem liberałów, działając w ich stylu i mówiąc do społeczeństwa poprzez liberalne media.

W praktyce oznaczało to przeświadczenie, że politykę lepiej uprawiać w sposób kurtuazyjny: bez konfrontacyjnego języka, bez zbędnych emocji, bez agresji czy straszenia, z poszanowaniem wszelkich etykiet. Jeżeli “inna polityka jest możliwa”, to na pewno nie tak powinna wyglądać. Część społeczeństwa, która doświadcza strukturalnej kapitalistycznej opresji i obiektywnie najbardziej potrzebuje socjalistycznej lewicy, chce konfrontacji, a salonowe konwenanse uznaje za znak braku wiarygodności. Styl ma znaczenie. Dlatego na razie bardziej wierzą PiSowi, niż komukolwiek innemu. Jedyną konkurencją dla partii Kaczyńskiego może być populistyczny antykapitalizm, wyrażający się gniewem, krzykiem i groźbami zniszczenia przeciwnika. Lewica nieodróżnialna od „antyPiS-u” skazana jest na marginalizację. Los Partii Razem, która właśnie idzie w rozsypkę, jest tego najlepszym, choć daleko nie jedynym, przykładem.

 

Droga bez powrotu

Lepiej od polskich lewicowców zdają się to rozumieć sami liberałowie. Upadek ich dotychczasowej hegemonii wiąże się z rozpadem tradycyjnie koncyliacyjnej formuły, która określała tę formację polityczną. W obliczu zamachu ustrojowego ze strony PiS liderzy protestów sięgają po metody charakterystyczne dla protestów grup społecznych, które przez liberałów były dotąd wykpiwane lub uznawane za niebezpieczne. Teraz „obrońcy demokracji” sami palą race na ulicach, malują sprayami po budynkach, a nawet przepychają się z policją. Tym bardziej może to świadczyć, że nie ma powrotu do starego stylu uprawiania polityki. Nawet jeżeli PiS w końcu przegra i wrócą neoliberałowie, będą potrzebowali innego opakowania dla polityki wyzysku.

Także mainstreamowi lewicowi publicyści rozstają się ze złudzeniami, że w postliberalnej demokracji można cokolwiek ugrać, przyklejając się do liberalnych elit i licząc na wykrojenie sobie przyjaznej przestrzeni do postępowej ekspresji. Adam Leszczyński przyznaje w Newsweeku, że projekt liberalny przegrał, bo praktycznie nie ma kto go bronić. O krok dalej idzie Kaja Puto w polemice z Agatą Bielik-Robson, która zarzuca pokoleniu młodej lewicy, że jej krytyka liberalnych elit w sytuacji zagrożenia demokracji ma w istocie antyinteligencki charakter. Puto trafnie podkreśla, że etos inteligencki sponiewierany został właśnie przez rzeczone elity, a jego ożywienie to zadanie lewicy, która jako jedyna ma odwagę dostrzec, że kryzys demokracji w Polsce i w Europie ma źródło w strukturalnych problemach społecznych tworzonych przez kapitalizm.

 

Czerwoni demokraci

Jedynym, który ratunku stara się ciągle upatrywać w liberałach, jest Jakub Majmurek. Trafnie skądinąd zauważa w Krytyce Politycznej, że “obrońcy demokracji”, wywodzący się z bezpiecznej do tej pory klasy średniej, a którzy po raz pierwszy doświadczają policyjnej przemocy, dostali okazję do współudziału w losie „klasy ludowej”, od dawna pałowanej, jeżeli miała czelność upomnieć się o swoje prawa ekonomiczne. Za tym odkryciem stoi nadzieja, że liberałowie nabiorą wrażliwości społecznej, a obrona demokracji – bardziej socjalnego charakteru, dzięki czemu lewica złapie wiatr w żagle.

To niestety kolejna fantazja. Niewiele wskazuje na to, by samo bycie ofiarami policji mogło zbliżać liberałów do lewicy w inny sposób niż czysto taktyczny. Dla środowisk dominujących w ostatnich protestach lewicowość – przede wszystkim w wymiarze ekonomicznym – jest co najwyżej elementem wzmacniającym ożywczą różnorodność ruchu protestu. Próby poważniejszych prosocjalnych interwencji Zielonych i Razem zostały kompletnie zignorowane.

Tożsamościowa lewica jest przez liberałów co najwyżej tolerowana – i to w sensie etymologicznym: znoszona z bólem – najpewniej dlatego, że studenci z czerwonymi sztandarami nie dają za wygraną i z uporem maniaków, regularnie od zimy, „nawiedzają” zgromadzenia liberałów niczym „widmo komunizmu”. Obie grupy regularnie musiały mierzyć się z brutalnością policji, a jednak na kilka dni przed “przyklepaniem” reformy sądownictwa przez senat doszło do kolejnej ideowej scysji młodych antyfaszystów z liderem Obywateli RP.

Obie strony wywodzą się z różnych formacji kulturowych i kierują się odmiennymi wizjami pożądanego porządku społecznego. Akceptują swoją wzajemną obecność na różnych demonstracjach, ale to nie jest relacja symetryczna: liberałowie dominują, nie rozważają ustępstw politycznych na rzecz lewicy, czują jedynie, że od czasu do czasu musi co najwyżej znosić wyskoki „lewackiej ekstremy”, rojącej coś o równości i sprawiedliwości społecznej. Wbrew pozorom tworzonym przez red. Tomasza Lisa i jego klony ci „radykałowie”, zaangażowani również w okupację polskich uczelni w geście sprzeciwu wobec reformy Gowina, nie mają szczególnie wywrotowych poglądów. Często trudno uczciwie nazwać ich socjalistami, oprócz „lewicowej wrażliwości” nie mają żadnej doktryny – jedynie metody. Lecz intuicyjne upodobanie do obnażania pseudocharakteru liberalnej „rewolucji” będzie ich ciągnąć w politycznie właściwą stronę, czyli poza obszar samego protestu wobec rządu.

 

Od nowa

Nie ma sensu mniemać, że lewica może odżyć stając na czele dalszej „walki o demokrację”. Nie jest to możliwe, bo nie prześcignie ona liberałów w tym, w czym się już wyspecjalizowali. My również opieramy się PiS-owi, ale stawiamy hasło nowej, społecznej, w pełni inkluzywnej demokracji, do której droga wiedzie przez walkę klas. Nie wstydzimy się mówienia o nacjonalizacji i własności społecznej. Nie wstydzimy się marzeń o socjalizmie jako demokracji gospodarczej. Wiemy, że hasła te budzą zdziwienie nawet wśród ludzi doświadczających systemowej przemocy ekonomicznej. Ale wiemy również, że tylko klasowy charakter polityki, tylko wyjście do tych ludzi może odmienić los demokracji w Polsce i w Europie – napełnić ją nowym duchem.

Jaką dokładnie formułę ma przyjąć nowy ruch? Socjaldemokratyczny kurs lewicy biorącej udział w grze wyborczej dotychczas się nie sprawdził. Częściowo dlatego, że w naszych warunkach historyczną rolę socjaldemokracji pozoruje PiS. Z drugiej strony zmiana narracji ekonomicznej po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. spowodowała, że wątki składające się na wizję „kapitalizmu z ludzką twarzą” łatwiej były przejmowane przez cały polityczny mainstream, łącznie z PO. Jest też inny, strukturalny powód. System dochodzi do ściany i nawet najdrobniejsza korekta redystrybucyjna uchodzi w oczach klasy rządzącej za pomysł rewolucyjny. Oznacza to, że postępowe reformy nie obejdą się bez kroków realnie zagrażających hegemonii kapitału. Dobrze o tym świadczy atmosfera wokół odważnego kierunku obranego przez brytyjską Partię Pracy pod wodzą Jeremy’ego Corbyna.

O ile lewica chce zaistnieć, musi być radykalna i łączyć oddolne zaangażowanie społeczne z otwartym sprzeciwem wobec kapitalizmu, nawet jeżeli uniemożliwi to doraźny sukces wyborczy nowej formacji. Chodzi o stworzenie bazy społecznej na przyszłość. Niezbędne wydaje się oparcie się na już działających strukturach oddolnego ruchu oporu wobec kapitalizmu, złożonych z doświadczonych aktywistów. To np. ruch lokatorski, niezależne związki zawodowe. Jednym z podstawowych problemów na tym obszarze jest fakt, że potencjał Ruchu Sprawiedliwości Społecznej blokowany jest przez hegemoniczną rolę samego Piotra Ikonowicza, która nie pozwala RSS na rozbudowę struktur, przyciąganie ludzi młodych, podkreślających potrzebę pełnej autonomii i całkowicie równościowych stosunków w organizacji.

Nawet obecnie, w dobie kryzysu ustrojowego, przełamanie duopolu PO-PiS okazuje się praktycznie niemożliwe, jeśli nie powstanie lewicowy ruch społeczny z prawdziwego zdarzenia, który sferę polityczną odzyska dla ludzi. A jego z kolei nie będzie bez prężnego ośrodka odważnej i taktycznie przytomnej myśli socjalistycznej – zaplecza intelektualnego i zarazem kuźni przyszłych kadr. Obecne think tanki, łącznie z Krytyką Polityczną, nie spełnią tej roli, zbyt mocno są personalnie, środowiskowo i instytucjonalnie związane z filarami konającego paradygmatu liberalnego.
Centrum radykalnej myśli, które połączy bezkompromisowych intelektualistów z oddanymi działaczami musi się rozwijać w ścisłym powiązaniu ze społeczeństwem, w kontakcie z ekonomicznie pokrzywdzonymi przez kapitalizm. Nie chodzi o tworzenie nowej partii. Trzeba wypracować nowy sposób uprawiania polityki wśród ludzi, alternatywną scenę polityczną.

Kryzys demokracji to bez wątpienia czas, kiedy demokraci muszą samych siebie wymyślać na nowo. Dla lewicy, która, by zachować tożsamość i spełnić swoją misję, musi być wręcz wcieleniem demokracji, bolesna samorekonstrukcja musi być uświadomioną koniecznością. Mamy ideowych działaczy i odważnych myślicieli, którzy ośmielą się to zrobić. Oni i one rozpoczną długi marsz.

Triumf lewicy

– Nasz nowy narodowy projekt to dążenie do autentycznej demokracji – powiedział po wyborczym zwycięstwie Andrés Manuel López Obrador. Lewicowy kandydat, zgodnie z prognozami, zwyciężył w pierwszej turze wyborów prezydenckich z Meksyku.

 

To będzie najbardziej lewicowy rząd Meksyku od kilku dekad. Liczenie głosów ciągle trwa, ale kontrkandydaci Andresa Manuela Lopeza Obradora, popularnie po prostu AMLO, już uznali swoją porażkę. Według aktualnych wyników cząstkowych AMLO zaufało ponad 53 proc. wyborców. Drugi Ricardo Anaya, konserwatysta, uzyskał poparcie tylko 22 proc. – To nowy początek dla Meksyku – ocenił, bez żadnej przesady, lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, gratulując Lopezowi Obradorowi sukcesu na Twitterze. – Jego wybór na prezydenta, z wynikiem ponad 50 proc. głosów, pierwszy raz w najnowszej historii Meksyku daje ubogim i wykluczonym prawdziwy głos – dodał.

W przemówieniu wygłoszonym do tłumu szczęśliwych wyborców AMLO wezwał do pojednania po bardzo agresywnej kampanii (znaczonej nawet morderstwami aktywistów, zginęło ich co najmniej 130). Oznajmił, że jego marzeniem jest „przejście do historii jako dobrego prezydenta Meksyku”, a jego partia Ruch na rzecz Odnowy Narodowej (Morena) chce zbudować prawdziwą demokrację. Zapowiedział, że w pierwszej kolejności zacznie działać na rzecz walki z ubóstwem. Żyje w nim ponad 50 mln z 127 mln Meksykanów i Meksykanek, a w ostatnich latach liczba ta tylko narastała. Lopez Obrador nieustannie podkreśla również, że zamierza naprawdę walczyć z korupcją, bezkarnością zorganizowanych grup przestępczych i lokalnymi układami polityczno-przestępczymi. W przemówieniu powyborczym mówił również o swobodzie zrzeszania się i wolności słowa.

Przełomowe jest nie tylko zwycięstwo AMLO, ale i skład jego rządu. Dla kraju, gdzie przemoc wobec kobiet jest plagą przybierającą przerażające rozmiary, symbolem o potężnym znaczeniu jest wejście do gabinetu AMLO aż ośmiu polityczek. M. in. Olga Sanchez Cordero będzie pierwszą w historii sekretarz ds. wewnętrznych, Luisa Maria Alcalde przejmie kluczowy resort pracy i polityki społecznej, Gracieli Marquez Colin powierzono sprawy gospodarcze.

AMLO w pierwszych publicznych wystąpieniach uspokajał północnego sąsiada: Meksyk chce utrzymywać dobre stosunki z USA (a ostatnio, z powodu wypowiedzi Trumpa i jego polityki migracyjnej, były one fatalne). Donald Trump na Twitterze pogratulował mu wyborczego sukcesu, ale lewicowi komentatorzy przewidują, że te dobre relacje długo nie potrwają. Jeśli nowy prezydent Meksyku naprawdę wdroży ambitne programy społeczne, pomagające – jak np. w Brazylii pod rządami Luli – wyjść z nędzy, może błyskawicznie zostać oskarżony o dążenie do „komunizmu” i zaatakowany, czy to sankcjami, czy to przez odpowiednio przygotowaną „demokratyczną opozycję”.

Lewicowy brexit. Walka klasowa, nie narodowa

Brytyjska lewica musi forsować socjalistyczną drogę wyjścia z UE, inaczej nacjonaliści zagarną wszystko.

 

Mijają dwa lata od czasu, gdy Brytyjczycy zdecydowali o Brexicie, i Londyn, choć bez entuzjazmu, konsekwentnie zmierza do wystąpienia z Unii Europejskiej. Rząd Theresy May cały czas próbuje łudzić ludzi bajką, że rozwód przeprowadzi w sposób pragmatyczny a jednocześnie honorowy. Panika, która dwa lata temu ogarnęła klasę rządzący, dawno już ustąpiła polityce chłodnej kalkulacji. Jednak wiara, że Brytania rozstanie się z Unią politycznie, ale ekonomicznie pozostanie jej częścią, jest dziś już tylko pobożnym życzeniem.

Gospodarka Zjednoczonego Królestwa zupełnie dziś kuleje, a obsesyjne cięcia pogłębiły tylko stagnację. Wbrew złudzeniom rządu brytyjski kapitalizm wcale nie jest dla UE łakomym kąskiem, nie stanowi istotnego wkładu w gospodarczy całokształt Unii, który już dawno temu został trwale oparty na neoliberalnej hegemonii Niemiec i podziale centrum-peryfyferia. Wielka Brytania nie jest nawet częścią strefy euro, więc swoją secesją nie jest w stanie skutecznie szantażować EBC. Brytyjskiemu rządowi brakuje jakiegokolwiek straszaka. Wyjście w tym wydaniu nie nastąpi w glorii. W ciągu dwóch ostatnich lat entuzjazm wobec Brexitu, zawsze ograniczony, jeszcze osłabł. Według sondaży niewielką przewagę mają Brytyjczycy niechętni wyjściu z Unii i pesymistycznie oceniający jego następstwa. Nigel Farage praktycznie zniknął.

 

Partia Pracy podzielona

Postawa laburzystów jest niejednoznaczna. Większość członków, wyborców i sympatyków Partii Pracy jest zakochana w Unii Europejskiej lub opowiada się za pozostaniem w niej z obawy o to, że po Brexicie ich kraj zamieni się w prawicowy koszmar. Odkąd Jeremy Corbyn umocnił się na pozycji przewodniczącego, zmianie uległ oficjalny stosunek do wyjścia z UE. Nie jest to już – tak jak w 2016 r. – zdecydowany opór ani bicie na alarm. Stanowisko partii to akceptacja „wyboru dokonanego przez społeczeństwo” przy jednoczesnej krytyce rządu za negocjacyjną nieudolność.
Partia Pracy są jednak podzielona – mniej więcej w stosunku 2:1. Z grubsza jedna trzecia chce Brexitu, tak jak sam lider partii. Sympatia Corbyna dla planu wypisania się z Unii jest zdecydowanie najmniej popularnym i jednocześnie najsłabiej rozumianym aspektem jego „radykalizmu”. Charyzma trybuna ludowego, „postępowy populizm” i jawnie deklarowany „socjalizm” to cechy, którymi doprowadził do ożywienia skostniałej Partii Pracy, wyrwania jej z rąk blairystowskich dekadentów i tchnięcia w organizację rewolucyjnego ducha. Rzesze Brytyjczyków – szczególnie młodych – wściekłych na burżuazję pociągającą za wszystkie sznurki na Wyspach, kategorycznie odrzucają ciągłe zaciskanie pasa, którego jedynym skutkiem jest bogacenie się bogatych i pauperyzacja reszty społeczeństwa. W Corbynie widzą zbawcę, który uwolni kraj od plagi nierówności, krwiopijcom z City wybije z głów wszelki wyzysk, a może i samych głów ich pozbawi. Część z nich oczami wyobraźni widzi już, jak Corbyn bez litości dobija kapitalizm – chcą przywrócenia do statutu partii słynnego Paragrafu Czwartego, mówiącego wprost o „uspołecznieniu środków produkcji”.
Przywódca laburzystów wzbudza jednak bez porównania mniejszy entuzjazm swojego elektoratu, kiedy krytykuje Unię Europejską. Pewnie dlatego robi to stosunkowo rzadko. Duża część jego fanów (bo on sam ma jednak status gwiazdy) to ludzie młodzi, nawet bardzo. Nie znają Wielkiej Brytanii bez Unii, a brexit kojarzą tylko z obrzydlistwem nacjonalizmu i nagonką na imigrantów. Jest to też punkt widzenia prawie wszystkich lewicowych mediów w UK. Wśród publicystów „Guardiana” tylko Tariq Ali konsekwentnie zajmował stanowisko pro-leave. Nic dziwnego, że jego teksty ukazują się coraz rzadziej.

Idea brexitu jest najpopularniejsza właśnie wśród ludzi starszych. Nie jest prawdą, że wszystkimi z nich kieruje ksenofobia. Dobrze pamiętają, że ich kraj zawsze podkreślał swą odrębność od kontynentu, również w czasach ich młodości, kiedy po II wojnie światowej laburzyści wywalczyli dla Brytyjczyków wielkie zdobycze socjalne. Socjalizm, walka klas – nikt im wtedy nie kazał wstydzić się tych słów. Jeremy Corbyn też to pamięta. Wie również, że nieodwołalnie neoliberalny charakter UE stawia jego krucjatę o sprawiedliwość społeczną na z góry przegranej pozycji. Inni wolą idealizować Unię w obliczu fali nacjonalizmu. Corbyn to jednak ambitny przywódca. Oznacza to, że wbrew utartym schematom będzie krok po kroku dążył do redefinicji zastanej polityki tak, żeby brexit odzyskać dla socjalizmu.

Prounijna część lewicy właśnie rozpoczyna ogólnokrajową kampanię zmierzającą do odwrócenia brexitu: domagają się nowego referendum, chcą je wygrać i doprowadzić do renegocjacji warunków obecności Brytanii w Unii. Inicjatywę tworzą dziennikarze, politycy pomniejszych formacji, np. Zielonych i Liberalnych Demokratów, lokalni działacze i związki zawodowe. Koncentrują się w dużej mierze na wieszczeniu klęski ekonomicznej, jaka ich zdaniem nieuchronnie nadciągnie wraz z brexitem. Przedstawiciele związku branży transportowej TSSA postanowili otwarcie rozprawić się w eurosceptycyzmem Corbyna: twierdzą, że brexit oznacza dziki kapitalizm, bo poza UE pracownicy pozostaną bez jakichkolwiek praw. Wytoczyli najcięższe działo: przywódca laburzystów musi się liczyć z oskarżeniem o zdradę klasową.

Doszło więc do absurdalnej sytuacji: socjalistyczny szef Partii Pracy postulujący nacjonalizację i krytykujący Unię za neoliberalizm jest atakowany przez związkowców występujących w sojuszu z liberałami, a posądzających go o kolaborację z kapitałem, bo chce wyprowadzić ich kraj z UE, rzekomo gwarantującej im prawa pracownicze i socjalne. W całym tym nieporozumieniu pocieszające jest to, że każda ze stron chce wyjść na jak najbardziej prospołeczną. Złą wiadomością jest to, że związkowcy natomiast mylą się co do charakteru Unii Europejskiej i jest to błąd najczęściej popełniany przez lewicowych krytyków brexitu. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym spór ten znajdzie się w centrum debaty politycznej za Kanałem La Manche.

 

Unia kapitału

Dziennikarz Thomas Fazi i ekonomista William Mitchell przekonująco dowodzą, że socjal kojarzony z UE to tylko kamuflaż fundamentalnie reakcyjnego projektu, którego „zjednoczona Europa” zawsze była częścią. Neoliberalizm od początku, czyli od połowy lat 70. XX w., był wdrażany po obu stronach Atlantyku jako program tzw. Komisji Trójstronnej. Kiedy proinflacyjna polityka keynesowska zawiodła, bo osiągnęła swe granice i nie mogła rozwiązać wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, światowy kapitał zdołał wykorzystać kryzys do odwrócenia na swoją korzyść układu klasowego panującego w najbardziej uprzemysłowionych państwach świata. Skutecznie ograniczono siłę związków zawodowych, podważono układy zbiorowe, zmniejszono udział płac w PKB i uzależniono rządy od rynków finansowych. Aktem założycielskim dzisiejszej Unii Europejskiej był jednoznacznie neoliberalny Traktat z Maastricht z 1992 r., który jasno stanowił, na jakich zasadach będzie się ona opierać:
art. 81 zabrania rządom interwencji w gospodarkę, która może „wpłynąć na wymianę handlową między państwami członkowskimi”,
art. 121 nadaje niedemokratycznie powoływanym ciałom: Radzie Europejskiej i Komisji Europejskiej prawo do wyznaczania „ogólnych ram polityki gospodarczej krajów członkowskich”,
art. 126 określa środki dyscyplinowania rządów przekraczających założony deficyt budżetowy,
art. 151 stwierdza, że polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii”,
art. 107 zakazuje celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych.

Karta Praw Podstawowych, która została później wprowadzona przez Traktat Lizboński i która zdaniem niektórych gwarantuje prawa socjalne i pracownicze, ma charakter ogólnikowy, aksjologiczny. Nie jest de facto wiążąca prawnie, skoro Polska i Wielka Brytania mogły podpisać osobne protokoły, praktycznie podważające jej obowiązywanie w państwach członkowskich, które sobie jej nie życzą. To zapisy z Maastricht wyznaczają politykę Unii, a nie Karta. Doskonale widać to po sukcesywnym demontażu sfery socjalnej we wszystkich krajach UE i po konsekwentnym poddawaniu usług publicznych presji konkurencji rynkowej (co w praktyce oznacza to samo). Karta stanowi jedynie retoryczny kwiatek do kożucha.

Dlatego właśnie, jeżeli kierunek obrany przez dzisiejszą Partię Pracy uznać za postępowy, to bez wątpienia nie może on zostać zrealizowany w Unii Europejskiej. Co ciekawe, gdyby Wielka Brytania podlegała wyłącznie regułom Światowej Organizacji Handlu, zwyczajowo uznanej za neoliberalną matnię, program Corbyna napotkałby bez porównania mniejsze bariery prawne. A program ten zakłada przecież nacjonalizację kluczowych branż: kolei, poczty i energetyki, politykę wielkich dotacji i zamówień publicznych nastawionych na realizację określonego – równościowego – celu społecznego. Można być liberałem i nie wierzyć w jego sens ani powodzenie. Jeżeli jednak ma się poglądy lewicowe, należy zdać sobie sprawę, że próba jego urzeczywistnienia przez przyszły rząd Corbyna spotkałaby się ze stanowczym oporem władz Unii.

Jeżeli wartości takie jak równość leżą komuś na sercu, tak jak i niezgoda na politykę nienawiści uskutecznianą przez populistyczną prawicę, powinno się wziąć pod uwagę, że dogłębnie neoliberalna natura UE generuje poczucie alienacji i gniew społeczny, który faszyści bez wątpienia zagospodarują, jeżeli lewica zdradzi ludzi dla czczych i obłudnych frazesów o „wspólnej Europie”.

 

Strach ma wielkie oczy

Antybrexitowy establishment lubi posługiwać się straszakiem załamania gospodarczego Wielkiej Brytanii, które wieszczy nieprzerwanie od 2016 r. Fazi i Mitchell rozprawiają się również i z tym mitem. Alarm podniesiony przez brytyjskie media w związku wyciekiem wewnętrznego raportu rządu Theresy May ostrzegającego przed zapaścią, do jakiej niechybnie doprowadzi brexit, to wiele hałasu o nic. Są to przewidywania oparte na standardowych założeniach neoliberalnych modeli krótkoterminowych (tzw. DSGE), m.in. o doskonałej samoregulacji rynków, czy „racjonalnych oczekiwaniach”. To neoklasyczna mitologia, wielokrotnie wyśmianej przez ekonomistów krytycznych wobec apologetyki wolnego rynku. Na podobnych założeniach był przecież oparty raport sporządzony jeszcze dla rządu Davida Camerona, przewidujący, że w ciągu dwóch lat po samej decyzji o brexicie dojdzie do gospodarczej katastrofy. Nic takiego nie nastąpiło. Musiał to przyznać „Guardian”, który wcześniej uwierzył w proroctwo o „Armageddonie”.

Fazi i Mitchell podkreślają ponadto, że dane statystyczne z okresu obecności Wielkiej Brytanii we „wspólnym rynku” przeczą twierdzeniom o ekonomicznych korzyściach z członkostwa w UE. Wewnątrzunijny handel nie odegrał żadnej istotnej roli w brytyjskiej gospodarce. Wszystkie podstawowe wskaźniki makroekonomiczne, czyli wzrost PKB, wzrost wydajności pracy, zatrudnienie itd. są zdecydowanie gorsze niż za czasów przedunijnych. To samo dotyczy zresztą pozostałych krajów UE. Był to po prostu okres w pełni rozwiniętego neoliberalizmu, czyli zabierania biednym i średniakom, a dosypywania bogatym przez „niewidzialną rękę rynku”. Wielka Brytania znajduje się dzisiaj w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasu II wojny światowej właśnie dlatego, że obsesyjna polityka „oszczędności” zapoczątkowana przez Margaret Thatcher, potem zaś koordynowana przez Komisję Europejską, trwale zniechęciła kapitalistów do inwestycji w realną gospodarkę, a napędzała wyłącznie spekulacje finansowe. Rząd Corbyna mógłby dokonać wielkich inwestycji publicznych koniecznych do wyprowadzenia kraju na prostą. Unia Europejska byłaby przeszkodą.

Tego rodzaju krytyce można zarzucić, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest już jednak trwale związana z procesami zachodzącymi w UE i ich zerwanie musiałoby siłą rzeczy poskutkować chwilowym dołkiem. Problemem jest również niezbity fakt, że do tej pory w promocję idei brexitu zaangażowane były siły ultraliberalne, dla których Unia to „socjalizm”. Owszem, tak było. Dzisiaj jednak wyjście przebiega pod rządowym szyldem, a ekstremiści skryli się w cieniu. Sami torysi uderzają w nutę socjalną, obiecując, że pieniądze, które nie pójdą do unijnego budżetu, zasilą służbę zdrowia. Niezależnie od leseferystów, którzy chcą mieć „swój” brexit, większość „mas brexitowskich” chce socjalu. Laburzyści z obozu Corbyna mają nie tylko szansę, ale wręcz obowiązek sprostać ich oczekiwaniom – właśnie po to, by nie zostawiać ich na pastwę prawicy. Lewicowy brexit – niektórzy mówią: lexit – jest przeciwieństwem prawicowego. Rezygnacja z walki o społeczną bazę eurosceptycyzmu jest kapitulacją przed faszyzmem.

 

Warufakis woli zostać

W pozostałych krajach UE lewica oczywiście krzywo patrzy na pomysły Corbyna, bo niestety bliższa jest unijnym salonom niż prostym ludziom, mającym dość cynizmu europejskich elit, zawsze potrafiących dorobić „oświeconą” ideologię do brutalnego wyzysku. Są również tacy jak Janis Warufakis, który ma własne doświadczenie zaciekłych zmagań z euroestablishmentem, a mimo to odrzuca rozwiązania w stylu brexitu.

Popularny w całej Europie twórca ruchu DIEM25, który jako minister finansów Grecji w rządzie Syrizy do upadłego starał się ratować swój kraj przez ostatecznym dorżnięciem przez „Trojkę”, chce zmieniać Unię od wewnątrz. Nie wierzy jednak w hasło „więcej demokracji”, bo słusznie wykazuje, że struktury Unii nigdy nie miały nic wspólnego z demokracją. Twierdzi natomiast, że UE można zmienić na lepsze poprzez ruch masowego i międzynarodowego nieposłuszeństwa wobec jej autorytarnych władz.

To podejście zasługuje na zrozumienie lewicy. U Warufakisa można jednak dostrzec rażącą niekonsekwencję, twierdzi bowiem, że pójście jego drogą – bezkompromisowe starcie z unijnymi instytucjami – będzie dla systemu nie do strawienia, że realnie grozi rozpadem UE i że trzeba być na to gotowym. Po co zatem odrzucać lewicowy brexit, skoro jest jest on w istocie uznaniem konsekwencji, o którym mówi Warufakis? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że Grek chce koniecznie dezintegrację Unii koordynować w ramach oddolnego ogólnoeuropeskiego ruchu, będącego podstawą przyszłego zjednoczenia na lepszych zasadach. W dużym uproszczeniu (pewnie zbyt dużym) można więc przyjąć, że Warufakis proponuje nieco utopijną „permanentną rewolucję” zamiast bardziej pragmatycznego wyjścia Corbyna, przypominającego „socjalizm w jednym kraju”.

 

Nie opuszczać ludzi

Internacjonalizm, zawsze bliski sercu autentycznej lewicy, istotnie różni się od burżuazyjnego kosmopolityzmu. Jest niemożliwy w systemie politycznym służącym globalizacji na warunkach kapitału – a tym jest właśnie Unia Europejska. Argument, że przyjęcie brexitu przez lewicę to woda na młyn prawicy, jest pozbawiony podstaw w sytuacji, gdy prawica traci impet, a brexit nadal się rozgrywa i może przybrać różne formy. Zwykli Brytyjczycy popierający wyjście z UE różnią się od skrajnej prawicy, nie są biologicznymi ksenofobami. Próba retorycznego uczynienia z nich niereformowalnych rasistów jest ich ostateczną zdradą, zapisaniem się do obozu liberałów. Poparcie dla brexitu wynika z upokorzenia kapitalizmem, nawet jeżeli termin ten nie pada otwarcie. A systemu kapitalistycznego nacjonaliści nie zakwestionują, dlatego sami okazują się niewiarygodni w swym gasnącym już brexitowym zapale. Ludzie dali się z początku wieść nacjonalistom dlatego, że lewica ich opuściła. Taka jest historia całej fali prawicowego populizmu.

Brexit będzie taki, jaka będzie jego awangarda. Postępowe rozwiązania kwestionujące system zawsze powstają w momencie kryzysu. Cechuje je niepewność, obawa przed triumfem reakcji, oczywiste ryzyko porażki i osunięcia się w przepaść własnego przeciwieństwa. Ktoś, kto nie podejmuje tego ryzyka, nie tworzy historii. Jeżeli laburzyści chcą być przykładem dla europejskiej lewicy, jeżeli chcą ją ożywić w wymiarze międzynarodowym, jeżeli chcą się ostatecznie rozliczyć z pomyłki blairyzmu, jeżeli chcą stworzyć podstawy do autentycznego zjednoczenia Europy – muszą poprowadzić lewicowy brexit.