Przyjaźń rozkwita

Zakończył się szczyt międzykoreański w Pjongjangu, na którym przywódcy obu państw złożyli zapewnienia o dalszych wysiłkach na rzecz umacniania współpracy i pokoju na Półwyspie. Mun Dze In i Kim Dzong Un odwiedzili świętą dla Koreańczyków górę Pektu.

 

Środowy szczyt przywódców Korei Północnej i Południowej był już trzecim tego rodzaju wydarzeniem w tym roku. Pierwszy, o przełomowym znaczeniu, miał miejsce w kwietniu, a przywódcy spotkali się wówczas z strefie zdemilitaryzowanej. Ostatni odbył się w stolicy KRLD. Upłynął pod znakiem wymiany symbolicznych gestów o wielkim znaczeniu dla dalszych postępów na drodze procesu pokojowego na Półwyspie. Obaj prezydenci przejechali otwartą limuzyną wśród wiwatującego tłumu mieszkańców Pjongjangu, którzy witali ich morzem falujących flag północnokoreańskich i flag-błękitno czerwonych symbolizujących jedność narodu koreańskiego.

Kim Dzong Un, nawiązując do deklaracji złożonych na czerwcowym szczycie z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa, wyraził zamiar rozbiórki kompleksu nuklearnego w Jongbjon. Podkreślił jednak, że musi temu towarzyszyć realizacja amerykańskiej części umowy, czyli – jak ujął to Kim – “eliminacja wszelkiego zagrożenia wojną” na Półwyspie Koreańskim. Korea Płn. oczekuje od Stanów Zjednoczonych ograniczenia ich obecności militarnej na Półwyspie. Trump zgodził się wcześniej na odwołanie sierpniowych manewrów wojskowych, które US Army regularnie odbywa wspólnie z armią Republiki Korei. Od tego jednak czasu nie doszło do kolejnych kroków.

– Zgodziliśmy się na to, że na Półwyspie Koreańskim nastanie pokój oraz, że stanie się on wolny od broni atomowej i zagrożenia nuklearnego – przypomniał Kim Dzong Un. W przemówieniu roztoczył też wizję zacieśniania więzi pomiędzy Północą a Południem: – Droga do naszej wspólnej przyszłości nie będzie łatwa i możemy na niej napotkać przeszkody, których nie potrafimy przewidzieć. Nie obawiamy się jednak przeciwności. Nasza siła będzie tylko wzrastać po zwycięstwie w każdej próbie, którą z powodzeniem przejdziemy dzięki mocy naszego narodu.

Najważniejszym z konkretów, do których doprowadził minionych szczyt, jest decyzja o usunięciu 11 posterunków wojskowych ze strefy zdemilitaryzowanej, rozminowanie jej terenu i ustanowienie nad nią przestrzeni wolnej od lotów, z zakaz ma objąć również drony. Podjęto też rozmowy o wspólnej organizacji letnich igrzysk olimpijskich w 2032 r.

Jednym symbolicznych momentów wizyty Mun Dze Ina w KRLD było wspólne wejście na górę Pektu, położoną na granicy z Chinami. Jest to mityczne miejsce pochodzenia narodu koreańskiego. Oficjalna narracja północnokoreańska utrzymuje, że na Pektu urodził się Kim Ir Sen, założyciel kraju. W hymnie Południa również występuje nawiązanie do słynnego szczytu.

Szczyt został poprzedzony otwarcie wspólnego dla obu krajów biura łącznikowego w północnokoreańskim mieście Kesong, gdzie będą ustalane szczegóły rozwijającej się żywo współpracy ponadgranicznej.

Niestety, Stany Zjednoczone wykazują obecnie mniejszy niż początkowo entuzjazm dla idei zacieśniania przyjaźni między Koreami. Jednym z niepokojących sygnałów jest utrudnianie przez przedstawicieli USA realizacji projektu połączenia kolejowego pomiędzy obydwoma krajami.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Trump, Kim, Xi

Na Dalekim Wschodzie powstaje nowy twór polityczny. Przywódca Korei Północnej Kim Dzong-un i prezydent Chin Xi Jinping uzgodnili ramy „strategicznej i taktycznej” współpracy między obu państwami.

 

Pierwsze spotkanie przywódców Chin i KRLD miało miejsce jeszcze przed szczytem Kim-Trump w Singapurze. W tym tygodniu przewodniczący Kim spotkał się z prezydentem Xi już po raz trzeci. W odróżnieniu od poprzednich, które miały niemal tajny charakter i poinformowano o nich, a i to bardzo lakonicznie, dopiero po ich zakończeniu, ostatnie odbywało się w blasku reflektorów.

W programie wizyty znalazły się nie tylko – co oczywiste – rozmowy na temat ustaleń ze szczytu w Singapurze, ale także cały szereg spotkań o zdecydowanie mniejszym ciężarze politycznym, jednak wiele mówiących, jak na przykład wizyta przywódcy Korei Północnej w Akademii Nauk Rolniczych czy centrum kontroli ruchu lotniczego w Pekinie. Włączenie do programu wizyty tego rodzaju punktów jest wyraźnym sygnałem, że wraz z końcem izolacji Korei Północnej Chiny są gotowe wejść w rolę jej głównego partnera gospodarczego i mają w tej mierze wiele do zaoferowania. Stanowi to równocześnie dowód na to, jak skutecznie – a równocześnie dyskretnie – chińska dyplomacja działała w całym procesie, który w końcu doprowadził do pierwszego w historii spotkania amerykańskiego prezydenta i przywódcy KRLD.

Sceptycy nadal nie przyjmują wprawdzie do wiadomości, że szczyt singapurski faktycznie miał aż tak przełomowy charakter, jak ogłosił to prezydent Trump, że w samych ustaleniach więcej było górnolotnych ogólników a mało konkretów, że faktycznie w ogóle nie wiadomo co między sobą uzgodnili i do czego się zobowiązali obaj interlokutorzy. Dalszy bieg wydarzeń wskazuje jednak, że konkretów było wystarczająco dużo, nawet jeśli nie zostały one upublicznione, bo pomimo wątpliwości sceptyków i rozczarowanych jastrzębi zdaje się, że proces nabrał przyspieszenia. A zatem, to co uzyskał od Trumpa Kim zostało uznane jako wystarczająca gwarancja bezpieczeństwa Korei Północnej po pozbyciu się przez nią nuklearnego i rakietowego arsenału. Bo w ślad za demontażem poligonu używanego do badań ładunków jądrowych (miało to miejsce jeszcze przed spotkaniem w Singapurze) Pjongjang przygotowuje się do likwidacji kolejnego – znanego także Amerykanom miejsca, w którym testowane były silniki rakietowe.

Rozstawienie akcentów podczas ostatniej pekińskiej wizyty Kima i nacisk na współpracę pośrednio dowodzi także, że widocznie gwarancje i ustalenia z Singapuru zostały uznane przez prezydenta Xi za wystarczająco wiarygodne aby się otwarcie angażować w ekonomiczne wsparcie Pjongjangu. Interesujące jest, co w zamian za dość oczywiste zobowiązania Korei Północnej obiecali zrobić w wymiarze militarnym Amerykanie. Okaże się to za jakiś czas. Ale że coś konkretnego zostało Kimowi przyobiecane, nie ulega wątpliwości. Niemal wprost – choć bez żadnych szczegółów – wspomniał o odwzajemnieniu przez USA ruchów Pjongjangu związanych z rozmontowywaniem arsenału rakietowego i nuklearnego prezydent Korei Południowej Mun Dze-in.

Kiedy patrzy się na chińskie zainteresowanie ekspansją ekonomiczną w Korei Północnej nie sposób nie myśleć o tym także w kontekście amerykańsko-chińskiej wojny celnej. Wprawdzie jest to obszar bardzo różny od kwestii denuklearyzacji Dalekiego Wschodu, ale także nie tak bardzo odległy. A konsekwencją może być, że jeśli Trump spodziewał się czegoś w wymiarze gospodarczym w związku z doprowadzeniem do wygaszenia ogniska zapalnego na Półwyspie Koreańskim, mógł się przeliczyć, bo nie USA, lecz Chińczycy szybciej, sprawniej i skuteczniej zagospodarują ten obszar.

Ni to wojna, ni to rozejm

W Korei każdy miał swój Stalingrad.

Tamtej wojny wszyscy spodziewali się od miesięcy, ale jej wybuchł wszystkich zaskoczył . Latem 1950 roku dwa istniejące już państwa koreańskie przygotowywały się do obchodów pierwszych rocznic swego istnienia. Na południu, w Republice Korei dyktatorsko rządził prezydent Ly Syng Man. Wspierała go administracja USA. Na północy w Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej rządził Kim Ir Sung, znany w Polsce jako Kim Ir Sen. Wspierał go Związek Radziecki. Rządzący północą kraju stwarzali wówczas pozory demokracji. Represjom poddano przede wszystkim związanych z niedawnymi japońskimi okupantami właścicieli ziemskich, policjantów i urzędników. Na południu tajna policja Ly Syng Mana miała za zadanie zlikwidować wszystkie osoby podejrzane o sympatie „komunistyczne”, co w praktyce przekładało się na represjonowanie wszystkich przeciwników politycznych reżimu. W roku 1945 dotknęło to ponad 300 tysięcy osób.
Po klęsce w 1949 roku wspomaganego przez USA chińskiego generalissimusa Czang Kai – Szeka, administracja USA skupiła się na wspieraniu okupowanej Japonii. No i wyspy Tajwan, gdzie schroniła się armia Czanga pobita przez czerwoną amię przewodniczącego Mao. Z perspektywy mocarstwowych USA i ZSRR podzielona na dwie strefy wpływów Korea była stanem optymalnym. Wywiad amerykański informował o wycofywaniu się wojsk radzieckich z Korei i niechęci Stalina do zmiany status quo. W odpowiedzi Amerykanie też rozpoczęli wycofywanie swych wojsk, przerzucając je do sąsiedniej Japonii. Oba mocarstwa nie doceniły ambicji trzeciego. Powstałej 1 października 1949 roku Chińskiej Republiki Ludowej.

 

Azja wstaje z kolan

Mao Zedong proklamując powstanie zjednoczonych i wolnych od obcych wpływów ludowych Chin, obiecał też Chińczykom przywrócenie im godności. Czas Chin kolonizowanych przez zachodnie mocarstwa i Japonię, Chin targanych wieloletnimi wojnami domowymi miał się zakończyć. A Chiny miały wrócić na „należne im miejsce”, czyli azjatyckiego hegemona.
Rządzący północną Koreą Kim Ir Sung również planował przywrócić Korei należne jej miejsce. Kraju zjednoczonego, związanego tradycyjnym geopolitycznym sojuszem z Chinami. Ale wewnętrznie suwerennym.
Dzięki otwartym przez Michaiła Gorbaczowa radzieckim archiwom wiemy już, że decyzję o zjednoczeniu Korei podjęli samodzielnie przywódcy Chin i północnej Korei. Stalin skupiał się wtedy na wasalizowaniu państw Europy Środkowo – Wschodniej i utrzymaniu NRD. Zapewne dlatego , pomimo wrogości i regularnych incydentów zbrojnych na granicy koreańsko – koreańskiej, atak z północy był dla południowej Korei i USA zaskoczeniem.

 

Zwroty akcji jak w serialu

Zaczęła się wczesnym rankiem 25 czerwca 1950 roku. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakowało wojska południowo koreańskie. Te stawiły słaby opór, szybko poszły w rozsypkę. Nie miały ciężkiego sprzętu. Nigdy nie walczyły na froncie, nie uczono ich tego. Były przede wszystkim wsparciem policji politycznej prezydenta Ly Syng Mana.
Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów, lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe. Największymi przeszkodami w marszu były trudne warunki geograficzne i totalny brak dróg odpowiednich dla oddziałów zmotoryzowanych.
W sierpniu 1950 roku Armia Ludowa KRL – D oponowała już całe południe z wyjątkiem regionu wokół portu Pusan. Tam broniły się skoncentrowane resztki wojsk USA i niedobitki wojsk południowokoreańskich. Wydawało się, że wojska Kim Ir Sunga zjednoczyły Koreę. Ale 15 września następuje niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inchhon i kontruderzenie z „worka Pusańskiego”. W międzyczasie Amerykanie zmienili charakter tej lokalnej wojny. Korzystając z bojkotu przedstawicieli ZSRR obrad Rady Bezpieczeństwa ONZ, zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich.
W efekcie ryzykownego desantu dowodzone przez ekscentrycznego generała Douglasa Mac Arthura rozbito rozciągnięte, wyczerpane marszami wojska północno koreańskiego. Potem siły ONZ żwawo ruszyły na północ kraju. W październiku około 90 proc. terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ . Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale teraz przez siły południa.
Kiedy w listopadzie armie ONZ zbliżały się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „oddziałami ochotników ludowych”. Chodziło o to aby Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia.

 

Jeszcze jedna atomowa?

Stalin wpadł w wściekłość, prezydent USA Truman w osłupienie, a generał Mac Arthur zaproponował odwetowe zrzucenie bomb atomowych na Chiny. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska pod sztandarem ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot akcji, tej ciągnącej się jak serial, wojny.
Ochotnicy wraz z formowanymi na nowo wojskami północnokoreańskimi pomaszerowały na południe i w styczniu 1951 roku zdobyły Seul. Dalszy marsz i odwrót utrudniała wszystkim niezwykle surowa, koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam poniżej 20 C. Obie armie nie były do tego przygotowane. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy obie walczący strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie jwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób niż starć militarnych.
W kwietniu 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejna wielką ofensywę, która załamała się. Od tej pory działania wojenne przyjęły postać wojny pozycyjnej przeplatanej lokalnymi starciami.
W lipcu 1951 roku rozpoczęła się pierwsza tura rokowań pokojowych. Toczyły się one powoli. Aż wybór prezydenta Eisenhowera, zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną, śmierć Stalina i walka o schedę po nim, oraz brak znaczących efektów działań militarnych, zmusiły obie strony do podpisania 27 lipca 1953 w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38. Równoleżnika.
Wrócono do stanu sprzed wojny. Rozejm podpisali dowódcy armii Korei Północnej, Chin i wojsk ONZ. Nie podpisał go reprezentant Korei Południowej, co bywa powodem podważania go przez władze KRL – D.
Straty wojenne trudne są do oszacowania, bo poza stratami wojsk walczącymi pod flagą ONZ, nie ujawniono innych precyzyjnych szacunków. Armia południowokoreańska mogła stracić ok. 0, 5 miliona żołnierzy, podobnie tyle armia z północy. Na pewno wojska ONZ straciły ponad 50 tysięcy żołnierzy, a straty chińskie szacuje się na 400 tysięcy. Straty ludności cywilnej ocenia się na ponad milion.
Dodatkowo ten przed wojną kraj został totalnie zniszczony, zwłaszcza w efekcie bombardowań lotniczych. Stolica Korei Północnej została całkowicie zburzona, Seul zrujnowany.
Długotrwały rozejm umocnił sfery wpływów w Korei i sprzyjał dyktatorskim rządom w obu krajach. Na południu wojsko obaliło znienawidzonego prezydenta Ly i korzystając z gwarancji bezpieczeństwa USA rozpoczęło w latach sześćdziesiątych budowę nowoczesnej gospodarki. Wzorowanej na japońskiej. Przemiany demokratyczne rozpoczęły się w Republice Korei dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. Dzisiaj jest to gospodarcza potęga ze specyficzną, azjatycką demokracja parlamentarną.
W Koreańskiej Republice Ludowo – Demokratycznej ekipa Kim Ir Sunga najpierw zlikwidowała konkurentów do władzy. Potem lawirując między chińskimi i radzieckimi protektorami stworzyła azjatycką satrapię i autarkiczną, podporządkowaną wojsku gospodarkę. Rząd klanu rodziny Kimów i wojskowej ,generalicji. Dysponującą skuteczną polisą bezpieczeństwa – gigantyczną armią i bronią atomową.
Lata mijają, zjednoczenie Korei, ani zawarcia pokoju nadanie widać.

Jak wyhodować sobie wroga

Gdy „komuniści” z Północy przekroczyli 38 równoleżnik, byli witani jak wyzwoliciele.

 

Jeszcze w lipcu 1945 roku administracja USA spodziewała się, że japońska armia stacjonująca w chińskiej Mandżurii stawi armii radzieckiej twardy opór. Podobnie silnej japońskiej obrony spodziewano się w Korei. Dlatego Pentagon uznał, że USA nie ma strategicznych interesów w Korei. Pozostawiono ją Armii Czerwonej, zakładając, że się tam silnie wykrwawi. Poza tym Korea była wtedy uważana za peryferie imperium japońskiego, obszar geopolitycznie drugorzędny.

Wszystko zmieniało się po dwóch zrzuconych bombach atomowych na Japonię i po szybkim opanowaniu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Ku zaskoczeniu wszystkich, stacjonująca tam, świetnie wyposażona japońska Armia Kwantuńska nie stawiała większego oporu.

W nocy 10 sierpnia 1945 roku administracja USA uznała, że jednak warto by okupować Koreę wspólnie z ZSRR. Dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali rozkaz pilnego opracowania planów podziału tego kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to z tej perspektywy zauważyli, że 38 równoleżnik przecina Półwysep Koreański na pół. Szybko zaproponowali taki podział, zwłaszcza, że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał.

Amerykanie bali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko przejmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła wtedy już granicę chińsko-koreańską. A wojska amerykańskie ulokowały się na wyspach japońskich.

Ale Stalin zgodził się na taki podział i Amerykanie poczuli się szczęśliwi. Minął miesiąc aż pierwsi ich wojskowi wylądowali na koreańskiej ziemi. Byli totalnie nieprzygotowani do zarządzania Koreą. Nie znali koreańskiego ani podstaw kultury tego kraju. Wielu z nich z obrzydzeniem i przerażeniem obserwowało biedny, wyniszczony przez japońską okupację kraj. Nie chcieli się też koreańskości uczyć, bo uważali swój pobyt za tymczasowy. Dopiero przyszła wojna zmusiła ich do tego.

 

Najgorszy z możliwie najgorszych

Po II wojnie światowej Amerykanie kreowali w Azji Południowo-Wschodniej nowych miejscowych liderów lub popierali tam zastanych. Zwykle wybierali wedle swoich upodobań nie zważając na miejscowe realia. Nic dziwnego, że zwykle ich typy przegrywały, a Stany Zjednoczone wraz z nimi. Tak było poparciem dla chińskiego generalissimusa Czang Kaj – szeka. Pomimo miliardowych dotacji i sprzętu wojsowego przegrał on z wojskami Mao Zedonga.

Tak było z południowowietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem. Ten uprzejmy katolik doskonale dogadujący się z prezydentem Kennedym był tak znienawidzony przez obywateli swego kraju, że ułatwił zwycięstwo komunizującym nacjonalistom z Północy.

Przybyli w 1945 roku do Korei Amerykanie zlekceważyli liderów miejscowego antyjapońskiego ruchu oporu. Przywieźli za to z USA siedemdziesięcioletniego Li Syng – mana. Człowieka początkowo otwartego, inteligentnego. Pierwszego Koreańczyka, który zrobił doktorat w Princeton. Jednak po powrocie do Korei poczuł się on jej niekontrolowanym władca. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi.

Zwłaszcza z działaczami Koreańskiej Republiki Ludowej. Był to utworzony na terenie całego kraju wspólny, patriotyczny front nacjonalistów o różnorodnych poglądach politycznych oraz liderów ugrupowań partyzanckich. Li Syng-man walczył z nimi pod hasłami walki z każdym przejawem „komunizacji” Korei, choć większość z nich była daleka od komunizmu. Ale o tym, kto może być „komunistą” decydował już Li Syng-man.

Po drugiej stronie 38 równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali istniejące struktury KRL. Radzieccy w tym regionie zwykle współpracowali z całymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce, często intrygom, podporządkowywali sobie lokalnych liderów tych ruchów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, to wywyższali następnego.

W tym czasie dla Stalina priorytetem były państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Chciał je włączyć do swej strefy wpływów. Chiny chciałby mieć podzielone między zwalczającymi się komunistami Mao i nacjonalistami Czanga. Stalin obawiał się samodzielności Mao, bał się silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie postrzegał Koreę. Dlatego do końca lat czterdziestych na północy tego kraju panowała względny spokój polityczny i rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale wtedy na północy było bogaciej niż na południu. A nawet były tam większe swobody demokratyczne.

Południowokoreański, importowany z USA reżim Li Syng-mana i amerykańskie władze walcząc z „komunistami” szukały dodatowego poparcia. Najszybciej i najsilniej uzyskały ze strony byłych projapońskich kolaborantów. Urzędników japońskiej administracji, kadr technicznych w fabrykach. Amerykanie traktowali Japończyków inaczej niż Niemców. Nie przeprowadzili ani w Japonii, ani w Korei „defaszyzacji”. Nie było japońskiej Norymbergi.

Reżim Li Syng-mana podporządkował sobie kolaboracyjną policję i służby specjalne. Blokował przeprowadzenie reformy rolnej. Wszelkimi środkami zwalczał konkurentów politycznych, dopuszczając się licznych zbrodni. Walczył też z odradzającymi się związkami zawodowymi. Patronujący mu amerykańscy zarządcy nie zwracali na to uwagi. W lipcu 1948 roku doprowadzili do wyborów parlamentarnych. W sierpniu ogłoszono powstanie Republiki Południowej Korei. Prezydentem został Li Syng-man.

Zaraz potem nowy, „demokratyczny” prezydent całą swą uwagę skupił na wprowadzeniu w swym kraju bezlitosnej dyktatury. Dymisjonował wszystkich próbujących niezależności ministrów. Krwawo stłumił bunty lewicowców w Josu na południu kraju. W październiku 1949 roku w więzieniach południowokoreańskich znajdowało się ponad 90 tysięcy przeciwników politycznych.
Korea Północna swą niepodległość ogłosiła we wrześniu 1949 roku . Rządzony już wtedy przez ekipę Kim Il-sunga , zwanego w naszym kraju Kim Ir-senen, kraj też nie był demokratyczny. Tam również bezwzględnie rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Ale czyniono to bardziej skrycie. Bez pomocy dawnej kolaboracyjnej policji i projapońskiej administracji. Doradcy radzieccy intensywnie szkolili dawnych koreańskich partyzantów budując profesjonalną armię. Jesienią 1949 roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo-Wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Wiele zdobytego od wojsk generalissimusa Czanga amerykańskiego sprzętu wojskowego, Mao przekazał sojuszniczej armii koreańskiej. Minął rok i został użyty przeciwko wojskom USA.

 

Czekali na wyzwolenie

Od połowy 1949 roku wojna między obu nowymi państwami koreańskimi wisiała w powietrzu. Najsilniej marzyli o niej masowo prześladowani przez reżim Li Syng-mana obywatele Republiki Południowej Korei. Raz po raz dochodziło do zbrojnych incydentów wzdłuż granicznego Równoleżnika. Północnokoreańskie rozgłośnie radiowe miesiącami zapowiadały rychłe wyzwolenie braci z południa. Aktywizowała się na południu antyrządowa partyzantka.

W roku 1950 Amerykanie rozpoczęli wycofywanie swego wojska z Korei. Musieli też tak uczynić, bo wojska radzieckie demonstracyjnie opuściły już Północna Koreę. Pozostawili wyszkolona armię i miejsce dla chińskich doradców wojskowych. Amerykanie pozostawili południowym Koreańczykom jedynie lekki sprzęt wojskowy. Skorumpowani południowokoreańscy wojskowi masowo handlowali wojskowymi racjami żywnościowymi i podarowaną odzieżą. A prezydent Li skupiał swą uwagę na rozwoju tajnej policji politycznej.

Dlatego kiedy 25 czerwca wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada i nie natrafiły na silny opór wojska i społeczeństwa. Często witano je radośnie.

 

Jak było potem przeczytacie w następnym numerze „Trybuny”

Atomowa krewetka

Dyktatorski reżim Kim Dzong-una jest dzieckiem USA.

 

Historia Korei to los krewetki żyjącej między dwoma wielorybami. Chińskim, tym większym oraz japońskim, mniejszym, ale czasami wyjątkowo brutalnym. Dzieje polityczne Korei to los powstających na półwyspie, ciągle kłócących się królestw. Wzmacniających się pomocą wielkich sąsiadów. Czasy przypominające polskie rozbicie dzielnicowe, krwawe rządy piastowskich książąt.
Od końca XIV wieku, w okresie zjednoczenia państwa zwanego Joseon, nastąpił tam skok cywilizacyjny. Koreańczycy przejęli od chińskich sąsiadów pismo, technologie produkcji jedwabiu i ceramiki, i przede wszystkim system konfucjański. Konfucjanizm ukształtował moralność, relację rodzinne, międzyludzkie in system polityczny.

Wszystkie zdobycze chińskiej cywilizacji Koreańczycy sprawnie zaadoptowali, ale też rozwinęli nadając im własne, charakterystyczne cechy. Stali się mistrzami w produkcji celadonu, przecudnej ceramiki. Ceniony jest koreański jedwab. Wcześniej od Gutenberga zaczęli stosować ruchome czcionki do druku książek. Pierwsi na świecie zbudowali okręt z żelaza. Aby podtrzymać narodową odrębność kultywowali lokalne zwyczaje, swoją kuchnię, charakterystyczne stroje. Rozwinęli narodowe sztuki walki. Przez lata byli bitnymi żołnierzami i najemnikami wzmacniającymi wojska państw sąsiednich.

Zgodnie z systemem konfucjańskim, traktującym społeczeństwo jako wielką rodzinę, królowie Korei byli wasalami „starszego bratniego narodu”. Nie przynosiło hańby, przeważały korzyści. W czasach pokoju chiński brat zadowalał się często symbolicznym trybutem i spokojem na granicy. Wojny cesarstwa wymuszały dodatkowe haracze i wsparcie koreańskiego wojska. Polityki zagranicznej koreańscy królowie nie prowadzili, bo była domeną „starszego brata”.

Aż do końca XIX wieku Koreańczycy byli feudalnym, wiejskim społeczeństwem. Zamieszkującym położony na peryferiach ówczesnego świata półwysep. Przełom nastąpił kiedy brat chiński zaczął być kolonizowany przez zachodnie mocarstwa, a japoński sąsiad, rozpoczął forsowną modernizację adoptując zdobycze zachodniej cywilizacji.

Do roku 1876 Koreańczycy traktowali Japonię jako równe, przyjacielskie państwo. Toczyli w XVI wieku z Japończykami wojny, ale ich odpierali. Niestety, w styczniu tego roku japońskie wojska lądują w Korei. Tokio korzysta z upadku cesarstwa chińskiego i kopiuje politykę zachodnich mocarstw wobec Chin. Zmusza Koreę do zawarcia „traktatu o przyjaźni i handlu”. Przyznającego Japończykom dostęp do koreańskich portów, rynków zbytu. Stawiającego Japończyków ponad tamtejszym prawem, nadającego japońskim firmom eksterytorialny status.

Kiedy Koreańczycy poczuli cenę japońskiej przyjaźni spróbowali szukać pomocy. Pospieszyła z nią ekspansywna Rosja, okupujące Chiny mocarstwa zachodnie, i nowy gracz w tym regionie – USA. Zmobilizowało to Japończyków. Po wielkim zwycięstwie w wojnie z Rosją, armia japońska wkroczyła w 1904 roku do Korei. Sześć lat później usunięto tam ostatniego tytularnego władcę Korei. Okupacja japońska trwała do roku 1945.

W tym czasie Japończycy dopuścili się tam licznych aktów ludobójstwa. Stosowali rabunkową gospodarkę, zwłaszcza w czasie wojny z USA, doprowadzając Koreańczyków do strukturalnej nędzy. Lata okupacji wywołały powszechną, odczuwalną do dzisiaj, nienawiść do Japończyków. Zwłaszcza, że Japonia nigdy nie przeprosiła Koreańczyków za ludobójstwo i zbrodnie wojenne ówczesnej administracji i armii.

 

Kraj pachnący inaczej

O istnieniu Korei władze USA przypomniały sobie w sierpniu 1945, roku kiedy skapitulowała Japonia. I Amerykanie rozpoczęli okupację Japonii. W tym czasie armia radziecka rozbiła w graniczącej z Koreą Mandżurii stacjonującą tam japońską Armię Kwantuńską. Zajęła też północne, najbardziej uprzemysłowione prowincje chińskie. Zdobyte terytorium i zdobyczną broń przekazała oddziałom Mao Zedonga walczącym o władzę z armią popieranego przez USA Czang Kaj – szeka.

Zgodnie z umowami zwycięskiej alianckiej trójki, czyli ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, pokonana Japonia miała stać się łupem Stanów Zjednoczonych. Wielka Brytania pragnęła powrotu do zajętych przez Japonię swych dawnych azjatyckich kolonii. Okupywana przez Japończyków Mandżuria i inne terytoria chińskie miały wrócić do prawowitych właścicieli reprezentowanych wtedy przez generalissimusa Czanga. O przyszłości Korei, wówczas japońskiej prowincji, administracje USA i Wielkiej Brytanii zwyczajnie zapomniały.

Generalissimus Stalin skupiał wtedy swą uwagę na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo-Wschodniej. W Azji chciał mieć po swojemu rozumiany spokój. Idealnym dla ówczesnych stalinowskich interesów był stan przewlekłej wojny domowej w Chinach. Zakończony podziałem na dwie strefy. Amerykańską z Czang Kaj-szekiem i proradziecką z Mao Zedongiem lub innym, bardziej lojalnym wobec Kremla przywódcą chińskiej partii komunistycznej. Stalin nie ufał przewodniczącemu Mao, bał się silnych Chin. Wiedział, że na wschodzie może być tylko jedno słońce. To kremlowskie.

Granicząca z Mandżurią, sąsiadująca z ZSRR, Korea była obiektem zainteresowania Kremla. Stalin wspierał antyjapońską, komunizującą partyzantkę. Miał w zasobach kadrowych koreańskich polityków, wojskowych oraz kadry zaznajomione z kulturą i tradycjami tego kraju.
W roku 1945 takich kadr Amerykanie nie mieli. We wrześniu przysłali na południe Korei swych pierwszych wojskowych. Aby przejęli ten teren od obecnej tam administracji japońskiej. I ci od razu popełnili kolosalne błędy.

 

Słoń w składzie porcelany

Wychowani w Ameryce znali Azję przede wszystkim od japońskiej strony. Nienawidzili jej za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. I wielce podziwiali ją już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. Polubili japońskie poddaństwo, służalczość wobec zwycięzców. Bo przebiegli Japończycy szybko zauważyli, że traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArthura jak szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie swojego kraju.

Pierwsi amerykańscy wojskowi, którzy przybyli do Seulu przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedny kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalanym węglem drzewnym.

Ale najbardziej szokował Amerykanów w Korei zapach ludzkiego gówna. Powszechnie używanego wtedy jako nawóz, zwłaszcza na karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Zresztą, nawet gdyby chcieli, to nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć, bo przybywający jesienią 1945 roku Amerykanie nie znali języka koreańskiego ani koreańskiej kultury. A miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających zachodnie języki wymordowali.

Amerykanie mieli za to kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że ta prześcigała się w pokazowej lojalności wobec nowych władców.

I dla świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów. I znienawidzoną przez Koreańczyków, kolaborującą z japońskimi okupantami, miejscową policję też.

To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów.

Bo to przecież było tak, jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej, pozostawiono u nas „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.

Co było potem, poczytacie w następnym numerze „Trybuny”.