Miś na miarę

27 grudnia obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Modlitwy o Szybszą Przemianę Materii. W tym roku również zmarnowaliśmy szansę na nawrócenie.

***

Media podają informację o radnym PiS Rafale Szymańskim z Jeleniej Góry, który opublikował na swoim profilu post na temat aborcji. Jego odpowiedź na komentarz jednej z internautek wywołała spore oburzenie. Poradził kobiecie, aby „macicę wyrzuciła do kibla”. Radny Szymański to ponoć przewodniczący Komisji Kultury.

***

To zapewne w ramach wolności do wrzucania do kibla macic oraz innych części ciała minister kultury Piotr Gliński otrzymał prestiżowy tytuł „Człowieka Wolności” tygodnika „Sieci”.

***

Ryszard Petru przed Galerią Mokotów wezwał opozycję do zjednoczenia.
Przemawiał sam. Obecności pozostałych pięciu króli pod galerią nie stwierdzono.

Głos lewicy

Znak zapytania

Publicysta Piotr Nowak ocenia zarys programu Biedronia:

Miał przyjść nowy Balcerowicz, wolnorynkowa bestia w owczej skórze uśmiechniętego lowelasa. Media zwiastowały nadejście „polskiego Macrona”, a wiadomo co to oznacza w kontekście najnowszych obrazków znad Sekwany. Powiedziałbym, że dawno nikt tak nie przestraszył polskiej lewicy. Ale to nieprawda, bo polska lewica boi się czegoś nieustannie. Ostatnio jednak boi się Roberta Biedronia. Dlaczego? A bo nie dość, że podobno udaje kogoś kim nie jest, to na dodatek chce lewicę pożreć – zabrać jej poparcie. Były prezydent Słupska co prawda w żadnej wypowiedzi lewicowych aspiracji nie zgłaszał, jednak w optyce wielu wyborców za polityka lewicy uchodzi, co jest zjawiskiem wynikającym zapewne z dramatycznej posuchy, jeśli chodzi o rozpoznawalnych i charyzmatycznych liderów.
Tuż przed świętami ekipa Biedronia postanowiła uchylić rąbka tajemnicy. Termin pewnie nieprzypadkowy, bo przy świątecznych spotkaniach temat zapewne nieźle zawirował. Z dziennikarką „GW” Adrianą Rozwadowską porozmawiał Dariusz Standerski, numer dwa w biedroniowej ekipie. Bez zgody tego faceta nie zostanie klepnięty żaden element programu nowej formacji. Standerski to ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego, a także członek zarządu Fundacji Kaleckiego – organizacji, która od kilku lat z powodzeniem rozbija w Polsce neoliberalny beton.
Oczywiście, trudno się z nimi zgadzać we wszystkim. Ich podejście do transformacji energetycznej jest dla mnie nie do zaakceptowania.

Bigos tygodniowy

Młody Morawiecki zadebiutował jako komik stand-upowy. Z trybuny sejmowej perlił się dowcipem, kpił, ironizował, szydził. Pewien aktor, który postanowił wyjątkowo zabłysnąć w pewnej roli, więc dwoił się i troił na scenie, zapytał po spektaklu o opinię reżysera Kazimierza Dejmka. Ten mu odpowiedział: „Był taki bułgarski cyrkowiec. Jeździł na jednokołowym rowerze, jednocześnie lewą ręką żonglując piłeczkami a prawą wirował talerzykiem na czubku kija. Pan był lepszy”. Z rzeczy poważniejszych, które poruszył MM, to deklaracja wycofania się z podwyżki cen prądu. Pisiory przelękły się paryskiej lekcji „żółtych kamizelek”? Tylko jak to zbilansują finansowo? Zaczyna być pod górkę?

 

***

„Jest pan wybitnym mężem stanu i wielkim historykiem, w związku z tym chciałbym zapytać, czy do pana już dotarło, że w czasie II wojny światowej Węgry były sojusznikiem Hitlera, a nie koalicji antyhitlerowskiej. Jak słyszę wasze ujadania, jak widzę wasze narodowe twarze, to chciałbym sparafrazować wielkiego Wojciecha Młynarskiego, „bom ja już nie pachole, żebym ja bym taki zdrowy, jak ja was… szanuję” – powiedział w Sejmie Stefan Niesiołowski do Młodego Morawieckiego. I pomyśleć, że ja kiedyś, w zamierzchłych czasach nie cierpiałem „Niesioła” za ZChN i za klerykalizm. Tempora mutantur…

 

***

Po długotrwałym okresie martwego milczenia (spokój panował w Budapeszcie), w stolicy Węgier niepodziewanie wybuchła fala protestów społecznych przeciw posunięciom rządu Wiktora Orbana. W kilkudniowych już zamieszkach ulicznych, w których biorą udział tysiące ludzi, zatrzymano kilkadziesiąt osób, a kilkunastu policjantów odniosło rany. Doszło też do wtargnięcia protestujących do gmachu rządowej telewizji i do brutalnego potraktowania ich przez siły porządkowe. Impulsem, który sprowokował protesty była ustawa zwiększająca limit obowiązkowych nadgodzin i znacznie opóźniająca wypłatę za ich odpracowanie, nazwana ustawą „niewolniczą”. Wielu protestujących uważa jednak, że ten protest nie dotyczy tylko jednej konkretnej sprawy, lecz jest iskrą antyorbanowskiego przebudzenia na Węgrzech. Orban wydał oświadczenie, że za protestami stoi Soros i jacyś przestępcy i że nie jest to słuszny protest klasy robotniczej. Czyżby ci, którzy przewidywali, że rządy Orbana trwać będą tysiąc lat, jak III Rzesza, jednak się pomylili się i właśnie zaczął się początek końca węgierskiego dyktatora?

 

***

Powtórka serialu „Czarne chmury”. Doskonały humor i optymizm w propisowskich mediach (z wyjątkiem TVPiS) gdzieś prysnął. Zastąpiło je zwątpienie i jeremiada. W „Gazecie Polskiej” Jerzy Targalski: „W styczniu biegliśmy do centrum po większość konstytucyjną. Nic z tego. Pytania prejudycjalne podporządkowują polskie ustawodawstwo bezpośrednio TSUE. Hasło stabilizacji oznacza, że żadnych reform nie będzie. Remont Republiki Okrągłego Stołu okazał się jej cienkim przypudrowaniem. Mieszkańcy miast nie chcą głosować na PiS. Posłanka PiS Joanna Lichocka: „Warto napisać to wprost – istnieje realne prawdopodobieństwo, że ludzie systemu III RP mogą wrócić do władzy. Pokazał to niebezpiecznie wynik wyborczy do samorządów”. Nad „czarnymi chmurami” płacze też Robert Tekieli: „Coraz trudniej pisze mi się te felietony. Coraz ciemniejsze barwy mają te zdjęcia kolejnych tygodni” (…) „do tego wróg wewnętrzny, gdy rodzice w pewnym przedszkolu w Poznaniu dowiedzieli się, że ich dzieci mają wziąć udział w jasełkach, zaprotestowali. Zamiast tego chcą bałwankowo-snieżnego przedstawienia”. Trudno się dziwić rodzicom, że mają po uszy tej klerykalizacji szkół i dyktatury religianctwa. Także niektórzy radni warszawscy i Fundacja Wolność od Religii upominają się o przestrzeganie w końcu neutralności światopoglądowej państwa przez władze publiczne. Miejmy nadzieję, że przekształci się to w areligijny ruch „me to”, walczący o wolność od złego dotyku religijnego. A co do minorowych nastrojów w pisowskich szczujniach, to więcej wiary jest u Pawła Lisickiego w „Do rzeczy”, a w „Sieciach pisentuzjastów Karnowskich to niemal całkiem wesoło, alleluja i do przodu. Dobra mina do gorszej gry?

 

***

To, co odważni rodzice uskubali w szkole, PiS odrobiło na stanowisku Rzecznika Praw Dziecka, którym został jakiś koszmarny klerykał o powierzchowności kleryka, niejaki Mikołaj Pawlak, prawnik jakichś sądów biskupich (czyżby zajmował się dziewicami konsystorskimi?). Ten jegomość jest oczywiście gorliwym zwolennikiem zakazu aborcji, a metodę in vitro określił jako „niegodziwą”. Wygląda na psychicznie przecwelonego wychowanka klechów. Oj, nie przysłuży się ten Mikołaj dzieciom, oj nie przysłuży.

 

***

Siedmioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego zbuntowało się przeciw sposobowi zarządzania firmą i napisało list protestacyjny do Przyłębskiej. Wśród nich jest Piotr Pszczółkowski, niegdyś pisowski kandydat, który był albo czyimś koniem trojańskim albo zbiesił się dopiero po objęciu stanowiska w TK. Tak czy owak PiS ma kolejny punkt zapalny w kolejnym organie sądownictwa. A Niezłomny musiał ukorzyć się przed TSUE i podpisać ustawę o SN. Uginanie się to jednak dla niego, Niezłomnego, chleb powszedni.

 

***

Po policjantach, także pracownicy administracyjni sądów i nauczyciele postanowili zastosować formułę strajku typu L4. To genialny sposób na strajki płacowe. I do tego uczciwy, uczciwszy niż typowy strajk stacjonarny. W końcu, kto z nas jest aż tak zdrowy, żeby nie zasługiwać na zwolnienie lekarskie w każdej chwili?

 

***

PiS pieni się z powodu dwóch spraw warszawskich. Po pierwsze, unosi się oburzeniem na perspektywę przywrócenia dawnych, „komunistycznych” nazw ulic, co oznacza pożegnanie się z patronami klerykalno-nacjonalistycznej reakcji w rodzaju nieszczęsnej „Inki”. W drugiej sprawie, nowe władze Warszawy zachowały się kompletnie niepolitycznie, dając PiS gotową amunicję przeciw sobie. Zmniejszenie bonifikaty mieszkaniowej z 98 procent do 60 procent było strzałem w stopę, a i tak prawdopodobnie będzie trzeba się z tego wycofać i zaproponować jakieś salomonowe rozwiązanie. A co do patronów ulic, to ja się pytam: dlaczego w przestrzeni publicznej ma nadal panować dyktat strony prawicowo-klerykalno-nacjonalistycznej? Z jakiej racji? Jeśli chcą mianować ulice swoimi „Inkami”, Wojtyłami itd., to niech szukają nowych, wolnych miejsc, a odczepią się od lewicowych patronów. Nie wszyscy z nich byli bez skazy, ale patroni nacjonalistyczno-klerykalni także nie, więc o co chodzi?

Salonowcy w lupanarze

„Gazeta Wyborcza” to – jak wiadomo – ostoja i strażnica kultury politycznej i kultury w ogóle. To wzorzec (jak wzornik w Sèvre pod Paryżem dla metra w systemie miar i wag) dobrych obyczajów i dobrego smaku.

 

To istne ucieleśnienie Herbertowskiej potęgi smaku. Bezkompromisowo obnaża i piętnuje wszelkie prostactwo, prymitywizm i chamstwo. I wytrwale powtarza „warto być przyzwoitym”. W weekendowych wydaniach zamieszcza wywiady z intelektualistami i eseje tak wyrafinowane, tak subtelne, że aż głowa boli. Jest więcej niż opiniotwórcza, bo wzorotwórcza. Wyznacza standardy tak salonowe (i właśnie pod hasłem Salonu znienawidzona jest przez Łysiaka i jego fanów), że podobnie jak według szefa podwładni ustawiają zegarek, tak ludzie kulturalni orientują się według niej, jak wymawiać Ą i Ę, czy jeść nożem, czy widelcem. Słowem, Polak kulturalny oddycha i mówi Gazetą Wyborczą. Jest tu wytwornie, elegancko i subtelnie… o ile nie chodzi o Rosję.
W sobotę 7 lipca piłkarska drużyna Rosji (jakim prawem zaszła dalej niż nasze Orły?) – rozgrywała mecz w ćwierćfinale Mundialu. Z tej okazji Gazeta Wyborcza zamieściła w magazynie świątecznym pikantny i doprawdy przezabawny artykuł z gatunku ciekawostek. Artykuł na całe dwie strony: »Mundialowy seksualny zawrót głowy. Rosyjska dziewczyna szuka chłopaka.« Autor? A któż by inny? Niezawodny weteran walki na froncie rosyjskim, redaktor Wacław Radziwinowicz. Ma on do walki motywację silną i osobistą, bo państwo Putina postarało się, by wyłącznie źle mógł pisać o Rosji wyłącznie stąd, z Warszawy, a nie stamtąd, z Moskwy. Od dłuższego czasu Pan Redaktor ma status zdalnego korespondenta. Donosi on czytelnikom, co widzi w Rosji z Warszawy „na podglądzie”. A widzi sokolim okiem tylko panoptikum, mógłby zostać kustoszem Kunstkamery. Doniesienia są zawsze namiętne i pikantne, monotonnie przewidywalne; lecz tym razem korespondent-wygnaniec przeszedł samego siebie.
W wyeksponowanym nagłówku czytamy: »Rosjanie są obrażeni, że Rosjanki „puszczają się” z obcymi kibicami. Rosjanki odpowiadają: „Może i obcy, ale są uśmiechnięci, pachnący i grzeczni”«. W tekście wielokrotnie powtarza się wątek: cudzoziemcy czyściutcy, pachnący, szarmanccy; rosyjscy mężczyźni niedomyci, śmierdzący potem, prostacy. Ponadto – dowiadujemy się – to impotenci.
Rosjanie, Rosjanki. Chodzi o niektórych, niektóre, brzmi jak o wszystkich. Ot, takie wymowne, sugestywne niedopowiedzenie, kiedy ze zdania wynika więcej niż formalnie powiedziano.
Na dwóch stronach autor z lubością, z widocznym ubawieniem cytuje i komentuje dyskusję w rosyjskich gazetach i w internecie na temat puszczalskich „Nataszek”. Tych, jak wynika z tekstu, jest cały legion. A puszczają się z cudzoziemcami – jak się dowiadujemy – tak masowo i gorliwie, że np. w aptekach w szacownym centrum Moskwy raz po raz brakuje prezerwatyw.
Z przejęciem i zrozumieniem cytuje Pan Redaktor z internetowej strony „Komsomolskiej Prawdy” pewną 30-letnią blondynkę. »Opisuje ona wieczór, kiedy w sumie przypadkiem trafiła do klubu pełnego gości mistrzostw. I zachwyca się: „Nie zdążyłam jeszcze wejść do środka, a już zrozumiałam, że to jest to! Boże, gdzie ja byłam wcześniej? Cała wielka sala była pełna ślicznych, zadbanych, czarujących, dobrze pachnących mężczyzn. I oni się uśmiechają, mówią komplementy, chcą rozmawiać, proponują drinki. Uśmiechający się Amerykanie, wysocy Niemcy, inteligentni Belgowie. Panie! Jak pięknie.”
Oczywiste! Kibice, o ile to nie Rosjanie, ale przybysze z cywilizowanego świata, z istoty swej są – zwłaszcza po meczu i po dalszych wrażeniach w klubie, w pubie, na dyskotece – pachnący, trzeźwi, wytworni. Rosyjscy mężczyźni – jak wynika z tych miarodajnych impresji ich niektórych rodaczek spragnionych odmiany i przygody – to niechlujne, leniwe i chamowate brudasy. Inni nie istnieją, skoro nie o innych tu mowa. Pan Redaktor taktownie tylko powtarza słowa „Rosjanek” ze zbioru liczebnie nieokreślonego, nie wdając się w statystyczne niuanse. Brakuje tu jeszcze tylko – jak na gazetę z literackiego panteonu – cytatu z Lermontowa („Proszczaj, niemytaja Rossija”), choć w jego wierszu niezupełnie o to chodziło.
Z nieskrywaną satysfakcją Pan Redaktor relacjonuje rosyjską „kłótnię w rodzinie” – burzliwą krytykę, głosy potępienia rodaczek oskarżanych o urąganie narodowej godności. I ze wzruszającą empatią przytacza pyskate repliki tych „Nataszek”. »Zupełnie otwarcie, z fizjologicznymi detalami dowodzą, że Rosjanie to najgorsi, najbardziej nieporadni kochankowie w świecie.« No, prawdziwy dżentelmen. I opiekun milionów niespełnionych Rosjanek. Tak przejęty ich niedolą, że aż ślina mu kapie.
Gazeta Wyborcza mniema o sobie, iż praktykuje – pod każdym względem – arystotelesowską zasadę złotego środka; jakoby zawsze ma jednakowy dystans do skrajności ze wszelkich możliwych stron. W tej publikacji jakby z brukowca wziętej rzeczywiście znalazła się pośrodku. Pośrodku w skali żenady i niesmaku – między doktorem Goebbelsem z jego finezyjnymi receptami na filmy o Żydach a doktorem Kaczyńskim z jego wywodem o pasożytach i obrzydliwych chorobach roznoszonych przez uchodźców.
Bronisław Łagowski zebrał w jednym tomie („Polska chora na Rosję”) katalog przejawów wiadomej obsesji i fobii. Dorzucam mu ten kwiatek do kolekcji.

Niemcy znowu nas biją

Jak to zwykle bywa, ci, którzy gardłują o uświęconej tradycji i odwiecznej roli mężczyzny jako przewodnika stada – w sytuacji kryzysowej chętnie robią z siebie ofiary spisków chciwych kobiet, a nawet wrażych państw.

 

Starałam się nie wypowiadać na temat „afery piętowej”, bo kiedy od lat walczy się o to, by inni nie zaglądali nam do łóżek, wypada stosować się do własnych standardów.
Nie wytrzymałam, kiedy Niezależna.pl zawiadomiła świat, że poseł Pięta postanowił „przerwać milczenie”. Redakcja portalu „Gazety Polskiej” podała, że parlamentarzysta-ogier padł najprawdopodobniej ofiarą wrażego spisku, zaaranżowanego przez Niemców (wydawcą „Faktu”, który obsmarował Piętę jest Axel Springer). Żeby tylko! Niezależna wysnuwa teorię, że ofiar krwiożerczych Niemców, wplątujących Bogu ducha winnych posłów prawicy w afery łóżkowe jest więcej.
Zupełnie na serio – prorządowe medium najzupełniej poważnie szuka w aktywności obcych służb przyczyn czkawki, którą odbija się prawicowemu hipokrycie złamanie przysięgi małżeńskiej.
Na szczęście karzącym mieczem Damoklesa okazał się w tej sytuacji sam Prezes, zawieszając Piętę w prawach członka (sic!) partii i klubu Prawa i Sprawiedliwości, a także usuwając go z sejmowych komisji ds. Amber Gold i służb specjalnych. Sam Pięta w pierwszych dniach afery gardłował o pozwie, który skieruje do „Faktu”, sugerował też, że spotkały go represje za to, że miał „niejednokrotnie krytykować politykę wewnętrzną Niemiec”. Prawdopodobnie obserwujemy właśnie ostateczny upadek kariery politycznej nadętego, pewnego siebie szowinisty, który, wycierając sobie gębę miłością do tradycji i wielokrotnego rodzicielstwa, oszukiwał przez wiele miesięcy dwie niczego nie podejrzewające kobiety.
Obrzydliwy to typ, który biorąc Maryję na sztandary, chowa się później za kosmicznymi teoriami zamiast wziąć na przysłowiową klatę własne grzeszki. „Niemcy mnie biją!” – krzyczy teraz niczym osaczony stary szczur, powtarzając nieśmiertelny „case Rokity”.
Czy to obce służby postawiły na jego drodze Izabelę zwaną w mediach dla niepoznaki Joanną? Zawodowi uwodziciele to raczej polska specjalność.