Cudu nie było

Upamiętnienie Bitwy Warszawskiej słusznie jest Świętem Wojska Polskiego, bo w sierpniu 1920 r. miał miejsce pierwszy od blisko 300 lat prawdziwy triumf polskiego oręża. Ale żadnego cudu nad Wisłą nie było, a tym bardziej 15 sierpnia.

 

O cudownym zwycięstwie Polaków zdecydowało dwóch ludzi. Jeden nazywał się Tadeusz Rozwadowski, drugi… Józef Stalin.

Zacznijmy od Stalina. Gdyby nie ten „zbawca” Polski, o żadnym cudzie nikt nigdy by nie usłyszał, bo armia sowiecka okrążyłaby i zmiażdżyła Warszawę. Jednak Stalin zlekceważył rozkazy pójścia na pomoc marszałkowi Tuchaczewskiemu, maszerującemu na Warszawę, a przynajmniej posłania tam konnej armii, gdyż w tym czasie wolał opromienić się sławą zdobywcy Lwowa. Tuchaczewski raportował do Moskwy, że za tę niesubordynację powinno się postawić Stalina przed sąd polowy. Gdyby bowiem od południa nadciągnęła pod Warszawę druga sowiecka armia, wojska polskie nie miałyby szans na stoczenie zwycięskiej bitwy. Tak więc jeśli – jak chcą niektórzy – w bitwę tę ingerowała osobiście Matka Boska, to chyba jej najważniejszym narzędziem był właśnie Józef S. Jednak jej dziewicza interwencja jest tu raczej mało prawdopodobna, zważywszy na to, że o cudzie zaczęto mówić, zanim bitwa w ogóle się rozpoczęła.

 

Cud Wisły

…a nie cud nad Wisłą – tak początkowo mówiono o bitwie, do której zresztą wcale dojść nie musiało, podobnie jak może i do samej wojny. Warto bowiem pamiętać, jak i dlaczego ta w ogóle się zaczęła. O ile na zachodzie było wiadomo, że granice Polski będą zgodne z terytorium w większości zamieszkanym przez Polaków, o tyle na wschodzie nie było wiadomo nic. A w zasadzie wiadomo było jedynie tyle, że wojska niemieckie zgodnie z decyzjami traktatowymi wycofują się, czyniąc na terytorium od Estonii po Morze Czarne ogromny pas ziemi niczyjej. Tymczasem mocarstwa zachodnie teoretyzowały sobie, komu jaki jej kawałek przyznać. Chętnych było wielu.

Kluczowa okazała się tu rosyjska wojna domowa. Francja wciąż uważała carską Rosję za sojusznika i nie godziła się, by jakieś nowe państwa przejmowały jej terytorium. A sami „Biali” Rosjanie byli gotowi uznać Polskę tylko na zachód od Bugu (mniej więcej zgodnie z dzisiejszą granicą). Co innego Czerwoni. Bolszewicy w 1919 r. cofali się na północ przed ofensywą Białych generała Denikina. Dla nich pokój z Polską był kluczowy. Dlatego za zawarcie go oferowali granice praktycznie zgodne z przedrozbiorowymi. Znacznie dalej na wschód niż sięgała po 1920 r. II Rzeczpospolita, niemal po Smoleńsk.

 

Jednak Piłsudski zwlekał

Zdecydowanie wolałby dogadać się z Białymi i wraz z nimi bić bolszewików (na co zresztą naciskały też Francja i Anglia), ale Biali upierali się przy tej granicy z Polską na Bugu, nie chcąc słyszeć o żadnym państwie ukraińskim. Generał Denikin domagał się nawet, by polskie wojska opuściły wschodnią Galicję (Wołyń, Podole), aby mógł tam „wybrać zboże i rekruta”, niezbędne do dalszego prowadzenia ofensywy. Piłsudski miał jednak swoją odpowiedź, którą przekazał negocjującym z Rosjanami: „Zarówno bolszewikom, jak i Denikinowi jedno jest do powiedzenia – jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej, językiem żołnierskim: dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił. Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek was nie biję, to nie dlatego, że wy nie chcecie, ale dlatego, że ja nie chcę. Lekceważę, pogardzam wami. (…) O jakichkolwiek tedy stosunkach… dyplomatycznych mowy być nie może, bo ich warunkiem podstawowym są wiara i dyskrecja, a wy nie zasługujecie na jedno, nie znacie drugiego, zdradzacie cywilizację, własny kraj i jeden drugiego”.

Tak więc sprawy stały w zupełnym zawieszeniu, choć gdzieniegdzie dochodziło do lokalnych polsko-bolszewickich walk. Piłsudski patrzył biernie, gdy bolszewicy przerzucali z granicy z Polską niemal wszystkie wojska przeciw Białym. W zasadzie nawet Moskwa stała wówczas przed wojskami polskimi otworem. Tylko oznaczałoby to powrót do władzy nieustępliwych wobec Polski Białych. Oddziały polskie posuwały się więc wolno na wschód, nie wdając się jednak w żadne poważniejsze walki ani z jednymi, ani z drugimi.

 

Nic nie trwa wiecznie

Jesienią 1919 r. w rosyjskiej wojnie domowej nastąpił przełom. Bolszewicy najpierw zatrzymali pod Orłem armię Białych, a potem zadali jej kilka druzgocących ciosów i zaczęli spychać na południe Ukrainy. Niewiele później ostatnim bastionem Białych został Krym. A bolszewicy mieli potężną zwycięską armię – tyle że brakowało im zawartego pokoju z Polską. To, czy gdyby Piłsudski zdecydował się go podpisać, bolszewicy dotrzymaliby warunków umowy, pozostaje kwestią spekulacji. Pokoju nie było, była zatem wojna. Wojna na śmierć i życie. Piłsudski zdecydował się uderzyć pierwszy. Ruszył na Kijów, by stworzyć tam rzeczywiste państwo ukraińskie, naturalnego sojusznika w walce z bolszewikami, a w razie ich upadku z rosyjskim imperializmem. Kijów zdobył w maju przy pomocy ukraińskich sojuszników atamana Petlury, pełnię władzy oddając Ukraińcom.

5 maja do czerwonoarmistów przemówił Lenin:

„Towarzysze! Wiecie, że polscy obszarnicy i kapitaliści, podżegani przez ententę, narzucili nam nową wojnę. (…) Proponowaliśmy Polsce pokój na warunkach nietykalności jej granic, mimo że granice te sięgały o wiele dalej niż tereny zamieszkane przez ludność rdzennie polską. Godziliśmy się na wszystkie ustępstwa i niech każdy z was pamięta o tym na froncie. (…) Teraz mówimy: towarzysze, potrafiliśmy dać odprawę straszniejszemu wrogowi, potrafiliśmy pokonać własnych obszarników i kapitalistów – pokonamy również obszarników i kapitalistów polskich!”.
14 maja na Białorusi ruszyła bolszewicka ofensywa. Trzy tygodnie później sowiecka ofensywa na Ukrainie. Wojska Siemiona Budionnego i Józefa Stalina poszły zdobywać Lwów, choć rozkazy mówiły wyraźnie, że powinny maszerować na Warszawę. Tymczasem w jej kierunku z Białorusi zaatakowały jedynie wojska Michaiła Tuchaczewskiego, dając Polakom szansę na… cud. Szansę tę zwiększyły też dostawy broni z Zachodu, dzięki którym Polska mogła stać się bastionem walk z bolszewikami.

 

Cud pożądany

W miarę zbliżania się wojsk sowieckich Warszawa zaczęła popadać w religijne szaleństwo. Modłom nie było końca, a gazety narodowców ciągle pisały, że zdarzy się cud Wisły, nawiązując tym do cudu Marny – jak nazywano zatrzymanie maszerujących na Paryż wojsk niemieckich nad rzeką Marną w 1914 r.. Odnosząc się do narracji z czasów wojen z Tatarami i Turkami, mówiono, iż planowana bitwa będzie swego rodzaju starciem chrześcijaństwa z dzikimi hordami ze wschodu. Tę mistyczną atmosferę, już po opuszczeniu Warszawy przez dyplomatów z całego świata, podtrzymywał pozostający w mieście nuncjusz papieski Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI).

Niezależnie od tych wzniosłych nastrojów, w reszcie kraju narastała panika, a lud wcale nie garnął się do walki. Potrzebne były dziesiątki tysięcy ochotników, tyle że chłopi za Piłsudskim – socjalistą – nie mieli ochoty podążyć. Dlatego w rozpaczy Piłsudski o objęcie rządów poprosił Wincentego Witosa, wodza polskiej wsi. Ten, choć miał tylko cztery klasy, znał najwyraźniej nieźle historię starożytną, bo zainscenizował scenę na wzór tej najsławniejszej w dziejach Rzymu. Tam, gdy ojczyzna była zagrożona, urząd dyktatora powierzono Cyncynatowi. Akurat orał on swoje pole, gdy dotarła do niego wieść o nominacji. Po pokonaniu wrogów złożył urząd i wrócił do orki. Witos dokładnie tak samo. Gdy posłańcy przybyli z Warszawy, on orał pole. Jednak dla ratowania ojczyzny rzucił orkę, popędził do Warszawy i wydał odezwę do chłopów, po której ci tłumnie zjawili się, by walczyć z wrogiem.

 

Sowieci prą do przodu

Francuski generał Weygand, ukształtowany przez I wojnę światową, chce im na przedpolach Warszawy wydać wyniszczającą bitwę pozycyjną. Ale generał Tadeusz Rozwadowski, wcześniej jeden z najwybitniejszych dowódców austro-węgierskich, jest zwolennikiem wojny manewrowej. Wiedząc, że sowieckie armie na południu nie idą na Warszawę, lecz oblegają Lwów, opracowuje plan manewru oskrzydlającego.

Co na to Piłsudski? Panikuje. Nie jest zdolny do podjęcia żadnej decyzji. Owszem, już wcześniej akceptuje plan manewru opracowany przez Rozwadowskiego, a oznaczony symbolem 8538/III, ale bitwa nie rozegra się zgodnie z tym rozkazem. Wszystko potoczy się zgodnie z decyzjami podpisanymi przez Rozwadowskiego. To słynny rozkaz nr 10 000, który całkowicie zaskakuje Piłsudskiego, odbiera mu część jednostek, którymi ten dowodzi i przekazuje je pod komendę generała Sikorskiego. To on ma dokonać decydującego uderzenia. Piłsudski protestuje, ale ostatecznie podporządkowuje się – jak inni dowódcy – rozkazowi Rozwadowskiego. Rozkaz nr 10 000 jest koronnym dowodem, że Piłsudski ani planów bitwy nie opracował, ani nią nie dowodził. Co więcej, chyba nie wierzył w zwycięstwo, bo zjawiwszy się u premiera Witosa, na jego ręce złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Złożył i… zniknął. Na temat tego, gdzie był w trakcie bitwy, istnieje wiele hipotez. Najczęściej jednak uważa się, że załamany psychicznie udał się na wieś, do swojej kochanki (i przyszłej żony) Aleksandry Szczerbińskiej, a na front wrócił dopiero po rozbiciu sowieckiej ofensywy. Witos zwrócił mu wówczas jego dymisje, co było o tyle łatwe, że nie poinformował o nich opinii publicznej, ani nawet większości polityków. O tchórzliwej rezygnacji Piłsudskiego z urzędów wiedział bardzo mały krąg wtajemniczonych.

 

Bitwa

Trwała od 13 do 25 sierpnia, ale decydujące natarcie z południa, na odsłonięty bok wojsk sowieckich znad Wieprza rozpoczęło się 16 sierpnia. Nie byłoby na nie najmniejszych szans, gdyby tam, skąd zaskoczono Sowietów, były wojska Stalina i Budionnego, a właśnie stamtąd powinny – zgodnie z sowieckimi planami operacyjnymi – nadchodzić. Fakt, że ich tam nie było, istotnie stanowił cud.

15 sierpnia, czyli w dniu, który później uznano za Święto Wojska Polskiego, w bitwie tej nie wydarzyło się nic ważnego. Polacy nie odnieśli żadnego znaczącego sukcesu. Jednak ponieważ narodowa prawica od samego początku mówiła o potrzebie cudu i zawierzała miasto Maryi, to za symboliczną datę zwycięstwa obrano święto kościelne, święto maryjne, czyli właśnie 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Prawica, trąbiąc o cudzie, starała się umniejszyć rolę Piłsudskiego, a zwycięstwo przypisać siłom nadprzyrodzonym. Piłsudski zaś tę farsę (i datę święta) zaakceptował, bo wolał to, niż zastanawianie się przez przeciwników, jaką rzeczywiście rolę w bitwie odegrał.

Gdyby ówczesna prawica fakty te znała, pewnie teorii cudu by nie lansowała, tylko głosiła, że nieudolny Piłsudski uciekł, a inni uratowali ojczyznę. Jednak i Witos, i Rozwadowski zachowywali się dyskretnie i o załamaniu psychicznym marszałka taktownie milczeli. Ich wiedza była jednak dla Piłsudskiego niebezpieczna, dlatego Tadeusz Rozwadowski w 1926 r. pod bardzo wątpliwymi zarzutami został uwięziony, a w 1928 r. otruty. Witosa w 1930 r. aresztowano, a w 1933 r. po wyroku skazującym za rzekomy planowany zamach stanu, uprzedzając ponowne aresztowanie, wysłano na emigrację.

Identycznie działo się zresztą po drugiej stronie. Marszałek Tuchaczewski za swoje słowa z 1920 r., że Stalina za samowolne działanie wbrew rozkazom (które przyniosło Sowietom klęskę w Bitwie Warszawskiej) powinno się rozstrzelać – też kilkanaście lat później zapłacił najwyższą cenę. Bo Stalin, podobnie jak Piłsudski, usuwał niewygodnych.

 

Cudotwórcy

Oprócz Stalina i Rozwadowskiego – autentycznych cudotwórców znad Wisły – prawica lubi przywoływać jeszcze jednego: ks. Ignacego Skorupkę, który zginął 14 sierpnia 1920 r. pod Ossowem, rzeczywiście znajdując się na pierwszej linii frontu. Wbrew legendzie jednak, nie prowadził on żołnierzy do natarcia z krzyżem w ręku, lecz został śmiertelnie ugodzony, kiedy ciężko rannemu żołnierzowi udzielał ostatniego namaszczenia. Zginął zresztą od pocisku bardzo przypadkowego, bo nabój ekrazytowy, który trafił go w głowę, nie służył do zabijania. Pociski te w momencie uderzenia tworzyły wyraźny obłok dymu, a służyły artylerii do oznaczenia celu, w który ci mieli strzelać. W momencie śmierci rzeczywiście więc głowę Skorupki spowił obłok, lecz na wynik Bitwy Warszawskiej miał Skorupka taki sam wpływ, jak Izabella Scorupco (jako Helena Kurcewiczówna w ekranizacji „Ogniem i mieczem”) na wynik powstania Chmielnickiego. Za komedianctwo trzeba uznać pośmiertne odznaczenie go przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Orderem Orła Białego. Bo owszem, był Skorupka bardzo odważny – i owszem, poległ za ojczyznę, ale order ten przyznaje się bohaterom największym, a nie bohaterom z przypadku.
Tak więc Skorupkę okrzyknięto jednym z nadwiślanych cudotwórców, choć tytuł ten, podobnie jak order, bardziej należał się generałowi Rozwadowskiemu. Rozwadowski poza polskim Virtuti Militari miał też najwyższe wojskowe odznaczenia ośmiu innych państw, a Skorupka…? Cóż, to tylko lokalna bajka dla dewotów, podobnie jak wiele cudownych opowieści z naszą rodzimą, lansowaną dziś gremialnie, narodową historią w tle.

 

Tekst ukazał się w tygodniku „Fakty i Mity”.

Jak wyhodować sobie wroga

Gdy „komuniści” z Północy przekroczyli 38 równoleżnik, byli witani jak wyzwoliciele.

 

Jeszcze w lipcu 1945 roku administracja USA spodziewała się, że japońska armia stacjonująca w chińskiej Mandżurii stawi armii radzieckiej twardy opór. Podobnie silnej japońskiej obrony spodziewano się w Korei. Dlatego Pentagon uznał, że USA nie ma strategicznych interesów w Korei. Pozostawiono ją Armii Czerwonej, zakładając, że się tam silnie wykrwawi. Poza tym Korea była wtedy uważana za peryferie imperium japońskiego, obszar geopolitycznie drugorzędny.

Wszystko zmieniało się po dwóch zrzuconych bombach atomowych na Japonię i po szybkim opanowaniu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Ku zaskoczeniu wszystkich, stacjonująca tam, świetnie wyposażona japońska Armia Kwantuńska nie stawiała większego oporu.

W nocy 10 sierpnia 1945 roku administracja USA uznała, że jednak warto by okupować Koreę wspólnie z ZSRR. Dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali rozkaz pilnego opracowania planów podziału tego kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to z tej perspektywy zauważyli, że 38 równoleżnik przecina Półwysep Koreański na pół. Szybko zaproponowali taki podział, zwłaszcza, że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał.

Amerykanie bali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko przejmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła wtedy już granicę chińsko-koreańską. A wojska amerykańskie ulokowały się na wyspach japońskich.

Ale Stalin zgodził się na taki podział i Amerykanie poczuli się szczęśliwi. Minął miesiąc aż pierwsi ich wojskowi wylądowali na koreańskiej ziemi. Byli totalnie nieprzygotowani do zarządzania Koreą. Nie znali koreańskiego ani podstaw kultury tego kraju. Wielu z nich z obrzydzeniem i przerażeniem obserwowało biedny, wyniszczony przez japońską okupację kraj. Nie chcieli się też koreańskości uczyć, bo uważali swój pobyt za tymczasowy. Dopiero przyszła wojna zmusiła ich do tego.

 

Najgorszy z możliwie najgorszych

Po II wojnie światowej Amerykanie kreowali w Azji Południowo-Wschodniej nowych miejscowych liderów lub popierali tam zastanych. Zwykle wybierali wedle swoich upodobań nie zważając na miejscowe realia. Nic dziwnego, że zwykle ich typy przegrywały, a Stany Zjednoczone wraz z nimi. Tak było poparciem dla chińskiego generalissimusa Czang Kaj – szeka. Pomimo miliardowych dotacji i sprzętu wojsowego przegrał on z wojskami Mao Zedonga.

Tak było z południowowietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem. Ten uprzejmy katolik doskonale dogadujący się z prezydentem Kennedym był tak znienawidzony przez obywateli swego kraju, że ułatwił zwycięstwo komunizującym nacjonalistom z Północy.

Przybyli w 1945 roku do Korei Amerykanie zlekceważyli liderów miejscowego antyjapońskiego ruchu oporu. Przywieźli za to z USA siedemdziesięcioletniego Li Syng – mana. Człowieka początkowo otwartego, inteligentnego. Pierwszego Koreańczyka, który zrobił doktorat w Princeton. Jednak po powrocie do Korei poczuł się on jej niekontrolowanym władca. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi.

Zwłaszcza z działaczami Koreańskiej Republiki Ludowej. Był to utworzony na terenie całego kraju wspólny, patriotyczny front nacjonalistów o różnorodnych poglądach politycznych oraz liderów ugrupowań partyzanckich. Li Syng-man walczył z nimi pod hasłami walki z każdym przejawem „komunizacji” Korei, choć większość z nich była daleka od komunizmu. Ale o tym, kto może być „komunistą” decydował już Li Syng-man.

Po drugiej stronie 38 równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali istniejące struktury KRL. Radzieccy w tym regionie zwykle współpracowali z całymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce, często intrygom, podporządkowywali sobie lokalnych liderów tych ruchów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, to wywyższali następnego.

W tym czasie dla Stalina priorytetem były państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Chciał je włączyć do swej strefy wpływów. Chiny chciałby mieć podzielone między zwalczającymi się komunistami Mao i nacjonalistami Czanga. Stalin obawiał się samodzielności Mao, bał się silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie postrzegał Koreę. Dlatego do końca lat czterdziestych na północy tego kraju panowała względny spokój polityczny i rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale wtedy na północy było bogaciej niż na południu. A nawet były tam większe swobody demokratyczne.

Południowokoreański, importowany z USA reżim Li Syng-mana i amerykańskie władze walcząc z „komunistami” szukały dodatowego poparcia. Najszybciej i najsilniej uzyskały ze strony byłych projapońskich kolaborantów. Urzędników japońskiej administracji, kadr technicznych w fabrykach. Amerykanie traktowali Japończyków inaczej niż Niemców. Nie przeprowadzili ani w Japonii, ani w Korei „defaszyzacji”. Nie było japońskiej Norymbergi.

Reżim Li Syng-mana podporządkował sobie kolaboracyjną policję i służby specjalne. Blokował przeprowadzenie reformy rolnej. Wszelkimi środkami zwalczał konkurentów politycznych, dopuszczając się licznych zbrodni. Walczył też z odradzającymi się związkami zawodowymi. Patronujący mu amerykańscy zarządcy nie zwracali na to uwagi. W lipcu 1948 roku doprowadzili do wyborów parlamentarnych. W sierpniu ogłoszono powstanie Republiki Południowej Korei. Prezydentem został Li Syng-man.

Zaraz potem nowy, „demokratyczny” prezydent całą swą uwagę skupił na wprowadzeniu w swym kraju bezlitosnej dyktatury. Dymisjonował wszystkich próbujących niezależności ministrów. Krwawo stłumił bunty lewicowców w Josu na południu kraju. W październiku 1949 roku w więzieniach południowokoreańskich znajdowało się ponad 90 tysięcy przeciwników politycznych.
Korea Północna swą niepodległość ogłosiła we wrześniu 1949 roku . Rządzony już wtedy przez ekipę Kim Il-sunga , zwanego w naszym kraju Kim Ir-senen, kraj też nie był demokratyczny. Tam również bezwzględnie rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Ale czyniono to bardziej skrycie. Bez pomocy dawnej kolaboracyjnej policji i projapońskiej administracji. Doradcy radzieccy intensywnie szkolili dawnych koreańskich partyzantów budując profesjonalną armię. Jesienią 1949 roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo-Wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Wiele zdobytego od wojsk generalissimusa Czanga amerykańskiego sprzętu wojskowego, Mao przekazał sojuszniczej armii koreańskiej. Minął rok i został użyty przeciwko wojskom USA.

 

Czekali na wyzwolenie

Od połowy 1949 roku wojna między obu nowymi państwami koreańskimi wisiała w powietrzu. Najsilniej marzyli o niej masowo prześladowani przez reżim Li Syng-mana obywatele Republiki Południowej Korei. Raz po raz dochodziło do zbrojnych incydentów wzdłuż granicznego Równoleżnika. Północnokoreańskie rozgłośnie radiowe miesiącami zapowiadały rychłe wyzwolenie braci z południa. Aktywizowała się na południu antyrządowa partyzantka.

W roku 1950 Amerykanie rozpoczęli wycofywanie swego wojska z Korei. Musieli też tak uczynić, bo wojska radzieckie demonstracyjnie opuściły już Północna Koreę. Pozostawili wyszkolona armię i miejsce dla chińskich doradców wojskowych. Amerykanie pozostawili południowym Koreańczykom jedynie lekki sprzęt wojskowy. Skorumpowani południowokoreańscy wojskowi masowo handlowali wojskowymi racjami żywnościowymi i podarowaną odzieżą. A prezydent Li skupiał swą uwagę na rozwoju tajnej policji politycznej.

Dlatego kiedy 25 czerwca wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada i nie natrafiły na silny opór wojska i społeczeństwa. Często witano je radośnie.

 

Jak było potem przeczytacie w następnym numerze „Trybuny”

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.

Głos prawicy

Winny Stalin

 

Dodatek historyczny „Historia Do Rzeczy” udowadnia, że „Hitler był dzieckiem bolszewików”:

Historycy od lat spierają się o to, skąd się wziął Adolf Hitler. W jaki sposób ten człowiek i kierowane przez niego państwo wzrośli do tak olbrzymiej potęgi. Jak mogli stworzyć i uzbroić tak sprawną machinę wojenną i poczuć się na tyle pewnie, że podpalili świat. Fenomen Führera tłumaczony jest na niezliczoną ilość sposób – każdy kolejny jest bardziej groteskowy od poprzedniego. Muszę przyznać, że przysłuchuję się tym akademickim dysputom z rozbawieniem. Odpowiedź na te pytania jest bowiem oczywista i prosta. Hitler i III Rzesza to dzieci towarzysza Stalina. Bez jego protekcji Niemcy nigdy nie osiągnęłyby takiej potęgi i nigdy nie wybuchłaby II wojna światowa.
Plan bolszewików był jasny. Zgodnie z założeniem, że wojna światowa otwiera drogę do światowej rewolucji – sprawdziło się to po części w roku 1917 – chcieli, żeby Europejczycy znowu wzięli się za łby. Kiedy już Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy i Polacy by się nawzajem powyrzynali, Armia Czerwona miała wkroczyć do akcji i podbić cały osłabiony kontynent. W ten sposób granice „raju robotników i chłopów” zostałyby rozszerzone do Atlantyku.
Aby napuścić Europejczyków na siebie i wywołać kolejny konflikt, Stalin postanowił wesprzeć kraj najbardziej pokrzywdzony przez traktat wersalski, a co za tym idzie dyszący chęcią odwetu. A więc oczywiście wsparł Niemcy. Ponieważ traktat nałożył na niemieckie siły zbrojne wiele ograniczeń, Armia Czerwona przyszła im z „bratnią pomocą”. W Kazaniu szkoleni byli niemieccy czołgiści, w Lipiecku lotnicy, w Saratowie specjaliści od broni chemicznej. Niemieccy generałowie urządzali swoje manewry i gry wojenne na sowieckich poligonach oraz w sowieckich salach wykładowych. Bolszewicy pomagali również rozwinąć – w tajemnicy przed Zachodem – niemiecki przemysł wojskowy, udostępnili swoje laboratoria niemieckim konstruktorom. Dostarczali również bezcennych surowców. Trzon armii niemieckiej, która zmiażdżyła Europę w latach 1939–1940, został stworzony w Związku Sowieckim.
Armia ta miała być narzędziem w rękach Moskwy. Narzędziem, które miało posłużyć do zniszczenia Europy i utorowania drogi dla zwycięskiego, „wyzwoleńczego” marszu Armii Czerwonej. Jak to jednak osiągnąć? Oczywiście najlepiej na jej czele postawić człowieka nieobliczalnego. Jakąś agresywną, nieodpowiedzialną jednostkę, która – odpowiednio sprowokowana przez Sowietów – rzuci się na sąsiadów i rozpęta wojnę. W całych Niemczech nie było lepszego kandydata do odegrania tej roli niż Adolf Hitler, przywódca NSDAP.
„Bez Stalina nie byłoby Hitlera, nie byłoby gestapo” – pisał Lew Trocki. I miał rację. Chociaż oficjalnie w latach 20. i na początku lat 30. niemieccy komuniści i narodowi socjaliści toczyli ze sobą bój na śmierć i życie, Moskwa zakulisowo wspierała NSDAP. Maski zostały zdjęte w roku 1933, gdy odbyły się wybory powszechne, które miały zmienić oblicze Niemiec. Otóż NSDAP zdobyła w nich mniej głosów niż komuniści i socjaldemokraci. Wystarczyło, żeby te dwa ugrupowania zawiązały koalicję i to one stworzyłyby rząd. Stalin powiedział jednak „niet”. Wydał on swojej berlińskiej ekspozyturze surowy zakaz wchodzenia w jakiekolwiek układy ze „zgniłymi socjaldemokratami”. W efekcie nominację na kanclerza otrzymał Adolf Hitler. Machina została wprawiona w ruch. „Lodołamacz rewolucji” – jak nazywano w Moskwie przywódcę narodowych socjalistów – rozpoczął swój rejs.
Ten nieszczęsny człowiek, który „dyszał nienawiścią do komunistów”, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest narzędziem w ich rękach. Zresztą ta nienawiść nie była chyba znowu tak wielka. Hitler wypowiadał się o Stalinie z podziwem, nawet gdy między oboma państwami wybuchła już wojna. Narodowy socjalizm małpował zaś bolszewizm. Monumentalne budowle, symbolika i stylistyka, tajna policja, obozy koncentracyjne, olbrzymia waga, jaką przywiązywano do propagandy. Przecież to wszystko było żywcem ściągnięte ze Związku Sowieckiego.
Pod koniec wojny dla berlińskich elit stało się jasne, że walcząc na dwa fronty, III Rzesza poniesie straszliwą klęskę. Wielu pragmatycznie nastawionych oficerów Wehrmachtu zaczęło wówczas myśleć o zawarciu separatystycznego pokoju z Anglosasami i skierowaniu wszystkich sił do powstrzymania nadciągających od wschodu bolszewików. Hitler miał inny pomysł. Otóż chciał on zawierać pokój separatystyczny ze Stalinem…