Triumf rasistowskiej retoryki

Ameryka nie skręciła w lewo. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, dodatkowo podsycanym przez liberalne media, Partia Republikańska umocniła swoją pozycję w Senacie, a jej kandydaci wygrali większość wyścigów o fotel gubernatora. Wielka w tym zasługa prezydenta Donalda Trumpa i jego rasistowskiej retoryki.

 

W swojej kampanii wyborczej w 2016 r. Trump obiecał budowę muru na granicy z Meksykiem, aby powstrzymać „zalew nielegalnych imigrantów”. Jak przekonywał ówczesny kandydat Partii Republikańskiej, to właśnie „hordy obcokrajowców” odpowiadały za wszelkie problemy trapiące „najznakomitszy kraj na świecie”, na czele z kulejącą gospodarką, rosnącą przestępczością i topniejącym prestiżem międzynarodowym USA. Trzeba przyznać Trumpowi, że słowa dotrzymał. Mur rzeczywiście powstał, choć inny niż zapowiadał. Nie jest on zbudowany z żelbetonu i drutu, lecz z rasistowskich i ksenofobicznych haseł, którymi prezydent i jego poplecznicy sprawnie się posługują. Zwroty i sformułowania, które jeszcze kilka lat temu dogorywały na śmietniku historii, dziś zajmują poczytne miejsce w głównym nurcie debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych. Dla części białych Amerykanów stanowią one swoistą barierę bezpieczeństwa, chroniącą ich przed zagrażającym ich dominacji multikulturalizmem.

Popis swoich umiejętności administracja Donalda Trumpa dała na kilka dni przed ubiegłotygodniowymi wyborami do Kongresu, wypuszczając spot uderzający w rzekomo „zbyt liberalną” politykę imigracyjną Partii Demokratycznej. W trwającym pół minuty filmie pokazano m.in. imigranta z Meksyku, który w 2014 r. zamordował dwóch policjantów. „Żałuję, że nie zabiłem więcej tych pierd*** glin” – mówił podczas rozprawy sądowej, śmiejąc się do kamer, co zręcznie uchwycili autorzy spotu. Chwilę później na ekranie pojawia się napis: „Demokraci pozwolili mu pozostać w USA”. W następnej scenie można zobaczyć tzw. „karawanę imigrantów”, jak media zwykły nazywać tysiące uchodźców z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru, którzy wyruszyli w pieszą wędrówkę do USA w nadziei na azyl. Jednak ich tragicznych historii nie poznają widzowie spotu. Zobaczą jedynie agresywny i brudny tłum, który niszczy wszystko na swojej drodze do Stanów Zjednoczonych, by zaprowadzić tu chaos i zniszczenie.

„Niebezpieczni nielegalni przestępcy, jak zabójca policjantów Luis Bracamontes, mają za nic nasze prawa” – mówi grobowym głosem lektor. Następnie, już w znacznie łagodniejszym tonie, zachęca widzów do głosowania na kandydatów Partii Republikańskiej. Cały spot kończy się słowami Trumpa, deklarującego, że „akceptuje ten przekaz”. Jednorazowy pokaz filmu w przerwie transmisji niedzielnego meczu futbolowego kosztował kampanijny fundusz prezydencki ponad 760 tys. dolarów.

Większość stacji telewizyjnych uznało spot za zbyt kontrowersyjny, aby go pokazać. O ile taka decyzja nie dziwi w przypadku CNN, NBC czy Facebooka, to już bojkot filmu ze strony konserwatywnej i uwielbianej przez republikanów Fox News przyjęto z zaskoczeniem. „Do czasu dalszego postępowania, Fox News zdecydował się wycofać spot ze wszystkich swoich kanałów” – powiedziała Marianne Gambelli, odpowiedzialna w firmie za dział reklamy. Bardziej bezpośredni byli przedstawiciele pozostałych stacji. Władze CNN wydały oświadczenie, w którym wprost nazwały film „rasistowskim” i „kłamliwym”, zaś NBC określił go jako „niezwykle obraźliwy”.

Do niedawna po takiej medialnej burzy prezydent wycofałby się ze skulonym ogonem, przepraszając wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. Za swoje słowa nie raz musieli wyrażać skruchę jego poprzednicy, nie wyłączając nawet takich politycznych twardzieli, jak Richard Nixon czy Ronald Reagan. Jednak to, co kiedyś należało do kanonu amerykańskiej kultury politycznej, dziś uznaje się co najwyżej za folklor. Pytany przez dziennikarzy o medialny bojkot spotu, Trump stwierdził, że nie wie o co chodzi. „Różne rzeczy różne osoby uznają za obraźliwe. Nie wiem czy ten film jest obraźliwy. Wiem natomiast, że jest bardzo skuteczny, sądząc po liczbie osób, które go obejrzały” – prezydent przyznał z rozbrajającą szczerością.

Rzeczywiście, chociaż spot został wycofany z głównych stacji telewizyjnych, to w internecie święcił triumfy. Liczba odsłon rosła z każdą godziną, czemu przysłużyli się prawicowi blogerzy, zalewając media społecznościowe informacjami i linkami do filmu. Szybko pojawiły się też różnego rodzaju teorie spiskowe, atakujące media głównego nurtu – czyli „fake news media” – za cenzurę polityczną i próbę wpłynięcia na wynik zbliżających się wyborów do Kongresu.

W całym tym utyskiwaniu na „liberalną cenzurę” mało kto zwrócił uwagę, że sam spot należy do kategorii fake news, czyli kłamliwych wiadomości. Bracamontes, który zabił dwóch policjantów, został zatrzymany i wypuszczony przez służby imigracyjne za czasów prezydentury republikanina George’a W. Busha. Co więcej, bezpośrednio odpowiedzialnym za niewyciągnięcie konsekwencji wobec Bracamontesa był szeryf Joe Arpaio, obecnie jeden z bliskich sojuszników Trumpa.

Generalnie, Amerykanie uważają imigrację za zjawisko pozytywne. W przeprowadzonym w czerwcu 2018 r. sondażu taką opinię podzielało aż 75 proc. ankietowanych – najwięcej od 2002 r. Rekordowo niski był także odsetek osób, które imigrację oceniały negatywnie – niespełna 20 proc. Zarazem jednak, większość Amerykanów jest zdania, że uregulowanie imigracji powinno należeć do priorytetów władz federalnych. Duża w tym zasługa retoryki Trumpa. O ile na początku 2017 r., tj. przed objęciem przez niego urzędu prezydenta, wśród najważniejszych problemów do rozwiązania najczęściej wskazywano służbę zdrowia, gospodarkę i bezrobocie, o tyle po dwóch latach jego rządów na pierwsze miejsce awansowała kwestia imigracji.

Strach przed nielegalną imigracją działa zwłaszcza na wyobraźnię najbardziej konserwatywnych wyborców. Jak pokazały to minione dwa lata rządów Trumpa, w podzielonym niemal w połowie kraju, wyborczy sukces lub porażka często zależy od umiejętności mobilizacji najbardziej zaangażowanego elektoratu. Stąd też prezydent i cała jego administracja nauczyli się grać na niskich instynktach części swoich wyborców – być może nie najliczniejszej grupy, ale z pewnością najgłośniejszej, która doskonale czuje się w świecie mediów społecznościowych. Umiarkowani republikanie, nawet jeśli razi ich język i styl prezydentury, i tak będą wspierać Trumpa, co zresztą udowodnili w ubiegłotygodniowych wyborach. Rasistowski spot wyborczy nie tylko nie zniechęcił do głosowania na republikanów, a wręcz poprawił ich ostateczny wynik. Żaden też z kandydatów, których bezpośrednio wspierał Trump, nie miał problemów z pokonaniem swoich przeciwników. Rasistowski mur zbudowany z prezydenckich fobii spełnił swoją rolę.

Fala zmiany

Nadchodzące wybory do Kongresu Stanów Zjednoczonych mają szansę odmienić amerykańską politykę. Nie tylko dlatego, że wszystkie sondaże i badania opinii publicznej przewidują porażkę republikanów zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie. Największa zmiana zachodzi w samym łonie Partii Demokratycznej, gdzie po latach marginalizacji do głosu dochodzą kobiety i przedstawiciele mniejszości etnicznych.

 

Fala zmiany właśnie pochłonęła Michaela Capuano, kongresmana reprezentującego stan Massachusetts od dwudziestu lat. Capuano, jeszcze do niedawna uważany za „niezatapialnego”, musiał tym razem uznać wyższość Ayanny Pressley. To właśnie ta czarnoskóra radna z Bostonu i asystentka senatora Johna Kerry’ego odniosła o tyle zdumiewające, co zdecydowane zwycięstwo w prawyborach zorganizowanych w stanowych strukturach Partii Demokratycznej.

„Dzisiejsze czasy wymagają więcej od naszych przywódców i od naszej partii. Dzisiejsze czasy wymagają, aby do rządzenia podchodzić mądrze, bezkompromisowo i bez strachu. Nie wystarczy już, że demokraci przejmą władzę. Ważne będzie też to, co ci demokraci reprezentują” – powiedziała Pressley po ogłoszeniu wyników prawyborów.

W wielu sprawach Pressley i Capuano wypowiadają się podobnie. Oboje są znani z postępowych poglądów, m.in. opowiadają się za swobodnym dostępem do aborcji. Pressley zyskała rozgłos zapowiadając zlikwidowanie niesławnej ICE, czyli służby imigracyjnej odpowiedzialnej za rozdzielanie rodzin nielegalnych imigrantów i zamykanie ich w centrach odosobnienia. Z kolei Capuano skupiał się na kwestiach gospodarczych, proponując aktywną walkę z bezrobociem i biedą poprzez pełne zatrudnienie.

Przegrana Capuano nie wynikała zatem z różnic programowych. Raczej, była pochodną politycznego trendu, który dało się zauważyć już podczas wyborów prezydenckich w 2016 roku. Wtedy to, na fali zmęczenia dotychczasowym partyjnym establishmentem, republikanie zagłosowali na politycznego nowicjusza Donalda Trumpa. Podobnie spora część demokratów podziękowała Hillary Clinton, która w polityce działała „od zawsze”. Od tego czasu ten trend w Partii Demokratycznej nie tylko się utrzymał, ale wręcz się umocnił. Można już zatem mówić o powszechnym znużeniu twarzami, które Amerykanie muszą oglądać od wielu lat. Capuano jest tego dobrym przykładem. Do Izby Reprezentantów trafił w 1998 roku, a więc jeszcze za prezydentury Billa Clintona. Wcześniej przez dziesięć lat był burmistrzem Bostonu, w samej zaś polityce działa od niemal czterdziestu lat…

W innych warunkach tak bogate CV byłoby zapewne poważnym atutem. Jednak nie w dzisiejszej Ameryce. Im więcej lat spędzonych w Kongresie, tym mniejsze szanse na kolejne zwycięstwo. W czerwcu 2018 roku przekonał się o tym inny „niezatapialny”, Joseph Crowley. Zasiadający w Izbie Reprezentantów od niemal dziesięciu lat, Crowley był nawet typowany na przyszłego przywódcę większości w Izbie Reprezentantów w przypadku zwycięstwa demokratów w jesiennych wyborach. Tym większy był szok i niedowierzanie, kiedy partyjne prawybory wygrała Alexandra Ocasio-Cortez, szerzej nieznana, 28-letnia aktywistka o imigranckich korzeniach. Jej zwycięstwo udowodniło, że doświadczenie i pieniądze to nie wszystko – Ocasio-Cortez zebrała 194 tys. dolarów, podczas gdy Crowley dysponował budżetem przekraczającym 3,4 mln dolarów. Jak nigdy, zaczynają liczyć się szczerość i bezkompromisowość w kwestiach społecznych, a przede wszystkim „polityczna niewinność”, czyli brak uwikłania w zgniłe kompromisy, z których do tej pory słynął Kongres.

Fala zmiany może także przynieść zwycięstwo pierwszego czarnoskórego gubernatora Florydy. Andrew Gillum, niespełna czterdziestoletni burmistrz Tallahassee, startuje w wyborach nie tylko jako przedstawiciel swojej grupy etnicznej, lecz również jako głos wszystkich wykluczonych ekonomicznie. Po raz pierwszy zdarza się bowiem, aby czołowy polityk jednej z dwóch głównych partii tak otwarcie przyznawał się do socjalistycznych poglądów, obiecując powszechny dostęp do służby zdrowia i aktywną walkę z bezrobociem. Co więcej, Gillum głosi potrzebę ograniczenia dostępu do broni, co w takim stanie jak Floryda jeszcze do niedawna oznaczałoby polityczne samobójstwo.

„Wierzę, że Floryda z jej bogatą różnorodnością wybierze gubernatora, który nas wszystkich złączy, a nie podzieli. Nie wybierze mizogina czy rasisty. Ludzie raczej będą szukali kogoś, kto będzie w stanie sprostać wysokim aspiracjom naszego stanu” – mówił niedawno Gillum.

Wyścig o fotel gubernatora na Florydzie zapowiada się niezwykle ciekawie. Głównym przeciwnikiem Gilluma będzie bowiem Ronald Dion DeSantis, republikański kongresman, uważany za jednego z najbliższych sojuszników prezydenta Donalda Trumpa. Poglądy obu polityków są zbieżne nie tylko w kwestiach gospodarczych, ale także w ocenie imigrantów i mniejszości etnicznych. Zarówno Trump, jak i DeSantis chętnie odwołują się do skrajnie konserwatywnego elektoratu, często zahaczając przy tym o rasizm. W zeszłym tygodniu w wypowiedzi dla stacji Fox News, DeSantis skrytykował swojego konkurenta, sięgając po sformułowanie „monkey up” (dosł. „zmałpieć”), oznaczające „zepsuć coś”, jednakże zawierające czytelny podtekst rasistowski. Wywiadem tym DeSantis wywołał spore kontrowersje, od jego słów odcięli się nawet konserwatywni dziennikarze, jednak on sam pozostał przy swoim.

Równie pasjonująco zapowiada się wyścig o fotel gubernatora w Georgii. Tam przed szansą na zapisanie się w historii jako pierwsza czarnoskóra pani gubernator stanie Stacey Abrams, 44-letnia prawniczka i przedsiębiorczyni. W tym przypadku zwycięstwo może jednak okazać się niezwykle trudne. Georgia to tradycyjnie konserwatywny stan, gdzie mimo upływu lat większość urzędów wciąż pozostaje zamknięta przed Afro-Amerykanami. Inaczej niż więzienia, w których ponad 60 proc. przetrzymywanych to czarnoskórzy.

Czy „fala zmiany” zmiecie dotychczasowy amerykański establishment? Przekonamy się już na początku listopada, kiedy odbędą się wybory lokalne oraz do Kongresu. W Senacie do zdobycia będzie aż 35 ze stu miejsc, a trzeba pamiętać, że obecna przewaga republikanów nad demokratami wynosi zaledwie jeden głos. Nie o to jednak się rozchodzi, aby Partia Demokratyczna zastąpiła Partię Republikańską. I w jednej, i w drugiej znajdują się bowiem ludzie, dla których zgniłe kompromisy ponad głowami wyborców to sól amerykańskiej polityki. O prawdziwej zmianie będziemy zatem mogli powiedzieć dopiero wówczas, kiedy ich miejsce zajmą społecznicy pokroju Pressley czy Ocasio-Cortez. Im więcej takich ludzi w (nie tylko amerykańskiej) polityce, tym lepiej dla demokracji.