Zwycięstwo w II turze

Adamowicz, Majchrowski i Wenta to zwycięzcy II tury wyborów samorządowych, a to oznacza, że żadnego z dużych miast nie zdobył PiS. Wynik wyborczy w Gdańsku, Krakowie i Kielcach wygląda prawie identycznie. Kandydaci opozycyjni mają według danych exit poll 64 proc., a kandydaci PiS-u po 35 proc.

 

Kraków z Majchrowskim: Jacek Majchrowski co prawda potrzebował II tury, aby pokonać Małgorzatę Wassermann, kandydatkę PiS-u, ale w powtórnym głosowaniu jego przewaga była znaczna. Zdobył on 64,6 proc. głosów. Małgorzata Wassermann otrzymała 35,4 proc. To sondażowe wyniki exit poll, ale wynik raczej znacząco się nie zmieni. Majchrowski rządzi Krakowem już od 16 lat.

Gdańsk dla Adamowicza: Paweł Adamowicz, obecny prezydent Gdańska, także utrzyma prezydenturę. W drugiej turze pokonał Kacpra Płażyńskiego, kandydata PiS – 64,7 do 35,3 proc. Adamowicz startował z własnego komitetu, w II turze startował z poparciem Koalicji Obywatelskiej. Rządzi Gdańskiem od 1998 roku. Kandydat KO Jarosław Wałęsa nie wszedł do II tury, uzyskując 25,3 proc. głosów. Frekwencja w Gdańsku wyniosła 56,8 proc.

Zmiana na fotelu prezydenta w Kielcach: W stolicy województwa świętokrzyskiego dotychczasowego prezydenta Wojciecha Lubawskiego zastąpi Bogdan Wenta, startujący z własnego komitetu Projekt Świętokrzyskie.
Wenta według badań exit poll zdobył 64 proc. głosów, Wojciech Lubawski osiągnął poparcie 36 proc. wyborców.

 

 

Rozmowa z dr. Markiem Migalskim

 

JUSTYNA KOĆ: Zgodnie z przewidywaniami wygrali kandydaci niepisowscy. To potwierdzenie, że duże miasta są liberalne, a mniejsze i wieś popierają politykę „dobrej zmiany”?

DR MAREK MIGALSKI, politolog: Tu nie ma żadnej sensacji. Wiadomo było, że duże miasta to nie są bastiony PiS-u, wiedzieliśmy to już po I turze, a tak naprawdę od kilku lat. Trudno się ekscytować, bo wiadomo było, że kandydaci PiS-u przegrają II tury. Istotne jest to, że weszli do II tury, bo przecież kilku politykom Koalicji Obywatelskiej, jak Sławomirowi Nitrasowi czy Jarosławowi Wałęsie, ta sztuka się nie udała. To oczywiście dzisiaj bardzo źle wygląda propagandowo dla PiS-u i na pewno jutro będzie to wykorzystywać opozycja. Niemniej w żadnym stopniu nie zmienia naszego obrazu rzeczywistości. Wybory samorządowe w 2018 roku wygrał PiS.

 

Prezes Kaczyński zabierze głos?

Nie sądzę, bo musiałby ogłaszać przegraną, a przecież narracja od dwóch tygodni, zresztą słusznie, jest taka, że PiS je wygrał. Pamiętajmy o tym, że gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to w oparciu o wynik wyborów samorządowych, czyli nie o sondaże czy spekulacje, wygrałoby je zdecydowanie PiS. Przy dobrym układzie i oczywiście metodzie D’Hondta PiS dziś prawdopodobnie powtórzyłby swój wynik z 2015 roku, kiedy dostało 37,58 proc. Może nawet ten wynik byłby lepszy, ponieważ dzisiaj wyniki samorządowe, czyli ponad 34 proc. przy braku Bezpartyjnych Samorządowców, komitetów lokalnych, z modyfikacją wyniku PSL dałoby wynik około 40 proc. poparcia społecznego i samodzielne rządy. Podsumowując, PiS poprawiłoby wynik w procentach, czyli uzyskałoby co najmniej 231 mandatów. Taki jest obraz na dzisiaj. Ta II tura w żaden sposób nie zmienia obrazu rzeczywistości: duże miasta są bastionem opozycji, ale w całym kraju wygrywa PiS.

 

Na ile mogła się do tego wyniku w II turze przyczynić wspólna konferencja polityków prodemokratycznych, jak sami o sobie mówią, czy antypisowskich? Razem mogliśmy zobaczyć liderów KO i PSL, ale też SLD i UED. Wszyscy apelowali o parcie kandydatów KO w II turze.

Żadne wybory nigdy nie decydowały się w wyniku jednej konferencji, zatem oczywiście ta konferencja nie miała specjalnego wpływu na wyniki. Dzisiaj rozmawiamy o dużych miastach i to one będą tematem rozmów na najbliższe dni, a tam PiS jest słaby i przegrywa z KO i opozycja.
Pamiętajmy tylko, że zarówno Majchrowski, jak i Adamowicz nie są ludźmi Koalicji Obywatelskiej. To są ludzie anty-PiS-u, ale częściowo ośmieszyli KO. W przypadku Majchrowskiego to był on po prostu tak silny, że KO nie pozostało nic innego, jak go poprzeć, a w Gdańsku Koalicja Obywatelska wystawiła swojego kandydata, który nawet nie wszedł do II tury. To nie potwierdza euforii ze strony opozycji, że oto dokonało się coś spektakularnego i PiS jest w odwrocie. PiS jest w dalszym ciągu liderem i jeśli nic się nie zmieni, to za rok prawdopodobnie wygra wybory. Jeśli te wybory miałyby być fotografią nastroju Polaków, to można powiedzieć, że oprócz wchłonięcia Nowoczesnej przez PO niewiele z tej fotografii rodzinnej jest innego niż w 2015 roku. W dalszym ciągu głową rodziny czy najważniejszą postacią na tym zdjęciu jest Jarosław Kaczyński.

 

Dużo mówiło się przy okazji tych wyborów, że wynik sejmików będzie pierwszym prawdziwym „sondażem” poparcia. Ten dla PiS jest bardzo dobry.

Tak, bo PiS ma przewagę 7 punktów procentowych, co przy zastosowaniu metody D’Hondta nie oznacza, że to jest o 7 punktów więcej mandatów, tylko o 9 albo nawet 12 punktów więcej. Oczywiście to zależy od tego, kto wchodzi, a kto nie, np. od wyniku Kukiza czy PSL. Ale to w dalszym ciągu pokazuje, że PiS jest mocny mimo porażki w dużych miastach.

Lewicowa alternatywa!

Kampania samorządowa nabiera tempa i wydawało się, że takie tematy jak zwiększenie ilości terenów zielonych w Krakowie, budowa linii tramwajowej z południa Gdańska do Wrzeszcza, mieszkania komunalne w Zielonej Gorze czy poprawa jakości powietrza Warszawie powinny odgrywać decydującą rolę. Niestety, wydawać się tak mogło, a rzeczywistość brutalnie zweryfikowała partyjna polityka.
Sprawy, którymi dziś żyją i martwią się lokalne społeczności, w żadnym stopniu nie interesują zarówno kandydatów PiS jak i PO. Po raz kolejny zawłaszczyli oni ważne dla społeczeństwa wybory do walki pomiędzy sobą. Zamiast zająć się potrzebami tych, o których głosy faktycznie się ubiegają, odsuwają sprawy lokalne na dalszy plan.
W wystąpieniach kandydatów PiS i PO na prezydentów, burmistrzów, wójtów a nawet radnych stałe słyszymy o wielkich sprawach, a lokalna rzeczywistość jest tylko przecinkiem. Stosunki z Izraelem. Obecność Polski w Unii Europejskiej. Uzbrojenie. Wszystko to sprawy ważkie i ważne, ale czy w wyborach lokalnych? Panią Basię z Trąbek Wielkich obchodzi raczej to, czy w jej gminie będzie działać publiczne przedszkole, Staszka z Warszawy, czy dojedzie do pracy nową linią metra, a Pana Zenona z Międzyborza czy zostanie obniżona opłata za wywóz śmieci.
Ktoś powie – To drobne sprawy. Tak drobne, ale i ważne! Politycy PiS i PO zdecydowali się jednak nie zawracać sobie nimi głowy. Zdecydowali, że komfort życia Polaków się nie liczy. Liczy się to, kto wygra. Wojna polityczna POPiSu trwa w najlepsze od wielu lat i dopóki nie wyrwiemy się tego zaklętego kręgu zła, dopóty Polska i Polacy będą na straconej pozycji.
W tych wyborach jest alternatywa i warto głosować na kandydatów lewicy. Zarówno startujących z komitetów lokalnych jak i tych, którzy znajdą się na listach SLD Lewica Razem czy partii Razem. Polski samorząd potrzebuje odpowiedzialnych polityków, patrzących w przyszłość i z pomysłem na swoje miasto czy gminę. Zaufajcie nam i na pewno się nie zawiedziecie.

Szanowni Wyborcy, informuję, że…

Zwolennicy Koalicji Obywatelskiej montowanej przez Grzegorza Schetynę aktualnie lubią szantażować publicznie lewicowych polityków w Polsce. Wykreowaną przez siebie alternatywą.

Brzmi ona tak:

Albo politycy lewicy zapiszą się do Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny, albo startując osobno zostaną „pożytecznymi idiotami” prezesa Kaczyńskiego.
Bo przez taką odrębność doprowadzą PiS do władzy w samorządach.

Szantażując polityków lewicy dziwnym trafem zapominają:

  • Poinformować szanownych Wyborców, że mówią jedynie o koalicji w wyborach do sejmików wojewódzkich.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że w wyborach do wielu innych ciał samorządowych istnieją już koalicje PO i lewicy, także z SLD.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że były parlamentarny i obecny samorządowy koalicjant PO, czyli Polskie Stronnictwo Ludowe, w wyborach do sejmików wojewódzkich też startuje osobno. Pomimo tego zwolennicy koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny, nie szantażują publicznie PSL. Nie plugawią ich mianem „pożytecznych idiotów” pana prezesa Kaczyńskiego jak to czynią w przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że taka alternatywa traktuje szanownych Wyborców jak chłopów pańszczyźnianych przywiązanych do panów polityków.
    Bo przecież nie ma gwarancji, że po wykreowaniu mariażu Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny z Sojuszem Lewicy Demokratycznej na takie polityczne małżeństwo scalone jedynie „antyPiSem” zagłosują wszyscy dotychczasowi zwolennicy SLD i Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny.
    Bo przecież wielu szanownych Wyborców, zwolenników koalicji Grzegorza Schetyny, nie zechce poprzeć kandydatów sojuszu Włodzimierza Czarzastego i wielu szanownych Wyborców zwolenników SLD nie zechce poprzeć kandydatów koalicji Grzegorza Schetyny.
    Bo przecież w wyborach samorządowych poparcia ideowe i partyjne nie sumują się automatycznie.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że istnieją na naszej scenie politycznej jeszcze inne ugrupowania niż KO GS i SLD. Na przykład Kukiz’15, partia Wolność, mniejsi i więksi „narodowcy”, komitety lokalne. Chętni do powyborczych koalicji z PiS.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że wykreowana jedynie na „antyPiSie” Koalicja Obywatelska Grzegorza Schetyny może po wyborach rozpaść się. I jej przyszli radni o poglądach konserwatywno-prawicowych, zniesmaczeni centro-liberalno-lewicowych kursem KO GS mogą opuścić KO GS i zasilić bliższy im ideowo PiS. Zwłaszcza, kiedy taki transfer polityczny pozwoli im utrzymać się przy władzy.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że taki szantaż polityczny może mieć ukryty cel. Już dzisiaj wskazać na winnego przyszłej porażki KO GS w wyborach samorządowych, czyli wskazać na Sojusz Lewicy Demokratycznej.
  • Poinformować szanownych Wyborców, że tradycje obwiniania SLD za wszystko co w Polsce złe są w polskiej prawicy wyjątkowo silne. Zatem może i tym razem też się uda.

Coming out Nowackiej

Barbara Nowacka zrobiła to, o czym pisałem parokrotnie.  Chciała być liderką na lewicy pod warunkiem, że inni zorganizują partię na jej modłę, w której ona będzie jej prezeską.

 

Sama okazała się być niezdolną do założenia partii na lewicy, bo jej Inicjatywa Polska to typowa medialna wydmuszka, która właśnie przestaje istnieć. Barbara Nowacka po klęsce w wyborach z 2015 roku obraziła się na SLD i zaczęła o tej partii mówić źle, a wręcz kłamać. Nie potrafiła się także dogadać ani z Biedroniem, ani z Zandbergiem, ani z ruchami miejskimi, ani kobiecymi. Zarazem powiadała, że lewica nie chce się dogadać. Nowacka na pewno nie chciała. Dzisiaj to widać aż nadto wyraźnie.
Jest jeszcze inne tło i kłótni na lewicy. Liberalne media („Gazeta Wyborcza”, TVN i TOK FM przede wszystkim) robiły wszystko by wyhodować sobie koncesjonowaną lewicę, która będzie przydatna politycznej centroprawicy. Dlatego drzwi w studiach nie zamykały się za Nowacką, Zandbergiem, Biedroniem czy Martą Lempart. Z drugiej strony wspomniane media same z siebie, od lat ostro zwalczały SLD, bo ta partia nie kwalifikowała się do urabiania na koncesjonowaną lewicę. Choć też i było za co ją krytykować.
Oczywiście lewica jest przede wszystkim winna rozbiciu sama sobie, ale to wspomniane media znacząco przyczyniły się do tego, że teraz rządzi PiS.
I tak oto kończy się żywot Nowackiej na lewicy. Widząc, że na lewicy poznali się na jej marności więc postanowiła pójść do Platformy na polityczny żołd. Zdradziła swoją Inicjatywę Polską, ale strata to niewielka, bo i ludzi tam było niewiele, ale jednak szkoda. Przypomnę, że to właśnie głosami PO zablokowano sztandarowy projekt Nowackiej o liberalizacji aborcji. Teraz Nowacka dogaduje się z tymi, którzy ten projekt wrzucili do kosza mydląc zarazem oczy opinii publicznej, ze lewica nie chce się dogadać, a SLD przede wszystkim i w PO one będzie hasła lewicy realizować. W takie bzdury nawet polityczny analfabeta nie uwierzy. Wchodząc w układ z PO Nowacka pokazuje, że cała jej lewicowość to przysłowiowy pic na wodę.
Wracając do roli wspomnianych mediów. Nie powiodło się im także promowanie Partii Razem. Nie jest ona w stanie ani zastąpić, ani wyprzeć SLD ze sceny politycznej. Obudziła się więc ostatnio jakaś refleksja. Że może jednak to SLD nie jest takie złe, jak to do tej pory tam malowano. Ale ile wiader brudnych pomyj na SLD wylano zarazem dezorganizując scenę polityczną na lewicy tego już się nie naprawi. Po szkodach jakie wspomniane media lewicy wyrządziły uważam, że względem lewicy wolno im zdecydowanie mniej. Ale to wołanie na puszczy, bo tam linia polityczna inna obowiązuje, a z autorefleksją też nie jest najlepiej.

Ja wiedziałem, że tak będzie

Osławiony „Pacewicz scenario” właśnie rozgrywa się na naszych oczach: świadczą o tym medialne doniesienia o tym, że oto Barbara Nowacka zasila listy Grzegorza Schetyny i namawia do tego resztę Inicjatywy Polska.

 

Nie bardzo przy tym wie, czy bardziej chce iść w stronę robienia z siebie ofiary, której nie dano wyboru („Czarzasty z Zandbergiem nigdy się nie dogadają!”; „SLD to partia sentymentu do PRL, budowanie na tym polityki jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia!”) czy wyższościowego odcinania się („Na lewicy wygrywają partykularyzmy i ego nad IQ”). Jednego przynajmniej nie ukrywa: chodzi jej o mandat.
Nowacka jest jak ten kolega z piosenki Grzegorza Halamy, co nie wziął ze sobą śpiworka do lasu, zarzekając się, że „do jasnej ciasnej, nie weźmie go”, a później zmarzł w nocy i spokorniał. I tak właśnie powoli kręci się smutny film o wzmacnianiu liberalnego molocha, którego recenzję napisał przed dwoma dniami Krzysztof Pacewicz na łamach „GW”. Tylko tutaj, prócz roli kolegi, który wchodzi właśnie do śpiworka sąsiada, mamy też rozpisany casting na rolę drugiego, który również nie wziął śpiworka, ale dla odmiany postanowił zamarznąć na śmierć.
Tym kolegą jest Partia Razem. I choć absurdalne wydają się oczywiście sugestie red. Pacewicza, że fioletowi powinni nagle wymazać gumką wszystkie postulaty pracownicze i ruszyć śladami Nowackiej prosto w kierunku nadstawionego do całowania tyłka liberalnego elektoratu – to publicysta ma stuprocentową rację w dwóch aspektach: pierwszy to taki, że Razem byłoby niewątpliwie trudnym koalicjantem. Drugi – że pomimo całego cennego poruszenia, które Razemici wywołują na ulicach, faktycznie niezbyt przekłada się to na głosy wrzucane do urny. Taki obrót sprawy jest, owszem! – winą liberalnego skrzywienia, które Polakom weszło zbyt mocno – ale nie tylko. Jest w tym też trochę winy Razem, które od początku kreowało się na Zosię Samosię polskiej polityki.
Ani postawa Nowackiej („nie chcieliście mnie, więc pójdę z kimkolwiek, nawet z ludźmi, którzy kilka miesięcy temu z pełną świadomością zatopili mój projekt”) ani Razem („prędzej śmierć niż jakikolwiek kompromis”) nie pozwoli na wprowadzenie choć ułamka lewicowych postulatów do parlamentu w kolejnej kadencji. Pierwszą zeżre i strawi potwór PO-N, drudzy pozostaną na marginesie. I faktycznie będziemy skazani na przyjmowanie z wdzięcznością socjalnych okruchów ze stołu PiS, gdy w sezonie jesiennym 2019 jedyną dostępną na Wiejskiej „lewicą” będzie garstka SLD bez żadnej mocy sprawczej i reprezentacja serduszkowego Biedronia o podobnym poziomie wpływu na rzeczywistość. W dodatku tym razem Razemici zyskają już na zawsze łatkę takich, co trwale pomogli w rozdrobnieniu. Tylko że tak być nie musi. Bo z katalogu dostępnych śpiworów jest na półce jeszcze jeden, trochę z przeceny, ale obiektywnie w całkiem niezłym standardzie. To model „Sojusz z Sojuszem”.
W Polsce mamy taki klimat, że przeciętnemu wyborcy Razem (mimo wyważonych i rozsądnych, w porównaniu np. do propozycji P. Jakiego, postulatów w kampanii samorządowej, oscylujących wokół realnych problemów polityki mieszkaniowej, socjalnej i transportu) nadal jawi się jako grupa odrealnionych radykałów. Współpraca z SLD, na razie na poziomie samorządowym, miałaby szansę fioletowych odczarować, za cenę naruszenia partyjnego integrity, ale bez odpuszczenia tematów uchodźców, stworzenia bardziej sprawiedliwego systemu podatkowego czy ukrócenia samowoli korporacji, deweloperów i banków.
Wielu działaczy Razem wyraża obawy, że SLD nie będzie traktować ich poważnie, przemocą przeforsuje własny program czy zepchnie aktywistów na dalsze miejsca na listach. Tylko że zależność ta jest obustronna. Sojusz ma gwarantowany wstęp do Sejmu, Razem z powodzeniem organizuje demonstracje uliczne. Podpisanie wspólnej deklaracji programowej oraz taktyczne sojusze samorządowe (takie jak w Poznaniu) to jedyna realna szansa na sprawdzenie, na ile obawy są uzasadnione. Jak słusznie zauważa Witold Mrozek w „GW”, SLD w wielu kwestiach, np. aborcji czy reform Balcerowicza „zawinił mniej niż się myśli”.
Jeśli Razem wybierze jednak samodzielność, budowanie oddolnych struktur i czekanie, aż wyborca dojrzeje do tego, by postawić akurat na to konkretne ugrupowanie – będzie to droga spójna, choć ryzykowna i chyba trochę ocierająca się o męczennictwo. Mam wiele szacunku dla niezłomnego trwania przy swoich racjach. Może to jednak kosztować Razem polityczne życie, a parlament – kolejną kadencję z ławami wypełnionymi liberałami niemal po brzegi.