Świat od spodu (3)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy trzeci odcinek tego cyklu.

 

 

W piątek dostałem przelew, 244 funty. Agencja znowu nie wypłaciła mi zaległych poborów. Od kilku tygodni usiłuje wyegzekwować i jak dotychczas bez rezultatu. Dzisiaj środa, dzień w którym wysyłają mailem payslipy. Czekam, jeśli nie przyjdzie, to znaczy że kasy od nich już nie dostanę i będę musiał w jakiś inny sposób dochodzić swoich roszczeń. Z tych 244 funtów, uregulowałem bieżący czynsz za pokój i spłaciłem część zaległości, dałem gospodarzom 200 funtów.

 

Zostało mi niewiele ponad cztery dychy, trochę mało na przeżycie, tym bardziej że chciałem szukać pracy w Luton, a komunikacja publiczna jest tutaj dosyć droga. Wyczerpałem już wszelkie możliwości w Borehamwood, złaziłem całe miasto, zapuściłem się nawet do sąsiedniego Elstree. Bezskutecznie. Zostało cztery dychy i wybór, albo siedzieć w domu i trwać cały tydzień poddając się apatii, albo nie przejmować się dniem następnym tylko wsiąść w pociąg, pojechać i znowu z energią szukać zajęcia. Tak też zrobiłem. Zaraz po tym jak odebrałem pieniądze – jeszcze w piątek – wsiadłem w pociąg i zgodnie z planem pojechałem na poszukiwanie roboty.

 

***

Bilet w jedną stronę kosztuje 10.70, jeśli jednak kupuję od razu powrotny – tzw. return – to cena jest znacznie niższa i w zależności od humoru biletomatu, albo wynosi 12.70, albo 8.30. Nie jestem w stanie zrozumieć działania tego systemu, bo cena bywa różna nawet jeśli kupujemy bilet tego samego dnia tygodnia o tej samej porze. Stała cena dotyczy tylko przejazdów jednostronnych. Tym razem biletomat zażądał 12.70 za return, ale i tak wychodziło dużo taniej niż gdybym kupił dwa jednostronne.

Z Luton pojechałem autobusem do Dunstable, dzień wcześniej zadzwoniłem pod numer z ogłoszenia i umówiłem się na rozmowę w sprawie pracy. Nie mogłem kupić biletu powrotnego, ponieważ połączenie z tym miastem obsługuje kilku przewoźników. Mogłoby się okazać, że czekałbym na powrót do późnego wieczora, a chciałem jeszcze połazić po Luton. Kilka dni wcześniej kolega podesłał mi ogłoszenie, że w Dunstable poszukują ludzi do pracy na poczcie i że oferują kontrakt. Myślałem, że najprawdopodobniej sortownia lub sprzątanie, ale na miejscu okazało się, że jest to agencja pracy. Mam złe doświadczenia z tego typu pośrednikami (zerknąłem do skrzynki, wciąż nie ma payslipa), ale nie bardzo miałem też wyjście. Wszedłem i trafiłem na pracującą tam Polkę. Bardzo energiczna, około trzydziestki. Dała stos testów i formularzy, posadziła na krześle i kazała wszystko wypełniać. Przebieg pracy zawodowej i adresy pod którymi mieszkałem przez ostatnie pięć lat, pełny niemalże życiorys w rubrykach.

Skłamałem oczywiście, że dotychczas na terenie UK nie pracowałem, złożyłem kilkadziesiąt podpisów i rozwiązałem mało skomplikowany test matematyczny, który wyglądał mniej więcej tak, zadanie: 25+30 = ? I I należało zakreślić prawidłową odpowiedź: A) 11 B) 78 C) 55. Papierów tych było tak dużo, że ich wypełnienie zajęło dobrych kilkadziesiąt minut. Gdy już się uporałem, zaniosłem na biurko kobiety. Rzuciła okiem i powiedziała, że ma dla mnie pracę w warsztacie stolarskim. Stawka 11 funtów, trzynastogodzinny shift, od 17.00 do 6.00 rano. Jeśli chcę, to mogę zacząć już od poniedziałku. Bardzo się tym ucieszyłem, kasa dużo wyższa niż miałem na sprzątaniu, a warsztat stolarski jest znacznie przyjemniejszy niż chłodnia. Powiedziała też, że dadzą mi tam kontrakt. Trudno było w to uwierzyć. Dokładny namiar obiecała wysłać wieczorem, bo – jak powiedziała – musi wcześniej mnie sprawdzić w rejestrze. Zasiała pewien niepokój, nie wiedziałem czy poprzednia agencja nie wpisała mnie na jakąś czarną listę, czy mają taką możliwość by moje dane znalazły się w jakimś systemie? Zacząłem też się zastanawiać co będzie jeśli wyjdzie kłamstwo o tym, że wcześniej w Anglii nie pracowałem.

Z tymi rozterkami wyszedłem z agencji. Pojechałem jeszcze do Luton, odwiedziłem polski sklep na Wellington street, kupiłem dwie paczki ukraińskich papierosów po cztery funty (na więcej już nie mogłem sobie pozwolić) i wpadłem do banglijskiej knajpy na kurczaka z frytkami za całych funtów dwa. Na dworcu zorientowałem się, że rano, kupując bilet, nie zabrałem drugiego z automatu. Return jest drukowany na dwóch blankietach, a ja w pośpiechu złapałem jeden i pobiegłem na pociąg. Byłem na siebie wściekły, zostało mi już tylko czternaście funtów, z których przez bezmyślny pośpiech muszę wydać 10.70.

Niezależnie od tego czy dostanę tę pracę czy nie, bez pożyczki się nie obejdzie. Zamiast martwić się tym czy przyślą z agencji sms-a z adresem zacząłem kombinować skąd wezmę pieniądze.

 

***

Wadą nowej pracy była odległość. Nawet nie tyle odległość, co brak bezpośredniego dojazdu. Z Borehamwood do wskazanego miejsca miałem około 17 km, żeby jednak tam się dostać musiałem jechać pociągiem i dwoma autobusami. Według mapy google, czas podróży to około półtorej godziny, piechotą doszedłbym w trzy. Nie zamierzałem jednak zrezygnować.
W poniedziałek wyszedłem z domu trochę wcześniej, kilka minut po pierwszej. Znałem jedynie adres, nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Wziąłem zapas czasowy na wypadek gdybym się gdzieś pogubił. Za cholerę nie chciałem się spóźnić.

Bilety w jedną stronę kosztowały blisko 13 funtów i zupełnie inny zestaw przewoźników rano i inny wieczorem, więc return odpadał, a poza tym można z niego korzystać jedynie tego samego dnia. Kiedy pracuje się w nocy, powrót jest dnia następnego. Mógłbym ewentualnie kupić rano, co umożliwi popołudniowy dojazd, ale jedynie na pociąg. Tylko ten fragment podróży jest stały. Powrót zapowiadał się bardzo trudny, pierwszy autobus jest dopiero kilka minut po ósmej rano. Musiałbym po pracy czekać ponad dwie godziny. Po cichu liczyłem, że może ktoś z pracowników ma samochód, jeździ w kierunku jakiegoś większego dworca i mógłbym się z nim tam zabrać. Może nawet do St. Albans, miałbym już całkiem blisko – pomyślałem.
Pomimo tego koszmarnie drogiego dojazdu, policzyłem że i tak się opłaci. Przy trzynastogodzinnym shifcie i proponowanej stawce dniówka powinna wyjść o 40 – 50 funciaków więcej, niż miałem na chillu. Idealnym rozwiązaniem będzie przeprowadzka. Pierwszy tydzień chciałem jednak przetestować, popracować i sprawdzić jakie są dalsze perspektywy zatrudnienia.

 

***

Zatopiony w myślach dotarłem do miejsca w którym kobiecy głos z GPS powiedział – jesteś na miejscu. Miałem przed sobą cały kompleks różnego rodzaju hal, garaży, magazynów, zakładów, firm, hurtowni, sklepów i cholera wie czego. W tym przemysłowym gąszczu musiałem odnaleźć niewielki warsztat stolarski. Miałem półtoragodzinny zapas.
Zaczepiłem faceta w roboczym ubraniu i zapytam o tę stolarnię. Okazało się, że szuka tego samego warsztatu, również przysłała go ta sama agencja, też przyjechał do pracy, też w to miejsce i też jest Polakiem. We dwóch uporaliśmy się z labiryntem i zameldowaliśmy się w biurze pół godziny przed czasem. Zdziwiłem się że właścicielem również jest Polak, dopytał o nasze doświadczenie stolarskie. Powiedział, że potrzebuje stolarzy meblowych, fachowców, którzy bez przyuczenia staną do pracy przy maszynach. Żaden z nas nie miał jednak wymaganych kwalifikacji. Wiele lat pracowałem w różnego typu stolarniach i tartakach, będąc w Szwecji wykonywałem prace ciesielskie. Nie o takiego stolarza mu chodziło i przerysowując można to porównać do mechanika i zegarmistrza. Zawody zbliżone, a jakże różne.

To mnie pani z agencji poczęstowała – powiedział trochę do nas, a trochę do siebie zrezygnowany. W zasadzie bez owijania w bawełnę powiedział, że nie potrzebuje innych pracowników i nie może pozwolić sobie na naukę. Nie ma na to czasu. Żebyśmy nie byli jednak stratni, to możemy przepracować jedną zmianę i dostaniemy obiecana stawkę.

 

***

Kleiliśmy do rana korytka z płyt laminowanych umilając sobie czas rozmową. Okazało się, że chłopak, z którym tu przyszedłem od kilku miesięcy pracuje w takim systemie przez tę agencję. Wysyłają go tam, gdzie jest zapotrzebowanie na specjalistów o określonych kwalifikacjach. Pracuje jeden, dwa góra trzy dni w jednym miejscu, a gdy wychodzi że nie ma odpowiedniego przygotowania, pracodawca rezygnuje z jego usług, agencja natomiast wysyła go pod inny adres. Podobno nie ma przerw i zawsze pracuje pięć dni w tygodniu. Zaletą tego systemu są dużo wyższe zarobki. Specjaliści wynagradzani są znacznie lepiej i jak mówi, nie zdarzyło mu się pracować za minimalną – 7.83 na godzinę. Czasami, chociaż rzadko, trafiały się roboty nawet za 17 – 18 funtów na godzinę. Najczęściej jednak płacą trochę ponad dychę.

Wadą są ciągłe zmiany i szukanie dojazdów. Zalet jednak znacznie więcej. Daleko od lokalnych intryg i trudno w tak krótkim czasie narobić sobie wrogów, a i w nowej pracy zawsze szybciej płynie czas. Niezły patent pomyślałem i postanowiłem z również z niego skorzystać. Ale dopiero gdy wrócę z Francji.

 

***

Przyszedł payslip, jest 18.00 nigdy nie przysyłali tak wcześnie. Kwota do wypłaty 0.00. Wysłali informację, że dostanę zero funtów. Najwyraźniej nie zamierzają wypłacić mi zaległego wynagrodzenia, a wciąż są mi winni za dwie przepracowane po urlopie noce – 120 funtów, i overtime’a – 60 funtów. Chyba muszę poszukać jakiejś instytucji zajmującej się nieuczciwymi pracodawcami. Zrobię to jednak już po powrocie z Francji. Teraz mogę jedynie przestrzec przed nieuczciwym pośrednikiem. Agencja, która lubi skubnąć i podebrać pracownikom kasę nazywa się STAFFLINE. Uważajcie na nich. Przez STAFFLINE mam zaległość za pokój, nie mogłem uregulować jednego czynszu. Z agencją STAFFLINE miałem już wcześniej nieprzyjemne przejścia. Kiedyś próbowali skubnąć mi dodatek nocny. Znam wiele osób, które miały z nimi podobne przejścia.

Wspomniałem wcześniej, że wybieram się do Francji. Nie mam ani pracy, ani kasy, pomimo tego jutro lecę na kilka dni do Lyonu. Zatrzymam się u kolegi, który mnie zaprosił i kupił bilety. W mojej sytuacji taki wyjazd jest czymś zbawiennym, pozwoli spojrzeć na wszystko z dystansu. A Francja jest najlepszą odtrutką na angielską szarzyznę. Jeśli będzie tam jakaś praca, to oczywiście zostanę jeśli nie, to bilet powrotny mam wykupiony na poniedziałek.

 

c.d.n.

 

Ten model napędza nierówności Wywiad

O tym dlaczego kapitalizm szkodzi, o potrzebie nowego paradygmatu i o pewnej bezradności liberalnego intelektualisty wobec wyzwań współczesności, Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z prof. Janem Zielonką, politologiem, profesorem Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie.

 

Powiedział Pan swego czasu, że trzeba „wymyślić kapitalizm na nowo”. W filmie „Operacja Samum” jeden z bohaterów mówi o drugim, że ratuje świat, podczas gdy on go tylko wyklepuje. Nie wydaje się Panu, że i Pan też tylko wyklepuje świat? Już nic nie będzie poza kapitalizmem?

Ani demokracja, ani kapitalizm nie przestaną istnieć, tylko one muszą się dostosować do rzeczywistości. Ale demokracja i kapitalizm za nią nie nadążają, zwłaszcza demokracja, która wymaga interwencji publicznej.

 

A kapitalizm?

Kapitalizm się jej wymknął. Uciekł, po prostu.

 

Mówi Pan o neoliberalizmie… Jest odpowiedzialny za ta zepsutą rzeczywistość?

Tak, o neoliberalizmie i jego odpowiedzialności. Przecież to nie jest tak, że Chińczycy kazali nam wszystko prywatyzować. Sami to robiliśmy. A jak ktoś tego nie robił, to był nazywany zacofańcem. To się musi zmienić, ale nie ze względu na zmiany technologiczne, ale ze względu na oczekiwania społeczne. Bo jeżeli ten model kapitalizmu napędza tak potworne nierówności społeczne, to muszą być tego konsekwencje.

 

To musimy się na coś zdecydować: czy zwracamy uwagę na stosunki społeczne, czy też na stosunki ekonomiczne. Ludzie mają poczucie pozbawiania ich podmiotowości, kapitalizm staje się ponadpaństwowy. Jak Pan sądzi, w którą stronę powinny iść zmiany społeczne?

Ja się zgadzam z Panem w tym, że kapitalizm jest ponadpaństwowy, ale nie zgadzam się, że można zmiany ekonomiczne oddzielić od społecznych. Dam Panu przykład: przyjechałem do Polski, by opiekować się chorym ojcem, który jest w szpitalu. I zauważyłem jedną rzecz: jak to jest możliwe, że wchodzę do każdego banku i tam jest klimatyzacja, a w żadnym szpitalu tej klimatyzacji nie ma? I dostawałem odpowiedź, że bank jest prywatny, a szpital publiczny. Co to za argument?! Ale to pokazuje ważną sprawę: związek spraw społecznych z ekonomicznymi. I że w tym systemie demokracja funkcjonuje z kapitalizmem w sposób całkowicie ułomny. Przecież musimy mówić o pojęciu interesu publicznego. Czy w interesie publicznym jest, żeby ludzie umierali z powodu upałów w szpitalach?

 

Ale jednak rynki uciekły spod kontroli państwa.

Jeśli część rynków uciekła spod kontroli państwa, to ja się pytam: gdzie jest i była władza publiczna, gdy traciła wpływ na rynki? Wiele osób na lewicy, jak na przykład z kręgów Corbyna, odpowiada dziś, że tak, musimy odzyskać kontrolę państwa nad gospodarką.

 

A da się?

Otóż to – nie da się. Jasne, w polityce nigdy nie ma działania według zasady „wszystko albo nic”. Ale moim zdaniem, takie hasła są sprzeczne z kierunkami rozwoju technologii i procesów społecznych. Jeżeli transakcje są ponadnarodowe, to trzeba stworzyć autorytet ponadnarodowy, który powinien nad tym zapanować.

 

Na razie mamy Unię Europejską.

Tak. Ale trzeba pamiętać, że ten jedyny autorytet ponadnarodowy się rozwala.

 

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że w jej polu widzenia nie było polityki społecznej. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro szefem Unii jest symbol rajów podatkowych, a szefem jej parlamentu – najbliższy współpracownik Berlusconiego.

 

Co zatem robić?

Trzeba zmienić paradygmat. Trzeba kogoś, kto byłby odpowiednikiem Adama Smitha czy Karola Marksa XXI wieku. Kto całościowo ująłby problemy własnościowo-społeczne. Ale tego kogoś nie mamy. Z różnych powodów zresztą, z których jednym z najważniejszych jest ten, że zabiera to czas. Nawet jak ludzie mają dobry pomysł, to nie wiemy, jak on się sprawdzi w praktyce. Uważam, że rzeczy trzeba sprawdzać na zasadzie prób i błędów. To wymaga czasu właśnie. Po drugie, nawet jak się wyjdzie z nowym pomysłem czy paradygmatem, to trzeba go przetłumaczyć na język zrozumiały dla obywateli i o nim z negocjować. To jest też długi proces. Na przykład ja mam pomysł, jak zreformować Europę. Tylko co z tego? Musiałbym to przełożyć na język, przekonać elektorat. To zajmie co najmniej dekadę.

 

Nieoptymistycznie Pan brzmi. A ludzie chcą zmian już, natychmiast.

Neoliberalizm zdefiniował podstawowe punkty – co jest mądre, co głupie, co potrzebne, co nie. To jest ideologia. Oni tak zdefiniowali normalność, że wszyscy ci, którzy mieli inne pomysły, byli od razu uwalani. Nawet wśród intelektualistów duszono najmniejszą choćby dyskusję.

 

Myśli Pan, że to zaszkodziło Europie?

Mówię o tym, żeby pokazać, że to wszystko nie jest kwestią przywództwa politycznego, nawet nie jest kwestią mobilizacji społecznej. Bo jeżeli chcemy maszerować na ulicy z przywódcą, który nas gdzieś prowadzi, to ja chcę wiedzieć, gdzie i po co. Mamy kryzys paradygmatu. Nie ma sensu biec na barykady, skoro nie znamy celu tego biegu. Ludzie na Zachodzie tego nie rozumieją.

 

Liberalizm się nie sprawdził?

Nie sprawdził się albo został zaprzedany. A nowe elity wiedzą czego nie chcą, ale jednocześnie wizji całościowej nie mają.

 

Nie wiedzą, czego chcą?

Ależ nie, wiedzą. Chcą powrotu państw narodowych. I ja nawet jestem za. Liberalizm zaniedbał tożsamość. Ale szybko się przekonają, że to państwo dziś bardzo mało może. Że to nie jest państwo XVII i XIX wieku. Trzeba pomyśleć, co ono dzisiaj może. Przyzwyczailiśmy się, że państwo dzisiaj nie kontroluje transakcji finansowych. Ale obrona narodowa, o tak, to powinno kontrolować państwo. Tylko pytanie, jakie państwo? Chłopcy w mundurkach, pod flagą, na granicy? Jak się jest w NATO, to obrona narodowa jest inna niż na Donbasie, gdzie jest konflikt etniczny. Obrona NATO jest obroną przed atakiem jądrowym, broń jest w kosmosie i w przestrzeni cybernetycznej. Do tego trzeba komputera, a nie patriotycznego chłopca z karabinkiem i siedzącego pod flagą. Nie chcę powiedzieć, że te tradycyjne metody są całkiem do niczego. Chodzi mi tylko o to, że jak pan Błaszczak da hasło do wymarszu, to większość po prostu wyjedzie, ucieknie. Ci sami, którzy są przeciw uchodźcom – jutro sami będą uchodźcami. To jest wszystko bardziej skomplikowane, niż zwolennicy państwa narodowego próbują nam wmówić. Większość państw narodowych nie potrafi sama niczego zrobić.

 

Demonstruje Pan pewną bezradność. Trudno coś powiedzieć na pewno – mówi Pan. A ludzie chcą jednak jasnego przekazu. O, tutaj idziemy, to jest kierunek.

Nie mam ambicji być nowym Marksem. Ale widzę, że pewne rzeczy zostały zrobione źle. Pierwsze zatem, co trzeba zrobić, to powiedzieć, co zostało zrobione źle.

 

Nazwać to…

Na przykład weźmy liberalizm. On nie mówi tylko o wolności, liberalizm jest też o równości. I jest oczywiste, że w ostatnich latach wolność była promowana, a równość zaniedbywana. Nie muszę mieć paradygmatu marksistowskiej wojny klas, by doprowadzić do tego, by brak równowagi został zmieniony. W tym celu należy wprowadzać pewne rozwiązania polityczne. Na przykład płaca minimalna, podatek od dziedziczenia. To nie może być czekanie na Godota, pewne rzeczy można już wprowadzać. Najpierw jednak musimy uznać, że nierówności poszły za daleko. PKB w Polsce od 1989 roku wzrosło o 25 proc. I to jest fakt. Ale jak on został podzielony? Wiemy, jak bardzo niesprawiedliwie, bo Polska jest liderem w Europie, jeśli chodzi o liczbę prekariuszy. A w Polsce ludzie z PO nie chcą się do tego przyznać. Może dlatego, że jeżeli się do tego przyznają, to będą musieli wziąć za to odpowiedzialność.

 

A chętnych na to nie ma.

My nawet nie jesteśmy na tym etapie, by jednoznacznie nazwać błędy neoliberalizmu, a co dopiero pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy na nich zarobili. Nie jest więc tak, że neoliberalizm już kona.

 

Jeśli nie nazwiemy błędów, to nie wyciągniemy z nich wniosków, a jeśli nie wyciągniemy wniosków, to trudno mówić o jakichś zmianach.

Dokładnie. Widać więc, że to nie jest kwestia zmiany na nowe. Trzeba najpierw zrozumieć, kto jakie popełnił błędy. Ludzie przez trzy dekady głosowali na liberałów. I wreszcie powiedzieli „dość”.

 

Droga do zmian wydaje się otwarta.

Dobre pomysły nie wystarczą, bo ci, którzy są przy kasie i przy władzy, nie palą się do zmian. Nowe, antyliberalne rządy stosują metody oczywiście niedemokratyczne i niemądre. Ale powstaje pytanie: a jakie inne? Wiemy, dlaczego stworzyliśmy system, w którym ci, którzy wygrywają wybory, nie mogą robić wszystkiego co chcą. Demokracja nie jest dyktaturą większości. Mniejszość musi mieć jakieś prawa, kiedy przegrywa. To elementarne pojęcia. Po drugie ta większość nie reprezentuje całego społeczeństwa. Tylko w krajach niedemokratycznych przywódca dostaje 99 proc głosów. Z drugiej strony wiemy, że parlamenty nie są najbardziej efektywne.

 

A dlaczego?

Dlatego, że po wyborach partie przestają być związane ze swoją bazą wyborczą. Kiedyś tak może było, ale teraz partie nie reprezentują żadnych określonych grup społecznych, tylko jakichś amorficznych wyborców. Zabezpieczeniem słabości demokracji jest trójpodział władzy, gwarantujący, by wzajemnie się one kontrolowały. To działało. Ale nagle okazało się, że duża część decyzji jest podejmowana przez organy nie pochodzące z wyborów: banki centralne, Komisję Europejską, Trybunały Konstytucyjne. Tu spowodowało przegięcie, które zachwiało całym demokratycznym systemem liberalnym. Najlepszym przykładem było wyproszenie premiera Grecji z obrad Grupy Europejskiej, a kiedy protestował, to powiedziano, że Grupa jest organem nieformalnym i jej członkowie mogą robić, co im się podoba. A przecież oni decydowali o suwerenności całego państwa! Jasne, największym problemem nie była Troika, ale to, że rynki wyszły spod kontroli demokracji. Wszędzie, nie tylko w Grecji. Doszliśmy do sytuacji, w której żadne państwo nie pozwoli sobie na politykę, która będzie przeciwstawiać się rynkom. Ostatnim politykiem, który próbował to zrobić, był Mitterand i został przez rynki zmiażdżony.

 

A nie próbowano jakoś połączyć rynków z demokracją?

Tak, Tony Blair próbował to robić i mnie się to wtedy podobało. Dziś widzę, że to była błędna idea. Podczas kryzysu 2008 roku podjęto trzy kluczowe decyzje. Pierwsza, że międzynarodowe banki mają zostać zasilone państwowymi, nie unijnymi pieniędzmi. Druga, że banki trzeba ratować kosztem innych dziedzin, a trzecia, że za ratowanie banków płacili podatnicy. U podstaw tych decyzji leżał strach, że jeśli banki upadną, to zawali się cały system.

 

I na czym polegał błąd?

Na tym, że podejmowały te decyzje rządy, a nie parlamenty. Na tym, że nawet nie próbowano rozmawiać o tym z wyborcą.

 

Neoliberalny kierunek rozwoju tkwi korzeniami w USA. Czy nie uważa Pan, że podporządkowanie się Stanowym Zjednoczonym szkodzi Europie?

Nie zgadzam się. Związki z USA są różne dla różnych państw. Integracja Europy byłaby niemożliwa bez Ameryki, a Amerykanie zawsze byli zwolennikami zjednoczonej Europy. Owszem, zaczęło się to zmieniać po zimnej wojnie, szczególnie za czasów Busha, który wciągnął nas w wojny, które są teraz dla Europy źródłem problemów. Nie widzę tego jednak w tak czarno-białych kolorach. Nie jest niczym złym, że Ameryka jest silna. Siłą można robić dobre rzeczy i nie mam poczucia, że USA są źródłem zła. Prawdą jest jednak, że Ameryka w ostatnich latach niewiele zrobiła dobrego.

 

Skoro wiemy, że Unia Europejska zaczyna buksować, to jakie mamy recepty na jej uzdrowienie?

Chodzi przede wszystkim o logikę integracji. Tak jak mówiłem – najpierw trzeba zrozumieć, co poszło źle. Integracja oparta na państwach narodowych prowadzi do tego, że albo państwa popełnią zbiorowe harakiri i przekażą swoje kompetencje państwu europejskiemu, albo będą musiały integracje zarzucić. Dziś wiemy, że obie te koncepcje są nierealne. Z jednej strony nie ma szansy na państwo europejskie, a z drugiej dezintegracja Europy niesie mnóstwo zagrożeń. Brexit nam to pokazał. Trzeba rozbić logikę dotychczasowej integracji. Elity państw narodowych nie pójdą na ścisłą integrację, bo stracą swoją dominującą rolę i staną się elitami zaledwie lokalnymi. Proponowałem, by w procesach decyzyjnych będą brali udział aktorzy społeczni: miasta, NGO-sy, podmioty gospodarcze. To wszystko jest kwestią dyskusji. A na to trzeba czasu, którego nie mamy.

 

Ciekawe, że w naszej rozmowie nie ma żadnej lewicy. Nie ma dla niej miejsce, skoro już nie ma nic innego jak tylko kapitalizm? Ma być biernym aktorem, czy jednak poszukiwać nowych propozycji dla ludzi?

Uważam, że na kryzysie liberalizmu najwięcej straciła lewica. Centrolewica w dużym stopniu współrządziła w czasach neoliberalizmu i na niej spoczywa odpowiedzialność za korupcję i rozwarstwienie. Upadek ZSRR skompromitował radykalną lewicę. W momencie, kiedy siły antyliberalne zaczęły rosnąć w siłę, to prawica w sposób naturalny przejęła ich antyliberalne hasła: między innymi anityimigranckie i akceptujące nierówności społeczne. Prawica potrafiła wejść do łóżka z populistami. Lewicy bardzo trudno zrobić to, co prawicy idzie łatwo – trudno się jednoczy. Dzisiaj jest wyborczy popyt na hasła lewicowe, ale partie prawicowe łatwo je przejmują. Lewica musi odbudować kadrę, postawić na nowych ludzi. Ale o tych trudno, bo starzy nie chcą odchodzić.

 

Porozmawiajmy o demokratycznym socjalizmie

O polskiej lewicy, która ciągle nie może – być może nie chce, a na pewno nie musi – odnaleźć się między liberalnym młotem a pisowskim kowadłem – z dziennikarzem Rafałem Wosiem rozmawia Paweł Jaworski (strajk.eu).

 

Pod koniec sierpnia lewicowy publicysta tygodnika „Polityka” Rafał Woś napisał tekst pt. „Lewico, czas na współpracę z PiS”, który ukazał się w dziale Opinie portalu Gazeta.pl. Artykuł został bardzo krytycznie odebrany przez środowiska liberalne. Znaleźli się tacy, którzy dawali do zrozumienia, że dla osób o poglądach Wosia, nie powinno być miejsca w redakcji najbardziej opiniotwórczego liberalnego tygodnika w Polsce. Na początku września dziennikarz poinformował opinię publiczną, że musi pożegnać się z „Polityką”.

 

 

Czy warto było pisać, że lewica powinna się dogadywać z PiS-em?

Oczywiście. Czy można uznać, że nie warto bronić swojego zdania, bo może to przynieść negatywne konsekwencje? Tak bywa, że podejmujemy decyzje, za które nikt nas nie będzie głaskał, ale ktoś to musi powiedzieć. Tak jest w środowisku, z którym się identyfikuję, czyli na lewicy.

 

Zwracał się pan do lewicy, a największe gromy posypały się ze strony liberałów. To oni wywierali nacisk na redakcję Polityki.

To wynika ze starej już, historycznie ukształtowanej zbitki “lewicowo-liberalny”. Prawicowe media nadal go stosują i to nie tylko w Polsce. O ile jednak dla liberałów taki związek jest wygodny, to dla lewicy jest to związek toksyczny. To ona ciągle świeci oczami za przewiny liberałów: zniszczenie rynku pracy, prywatyzację państwa dobrobytu. Lewicowcy legitymizują to, mówią: trudno, trzeba było, “trzecia droga”… A liberałowie ich nie szanują. W ciągu ostatnich 15 lat nie przypominam sobie sytuacji, w której liberalny establishment pozwoliłby lewicy na realizację jej postulatów, zwłaszcza tych podstawowych, wpływających na poprawę położenia materialnego ludzi. Lewica ma się godzić na globalizację, na niszczenie związków zawodowych, a w zamian dostaje co najwyżej ochłapy. Są próby regulacji rynku pracy, ale podejmuje je raczej prawica, niż liberałowie. Lewica już tak długo trwa w tym związku, że w to wszystko uwierzyła, jak ofiara przemocy domowej, która myśli, że wszystko jest w porządku. Pytanie, które postawiłem jest więc proste: czy naprawdę musimy tkwić w tej patologicznej relacji?

 

Lewica ciągle poczuwa się do obowiązku tłumaczenia się ze swoich poglądów przed liberałami i uspokajania ich, że wszystko będzie w porządku.

Wystarczy tylko, że gniewnie spojrzą, a my już się chowamy. A porównajmy to, sobą dziś reprezentuje lewica, z tym, co było sto lat temu. W 1918 r. powstał w Polsce rząd mocno związany ze środowiskiem PPS: Moraczewski, Daszyński, Piłsudski jeszcze sprzed fazy „autorytarnej”… Oni wtedy zrobili rzeczy iście rewolucyjne: ośmiogodzinny dzień pracy i równouprawnienie kobiet. A był to świat, w którym robotnicy pamiętali jeszcze pracę po 16 godzin, a tu nagle dostali tę samą wypłatę za osiem. To był rozmach i format lewicy. A dziś? Ekscytujemy się, czy Grzegorz Schetyna, jak już odzyska władzę, to się zgodzi łaskawie na związki partnerskie. Bo, że z PO będzie można zrobić 35 godzinny tydzień pracy to chyba nikt nie wierzy. Może więc czas powiedzieć: “liberałów nie dało się oswoić”, i wyciągnąć z tego wnioski?

 

Skoro nawiązuje pan do historii sprzed stu lat, to warto przypomnieć, że zanim powstał ten socjalistyczny rząd, Piłsudski zaczął od rozbijania prawdziwie rewolucyjnych rad robotniczych.

Tak. Wiadomo też, co zrobił Piłsudski w 1926 r. Nie będę bronił go jako szczerego socjalisty. Nie można jednak zapominać, że to wydarzenie, które w tym roku fetujemy, realnie poprawiło pod wieloma względami los szerokich mas społecznych. Oczywiście zaraz nastąpiła kontrofensywa, do gry weszły partie ziemiańsko-mieszczańskie. Realna reforma rolna dokonała się dopiero za PRL. Wróćmy jednak do czasu pracy. Sto lat temu lewica wywalczyła skrócenie do ośmiu godzin. I co? I przez następny wiek ani drgnęło. Badania pokazują wręcz, że ludzie realnie pracują więcej. To miara słabości lewicy. Dobrze, że przynajmniej chociaż partia Razem zaproponowała skrócenie czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

 

Ale nie zebrali wymaganej ilości podpisów pod projektem ustawy i oficjalnie zrezygnowali. Dlaczego się nie udało?

Opinia publiczna jest zdominowana przez spór PiS-antyPiS. Walka – według jednych i drugich – rozgrywa się o kształt demokracji. Żaden temat, z którego jedna ze stron nie może wykuć pałki na przeciwnika, nie ma prawa być uznany za ważny. Powstał duopol, który jest formą monopolu. To tendencja obecna w całym systemie kapitalistycznym: konkurencja jest pozorna, faktycznie istnieje wybór między Coca-Colą a Pepsi.

 

Większość lewicowców też chce zerwania z liberałami. Jednak nie proponują łączenia sił z drugą stroną.

Tymczasem najbardziej zaciekawione głosy, jakie pojawiły się po moim tekście, docierały do mnie właśnie od publicystów prawicowych. Strona liberalno-lewicowa widzi na prawicy tylko jednorodną brunatną maź, to samo działa w drugą stronę. Dużym zaskoczeniem było dla mnie, że w środowisku Gazety Polskiej – to ta PiSowska “ulica”, ci, których liberałowie się najbardziej boją – jest bardzo wielu ludzi, którzy na początku lat 90. zakładali PPS. Opowiadają, jak 1 maja 1989 r., jeszcze przed wyborami 4 czerwca, demonstracyjnie maszerowali w Warszawie z czerwonymi sztandarami. Lewica o tym nie wie. Myśli, że tam są sami bojówkarze ONR, którzy chcą ich zabić i zniszczyć.

 

Czy pan w ogóle uznaje PiS za wiarygodny, jeżeli chodzi o deklaracje ekonomiczne i wrażliwość społeczną? Moim zdaniem wraz z upływem czasu maska socjalna opada i rząd Morawieckiego jest tego dowodem.

Ja mówię co innego. Prawdopodobnie już dziś, w 2018 r., większość ludzi w Polsce ma poglądy lewicowe. Istnieje badanie Gavina Rae i Katarzyny Piotrowskiej, w którym pytano o różne modele państwa dobrobytu. Wyróżniono trzy typy określone przez Espinga – Andersena: liberalny, konserwatywny i socjaldemokratyczny. Gdy pytano ludzi, który z nich wolą, nie podając nazw, tylko przedstawiając składowe, większość wybierała model socjaldemokratyczny. Jednocześnie nie istnieje lewicowa siła polityczna. Źle skonstruowaliśmy etykietkę lewica. Zrobiliśmy to, będąc już ofiarą długotrwałej przemocy liberałów: ekskluzywnie, bojaźliwie, w sposób zamknięty. Zabrałem kiedyś kolegę na lewicowe spotkanie. Słuchał tych pretensji do całego świata, że nikt nas nie rozumie, i powiedział: was się nie da lubić.

 

Przecież pretensje do całego świata to sposób, w jaki poparcie zdobyła prawica. To liberałowie zawsze byli od lubienia.

Wydaje mi się, że droga do podmiotowości politycznej wiedzie przez przedefiniowanie tego, czym jest lewica. Sytuacja przypomina taką, kiedy jesteśmy za granicą i nie znamy języka, chcemy coś kupić, a sprzedawca nas nie rozumie, więc my powtarzamy to samo tylko mocniej i głośniej. Mam wrażenie, że jako lewica właśnie tak postępujemy. A trzeba by się nauczyć języka kraju, w którym się znajdujemy. Nie tylko zaciągać klisze z innych krajów, a dostosowywać to też do polskich warunków. Ale tak, żeby zachować podmiotowość. Prawica to potrafiła. PiS nie jest już partią centrową i liberalną gospodarczo, jaką było PC. Dzisiaj jest to ugrupowanie, które mówi językiem ludu. Elementy narodowe i antykomunistyczne pozostały, ale doszła dekonstrukcja porażki transformacyjnej: jej przegrani też wymagają szacunku. Odrzucenie całej narracji o homo sovieticus.

 

Lewica oddolna w postaci działaczy związkowych i lokatorskich o silnej identyfikacji lewicowej, którzy potrafią zjednywać sobie zwykłych ludzi, są jednocześnie bardzo nieufni wobec PiS. Podkreślają fasadowość ich polityki socjalnej i gospodarczej.

To naturalne, że ludzie działający blisko ziemi mają duży stopień nieufności wobec wszystkich elit politycznych. Jednak to na styku parlamentu i mediów wyznaczane są tendencje i kształtują się pojęcia, które będą przenikać na dół. Nie proponuję lewicy, żeby brała z PiS ślub kościelny. Mówię: lewico, spróbuj żyć na własny rachunek. Strach, że jak się nie trwa przy liberałach, to od razu jest się częścią drużyny Kaczyńskiego, jest właśnie znakiem, że nie wierzymy w podmiotowość.

 

Pan jednak otwarcie pisał: współpracujcie z PiS.

Współpracujcie nie znaczy: rozpuszczajcie się w nim. Poza tym to tylko tytuł. W samym tekście jest napisane: podejmijcie wyzwanie ucywilizowania PiS. Wiem, że PiS jest dla was „obcym”, „innym”. Ale jeśli lewica ma być lewicą to nie powinna gardzić „innością”. Taka postawa to przecież ksenofobia.

 

Stosował pan zdumiewające przykłady, np. Czarny Protest jako przypadek rzekomego cywilizowania PiS. W jaki sposób udomowienie PiS może wziąć się z całkowitego sprzeciwu wobec jego działań?…

Spójrzmy na skutek, a ten był taki, że ustawy antyaborcyjnej nie zaostrzono. Zmieniono bieg wydarzeń. Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację: jest rok 2020, jakieś ugrupowanie lewicowe jest w parlamencie, a PiS nie ma większości. Są dwa scenariusze. W jednej lewica odrzuca propozycję wspólnej koalicji, pozostaje czysta i dziewicza. Skutek? Będzie musiała przypatrywać się realizacji wielu postulatów, których nie akceptuje, np. wyprowadzenia Polski z UE, albo zaostrzania prawa aborcyjnego. W ten sposób zawodzimy jako politycy. W drugim scenariuszu do współpracy dochodzi, jest ona najeżona sporami, ale wtedy żadna z tych kwestii nie staje w ogóle na porządku dziennym, bo wymaga tego przetrwanie koalicji. Jest realny polityczny zysk. To droga trudniejsza, ale dojrzalsza: rzeczywiście jest się podmiotem. Nie istnieje tylko nasza formacja. Może po drugiej stronie też są myślący ludzie, którzy coś wymyślili i warto to poznać?

 

Co dotychczas zaproponowali wartościowego?

500 plus, minimalna stawka godzinowa, zakaz handlu w niedziele – to trzy najważniejsze decyzje ich rządów. Dobrą intencją była też nowelizacja kodeksu pracy, ale to poszło w kąt. Jak na trzy lata to całkiem sporo.

 

500 plus to program daleki od równościowego. Tylko połowa dzieci w Polsce jest nim faktycznie objęta. Rząd wydaje więcej na dotacje dla przedsiębiorców. Nowelizacja KP poszła co prawda „w kąt”, ale są już sygnały o zamiarach osobnego przeforsowania najbardziej antypracowniczych elementów tego projektu. I w końcu neoliberalny rząd Morawieckiego z hasłem: „Cała Polska specjalną strefą ekonomiczną”…

Rzeczywiście, program 500+ nie obejmuje wszystkich dzieci w Polsce. PiS nie spadł z księżyca. Jest to partia, której większość – tak jak PO – wychowała się na paradygmacie liberalnym, więc wątek “stabilnych finansów” też jest tam silny. Może się też zdarzyć, że 500+ zostanie wkrótce popsute przez wprowadzenie kryterium dochodowego. Z lewicowego punktu widzenia skuteczna polityka społeczna musi się opierać na świadczeniach uniwersalnych. Jest to program niedoskonały, lecz jaki by on nie był, trzeba pamiętać, że przed 500+ nie było nic. Program ten naprawdę pomógł ludziom potrzebującym i słabiej radzącym sobie w systemie kapitalistycznym.

Pierwiastek socjalny był dużo silniejszy w rządzie Beaty Szydło. Morawiecki jest liberałem i byłym członkiem rady doradców Tuska. Jego “reforma” emerytalna, czyli pracownicze plany kapitałowe, jest zła, bo jest to krok w kierunku dalszej indywidualizacji systemu. W 1999 r. popełniliśmy wielki grzech odchodząc od systemu solidarystycznego i lewica powinna próbować do niego wrócić.
Co do SSE, to jednak sprytny rząd lewicowy powiedziałby właśnie tak, jak rząd Morawiecki: będziecie mogli inwestować gdzie chcecie, ale za to podwyższamy kryteria, bo jesteśmy już na wyższym etapie rozwoju, płace muszą być wyższe, a warunki zatrudnienia lepsze. To już nie jest liberalizm Gilowskiej. Szanse na socjaldemokratyczny typ myślenia w PiS oceniam jako większe niż się może wydawać. Z różnych przyczyn w tej partii znalazło się wielu związkowców, wiele osób krytycznych wobec kształtu transformacji. Można mówić, że potrzeba, żeby wróciło silne państwo – i PiS tak właśnie mów. Jednocześnie w tym środowisku nie ma nikogo, żadnego lidera, który by się świadomie się odwoływał do modelu skandynawskiego. Być może z przyczyn biograficznych, pokoleniowych.

 

Być może po prostu z powodu ich przekonań? Dlatego poprzestają na deklaracjach, a zmiany pozostają w sferze samego języka…

Ani w PiS, ani w opozycji nie ma nikogo, kto by mówił: budujmy drugą Szwecję. Wśród liberałów nie ma na to szans – to nie ten typ myślenia o gospodarce. W PiS natomiast podłoże dla takiego socjaldemokratycznego myślenia jest, ale np. z powodu antykomunizmu czy pokoleniowego doświadczenia nie może ono zaistnieć. Niemniej jestem przekonany, że jest tylko kwestią czasu, kiedy to się zmieni.

 

W ciągu ostatnich dwóch i pół roku rządy raczej niewiele zrobiły na polu walki z uśmieciowieniem i skandalicznymi warunkami zatrudnienia w Polsce.

Polska nadal nie jest krajem dla pracowników. Sytuacja uległa tylko lekkiemu retuszowi dzięki dobrej koniunkturze.

Bezrobocie jest niskie jak nigdy, ale sam wskaźnik bezrobocia nie mówi nic o pozycji pracownika. W tej kwestii jesteśmy poniżej normy krajów rozwiniętych.

W kapitalizmie pracownik zawsze będzie na gorszej pozycji. Dostęp do środków produkcji determinuje twoją pozycję przetargową. Przedsiębiorcy muszą gonić za zyskiem, dlatego stale starają się obniżyć koszty pracy i obchodzić kodeks pracy. Można stosować prewencję, np. w postaci PIP, żeby się bali oszukiwać, ale też działać w kierunku zwiększenia uzwiązkowienia i skutecznej egzekucji prawa pracy, bo to podnosi pozycję pracownika, który wie, że ma się do kogo zwrócić o pomoc.

Inną sprawą jest to, że biznes już na masową skalę sięga po jeszcze tańszych pracowników z zagranicy – nie tylko z Ukrainy czy Białorusi, a z Bangladeszu, Nepalu. Kiedy koniunktura osłabnie, bramy zostaną przymknięte i będzie tak, jak było na Zachodzie: znikają miejsca pracy, a pracownicy zagraniczni zostają i wtedy dochodzi do napięć. Całą winę za to zrzuca się na tzw. doły społeczne – że nienawidzą, że nie lubią inności. Już dziś trzeba tworzyć mechanizmy, które sprawią, że kiedy zmniejszy się potrzeba na ręce do pracy, to będą środki na zapobieganie wstrząsom społecznym. Może je zapewnić państwo dobrobytu, którego się u nas nie buduje. Po to trzeba nam lewicy. Nie jutro czy pojutrze. Tylko dziś!

 

Żeby poważnie mówić o zapobieganiu wstrząsom, to trzeba wziąć się za krytykę kapitalizmu jako takiego. Nie zrobi tego ani PiS, ani socjaldemokracja w stylu zachodnim.

Właśnie o tym rozmawiamy. Są dziś problemy, których nie rozwiążemy działając według starych skryptów. Socjaldemokracja faktycznie zawiodła. Jednak na Zachodzie następuje próba jej odnowienia. Widać to chociażby po Corbynie i Sandersie. Nie warto tych prób skreślać tylko dlatego, że są za bardzo socjaldemokratyczne i nie dość rewolucyjne.

 

Jakie zadania z zakresu polityki społecznej i gospodarczej powinna stawiać sobie lewica w przewidywalnej perspektywie czasowej? Lewica taka, jaką jest obecnie.

Może zacząć od hasła “demokratyczny socjalizm”? Nawet w USA zaczyna się o tym sporo dyskutować w związku z Sandersem. Socjalizm oznacza dzielenie się owocami wzrostu – bardziej sprawiedliwie niż dotychczas. Demokratyczny – bo bardziej chcemy się dzielić władzą niż dotychczas. Może wbrew indywidualizmowi, w którym nas chowano przez 30 lat, zacząć głosić prymat dzielenia się. Robić redystrybucję poprzez podatki, ale mając świadomość, że w zglobalizowanym świecie to nie wystarczy, zadbać też o predystrybucję, czyli wzmocnić siłę pracownika poprzez silne związki zawodowe czy spółdzielczość.

Na płaszczyźnie politycznej też nie ograniczajmy demokracji do wąskiego menu: to nie jest tylko niezależność władzy sądowniczej, jakby cała konstytucja tylko to zawierała. To jest ważne, ale wcale nie mniej niż bezpieczeństwo socjalne i prawo pracy, albo wolność słowa. Problem w tym, że ci, którzy teraz w Polsce bronią demokracji, są w tym niewiarygodni, bo tak często ją deptali. Za jakiś czas PiS pewnie też będzie chciał bronić demokracji i też będzie niewiarygodny. Niech to będzie na początek droga dla lewicy. I dialog – żeby włączać ludzi do tego projektu, a nie mówić, że to nie dla nich.

Proste jak drut

Istnieją rzeczy tak genialnie proste, że aż dziwne, że nikt na nie wcześniej nie wpadł.

 

Trudno, na przykład zrozumieć geniusz Dymitra Mendelejewa bo przecież wziął i zestawił rzeczy dostępne dla wszystkich. Geniusz, który czasem nawiedza intelektualistów ma to do siebie, ze pozwala dodać dwa do dwu i uświadomić sobie że jest to cztery, chociaż nikt na to wcześniej nie wpadł.

Dosłownie z sytuacją dodania dwu do dwu i uzyskania wyniku cztery mamy do czynienia w krótkiej rozprawce Petera Frase Cztery przyszłości. Wizje świata po kapitalizmie, przyswojonej polszczyźnie przez Macieja Szlindera a wydanej bieżącym 2018 roku przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe.

Książka ma to do siebie, że uświadamia rzecz pozornie oczywistą, że warunkiem odkryć jest wolność słowa i myśli. W krainie POPiS-owskiego zamordyzmu i świętobliwej ciemnoty gdzie obowiązuje ewangelia dwu totalitaryzmów i zakaz ich propagowania książka Petera Frase’a sprawia wrażenie bluźnierstwa i plucia w twarz umęczonego Polskiego Narodu. Osoby o słabych nerwach nie powinny, jak sądzę, czytać nawet recenzji, nie mówiąc już o zbrodniczym tekście, pisanym jak gdyby nigdy nie ukazał się żaden numer „Gazety Wyborczej” a Jarosław Kaczyński nigdy nie nawrócił się na katolicyzm.

Żyjący na innym kontynencie Frase rozpoczyna od dodania do siebie dwu oczywistości.

Pierwszą jest nadciągający kryzys ekologiczny. Globalne antpogeniczne ocieplenie klimatu. Proces o którym można powiedzieć jedno, z pewnością jest on nie do rozwiązaniu w ramach obecnego ustroju kapitalistycznego. Żeby się uratować przed katastrofą trzeba wyjść poza wolny rynek a więc i kapitalizm. Jeżeli katastrofa nadejdzie, to jeżeli nie zlikwiduje ludzkości, to, to co z niej zostanie też wyprowadzi tych co przeżyją poza kapitalizm. Tak więc kapitalizm nie ma przyszłości perspektywie procesów nadciągającej katastrofy klimatycznej.

Drugą oczywistością jest nadciągająca wielkimi krokami rewolucja technologiczna związana z rozwojem sztucznej inteligencji. Autor nawiązuje tutaj do wydanej w Polsce w 2016 roku niezwykłej książki Martina Forda Świt robotów. Czy sztuczna inteligencja pozbawi nas pracy (tłum. Katarzyna Łuniewska, wyd. cdp.pl misja: rozrywka ???). Chociaż może się wydawać przesadą recenzja w recenzji to należy zauważyć że książka Forda stanowi niezwykłe dokonanie zrywające w sposób najbardziej radykalnie z rozpowszechnionym mitem głoszącym, że roboty eliminują proste prace fizyczne, pracownicy wykonujący prace umysłowe wymagające wysokich kwalifikacji nie mają się czego obawiać.

Ford pokazując, że komputery piszą już artykuły do gazet, diagnozują pacjentów, wygrywają teleturnieje typu Milionerzy itd.. Ukazuje, że jest przeciwnie niż sądzimy i już niedługo lekarzy, pielęgniarzy, prawników, dziennikarzy, kierowców i inne podobne profesje opanują nowi pracownicy, kompetentni i profesjonalni a przy tym pozbawieni arogancji, chamstwa, cwaniactwa i temu podobnych przypadłości właściwych dla kadr obecnie wykonujących te zawody.

Poza nadzieją, że już niedługo można będzie iść do ginekologa nie obawiając się gwałtu, proces rozwoju zastosowań sztucznej inteligencji budzi również pewne obawy. Biorą się one stąd, że ludzie zaczną po prostu być zbędni w procesie produkcji. Najbardziej oczywistą konsekwencją stanie się to, że przestaną zarabiać. Co wtedy? Najbardziej oczywistym pomysłem staje się coraz bardziej popularna formuła płacy obywatelskiej a więc wynagrodzenie za sam fakt przynależności do danej wspólnoty. (Autor tłumaczenia pracy Frase’go Maciej Szlinder jest autorem monografii Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku, PWN 2018 – niestety, w kategorii, już kupione, jeszcze nie przeczytane – A.C.).
Z perspektywy Frase’go co byśmy nie powiedzieli o pochodzie sztucznej inteligencji jedno jest pewne. Czyni on kapitalizm ustrojem głęboko bezsensownym. Jaki sens ma kapitalizm w sytuacji gdy ludzka praca robocza przestaje być towarem ze względu na brak zapotrzebowania a produktywność gwałtownie wzrasta?

Problemem zaczynają być sami ludzie.

Z perspektywy organizowania przyszłości mamy więc możliwości albo dobrobyt gdy uda się zahamować katastrofę klimatyczną albo niedobór gdy trzeba się będzie zmagać z jej skutkami.

W tym momencie pojawia się kolejna alternatywa albo ustrój przyszłości będzie uwzględniał potrzeby wszystkich a więc będzie realizował idee egalitarną albo będzie miał hierarchiczny, elitarny charakter.

Gdy dodajemy dwa do dwu otrzymujemy cztery modele organizacji społecznej :
a) komunizm – równość i dostatek,
b) rentyzm – nierówność i dostatek,
c) socjalizm – równość i niedobór,
d) eksterminizm – hierarchia i niedobór.

Proste jak konstrukcja cepa i jak on nieodparte.

Kapitalizm rzeczywiście się kończy szybko i nieładnie. Skutki nadciągającej katastrofy klimatycznej są już wyraźnie odczuwalne i to nie tylko we wzrastającej słodyczy coraz wcześniej dojrzewających winogron. Sztuczna inteligencja niewątpliwie podniesie się po porażce jaką stał się śmiertelny wypadek, który wywołało gwałtowne wtargnięcie kobiety na tor samosterującego się pojazdu. To o czym mówimy nie będzie trwało setki lat. Co najwyżej dziesięciolecia.

Gołym okiem widoczne są już kiełki przyszłych możliwych ustrojów. Szczególnie eksterminizm zdaje się dojrzewać w tempie hiszpańskich winogron. Ale już Róża Luksemburg przypomniana przez autora recenzowanej pracy sformułowała w swoim czasie alternatywę „socjalizm albo barbarzyństwo”. Z socjalizmem, dzięki Bogu, żeśmy sobie poradzili a więc nie ma się co dziwić, że mamy to co mamy.

Pytanie w jakim kierunku pójdziemy jest jeszcze otwarte. Zasługą Frase’go jest wpisanie swojego schematu w realia naszych czasów. Pokazanie że tak naprawdę już zaczynamy życie „po kapitalizmie” i jak Molierowski Pan Jurdain „mówimy prozą” jest czymś co stanowi o niezwykłej wartości książki. Bonusem jest niewątpliwie ukazanie się jej w dwusetną rocznicę urodzin Karola Marksa.

Ćwiczenie z logiki rozwoju społecznego, które zaproponował Frase zasługuje na poważne przemyślenie chociaż w Polsce jest jak lektura Woltera w czasach miłościwie panującego Augusta III Sasa.
Należy podkreślić, ze gdy chodzi o samą publikację to mamy do czynienia nie tyle z czasami saskimi, co z okresem rządów miłościwie panującego imperatora Aleksandra III. Zgodnie z zasadą rosyjskiej polityki wewnętrznej tego okresu cenzurowano jedynie gazety, książki bowiem były tak drogie, ze nie widziano potrzeby kontrowania tak elitarnych dóbr. Opisywana książka – 127 stron w miękkiej oprawie kosztuje bowiem 49 złotych. Ale jak wiadomo nie ma róży bez kolców, a za przyjemności trzeba płacić.

Zabić ten kapitalizm

Transformacja ustrojowa i III RP nie miały i nie będą mieć dobrej prasy wśród większości polskiego społeczeństwa. Poza klasą kapitalistyczną i tymi, którzy w sposób efektywny wykorzystali panujący (wciąż) neoliberalizm grono miłośników III RP pozostaje skromne.

 

Przymusowi emigranci i ich rodziny, ludzie wychowani w rzeczywistości wysokiego bezrobocia, pracownicy godzący się na życie na śmieciówce, upłynnieni ludzie niskich płac i zniszczonych marzeń o poczuciu bezpieczeństwa… Oni wszyscy nie cenią sobie porządku, który przyniósł Polsce turbokapitalizm na półperyferyjnych i krwiożerczych warunkach. Polski kapitalizm to dla ludzi pracy synonim trudu, klęsk i pustych obietnic podawanych w religijnym sosie. Poza zniszczeniami na poziomie czysto ludzkim potransformacyjny porządek zrujnował także polską narodową samoocenę. Kraj wyprzedaży, królestwo prywaty i „teoretyczne państwo” wytworzyły atmosferę porażki, upodlenia i głębokiego, narodowego wręcz wstydu. Wstydu za upokorzenia przeżywane przez ludzi pracy i wstydu za demoralizację miłościwie panującej klasy kapitalistycznej.

Dla przeciętnego polskiego pracownika drzwi do awansu społecznego i bramy ku wolności nie zamknął zresztą wcale PiS, lecz zrobił to już dawno temu Leszek Balcerowicz. Warstwy uprzywilejowane „Polski kapitalistycznego sukcesu” rodem z TVN-u, Forbesa i Gazety Wyborczej nie są też wcale uniwersalną, polską inteligencją, lecz stanowią bardzo konkretną grupę, która skutecznie i na całe dekady przywłaszczyła sobie środki kulturowej i społecznej reprodukcji, okupując się na najwyższym poziomie życia i z pogardą patrząc na innych, którym cały czas wmawia się, że III RP to kraj konsumentów luksusowych towarów i szczęśliwców, którzy wygrali los na loterii.

Tego wstydu nie czują oczywiście beneficjenci tych zmian oraz towarzystwo celebrytów – czuje go natomiast cała, wielka „Polska B”, która bynajmniej nie jest jedynie domeną „Wschodu” i małych miejscowości, gdzie panuje biedniejsza wersja kapitalizmu. Czują go wszyscy Ci, których nowa kaprzeczywistość ustawiła gdzieś pomiędzy żałośnie niską pensją minimalną, niedostatkiem i życiem bez perspektyw na zarobienie na własne mieszkanie.

Ten wstyd jest dziś jednym z podstawowych czynników stymulujących tęsknotę za „wielką Polską”, czyli za naprawdę silnym państwem, za dumą narodową i wiarą w narodową i państwową wspólnotę, która byłaby skuteczna i pomogła wydostać się z pułapki śmieciowej egzystencji. To inaczej zwane przywiązanie do państwa socjalnego i opiekuńczego, które wywodzi się jeszcze z czasów Polski Ludowej gra dziś jednak na korzyść rządzących, którzy przekuwają je w zupełnie nową narrację i tworzą nowy język pseudokonfliktu społecznego.

PiS-owskim, wyimaginowanym konfliktem, w który obecna władza pragnie wciągnąć wszystkich pozostałych aktorów jest konflikt na linii „lud” kontra „elita”. W konflikt ten z powodzeniem i w sposób naturalny daje się też wciągnąć praktycznie cała „opozycja”, która czy to z głupoty, czy też z uwagi na kryzys ideowy, weszła w buty oprawców i złodziei z III RP.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do tego PiS-owskiego substytutu walki klas dla upokorzonych. Mówienie o „ludzie” i o „elitach” w XXI wieku przystoi jedynie nacjonalistom, miłośnikom faszyzmu lub fetyszystom epoki feudalnej. We współczesnym kapitalizmie mamy do czynienia z klasą pracującą, klasą kapitalistyczną, a także przedstawicielami określonych warstw i grup społecznych. Totalizacja i tworzenie dwóch rzekomo przeciwstawnych sobie obozów (pseudo)klas kulturowych jest zarówno całkowicie błędne, jak i skrajnie szkodliwe. Rzeczywistym wyróżnikiem, który PiS stara się nam narzucić jest ślepy, religijny nacjonalizm, który bynajmniej nie zagraża kapitalizmowi, lecz wręcz umacnia go i orientuje wokół interesów narodowej burżuazji.

Rzeczywistym przeciwnikiem ludzi pracy są beneficjenci porządku opartego na wyzysku, czyli właściciele kapitału oraz podpięta pod jego interesy partyjna biurokracja. Wrogiem jest kapitalizm. A elitami w kapitalizmie są konkretnie: utrzymujący obecny system właściciele.

Wyśnione i obarczane winą za upadek demokracji i PiS-owski autorytaryzm „masy ludowe” to w istocie całkiem rozumny – oraz reagujący zgodnie z prawami politycznego rynku – proletariat, który w swej skromnej części głosuje na PiS przede wszystkim z uwagi na świadomość własnych i całkowicie obiektywnych interesów. Te interesy są odrębne od interesów polskich właścicieli i od interesów ludzi korzystających z rajów podatkowych, których reprezentują dziś w zasadzie wszystkie partie skupione w polskim parlamencie. Cała ta zagadkowa „wyjątkowość” obecnej władzy polega wyłącznie na tym, że partia ta jako pierwsza została obiektywnie zmuszona (przez nacisk żądań samego świata pracy) do pewnych minimalnych ustępstw względem najtwardszej linii polityki neoliberalnej i najlepiej też posługuje się językiem nacjonalizmu i IPN-owskich narracji, którym „światli” liberałowie rodem z Unii Wolności przez cały dekady karmili polską młodzież. I jak widać: nie bezkarnie.

PiS nie jest więc przedstawicielem wyklętego/otumanionego ludu tej ziemi, lecz klasyczną, konserwatywną prawicą, która chwilowo stała się sojusznikiem dla części polskiego świata pracy. To nie jest szokujący konflikt kulturowy, w którym banda kiboli znęca się nad mówiącymi po francusku. To nie walka oświeceniowego rozumu z nacjonalistyczną ciemnotą. To nie konflikt pomiędzy salonami i stadionami. To walka o trochę wyższe stawki, o sprawniej działające państwo, o godność szeregowego człowieka pracy, który w systemie demokracji parlamentarnej ma jeszcze czasami tę możliwość, że jest w stanie przegłosować te kilkanaście procent najbogatszych + ich bogatych krewnych i fruwających po świecie znajomych z telewizji śniadaniowych.

Rzeczywiste podziały nie przebiegają więc wcale wzdłuż pokoleń ani nie dotyczą stopnia wykształcenia. Podziały są klasowe i dotyczą wysokości płac, czasu pracy, czy bezpieczeństwa socjalnego i poziomu życia. Prawdziwe sprzeczności występujące na poziomie klas kulturowych dotyczą zaś przede wszystkim różnic ideologicznych, ponieważ faktem jest, że neoliberalny sen o Polsce dla większości społeczeństwa okazał się kłamstwem. Konflikt pomiędzy PiS-em i PO nie jest jednak wcale konfliktem prostactwa z wykształciuchami. To konflikt dwóch obozów prawicowego neoliberalizmu, przy czym ten bardziej liberalny obyczajowo ma też to do siebie, że pozostaje zupełnie ślepy na wady, klęski i katastrofy, które przyniósł nam (ich wspólny) barbarzyński kapitalizm.

Idąc tropem Marksa nie pokładam żadnej wiary w zdolność do autorefleksji beneficjentów kapitalistycznego wyzysku. Nie zmienia to jednak faktu, że cała polska lewica stoi w tym momencie przed możliwie największym zagrożeniem. Budowanie opozycji na zasadzie „naród kontra zdrajcy” i „prawdziwy lud kontra elita” to klasycznie faszystowskie klisze służące przede wszystkim kreowaniu języka politycznego na poziomie regresywnego nacjonalizmu. (…) Różnica między nacjonalistyczną „ludowością”, a ruchem proletariackim polega też na tym, że ta pierwsza pozostaje pod bezpośrednią kontrolą prawicowych i kapitalistycznych elit. To „ludowość”, która zakazuje samokształcenia i odcina się od edukacji i postępu, na której czele stoi bogaty kler w parze z prawicowymi elitami partyjno-biurokratycznymi i czerpiącym z tego największe profity światem biznesu. Wulgarny naturalizm, promowanie złego gustu i myślenia w kategoriach Polak/Wróg nie jest więc wcale „oddolnym, ludowym wynalazkiem”, tylko konstruktem służącym na rzecz uprzywilejowanych i bogatych.

Bez krytyki klasy kapitalistycznej i nietykalnych jak dotąd przedsiębiorców każda „krytyka” skazana będzie na pogoń za mitycznymi, czyhającymi na „prostego człowieka” i kradnącymi „elitami” – w obrębie których z równym powodzeniem umieścić można dziś biednych doktorantów i nauczycieli, jak i właścicieli dużych firm i spadkobierców kulczykowych fortun. Tego właśnie chce PiS, którego pomysł na „polski lud” i „Polaka” jest bardzo wyraźny: to polujący na sodomitów Polak-tylko-katolik, który walczy ze wszystkimi sąsiadami, przeciwko wszystkim postępowym ideom i na rzecz utrwalania nacjonalistycznego ciemnogrodu, którego istnienie jest zresztą po prostu skrytym życzeniem samego kapitału, który w ten właśnie sposób pozbywa się odpowiedzialności za politykę i zwala swe winy na barki złych ludzi z partii rządzącej. Tak otumaniona klasa pracująca staje się zresztą całkowicie bezwolna, bierna i bezradna w obliczu ataków ze strony samego kapitału.

Nie istnieje więc żaden „lud” do którego trzeba się zniżać i na którego poparcie przepis posiada rzekomo wyłącznie PiS. Prawie wszyscy żyjemy już w kręgu tej samej socjalizacji i w coraz bardziej jednorodnej kulturze.

Uniwersalna, przemysłowa kultura generowana przez współczesny kapitalizm wytwarza możliwości raczej łatwego nawiązywania wspólnego języka ze wszystkimi. Żyjemy w erze wielkiej uniformizacji. Oglądamy, czytamy i pozostajemy w kręgu podobnych treści. Powoli są to już zresztą treści przede wszystkim o pochodzeniu zagranicznym, czego kwintesencją jest m. in „Netflix”, będący zinstytucjonalizowaną i zintegrowaną siecią produkcji kulturowej rodem prosto z prognoz Theodora Adorno. Dlatego właśnie budowanie tożsamości młodych pokoleń na Żołnierzach Wyklętych nigdy w pełni się nie powiedzie. PiS-owi po prostu zabraknie do tego miejsca na Youtubie, filmów w kinach, wyświetleń na instagramie i filmików na snapchacie. Prawicowa repolonizacja kultury nie jest już możliwa. To przedpotopowa bajka dla oderwanych i naiwnych.

Cała współczesna narodowa hucpa jest zresztą tylko mało popularną stylówą, która opiera się na sentymencie do podziałów rodem z czasów Powstania Warszawskiego. Trudno już nie traktować tego z przymrużeniem oka. Podobnie społeczeństwo traktuje też w gruncie rzeczy cały blichtr PiS-owskich darów. Już za 10 lat ostatni żywi świadkowie Wojny przejdą do historii, a PiS-owska estetyka, której główną siłą jest wieczne pragnienie zemsty na Niemcach i Rosjanach ostatecznie przejdzie już do lamusa.

W tej sytuacji wystarczy wiedzieć jak odpowiednio się zachować. Kluczem do politycznego sukcesu pozostaje kwestia stosowania odpowiedniego języka, bycia zrozumiałym i czytelnym, a także bliskim wyobraźni świata pracy – a nie świata biznesu. Spajająca siła nacjonalizmu z przyczyn obiektywnych – głównie z uwagi na słabość polskiej gospodarki i ze względu na rzeczywiste warunki życia w naszym kraju – zawsze będzie płytka i prymitywna.

Nowe problemy: katastrofa klimatyczna, kwestia migracji, miejsce pracownika i jego prawa w turbokapitalistycznym świecie chwilówek-śmieciówek… będą kształtowały zupełnie nowego i odpornego na kapitalistyczną propagandę sukcesu człowieka.

I o tych ludzi trzeba walczyć.

Nie gram w tę grę

O tym, jak ginie kapitalizm, o ideach, na które jeszcze nie jesteśmy gotowi i o tym, jak ratować Warszawę przed neoliberalizmem i reprywatyzacją Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Ikonowiczem.

 

Maciej Wiśniowski (strajk.eu): Z ogromnym zainteresowaniem i entuzjazmem słuchałem twojego przemówienia 1 Maja. Podobne emocje towarzyszyły mi podczas wystąpienia w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa, kiedy mówiliśmy o stosunku lewicy do zjawiska wojny i militaryzmu. Kiedy się ciebie słucha i widzi, to aż się chce pójść i spalić jakiś burżuazyjny przybytek. Jednocześnie jednak jesteś zawodowym przegranym. Ludzie ci klaszczą i ja ich rozumiem, bo sam ci klaszczę. A potem idziesz na wybory warszawskie z rozkoszną pewnością, że znowu się nie uda. Co jest? Ikonowicz jest do dupy, lewica jest do dupy czy rzeczywistość jest nie taka?

No to może się rozejrzyj. Świat idzie w jakąś stronę i nie jest to kierunek lewicowy. Zależy, jakie masz cele. Jeżeli sobie stawiasz taki cel, by osiągnąć 5 proc. i dostać dotację, a potem wprowadzić kilku albo kilkunastu posłów do Sejmu, to są to cele racjonalne i osiągalne. Można klepać wtedy komunikat o korekcie kapitalizmu i delikatne lewe centrum to łyka.

 

Ale to jest nominalna lewica, a radykalna?

Skrajna lewica w Polsce nie występuje, więc prawica ją kreuje. Jak się walczy z systemem, to trzeba budować taką formację polityczną, która pokaże, że kapitalizm nie spełnia żadnych oczekiwań, że czarny scenariusz jest nieunikniony i że nie wróci do poziomu państwa dobrobytu. Bo nie wróci.
Wszystko idzie w kierunku umów śmieciowych, utrwalania nazistowskiej koncepcji zasobów ludzkich. Naziści ją wymyślili, kapitaliści ją przytulili. Podmiotowość ludzi pracy, humanizm i to wszystko zostało odrzucone w imię po pierwsze darwinowskiej walki o przetrwanie, a po drugie w imię sukcesu. Gdybym ja miał oceniać człowieka wyłącznie poprzez sukces polegający na tym, że dopchał się bliżej żłobu, świecznika i co tak jeszcze sobie stawiamy za cel, znaczenia, to mógłbym się z Tobą zgodzić, że jestem przegrany. Ale ja nie gram w tą grę polegającą na tym, że mam zdobyć ileś tam punktów, godząc się na panujący system.

 

Uważasz, że nie czeka nas w tej rzeczywistości nic dobrego?

Tak naprawdę przegrani są wszyscy ci, którzy nie dokonują zamachu na system i nie próbują budować dla niego alternatywy. System ten niszczy przyrodę, ludzkość i znaną nam cywilizację łącznie z demokracją, ubezpieczeniami, urlopami płatnymi i tak dalej. To wszystko znika na naszych oczach. Trzeba być lemingiem albo bardzo cynicznym człowiekiem, przekonanym, że zdąży umrzeć, zanim to wszystko walnie. Myślę, że ci wszyscy młodzieńcy, którzy marzą o tym, że niebawem będą radnymi albo posłami w gruncie rzeczy tak właśnie myślą – mają nadzieję, że nie dożyją końca.

Albo nie wiedzą, że to ginie. To oznacza, że za mało czytają, za mało widzą.

 

Nie grasz w tę grę. To w co grasz?

Gram w stworzenie partii ludzi pracy. To jest strategia na przyszłość. Stworzyliśmy ją, niedużą, ale jest. Po co jest taka partia? Skoro jej nie ma w Sejmie, rządzie i samorządzie, skoro nie ma tam reprezentacji ludzi pracy, to można zwolnić z PLL LOT działaczkę związkową i nikogo to nie zaboli. Bo nie ma posłów labourzystowskich (tych od Jeremy’ego Corbyna) albo pracowniczych, którzy podniosą larum. Jest w Polsce 16 milionów ludzi pracy najemnej, którzy nie mają swojej partii.

 

A chcą ją mieć?

Potrzebują jej, masz natomiast rację, że świadomość ludzi pracy jest słaba. Mnie ludzie zaczepiają na ulicy. I oni nie dyskutują z potrzebą istnienia takiej partii. Problem tylko w tym, jak często możemy tą potrzebę komunikować. Kampania wyborcza jest dobrą okazją do takiego komunikatu. Jestem najczęściej chyba występującym działaczem lewicy w mediach. Przy czym ciekawe: przede wszystkim w sprawach społecznych, a nie politycznych.

 

Bo teraz bardzo dużo się mówi o tym, jak PiS głaszcze ludzi.

Niedawno w audycji telewizyjnej spotkałem się z poglądem, że ludzie są przez PiS rozpieszczeni. Zajmuję się właśnie rodziną, której mieszkanie się spaliło. Oni mieszkają w dzielnicy, w której rządzi PiS. I nie chcą wrócić do swojego mieszkania, bo tam jest 10 metrów kwadratowych bez toalety. Nie wiem, czy to jest oznaka rozpieszczenia, wiem natomiast, że według danych Eurostatu 75 proc. dzieci żyje w warunkach nadmiernego zagęszczenia. Co to znaczy? Że biją się o kawałek blatu do odrabiania lekcji. W krajach, do których emigrują, każde dziecko musi mieć swój pokój. I one są z podatków, te pokoje.

 

Mówisz o konkretnych przypadkach, a nie o rewolucji.

Nie można dzisiaj powiedzieć ludziom: „zmieńmy system”. Bo oni ten system mają w głowach. Bardzo często ci, którym świadczymy pomoc, bardzo nalegają, by po wszystkim nam zapłacić. Nie rozumieją tego, że my chcemy wejść w relację społeczną, chcemy wspólnie budować siłę masową, a niekoniecznie chcemy od nich te 5 złotych. Ale oni mają w głowie tę drobnomieszczańską, kapitalistyczną mentalność: niewolniczą. I ją trzeba z ludzi wyciskać, a nie jej schlebiać.

 

Bo lewica dzisiaj mówi o czymś zupełnie innym.

Problemem zasadniczym są priorytety na lewicy. Myśmy bardzo długo uważali, że tematy obyczajowe trzeba odsuwać, bo one nam tylko utrudniają. Potem jednak Palikot pokazał, że one też są ważne i że można na nich robić politykę. Ale tylko dla klasy średniej, wśród której my nie mamy czego szukać. Zresztą klasa średnia to realnie około 500 tysięcy ludzi, choć uważa się za nią kilka milionów. Potem niektórym z nich udzielamy pomocy, kiedy spadają na dno, bo okazuje się, że nic nie było ich, tylko banku.

Nie możemy więc głosić: budujmy socjalizm, skoro w umysłach jest kapitalizm. Musielibyśmy więc wprowadzić jakiś system opresji, bo zderzylibyśmy się z kapitalistyczną mentalnością. Byłaby to taka sama sytuacja, jak w 1946 roku, kiedy radzieccy wkroczyli tu robić socjalizm. PPS to piękna karta historii, ale ona nigdy nie przekraczała 20 proc.

Naszym programem jest przemiana społeczna, czyli zaszczepienie humanistycznych i egalitarnych ideałów społeczeństwu w toku walki o lepsze życie. W walce o upodmiotowienie ludzie odrzucaliby poglądy, które im narzuciła klasa pieniądza i władzy, żeby móc ich wyzyskiwać.

 

Tylko ty, niezależnie od moich ocen i rozczarowań, potrafisz wyjść na ulicę i wyciągnąć 500 osób, co jak na dzisiejsze warunki to nie jest mało. Ale to, co teraz mówisz, jest obrazkiem dość pesymistycznym. Szkody, które przyniósł kapitalizm, są nieodwracalne. A jeśli nawet jednak odwracalne, to nie mam odpowiedzi, w jaki sposób je odwracać. Orzesz na ugorze, który nie daje ci plonów. Pomagasz ludziom, którzy potem na ciebie nie głosują. Może więc jest tak, że my źle myślimy, może inaczej trzeba myśleć

Ja nie sądzę, żebyśmy mieli problem z komunikowaniem. Nie musimy udawać. Wiemy, jak się żyje, ile co kosztuje i czemu nie działają te przepisy, które wymyślono, by jakoby pomóc. Socjaldemokraci wierzą szczerze, że zrobią tutaj jakąś Szwecję czy Danię. Skupiają się przy tym na redystrybucji, na podatkach i na pomocy społecznej. Z tego zrodził się pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego i tak dalej. To bardzo fałszywa droga.

Nasi oponenci ciągle mówią nam: „komu mamy zabrać, żeby rozdać?” albo „zabieracie najbardziej produktywnym, którzy tworzą dochód, innowacje, kapitanom przemysłu…” i ludzie to kupili. Nie chcą być obdarowywanymi. Ciekawe, że 500 plus i podobne są zawsze powszechne. Słusznie. Ludzie obdarowywani pomocą uważają, że są gorsi. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, chwalą się, że nie korzystają z pomocy społecznej albo tłumaczą, czemu musieli z niej skorzystać. PiS świetnie to zrozumiał i jak dał, to wszystkim, żeby nikogo nie wyróżniać negatywnie. To bardzo lewicowe.

 

Jaka jest więc alternatywa?

Nie trzeba nikomu zabierać. Ja mówię im tylko: „przestańcie nas okradać przy każdej wypłacie” Tu jest istota problemu i konfliktu, że okradają nas zatrudniciele, niesłusznie zwani pracodawcami. A ludzie nie nauczyli się liczyć i sprawdzać, jaką wartość ma ich praca. Bo zyski to jest wynik ich pracy, nie ma innych zysków. Nie ma zysków bez pracy. To jeszcze mówił Smith przed Marksem.

My mówimy, że to, co wam dają to jest jałmużna, dają wam tyle, żebyście następnego dnia mogli przyjść do roboty, a teraz, kiedy sytuacja na rynku jest inna, płacą tyle, żebyście nie poszli do konkurencji. Im bardziej męczącą macie pracę, tym mniej wam się chce szukać lepszej oferty pracy. Przyjrzyjcie się tym zyskom i spytajcie, jaki ułamek z zysków tworzy waszą pensję. Wystarczy, że pracodawca nie będzie nas łupił. Od razu mamy pełne kieszenie i jesteśmy podmiotowi, śmielsi. Mało tego, te 8 godzin pracy, podczas których jestem użyteczny społecznie, bo przyczyniam się do rozwoju kraju i społeczeństwa, stwarza poczucie dumy. Człowiek chce się czuć użyteczny. To jest moment, kiedy alienacja pracy zaczyna kruszeć. Przedsiębiorca przestaje mieć niewolników, ma partnerów. Jest synergia we wspólnym wysiłku. Jeżeli stworzymy algorytm, że indeksujemy płace do wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa, to ludzie nie tylko się upodmiatowiają, ale też niesamowicie zasuwają. Ich płaca zależy od wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa. Owszem, czasem ktoś się potknie. Wtedy wszyscy musimy się zrzucić na tych, którym się nie powiodło. Być może również na tego przedsiębiorcę, który ma wyłącznie długi. To nie jest tak, że on nie jest człowiekiem i nie ma rodziny. Do mnie tacy przedsiębiorcy przychodzą, którzy uwierzyli w mit Balcerowicza o self-made manie.

 

Wróćmy do lewicy klasy średniej…

Tak, oni mówią o koncepcji dochodu bezwarunkowego. To niezwykle niebezpieczna koncepcja. Oznacza ona, że nie jesteśmy już podmiotem, który coś współtworzy, który ma znaczenie i wartość. Jesteśmy wyłącznie balastem, hodowanym do konsumowania. Jesteśmy potrzebni korporacjom, borykającym się z nadprodukcją. Oni będą to dzielić, ale bez nas. Nie będziemy mieli wpływu na cywilizację. Nie można być od razu emerytem. Badania wykazują, że człowiek nie może nic nie robić dłużej niż 5 lat, bo się psychika mu popsuje.

 

To ładnie brzmi, ale pogadajmy, jak te piękne wizje chcesz realizować w Warszawie, na której prezydenta kandydujesz. Rzeczywistość silnie weryfikuje teorię, prawda?

Warszawa z naszego punktu widzenia jest miejsce i łatwym, i trudnym. Łatwym, bo tu nie ma takiej nędzy, jak w niektórych miejscach w Polsce. Można tu zrobić parę ładnych rzeczy z budżetem 14 miliardów złotych. To pozytywne wyzwanie. Kilka lat temu pani Hanna Gronkiewicz Waltz zleciła badania dotyczące długowieczności warszawiaków w poszczególnych dzielnicach. Z nich wynikało, że różnica między Pragą a Ursynowem wynosi 16 lat, na niekorzyść Pragi oczywiście. Co ciekawe, ponieważ była zarażona neoliberalną propagandą sukcesu, schowała te wyniki pod dywan, nie podjęła dalszych badań. Nie zrobiła więc nic, by ta różnica się zmniejszyła. Czyli inaczej powiedziała to, co Borowiecki z „Ziemi obiecanej”: „niech zdychają”.

 

A co Twoim zdaniem powinna zrobić?

Po pierwsze – zlecić zbadanie, jakie są przyczyny tych różnic. Ale klasa średnia i jej mentalność jest taka, że oni od razu, bez żadnych dowodów uznali, że wyjaśnienie jest proste: tamci piją i są nic nie warci. Podczas kiedy przyjrzymy się warunkom mieszkaniowym, zagrzybionym, ciasnym, przeludnionym mieszkaniom, jak często ci ludzie chodzą do lekarza i w ogóle jaki mają dostęp do służby zdrowia i do badań, to wszystko staje się jasne. Człowiek z Wilanowa zapłaci, a człowiek z Pragi czeka po kilka lat na wizytę lub diagnozę, często już spóźnioną. Dodaj do tego czas pracy i brak urlopów plus stres wynikający z presji ekonomicznej, który po prostu skraca życie.

 

Zbadać i co dalej?

Trzeba więc było zbadać to wszystko do końca, zastanowić się, jak zmienić ten stan rzeczy, jak pomóc prażanom. Po pierwsze zatem – diagnoza społeczna. Nie taki żarcik, jaki prezentuje profesor Czapiński, tylko porządna i wszechstronna. I my to chcemy zrobić.

Wielkie zadanie, jakie stoi przed przyszłym prezydentem Warszawy to jest połączenie obu brzegów Wisły. Są przecież dzieci na Pradze, które nigdy nie widziały Zamku Królewskiego ani Łazienek. Mieszkańcy Pragi czują się na lewym brzegu gorsi. Do tego zapobieganie sytuacjom prekaryjnym. Dla ludzi biednych Warszawa jest potwornym miejscem – bo jest potwornie droga i ich na nic nie stać. Ludzie niezdolni do pracy, niepełnosprawni lub emeryci bez emerytury, mają 604 złote zapomogi. 604 zł na zawsze, bo ten zasiłek pomniejsza się o inne świadczenia, które dostajesz. Jeśli dadzą ci dodatek mieszkaniowy, to też go odliczają od zasiłku. I wciąż masz na życie 604. Lada moment dojdą do tego ci, którzy byli na umowach śmieciowych i nie wypracowali emerytury. To dzisiaj ludzie w średnim wieku. Skończą z zasiłkiem stałym 604. My proponujemy zasiłek drożyźniany z pieniędzy samorządowych. 300 złotych. To jest jedna kolacja – ktoś powiedział. Jak dla kogo, dla niektórych to dziesięć dni życia. Człowiek palący zacznie kupować papierosy, a nie zbierać je z chodników. To jest fenomen, którego nie rozumieją urzędnicy strofujący biednych, że nie mają na rachunki, ale mają na papierosy. To jest dla nich często jedyna radość w życiu. W obozach ludzie chleb oddawali za papierosy. Ktoś, kto nie był w takim stresie i w takiej biedzie nie ma prawa opowiadać o rzucaniu palenia.

Takich biednych, potrzebujących dodatku drożyźnianego nie ma aż tak dużo. Starczy dla nich po te 300 złotych i nie uszkodzi budżetu.

 

Chcesz mi powiedzieć, że dołożysz do minimalnych emerytur, czyli byłym ubekom też?

To są ludzie. Mają nie jeść? Chociaż ich wciąż ten problem nie dotyczy.

Warszawa jest miastem, w którym na siebie krzyczą, trąbią, obsesyjnie się śpieszą. Ta wrogość też wynika ze strachu. Otaczamy się murami i płotami. A my chcemy rozgrodzić Warszawę. Chcemy wprowadzić przepis, że grodzenie byłoby zabronione za wyjątkiem bardzo poważnych uzasadnień. Żeby zlikwidować strach przed biednymi, co jest syndromem Trzeciego Świata, trzeba zlikwidować biedę. Zlikwidowanie ogrodzeń spowoduje, że ludzie zaczną widzieć innych. Do tej pory nie dało się zobaczyć innego człowieka, pędząc z domu do samochodu, z samochodu do pracy i z powrotem przed telewizor.

 

Opowiadasz o zamiarach, a chciałbym jeszcze usłyszeć, skąd weźmiesz na to pieniądze, bo to stały argument: lewacy rozdają, a nie zarabiają.

Miasto to nie firma. Ma duży budżet, wystarczający na potrzeby warszawiaków. My nie jesteśmy szaleni, nie chcemy zakazać rozwoju, powstawania nowych osiedli. Chcemy, żeby w centrum byli ludzie, sklepy i normalne życie, a nie tylko banki i pustka wieczorami. Trzeba stworzyć sieć banków komunalnych, które będą finansować miasta. To są rzeczy, które już gdzieś zrobiono, to działa. Jest problem śmieci, na których można zarabiać. Trzeba zatrzymać prywatyzację miasta. Może trzeba pomyśleć o odkupieniu spółki ciepłowniczej w Warszawie.

 

A jak będzie wyglądała Twoja kampania wyborcza?

Jak zwykle. Pojadę do tej pani, która nie chce wrócić do swojego spalonego mieszkania. Potem zaprowadzę przed Ratusz mieszkańców czterech bloków, którym chcą postawić plombę pod oknami, potem spotkam się z 97-letnią staruszką, byłą więźniarką Pawiaka. Niemcy jej nie zabili, a władzom stolicy może się udać, bo chcą ja usunąć z mieszkania.

 

Bardzo szanuję twoje inicjatywy, ale to nie przebije się nigdzie i nikogo nie będzie obchodziło na tyle, by miało przełożenie na głosy wyborców. Może skupić się na reprywatyzacji?

Montujemy ruch oporu przeciw reprywatyzacji. Żadnych zwrotów – w naturze, akcjach, czym tam jeszcze. Koniec, żadnych zwrotów i żadnych wyjątków. Albo to przerwiemy, albo Polska będzie podzielona, ponieważ mnóstwo podmiotów zagranicznych zgłasza swoje roszczenia. Będziemy zbierać podpisy pod projektem ustawy. Myślę, że zbierzemy te 100 000 podpisów. To też będzie kampania wyborcza. Drugim elementem tej kampanii będzie blokowanie eksmisji z budynków reprywatyzowanych.

Chętnie stanę do publicznej debaty z Patrykiem Jakim i Rafałem Trzaskowskim na tematy społeczne. Oni przegrają. Jeżeli ludzie na mnie zagłosują, to będą mieli pewność, że ktoś się nimi zajmie. Jak na innych – tej pewności nie będą mieli. To kwestia wiarygodności. I zdecydowania.

 

A co mówią sondaże?

– One mówią, że mam niewielkie szanse. 2-3 proc. Otóż większość ludzi nie wie o tym, że kandyduję. Jak się dowiedzą, to te sondaże będą dużo lepsze.

 

Czego życzę. Dziękuje za rozmowę.

Popsuta winda społeczna

Pochodzenie klasowe jest dziedziczone, a mobilność klasowa nie jest zjawiskiem powszechnym. Najnowszy raport OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) potwierdził jeden z głównych zarzutów stawianych globalnemu systemowi ekonomiczno-społecznemu przez antykapitalistyczną lewicę.

 

„W kapitaliźmie możesz być kim chcesz”, „Wystarczy zaradność i trochę oleju w głowie by osiągnąć sukces”, „Kapitalizm nagradza pracowitych” – to tylko niektóre z ideologicznych sloganów, serwowanych przez wolnorynkową propagandę. Z takim przekazem spotykamy się już od wczesnych lat dzieciństwa. Jeśli jesteś dzieckiem robotnika, sam raczej też nim zostaniesz – przytrzyma cię „lepka podłoga” – mówią eksperci OECD, których opracowanie „Popsuta winda społeczna” nie pozostawia żadnych złudzeń – zjawisko uwięzienia na dole drabiny społecznej wciąż jest powszechne i nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się poprawić.

Mobilności społeczna to zdolność do przełamywania determinantów pochodzenia klasowego. Kapitalistyczna bajeczka mówi nam, że dzięki edukacji, a następnie ciężkiej pracy można osiągnąć każdy cel. Wystarczy, że odnajdziemy w sobie odpowiednią determinację. Jak jest w rzeczywistości?

Autorzy raportu OECD udowadniają, że kluczowym czynnikiem nie jest indywidualne nastawienie jednostki, a to kim są jego rodzice. Stabilność finansowa, a także psychologiczna wytwarzają w człowieku zespół umiejętności, który daje przewagę już na starcie. Przełamanie tych socjalizujących wpływów jest niezwykle trudne, a czasem wręcz niemożliwe. Pokazuje to przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie aż 67 proc. dzieci menedżerów zostaje menedżerami. Do grona 25 proc. najlepiej zarabiających w USA dostaje się tylko 10 proc. dzieci z najbiedniejszych rodzin i co drugie dziecko z grona najbogatszych.

Polska, a z krajów europejskich również Węgry i Portugalia znalazły się wśród krajów, w których problem dziedziczenia biedy jest poważny. Na drugim biegunie są: Islandia, Holandia, Szwajcaria, oraz, co ciekawe, Izrael, w którym tylko 17 proc. robotniczych dzieci zostaje robotnikami, a 27 proc. – menedżerami.

Awans klasowy nie jest najczęściej procesem, który odbywa się w jednym pokoleniu. Przejście rodziny o niskich dochodach do poziomu średnich dochodów zajmuje przeciętnie pięć pokoleń. Autorzy raportu zaznaczają jednak, że państwo może wspierać takie procesy. I tak, np. w Danii potrzeba do tego tylko dwóch pokoleń, co jest rekordem europejskim. Nieźle jest też w pozostałych krajach skandynawskich – tam można zostać klasą średnią w trzecim pokoleniu. Na Węgrzech – dopiero w siódmym.

Jak wraca cenzura

Za czasów rywalizacji miedzy obozem socjalistycznym a kapitalistycznym, Zachód stawiał na swobody indywidualne, zaś Wschód promował równość i prawa społeczne. Jeśli nawet były odstępstwa od zasad założycielskich danego ustroju, to każdy z nich musiał choćby starać się o ich realizację. Jednocześnie każdy przyjmował pewne cechy przeciwnego obozu. A wiec, dzięki strachowi przed „bolszewikiem z nożem w zębach” wprowadzano od 1917 r. na Zachodzie więcej praw socjalnych, a dzięki „pozornej demokracji burżuazyjnej”, zakres swobód indywidualnych stale rósł na Wschodzie.

 

Na przełomie lat 60. i 70. osiągnięto po obu stronach żelaznej kurtyny pewną równowagę. Wtedy zdawało się, ze odprężenie ostatecznie zwyciężyło, a teoria konwergencji zaczyna się sprawdzać. Model szwedzki jawił się wtedy jako idealny wzór „socjal-kapitalizmu” z ludzką twarzą. To złudzenie prysło, kiedy amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy wymusił nowa spiralę zbrojeń i kiedy pętla zadłużenia zacisnęła się na bloku wschodnim, który zaczął pękać.

 

Prawdziwe oblicze kapitalizmu

Dziś, będąc już prawie bez konkurencji ustrojowej, kapitalizm wrócił do swej wilczej natury sprzed rewolucji XX wieku, z masowym bezrobociem, powszechnym prekariatem, demontażem zdobyczy socjalnych, ciągłymi wojnami imperialistycznymi itp. Co gorsza, zakres swobód obywatelskich zmniejszył się w ciągu ostatnich trzech dekad. Wszędzie mamy do czynienia z wzrastającą nietolerancją, próbami kontrolowania obywateli i odchodzeniem od helsińskich zasad „wolnego przepływu ludzi i idei”. Z różnorakimi formami represji mamy do czynienia w Polsce, na zachodzie widzimy coraz większą uległość mediów kiedyś odważnych, jak angielski „Guardian”, francuska „L’Humanité” czy amerykański „Counterpunch”. Gdy dodać do tego rozwój rasizmów oraz kreowanie obrazu wroga, okazuje się, że wszędzie teoretycznie liberalne, demokratyczne i konsumpcyjne społeczeństwa podważają swoje zasady założycielskie, na których się rozwijały i wygrywały z realnym socjalizmem.

W latach zimnej wojny Zachód kpił z mediów wschodnioeuropejskich, które tropiły obcą agenturę w każdym przejawie społecznego niezadowolenia, zamiast analizować obiektywne przyczyny tych nastrojów. Władcy realsocjalizmu woleli wtedy potępiać niedojrzałość własnych rodaków i uzasadniali wprowadzaną cenzurę koniecznością uświadamiania nie wyrobionych jeszcze politycznie mas. Dziś w „ojczyźnie wolności”, za jakim podaje się Francja, mamy do czynienia z podobną argumentacją. Nie dość, że demontuje się krok po kroku rozbudowane wcześniej państwo opiekuńcze, to na dodatek podważa się teraz nawet podstawy ustroju liberalno-demokratycznego: pluralizm światopoglądowy i swobodne ścieranie się opinii i poglądów.
W odpowiedzi na proces kapitalistycznej koncentracji powstały jak grzyby po deszczu liczne blogi lub czasopisma internetowe, do których ucieka ta część opinii publicznej, która zdążyła się zniechęcić do narracji mediów rządowych i prywatnych. To zjawisko spotyka się z oburzeniem ze strony elit, wyrażających wątpliwości wobec mediów krytycznych co do „mainstreamu”.

 

Cenzus wiarygodności?

Zanim Macron doszedł do władzy duże dzienniki niby „centrolewicowe” jak „Le Monde” czy „Libération” przy aprobacie władz wydały poradniki „Decodex” i „Check News”, równocześnie ogłaszając w nich spis mediów alternatywnych siejących jakoby nieprawdziwe informacje, wsadzając przy tym do jednego worka «czerwono-brunatnych» głosicieli antysemityzmu, promotorów tez o inwazji kosmitów i jednocześnie media przedstawiające racjonalną krytykę kapitalizmu, biurokracji brukselskiej i wojen natowskich. Wielu autorów zarówno z lewicy, jak i z prawicy ogłosiło też, ze antysyjonizm to nowa forma antysemityzmu, który się szerzy wśród mas, szczególnie muzułmańskich, czyli ludowych. Skoro pojawiła się potrzeba wroga a nie istnieje już ZSRR i kiedy najbardziej zacofane państwa niby muzułmańskie są wylęgarnią terrorystów i jednocześnie sojusznikami Zachodu, zaczęto poszukiwać na gwałt całkiem innego winowajcy wzrostu autorytetu mediów alternatywnych. Znaleziono go znowu w Rosji, która ma jakoby finansować biedne media alternatywne, mimo że ten kraj stał się tak samo (jeśli nie bardziej) kapitalistyczny jak państwa zachodnie.

Ataki na media alternatywne we Francji zaczęły się w czasie dwóch poprzednich prezydentów, kiedy to dobrze płatni dziennikarze i publicyści telewizyjni starali się podgrzać nastroje skierowane przeciwko alternatywnym źródłom informacji. Ale po dojściu do władzy Macrona zaczęto pracować już nad ustawą o kontrolowaniu mediów. Jeszcze w czasie swej kampanii wyborczej, sztab przyszłego prezydenta nie dopuścił do swych konferencji prasowych przedstawicieli niektórych mediów, m. in. francuskojęzycznej „Russia Today”. Na dodatek obecna ministra… kultury, Françoise Nyssen, postanowiła przygotować ustawę przeciwko „manipulacji informacją, która działa jak powolna trucizna i niszczy nasze życie demokratyczne (…) Wobec obecnych niebezpieczeństw, bierność jest równoznaczna ze zwalczaniem wolności”. Jej zdaniem, „przeciwko manipulacji informacją, zdolności obywateli do odróżnienia prawdy od fałszu już nie wystarcza”. Uznała więc, że potrzebna jest ustawa, czyli nazywając rzeczy po imieniu, cenzura mająca bronić… prawdy i pluralizmu.

 

Wzorzec mainstreamu

Jakby nie wystarczyło, że obok mediów państwowych, 95 proc. mediów prywatnych we Francji należy do dziesięciu miliarderów i że publiczne dotacje do mediów trafiają praktycznie wyłącznie do nadawców stroniących od konsekwentnego krytykowania dogmatów liberalnych, NATO czy UE. To okazało się za mało, by trzymać społeczeństwo w ryzach. Ministra zastrzegła z góry, ze ustawa nie dotyczy „mediów profesjonalnych”, a więc tych, co zapowiadali, ze „Baszszar bez wątpienia upadnie w ciągu następnych tygodni”, a wcześniej głosili tezę o „masowej zbrodni Ceausescu w Timisoarze”, o „zamordowaniu nowonarodzonych w Kuwejcie przez armie Saddama Husajna”, o fiolkach Collina Powella, a ostatnio o rosyjskim szlaku śmierci „zmartwychwstałego” później dziennikarza Arkadija Babczenki. Tych samych, którzy utaili francuską rolę w zamordowaniu Kadafiego lub militarną ingerencję Paryża w proces wyborczy na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jednym słowem tych, co kłamiąc i nie sprawdzając faktów, kłamali w interesie systemu. Kłamstwa, według ministry, należy szukać tylko wśród wątpiących, wśród tych działaczy społecznych, co tworzą media niedotowane i niezależne od prywatnych wielkich reklamodawców.
Bądźmy szczerzy, odkąd istnieje życie polityczne na ziemi, zawsze istniała jakaś forma cenzury, jawnej lub ukrytej, ale system liberalno-demokratyczny w czasie swego apogeum redukował ją do minimum, często zresztą dlatego, ze obok ustaw istniały mocne siły lewicowe, które wymuszały pewna równowagę. Wbrew temu, co oficjalnie się głosi, kapitalizm wcale nie musi oznaczać demokracji. Może świetnie prosperować pod rządami autorytarnymi lub totalitarnymi. Na etapie koncentracji kapitału, pluralizm traci w oczach właścicieli środków produkcji i wymiany swoje uzasadnienie. Nie ma go już, kiedy warunki socjalne ulegają degradacji, kiedy bogaci bogacą się, a biedni biednieją lub migrują z kraju do kraju, z regionu do regionu. Bierna niechęć do „prostych ludzi” się szerzy, co oznacza, że „tłum” odchodzi od oficjalnie głoszonych haseł akurat wtedy, kiedy notable przejęli kontrole nad większością formacji osłabionej i rozbitej lewicy. Korzystając z tej chwilowej sytuacji, rząd francuski forsuje masę ustaw antysocjalnych i powrót cenzury, co ma paraliżować tych, co wyrażają niechęć wobec elit politycznych i kiedy liczba strajków wzrasta i pojawia się coraz więcej oddolnych akcji społecznych.

 

Zmierzch czwartej władzy

Proponowana ustawa spotkała się z krytyka opozycji, a także wielu dziennikarzy mediów mainstreamowych, którzy obawiają się, że stracą dotychczasową rolę twórców opinii i staną się jedynie poddanymi.

Proponowane przez liberalne elity rozwiązania dowodzą, że system się kruszy, co przypomina nieco atmosferę Europy Wschodniej lat 80. Tyle, że póki co nie ma rozbudowanej alternatywy i dopiero zaczyna się myślenie o realnym modelu zastępczym.

 

Dr Bruno Drweski jest historykiem, wykładowcą Narodowego Instytutu Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) paryskiej Sorbony, członkiem Komitetu Publikacji INALCO.

Lewicowy brexit. Walka klasowa, nie narodowa

Brytyjska lewica musi forsować socjalistyczną drogę wyjścia z UE, inaczej nacjonaliści zagarną wszystko.

 

Mijają dwa lata od czasu, gdy Brytyjczycy zdecydowali o Brexicie, i Londyn, choć bez entuzjazmu, konsekwentnie zmierza do wystąpienia z Unii Europejskiej. Rząd Theresy May cały czas próbuje łudzić ludzi bajką, że rozwód przeprowadzi w sposób pragmatyczny a jednocześnie honorowy. Panika, która dwa lata temu ogarnęła klasę rządzący, dawno już ustąpiła polityce chłodnej kalkulacji. Jednak wiara, że Brytania rozstanie się z Unią politycznie, ale ekonomicznie pozostanie jej częścią, jest dziś już tylko pobożnym życzeniem.

Gospodarka Zjednoczonego Królestwa zupełnie dziś kuleje, a obsesyjne cięcia pogłębiły tylko stagnację. Wbrew złudzeniom rządu brytyjski kapitalizm wcale nie jest dla UE łakomym kąskiem, nie stanowi istotnego wkładu w gospodarczy całokształt Unii, który już dawno temu został trwale oparty na neoliberalnej hegemonii Niemiec i podziale centrum-peryfyferia. Wielka Brytania nie jest nawet częścią strefy euro, więc swoją secesją nie jest w stanie skutecznie szantażować EBC. Brytyjskiemu rządowi brakuje jakiegokolwiek straszaka. Wyjście w tym wydaniu nie nastąpi w glorii. W ciągu dwóch ostatnich lat entuzjazm wobec Brexitu, zawsze ograniczony, jeszcze osłabł. Według sondaży niewielką przewagę mają Brytyjczycy niechętni wyjściu z Unii i pesymistycznie oceniający jego następstwa. Nigel Farage praktycznie zniknął.

 

Partia Pracy podzielona

Postawa laburzystów jest niejednoznaczna. Większość członków, wyborców i sympatyków Partii Pracy jest zakochana w Unii Europejskiej lub opowiada się za pozostaniem w niej z obawy o to, że po Brexicie ich kraj zamieni się w prawicowy koszmar. Odkąd Jeremy Corbyn umocnił się na pozycji przewodniczącego, zmianie uległ oficjalny stosunek do wyjścia z UE. Nie jest to już – tak jak w 2016 r. – zdecydowany opór ani bicie na alarm. Stanowisko partii to akceptacja „wyboru dokonanego przez społeczeństwo” przy jednoczesnej krytyce rządu za negocjacyjną nieudolność.
Partia Pracy są jednak podzielona – mniej więcej w stosunku 2:1. Z grubsza jedna trzecia chce Brexitu, tak jak sam lider partii. Sympatia Corbyna dla planu wypisania się z Unii jest zdecydowanie najmniej popularnym i jednocześnie najsłabiej rozumianym aspektem jego „radykalizmu”. Charyzma trybuna ludowego, „postępowy populizm” i jawnie deklarowany „socjalizm” to cechy, którymi doprowadził do ożywienia skostniałej Partii Pracy, wyrwania jej z rąk blairystowskich dekadentów i tchnięcia w organizację rewolucyjnego ducha. Rzesze Brytyjczyków – szczególnie młodych – wściekłych na burżuazję pociągającą za wszystkie sznurki na Wyspach, kategorycznie odrzucają ciągłe zaciskanie pasa, którego jedynym skutkiem jest bogacenie się bogatych i pauperyzacja reszty społeczeństwa. W Corbynie widzą zbawcę, który uwolni kraj od plagi nierówności, krwiopijcom z City wybije z głów wszelki wyzysk, a może i samych głów ich pozbawi. Część z nich oczami wyobraźni widzi już, jak Corbyn bez litości dobija kapitalizm – chcą przywrócenia do statutu partii słynnego Paragrafu Czwartego, mówiącego wprost o „uspołecznieniu środków produkcji”.
Przywódca laburzystów wzbudza jednak bez porównania mniejszy entuzjazm swojego elektoratu, kiedy krytykuje Unię Europejską. Pewnie dlatego robi to stosunkowo rzadko. Duża część jego fanów (bo on sam ma jednak status gwiazdy) to ludzie młodzi, nawet bardzo. Nie znają Wielkiej Brytanii bez Unii, a brexit kojarzą tylko z obrzydlistwem nacjonalizmu i nagonką na imigrantów. Jest to też punkt widzenia prawie wszystkich lewicowych mediów w UK. Wśród publicystów „Guardiana” tylko Tariq Ali konsekwentnie zajmował stanowisko pro-leave. Nic dziwnego, że jego teksty ukazują się coraz rzadziej.

Idea brexitu jest najpopularniejsza właśnie wśród ludzi starszych. Nie jest prawdą, że wszystkimi z nich kieruje ksenofobia. Dobrze pamiętają, że ich kraj zawsze podkreślał swą odrębność od kontynentu, również w czasach ich młodości, kiedy po II wojnie światowej laburzyści wywalczyli dla Brytyjczyków wielkie zdobycze socjalne. Socjalizm, walka klas – nikt im wtedy nie kazał wstydzić się tych słów. Jeremy Corbyn też to pamięta. Wie również, że nieodwołalnie neoliberalny charakter UE stawia jego krucjatę o sprawiedliwość społeczną na z góry przegranej pozycji. Inni wolą idealizować Unię w obliczu fali nacjonalizmu. Corbyn to jednak ambitny przywódca. Oznacza to, że wbrew utartym schematom będzie krok po kroku dążył do redefinicji zastanej polityki tak, żeby brexit odzyskać dla socjalizmu.

Prounijna część lewicy właśnie rozpoczyna ogólnokrajową kampanię zmierzającą do odwrócenia brexitu: domagają się nowego referendum, chcą je wygrać i doprowadzić do renegocjacji warunków obecności Brytanii w Unii. Inicjatywę tworzą dziennikarze, politycy pomniejszych formacji, np. Zielonych i Liberalnych Demokratów, lokalni działacze i związki zawodowe. Koncentrują się w dużej mierze na wieszczeniu klęski ekonomicznej, jaka ich zdaniem nieuchronnie nadciągnie wraz z brexitem. Przedstawiciele związku branży transportowej TSSA postanowili otwarcie rozprawić się w eurosceptycyzmem Corbyna: twierdzą, że brexit oznacza dziki kapitalizm, bo poza UE pracownicy pozostaną bez jakichkolwiek praw. Wytoczyli najcięższe działo: przywódca laburzystów musi się liczyć z oskarżeniem o zdradę klasową.

Doszło więc do absurdalnej sytuacji: socjalistyczny szef Partii Pracy postulujący nacjonalizację i krytykujący Unię za neoliberalizm jest atakowany przez związkowców występujących w sojuszu z liberałami, a posądzających go o kolaborację z kapitałem, bo chce wyprowadzić ich kraj z UE, rzekomo gwarantującej im prawa pracownicze i socjalne. W całym tym nieporozumieniu pocieszające jest to, że każda ze stron chce wyjść na jak najbardziej prospołeczną. Złą wiadomością jest to, że związkowcy natomiast mylą się co do charakteru Unii Europejskiej i jest to błąd najczęściej popełniany przez lewicowych krytyków brexitu. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym spór ten znajdzie się w centrum debaty politycznej za Kanałem La Manche.

 

Unia kapitału

Dziennikarz Thomas Fazi i ekonomista William Mitchell przekonująco dowodzą, że socjal kojarzony z UE to tylko kamuflaż fundamentalnie reakcyjnego projektu, którego „zjednoczona Europa” zawsze była częścią. Neoliberalizm od początku, czyli od połowy lat 70. XX w., był wdrażany po obu stronach Atlantyku jako program tzw. Komisji Trójstronnej. Kiedy proinflacyjna polityka keynesowska zawiodła, bo osiągnęła swe granice i nie mogła rozwiązać wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, światowy kapitał zdołał wykorzystać kryzys do odwrócenia na swoją korzyść układu klasowego panującego w najbardziej uprzemysłowionych państwach świata. Skutecznie ograniczono siłę związków zawodowych, podważono układy zbiorowe, zmniejszono udział płac w PKB i uzależniono rządy od rynków finansowych. Aktem założycielskim dzisiejszej Unii Europejskiej był jednoznacznie neoliberalny Traktat z Maastricht z 1992 r., który jasno stanowił, na jakich zasadach będzie się ona opierać:
art. 81 zabrania rządom interwencji w gospodarkę, która może „wpłynąć na wymianę handlową między państwami członkowskimi”,
art. 121 nadaje niedemokratycznie powoływanym ciałom: Radzie Europejskiej i Komisji Europejskiej prawo do wyznaczania „ogólnych ram polityki gospodarczej krajów członkowskich”,
art. 126 określa środki dyscyplinowania rządów przekraczających założony deficyt budżetowy,
art. 151 stwierdza, że polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii”,
art. 107 zakazuje celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych.

Karta Praw Podstawowych, która została później wprowadzona przez Traktat Lizboński i która zdaniem niektórych gwarantuje prawa socjalne i pracownicze, ma charakter ogólnikowy, aksjologiczny. Nie jest de facto wiążąca prawnie, skoro Polska i Wielka Brytania mogły podpisać osobne protokoły, praktycznie podważające jej obowiązywanie w państwach członkowskich, które sobie jej nie życzą. To zapisy z Maastricht wyznaczają politykę Unii, a nie Karta. Doskonale widać to po sukcesywnym demontażu sfery socjalnej we wszystkich krajach UE i po konsekwentnym poddawaniu usług publicznych presji konkurencji rynkowej (co w praktyce oznacza to samo). Karta stanowi jedynie retoryczny kwiatek do kożucha.

Dlatego właśnie, jeżeli kierunek obrany przez dzisiejszą Partię Pracy uznać za postępowy, to bez wątpienia nie może on zostać zrealizowany w Unii Europejskiej. Co ciekawe, gdyby Wielka Brytania podlegała wyłącznie regułom Światowej Organizacji Handlu, zwyczajowo uznanej za neoliberalną matnię, program Corbyna napotkałby bez porównania mniejsze bariery prawne. A program ten zakłada przecież nacjonalizację kluczowych branż: kolei, poczty i energetyki, politykę wielkich dotacji i zamówień publicznych nastawionych na realizację określonego – równościowego – celu społecznego. Można być liberałem i nie wierzyć w jego sens ani powodzenie. Jeżeli jednak ma się poglądy lewicowe, należy zdać sobie sprawę, że próba jego urzeczywistnienia przez przyszły rząd Corbyna spotkałaby się ze stanowczym oporem władz Unii.

Jeżeli wartości takie jak równość leżą komuś na sercu, tak jak i niezgoda na politykę nienawiści uskutecznianą przez populistyczną prawicę, powinno się wziąć pod uwagę, że dogłębnie neoliberalna natura UE generuje poczucie alienacji i gniew społeczny, który faszyści bez wątpienia zagospodarują, jeżeli lewica zdradzi ludzi dla czczych i obłudnych frazesów o „wspólnej Europie”.

 

Strach ma wielkie oczy

Antybrexitowy establishment lubi posługiwać się straszakiem załamania gospodarczego Wielkiej Brytanii, które wieszczy nieprzerwanie od 2016 r. Fazi i Mitchell rozprawiają się również i z tym mitem. Alarm podniesiony przez brytyjskie media w związku wyciekiem wewnętrznego raportu rządu Theresy May ostrzegającego przed zapaścią, do jakiej niechybnie doprowadzi brexit, to wiele hałasu o nic. Są to przewidywania oparte na standardowych założeniach neoliberalnych modeli krótkoterminowych (tzw. DSGE), m.in. o doskonałej samoregulacji rynków, czy „racjonalnych oczekiwaniach”. To neoklasyczna mitologia, wielokrotnie wyśmianej przez ekonomistów krytycznych wobec apologetyki wolnego rynku. Na podobnych założeniach był przecież oparty raport sporządzony jeszcze dla rządu Davida Camerona, przewidujący, że w ciągu dwóch lat po samej decyzji o brexicie dojdzie do gospodarczej katastrofy. Nic takiego nie nastąpiło. Musiał to przyznać „Guardian”, który wcześniej uwierzył w proroctwo o „Armageddonie”.

Fazi i Mitchell podkreślają ponadto, że dane statystyczne z okresu obecności Wielkiej Brytanii we „wspólnym rynku” przeczą twierdzeniom o ekonomicznych korzyściach z członkostwa w UE. Wewnątrzunijny handel nie odegrał żadnej istotnej roli w brytyjskiej gospodarce. Wszystkie podstawowe wskaźniki makroekonomiczne, czyli wzrost PKB, wzrost wydajności pracy, zatrudnienie itd. są zdecydowanie gorsze niż za czasów przedunijnych. To samo dotyczy zresztą pozostałych krajów UE. Był to po prostu okres w pełni rozwiniętego neoliberalizmu, czyli zabierania biednym i średniakom, a dosypywania bogatym przez „niewidzialną rękę rynku”. Wielka Brytania znajduje się dzisiaj w najgorszej sytuacji gospodarczej od czasu II wojny światowej właśnie dlatego, że obsesyjna polityka „oszczędności” zapoczątkowana przez Margaret Thatcher, potem zaś koordynowana przez Komisję Europejską, trwale zniechęciła kapitalistów do inwestycji w realną gospodarkę, a napędzała wyłącznie spekulacje finansowe. Rząd Corbyna mógłby dokonać wielkich inwestycji publicznych koniecznych do wyprowadzenia kraju na prostą. Unia Europejska byłaby przeszkodą.

Tego rodzaju krytyce można zarzucić, że gospodarka Wielkiej Brytanii jest już jednak trwale związana z procesami zachodzącymi w UE i ich zerwanie musiałoby siłą rzeczy poskutkować chwilowym dołkiem. Problemem jest również niezbity fakt, że do tej pory w promocję idei brexitu zaangażowane były siły ultraliberalne, dla których Unia to „socjalizm”. Owszem, tak było. Dzisiaj jednak wyjście przebiega pod rządowym szyldem, a ekstremiści skryli się w cieniu. Sami torysi uderzają w nutę socjalną, obiecując, że pieniądze, które nie pójdą do unijnego budżetu, zasilą służbę zdrowia. Niezależnie od leseferystów, którzy chcą mieć „swój” brexit, większość „mas brexitowskich” chce socjalu. Laburzyści z obozu Corbyna mają nie tylko szansę, ale wręcz obowiązek sprostać ich oczekiwaniom – właśnie po to, by nie zostawiać ich na pastwę prawicy. Lewicowy brexit – niektórzy mówią: lexit – jest przeciwieństwem prawicowego. Rezygnacja z walki o społeczną bazę eurosceptycyzmu jest kapitulacją przed faszyzmem.

 

Warufakis woli zostać

W pozostałych krajach UE lewica oczywiście krzywo patrzy na pomysły Corbyna, bo niestety bliższa jest unijnym salonom niż prostym ludziom, mającym dość cynizmu europejskich elit, zawsze potrafiących dorobić „oświeconą” ideologię do brutalnego wyzysku. Są również tacy jak Janis Warufakis, który ma własne doświadczenie zaciekłych zmagań z euroestablishmentem, a mimo to odrzuca rozwiązania w stylu brexitu.

Popularny w całej Europie twórca ruchu DIEM25, który jako minister finansów Grecji w rządzie Syrizy do upadłego starał się ratować swój kraj przez ostatecznym dorżnięciem przez „Trojkę”, chce zmieniać Unię od wewnątrz. Nie wierzy jednak w hasło „więcej demokracji”, bo słusznie wykazuje, że struktury Unii nigdy nie miały nic wspólnego z demokracją. Twierdzi natomiast, że UE można zmienić na lepsze poprzez ruch masowego i międzynarodowego nieposłuszeństwa wobec jej autorytarnych władz.

To podejście zasługuje na zrozumienie lewicy. U Warufakisa można jednak dostrzec rażącą niekonsekwencję, twierdzi bowiem, że pójście jego drogą – bezkompromisowe starcie z unijnymi instytucjami – będzie dla systemu nie do strawienia, że realnie grozi rozpadem UE i że trzeba być na to gotowym. Po co zatem odrzucać lewicowy brexit, skoro jest jest on w istocie uznaniem konsekwencji, o którym mówi Warufakis? Jedynym wytłumaczeniem jest to, że Grek chce koniecznie dezintegrację Unii koordynować w ramach oddolnego ogólnoeuropeskiego ruchu, będącego podstawą przyszłego zjednoczenia na lepszych zasadach. W dużym uproszczeniu (pewnie zbyt dużym) można więc przyjąć, że Warufakis proponuje nieco utopijną „permanentną rewolucję” zamiast bardziej pragmatycznego wyjścia Corbyna, przypominającego „socjalizm w jednym kraju”.

 

Nie opuszczać ludzi

Internacjonalizm, zawsze bliski sercu autentycznej lewicy, istotnie różni się od burżuazyjnego kosmopolityzmu. Jest niemożliwy w systemie politycznym służącym globalizacji na warunkach kapitału – a tym jest właśnie Unia Europejska. Argument, że przyjęcie brexitu przez lewicę to woda na młyn prawicy, jest pozbawiony podstaw w sytuacji, gdy prawica traci impet, a brexit nadal się rozgrywa i może przybrać różne formy. Zwykli Brytyjczycy popierający wyjście z UE różnią się od skrajnej prawicy, nie są biologicznymi ksenofobami. Próba retorycznego uczynienia z nich niereformowalnych rasistów jest ich ostateczną zdradą, zapisaniem się do obozu liberałów. Poparcie dla brexitu wynika z upokorzenia kapitalizmem, nawet jeżeli termin ten nie pada otwarcie. A systemu kapitalistycznego nacjonaliści nie zakwestionują, dlatego sami okazują się niewiarygodni w swym gasnącym już brexitowym zapale. Ludzie dali się z początku wieść nacjonalistom dlatego, że lewica ich opuściła. Taka jest historia całej fali prawicowego populizmu.

Brexit będzie taki, jaka będzie jego awangarda. Postępowe rozwiązania kwestionujące system zawsze powstają w momencie kryzysu. Cechuje je niepewność, obawa przed triumfem reakcji, oczywiste ryzyko porażki i osunięcia się w przepaść własnego przeciwieństwa. Ktoś, kto nie podejmuje tego ryzyka, nie tworzy historii. Jeżeli laburzyści chcą być przykładem dla europejskiej lewicy, jeżeli chcą ją ożywić w wymiarze międzynarodowym, jeżeli chcą się ostatecznie rozliczyć z pomyłki blairyzmu, jeżeli chcą stworzyć podstawy do autentycznego zjednoczenia Europy – muszą poprowadzić lewicowy brexit.