Burnyje apłodismienty…

…pieriechodiaszczije w owaciju czyli burzliwe oklaski przechodzące w owację, towarzyszyły wystąpieniom na niedzielnym przedwyborczym wiecu (konwencji) PiS. Sprawozdanie poniżej.

 

Ta, z języka rosyjskiego zapożyczona, fraza przyszła mi do głowy jako człowiekowi doświadczonemu latami, który miał okazję podobne wydarzenia nie raz słuchać i oglądać. Wszystkie były bardzo do siebie podobne, poza czasem, miejscem i przemawiającymi. No i, trzeba przyznać, że wystrój był też inny.

 

Przed rozpoczęciem

takich zjazdów/konwencji/kongresów i podobnych politycznych okoliczności, obowiązkowo i z wielką serdecznością witano ukochanych przywódców (tu można sobie wpisać odpowiednie nazwisko).

⇒ Przed wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego zgromadzeni na konwencji odśpiewali prezesowi PiS „sto lat” oraz przywitali go okrzykami „Jarosław”.

 

Dominowały zawsze podczas tych posiedzeń:

 

* przekonanie o słuszności

idei i poglądów, (np. leninizm-stalinizm, neoliberalizm, Polska solidarna) które wytyczają jedynie słuszną drogę do upragnionego celu;

⇒ Idziemy pod górę, nie w dół, nawet nie płasko, tylko pod górę, ku lepszej Polsce, ku lepszemu losowi Polaków, lepszemu to znaczy bardziej dostatniemu, to znaczy, i to jest bardzo ważne, godniejszemu, bardziej równemu – podkreślił prezes. Zrobił także standardowe streszczenie ideologii PiS i bronił niemal 3 lat swych rządów, odrzucając zarzuty naruszania demokratycznych standardów. Dotrzymujemy słowa, czyli nie uchybiamy temu co jest istotą demokracji. Jeżeli ktoś coś zapowiada, a potem tego nie realizuje to wtedy akt demokratyczny zmienia się w pustą procedurę. My nasze zapowiedzi realizujemy. Nie uchybiliśmy demokracji, realizujemy to co jest jej istotą – powiedział Jarosław Kaczyński.

 

** prezentacja celów

i podejmowanych wysiłków, którymi jest dobro (np. pokój wszystkich miłujących go narodów, klasy robotniczej i pracującego chłopstwa, naszego wybranego narodu, jedności wszystkich Polaków);

⇒ Jarosław Kaczyński podkreślił, że Polacy chcą być w Europie i chcą być w Unii Europejskiej. Zaznaczył jednocześnie, że dla Polski powinno oznaczać to równość na arenie międzynarodowej. Polacy rozumieją, że jako państwo musimy dźwigać różne ciężary. Ale to nie oznacza, że mamy powtarzać błędy Zachodu.

 

*** hasło walki i zwycięstwa,

bowiem zawsze organizatorzy takich imprez musieli – tak się dziwnie składało – z kimś się bić i ścierać (np. z kontrrewolucją, wrogami klasowymi, obskurantyzmem, wrogami naszej wiary), a nie współpracować. Jeżeli już tak, to tylko do ostatecznej wiktorii;

⇒ Mówiłem od początku, że nasza droga będzie drogą ostro pod górę i że jeszcze będą lecieć na nas kamienie i tak jest – podkreślił prezes PiS. Przypomniał jednocześnie, że ostrzegał przed atakami na „dobrą zmianę”. Nie powinniśmy się przejmować, musimy iść ostro do góry – zaapelował. To będzie wielkie osiągnięcie w skali 1050 lat historii naszej ojczyzny, bo nigdy dotąd tak nie było – dodał. Prezes PiS wyraził przekonanie, że Zjednoczona Prawica jest w stanie do tego doprowadzić. Musimy, powtarzam, być razem, pracować, być uczciwi, być, jeśli trzeba, pokorni i tego wszystkiego państwu i sobie samemu życzę. Zwyciężymy – zaznaczył.

 

**** wskazanie konkretnego wroga,

najlepiej z podkreśleniem jego wszelakich błędów i niegodziwości (kapitalizm, komunizm, wybrane partie), inni różni), który nadal podnosi głowę i przeszkadza;

⇒ Od długiego czasu, od początku trwa kampania przeciw dobrej zmianie, kampania, która daleko przekracza to, co jest w demokracji normalne, to jest zwykłą dyskusję między tymi, którzy są przy władzy i tymi, którzy do władzy aspirują – mówił Kaczyński. – Tutaj mamy atak od wewnątrz i z zewnątrz, atak, który tworzy coś na kształt alternatywnej rzeczywistości, coś, co nie liczy się zupełnie z faktami, coś, co ma poniżyć, zdefamować już nie tylko dobrą zmianę, tylko po prostu Polskę.

 

***** nawoływanie do jedności

i zwarcia szeregów, bo tylko w naszej jedności nasza siła, stanowi zawołanie na wszystkich tego rodzaju konwentyklach;

⇒ My wiemy, że można. Polska prawica wyciągnęła wnioski z historii. Polska prawica chce, chce chcieć. Polska prawica wie, że sukces wyborczy przychodzi wtedy gdy jest wytężona praca, konsolidacja, jedność, kiedy odrzucamy spory, kiedy jesteśmy razem – mówi Kaczyński. I podkreślił istotę jedności obozu prawicy.

 

****** liczne przykłady

wielu już osiągnięć i dokonań (np. stworzyliśmy, zbudowaliśmy, rozwinęliśmy, zatrzymaliśmy), oraz zapewnienie, że wytyczony cel zostanie osiągnięty;

⇒ Pokazujemy skuteczność w rozwiązywaniu problemów; przekazujemy coraz to nowe środki na wielkie programy solidarnościowe – powiedział Mateusz Morawiecki i dodał, że jest to możliwe, ponieważ Zjednoczona Prawica jest „dobrym gospodarzem tej ziemi”.

⇒ Czy ktoś pomyślałby cztery lata temu, że równocześnie będziemy mieli tak wielką politykę społeczną, wielkie wydatki na politykę obronną o 10 mld zł wyższe niż w czasach PO-PSL, równocześnie najniższe bezrobocie, najwyżej podniesioną płacę minimalną, stawki godzinowe, niską inflację, a równocześnie repolonizujemy polską gospodarkę? – wymieniał premier. Pokazaliśmy, że, wygrywając z mafiami VAT-owskimi, jesteśmy w stanie zdobyć środki i na politykę społeczną, i na politykę rozwojową jednocześnie – dodał Morawiecki.

⇒ Idziemy razem ku Polsce dużo lepszej. Będziemy mogli za 15-20 lat powiedzieć: W Polsce jest tak, jak za zachodnią granicą. Pod każdym względem. Polska prawica może do tego doprowadzić – powiedział Kaczyński.

 

******* najważniejsze aktualne zadanie,

różne (np. walka z kułactwem, rewizjonistami, o dumę narodową), w zależności kto i kiedy organizował takie wydarzenie.

⇒ Premier zaprezentował pięć propozycji programowych PiS na wybory samorządowe. Podkreślił jednak, że do ich realizacji konieczna jest współpraca samorządów z rządem, którą miałaby zagwarantować wygrana kandydatów Zjednoczonej Prawicy 21 października 2018 r.

⇒ Przed nami 21 szczególnych miesięcy, w trakcie których będziemy mieli cztery kampanie wyborcze – powiedział Jarosław Kaczyński. Nakłaniał też do głosowania na PiS w wyborach samorządowych, sugerując, że województwa, powiaty i gminy kontrolowane przez jego ludzi będą życzliwej traktowane przez rząd PiS. Czy nie można skorzystać z synergii, która powstaje ze współpracy między samorządami a rządem? – pytał szef PiS – Czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały z rządem, warczały na rząd? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru?

 

Wartość merytoryczna

wszystkich takich zgromadzeń, jak i tego opisanego z wykorzystaniem tekstów Onetu, jest znikoma, ale i nie o nią tu idzie. Miting polityczny PiS z minionej niedzieli był zabiegiem czysto PR-owskim, obliczonym nie na głębszą ocenę i poważne rozważania, a na grę wyborczą, w której liczą się emocje wywołane demagogicznymi przemówieniami, pełnymi także licznych oskarżeń i niesprawdzalnych obietnic, ale potwierdzonych licznymi owacjami. I jeszcze tym wielkim ciepłem płynącym z ust osób najbliższych kandydatom – żony, siostry i wyraźnie nudzącego się synka Patryka Jakiego.

Konwencja samorządowa PiS była – jak to ocenił jeden nieopozycyjny poseł – hollywoodzka, a przemówienia liderów mało prawdziwe.

Raczej kłamliwe, pełne – jak to w PiS-ie bywa – marchewki kolejnych pięciu obietnic dla samorządów (ale tylko dla swoich) i kija na samorządy, które przecież „są polskie i mają obowiązki polskie”. I dalej „Z Polską się nie walczy, Polskę się kocha”, bo widocznie w mniemaniu Morawieckiego, wygłaszającego te słowa, Polska jest tożsama z PiS.
Premier w tym przemówieniu przebił wszystkie swoje wcześniejsze mowy oświadczając, że: PiS jest partią republikańską, „Przez ostatnie 30 lat nie było w Polsce tyle wolności, ile jest teraz.”, „my mamy piękny program dla Europy, jesteśmy z Europą związani”, przestrzegamy Konstytucji i chcemy państwa prawa, sklejamy Polskę za pomocą mostów, dróg i infrastruktury, ocieplamy Polskę poprzez ocieplenie polskich domów.

To wszystko potwierdzają słowa rozmawiającego w swoim czasie z premierem górala, który powiedział, że: „wyście są dobrymi gazdami”. Należy więc, à propos, przytoczyć koniecznie znaną maksymę ks. Józefa Tischnera z „Historii filozofii po góralsku”: „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”.

Flaczki tygodnia

Najpierw podziękujcie bogu, że urodziliście się w Polsce. Podziękujcie zgodnie z zaleceniami pana sułtana Kaczyńskiego i jego politycznych eunuchów.

***

I w tym roku prawicowa, narodowo-katolicka władza czciła rocznicę wielkich robotniczych strajków i powstania pierwszej „Solidarności”. Czciła intensywnie, powtarzając miłą dla swego ucha legendę, że to tamta polska „Solidarność” obaliła światowe „Imperium Zła”, czyli Związek Radziecki.

***

Nie jest to prawdą. Związek Radziecki rozpadł się w efekcie wewnętrznych konfliktów interesów, kryzysu ekonomicznego i nieudolnych reform ekipy Gorbaczowa. To osłabienie ZSRR przyniosło zjednoczenie Niemiec i rozpad wschodnioeuropejskiego bloku państw socjalistycznych. A nie „aksamitne rewolucje” w tych państwach. Potwierdził ten pogląd nawet pan poseł Kornel Morawiecki w wywiadzie dla, związanego z PiS, tygodnika „Do rzeczy”.

***

Uroczyste obchody powstania NSZZ ”Solidarności” celebrowano w Sali BHP dawnej Stoczni Gdańskiej imienia Lenina. Tam gdzie 31 sierpnia 1980 roku ówczesna władza reprezentująca Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą podpisała ze porozumienie strajkującymi robotnikami i obiecała spełnić ich 21 Postulatów. Najważniejszym z nich była zgoda władz na powstanie niezależnych od PZPR związków zawodowych. Czyli NSZZ ”Solidarność”.

***

Dziś do symboli i legendy tamtej „Solidarności” odwołują się oba wojujące ze sobą polityczne plemiona PO i PiS. Platformiarze obchodzą rocznicę pod ikonami Lecha Wałęsy, Henryki Krzywonos i Jerzego Borowczaka. PiSiory za prawdziwych twórców „S” uważają Lecha Kaczyńskiego, Andrzeja Gwiazdę i Annę Walentynowicz. Oba skłócone plemiona obchodzą święto osobno, obchodząc się podczas obchodów wielkimi łukami.

***

Wspomnianą rocznicę celebrowano w budynkach nieistniejącej już Stoczni Gdańskiej, czyli w jej trumnie. Stocznia, w czasach Polski Ludowej miejsce pracy kilku tysięcy robotników, upadła wraz z Polską Ludową. Kiedy stworzona przez stoczniowców NSZZ ”Solidarność” doprowadziła do upadku ZSRR. Najważniejszego klienta polskiego przemysłu stoczniowego.

***

Czy NSZZ ”Solidarność” rzeczywiście obaliła ZSRR, czy tylko przyśpieszyła jego rozpad, będziemy długo dyskutować. Bezdyskusyjne jest, że strajkując w 1980 roku polscy robotnicy wywalczyli dla siebie i wspierających ich inteligentów podstawowe wolności prawa ludzkie. I przy okazji bezrobocie. Przede wszystkim dla robotników, bo inteligenci lepiej poradzili sobie w III RP.

***

Zapewne gdyby strajkujący robotnicy przeczytali pisma Jana Wacława Machajskiego, to może wcześniej spisaliby więcej postulatów ochraniających ich zakłady pracy. Ale słuchali antykomunistycznych doradców i księży cytujących im słowa Jana Pawła II-go. Sami sobie polscy robotnicy zgotowali ten los.

***

W czasie tegorocznych obchodów w trumnie NSZZ ”Solidarności” pan premier Morawiecki zwiastował zmartwychwstanie gdańskiej stoczni i polskiego przemysłu stoczniowego. Obiecał wszystkim dumnym z polskości Polakom, że odkupi od prywatnego właściciela zwłoki gdańskiej stoczni. Ożywi je uruchamiając tam produkcję statków.

***

Niestety pan premier Morawiecki nie obiecał też odkupienia logo ZSRR od prezydenta Putina i zmartwychwstania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Solidnego i niezawodnego odbiorcy polskich statków. Kto zatem teraz kupi te obiecane stoczniowcom statki?

***

Ponad rok temu pan premier Morawiecki, i jego koledzy z PiS podobne obietnice zmartwychwstania stoczni złożyli w Szczecinie. Uroczyście celebrowali odsłonięcie stępek dwóch promów skierowanych do budowy promów. „Największych w historii Polski”, jak skromnie ogłoszono. Dziś nadal nie ma nawet planów niezbędnych do budowy tych promów. Za to jedną, bezczynna stępkę ktoś zdążył już ukraść.

***

Wygląda na to, że tak naprawdę Partia i rząd nie chcą tych, obiecywanych statków budować. Chcą jedynie robić sobie cykliczne kampanie wyborcze. Oszukiwać ten przysłowiowy „ciemny lud”, że prominenci PiS cały czas pracują dla „suwerenności ekonomicznej” Polski. Obietnice PiS to opium „ciemnego ludu”.

***

Oczywiście wszystkie te celebry, akademie ku czci, msze, rdzewiejące stępki, a zwłaszcza ekspertyzy dowodzące słuszności rządowych obietnic, sporo kosztują. Ale elity PiS nie finansują tego ze swoich pieniędzy. Wszystko jest opłacane są z deficytu budżetowego państwa polskiego. Z podatków wszystkich obywateli. Płaconych też przez opozycję. Czyli przez nas też.

***

Media poinformowały, że od jesieni związkowcy z NSZZ „Solidarność” oraz ich rodziny korzystające z kart paliwowych Lotos Biznes otrzymają zniżki na paliwa, myjnie, oleje, płyny do spryskiwaczy oraz produkty z menu Cafe Punkt. To efekt porozumienia zarządu państwowego koncernu Lotosu z kierownictwem prorządowego związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

***

Warto przypomnieć, że trzynasty punkt 21 Postulatów Sierpniowych spisanych przez strajkujących w 1980 roku polskich robotników postulował aby znieść przywileje MO i SB, takie jak sklepy z deficytowymi i tanimi towarami. Teraz obecna NSZZ ”Solidarność” tworzy sobie handlowe przywileje podobne do tamtych milicyjnych. Można rzecz, że teraz „Solidarność” pana przewodniczącego Dudy stoi tam gdzie kiedyś MO, SB i ZOMO.

***

Pan prezydent Andrzej Duda rzekł podczas uroczystości rocznicowych w Gdańsku, że „w 1989 roku nastąpiła bezkrwawa rewolucja, ale płacimy za to cenę”. W Gdyni obiecywał licealistom, że „uwolni Polskę od komunistów”. Brakuje panu przelanej krwi, panie prezydencie?

***

Pan sułtan Jarosław Kaczyński wygłosił wytyczne dla swoich politycznych i umysłowych eunuchów. O tym następnych razem. Teraz podziękujcie bogu raz jeszcze, że urodziliście się w Polsce.

 

PS. Pogłoski, że redaktor, były poseł SLD Piotr Gadzinowski będzie kandydował do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa wydają się prawdziwe.

Elita z arbuza

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych  – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity.

 

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział. Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii wcale nie ucieszył.

 

Skromność, czyli gigantyczne zarobki

Kaczyński zapowiedział nadejście ery skromności, ale na tym się skończyło. Skromniej nie jest. Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy ministrowie i inni wysocy urzędnicy państwowi, hojnie obdarowywani przez Szydło i Morawieckiego, rzeczywiście zwrócili pieniądze. Z enuncjacji Caritasu, który miał być beneficjentem decyzji Kaczyńskiego, wcale to nie wynika. Co zaskakujące, również rząd ani władze Prawa i Sprawiedliwości nie wydały żadnego oficjalnego komunikatu potwierdzającego zwrot dodatkowych, wypłaconych pod stołem pensji – bo w myśl prawa pracy nie były to premie. Później, dzięki akcji Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz publikacjom „Pulsu Biznesu” i „Gazety Wyborczej” z początku czerwca, poznaliśmy dochody lokalnych działaczy samorządowych należących do PiS. I to niemałe dochody, sięgające rocznie nawet 300 tysięcy zł i wypłacane przede wszystkim przez spółki Skarbu Państwa. Albo więc Jarosław Kaczyński kłamał mówiąc, że będzie „dużo, dużo skromniej”, albo już nie kontroluje swojego środowiska politycznego. Trudno ocenić, który z tych wariantów byłby gorszy. Polska prawica ma wielką umiejętność nadawania słowom nowego znaczenia. Podporządkowanie prezesów sądów ministrowi sprawiedliwości, a sędziów Sądu Najwyższego prezydentowi nazywa się teraz „zwiększeniem niezależności sędziowskiej”. Wszystko to, a na dodatek jeszcze postawienie na czele Prokuratury Generalnej szefa jednej z rządzących partii – czy raczej pisowskich przystawek – to dziś „zwiększenie niezależności wymiaru sprawiedliwości”. Wypadnięcie Polski z głównego nurtu polityki europejskiej to obecnie „budowanie podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej”. Nie jest więc wykluczone, że gigantyczne zarobki polityków PiS i wybranych menedżerów oznaczać będą teraz „skromność”.

 

Trzeba nam elit chrześcijańskich i konserwatywnych

Chyba jednak nie o skromność tu idzie. Jarosław Kaczyński od wielu lat, konsekwentnie, mówi o konieczności stworzenia w Polsce nowych elit. Te obecne są, jego zdaniem, zbyt proeuropejskie, za mało konserwatywne, zbyt oddalone od wartości chrześcijańskich i nazbyt krytyczne wobec Kościoła katolickiego. Zdaniem prezesa Prawa i Sprawiedliwości, obecne elity obciążone są również grzechem postkomunizmu. Przez długie lata stworzenie nowych elit wydawało się fantasmagorią głównego lokatora Nowogrodzkiej, ale teraz, gdy PiS ma w rękach wszystkie instrumenty państwa, zapowiedź budowania „własnej” elity stała się znacznie bardziej realna. Choć chyba raczej należałoby powiedzieć, że dzisiaj realizacja tej zapowiedzi przyspieszyła. Już wcześniej bowiem podejmowano takie próby, zresztą, z punktu widzenia PiS, całkiem udane. Najważniejszą jest oczywiście budowa mitu Lecha Kaczyńskiego jako wybitnego działacza antykomunistycznego podziemia i „Solidarności”. Cała walka o pomniki „najwybitniejszego polskiego prezydenta Kaczyńskiego”, nieustanne podtrzymywanie mitu o zamachu w Smoleńsku, służy właśnie temu celowi. Temu służy również, zresztą już przez prawicę wygrana, wojna o pamięć historyczną. Zwycięstwo w tej wojnie powoduje, że większość Polaków ma już wrażenie, że spadkobiercami tradycji niepodległościowej są wyłącznie politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to, mówiąc najdelikatniej, całkiem zgodne z prawdą. Ale nie prawda jest tu najważniejsza. Od 27 lat prawica podtrzymuje przecież mit Jana Olszewskiego jako „najlepszego premiera” i „wybitnego polityka”, podczas gdy w istocie jego rząd był najsłabszym gabinetem okresu transformacji. I prezes PiS doskonale o tym wie, co udowodniły opublikowane niedawno przez Wojciecha Maziarskiego tzw. taśmy Kaczyńskiego.
Trwałego sukcesu nie sposób jednak budować tylko na przeszłości. Trzeba sięgać w przyszłość. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia społecznej elity rządy prawicy nie potrwają długo. Dwie, a może trzy kadencje – jak jeszcze niedawno roili sobie politycy PiS – to czas, ich zdaniem, pozwalający przynajmniej częściowo wykonać to zadanie. Dzisiaj marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do 2027 roku, wydają się już nieaktualne, także ze względu na stan zdrowia „naczelnika”, ale proces budowy „nowej elity” idzie pełną parą. Na razie jest to proces budowy elity finansowej. Ale to tylko pierwszy krok.

 

Własny kościół, własne media

To bardzo pragmatyczne podejście, ale – wbrew powszechnemu przekonaniu o skrajnej ideologizacji prawicy, co to tylko Boga ma w sercu i brzydzi się dobrami doczesnymi – pragmatyzm w tym środowisku jest obecny od dawna, a bardzo widoczny przynajmniej od czasów powołania koalicji PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Chwilę później, gdy Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w opozycji, ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego wykonali tytaniczną pracę. Zaczęli budować w całej Polsce struktury partii oraz afiliowanych organizacji w rodzaju Klubów „Gazety Polskiej”, przyciągając do siebie ludzi, którzy czują się przez III Rzeczpospolitą pokrzywdzeni i zepchnięci na margines. PiS umiejętnie to poczucie podsycał, co zaowocowało podwójnym zwycięstwem w 2015 roku. W tym czasie partia zbudowała też silne media, zupełnie zmieniając polityczny krajobraz rynku medialnego. Ma już również „swój” kościół w postaci „rodziny ojca Rydzyka”, a także sympatię wielu księży i hierarchów oficjalnego Kościoła katolickiego. Te nogi sukcesu PiS są teraz wzmacniane poprzez transfery finansowe, co widać choćby w dotacjach dla różnych przedsięwzięć ojca Rydzyka, a w „niepokornych” mediach – w kampaniach reklamowych instytucji publicznych i spółek Skarbu Państwa. Te „nogi”, na których dzisiaj opiera się Prawo i Sprawiedliwość, mają jednak dwie słabości – krótką ławkę wykształconych, dobrze przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych kadr oraz kiepskie fundamenty biznesowe. Dlatego PiS konsekwentnie stara się te słabości wyeliminować. I to jak najszybciej. Czas odgrywa tu kluczową rolę, ale pośpiech bywa niebezpieczny i grozi dachowaniem. Dotyczy to zwłaszcza budowy fundamentów finansowych, bo prawica wspięła się do władzy pod sztandarami skromności i krytyki „rozpasania” rządów Platformy Obywatelskiej, której symbolem stały się słynne ośmiorniczki. PiS wie, że akcja opozycji pod nazwą „Konwój wstydu” jest dla niej śmiertelnie niebezpieczna, ale nie ma wyboru. Musi szybko zbudować korpus bezwzględnie lojalnych terenowych działaczy, którzy będą zdolni kierować różnymi instytucjami zależnymi od państwa. Aby dobrze przygotować ich do tej roli, trzeba im pozwolić zdobywać doświadczenie na kierowniczych stanowiskach. Nawet kosztem niechęci części elektoratu, najbardziej wyczulonego na hasło o równych żołądkach.
Tak wysokie poparcie – 69 przeciwko 25 procentom – dla decyzji o obcięciu pensji parlamentarzystom i samorządowcom jest dla PiS niebezpieczne. W partii mają jednak nadzieję, że do wyborów parlamentarnych i prezydenckich jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby sprawę podwójnych pensji jakoś „przykryć”. Choćby nawet kolejnymi prezentami dla elektoratu, w rodzaju 300 złotych dla każdego dziecka na wyprawkę szkolną.

 

Kadry są wszystkim

Leninowska prawda głosząca, że „kadry są najważniejsze” znajduje na prawicy posłuch. W przeprowadzonej w połowie 1994 roku rozmowie z Tomaszem Grabowskim, politologiem z amerykańskiego Uniwersytetu w Berkeley, Jarosław Kaczyński z dużą szczerością mówi nie tylko o swojej i brata pozycji w solidarnościowej opozycji lat osiemdziesiątych, ale również o własnym środowisku politycznym. To specyficzny moment, wybory wygrała postkomunistyczna lewica, w kraju rządzi koalicja SLD i PSL, Kaczyński jest poza parlamentem. Właśnie wtedy przyznaje: Uczciwie mówiąc, całe to ówczesne PC [Porozumienie Centrum, pierwsza partia braci Kaczyńskich – PG] to był straszny zoolog, w sensie: ogród zoologiczny. To było dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było różnych takich środowisk niesłychanie skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle. O dzisiejszym podejściu władz Prawa i Sprawiedliwości do kadr, czyli członków partii, wiele mówią też słowa Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS. Tłumacząc wypowiedzi Kaczyńskiego dla Grabowskiego powiedział, że na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy na scenie politycznej dominował nurt lewicowo-liberalny powstał pomysł powołania partii politycznej o proweniencji bardziej prawicowej. W statucie wpisaliśmy, że Porozumienie jest partią chrześcijańsko-demokratyczną z równoprawnym nurtem konserwatywnym oraz ludowym. I zaczęli się do niego zapisywać wszyscy, którzy nie zgadzali się z nurtem lewicowo-liberalnym. Lipiński dodał, że dzisiaj weryfikacja osób chcących zapisać się do PiS jest znacznie ostrzejsza. Nawiasem mówiąc, jeśli rzeczywiście dzisiaj weryfikacja chętnych jest tak staranna, to oznacza, że kariera w PiS byłego prokuratora stanu wojennego czy oficera Ludowego Wojska Polskiego wcale nie jest przypadkiem.

 

Krótka ławka

Kadrowa słabość Prawa i Sprawiedliwości jest widoczna gołym okiem. Nie chodzi wyłącznie o ministrów, z których spora część nigdy nie powinna objąć tak eksponowanych stanowisk. Widać to przede wszystkim w rozprawie z wymiarem sprawiedliwości. Mimo ogromnych wysiłków, prawicy nie w pełni udał się skok na polskie sądy. Zbigniew Ziobro nie zdołał obsadzić swoimi ludźmi nawet wszystkich Sądów Okręgowych, nie mówiąc już o niższych szczeblach. Na znaczną część stanowisk awansowano przypadkowe osoby, bez odpowiednich wyników i doświadczenia, a przede wszystkim niecieszące się w swoim środowisku autorytetem.
Dobrym tego przykładem jest Julia Przyłębska, mianowana prezesem Trybunału Konstytucyjnego, której prawnicze dokonania, zwłaszcza na tle poprzedników, są co najmniej mizerne. Gdy w 2001 roku, po kilkuletniej pracy w dyplomacji, Julia Przyłębska starała się wrócić do poznańskiego sądu, kolegium sędziów wydało druzgocącą opinię na temat jej pracy. Podkreślano jej „brak stabilności orzecznictwa”, częstą absencję, „przeterminowanie uzasadnień”. W konkluzji napisano, że Kolegium Sądu Okręgowego w Poznaniu przedstawia z opinią negatywną kandydaturę pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego Sądu Okręgowego i dodano, że powrót pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego nie będzie korzystny dla wymiaru sprawiedliwości. Tę opinię potwierdzają liczby – w 1995 roku w sądzie wyższej instancji uchylono ponad 38 procent wyroków wydanych przez Przyłębską, a w 1996 roku do ponownego rozpatrzenia zostało skierowanych 32 procent spraw, w których orzekała. W latach 1995-1996 w wydanych przez nią orzeczeniach znaleziono aż 43 błędy. Nic więc dziwnego, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów Okręgu Poznańskiego podtrzymało decyzję Kolegium poznańskiego Sądu Okręgowego. Kadrowa słabość prawicy ujawniła się również w najważniejszej dla niej sprawie po zdobyciu władzy – znalezienia dowodów potwierdzających, że w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na samolot prezydencki. Po pierwsze, Antoni Macierewicz, mimo rozlicznych prób, nie zdołał powołać nowego składu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i musiał się ograniczyć do stworzenia podkomisji. Jej wywody zaś okazały się wręcz kabaretowe i doprowadziły do całkowitej kompromitacji tezy, która legła u podstaw zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych i Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. W efekcie sprawa katastrofy w Smoleńsku, która przez siedem lat rozpalała Polaków i do dziś stanowi oś podziałów, nagle zniknęła. Dosłownie wyparowała.

 

Teraz ma by mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy

Szczególnie mocno brak odpowiednich kadr na prawicy rzuca się w oczy w gospodarce. Z badań wynika, że większość właścicieli polskich firm ma raczej liberalne poglądy, więc z ich strony PiS nie może liczyć na zbyt duże wsparcie. Choć w Polsce, biorąc pod uwagę możliwości aparatu skarbowego oraz podporządkowanie sobie przez PiS sądów, nietrudno przewidzieć, że wielu właścicieli firm, odpowiednio naciskanych, zmieni przekonania, aby ratować swoje przedsiębiorstwa. Tu chodzi o wielkie pieniądze, a w tych sprawach pragmatyzm niemal zawsze wygrywa z ideałami. Wzorce skutecznego działania na tym polu PiS łatwo znajduje w putinowskiej Rosji albo na Węgrzech, gdzie Viktor Orbán stworzył własną ekonomiczną oligarchię, która opanowała gospodarkę. Bezpośrednim następstwem była niemal kompletna marginalizacja mediów opozycyjnych wobec prawicy. Właśnie w dużej mierze dzięki temu Orbán tak łatwo i tak znacząco wygrywa kolejne wybory nad Dunajem. Jaskółki tego samego mechanizmu pojawiają się i u nas. Przykładem zmiana frontu w polityce informacyjnej Polsatu. Zygmunt Solorz, który jeszcze niedawno twierdził, że fundamenty jego biznesu są tak mocne, że nie musi się obawiać żadnej władzy, nagle oddał nadzór nad wszystkimi newsami słynącej z dobrych kontaktów z prawicą Dorocie Gawryluk. Teraz to ona ma największy wpływ na polsatowskie serwisy i to ona decyduje, co w programach informacyjnych tej stacji zobaczą widzowie. Zmiana tonu jest już widoczna, a jeszcze bardziej widoczna jest ona w wewnętrznych decyzjach. „Teraz ma być mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy” – wyjaśniał mi niedawno znajomy dziennikarz Polsat News, który twierdzi, że okręt zmienia kurs. Ta zmiana z pewnością nie nastąpi od razu, ale ma być konsekwentnie realizowana. Niebawem może się okazać, że spośród liczących się stacji telewizyjnych krytyczna wobec władzy jest wyłącznie TVN24. Temu samemu celowi służyć będzie planowane przejęcie gazet regionalnych przez polskie podmioty. Sprawa nie będzie łatwa, bo jej rozpoczęcie oznacza wypowiedzenie wojny nie tylko zagranicznym właścicielom, ale również Brukseli. Dlatego na razie jest odłożona i czeka na bardziej dogodny moment. Jarosław Kaczyński może na przykład uznać, że tym momentem będą zbliżające się wybory parlamentarne, gdy partii będzie zależało na skonsolidowaniu twardego elektoratu. A ten elektorat wszelkie działania mające „utrzeć nosa” zagranicy zawsze przyjmuje z entuzjazmem, jako dowód „wstawania z kolan”. Sprawa przejęcia, czyli repolonizacji mediów, jest cały czas w PiS obecna, o czym świadczą wypowiedzi parlamentarzystów tej partii na spotkaniach z wyborcami.

 

Mieć własnego Kulczyka

Nie jest wykluczone, że przygotowania do tej operacji już się rozpoczęły. Polska gospodarka, przede wszystkim dzięki znakomitej globalnej koniunkturze, notuje bardzo dobre wyniki, dzięki czemu dobrze zarabiają również spółki Skarbu Państwa. W takiej sytuacji powinny one wypłacać swoim akcjonariuszom sowite dywidendy, tym bardziej że warszawski parkiet w ostatnich latach notuje bardzo kiepskie wyniki, co grozi wycofaniem się kolejnych inwestorów. Dywidenda mogłaby poprawić ich nastroje. Tymczasem spółki Skarbu Państwa nie tylko nie zamierzają zwiększać dywidendy, a niektóre postanowiły nie wypłacać jej wcale. Należy do nich na przykład KGHM. Inny gigant, PGNiG, zapowiedział 2,5-procentową dywidendę, choć powszechne oczekiwanie analityków było – wobec dobrych wyników ekonomicznych – znacznie bardziej optymistyczne. Żeby nie nudzić czytelnika wymienianiem wszystkich spółek napiszę, że stopa dywidendy dla spółek z indeksu WIG20 – to właśnie w nim ujęta jest większość spółek Skarbu Państwa – wyniesie w tym roku 2,3 proc.. To najniższy poziom od trzynastu lat. Jeszcze w 2013 roku stopa dywidendy była z górą dwukrotnie wyższa i oscylowała wokół 5 proc. Wniosek – państwowe spółki kiszą pieniądze. W jakim celu? Wypłata dywidendy oznacza, że również Skarb Państwa sporo by zarobił, co wobec stale zwiększających się wydatków socjalnych powinno być dla rządzących kuszące. Jeśli rząd tych pieniędzy nie chce, to na pewno ma jakiś powód. A kto może odkupić media z rąk zagranicznych właścicieli? Chętni być może by się znaleźli, ale byłoby naiwnością wierzyć, że jeśli nawet taka operacja się uda, to gazety będą sprzedawane na wolnym rynku. To będzie specyficzny casting, którego triumfatorem będą podmioty związane z rządzącą partią. Dzisiaj przede wszystkim spółki Skarbu Państwa. To rozwiązanie nie bardzo satysfakcjonujące, ale obecnie, jak się wydaje, z punktu widzenia PiS jedyne możliwe. Ta partia gwałtownie jednak potrzebuje „swojego Kulczyka”. Biznesmena, którego imperium będzie wystarczająco zasobne, a sympatie będą leżały po prawej stronie. Jarosław Kaczyński od dziesięcioleci narzeka, że polscy przedsiębiorcy mają „komunistyczne korzenie”, inni – ostatnio wicepremier Piotr Gliński – wprost mówią o „esbeckich korzeniach” polskich przedsiębiorców. Aby więc zrównoważyć wpływy tego biznesu, trzeba stworzyć własny, gotowy do stałej współpracy z prawicą i do finansowego zasilania jej inicjatyw. PiS, lepiej niż ktokolwiek inny, zdaje sobie sprawę, że to niezbędne. Dowodem mechanizm Polskiej Fundacji Narodowej, na rzecz której łożą spółki Skarbu Państwa, czy też regularne wspieranie przez państwowych gigantów imprez organizowanych przez prawicowe media.

 

Szwadrony Obajtków

Stworzenie prywatnego biznesu, który byłby wydatnie wspierany z państwowej kasy, nie jest jednak łatwe. Ale nie jest niemożliwe. Pierwszym krokiem jest przygotowanie odpowiedniej liczby menadżerów. I to się dzieje. W swojej „stajni” prawica nie dysponuje zbyt wieloma gwiazdami w rodzaju Michała Krupińskiego, obecnie prezesa Pekao SA, który już w 2008 roku, mając zaledwie 27 lat, został zastępcą dyrektora wykonawczego Banku Światowego. Później był jeszcze dyrektorem zarządzającym w Bank of America Merrill Lynch, przewodniczył Radzie Nadzorczej Alior Banku i kierował PZU, a dodatkowo pracował w Ministerstwie Skarbu Państwa oraz Parlamencie Europejskim. Więcej w tej „stajni” ludzi pokroju Daniela Obajtka, prezesa Orlenu, największej polskiej spółki. Przed wygraniem wyborów parlamentarnych przez PiS Obajtek był wójtem gminy Pcim. Nie największej i nie najlepszej polskiej gminy. Nie ulega najmniejszych wątpliwości, że Daniel Obajtek swój awans zawdzięcza wyłącznie zaangażowaniu w kampanię wyborczą PiS-u. Opłaciło się – najpierw szefował Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa, a następnie gdańskiej Energii, jednej z największych firm energetycznych w kraju. Stąd przeskoczył do Orlenu, najbardziej strategicznemu ze wszystkich strategicznych polskich przedsiębiorstw. Ale nowe kadry już się wykuwają. Po 2015 roku do spółek Skarbu Państwa powołano wielu lokalnych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy niespodziewanie chyba również dla siebie objęli eksponowane stanowiska dyrektorskie, weszli do zarządów lub zasiadają w radach nadzorczych. Odbywają przyspieszony kurs menedżerski, zdobywają wiedzę i doświadczenie. To na nich w przyszłości mają się oprzeć pisowskie kadry gospodarcze. Przynajmniej na pewien czas, bo partia od dawna wysyła, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, młodych działaczy PiS, by tam budowali swoją karierę i zdobywali doświadczenie. Z czasem to oni mają zastąpić „szwadrony Obajtków”. A na razie członkowie „szwadronów” zarabiają gigantyczne pieniądze. Sytuacja jest rewolucyjna. Trwa głęboka zmiana w Polsce i w trakcie rewolucji mają miejsce działania także nie do końca sprawiedliwe – tłumaczył tę sytuację Stefan Pastuszewski, bydgoski radny PiS. Trudno powiedzieć, czy nieustannie przekupywane społeczeństwo przełknie homary zjadane przez nową elitę. Ośmiorniczek nie przełknęło.

 

Lech Kaczyński I Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski

Stworzenie elity gospodarczej nie spowoduje jednak, że prawica obejmie w Polsce rząd dusz. To dopiero pierwszy krok. W dodatku najłatwiejszy. Kolejny będzie już znacznie trudniejszy. Ale i on się już dzieje. Uczniom z Podkarpacia władze zafundowały udział w konkursie Warto być Polakiem. Działalność społeczna i polityczna oraz rola prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski. Tematy w konkursie zostały tak sformułowane, że z góry narzucają narrację: Prezydent Lech Kaczyński jako lider państw Europy Środkowej i Wschodniej. NSZZ Solidarność, Lech Kaczyński, święty Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski po 1989 roku. Jednym z organizatorów konkursu był asystent Marka Kuchcińskiego, marszałka Sejmu, a całe przedsięwzięcie wspierali posłowie i europosłowie PiS. Konkurs nie cieszył się jednak zbyt wielką popularnością – nadesłano 150 prac, wśród nich orła wyrzeźbionego z arbuza. Takich działań będzie więcej. PiS, realizując swój cel, będzie bez skrupułów korzystał z instrumentów przypisanych państwu i jego agendom. Również, a może nawet przede wszystkim, w dziedzinie kultury, co widać choćby w inicjatywach Instytutu Książki, który po 2015 roku „wygumkował” ze swojej oferty wielu dotychczasowych pisarzy zamieniając ich na Bronisława Wildsteina, Piotra Semkę czy Rafała Ziemkiewicza. Widać to także w nagrodach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla twórców i w dotacjach dla imprez kulturalnych. Organizatorzy poznańskiego Festiwalu Malta, jednej z najciekawszych imprez kulturalnych w Polsce, właśnie zdecydowali się podać zarządzany przez Piotra Glińskiego resort do sądu o wypłatę dotacji w wysokości 300 tysięcy złotych. Dotacja, objęta umową, została w ubiegłym roku cofnięta przez Glińskiego, bo jednym z kuratorów festiwalu był Oliver Frljić, reżyser wstawionej w Teatrze Powszechnym w Warszawie Klątwy. Festiwale mają być patriotyczne, sławić prawicowych bohaterów, a nie krytykować kościół i epatować seksem.

 

Karp a sprawa polska

Odgórnie zaprogramowane rewolucje są z reguły nieudane. Przećwiczyliśmy to w latach czterdziestych i pięćdziesiątych za sprawą Bieruta, Bermana i Minca. Temu ostatniemu, Żydowi i ortodoksyjnemu komuniście, zawdzięczamy przynajmniej karpia na wigilijnym stole. Hilary Minc znał go z rodzinnego domu, a gdy po wojnie władze próbowały znaleźć jakąś bezmięsną potrawę – bo mięsa w Peerelu brakowało zawsze – karp nadawał się do tego idealnie. Jego hodowla była tania, nie wymagała wielkich umiejętności i zniszczonej podczas wojny floty rybackiej.
Nie ma wielu przesłanek pozwalających sądzić, żeby po obecnej rewolucji zostało aż tak wiele.

Prezes prezesa Kaczyńskiego

Premier Wiktor Orbán za granicą największym przyjacielem pana prezes Jarosława Kaczyńskiego jest. I pewnie wzorem skutecznego polityka, bo Orbán i jego partia kolejny raz wygrali parlamentarne wybory, dzięki czemu mają u naszych bratanków konstytucyjną większość. Może Orbán i jego Fidesz uchwalić wszystko, co mu w głowach zaświta.
Najnowszy sojusz polsko – węgierski zawarto w 2016 roku podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. W trakcie panelu dyskusyjnego Jarosława Kaczyńskiego, gospodarza Forum, i Viktora Orbán, najważniejszego z gości, padła historyczna deklaracja.
Orbán stwierdził, że choć Polska i Węgry nie zawsze mają wspólne interesy, to zawsze nawzajem sobie ufają. „Mówiłem prezesowi, że jak się komuś ufa, to na Węgrzech jest przysłowie, że można razem konie kraść”, powiedział Orbán, by pokazać wyjątkowość polsko-węgierskiej przyjaźni. Wtedy Jarosław Kaczyński nieoczekiwanie pociągnął wątek: „Z Węgrami możemy konie kraść./…/ Jest parę stajni, a na pewno jedna z wielkim napisem Unia Europejska…”, dodał ubawiony swoim żartem. Kiedy zorientował się, że spontanicznie odkrył sekrety swej strategii wobec Unii Europejskiej, próbował wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Dokończył o stajni UE: „Można i trzeba kraść…Oczywiście pro publico bono”.

 

My Europa Środkowa

Dwa lata później, 28 lipca 2018 roku, premier Orbán ogłosił na Wolnym Uniwersytecie w Baile Tusnad swój plan dla Węgier i Europy Środkowej. Orbán, cwany lis polityczny, uczynił to nie podczas parlamentarnej debaty, gdzie obowiązują rygory poprawności politycznej, lecz na forum dyskusyjnym węgierskiego uniwersytetu w rumuńskim miasteczku zamieszkałym przez mniejszość węgierską. Formalnie był to głos inicjujący dyskusję, ale szybko został powielony przez wszystkie media i instytucje propagujące politykę węgierską. Uznany za jej wykładnię.
I tam dowiedzieliśmy się, że celem ekipy Orbána jest rozwój Europy Środkowej. Silnego i bezpiecznego regionu gospodarczego i politycznego. Zadeklarował, że Europa Środkowa jest inną kulturowo od Europy Zachodniej. Odrębna kulturowo. I aby zachować swą tożsamość, Europa Środkowa musi zacząć respektować Pięć Zasad Wiktora Orbána.
Po pierwsze, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do obrony swej chrześcijańskiej kultury i odrzucenia ideologii „multikulturalizmu”. Ten „multikulturalizm” służy Orbánowi jako wyjątkowo skuteczny straszak na marzących o spokojnym życiu Węgrów.
Po drugie, każdy kraj ma prawo chronić konserwatywny model rodziny. Czyli wykluczyć na przykład samotne matki i samotnych ojców wychowujących dzieci. Także konkubinaty damsko-męskie i homoseksualne. No i zakazać wszelkim konkubinatom posiadania własnych dzieci i adopcji ich.
Po trzecie, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do „ochrony swych kluczowych gałęzi gospodarczych i swoich rynków”. Czyli ma prawo do ograniczania obowiązującej w Unii Europejskiej zasady swobodnego przepływu towarów, usług i ludzi. Do protekcjonistycznej polityki gospodarczej.
Po czwarte, każdy kraj środkowoeuropejski ma prawo do ochrony swych granic i odrzucenia napływu imigrantów. Czyli Węgry tylko dla Węgrów, Czechy tylko dla Czech, Bułgaria tylko dla Bułgarów.
Po piąte, każdy kraj środkowoeuropejski musi wprowadzać w Unii europejskiej zasadę „jeden naród – jeden głos”. Co oznacza, że przyszła Unia Europejska będzie luźną konfederacją państw narodowych. Przedkładająca interesy małych narodów nad interesem wspólnoty europejskiej.
Orbána nie interesuje polityka globalna na poziomie UE – USA – Chiny – Rosja. Nie interesuje go zintegrowana Unia Europejska. Interesuje go przede wszystkim dobro narodu węgierskiego. Dziesięciu milionów żyjących na Węgrzech oraz pięciu milionów Węgrów żyjących za granicą, przede wszystkim na Słowacji i w Rumunii.
Autorytarnie deklaruje, że interesy średniego, w europejskiej skali, narodu węgierskiego są tożsame z interesami podobnej wielkości narodów państw Europy Środkowej. Dlatego kreuje się na lidera polityczno – ideologicznego całego regionu Europy Środkowej.

 

Rewolucja narodowo-chrześcijańska

Europa skręca na prawo, ogłasza Orbán. Posiłkując się przykładami ostatnich wyborów parlamentarnych w Europie, i na świecie też, wieszczy nadejście ery zwycięstw partii narodowo – chrześcijańskich.
Orbán celowo używa terminu „chrześcijańskich”, nie „katolickich”, bo na Węgrzech obok kościoła katolickiego istnieje też silny kościół ewangelicki. Oferta Orbána skierowana jest również do państw bałkańskich, gdzie dominują kościoły prawosławne, też chrześcijańskie.
Orbán zachęca do sojuszu środkowoeuropejskich partii antyliberalnych, negujących zachodnie wzorce demokracji parlamentarno-gabinetowej. Partii zwących się „prawicowymi”, ale głoszących konserwatyzm obyczajowy, prymat religii chrześcijańskich i nacjonalizm w sferze polityczno-obyczajowej. Ale też państwowy socjalizm w sferze gospodarczej.
W takim narodowo-chrześcijańskim państwie narodowa warstwa biurokratyczna będzie kontrolowała sferę obyczajowo-kulturalną, po marksistowsko zwaną ”nadbudową”. Oraz gospodarkę, czyli „bazę”. I aby osłodzić społeczeństwu ten religijno-obyczajowy zamordyzm, rządzące elity wprowadzą szeroki program pomocy socjalnej. Dowartościują warstwy najuboższe programami pomocowymi typu „500+”, „Mieszkanie+”, „Wyprawka szkolna+”.

 

Demokracja nieliberalna

Aby zbudować skuteczne państwa narodowo – chrześcijańskie społeczeństwa Europy Środkowej muszą odrzucić zachodnioeuropejskie wzorce demokracji liberalnej. Czyli państwa prawa, trójpodziału władz, poszanowania praw opozycji i wszelkich mniejszości.
Wzorując się na modelu rosyjskiej „demokracji suwerennej”, wylansowanej przez prezydenta Putina, premier Orbán proponuje państwom Europy Środkowej swój model autorytarnej „demokracji”.
Zwanej handlowo „demokracją nieliberalną”, bo w biednych warstwach europy Środkowej termin „liberalizm” to obelga, bo oznacza on dziki, niekontrolowany, kapitalistyczny wyzysk.

 

Witaj rosyjska jutrzenko

Aby wzmocnić swą, i ewentualnych sojuszników z Europu Środkowej, pozycję polityczną wobec zachodniej, liberalnej, i nadal najbogatszej Europy Zachodniej, Orbán zaprasza do sojuszów gospodarczo-politycznych wszystkich globalnych graczy. Bez rasowego, ideologicznego wybrzydzania. Zaprasza przede wszystkim Chiny, USA i Rosję. Państwa różne, ale też przeciwne dalszej integracji gospodarczej i politycznej Unii Europejskiej.
Do Rosji kieruje szczególną ofertę. Deklaruje, że Węgry, podobnie jak Słowacja i Czechy, oraz państwa Europie Zachodniej „nie czują rosyjskiego zagrożenia”. Dodatkowo orbánowskie Węgry nie widzą szans Ukrainy dla wstąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Bo Orbán uważa, że Ukraina powinna być w rosyjskiej „strefie buforowej”. To oznacza, ze trzeba jak najszybciej znieść europejskie sankcje gospodarcze wobec Rosji.

 

Polsce dziękujemy

Tworząc program dla zintegrowanej Europy Środkowej, premier Orbán nie znalazł tam miejsca dla Polski i republik bałtyckich. Ze względu na ich antyrosyjskie fobie i „poczucie niebezpieczeństwa” ze strony Rosji.
Aby zamknąć buzie tym państwom, zaproponował, aby „Polska i kraje bałtyckie otrzymały od NATO i od Unii Europejskiej dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa, natomiast reszta Europy powinna podjąć z Rosją relacje handlowe”.
Czyli premier Orbán dokonał nowego podziału Europy. Na liberalny Zachód, nieliberalną Europę Środkową pod przewodem Węgier, i antyrosyjską Europę Wschodnią. Czyli Polskę i republiki bałtyckie.
W takim układzie pan prezes Kaczyński będzie sojusznikiem Europy Środkowej jedynie kiedy zechce z brukselskiej stajni konie kraść. I odprowadzać je do stajni pana premiera Orbána. Nowego prezesa nowej Europy Środkowej.

Antoni wiecznie żywy

Przewodniczący Mao, aby dowieść swojej żywotności pływał publicznie w Jangcy, królowej chińskich rzek. Pana wiecznego ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza też ciągnie do wody. Pomimo siedemdziesiątki na karku dalej dziarsko i stylowo skacze do wody. Na głowę nawet.
Objawienie skutecznie wypływającego na powierzchnię pana ministra Antoniego nie było przypadkowe. Uroczystą celebrę siedemdziesięciolecia wielce popularnego w PiS polityka zaszczycili nie tylko jego młodzi entuzjaści, „Misiewiczami” zwani. Sam pan prezes Kaczyński zaszczycił Wielkiego Jubilata. Zaprzeczył rozsiewanym przez wrogie ośrodki plotkom o „trafieniu i zatopieniu” pana Antoniego. W krótkich słowach zapowiedział, że pan Antoni ostatniego słowa jeszcze nie powiedział.
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pan minister otrzymał nowe zadanie. Będzie dowodził desantem PiS na Brukselę. Będzie liderem PiS kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. A potem postrachem eurodeputowanych i unijnych eurokratów.
Pan prezes Kaczyński tak skroił ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, że pozbawił szans na posiadanie eurodeputowanych radykalną prawicę, kukizowców i radykalną lewicę. Pięćdziesiąt jeden przypadających Polsce mandatów podzielą między siebie PiS i ewentualna koalicja PO – Nowoczesna – PSL. Kilka mandatów może wywalczyć jeszcze SLD – Lewica Razem.
Uchwalona przez PiS ordynacja jest sprzeczna z prawem i ideami Unii europejskiej. Dlatego może zostać oprotestowana przez największe frakcje polityczne Parlamentu Europejskiego. Chadeków-ludowców, gdzie należy już PO i PSL, socjaldemokratów, gdzie należą SLD i UP, oraz liberałów i zielonych. Do grona tych pierwszych aspiruje Nowoczesna, do grona drugich tworzona wokół Roberta Biedronia nowa partia lewicowa.
Aby spacyfikować ewentualny protest Parlamentu Europejskiego, pan prezes Kaczyński ogłosił, że w następnej kadencji Parlamentu jego PiS wstąpi do chadecko-ludowej frakcji. Skoro kolega Viktor Orbán już tam jest, to czemu pan minister Antoni Macierewicz nie mógłby się znaleźć tam?
Perspektywa posiadania prawie pięćdziesięciu eurodeputowanych z Polski, tych starych z PO-PSL i tych nowych z PiS, może skłonić kierownictwo największej frakcji politycznej europarlamentu do uznania nowej, uchwalonej przez PiS ordynacji wyborczej. Duża frakcja w PE może wiele, bardzo duża może już wszystko.
Zatem okazać się może, że latem 2019 roku grupa polska we frakcji chadecko-ludowej Parlamentu Europejskiego składać będzie się z parlamentarzystów PO, PSL i PiS.
Ponieważ PiS-owców może być więcej niż tych z PO i PSL, bo taką ordynację pan prezes Kaczyński kazał skroić, to przyszłe kierownictwo polskiej grupy w chadecko-ludowej frakcji wpadnie w ręce euro deputowanych z PiS.
Wtedy pan minister Antoni Macierewicz zostanie rzecznikiem dyscypliny w tej grupie.
I kto mu wtedy podskoczy?

Ranking prezydencki

Przeprowadzane od lat rankingi popularności polskich prezydentów zawsze dowodzą, że najpopularniejszym z nich jest Aleksander Kwaśniewski. W ostatnim badaniu wskazało na niego 30 procent pytanych. Lech Kaczyński cieszy się zaufaniem tylko 10 procent Polaków. Można powiedzieć, że Kwaśniewski jest trzy razy popularniejszy od Kaczyńskiego. Tymczasem mało popularnemu prezydentowi Kaczyńskiemu postawiono już kilkanaście pomników w kraju, jego imię nosi setki ulic i placów. Kwaśniewski, ponieważ żyje, nie ma jeszcze żadnych pomników. Może kiedyś doczeka się jednego i to powinno wystarczyć.
Nawałnica propagandowa i pomniki wcale nie podnoszą notowań i nieżyjący prezydent nie zostanie przez Polaków uznany za Wielkiego, który wywiódł Polskę z niewoli i zginął (został zamordowany?) w Smoleńsku, by zbawić nasz kraj. Taki jest podtekst tych zabiegów. Póki co, kreowanie nowej religii, z Kaczyńskim jako zbawcą narodu, nie znajduje szerszego uznania w społeczeństwie. Fakt, że wraz z pomnikami upamiętnia się wszystkie ofiary katastrofy to sprawa drugorzędna. Liczy się przede wszystkim prezydent Kaczyński. Wszystkie pozostałe ofiary to swoisty backgraund, który stanowi tło dla wielkości kreowanego na zbawcę prezydenta Kaczyńskiego. Tymczasem obywatele swoje wiedzą. Lech Kaczyński był bardzo przeciętnym prezydentem, choć na pewno lepszym od prezydenta Dudy, który ma jednak lepsze notowania od wcześniej wspominanego. Takich paradoksów u nas nie brakuje. Prezydent Duda aktualnie sprawuje urząd i pewnie stąd te tymczasowe, wysokie notowania. Tak miał każdy prezydent. Najniżej notowani byli, w trakcie urzędowania, Wałęsa i Kaczyński.
Tak więc odgórne kreowanie wielkości lub prawie boskości prezydenta Kaczyńskiego to jedno, a faktyczna ocena przez obywateli jego prezydentury to drugie. Sam prezydent Kwaśniewski, po zakończeniu urzędowania niczego już w polityce nie dokonał. Poszukiwanie przez niego alternatywnych rozwiązań na lewicy nie powiodło się, a mimo to, w ocenie pytanych prezydentem wielkim był. Prezydenta Kaczyńskiego obywatele oceniają znacznie gorzej i propagandowe wzmożenie nic tu nie zmieni. Za ileś lat obywatele będą obojętnie przechodzić obok licznych pomników prezydenta Kaczyńskiego, a w dobrej pamięci będą mieli prezydenta Kwaśniewskiego.