Damą sceny być

Z HALINĄ KWIATKOWSKĄ, emerytowaną aktorką i profesorką PWST w Krakowie, nestorką polskiego teatru, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

HALINA KWIATKOWSKA, ur. 25 kwietnia 1921 r. w Bochni, aktorka, profesorka krakowskiej PWST, reżyserka, wielokrotnie nagradzana za pracę artystyczną i pedagogiczną, ostatnio w 2007 roku medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Autorka książki wspomnieniowej „Porachunki z pamięcią”. Pamiętna także z ekranu filmowego, z roli Staniewiczowej z „Popiołu i diamentu” A. Wajdy i baronowej Krzeszowskiej z „Lalki” W.J. Hasa.

 

Telewizje często powtarzają „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy i „Lalkę” Wojciecha J. Hasa, a ten drugi film wprost uwielbiam, więc często Panią oglądam…

Zamierzchłe czasy. Utrwaliło mi się w pamięci, że dwaj moi znakomici partnerzy w tych filmach, Wacław Zastrzeżyński w „Popiele” i Mariusz Dmochowski w „Lalce”, mieli problemy alkoholowe. Pierwszego trzeba było niemal cucić do wyjścia na plan, gdzie ja grałam Staniewiczową. Dmochowski, kiedy przyjechałam z Krakowa na plan do Wrocławia i zaprowadzono mnie do niego, obudził się zły, z przekrwionymi oczami i ledwo się ze mną przywitał. Był to profesjonalista wielkiej klasy, choć wyraziło się to w sposób dla mnie nie najmilszy. Kiedy rozmawiałam z nim przed kamerą, jako baronowa Krzeszowska z Wokulskim, to gdy w obiektywie była jego twarz, patrzył na mnie, ale gdy obiektyw skierowano na mnie, patrzył w bok, znudzony. Ale traktuję role w tych dwóch wielkich filmach jako wspaniałe wspomnienie i powód do zawodowej dumy.

 

W listopadzie 1941 roku, w okupowanym Krakowie wzięła Pani udział w konspiracyjnym spektaklu „Króla Ducha” Juliusza Słowackiego. Co Pani pamięta z tamtej atmosfery? Lęk, napięcie?

Napięcie, ale raczej artystyczne niż związane z sytuacją, z okupacyjnymi niebezpieczeństwami. Byłam ogromnie przejęta zadaniem aktorskim. Groza okupacyjna była raczej poza mną.

 

Ten spektakl stał się historyczny także z tego powodu, że wziął w nim udział Pani nieomal rówieśnik, kolega ze studiów polonistycznych Karol Wojtyła…

Tak, a ponadto próby odbywaliśmy w jego lokum, które trudno było nazwać mieszkaniem. Była to suterena przy ulicy Tynieckiej 10 w Krakowie, w istniejącym do dziś domu na Dębnikach, tuż nad Wisłą. Pracowaliśmy w piątkę, a naszym „dyrektorem” i opiekunem artystycznym oraz duchowym był Mieczysław Kotlarczyk. W czasie okupacji daliśmy siedem premier, także „Beniowskiego” i „Samuela Zborowskiego” Słowackiego, „Pana Tadeusza” Mickiewicza, „Pamiętnik artysty” Norwida i fragmenty Wyspiańskiego. Nie zapomnę obecności na jednym z przedstawień Juliusza Osterwy, z rekwizytami takimi jak zapalone świece oraz gruba księga.

 

Z Karolem Wojtyłą znaliście się od czasów przedwojennych…

Tak i spotkaliśmy się już na scenie przed wojną. To był teatrzyk szkolny, gimnazjalny w Wadowicach, gdzie mój ojciec był dyrektorem. Graliśmy „Śluby panieńskie” Fredry. Karol grał Gucia, birbanta i lekkoducha. Grał z wielkim wdziękiem i swadą. Ja zagrałam Anielę. Zagraliśmy też razem w „Balladynie” Słowackiego, on Kirkora i Kostryna, a nadto w „Antygonie” Sofoklesa. W 1938 roku znaleźliśmy się razem na pierwszym roku polonistyki krakowskiej, w tzw. „Gołębniku”, bo przy ulicy Gołębiej. Na naszym roku była też cała grupa przyszłych pisarzy: Wojciech Żukrowski, Tadeusz Hołuj. Marian Pankowski, Juliusz Kydryński i mój przyszły mąż, Tadeusz Kwiatkowski. Naszymi wykładowcami byli m.in. Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka i Zenon Klemensiewicz. Potem przyszła straszna okupacja, rozstrzeliwania, wywózki, marmolada z buraków, gliniasty chleb, przymusowa przeprowadzka na wieś.

 

Po wojnie kontynuuje Pani współpracę z Teatrem rapsodycznym Mieczysława Kolarczyka zapoczątkowaną za okupacji…

Tak, ale już bez Karola Wojtyły, który zmienił studia na teologię i zamieszkał w kurii. Zdecydowanie postanowił zostać księdzem. Pierwszy występ mieliśmy w dalekim Wrocławiu. Byli z nami także znani później aktorzy, Maciej Maciejewski i Danuta Michałowska, a także drugi z naszych duchowych opiekunów obok Kotlarczyka, Tadeusz Kudliński. A potem małżeństwo, mieszkanie w słynnym Domu Literatów i powolne wchodzenie w normalne życie zawodowe, teatralne i filmowe, pełne premier, festiwali, spektakli, spotkań. Zaangażowałam się do teatru im. Słowackiego. W filmie nie grałam wiele, ale za to w wybitnych tytułach, we wspomnianych „Popiele i diamencie” i w „Lalce”. To właśnie na planie „Lalki” poznałam profesora Jana Kreczmara, aktora grającego w tym filmie Łęckiego i wybitnego pedagoga, profesora szkoły teatralnej. Wiele godzin spędziliśmy na rozmowach o nauczaniu aktorstwa. Był pedagogiem z krwi i kości, bardzo mądrym i w praktyce i w teorii. To podczas rozmów z nim po raz pierwszy zrodził się we mnie pierwszy impuls, by w przyszłości zająć się także pracą pedagogiczną. Co też się i spełniło. Wcześniej jednak sama musiałam się wiele nauczyć.

 

Jakie role z tamtego czasu zapamiętała Pani najbardziej?

Na przykład te z repertuaru rosyjskiego. Bardzo lubiłam grać w wystawianym wtedy często Czechowie, choćby Irinę w „Trzech siostrach” czy Warwarę w „Wiśniowym sadzie”. Dobrze wspominam też Dorotę w „Psie ogrodnika” Lope de Vegi, Królową w „Cymbelinie” Szekspira, Ismenę w „Antygonie” Anouilha, dramaturga od lat w Polsce niewystawianego, a wtedy ogromnie popularnego. Przetwarzał on słynne tytuły i motywy klasyczne w lekką, unowocześnioną formę francuską. W ogóle wtedy grało się ogromnie wiele klasyki teatralnej, tragików greckich, Szekspira, Vegę, Moliera, Czechowa, Shawa. Dziś jest jej na scenach polskich jak na lekarstwo. W sumie zagrałam sporo, ponad sześćdziesiąt ról scenicznych. Ostatnio panią Pernelle w „Świętoszku”

 

Na wiele lat związała się też Pani z arcykrakowskim kabaretem Jama Michalika…

Zaczęło się w 1960 roku. Był on nawiązaniem do tradycji młodopolskiego Zielonego Balonika. Teksty dostarczali od początku trzej główni autorzy: Tadeusz Kwiatkowski, mój mąż, a także Bruno Miecugow i Jacek Stwora. Był to kabaret literacko-polityczny, który zyskał ogromną famę u widzów, którzy zjeżdżali do nas masowo i wśród dygnitarzy, zwłaszcza premiera Józefa Cyrankiewicza, który lubował się w tej formie i w żartach na swój temat. Przez kabaret w Jamie przeszło wielu wspaniałych aktorów, od nieżyjących już Wiktora Sadeckiego, Juliana Jabczyńskiego i Marka Walczewskiego, poprzez Mariana Cebulskiego aż po Annę Seniuk czy Teresę Budzisz-Krzyżanowską. To były czasy, że łączyłam jednocześnie pracę w teatrze, próby i spektakle, pracę pedagogiczną i kabaret, a do tego od czasu do czasu film czy telewizję. To niewiarygodne, że mogłam to wytrzymać, ale to były najlepsze lata w moim życiu.

 

Z czasem zaczęła Pani także reżyserować…

Tak, ale tego było niewiele i dopiero w Starym Teatrze, do którego się przeniosłam. Najmilej wspominam wspólną reżyserię z Markiem Walczewskim w 1965 roku. Były to „Niebezpieczne związki” według Choderlos de Laclos.

 

Kiedy zaczęła Pani pracę pedagogiczną?

W 1961 roku. Miałam wtedy 40 lat i odpowiednie doświadczenie, żeby podjąć się tej roli, którą najbardziej kochałam. Bardziej od grania. Wypuściłam spod swojej opieki kilkadziesiąt roczników absolwentów, ponad pół tysiąca osób. Wśród nich byli moi przyszli koledzy pedagodzy, a nawet przełożeni, jak Jerzy Trela i Jerzy Stuhr, rektorzy PWST. Wśród moich studentów mogę wymienić Wojciecha Pszoniaka, Jana Peszka, Krzysztofa Globisza, Olgierda Łukaszewicza, braci Grabowskich, Jerzego Kryszaka, Janusza Rewińskiego, Henryka Talara, Krzysztofa Jasińskiego, Jerzego Fedorowicza, aż po Maję Ostaszewską i Pawła Deląga.

 

Czego Pani uczyła w szkole?

Przez pierwsze 20 lat uczyłam piosenki. Szczycę się takimi moimi wychowankami jak Ewa Demarczyk czy Jacek Wójcicki. Po 20 latach poprosiłam o możliwość zmiany zajęć na prozę i wiersz. Kiedy po latach rektorem został Jerzy Stuhr, zaproponował mi prowadzenie zajęć z kultury bycia, jako autorce książki „Damą być…ba!”. Była to szeroko rozumiana nauka dobrych manier, właściwych zachowań w różnych sytuacjach. Praca pedagogiczna to zarówno uczestnictwo w egzaminach wstępnych jak i wielomiesięczna praca nad przedstawieniami dyplomowymi. I jedno i drugie to katorżnicza praca od rana do nocy. Czasem trzeba przeegzaminować n.p. siedmiuset kandydatów, walczących o dwadzieścia miejsc. Magia tego zawodu jest silna, ale sukces czeka tylko nielicznych. Szczególnie ceniłam sobie egzaminy wstępne, bo to przekrojowy przegląd młodzieży z całej Polski. Egzamin jest ciężki, wielowarstwowy i nie da się go porównać z egzaminami na kierunki nieartystyczne. Tu ocenia się nie tylko wiedzę, ale całą osobę, rozmaite predyspozycje, łącznie z jej fizycznością. Kochałam pracę pedagogiczną i kiedy musiałam rozstać się z nią z uwagi na wiek, ciężko to przeżyłam.

 

Należy Pani do nielicznego grona ludzi teatru, którzy parają się piórem…

Tak, uważam, że trzeba coś ocalić od zapomnienia, zwłaszcza teatr, sztukę ulotną. Napisałam więc wspomnienia pod tytułem „Porachunki z pamięcią” oraz książeczkę z teatralnymi anegdotami. W „Porachunkach” zawarłam tez wrażenia z licznych podróży zagranicznych, które były moja pasją. Jest tam m.in. wspomnienie ze spotkania naszej klasy maturalnej z gimnazjum z Wadowic z Janem Pawłem II w Castel Gandolfo.

 

Którzy jeszcze ludzie spotkani w życiu byli dla Pani szczególnie ważni?

Na przykład Konrad Swinarski, wielki artysta, który wywarł na mnie wielki wpływ i w którego wielkich spektaklach: Nieboskiej komedii” i „Dziadach” wzięłam udział. Nigdy nie zapomnę jego rozmowy o „Dziadach” z kardynałem Wojtyłą, rozmowy, której się przysłuchiwałam. To była uczta erudycji i mądrości.

 

Niewiarygodna jest Pani żywotność. Już po ukończeniu 90 lat, grała Pani panią Pernelle w „Świętoszku” Moliera w Starym Teatrze…

Tak, ale pogorszyło mi się zdrowie i musiałam zrezygnować. Najbardziej jednak żal mi pracy pedagogicznej.

 

Dziękuję za rozmowę.