Eskalacja dla przykładu

Spór między Arabią Saudyjską wybuchł niespodziewanie. Jeszcze bardziej niespodziewanie – zaostrza się się coraz bardziej.

 

Po wypowiedzi kanadyjskiej minister spraw zagranicznych, która wezwała do zwolnienia Samar Badawi i innych działaczek na rzecz praw kobiet reakcja Rijadu była natychmiastowa. Z dnia na dzień persona non grata stał się w Arabii Saudyjskiej ambasador Kanady, Rijad zapowiedział przeniesienie do innych krajów wszystkich Saudyjczyków studiujących w Kanadzie dzięki rządowym stypendiom, zamroził wszelkie nowe inwestycje i transakcje handlowe z kanadyjskimi partnerami, wstrzymał loty saudyjskich linii lotniczych do tego kraju oraz kanadyjsko-saudyjskie programy medyczne. Wreszcie – saudyjski bank centralny przystąpił do masowej sprzedaży posiadanych przez siebie kanadyjskich aktywów. Jak na karę za jedną krytyczną wypowiedź – są to sankcje wręcz zadziwiające swoją surowością, niemal na granicy wojny. A może to jeszcze nie być wszystko, gdyż w środę szef saudyjskiej dyplomacji Adel al-Dżubjr zapowiedział, że jego rząd myśli o dodatkowych retorsjach.

Rijad nie jest przyzwyczajony do krytyki – mocarstwa zawsze obchodziły się z nim jak z jajkiem, starając się nie widzieć, że jego „dorobek” w zakresie przestrzegania praw człowieka jest porażający – w negatywnym sensie. Represje, publiczne egzekucje, stosowanie prawa religijnego zamiast karnego, faktyczny absolutyzm, wspieranie terroryzmu, prowadzenie zabójczej wojny w Jemenie – żadna z tych spraw nie przeszkodziła ani Londynowi, ani Waszyngtonowi, ani Paryżowi – i w zasadzie też żadnej innej stolicy – aby nie hołubić saudyjskich królów i książąt. A do tego jeszcze książę-regent Mohammed bin-Salman przecież zaczął kraj modernizować. Pozwolił kobietom prowadzić samochody. Zaczął zwalczać korupcję – czyli wtrącać do więzień swoich skorumpowanych przeciwników. Za to przecież należały mu się same pochwały.

Premier Kanady Justin Trudeau nie zamierza jednak przepraszać za to, że minister jego rządu powiedziała, co wreszcie należało o saudyjskiej monarchii powiedzieć – zresztą krytycznie, ale i tak w bardzo wyważony sposób. „Kanadyjczycy zawsze oczekiwali od swojego rządu, że będzie wypowiadał się mocno, stanowczo, wyraźnie i uprzejmie o konieczności respektowania praw człowieka tak w kraju, jak i na całym świecie. I tak będziemy nadal robić” – stwierdził Trudeau.

Arabia Saudyjska oświadczyła ustami swojego ministra spraw zagranicznych, że nie widzi potrzeba mediacji, której ewentualnie miałaby się podjąć Wielka Brytania. Zresztą – dla większości państw sprawa stała się kłopotliwa, bo jakiekolwiek stanowisko wobec saudyjsko-kanadyjskiego sporu może oznaczać konieczność zadeklarowania się po którejś ze stron. A tego czynić otwarcie nikt nie ma wielkiej ochoty, bo albo dostanie się etykietę państwa relatywizującego kwestię praw człowieka, albo dostanie się rykoszetem od Rijadu. Stąd wypowiedzi innych stolic są generalnie oględne i dystansujące się.

Analitycy zwracają jednak uwagę, że przypisywanie ostrości saudyjskiej reakcji tylko urazie monarchy nieprzyzwyczajonego do krytyki byłoby uproszczeniem, gdyż to, co zrobił Rijad robi wrażenie wykalkulowanej akcji dyplomatycznej. Dlaczego akurat wobec Kanady? Nie tylko dlatego, że nadarzył się pretekst, ale również dlatego, że Kanada z punktu widzenia monarchii Saudów nie jest superważnym strategicznym partnerem, więc koszt zaostrzenia dwustronnych relacji jest względnie zbywalny, a za to reszcie świata – i to tej, która Dla Strażników Świętych Meczetów jest ważna – da się jednoznaczny i twardy sygnał: od tego, co robimy wara. Przyjmujemy tylko komplementy i pochwały.

Rozłam w G-7

Najpierw było źle, potem dobrze, teraz znowu źle. Tak falowały nastroje i wzajemne relacje państw uczestników szczytu G7. Trump znowu namieszał.

 

Spotkanie najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw G7 w kanadyjskim La Malabaie zaczęło się od ostrzeżenia skierowanego do Trumpa przez prezydenta Francji i premiera kanady, że bez znaczących ustępstw ze strony USA, może nie udać się podpisanie końcowego komunikatu ze szczytu. Potem jednak wszystko wróciło do normy i komunikat zaczyna się od słów: „My, przywódcy G7…” Ale nie na długo. Donald Trump, który wyjechał ze szczytu wcześniej, śpiesząc się na spotkanie z przywódcą KRLD, nagle zagroził, że nie podpisze końcowego komunikatu. A to z powodu tego, że Trump obraził się na premiera Kanady z powodu jego jakoby nieprawdziwych słów o polityce gospodarczej Stanów Zjednoczonych.

„Biorąc pod uwagę nieprawdziwe słowa Justina Trudeau na konferencji prasowej oraz fakt, że Kanada nakłada ogromne cła na naszych rolników i robotników oraz nasze firmy, poleciłem przedstawicielom Stanów Zjednoczonych, by nie popierali wspólnej deklaracji, bo myślimy już o cłach na samochody, które zalewają amerykański rynek” – ogłosił tradycyjnie w Twitterze Donald Trump.

Amerykański przywódca był rozczarowany, że Trudeau zachował się podczas szczytu „potulnie i łagodnie”, zaś po wyjeździe z Trumpa miał zmienić ton i retorykę w sprawach amerykańskich ceł, co ubodło Trumpa.

Kanadyjski premier oznajmił, że nie powiedział niczego, czego nie powiedział wcześniej podczas spotkań w ramach siódemki, więc nie rozumie reakcji amerykańskiego przywódcy.

Uczestnicy szczytu wezwali Rosję do zaniechania działań destrukcyjnych, jednocześnie przywódcy USA i Włoch zadeklarowali, że Rosja powinna jak najszybciej dołączyć do G7/G8, po zrealizowaniu porozumień Mińsk 2. Problem w tym, że sama Rosja dość wstrzemięźliwie podchodzi do możliwości swojego powrotu.

Wiele wskazuje na to, że szczyt G7 zamieni się w „G6 + Trump” i kolejną rundę wzajemnych przepychanek między wiodącymi państwami kapitalistycznymi, co nie dziwi, jednak dla świata to niedobra wiadomość, bo nieporozumienia wśród największych graczy mogą odbić się na światowej gospodarce.