Kandydat SLD

W wyborach kandydata na następcę Jean-Claude’a Junckera na stanowisku szefa Komisji Europejskiej Sojusz Lewicy Demokratycznej poprzez Maroša Šefčoviča.

 

Swoją propozycję startu zgłosił również Frans Timmermans, pierwszy zastępca przewodniczącego KE. O tym kto będzie ostatecznie kandydatem europejskiej socjaldemokracji na szefa Komisji Europejskiej zadecyduje Partia Europejskich Socjalistów na grudniowym zjeździe w Lizbonie.

– Kandydat popierany przez SLD – Maroš Šefčovič – jest Słowakiem, pełni obecnie funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej i komisarza do spraw energetyki – informuje Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. – Pochodzi z naszego regionu Europy i jest bardzo dobrym komisarzem – dodaje.

Podczas samorządowej konwencji SLD Lewica Razem w Dąbrowie Górniczej Maroš Šefčovič mówił o unijnych priorytetach w tym niełatwym obecnie i nadchodzącym czasie dla Unii. – Unia powinna bowiem każdemu ze swoich obywateli zapewniać godne warunki życia – zaznaczył słowacki polityk.

Unia, zdaniem Maroša Šefčoviča, powinna również gwarantować rozwój przemysłu, efektywną, wspólną politykę energetyczną, postęp techniczny, powinna zapewniać warunki dla rozwoju innowacyjności, słowem tych wszystkich dziedzin, które mają decydujący wpływ na siłę i znaczenie w świecie. – Chodzi też o to, żeby zwłaszcza ludzie młodzi widzieli w Unii interesujące warunki rozwoju i stabilizacji życiowej. Unia powinna więc być także sprawna w swoim funkcjonowaniu, odbiurokratyzowana – podkreślił unijny komisarz ds. energetyki. Šefčovič jest też zwolennikiem ewolucyjnego, a nie rewolucyjnego usprawniania Unii i jej struktur.

Maroš Šefčovič, dyplomata, doktor nauk prawniczych, jeden z najbardziej doświadczonych urzędników wysokiego szczebla Unii Europejskiej. Pełnił funkcję ambasadora Słowacji w Izraelu oraz reprezentował swój kraj przy Unii Europejskiej. W latach 2009-2010 był komisarzem ds. edukacji, kultury, szkoleń i młodzieży, następnie w latach 2010-2014 pełnił funkcję komisarza ds. stosunków międzyinstytucjonalnych i administracji, aby od 2014 r. objąć stanowisko komisarza ds. unii energetycznej. Od 2010 r. pełni funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej.

KE o Polsce

Komisarze wydali stanowisko, w którym poinformowali, że wobec Polski został wszczęty kolejny etap procedury w związku z naruszeniem praworządności. Była to odpowiedź na złożone przez Warszawę wyjaśnienia w sprawie nowego prawa, które w zamyśle rządu Morawieckiego miały uspokoić napięte stosunki z Brukselą. Tak się jednak nie stało.

 

„Komisja Europejska podtrzymuje stanowisko, że polska ustawa o Sądzie Najwyższym jest niezgodna z prawem UE, ponieważ podważa zasadę niezawisłości sędziowskiej, w tym nieusuwalność sędziów, a tym samym Polska nie wypełnia swoich zobowiązań wynikających z art. 19 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej w związku z artykułem 47 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej” – informuje Komisja.

Członkowie KE zaznaczyli, że stanowisko Polski zostało poddane „głębokiej analizie”. Chodzi o odpowiedź Warszawy na wcześniejsze zastrzeżenia formalne komisarzy. Rząd Morawieckiego argumentował, że przepisy, do których zgłosiła uwagi KE, dotyczą jedynie zasad nabywania uprawnienia do zajmowania urzędu sędziego po przekroczeniu wieku emerytalnego (dokładnie wieku przejścia w stan spoczynku). Warszawa twierdziła, że nie ma uzasadnienia dla twierdzeń, że nowe regulacje mogą podważać niezależność sądów.

Komisja Europejska jest jednak innego zdania. „Odpowiedź polskich władz nie zmniejsza wątpliwości prawnych Komisji” – czytamy w komunikacie. Oznacza to, że ustawa jest niezgodna z prawem unijnym. Co teraz? Warszawa ma miesiąc na dokonanie zmian w dokumencie, w przeciwnym wypadku sprawa najpewniej trafi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Stanowisko Brukseli pokazuje, że Unia Europejska poważnie traktuje działania PiS w kwestii zmian ustrojowych i nie zamierza pozwolić na łamanie obowiązujących standardów praworządności. Trybunał Sprawiedliwości zajmuje się również pięcioma pytaniami prejudycjalnymi, które na początku sierpnia zgłosił zadał polski Sąd Najwyższy. Pytania te dotyczą zasady niezależności sądów i niezawisłości sądów jako zasad prawa unijnego oraz unijnego zakazu dyskryminacji ze względu na wiek. SN postanowił też zawiesić stosowanie przepisów trzech artykułów ustawy o SN dotyczących przechodzenia w stan spoczynku sędziów SN, którzy ukończyli 65. rok życia. Luksemburg ma wydać w tej sprawie stanowisko do października. Sąd Najwyższy prewencyjnie zawiesił kontrowersyjne zapisy ustawy, gdyż zachodzi wątpliwość, że są one niezgodne z prawem wspólnotowym, które, jak wiadomo, ma prymat nad prawem krajowym.

Ul. Komisarza Timmermansa

Zbiegły się w ostatnich dniach dwa procesy, które jak na rentgenowskim zdjęciu ukazują kondycję naszego państwa. Ukazują również coś więcej niż statyczna fotografia: ukazują trendy, kierunki, w których pcha Polskę Prawo i Sprawiedliwość. Te procesy to postępowanie w Parlamencie i Komisji Europejskiej w sprawie praworządności w Polsce oraz salto w tył z pełnym obrotem PiS-u w sprawie ustawy o IPN.

 

Wszystkie te sprawy mają jeden wspólny mianownik: stosunek władz polskich do Unii Europejskiej. Pierwsza jest oczywista: po wysłuchaniu Polski, które było jednym wielkim blamażem polskiego rządu, Komisja zajęła jasne stanowisko i gotowa jest wnieść przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem Główny Propagandzista Kraju – premier Morawiecki buńczucznie oświadcza, że PiS z „reformy” sądownictwa się nie wycofa. Konflikt stanął na ostrzu noża.

Afera z ustawą o IPN jest z jednej strony mniejszej wagi, ale z drugiej niesie z sobą więcej wątków. I tak wyrwanie zębów ustawie odbyło się w sposób ośmieszający polski parlament. Właściwie to słowo „ośmieszający” jest nie na miejscu, jest zbyt łagodne. Polski rząd do końca sprostytuował polski Sejm i Senat. Pół roku temu rządząca koalicja, najważniejsze politycznie usta w Polsce gardłowały za tymi rozwiązaniami jej krytykom wymyślając od zdrajców Narodu, grożąc całemu światu procesami. Wszystko w imię „wstawania z kolan”. Dzisiaj wystarczyło 2 godziny w Sejmie i nieco ponad godzinę w Senacie na cały proces legislacyjny odwracający wszystko to, za czym rządząca koalicja jeszcze niedawno gotowa była umierać. Rekord Guinnessa w jedzeniu jajek na twardo niech się schowa! Ale cała ta farsa musi skłaniać do odpowiedzi na pytanie zasadnicze: czym dzisiaj jest polski Sejm, polski Senat? Jaką pełnią rolę? Te dwie, jeszcze nie tak dawno szanowane w Polsce i na świecie instytucje, są dzisiaj, niczym broszka premier Szydło, ozdóbką, świecidełkiem na stroju władzy wykonawczej. Nikt mający jako takie pojęcie o polityce zagranicznej nie ma złudzeń, że ta wolta parlamentarna sprawi, że Polska odzyska szacunek i poważanie w świecie. Wręcz przeciwnie: w świat poszedł przekaz, że wystarczy aby USA tupnęły mocniej nogą, a Polska w podskokach i ukłonach wykona każdą, najbardziej skomplikowaną figurę gimnastyczną.

Żeby była jasność. Samo wycofanie się z idiotycznych zapisów jest oczywiście rzeczą dobrą. Ale sposób przeprowadzenia nowelizacji, a przede wszystkim doprowadzenie do takiej uwłaczającej polskiemu parlamentaryzmowi sytuacji – to sprawa bez wątpienia naganna.

Skąd to superekspresowe tempo noweli ustawy o IPN? Nie wiadomo, choć krążą plotki, że Stany zagroziły, że nie zaproszą polskiego premiera na uroczystości 4 lipca, jeżeli ustawa nie zostanie znowelizowana. Tak czy inaczej tempo to musi, w naturalny sposób, być konfrontowane z trwającą już wiele miesięcy grą polskiego rządu z Unią Europejską w sprawie „reformy” sądownictwa, grą pełną z polskiej strony kłamstw, cwaniactwa cynizmu, pogardy dla partnera. Ameryka cacy – Unia be.

Ze obydwu tych, najbardziej ostatnio aktualnych spraw, przeziera wrogość polskich rządzących elit do Unii Europejskiej i żadne słowa, zaklęcia złotoustych premierów tego nie zaszpachlują.

Jeżeli więc tak się stanie, że demokratyczne środowiska odsuną PiS od władzy i – przy pomocy Parlamentu i Komisji Europejskiej – przywrócą Polskę Europie, to po stronie unijnej będzie to szczególną zasługą komisarza Fransa Timmermansa. Bowiem nie Przewodniczący Junker, nie Prezydent Tusk, ale właśnie Frans Timmermans okazał się największym orędownikiem polskiej sprawy na unijnej arenie. Polska będzie mu wówczas winna wdzięczność i nazwanie ulicy, placu czy ronda jego nazwiskiem będzie czymś oczywistym.

Prostytucja wśród prawników

Komisja Europejska uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. Polski rząd ma miesiąc na odpowiedź. – Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności – komentuje konstytucjonalista prof. Marek Chmaj. – Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania SN. Dodanie dwóch nowych izb i tak nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

 

Z prof. Markiem Chmajem – konstytucjonalistą – rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: KE uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. To zła decyzja dla Polski?

Prof. MAREK CHMAJ: Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności. Ta sytuacja jest dla nas bardzo zła, ale daje też nadzieję na zmianę.

 

Czasu na zmianę jest niewiele. We wtorek czystka w SN stanie się faktem. Tego Komisja już raczej nie zatrzyma.

Dlaczego? Zawsze można odwrócić czystkę i przywrócić sędziego ze stanu spoczynku do stanu czynnego. Najważniejsze jest tutaj to, że nasz rząd musi sobie uświadomić, że nasza konstytucja nie może być łamana.

Rząd powinien sobie uświadomić, że łamanie konstytucji działa w dwie strony. Dziś łamie ją rząd, ale w przyszłości w ten sam sposób mogą być potraktowani rząd i prezydent. Prosty przykład: jeżeli dziś rząd łamie artykuł 183 konstytucji, który wskazuje, że I Prezes SN ma 6-letnią kadencję, to co będzie stało na przeszkodzie, żeby za rok w ten sam sposób skrócić kadencję prezydenta? Przecież to ten sam mechanizm i takie samo łamanie konstytucji.

Proszę zobaczyć, że dziś mamy kilka organów przejętych przez większość rządzącą z ominięciem konstytucji: KRS, niedziałającą zgodnie z konstytucją KRRiT, podobnie Trybunał Konstytucyjny. Jest szereg zmian w sądach powszechnych. Skoro teraz narusza się konstytucję wskazując mechanizm naruszeń, to w jaki sposób PiS chce zapobiec takim mechanizmom w przyszłości? Konstytucja nie może być traktowana sezonowo.

 

Co się stanie po 3 lipca? Sędziowie zapowiadają, że przyjdą normalnie do pracy, szykują się manifestacje przed sądami, także przed SN, a rząd zapowiada, że nie zmieni stanowiska.

Mamy bardzo trudną sytuację, bo PiS rzucił hasło odnowy czy reformy sądów, ale ta reforma jest tylko ukierunkowana na zmiany personalne. Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania tej instytucji. Dodanie dwóch nowych izb tak naprawdę w statusie SN nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

Te zmiany pokazują, że większość parlamentarna w sposób rażący narusza fundamenty naszego ustroju: zasady państwa prawa, zasadę praworządności, niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Łamany jest trójpodział władzy, a w jego miejsce wprowadzony jest prymat władzy wykonawczej.

 

Dlaczego to tak niebezpieczne?

Bo niszczone są bezpieczniki, które funkcjonują w systemach demokratycznych. PiS rozbroił te bezpieczniki i w ich miejsce wprowadził władzę ustawy. Mamy do czynienia z czymś, co nie miało miejsca od 28 lat, z utratą podmiotowości przez Sejm i Senat i uchwalaniem takich ustaw, które pochodzą od decyzji jednej partii. W Sejmie i Senacie już nie ma refleksji konstytucyjnej, parlament staje się maszyną do głosowania zgodnie z wolą partii politycznej, która ma władzę.

 

Wracamy do czasów PRL, gdzie I sekretarz dzielił i rządził wedle uznania?

Nie tylko. Wracamy do uznania, jak w PRL, że konstytucji nie stosuje się bezpośrednio i że można przepisy w konstytucji zmieniać w drodze ustawodawstwa zwykłego.

Proszę sobie przypomnieć: w PRL mieliśmy wolność słowa w konstytucji, ale ustawą ta wolność słowa została ograniczona, bo wprowadzono urząd cenzury, mieliśmy wolność zgromadzeń, ale tak naprawdę na każde zgromadzenie trzeba było mieć zgodę, mieliśmy wolność osobistą, ale żeby wyjechać, trzeba było mieć paszport itd., itp. Zatem widzimy sytuację, że Jarosław Kaczyński świadomie lub nie chce wprowadzić ten system ustrojowy, w którym sam się wychował.

 

We wtorek prezydent wyda postanowienie, kiedy I prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf odejdzie w stan spoczynku. Jak pan przewiduje, prezydent zdecyduje się przerwać kadencję I Prezes?

Data jest mało istotna, ważny jest fakt, że prezydent stworzył projekt ustawy łamiący konstytucję i konsekwentnie po uchwaleniu ustawy chce konstytucję łamać. Zgodnie z art. 126 to prezydent czuwa nad przestrzeganiem konstytucji, jest jej strażnikiem, zatem niestety takie postępowanie jest hańbiące dla urzędu prezydenta.

 

Prof. Gersdorf zapowiedziała, że pozostanie na stanowiska do końca kadencji. Czy wyobraża pan sobie, że zostanie usunięta ze stanowiska siłą?

Niestety, wyobrażam sobie taką sytuację. Może zajść taki mechanizm, jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, kiedy sędziowie dublerzy byli wprowadzani do TK przy asyście BOR-u, a urzędujący wiceprezes Biernat został pozbawiony możliwości funkcjonowania w gmachu Trybunału.

 

Konsekwencją takich działań może być Polexit?

Konsekwencje będą dla nas przede wszystkim finansowe. Tylko że kar finansowych nie będzie płacił ani prezes Kaczyński, ani PiS, tylko budżet, a więc my. Za tę legalizacyjną kozaczyznę zapłacimy my z naszych podatków.

 

Napisał pan dwa dni temu na portalu społecznościowym, że „może warto w końcu zrobić listę hańby, czyli wskazać tych prawników, którzy uzasadniają swoją wiedzą i autorytetem łamanie konstytucji w drodze ustawodawstwa zwykłego lub przez Prezydenta RP”. Dlaczego?

Należy pamiętać, że prawnicy mogą się różnić w wykładni prawa i analizie przepisów, ale są pewne kwestie niezmienialne, tą kwestią jest konstytucja. Jeżeli prawnik, profesor prawa czy doktor nauk prawnych, wydaje opinię jawnie sprzeczną z konstytucją, na podstawie której rząd czy parlament bądź prezydent podejmują określone kroki, a zatem tworzy alibi dla władzy w łamaniu konstytucji, to takie czyny trzeba piętnować. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawnik za tą opinię nie tylko otrzymał wynagrodzenie, ale także apanaże w postaci stanowisk bądź innych korzyści.

 

Kiedyś dostawało się szybciej mieszkanie albo talon na samochód.

Dziś to są miejsca w radzie nadzorczej, stanowiska dyrektorskie w jakiejś spółce albo miejsce w sądzie czy w Trybunale. Jest tu zachowany związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy sprostytuowaniem swojego nazwiska a otrzymaniem za to stosownej gratyfikacji.

 

Minister Ziobro powołał 1 lipca, czyli w niedzielę, 134 sędziów dyscyplinarnych. Będą sądzić sędziów, którym rzecznicy dyscyplinarni zarzucą sprzeniewierzenie się godności sędziego. Na pierwszy ogień pójdą sędziowie, którzy sprzeciwiają się reformie, jak sędziowie SN, którzy zapowiedzieli, że nie odejdą?

Być może. Wielokrotnie wskazywałem te działania ministra sprawiedliwości, które moim zdaniem są niezgodne z zasadą podziału władz czy niezgodne z prawem. Przy czym minister sprawiedliwości jest tu zazwyczaj bardzo umiejętnym graczem, ponieważ stara się, aby jego zakres obowiązków wynikał z ustaw. Tworzy projekty ustaw, które uchwala Sejm, minister dzięki temu jest zwolniony z odpowiedzialności, ponieważ stosuje ściśle ustawy. To, że sam przygotowuje projekt ustawy, a następnie ten projekt wnosi grupa posłów bądź rząd nie zmienia faktu, że Sejm ponosi odpowiedzialność za jej uchwalenie, a prezydent za podpisanie.

 

Panie profesorze, jak się pan czuje jako konstytucjonalista dziś w Polsce?

Proszę pani, ja zawsze staram się dostrzegać pozytywny.

Konstytucja, która kiedyś była kompletnie nieznana i stosowana głównie przez specjalistów, dzisiaj trafiła niemalże do każdego. Jest absolutnym bestsellerem wydawniczym, można ją kupić niemalże w każdym kiosku i na konstytucję powołują się zwykli obywatele.

Zatem świadomość konstytucyjna wzrosła, co dobrze świadczy o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

 

Komisja traci cierpliwość

O możliwości wszczęcia procedury naruszenia praworządności przez KE mówiono już od kilku dni. W zeszły czwartek wiceszef KE Frans Timmermans zapowiadał, że jest świadomy, iż potrzebne są pilne działania w sprawie sędziów polskiego Sądu Najwyższego, którzy 3 lipca mają przejść na emeryturę. Ostatecznie dzień przed czystką w SN Komisja poinformowała, że uruchomiła procedurę naruszeniową.

– Komisja dzisiaj rozpoczęła procedurę naruszenia dotyczącą Polski i ustawy o Sądzie Najwyższym. Rząd Polski będzie miał miesiąc, aby odpowiedzieć na pismo Komisji. Ustawa była już omawiana w kontekście procedury praworządności; nie była satysfakcjonująco omówiona w ramach tego procesu – powiedział podczas konferencji prasowej Margaritis Schinas, rzecznik Komisji Europejskiej.

 

 

Co dalej?

Polska ma miesiąc na odpowiedź Komisji. Z reguły czas dawany przez instytucje unijne to dwa miesiące.

Na razie przedstawiciele rządu polskiego bagatelizują decyzję Komisji. Premier już wcześniej zapowiedział, że Polska odpowie i złoży stosowne wyjaśnienia

– Ci, którzy tego nie akceptują, próbują robić burzę w szklance wody, ale się nie ugniemy – zapewnia wicepremier Beata Szydło.
Jeżeli rząd nie zmieni prawa, sprawa skończy się w Trybunale Sprawiedliwości UE. Jeżeli będzie orzeczenie Trybunału, że ustawa PiS narusza praworządność, grożą Polsce duże kary finansowe, nawet kilkadziesiąt tysięcy euro dziennie.

 

 

PO: Domagamy się wyjaśnień od premiera

– Nie można przepisu konstytucji zmieniać ustawą. Jeżeli PiS chce zmieniać konstytucję, niech rozpisze wybory i zdobędzie 2/3 większości. Nie można zmieniać ustroju państwa, nie mają większości konstytucyjnej – mówi Krzysztof Brejza z PO.

Posłowie PO domagają się od premiera wyjaśnień i informacji nt. dalszych działań rządu. – To pokazuje, że nikt nie kupił tego picu Mateusza Morawieckiego w białej księdze, że wszystko jest w porządku. Domagamy się od premiera, żeby na najbliższym posiedzeniu złożył informację przed Sejmem nt. procedury, którą rozpoczęła Komisja. Jakie jest stanowisko rządu polskiego, czy zamierza wycofać się z tej złej ustawy o SN? – mówił Robert Kropiwnicki z PO.

Wysłuchanie w UE

Rada UE przeprowadziła wczoraj wysłuchanie Polski. Jego przedmiotem były kwestie praworządności. A tymczasem grozi Polsce kolejne postępowanie – tym razem w sprawie nadchodzącej czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym, która ma doprowadzić do wyeliminowania sędziów niechcianych przez PiS.

 

Wysłuchanie odbyło się z inicjatywy Komisji Europejskiej, która kwestionuje przeprowadzane w Polsce zmiany w ustroju sądownictwa. Bronił ich wiceminister spraw zagranicznych Konread Szymański, zadającymi pytania byli szefowie dyplomacji lub ministrowie do spraw europejskich państw UE oraz wiceszef KE Frans Timmermans, który pytań wprawdzie nie mógł zadawać, ale wygłosił wprowadzenie do posiedzenia oraz podsumował je, ustosunkowując się do debaty i wyjaśnień predstawiciela Polski. Ponieważ każdy z ministrów miał prawo zadać dwa pytania, których sformułowanie nie zabierało więcej niż dwie minuty, już wcześniej zostały podzielone role pomiędzy krajami mającymi zdecydowanie krytyczne zdanie o polskich reformach sądownictwa.

Wysłuchanie jest elementem procedury, który nie prowadzi bezpośrednio do konkluzji – jest raczej daniem szansy obrony państwu, którego działania spotykają się z krytyką. Jego przeprowadzenie wynika z postępowania z Artykułu 7.1 i oficjalnie zamyka okres, w którym – przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc – KE miała podjąć ostateczną decyzję, czy nie wycofać się z decyzji o uruchomieniu procedury wynikającej z Art. 7. Termin wysłuchania został zakomunikowany 7 czerwca. Tylko cztery kraje wyraziły sprzeciw wobec tej decyzji – Węgry, Czechy, Słowacja i Chorwacja. Oznacza to fiasko działań polskiej dyplomacji i premiera Mateusza Morawieckiego, aby zahamować proces zainicjowany bezprecedensowym zastosowaniem wobec polski Artykułu 7.

Jest jednak równocześnie krokiem, który może prowadzić do skierowania przez KE skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ze względu na wymogi formalne nie wpłynie ona przed wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym , czyli przed 3 lipca, ale może to nastąpić niewiele później – w ciągu liku tygodni. Takie posunięcie mogłoby zawierać wniosek do Trybunału o zastosowanie „środka tymczasowego”, czyli nakazanie Polsce zawieszenia wykonania wynikających z nowej ustawy dyspozycji do czasu rozstrzygnięcia. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest negocjator ze strony unijnej – Timmermans, który nie kryje, że jego zdaniem dialog z Polską nie przyniósł zadowalających rezultatów.

Będzie to już kolejna skarga – w grudniu ub. roku KE zdecydowała o wniesienie do Trybunału Sprawiedliwości UE skargi w sprawie ustawy o ustroju sądów powszechnych.

Głos lewicy

Jurgiel poleciał za całokształt

– Wierzę, że rolnicy wypowiedzą wyborcze posłuszeństwo PiS-owi, bo w ostatnich wyborach niestety dali się nabrać na różne obietnice – mówił w Poranku Radio TOK FM Jerzy Wenderlich z SLD.
Szef resortu rolnictwa Krzysztof Jurgiel zrezygnował ze stanowiska. Za oficjalny powód podano względy osobiste. Wiceprzewodniczący SLD, Jerzy Wenderlich widzi to jednak inaczej.
– Poleciał – można powiedzieć – za całokształt. Nie tylko za świnie. Poleciał za konie [stadniny w Janowie – red.], za to, że przyhamował, albo w ogóle wyeliminował obrót ziemią, co plącze rolnikom ręce w ich działalności – mówił polityk Sojuszu.

Platforma nie ma zdolności koalicyjnej

– Pokazaliśmy dzisiaj zdolność koalicyjną – powiedział na antenie polsatnews.pl Włodzimierz Czarzasty. Szef SLD poinformował, że do lewicowej koalicji dołączy w najbliższym czasie kolejnych 10 podmiotów.
Włodzimierz Czarzasty odniósł się do zapowiedzi Platformy Obywatelskiej, że to właśnie ta partia będzie tworzyła wielką koalicję, która doprowadzi do odebrania władzy Prawu i Sprawiedliwości.
– Chciałem powiedzieć: Platforma nie ma zdolności koalicyjnej. PO, która mówi, że jednoczy cała opozycję, współpracuje tylko i wyłącznie z Nowoczesną. Nikt z Platformą nie chce współpracować – mówił Czarzasty. – Nikt poza Nowoczesną – dodał.
Polityk podkreślał, że swoją drogą – a więc nie z Platformą Obywatelską – idą Polskie Stronnictwo Ludowe, partia Razem i inne formacje, w tym Zieloni. – To mnie denerwuje, dlatego chciałem to wylać. Mówienie czegoś takiego: kto nie z nami, ten z PiS-em, to mówienie do wszystkich partii poza Nowoczesną. Nie zgadzam się z tą logiką. Z Platformą nikt poza Nowoczesną nie chce współpracować – powtórzył lider SLD.

 

Wizyta ostatniej szansy

– Ta wizyta wydaje się być swego rodzaju wizytą ostatniej szansy przed dwoma ważnymi wydarzeniami przed nami – mówił o przylocie Fransa Timmermansa do Polski Bogusław Liberadzki.
Według gościa audycji „Sygnały dnia”, napięta sytuacja między Komisją Europejską a polskim rządem może spowodować niebezpieczne konsekwencje. – Znaleźliśmy się w sytuacji niezbyt wygodnej dla obu stron, dlatego gdzieś tam padła wypowiedź polskiego rządu „więcej ustępstw nie będzie”. Kolegium Komisji Europejskiej jednomyślnie wypowiedziało się – praworządność powinna być kryterium przy wypłacaniu środków wieloletnich ram finansowym 2021-2027, a to w tym momencie zaczyna być bardzo niebezpieczne – ocenił Liberadzki.
Według wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Frans Timmermans przyjeżdża do Warszawy w dobrej wierze. – Jego intencje są jak najbardziej szczere – powiedział.
Dopytywany o możliwe rozbieżności celów pomiędzy przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckerem a Fransem Timmermansem, Liberadzki nie pozostawił wątpliwości, że obaj politycy grają do jednej bramki. – Panowie działają razem. Zazwyczaj jest tak, że jeden z nich spełnia funkcję dobrego policjanta. Nie ma między nimi rozdźwięku. Może być jedynie różnica zdań, że pan Juncker mówi „spróbujmy jeszcze raz”, a więc on (Timmermans – przyp.red.) próbuje jeszcze raz. On nie przyjeżdża dekoracyjnie – zaznaczył wiceprzewodniczący SLD.

Druga strona

Garść refleksji o nowym budżecie UE.

Jak zapewne Państwo pamiętają, z początkiem maja Komisja Europejska ogłosiła projekt budżetu UE na lata 2021-2027. Mimo odejścia Wlk. Brytanii razem z jej składką, kwotowo ma to być budżet nieco większy od dotychczasowego – na różne programy europejskie w nowej perspektywie finansowej przeznacza się 1279 miliardów euro.Jednak, jeśli wziąć pod uwagę inflację, to kategoria „większy” staje się nieaktualna. Ale ostatecznie, mimo podniesienia składki, co już postanowione – cięcia w stosunku do budżetu poprzedniego będą niezbędne.
W dwóch obszarach, które są dla nas bardzo ważne – chodzi o politykę spójności i politykę rolną – przewiduje się kwoty mniejsze odpowiednio o 7 i o 5 procent.Konrad Szymański, wiceminister spraw zagranicznych tak skomentował te informacje (cyt. za PAP i PR):– Na ostatniej prostej przed zaprezentowaniem projektu budżetu przez Komisję Europejską Polsce udało się obronić znaczną część interesów regionu (…) udało się, z walnym udziałem premiera Morawieckiego, wyhamować najbardziej radykalne propozycje cięć, najbardziej radykalne propozycje zmian, propozycje prawdziwego zrewolucjonizowania budżetu unijnego.
(…)Wydźwięk zapewnień wiceministra Szymańskiego – zarówno w wymiarze bezpośrednim, jak i w sferze gestów i symboli – jest jednoznaczny: polska opinia publiczna, ale też opinia publiczna w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, mogą spać spokojnie – w premierze Mateuszu Morawieckim mają skutecznego obrońcę swoich interesów, kluczowego gracza przy stole negocjacji budżetowych, zaś „ocieplony” wizerunek naszego kraju oraz osobiste, bardzo dobre stosunki naszego premiera z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean Claudem Junckerem mają wymiar nie tylko prywatny, ale też jak widać przekładają się korzystnie na nasze stosunki z Unią Europejską. Polska dyplomacja i polskie władze państwowe oceniają, że cięcia, które zaproponowano w nowym budżecie unijnym na lata 2021-2027 są co prawda nieuniknione, ale dzięki Polsce, są mniejsze niż powszechnie oczekiwano.
Tymczasem…
Z inicjatywy grupy parlamentarnej Socjalistów i Demokratów, do której należą posłowie SLD, wyliczenie podane 2 maja przez Komisję Europejską, wzięli na warsztat eksperci Parlamentu Europejskiego. Ich wnioski są, delikatnie mówiąc, zaskakujące:
„Propozycja KE to bardzo ładna historia, ale niestety nieprawdziwa. Sprawdziliśmy ze służbami PE liczby, jakie podawane są w projekcie. KE wykorzystuje czasami ceny bieżące, czasami ceny stałe, czasami liczy 27 krajów, czasami 28. Na końcu musieliśmy sprawdzać każdą z podanych liczb i rezultat jest bardzo zasmucający” – mówiła do dziennikarzy w Brukseli nasza koleżanka z S&D, europosłanka komisji budżetowej odpowiedzialna za wieloletni budżet UE Isabelle Thomas. Wstępna ocena Parlamentu Europejskiego pokazuje bowiem, że Komisja bardzo często wykorzystuje ceny bieżące, czyli nominalne wartości bez uwzględniania inflacji. W rezultacie przedstawiane cięcia w konkretnych obszarach są znacznie mniejsze niż w rzeczywistości. Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów europarlamentu wynika, że wbrew twierdzeniom Komisji zaproponowany wieloletni budżet nie będzie wynosił 1,114 proc. dochodu narodowego brutto (DNB) 27 państw UE, ale 1,08 proc. DNB. To mniej niż obecne wieloletnie ramy finansowe dla państw UE bez uwzględniania Wielkiej Brytanii (cyt. za PAP)Z polskiego punktu widzenia ważne są cięcia w polityce spójności oraz polityce rolnej. Tu też jest gorzej niż początkowo informowano. Cięcia wyniosą odpowiednio nie 7 i 5 procent, tylko 10 i 15!
Szczegółowa analiza Parlamentu Europejskiego pokazuje również, że w ramach polityki spójności aż o 45 proc. zmniejszony ma być Fundusz Spójności. Jest on przeznaczony dla państw członkowskich, których dochód narodowy brutto (DNB) na mieszkańca wynosi mniej niż 90 proc. średniego DNB w UE. Realizowane są z niego wielkie przedsięwzięcia, jak np. transeuropejskie sieci transportowe. To byłby doprawdy potężny cios wymierzony we wszelkie projekty infrastrukturalne w krajach takich jak nasz.Ma więc rację wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański przestrzegając, że sukces naszych negocjatorów z premierem Morawieckim na czele nie jest jeszcze przesądzający, że to dopiero, obiecujący co prawda, ale zaledwie pierwszy krok na długiej negocjacyjnej drodze. Czekają nas chwile nerwowe, pełne konfliktów i zwątpienia, wzlotów i załamań. Uspokajał jednak pan minister, że jesteśmy do tego przygotowani, że w znacznej mierze sukces będzie zależał od gotowości naszych partnerów do kompromisu, bo my jesteśmy gotowi. Mamy dobrą wolę, ale i determinację obrony polskich interesów…
Bardzo się z tego cieszę, choć moją radość mąci nieco wiercąca mózg myśl, czy nasza gotowość do negocjacji i kompromisu odnosi się do cięć w wysokości 7 i 5 procent, czy do tych realnych – 10 i 15 proc., przy zmniejszonym o 45 proc. Funduszu Spójności? Czy my w ogóle wiemy, o czym mówimy?