Flaczki tygodnia

Kim jest Mateusz Morawiecki?

***

Banksterem-milionerem? Niedouczonym arogantem mówiącym „knajackim językiem”? Cynicznym neoliberałem pochwalającym akumulację kapitału dokonywaną dzięki wyzyskowi mas pracujących za „miskę ryżu”? Pochwalającym wojnę jako narzędzie rozwiązywania konfliktów społecznych?

***

Czy był narodowo-katolickim Konradem Wallenrodem, który poszedł na służbę do wielkiego zagranicznego, obcego polskiemu narodowi kapitału?
Czy potraktował służbę u plutokracji jako możliwość poznania swego wroga od podszewki? Zwłaszcza od podszewki kieszeni.
Czy od początku uważał bogate zachodnie instytucje jak stajnie pełne rasowych rumaków? Gdzie można te konie kraść, zwłaszcza w dobrym towarzystwie i dobrej wierze.
I dowiódł nawet tego czynem, kiedy z bankowych pieniędzy przeznaczonych na promocje i budowanie dobrego wizerunku chytrych banksterów wspierał narodowo-katolickiej inicjatywy.
Ten polski, narodowo-katolicki Wallenrod podpierdałał szmal irlandzkim i hiszpańskim, czyli obcym narodowo Polakom kapitalistom i wspierał dzieła narodowo-katolickich „wyklęciuchów”.

***

Flaczki celowo użyły słowa „podpierdalać”. Aby dostosować się do poetyki języka używanego przez pana premiera-milionera. Do tego jego „knajackiego języka”, mówiąc językiem pana prezesa Kaczyńskiego. Języka używanego podczas kolacyjek w knajpie „Sowa i Przyjaciele”. Języka znanego również Flaczkom. I używanego też, jako pikantna przyprawa, przez Flaczki.

***

Polska jest krajem zakłamanym, oceanem hipokryzji. Dzieciom w Polsce dorośli mówią, aby nie mówiły: „kurwa”, „chuj”, „chujnia”, „pierdolony”, „jebany”, „pizda” i „dupa” nawet. W Polsce mówi się dzieciom, że to wyrazy „nieparlamentarne”.

***

Tymczasem elity parlamentarne – i kościelne ponoć też – używają tych „nieparlamentarnych” wyrazów jak przecinków.
Oczywiście mówią je podczas niepublicznych rozmów. Nie podczas wystąpień publicznych, kiedy muszą kłamać, muszą schlebiać polskiej hipokryzji i zakłamaniu. Muszą traktować obywateli jak idiotów, bo obywatele lubią to.
Dlatego prawdę mówią w Polsce politycy i księża poza miejscami pracy, najczęściej po wypiciu napojów alkoholowych. Kiedy mogą być w pełni sobą.

***

Jednym z Polaków, który regularnie używał „nieparlamentarnych” wyrazów był Marszałek Józef Piłsudski. Za młodu człek porządny, bo socjalista. Piłsudski ma w Polsce liczne pomniki, place i ulice. Jest ikoną III i IV Rzeczpospolitej.

***

Droga młodzieży jeśli ktoś zwróci Wam uwagę, że mówicie: „kurwa”, „chuj” i inne „nieparlamentarne wyrazy”, to możecie śmiało ripostować: „Spierdalaj kurewsko pizdo-chuju, ja tylko cytuję polszczyznę pana Marszałka Józefa Piłsudskiego”.
Albo: „O co chodzi, przecież mówię jak pan premier Mateusz Morawiecki podczas kolacji w restauracji”.

***

Zapamiętajcie wszyscy! Kiedy polski polityk mówi i nie klnie, to znaczy, że najpewniej wtedy kłamie. Albo przynajmniej mówi nieprawdę.

***

W Warszawie mówi się, że ludzie, którzy pracowali z obecnym premierem milionerem, panem Mateuszem Morawickim, mówią, że pan premier milioner zawsze mówił to co jego rozmówca chciał usłyszeć. Mówił to właścicielom banków w których pracował. Mówił to byłym premierom Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu i Donaldowi Tuskowi, którym doradzał. Mówił to panu prezesowi Kaczyńskiemu, który go politycznie usynowił.

***

W Polsce polityków – i księży katolickich też – ocenia się przede wszystkim po tym co mówią. Religia jest opium polskiego ludu, podobnym opium ludu są gadki-szmatki krajowych elit politycznych.

***

Czy pamiętacie kto to powiedział: „Dzieci spontanicznie przybiegały do niego, obejmowały go. On również je obejmował, głaskał. zdarzało się, że całował. Dzieci były szczęśliwe, zadowolone. Nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego?”
Tak bronił księdza-pedofila z Tylawy ówczesny prokurator, dzisiejszy pan poseł PiS i przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz. Szef prokuratorów, którzy w 2001 roku umorzyli sprawę, kryjąc księdza-pedofila.

***

W latach 1990 – 2008 Flaczki współredagowały tygodnik „Nie” Jerzego Urbana. Nie było miesiąca, aby nie spotykały poszkodowanych przez księży-pedofilii. Kiedy tygodnik „Nie” publikował o tym i innych grzechach kościoła katolickiego, był uznawany przez redaktorów czołowych polskich mediów, nawet dziś antyklerykalnej „Gazety Wyborczej”, za „zoologicznych antyklerykałów”. Używających dodatkowo „nieparlamentarnych” wyrazów.

***

Nic dziwnego, że przez cały okres III i IV RP księża pedofile mogli czuć się bezkarni. Bronili ich aktywnie nie tylko kościelni hierarchowie. Dezaprobata polskich mediów wobec polskiego antyklerykalizmu wspierała przestępczych księży.

Cudu nie było

Upamiętnienie Bitwy Warszawskiej słusznie jest Świętem Wojska Polskiego, bo w sierpniu 1920 r. miał miejsce pierwszy od blisko 300 lat prawdziwy triumf polskiego oręża. Ale żadnego cudu nad Wisłą nie było, a tym bardziej 15 sierpnia.

 

O cudownym zwycięstwie Polaków zdecydowało dwóch ludzi. Jeden nazywał się Tadeusz Rozwadowski, drugi… Józef Stalin.

Zacznijmy od Stalina. Gdyby nie ten „zbawca” Polski, o żadnym cudzie nikt nigdy by nie usłyszał, bo armia sowiecka okrążyłaby i zmiażdżyła Warszawę. Jednak Stalin zlekceważył rozkazy pójścia na pomoc marszałkowi Tuchaczewskiemu, maszerującemu na Warszawę, a przynajmniej posłania tam konnej armii, gdyż w tym czasie wolał opromienić się sławą zdobywcy Lwowa. Tuchaczewski raportował do Moskwy, że za tę niesubordynację powinno się postawić Stalina przed sąd polowy. Gdyby bowiem od południa nadciągnęła pod Warszawę druga sowiecka armia, wojska polskie nie miałyby szans na stoczenie zwycięskiej bitwy. Tak więc jeśli – jak chcą niektórzy – w bitwę tę ingerowała osobiście Matka Boska, to chyba jej najważniejszym narzędziem był właśnie Józef S. Jednak jej dziewicza interwencja jest tu raczej mało prawdopodobna, zważywszy na to, że o cudzie zaczęto mówić, zanim bitwa w ogóle się rozpoczęła.

 

Cud Wisły

…a nie cud nad Wisłą – tak początkowo mówiono o bitwie, do której zresztą wcale dojść nie musiało, podobnie jak może i do samej wojny. Warto bowiem pamiętać, jak i dlaczego ta w ogóle się zaczęła. O ile na zachodzie było wiadomo, że granice Polski będą zgodne z terytorium w większości zamieszkanym przez Polaków, o tyle na wschodzie nie było wiadomo nic. A w zasadzie wiadomo było jedynie tyle, że wojska niemieckie zgodnie z decyzjami traktatowymi wycofują się, czyniąc na terytorium od Estonii po Morze Czarne ogromny pas ziemi niczyjej. Tymczasem mocarstwa zachodnie teoretyzowały sobie, komu jaki jej kawałek przyznać. Chętnych było wielu.

Kluczowa okazała się tu rosyjska wojna domowa. Francja wciąż uważała carską Rosję za sojusznika i nie godziła się, by jakieś nowe państwa przejmowały jej terytorium. A sami „Biali” Rosjanie byli gotowi uznać Polskę tylko na zachód od Bugu (mniej więcej zgodnie z dzisiejszą granicą). Co innego Czerwoni. Bolszewicy w 1919 r. cofali się na północ przed ofensywą Białych generała Denikina. Dla nich pokój z Polską był kluczowy. Dlatego za zawarcie go oferowali granice praktycznie zgodne z przedrozbiorowymi. Znacznie dalej na wschód niż sięgała po 1920 r. II Rzeczpospolita, niemal po Smoleńsk.

 

Jednak Piłsudski zwlekał

Zdecydowanie wolałby dogadać się z Białymi i wraz z nimi bić bolszewików (na co zresztą naciskały też Francja i Anglia), ale Biali upierali się przy tej granicy z Polską na Bugu, nie chcąc słyszeć o żadnym państwie ukraińskim. Generał Denikin domagał się nawet, by polskie wojska opuściły wschodnią Galicję (Wołyń, Podole), aby mógł tam „wybrać zboże i rekruta”, niezbędne do dalszego prowadzenia ofensywy. Piłsudski miał jednak swoją odpowiedź, którą przekazał negocjującym z Rosjanami: „Zarówno bolszewikom, jak i Denikinowi jedno jest do powiedzenia – jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej, językiem żołnierskim: dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił. Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek was nie biję, to nie dlatego, że wy nie chcecie, ale dlatego, że ja nie chcę. Lekceważę, pogardzam wami. (…) O jakichkolwiek tedy stosunkach… dyplomatycznych mowy być nie może, bo ich warunkiem podstawowym są wiara i dyskrecja, a wy nie zasługujecie na jedno, nie znacie drugiego, zdradzacie cywilizację, własny kraj i jeden drugiego”.

Tak więc sprawy stały w zupełnym zawieszeniu, choć gdzieniegdzie dochodziło do lokalnych polsko-bolszewickich walk. Piłsudski patrzył biernie, gdy bolszewicy przerzucali z granicy z Polską niemal wszystkie wojska przeciw Białym. W zasadzie nawet Moskwa stała wówczas przed wojskami polskimi otworem. Tylko oznaczałoby to powrót do władzy nieustępliwych wobec Polski Białych. Oddziały polskie posuwały się więc wolno na wschód, nie wdając się jednak w żadne poważniejsze walki ani z jednymi, ani z drugimi.

 

Nic nie trwa wiecznie

Jesienią 1919 r. w rosyjskiej wojnie domowej nastąpił przełom. Bolszewicy najpierw zatrzymali pod Orłem armię Białych, a potem zadali jej kilka druzgocących ciosów i zaczęli spychać na południe Ukrainy. Niewiele później ostatnim bastionem Białych został Krym. A bolszewicy mieli potężną zwycięską armię – tyle że brakowało im zawartego pokoju z Polską. To, czy gdyby Piłsudski zdecydował się go podpisać, bolszewicy dotrzymaliby warunków umowy, pozostaje kwestią spekulacji. Pokoju nie było, była zatem wojna. Wojna na śmierć i życie. Piłsudski zdecydował się uderzyć pierwszy. Ruszył na Kijów, by stworzyć tam rzeczywiste państwo ukraińskie, naturalnego sojusznika w walce z bolszewikami, a w razie ich upadku z rosyjskim imperializmem. Kijów zdobył w maju przy pomocy ukraińskich sojuszników atamana Petlury, pełnię władzy oddając Ukraińcom.

5 maja do czerwonoarmistów przemówił Lenin:

„Towarzysze! Wiecie, że polscy obszarnicy i kapitaliści, podżegani przez ententę, narzucili nam nową wojnę. (…) Proponowaliśmy Polsce pokój na warunkach nietykalności jej granic, mimo że granice te sięgały o wiele dalej niż tereny zamieszkane przez ludność rdzennie polską. Godziliśmy się na wszystkie ustępstwa i niech każdy z was pamięta o tym na froncie. (…) Teraz mówimy: towarzysze, potrafiliśmy dać odprawę straszniejszemu wrogowi, potrafiliśmy pokonać własnych obszarników i kapitalistów – pokonamy również obszarników i kapitalistów polskich!”.
14 maja na Białorusi ruszyła bolszewicka ofensywa. Trzy tygodnie później sowiecka ofensywa na Ukrainie. Wojska Siemiona Budionnego i Józefa Stalina poszły zdobywać Lwów, choć rozkazy mówiły wyraźnie, że powinny maszerować na Warszawę. Tymczasem w jej kierunku z Białorusi zaatakowały jedynie wojska Michaiła Tuchaczewskiego, dając Polakom szansę na… cud. Szansę tę zwiększyły też dostawy broni z Zachodu, dzięki którym Polska mogła stać się bastionem walk z bolszewikami.

 

Cud pożądany

W miarę zbliżania się wojsk sowieckich Warszawa zaczęła popadać w religijne szaleństwo. Modłom nie było końca, a gazety narodowców ciągle pisały, że zdarzy się cud Wisły, nawiązując tym do cudu Marny – jak nazywano zatrzymanie maszerujących na Paryż wojsk niemieckich nad rzeką Marną w 1914 r.. Odnosząc się do narracji z czasów wojen z Tatarami i Turkami, mówiono, iż planowana bitwa będzie swego rodzaju starciem chrześcijaństwa z dzikimi hordami ze wschodu. Tę mistyczną atmosferę, już po opuszczeniu Warszawy przez dyplomatów z całego świata, podtrzymywał pozostający w mieście nuncjusz papieski Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI).

Niezależnie od tych wzniosłych nastrojów, w reszcie kraju narastała panika, a lud wcale nie garnął się do walki. Potrzebne były dziesiątki tysięcy ochotników, tyle że chłopi za Piłsudskim – socjalistą – nie mieli ochoty podążyć. Dlatego w rozpaczy Piłsudski o objęcie rządów poprosił Wincentego Witosa, wodza polskiej wsi. Ten, choć miał tylko cztery klasy, znał najwyraźniej nieźle historię starożytną, bo zainscenizował scenę na wzór tej najsławniejszej w dziejach Rzymu. Tam, gdy ojczyzna była zagrożona, urząd dyktatora powierzono Cyncynatowi. Akurat orał on swoje pole, gdy dotarła do niego wieść o nominacji. Po pokonaniu wrogów złożył urząd i wrócił do orki. Witos dokładnie tak samo. Gdy posłańcy przybyli z Warszawy, on orał pole. Jednak dla ratowania ojczyzny rzucił orkę, popędził do Warszawy i wydał odezwę do chłopów, po której ci tłumnie zjawili się, by walczyć z wrogiem.

 

Sowieci prą do przodu

Francuski generał Weygand, ukształtowany przez I wojnę światową, chce im na przedpolach Warszawy wydać wyniszczającą bitwę pozycyjną. Ale generał Tadeusz Rozwadowski, wcześniej jeden z najwybitniejszych dowódców austro-węgierskich, jest zwolennikiem wojny manewrowej. Wiedząc, że sowieckie armie na południu nie idą na Warszawę, lecz oblegają Lwów, opracowuje plan manewru oskrzydlającego.

Co na to Piłsudski? Panikuje. Nie jest zdolny do podjęcia żadnej decyzji. Owszem, już wcześniej akceptuje plan manewru opracowany przez Rozwadowskiego, a oznaczony symbolem 8538/III, ale bitwa nie rozegra się zgodnie z tym rozkazem. Wszystko potoczy się zgodnie z decyzjami podpisanymi przez Rozwadowskiego. To słynny rozkaz nr 10 000, który całkowicie zaskakuje Piłsudskiego, odbiera mu część jednostek, którymi ten dowodzi i przekazuje je pod komendę generała Sikorskiego. To on ma dokonać decydującego uderzenia. Piłsudski protestuje, ale ostatecznie podporządkowuje się – jak inni dowódcy – rozkazowi Rozwadowskiego. Rozkaz nr 10 000 jest koronnym dowodem, że Piłsudski ani planów bitwy nie opracował, ani nią nie dowodził. Co więcej, chyba nie wierzył w zwycięstwo, bo zjawiwszy się u premiera Witosa, na jego ręce złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Złożył i… zniknął. Na temat tego, gdzie był w trakcie bitwy, istnieje wiele hipotez. Najczęściej jednak uważa się, że załamany psychicznie udał się na wieś, do swojej kochanki (i przyszłej żony) Aleksandry Szczerbińskiej, a na front wrócił dopiero po rozbiciu sowieckiej ofensywy. Witos zwrócił mu wówczas jego dymisje, co było o tyle łatwe, że nie poinformował o nich opinii publicznej, ani nawet większości polityków. O tchórzliwej rezygnacji Piłsudskiego z urzędów wiedział bardzo mały krąg wtajemniczonych.

 

Bitwa

Trwała od 13 do 25 sierpnia, ale decydujące natarcie z południa, na odsłonięty bok wojsk sowieckich znad Wieprza rozpoczęło się 16 sierpnia. Nie byłoby na nie najmniejszych szans, gdyby tam, skąd zaskoczono Sowietów, były wojska Stalina i Budionnego, a właśnie stamtąd powinny – zgodnie z sowieckimi planami operacyjnymi – nadchodzić. Fakt, że ich tam nie było, istotnie stanowił cud.

15 sierpnia, czyli w dniu, który później uznano za Święto Wojska Polskiego, w bitwie tej nie wydarzyło się nic ważnego. Polacy nie odnieśli żadnego znaczącego sukcesu. Jednak ponieważ narodowa prawica od samego początku mówiła o potrzebie cudu i zawierzała miasto Maryi, to za symboliczną datę zwycięstwa obrano święto kościelne, święto maryjne, czyli właśnie 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Prawica, trąbiąc o cudzie, starała się umniejszyć rolę Piłsudskiego, a zwycięstwo przypisać siłom nadprzyrodzonym. Piłsudski zaś tę farsę (i datę święta) zaakceptował, bo wolał to, niż zastanawianie się przez przeciwników, jaką rzeczywiście rolę w bitwie odegrał.

Gdyby ówczesna prawica fakty te znała, pewnie teorii cudu by nie lansowała, tylko głosiła, że nieudolny Piłsudski uciekł, a inni uratowali ojczyznę. Jednak i Witos, i Rozwadowski zachowywali się dyskretnie i o załamaniu psychicznym marszałka taktownie milczeli. Ich wiedza była jednak dla Piłsudskiego niebezpieczna, dlatego Tadeusz Rozwadowski w 1926 r. pod bardzo wątpliwymi zarzutami został uwięziony, a w 1928 r. otruty. Witosa w 1930 r. aresztowano, a w 1933 r. po wyroku skazującym za rzekomy planowany zamach stanu, uprzedzając ponowne aresztowanie, wysłano na emigrację.

Identycznie działo się zresztą po drugiej stronie. Marszałek Tuchaczewski za swoje słowa z 1920 r., że Stalina za samowolne działanie wbrew rozkazom (które przyniosło Sowietom klęskę w Bitwie Warszawskiej) powinno się rozstrzelać – też kilkanaście lat później zapłacił najwyższą cenę. Bo Stalin, podobnie jak Piłsudski, usuwał niewygodnych.

 

Cudotwórcy

Oprócz Stalina i Rozwadowskiego – autentycznych cudotwórców znad Wisły – prawica lubi przywoływać jeszcze jednego: ks. Ignacego Skorupkę, który zginął 14 sierpnia 1920 r. pod Ossowem, rzeczywiście znajdując się na pierwszej linii frontu. Wbrew legendzie jednak, nie prowadził on żołnierzy do natarcia z krzyżem w ręku, lecz został śmiertelnie ugodzony, kiedy ciężko rannemu żołnierzowi udzielał ostatniego namaszczenia. Zginął zresztą od pocisku bardzo przypadkowego, bo nabój ekrazytowy, który trafił go w głowę, nie służył do zabijania. Pociski te w momencie uderzenia tworzyły wyraźny obłok dymu, a służyły artylerii do oznaczenia celu, w który ci mieli strzelać. W momencie śmierci rzeczywiście więc głowę Skorupki spowił obłok, lecz na wynik Bitwy Warszawskiej miał Skorupka taki sam wpływ, jak Izabella Scorupco (jako Helena Kurcewiczówna w ekranizacji „Ogniem i mieczem”) na wynik powstania Chmielnickiego. Za komedianctwo trzeba uznać pośmiertne odznaczenie go przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Orderem Orła Białego. Bo owszem, był Skorupka bardzo odważny – i owszem, poległ za ojczyznę, ale order ten przyznaje się bohaterom największym, a nie bohaterom z przypadku.
Tak więc Skorupkę okrzyknięto jednym z nadwiślanych cudotwórców, choć tytuł ten, podobnie jak order, bardziej należał się generałowi Rozwadowskiemu. Rozwadowski poza polskim Virtuti Militari miał też najwyższe wojskowe odznaczenia ośmiu innych państw, a Skorupka…? Cóż, to tylko lokalna bajka dla dewotów, podobnie jak wiele cudownych opowieści z naszą rodzimą, lansowaną dziś gremialnie, narodową historią w tle.

 

Tekst ukazał się w tygodniku „Fakty i Mity”.