Boyowa Janda

Nagrodę przyznaje Zarząd polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej. Tę prestiżową nagrodę przyznano po raz pierwszy w roku 1957, a pierwszym laureatem został Kazimierz Dejmek. Pośród czterdzieściorga laureatów tej nagrody znaleźli się m.in. Tadeusz Kantor, Jacek Woszczerowicz, Konrad Swinarski, Krystyna Skuszanka, Jerzy Grzegorzewski, Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek.

 

W wygłoszonej laudacji, honorowy wiceprzewodniczący AICT/IACT i zarazem prezes Klubu Krytyki Teatralnej SD RP Tomasz Miłkowski zwrócił m.in. na fakt, że Krystyna Janda jest dopiero dziesiątą kobietą, która otrzymała tę nagrodę, a do roku 2000 otrzymały ją zaledwie dwie artystki. W mistrzowskiej analizie sylwetki teatralnej Krystyny Jandy Miłkowski zwrócił uwagę m.in. na jej bogatą osobowość, która budziła i budzi kontrowersje nie tylko natury artystycznej, ale także jako postać wykraczająca swoim rozmachem poza ramy aktorskiej profesji. W rozmowie poprowadzonej przez Łukasza Maciejewskiego laureatka opowiadała m.in. o warszawskiej publiczności teatralnej, która według jej szacunków wynosi około 25 tysięcy osób, co jak na blisko dwumilionowe miasto stołeczne oznacza niewielką liczbę, o niełatwej sytuacji finansowej jej teatrów („Polonia” i „Och-Teatru”) po odebraniu dotacji rządowej w rezultacie nastania „dobrej zmiany”, o swojej bogatej działalności okołoteatralnej, w tym edukacyjnej, o niezwykle silnej obecności kobiet i problematyki kobiecej w życiu społecznym, o swoich rolach, a także o swoim zmarłym mężu, wybitnym operatorze filmowym Edwardzie Kłosińskim, który był dla niej w związku „biegunem chłodu i rozwagi w kontraście do jej szaleństwa”, o śmierci, „która w teatrze jest głównym tematem”, o jej spektaklach i związanych z nimi perypetiach, o miłości do kotów i artystycznych konsekwencjach tej miłości, a także o swojej niezwykłej i nieprzeciętnej wrażliwości na doznania artystyczne.
– Więcej zawdzięczam dziełom sztuki niż komukolwiek i czemukolwiek. Potrafię w sposób niepohamowany płakać nad pięknem dzieła sztuki i całymi dniami siedzieć w muzeach kontemplując obrazy w zachwyceniu – mówiła Janda.

 

Z Krystyną Jandą, laureatką nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Otrzymała Pani nagrodę imienia Boya, ale mam wrażenie, że to on osobiście powinien Panią nagrodzić, gdyby żył, za to że była Pani inspiratorką największego i najskuteczniejszego w historii Polski protestu kobiet w obronie ich praw i wolności, czyli „Czarnego Protestu” z października 2016 roku…

Ja nadal uważam, że byłam tylko jedną z kobiet, które zabrały w tej sprawie głos.

 

Mam jednak przekonanie, że to fakt, iż to właśnie Pani rzuciła tę iskrę sprawił, że ten protest nabrał takiego zasięgu i intensywności. Pani Krystyno, przy okazji tej uroczystości pozwolę sobie na taki oto komplement: rolą Agnieszki w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy weszła Pani do historii polskiego kina, a rolą w zainspirowaniu „Czarnego Protestu” – do najnowszej historii Polski…

Być może było trochę tak, jak pan mówi. A jeśli tak, to cieszę się, że moje nazwisko mogło odegrać tak pożyteczną rolę. Staram się to swoje zaangażowanie społeczne kontynuować w moim teatrze, który jest przecież bardzo społeczny. Wystawiane przez nas spektakle bardzo rzadko nie odnoszą się do ważnych zagadnień społecznych, nawet komedie. Ostatnio mieliśmy premierę „Mojego pierwszego razu”, przedstawienia, które dotyka kwestii ważnej dla każdego młodego człowieka – inicjacji seksualnej. A nawet te, które jak „Boska”, „Shirley Valentine” czy „Jak zabić starszą panią” odległe są od problematyki społecznej, zarabiają na te pozostałe. W naszym repertuarze działa zasada pomocniczości, bo żeby nasz teatr mógł funkcjonować po utracie dotacji, musi zarobić miesięcznie około miliona złotych. Na szczęście mamy wierną publiczność.

 

Skąd pomysł na „Mój pierwszy raz”?

Z lektury podręczników dotyczących życia w rodzinie. Poziom narracji o sferze życia płciowego, biologii kobiet i mężczyzn, prokreacji, jest w tych podręcznikach tak przerażający, podawany na poziomie graniczącym z absurdem, że postanowiłam wystawić „Mój pierwszy raz”.

 

O publicystyce jako gatunku pisania mówi się zazwyczaj, że jej życie jest krótkie, że szybko się dezaktualizuje. Tymczasem można odnieść wrażenie, że publicystyka społeczna Boya, zwłaszcza ta dotycząca kwestii praw kobiet i świadomego macierzyństwa, jest ciągle aktualna, mimo że ma już metrykę blisko dziewięćdziesięcioletnią. Dlaczego Pani zdaniem tak się dzieje?

To smutne. Brakuje nade wszystko edukacji, edukacji, raz jeszcze edukacji i dlatego jesteśmy niestety bardzo daleko za światem. Tracimy jako społeczeństwo energię na sprawy drugorzędne, a sprawami pierwszorzędnymi się nie zajmujemy. To przerażające, że na te 100 lat niepodległości, u progu której kobiety uzyskały prawa wyborcze, tylko przez 36 lat miały przynajmniej formalną, bo nie zawsze praktyczną, wolność wyboru w sferze prokreacji.

 

Prawa kobiet, w tym dotyczące aborcji, macierzyństwa, poziom edukacji seksualnej, mentalność twórców prawa jest właściwie generalnie na poziomie nie zmienionym od 100 lat. Czy nie rozwijamy się mentalnie jako społeczeństwo?

Nie byłabym aż taką pesymistką. To prawda, że na poziomie prawa, edukacji i mentalności elit politycznych, wpływów Kościoła katolickiego wygląda to bardzo źle, można powiedzieć, że prawie nic się nie zmieniło od dziesięcioleci. Jednak po stronie społecznej, zwłaszcza po stronie kobiet jest już zupełnie inny stan ducha i świadomości. Czy można sobie wyobrazić „Czarny Protest” i taki ruch kobiecy w obronie ich wolności, jaki dziś mamy, w międzywojennej Polsce Boya? Nie sposób sobie czegoś takiego wyobrazić. W tamtej Polsce poza Ireną Krzywicką można było na palcach jednej ręki policzyć te kobiety, które angażowały się w tzw. kwestię świadomego macierzyństwa. Dziś takich kobiet są w Polsce tysiące. O ile więc ciągle zawodzą elity polityczne, prawo, instytucje, szkoła, o tyle nie zawodzą kobiety. I kto wie, czy moment w której wywalczą sobie należne im prawa i wolności, nie jest bliższy niż może się to nam wydawać.

 

Dziękuję za rozmowę.

Krystyny Jandy skoki z wysokości

Od samego początku swojej artystycznej drogi Krystyna Janda zawarła przymierze z widzami.
Zawsze wiedziała, do kogo, po co i dlaczego mówi.

 

Przy czym przymierze to miało swój awers i rewers, ton serio i buffo, niczym w walce karnawału z postem. Toteż nigdy nie dziwiło sąsiedztwo takich premier jak „Pomoc domowa” i „Zapiski z wygnania”. To przymierze pozostało fundamentalną zasadą jej twórczej pracy, sprzyjało licznym osiągnięciom, mierzonym otrzymywanymi nagrodami na rozmaitych festiwalach, w konkursach i plebiscytach czytelników czy widzów. Strona e-teatru, rejestrująca nagrody odnotowuje ich 75, tyle otrzymała do tej pory artystka – tak więc Nagroda im. Tadeusza Żeleńskiego-Boya, która właśnie otrzymała, nosi numer kolejny „76”.
Jeśli by szukać jakiegoś mianownika artystycznych dokonań Laureatki, na pierwszym miejscu trzeba by wymienić odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań. Właściwie to sama artystka podsuwa ten mianownik tytułem jednego ze swych spektakli solistycznych, które przygotowała w Teatrze Polonia – mam na myśli „Skok z wysokości” Leslie Ayvasian.
To było bardzo zabawne spotkanie – Krystyna Janda w kąpielowym szlafroku, uśmiechnięta, przyjmowała swoich widzów-gości w Teatrze Polonia (na scence w foyer, „Fioletowe pończochy”), zapraszając do wspólnej zabawy. Jej współpracownice rozdawały ponad 20 „ról”, niektóre bardzo malutkie, ale dwie, ho ho, to rola męża i syna. Widzowie się nie opierali, przygotowani na tę „niespodziankę” przez poprzedzający premierę rozgłos. Tylko recenzentka „Naszego Dziennika” odmówiła, zapewne dlatego, aby zachować odpowiedni dystans, tak potrzebny krytykowi. Widzowie użyci jako domniemani partnerzy mieli wypowiadać rozdane kwestie, najlepiej „na biało”, czyli bez przesadnej interpretacji, aktorka robiła resztę: oto kobieta, która ma lęk wysokości, a właśnie obiecała synowi, że skoczy z wieży do basenu.
Może to tylko figura stylistyczna, ale odnoszę wrażenie, że aktorska ścieżka Krystyny Jandy rozpoczęła się od „skoku z wysokości”. Mam na myśli jej szalony debiut w telewizyjnej inscenizacji „Trzech sióstr” Antoniego Czechowa – było to w roku 1974. Wtedy Aleksander Bardini postanowił zaangażować do głównych ról utalentowane studentki warszawskiej PWST: Krystynę Jandę, Joannę Szczepkowską i Ewę Ziętek. Jeszcze przed realizacją spektaklu sam zamysł obsady spotkał się z frontalną krytyką, ale Bardini, wytrawny reżyser i niedościgły pedagog, nie dał sobie pomysłu wyperswadować. I wygrał.
To, co nastąpiło po spektaklu, trudno sobie dzisiaj nawet wyobrazić. Teatr telewizji miał wówczas rangę pierwszego Teatru Rzeczpospolitej. Spektakle oglądała cała Polska. Przed początkującą aktorką otworzyły się wszystkie drzwi, mogła przebierać w propozycjach. Wybrała Ateneum. Tradycyjny teatr aktorski, słynący gwiazdorskim zespołem. To był już drugi skok z wysokości – grać u boku samej Aleksandry Śląskiej stanowiło nie lada wyzwanie, a tak się przecież stało już w debiucie teatralnym, na początek zagrała Anielę w „Ślubach panieńskich” reżyserowanych przez Jana Świderskiego – Aleksandra Śląska grała wtedy panią Dobrójską, ale wkrótce znowu dostała rolę z teki Czechowa – tym razem Niny Zariecznej w „Mewie”, także u boku Śląskiej w roli Arkadiny (1977).
Tak więc Czechow niezmiennie jej towarzyszy – najpierw to dzieło w pewnym sensie przypadku, ale potem świadomych decyzji, na pierwszy jubileusz wszak wybierze „Mewę” w Teatrze Studio – tym razem wystąpi w roli Arkadiny (2003), także na dużej scenie Polonii będzie współreżyserować z Natashą Parry „Trzy siostry”, a Teatrze Telewizji z ducha czechowowskie „Rosyjskie konfitury” wg Ludmiły Ulickiej (2011) – sama zagra też jedną z głównych ról.
Wróćmy jednak do roku 1977, który zaważył na gwałtownym przyspieszeniu kariery artystki: poza wspomnianą rolą Maszy zadebiutowała wtedy na ekranie w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” (film nakręcono w roku 1976, ale premiera odbyła się 25 lutego 1977), a na opolskim festiwalu dynamicznym wykonaniem piosenki „Guma do żucia” Marka Grechuty. Kto widział i słyszał, nie zapomni tej szalonej chrypki, tych gorączkowo wyrzucanych słów i gumowo-wężowego ruchu wykonawczyni. Występ w Opolu zakończył się bisem, stając się początkiem trwającego do dzisiaj związku artystki z piosenką – dość powiedzieć, że płyta „Guma do żucia” to prawdziwe cymelium, prawie nie do zdobycia na Allegro, a przecież aktorka wątpiła w swoje możliwości wokalne i pełna obaw wstępowała na tę drogę. To były kolejne skoki na głęboką wodę, które wynosiły aktorkę na sam szczyt. Lekko neurotyczna początkująca dziennikarka Agnieszka z filmu Wajdy wniosła nowy powiew na ekran, stała się postacią symbolizującą buntowniczo nastrojone pokolenie, które nie da się zbyć byle czym, które żąda prawdy. To było mocne wejście, paradoksalnie wzmocnione niechęcią władz do tego filmu, ledwie rozpowszechnianego i obrzucanego pisanymi na propagandowe zamówienie paszkwilami.
To, co wydarzyło się 40 lat temu, w roku 1977, stanowiło kapitał założycielski artystki, a dla niejednej zapewne aktorki byłoby to dość, aby odcinać kupony od sukcesów. Udała się jej bowiem rzecz arcyrzadka – stała się nie tylko rozpoznawalna, ale stworzyła postać, kreację, którą można było długo eksploatować. Wyczuli to wówczas nieomylnie jurorzy Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego wyróżniając ją tą nagrodą za błyskotliwy debiut. Tak bowiem, jak przed laty Cybulski w roli Maćka Chełmickiego stał się idolem pokolenia końca lat 50., tak teraz Agnieszka Jandy uchodziła za ucieleśnienie gorączkowej energii młodego pokolenia końca lat 70.
A jednak Krystyna Janda nie zatrzymała się na powtarzaniu czy kopiowaniu już odniesionego sukcesu, ale wciąż stawiała sobie nowe cele. Już statystycznie wygląda to imponująco, świadczy o jej gigantycznej wręcz pracowitości. Nasza Laureatka bowiem ma za sobą: ponad 70 ról teatralnych, 65 ról telewizyjnych, ponad 50 ról filmowych, 31 reżyserii teatralnych,14 reżyserii teatrów telewizji i 1 serialu (Męskie-żeńskie), 4 scenariusze spektakli tv i 2 adaptacje, role w 9 serialach telewizyjnych.
W tym wykazie brakuje (a trzeba by przecież dodać) licznych ról radiowych, koncertów i rozmaitych okazjonalnych występów. Można by tym bogactwem obdzielić co najmniej kilka wcale poważnych biografii artystycznych. A jeśli do tego dodać opublikowane książki, prowadzony blog, pracę w Fundacji, kierowanie teatrami i w końcu pełnienie funkcji Bardzo Ważnej Instytucji – uznawanego autorytetu, wypada tylko z podziwem się pokłonić.
Rzecz nie w rozległości obowiązków, godnej uznania aktywności – wciąż pozostaje aktualny przywołany na początku mianownik jej poszukiwań, ponawiane nagminnie skoki z wysokości. Wspomnę już tylko o kilku, bo o wszystkich mówić tu nie sposób. Ale nie można pominąć niezwykle odważnego wejścia Krystyny Jandy na terytorium wielkiej klasyki, a zwłaszcza tragedii – docenił to zachwycony Maciej Nowak, który po premierze „Medei” (1988, w reżyserii Zygmunta Hübnera na scenie Teatru Powszechnego, to była jego ostatnia praca reżyserska) tak pisał:
„Aktorka w pełni podporządkowała się wymogom klasycznego tekstu, co znowu nie znaczy, że zrezygnowała z nadania mitycznej boha­terce indywidualnego rysu. Jest to Medea bliska poprzednim wcieleniom Jandy poprzez swoją wybuchowość, nieopanowanie graniczące momentami z histerią, nerwowość gestów i zachowań, ale też – odległa, gdyż bogatsza od nich o umiejętność nadawania swym namiętnościom wymiaru monumentalnego”.
Innym przejawem nieustannego podejmowania nowych wyzwań, było wejście aktorki na grząski teren monodramu. Ten kolejny debiut, wspomagany reżysersko przez Magdę Umer, odbyła aktorka „Białą bluzką” Agnieszki Osieckiej, spektaklem na tyle wyrazistym i znaczącym, że po jego wznowieniu po latach na deskach Och-teatru znowu wybrzmiał niezwykle mocno, choć inaczej, bo nie była to powtórka. Wciąż poszukiwała nowych tonów. Jednym z najbardziej odważnych „skoków z wysokości” stał się jej monodram Mała Steinberg Lee Hall, początkowo trudny do zaakceptowania, aktora bowiem grała 10-letnią, cierpiąca na autyzm dziewczynkę. Ale w miarę upływu minut „widz się poddaje – pisałem. – Cisza na widowni przytłacza, coraz trudniej oddychać, coś ściska za gardło, chce się uciekać i chce się nadal słuchać tej wstrząsającej opowieści o świecie pełnym obezwładniającej samotności, szczerości aż do bólu, ale i radości życia”.
To samo uczucie towarzyszyło mi niedawno, kiedy oglądałem najnowszy spektakl jednoosobowy Krystyny Jandy (choć z towarzyszeniem grupy muzyków), „Zapiski z wygnania”. I tym razem rzecz opracowała reżysersko Magda Umer, a wiem, że impuls do podjęcia tego nowego wyzwania dała Gołda Tencer. Marzena Dobosz swoją wnikliwą recenzję tego spektaklu-wydarzenia rozpoczęła bardzo emocjonalnie: „W głuchej ciszy widzowie wpatrują się w czarno-białą twarz Krystyny Jandy widoczną na półprzezroczystym ekranie rozpostartym niczym kurtyna przed sceną. Wstrzymują oddech podczas monologu aktorki, by ze ściśniętych gardeł nie wyrwał się szloch. nadaremnie jednak, pod koniec spektaklu nikt już nie ukrywa łez…”. Tak prawdziwie opowiadała Krystyna Janda o wygnańcach z Polski po marcu 1968 roku.
Fałszywy jednak byłby wniosek, że życie się słało Krystynie Jandzie u stóp. Było różnie, bywała nękana srogimi zarzutami, jak teraz fake’ami za jej postawę społeczną, krytykowana tak bardzo, że kiedyś nie wytrzymał nawet mistrz Wajda, chwycił za pióro i stanął w obronie artystki przeciw harcownikom-recenzentom. Nie trzeba tak daleko szukać, także najnowsza jej premiera w Polonii spotkała się z połajankami, że za dużo brzydkich słów, że banalna literatura, że żaden to teatr. Mam na myśli „Mój pierwszy raz, spektakl, w którym opowiada za pośrednictwem zapisów internetowych o pierwszych doświadczeniach seksualnych. Byłbym ostrożny z tymi połajankami, bo pewnie znowu okaże się, że artystka miała rację, wkładając kij w mrowisko, nie uciekając od tematu tabu. W końcu nie na darmo zawarła przymierze z widzami. Robi to, co zwykle – znowu skacze z wysokości.

 

fot. Zbigniew Kresowaty/Wikimedia Commons

Gdy patrzę w twe oczy…

Uważacie, że „Krystyna Janda przebiła Janusza Majcherka”? Och, jak bardzo nie macie racji.

 

„Gdy pochodzący z Niemiec papież Benedykt XVI ubolewał w Auschwitz nad zbrodniami, jakich w imieniu niemieckiego narodu dopuścili się łajdacy, którzy go uwiedli obietnicami wielkości, głosy sprzeciwu odezwały się w samych Niemczech – pisze publicysta na łamach najnowszej „Polityki”. – „Sformułowania o narodzie uwiedzionym przez hochsztaplerów są tam bowiem skompromitowane, a wina całego społeczeństwa i zwykłych Niemców niepodważalna. Nie można uwalniać popleczników, przynajmniej od winy moralnej, a już na pewno politycznej. Popieranie autorytaryzmu także nie pozwala na pozostanie niewinnym”.

Nie bawiąc się w niuanse, autor stawia w jednym rzędzie nazistów, którzy wynieśli do władzy Adolfa Hitlera ze wszystkimi, którzy w 2015 dokonali obrachunku i wyszło im, że to Prawo i Sprawiedliwość, a nie dotychczasowy liberalny establishment odpowiada na ich potrzeby pełniej. W porównaniu z tą malowniczą metaforą, utyskiwania Krystyny Jandy, że na początku lat 90. nie każdy poszedł po rozum do głowy i nie zrobił tak zmyślnej inwestycji, jak ona z domem i teatrem – wydają się dziecięcą igraszką.

W dalszej części tekstu standardowo już dziwi się Janusz Majcherek, że lewica jest lewicą i jako taka z definicji przyjmuje punkt widzenia słabszych/pozbawionych głosu/uciskanych/ mniejszości. Działaczy, którzy próbują cofnąć się do pierwotnych założeń socjalizmu i skierować swoją ofertę do potrzebujących, diagnozuje jako takich, co nie oparli się „pokusie schlebiania tym wyborcom i uwalniania ich od winy za demolowanie instytucji państwa przez PiS”. Wycofuje się jednak zwinnie z konkretnych odpowiedzi i wskazówek, kończąc swój felieton ogólnikowym stwierdzeniem, że „kto głosował na PiS i nadal aprobuje jego poczynania, ten ponosi współodpowiedzialność za ich przebieg i skutki” i że nie należy przymykać na to oczu w imię źle pojętej ludomanii. Czyli co? Zrobić przegląd do piątego pokolenia wstecz, na kogo wrzucali głos do urny, wzywać ich przed trybunały?

Wiem, co chciał zasygnalizować Janusz Majcherek. Że PiS, oprócz swojej oferty „bytowej” przedstawia również atrakcyjną ofertę z zakresu nienawiści. I tak, to istotnie element systemu sterowania wyborcami, który jedną ręką sypie grosz i głaszcze po głowie, a drugą wskazuje na wroga przebranego w ciuszki Tuska, Timmermansa czy Strasznego Muzułmanina ze Wschodu, mówiąc: „to nie jest twój przyjaciel, ale spokojnie, my cię przed nim ochronimy, tylko się nas trzymaj i nie zadawaj pytań”. Czy zasadnym jest mieć pretensję do elektoratu, że nie widzi (albo strategicznie udaje, że nie widzi) grubych nici, którymi szyta jest ta intryga – bez próby dokonania uczciwej analizy źródeł tego zjawiska?

Czy wolno mieć pretensję, że ludzie bombardowani z każdej strony ideologią, ale pozbawieni sensownego dojazdu do szkoły dla dziecka na wózku (którego nie usunęli, bo wcześniej przez dekady wmawiano im, że to grzech), idą tam, gdzie do cholery jest im lżej i w dupie mają przytaczane przez pana Majcherka przykłady, że „autorytarny reżim wcześniej czy później wywołuje swoją działalnością skutki, które boleśnie dotykają również jego popleczników”? Podpowiadam: nie, nie wolno mieć pretensji. Bo zanim autorytarny reżim padnie, Janek skończy już podstawówkę i będzie można wysłać go, żeby sam dojeżdżał do szkoły średniej. O ile będzie chciał do jakiejkolwiek szkoły pójść, bo może w podstawówce tak dano mu popalić, że nie ma ochoty wzorem pani Jandy czytać poezji. Do kogo, jeśli nie do takich ludzi lewica ma kierować swoje propozycje?

Czy wtedy należałoby triumfalnie wystąpić w roli Wielkiego Oświeconego, który przyjedzie do nich z Warszawy czy Krakowa cmokać nad tym, jak bardzo byli głupi? Tylko że ktoś, kto jest głodny, nie będzie czekał na szynkę. Złapie wczorajszą bułkę, którą mu pomachają przed nosem. PiS dobrze o tym wie – i mówi do swoich zmęczonych wyborców słowami Muńka Staszczyka: „gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje”. W tym sensie owszem, panie redaktorze „winę i odpowiedzialność za ekscesy podłej zmiany ponoszą liderzy i aktywiści PiS, ale nie ich zwolennicy”.

Dalej śmieje się Janusz Majcherek z pojęcia „klasismu” i pyta „czy zatem nawet antysemityzm ma być płaszczyzną porozumienia (…)? Czy lewica ma się stać nacjonalistyczna, ksenofobiczna, mizoginiczna, homofobiczna, aby zadośćuczynić swojej nieprzepartej potrzebie zbliżenia do ludu?”. To skrajna nieuczciwość intelektualna, gdyż redaktor dobrze wie, że na te pytania nie ma jednej prostej odpowiedzi ani lewica, ani mądra prawica. Mądra, czyli taka, która wie, że spalenie kukły Żyda, ale i rolnicze wystąpienia w obronie uboju rytualnego czy ferm futrzarskich czy niechęć do LGBT nie leżą na osobnej półce niż problemy bytowe, ale osobno lęki te mogą być podsycane bądź łagodzone. Nie da się wyeliminować tych postaw bez próby zrozumienia, skąd się wzięły. Z wyborcą tkwiącym w szponach uprzedzeń trzeba rozmawiać na zasadzie „nie zgadzam się z tym, co mówisz. Ale nadal cię szanuję”.

Jeszcze słówko o elitach. Wyborcy naprawdę mają w nosie, czy Trzaskowski chadza do filharmonii i czyta po francusku. Fakt ten zyskuje znaczenie dopiero wówczas, kiedy okazuje się, że to etatowy polityczny fircyk krążący od Mazowsza do Małopolski po listach wyborczych, wykrzykujący przy tym, jak wiele sobie sam zawdzięcza.

Nieodrobiona lekcja

Wywiad, którego udzieliła Krystyna Janda „Gazecie Wyborczej” w pierwszej części tytułu anonsowany jest tekstem: „Krystyna Janda o seksie, Kościele i polityce. I o nas”. Co się tyczy Kościoła i seksu, to mówi rzeczy przemyślane. Potem jest gorzej.

 

Aktorkę frustrują wyborcy PiS. Ja to rozumiem. Ma pretensje do nich, że popierają nie to, co popiera Krystyna Janda i uważa, że „myślą wyłącznie o sobie. Albo nie myślą”. A poza tym chcą się zemścić, choć nie wie za co, ale wie, że to rezultat manipulacji obecnych mediów publicznych, bo te za PO „nie były propagandowe”. Tu już mija się z prawdą pani Krystyna Janda. A potem leci po całości: wszyscy w Polsce mieli możliwości zapracowania sobie na sukces i wygraną w transformacji. Nawet ci z popegeerowskich wsi na zadupiu, odcięci od cywilizacji. Niestety „w Polsce nie ma pozytywnego snobizmu na pracę, wiedzę, lepsze życie, przesuwanie się wyżej w hierarchii społecznej”. Bo jak ktoś nie ma pieniędzy, to może przecież czytać poezję, uważa aktorka. I nie może pojąć, że ktokolwiek może uważać III RP za zły kraj. Potem troszkę się plącze, bo najpierw mówi, że miała lepszy start na początku transformacji, a potem twierdzi, że „na wszystko, co mam w życiu, zapracowałam sama. I do dzisiaj pomagam całej rodzinie. To nie jest tak, że miałam lepszy start”. A teraz na dodatek nie może znaleźć gosposi, bo, ojej, ojej, Polki się nie chyba nadają, „na szczęście są panie z Ukrainy”. Jak ktoś chciał, to sobie poradził, podsumowuje Janda. Ufff….

Mam dla Krystyny Jandy kilka smutnych konstatacji. Naprawdę, to nie jest tak, że ludzie chcą być wykluczeni i biedni, a jeżeli tacy są, to wyłącznie dlatego, że nie chcą pracować, czytać poezji czy co tam jeszcze składa się Jandzie na obraz człowieka wartego szacunku. Jeżeli nie ma co żreć, to o wysokich wartościach trudno się myśli, słowo honoru. To nie jest kwestia „snobizmu na pracę”, tylko realia III RP, która jednym pociągnięciem pióra grupy neoliberałów skazała dziesiątki tysięcy ludzi na wegetację. Pani Janda na początku upragnionego kapitalizmu sprzedała dom i kupiła teatr. Fajna transakcja. Wykluczeni ludzie nie mieli do sprzedania nic poza sobą, a kupić chcieli jedzenie. Czuje Pani tę drobną różnicę?

Komuna, jak twierdzi Janda, ją cenzurowała. Pewnie tak. Ale też dzięki tej „komunie” Krystyna Janda miała okazję stać się kultową aktorką i grać u reżysera, który najlepsze filmy, krytyczne wobec ustroju, zrobił za pieniądze PRL-u. I jakoś to wtedy ani jego, ani jej nie raziło.

Oświadczam też, że III RP nie była rajem, dla sporej grupy ludzi była wręcz piekłem. Są dane statystyczne: o biedzie dzieci, o strukturalnym bezrobociu, o samobójstwach, o zadłużeniu, o wszechwładzy banków, fatalnej opiece medycznej… I jeszcze coś, czego znana aktorka, jak się zdaje, po prostu nie zauważa. O godności ludzkiej.

Swego czasu jeździłem za Kaczyńskim, który w ramach parlamentarnej kampanii wyborczej odwiedzał niewielkie miejscowości na wschód od stolicy. Pamiętam, że kiedy mówił do spoconych, stłoczonych w małych salkach szkolnych lub kinowych ludzi „”zrobimy z wami”, „jesteście ważni”, „to od was zależy” czy „wasz głos”, to te biednie ubrane osoby nagle się prostowały, wygładzały odzież, podnosiły głowy. A koledzy Jandy woleli wtedy jeździć po wielkich miastach i kłamać o wzroście PKB, z którego każdy skorzysta. Potem PiS tych ludzi strasznie oszukał, to prawda, ale na początku pokazał, że to oni są ważni. Potraktował ich godnie.

Krystyna Janda w wywiadzie mówi: „Empatia jest częścią mojego zawodu. Nie trafia się do ludzi, jeżeli nie rozumie się tego, co czują”. Odnoszę wrażenie, że chyba te lekcje w szkole aktorskiej przepuściła.

Gmyzy i klerykalne szlampy

Księża pedofile poza rejestrem pedofilskim i odebranie sprawy prokuratorowi prowadzącemu śledztwo w sprawie Cezarego Gmyza, który znieważył Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego – oto państwo PiS, a to tylko okruchy z wielkiej piramidy.

 

Dlatego wszyscy, którzy przyczynią się do tego, że opozycja pójdzie do wyborów rozbita są po prostu głupcami i samobójcami.

 

Tablica z „solidarnościowej” wazeliny

Niektórzy dyktatorzy bywają skromni. Stalin na przykład nosił kurtkę bez orderów i dystynkcji, podczas gdy jego generałowie i marszałkowie uginali się pod kiściami medali. Jarosław Kaczyński, któremu rzecz jasna daleko do Generalissimusa, zabronił eksponowania jego wybitnej roli w strajku w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku. A może nie o skromność chodziło?
Na tablicy, którą chciała zainstalować stoczniowa „Solidarność” stać miało, że bracia Kaczyńscy „przebywali w czasie strajku w stoczni”. Przebywali? To brzmi nader dwuznacznie, bo co to znaczy „przebywali”? I co robili? Po co, dlaczego, w jakim celu, kto za tym stał? W każdym razie do śmieszności było o pół kroku, ale ktoś przytomnie doniósł Prezesowi i mimo, że słowo „przebywali” zamieniono na „brali udział w strajku”, ten zaoponował i tablicy nie będzie. Stoczniowa „Solidarność” to w tym przypadku niejaki Karol Guzikiewicz, wyjątkowo wręcz obrzydliwy i katastrofalnie ograniczony umysłowo osobnik.

 

To jest dopiero nadzwyczajna kasta

W rejestrze szczególnie niebezpiecznych pedofili Ministerstwo Sprawiedliwości, czyli w tym przypadku konkretnie Ziobro i Jaki, nie pomieściło klechów. Który to już przykład (PiS nie jest tu niestety wyjątkiem) robienia „świętych krów” z przedstawicieli tej „nadzwyczajnej kasty”, funkcjonariuszy pasożytniczej organizacji, którą w końcu, po znoszeniu przez stulecia ohydnej, wielopostaciowej opresji, pogonili precz Irlandczycy. To, że w Polsce podobne pogonienie dotąd się nie dokonało oznacza hańbę domową.

 

Gmyz pod ochroną

Jednak skromność w formie nie oznacza braku dyktatorskich praktyk. Korespondent TVPiS w Berlinie Cezary Gmyz nazwał profesor Małgorzatę Gersdorf niemiecką obelgą „szlampa” (polskie odpowiedniki to „zdzira”, „szmata”) . Jedynie prezes Kurski dla picu „ukarał” go upomnieniem czy naganą, ale jako jego przełożony po prawdzie nie bardzo mógł się od tego wywinąć. Jednak po stronie PiS nie znalazł się nikt inny, kto by złożył przeprosiny, a poza tym nie wymusił na Gmyzie przeprosin Pierwszej Prezes.
Nie zdobył się na to także Kaczyński, znany galant damski i całuśnik rączek, a przy tym poniekąd kolega z podwórka Małgorzaty Gersdorf. Za to prokuratorowi Piotrowi Skibie z Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ, który z urzędu wszczął śledztwo w sprawie znieważenia I Prezes Sądu Najwyższego (jako konstytucyjnego organu władzy państwowej), zabrano sprawę, a jego samego przeniesiono do Prokuratury Rejonowej w Grodzisku Mazowieckim. Mamy tu wzorcowy przykład, w jaki sposób działa prokuratura znajdująca się niepodzielnie w rękach dysponenta politycznego.

 

Młody Morawiecki

A tymczasem Młody Morawiecki (MM) znów wykazuje się właściwą mu wyobraźnią i gdy kolejne grupy zawodowe zaczynają upominać się o podwyżki, znów wymachuje plikami banknotów, które rekordowo wpływają do budżetu. Wróciły one też do „Wiadomości” TVPiS i znów na ekranie furczą harmonijki banknotów lub migają foliowane paczki banknotów. Sam tego chciałeś Mateuszu Dyndało. A swoją drogą: znamienne, że PiS chętnie rozdaje socjal w taki sposób, by mu się to politycznie opłacało, ale już do podwyższania dochodów z pracy już tak się nie kwapi. Rozsądny socjal zawsze jest potrzebny, ale to praca jest źródłem dobrobytu. Jednak wiadomo dlaczego PiS serwując właśnie kolejne powszechne świadczenie w postaci wyprawkowego 300 plus tak postępuje. Właśnie po to, by mieć na takie wydatki.
Bo wydatki socjalne to w ogromnym stopniu kupowanie sobie wyborczego poparcia, a podwyższanie płac, to w ogromnym stopniu karmienie wrogów. Dlatego Młody Morawiecki nie chciał spotkać się z delegacją Związku Zawodowego Policjantów i miga się od spotkania z delegacją OPZZ. Nawiasem mówiąc to pierwszy premier, który odmawia spotkania z tą centralą związkową, bo nawet Szydło tak nie stawiała sprawy. „Pragmatyczny” rzekomo Morawiecki okazuje się najbardziej dogmatycznym politycznie i „antykomunistycznym” z dotychczasowych premierów prawolskich, bo przecież OPZZ to jak wiadomo „komuna”.

 

Krycha kontra gejowskie gniazdko

Na posiedzeniu tzw. Krajowej Rady Sądownictwa Krystyna Pawłowicz zdemaskowała gejowskie gniazdko w kręgu pisowskich kandydatów do Sądu Najwyższego. Pawłowicz, cokolwiek złego o niej powiedzieć, to typ tzw. szczerej baby, która mówi to, co myśli, co w sercu to na języku, więc źle pomyślała i źle powiedziała o doktorze Kamilu Zaradkiewiczu, kandydacie na sędziego SN, człowiekowi noszącemu w sobie jakiś silny „gen Judasza”. Najpierw latami służył prezesowi Andrzejowi Rzeplińskiemu w Trybunale Konstytucyjnym, a potem go zdradził dla PiS. Swego czasu dowodził, że z polskiej Konstytucji nie można wywieść zakazu maleństw jednopłciowych i partnerskich, a kilka dni temu, pod naciskiem Ziobry wyparł się tego jak przed chińskim sądem ludowym.
„Na potrzeby tego głosowania pan Zaradkiewicz wszystko powie i wszystko podpisze” – odparowała Ziobrze harda Horpyna polskiej polityki i choć nie sposób podzielić jej homofobicznych poglądów, to za tę odrobinę szczerości należy się jej całus (Jurek Owsiak: „Pani Krystyno, nich pani popróbuje seksu”).

 

Dzielenie skóry

A tymczasem rozkręca się dzielenie skóry na żywym grizzli. „Gazeta Polskiej Codziennie” sugeruje, że w przyszłym Sejmiku województwa zachodniopomorskiego może dojść do koalicji miedzy PiS a SLD, po temu pierwszemu zabraknie mandatów do samodzielnych rządów. Nie ma co mówić hop, zanim się nie przeskoczy, sondaże to tylko sondaże, ale pozostaje mieć nadzieję, że pomorskiemu SLD nawet do głowy nie przyjdzie wejście w taki układ.
SLD już omal nie umarł na amen z powodu zbyt silnego romansu z neoliberalizmem w latach 2001-2005. Drugiej śmierci SLD, tym razem z powodu romansu z prawicowym autorytaryzmem o klerofaszystowskim kolorycie już bym nie chciał obserwować.

 

Postulat na początek roku szkolnego

I na koniec, w związku z tym, że rozpoczął się rok szkolny – uwaga na temat ciężkiego losu polskich dzieci. Otóż w jednym z tytułów prasowych napisano, że Polska należy do tych krajów, w których początek roku szkolnego ma formę uroczystą, z fanfarami i werblami, dętymi, obłudnymi przemówieniami oraz galowymi strojami.
W Europie Zachodniej podobnego rytualizmu się nie uprawia, a Polska znajduje się z tego punktu widzenia w grupie krajów wschodnich, z Węgrami oraz krajami poradzieckimi, z Turkmenistanem włącznie. Jest nawet zauważalna prawidłowość – im bardziej na wschód, tym większa skłonność do wybujałego rytualizmu.
Pamiętam, że jednym z powodów dla których w dzieciństwie i młodości szkolnej nie lubiłem socjalizmu była głównie owa drażniąca obrzędowość w szkole i na uczelni, do której gorącą nienawiść od zawsze mam we krwi. Jeśli więc lewica wróci kiedyś do władzy, powinna zlikwidować te szumne początki i końce roku szkolnego. „Dość wiecowania. Czas wrócić do codziennej pracy” – jak wzywał kiedyś towarzysz „Wiesław”, a poza tym wszelka uroczysta obłuda, której młodzież w skrytości ducha nienawidzi, zawsze kieruje ją, prędzej czy później, przeciw Systemowi.