Cristiano Ronaldo dał lekcję Piątkowi

W 9. kolejce Serie A doszło do bezpośredniego pojedynku najskuteczniejszego strzelca rozgrywek Krzysztof Piątka z największą gwiazdą włoskiej ligi Cristiano Ronaldo. Z tego snajperskiego pojedynku zwycięsko wyszedł Portugalczyk.

 

Tym spotkaniem Italia żyła przez cały miniony tydzień. Włoskie media podkręcały jeszcze to zainteresowanie strasząc turyńczyków porażką, choć to aktualni mistrzowie kraju i liderzy obecnych rozgrywek, a Genoa to ligowy średniak bez szans na miejsce w czołówce. Ale genueńczycy latem pozyskali z Cracovii za cztery miliony euro 23-letniego polskiego napastnika, który okazał się prawdziwą rewelacją początku sezonu, bo po ośmiu kolejkach z dziewięcioma trafieniami prowadził w klasyfikacji strzelców. Piątka coraz częściej porównywano do Roberta Lewandowskiego i wróżono mu równie wspaniałą karierę.

 

Stratosferyczne zainteresowanie

Prezes Genoi Enrico Preziosi przyznał, że zainteresowanie polskim napastnikiem ze strony silniejszych klubów jest „stratosferyczne”. I już nie zapewniał, jak jeszcze tydzień czy dwa wcześniej, że Piątek na razie nie jest na sprzedaż. „Długo jestem w futbolu i dlatego wiem, że nam go zabiorą, ale wszyscy na tym zarobimy. Jeszcze nie wiem, ile, bo to zależy kto będzie chciał ze mną rozmawiać, nie wykluczam jednak i tego, że odejdzie za kwotę dziesięć razy wiekszą niż my na niego wydaliśmy. Jesteśmy bombardowani telefonami, z Włoch i Europy, ale nie padła jeszcze żadna formalna oferta” – zapewniał Preziosi w rozmowie z „La Gazzetta dello Sport”, a jego słowa potwierdził agent polskiego piłkarza Szymon Pacanowski. Na konkretne oferty dla Piątka jest jeszcze za wcześnie, bo potencjalni kupcy wolą poczekać jak Polak spisze się w najbliższych tygodniach, bowiem w tym czasie Genoa rozegra serię spotkań z ligową czołówką. Mecz z Juventusem był otwarciem serialu i wszyscy zainteresowani z ciekawością czekali na wynik snajperskiego pojedynku Piątka z Cristiano Ronaldo.

Portugalski gwiazdor nie ma teraz najlepszego czasu w swojej karierze, bo jego spokój mącą docierające zza oceanu groźby ekstradycji w sprawie posądzenia o gwałt do jakiego miał sie dopuścić osiem lat temu w Los Angeles, a na boisku wciąż jeszcze nie osiągnął formy jaką imponował w barwach Realu Madryt. W 18. minucie meczu z Genoą to jednak on zdobył bramkę dla „Starej Damy”, posyłając na dodatek piłkę między nogami próbującego zablokować jego strzał Piątka. Nie było to na pewno zamierzone z jego strony, ale chcąc nie chcąc słynny CR7 pokazał, że to on wciąż jest królem, a tak fetowany w mediach polski „Bombardier” na razie co najwyżej giermkiem.

 

Koszulka na pocieszenie

Piątek przyjął lekcję od mistrza z pokorą, a zaraz po meczu poleciał do niego wymienić się koszulkami, na co Portugalczyk bez zbędnych ceregieli przystał, ale pewnie nawet nie wiedział, że spełnia w ten sposób jedno z największych marzeń polskiego piłkarza. Dla Piątek portugalski wirtuoz od dziecka był idolem, dlatego na swoim profilu na Instagramie zamieścił zdjęcie trykotu CR7 i oddał mu należny hołd podpisem: „Dziękuję, królu”.
Tak skończyła się nadmuchana przez media wielka konfrontacja starego mistrza z młodym, choć z cała pewnością jest to określenie jeszcze mocno na wyrost. Oczywiście wyłącznie w odniesieniu do polskiego napastnika, któremu do klasy CR7 jeszcze bardzo daleko.

Prawdę mówiąc na tym etapie kariery nie da się jeszcze stwierdzić, czy Piątek kiedykolwiek choćby zbliży się do niego poziomem piłkarskich umiejętności. Juventusowi gola jednak nie strzelił, chociaż nie było to zadanie niewykonalne dla graczy Genoi, skoro zremisowali 1:1. Ale to niepowodzenie nie przekreśla szans Piątka na lukratywny transfer do silnego klubu. Musi tylko w kolejnych meczach znów strzelać gole, a kupcy się pojawią. Może nie z Barcelony, Chelsea czy Juventusu, ale też gotowych zapłacić grubo więcej, niż Genoa zapłaciła Cracovii.

 

Milik oferowany w rozliczeniu?

Wielki zgiełk wokół Piątka dotarł też do Neapolu, bo jeśli wierzyć doniesieniom tamtejszych mediów, szefowie SSC Napoli także zapragnęli pozyskać kolejnego Polaka do swojej drużyny. Pojawiły się nawet plotki, że są ponoć są nawet gotowi w ramach rozliczeń oddać do Genui Arkadiusza Milika.

Ile w tym prawdy, nie wiadomo, a póki co obaj reprezentanci Polski występujący obecnie w klubie z Neapolu, czyli Zieliński i Milik, wyszli w podstawowym składzie na sobotni wyjazdowym mecz z Udinese. Na ławce w ekipie gospodarzy zasiadł natomiast Łukasz Teodorczyk, który w Serie A póki co sobie nie radzi i pewnie coraz bardziej żałuje przeprowadzki z Anderlechtu Bruksela, gdzie mimo różnych wyskoków grał w miarę regularnie i strzelał sporo goli. W Udinese grzeje ławę i w najlepszym przypadku wchodzi na zmiany w końcówkach spotkań. W meczu z SSC Napoli trener nie dał mu szansy, bo jego zespół został stłamszony i musiał rozpaczliwie bronić się przed pogromem. Skończyło się na 0:3, ale do bramkowego dorobku gości nie dorzucił się żadne z naszych piłkarzy.

Milik został zmieniony w 74. minucie, a Zieliński jedenaście minut później. Dzięki wygranej Napoli zmniejszyło stratę do Juventusu do czterech punktów i utrzymało dystans nad ścigającymi ten tandem ekipami Interu Mediolan, Lazio Rzym i Sampdorii Genua, w której występują Bartosz Bereszyński, Karol Linetty, Dawid Kownacki.

 

 

Koniec miodowych lat PZPN

Działacze PZPN przez ostatnie lata sprawnie kontrolowali sportowe media, ale po nieudanym mundialu w Rosji gros żurnalistów porzuciło kompromitującą w tym zawodzie spolegliwość i zaczęła korzystać z konstytucyjnej wolności słowa. To oczywiście doprowadza ekipę prezesa Bońka do furii.

 

Pezetpeenowcy zastosowali więc sprawdzoną metodę retorsji, wprowadzając ograniczenia w kontaktach dziennikarzy z zawodnikami podczas zgrupowań reprezentacji Polski. „Nie będziecie zadowoleni, ale chcemy unormować zasady współpracy z mediami podczas zgrupowań. Gdy jest was pełno w hotelowym lobby, robi się zamieszanie” – tłumaczył decyzję przełożonych Jakub Kwiatkowski, pełniący w sztabie Brzęczka dwie funkcje – dyrektora technicznego kadry i jej rzecznika. Ma więc chłop mnóstwo roboty, a teraz dodatkowo będzie musiał odbierać i akceptować prośby dziennikarzy o indywidualne rozmowy z piłkarzami. Będzie tych próśb mnóstwo, bo PZPN zamiast codziennych wywiadów przeprowadzanych w hotelu kadry, wprowadził tzw. dzień medialny, z dwiema godzinami na wcześniej umówione za pośrednictwem Kwiatkowskiego wywiady. Nie ma się co łudzić, reglamentacja dla krytykantów będzie wprowadzona, ale nie ostentacyjnie, nie na chama, tylko „punktowo”, z celowaniem w konkretne redakcje czy dziennikarzy, zawsze z wytłumaczeniem odmowy „zabieganiem w natłoku obowiązków”.

Nie pierwsze to i nie ostatnia wojna PZPN z mediami, tym razem jednak niekoniecznie musi zakończyć się sukcesem futbolowej centrali. Z oczywistego powodu – w ostatnich miesiącach radykalnie zmieniło się nastawienie opinii publicznej do reprezentacji Polski. Jeszcze nie jest wrogie, ale era kwitowania przez kibiców nawet kompromitujących porażek przyśpiewką „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” chyba się skończyła, o czym świadczyły słaba frekwencja we Wrocławiu na meczu z Irlandią i gwizdy po porażce z Włochami na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim. Wobec takiej zmiany nastawienia nawet najbardziej zblatowani z pezetpeenowską wierchuszką szefowie dziennikarzy nie mogli już dalej brnąć w kłamstwie, że jesteśmy futbolową potęgą, a PZPN jest organizacją bez skazy. Popuszczono więc na redakcyjnych planowaniach cugle i znów o polskiej piłce nożnej tu i ówdzie można było pisać czy mówić prawdę. A że jest to prawda daleko odbiegająca od lukrowanej wizji forsowanej przez stworzony przez ludzi Bońka portal „Łączy nas piłka”, powstał dysonans poznawczy, który po meczach z Portugalią i Włochami stał się wręcz brutalnie niekorzystny dla PZPN-u. Stąd zapewne „akcja dyscyplinująca”, której zadaniem jest rozbicie dziennikarskiej solidarności metodą ułatwiania lub utrudniania dostępu do „informacyjnego koryta”.

„W poważnych federacjach nie ma takiego zwyczaju, że dziennikarze na zgrupowaniu kadry robią, co chcą” – przekonuje prezes Boniek na łamach zawsze mu życzliwego portalu „Interia”. I pewnie z tej wrodzonej życzliwości jego wypowiedź nie została w żaden sposób skontrowana, a powinna, bowiem od kilku lat media w Polsce miały tylko ściśle reglamentowany i kontrolowany przez pezetpeenowskich cenzorów dostęp do reprezentacji, bo o tym co dzieje się w środku kadry podczas zgrupować i turniejów dziennikarze dowiadywali się głównie z ociekających słodyczą filmików emitowanych w portalu „Łączy nas piłka”, który na udzielonej mu przez PZPN wyłączności w dostępie do piłkarzy, trenerów i działaczy zbudował całkiem mocną pozycję na rynku mediów internetowych, nawiasem mówiąc stając się konkurentem dla nie tylko dla branżowych portali jak „SportoweFakty”, ale w jakimś stopniu także dla potęg jak „Interia” czy „Onet”, chociaż dla nich był konkurencją bardziej w relacjach z reklamodawcami. W realiach kapitalistycznej walki rynkowej jest to, trzeba przyznać, sytuacja kuriozalna. Od 2014 roku aż do mundialu w Rosji z jakiegoś powodu media przemilczały wieści o aferach w kadrze, chociaż było ich trochę i na pewno ten czy ów z żurnalistów musiał coś o nich słyszeć. Dopiero „gruby numer” wycięty przez grupę imprezową pod wodzą Artura Boruca został w mediach z pewną nieśmiałością odnotowany.

Dzisiaj tej spolegliwości jest znacznie mniej, a nawet pojawiają się publikacje zauważające ze zgrozą, że ludzie zarządzający polskich futbolem są nastawieni wyłącznie na „robienie kasy”. PZPN ma na kontach setki milinów złotych, ale te pieniądze wydaje wyłącznie na zaspokajanie potrzeb aparatu władzy, zaś skalę tych potrzeb i sposobu ich zaspokojenia określa arbitralnie prezes związku przy milczącej akceptacji członków zarządu. Organizowane co jakiś czas propagandowe akcje mające przekonać opinię publiczną, że władze PZPN coś robią dla poprawy piłkarskiej jakość naszych drużyn klubowych i reprezentacyjnych, co jest ich statutowym przecież obowiązkiem, pozostają zwykle na papierze. Dla działaczy ważne jest tylko to, żeby na meczach reprezentacji był komplet publiczności, żeby na banerach reklamowych nie było pustych miejsc, a reprezentacja miała tuzin hojnych sponsorów.

Przez cztery lata komfort „miodowych lat” ekipie Bońka zapewniał swoimi golami Robert Lewandowski, ale chłop się już trochę zestarzał, wyeksploatował, a na dodatek zaczął fikać. Odstrzelić go z kadry na razie nie można, przynajmniej dopóki Krzysztof Piątek nie potwierdzi, że jest w stanie „Lewego” zastąpić i równie mocno pociągnąć reprezentacyjny wózek. Dla PZPN najważniejszym teraz celem jest awans do Euro 2020, bo awans zapewni dopływ świeżej gotówki i spokój w mediach.

 

Trener bez drużyny

Biało-czerwoni nie wygrali żadnego z czterech meczów rozegranych pod wodzą Jerzego Brzęczka. Nie dziwi więc, że atmosfera w kadrze i wokół niej, już przecież duszna po nieudanym mundialu w Rosji, zrobiła się fatalna.

 

Miesiąc temu w Bolonii Jerzy Brzęczek w swoim debiucie w roli selekcjonera zremisował z Włochami 1:1. W minioną niedzielę na Stadionie Śląskim przegrał 0:1, ale gdyby nie fenomenalnie usposobiony Wojciech Szczęsny, biało-czerwoni pewnie przegraliby czterema lub nawet pięcioma bramkami. Co się takiego stało przez ten miesiąc, że włoski zespół zrobił się tak przytłaczająco lepszy, a nasz taki żenująco słaby? Niefortunnie dobrana przez selekcjonera taktyka chyba nie wyjaśnia sprawy. Wygląda raczej na to, że coś się w polskiej reprezentacji skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. I co gorsza nic nie zapowiada, żeby miało się zacząć.

 

Motory zostały wyeksploatowane?

Przez ostatnie pięć lat motorem napędowym naszej narodowej drużyny był Robert Lewandowski. Wystarczy rzucić okiem na jego niebotyczne statystyki. Ale oprócz niego w tym okresie swój dobry czas mieli Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Michał Pazdan, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, a swoje trzy grosze dołożyli też mimo trapiących ich kontuzji Jakub Błaszczykowski i Arkadiusz Milik. Z tego grona jak na razie definitywnie odpadł tylko Piszczek, który po mundialu ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, poza kadrą jest znajdujący sie w słabej formie Pazdan, a na ostatnim zgrupowaniu zabrakło kontuzjowanego Rybusa.

Wymienieni piłkarze mają za sobą wygrane eliminacje do mistrzostw Europy w 2016 roku i mistrzostw świata w 2018. No i oczywiście występy w tych prestiżowych turniejach – udany w Euro 2016 i nieudany na tegorocznym mundialu w Rosji. Pytanie o to, czy mają w sobie jeszcze dość ikry, żeby skutecznie zawalczyć o awans do kolejnego wielkiego turnieju, Euro 2020, bynajmniej nie jest bezzasadne. Ani Adam Nawałka, ani teraz Jerzy Brzęczek, nie potrafili znaleźć lepszych od nich graczy. Na rosyjskim mundialu do poziomu prezentowanego przez weteranów zbliżyli się w zasadzie tylko Dawid Kownacki i Jan Bednarek, a teraz nadzieję na to daje rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie w Serie A Krzysztof Piątek.

 

Weteranów lepiej nie wkurzać

Na wielkie wietrzenie szatni i personalne rewolucje Brzęczek pozwolić sobie nie może, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek postawił mu do zrealizowania jasny cel, jakim jest awans do Euro 2020, a póki co jeszcze nie było losowania grup eliminacyjnych i przyszli rywale nie są znani. Nie można jednak wykluczyć, że gdy już znani będą, a okażą się przeciwnikami do przejścia tylko w teorii, wiosną kilku weteranów może uznać, że dalsza gra w nie rokującej sukcesów reprezentacji przyniesie im więcej strat niż korzyści i podąży śladem Piszczka. A dzisiaj naprawdę trudno sobie wyobrazić naszą narodową drużynę bez Glika, Krychowiaka i Lewandowskiego, a jeśli ktoś ma taką bujną wyobraźnię i liczy, że Dźwigała, Reca, Szymański i Piątek dadzą radę, to przecież w listopadzie można ten wariant sprawdzić w spotkaniu z Portugalią.

W takiej sytuacji żaden rozsądny trener nie zadziera z elitą kadry, tak jak po meczu z Włochami zrobił to Brzęczek, gdy na konferencji prasowej zaatakował Lewandowskiego za jego krytyczną wypowiedź o złym wyborze taktyki. Po pierwsze, jako kapitan reprezentacji miał do tego prawo, a po drugie – kadra Polski nie jest niczyim prywatnym folwarkiem, ani też obozem pracy przymusowej i bezwzględny posłuch w niej nie obowiązuje, bo każdy z reprezentantów ma prawo uważać się za jej pełnoprawnego członka. Także w publicznych wypowiedziach.

 

Szacunek podstawą udanej współpracy

Tym bardziej, że większość kadrowiczów ma w swoim piłkarskim CV podległość trenerom o znacznie mocniejszych w tym fachu nazwiskach. Lewandowski pracował pod wodzą Juergena Kloppa, Pepa Guardioli i Juppa Heynckesa, Kamila Glika trenował Leonardo Jardim, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański w Arsenalu Londyn mieli za szefa Arsena Wengera, a Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w Neapolu mają teraz do czynienia z Carlo Ancelottim. A kto wydziera się na tych piłkarzy i publicznie kwestionuje ich zawodowe kompetencje? Były trener III-ligowego Rakowa Częstochowa, I-ligowego GKS Katowice oraz ekstraklasowych Lechii Gdańsk i Wisły Płock. Brzęczek swoimi zawodowymi dokonaniami szału w reprezentacyjnej szatni nie zrobił, a teraz jeszcze pogorszył swoje relacje w weteranami, a przynajmniej ich częścią.

Adam Nawałka na początku też miru u piłkarzy nie miał, a zaczął też słabo, bo od porażki ze Słowacją i remisu z Irlandią. Potem jednak w kolejnych 13 meczach przegrał tylko raz i tym zyskał zaufanie zawodników. Tymczasem Brzęczek w ciągu miesiąca z selekcjonera reprezentacji, który jeszcze nie przegrał meczu, stał się selekcjonerem, który jeszcze nie wygrał meczu. Najgorsze jest jednak to, że w żadnej sferze pracy z kadrą niczego w znaczący sposób nie poprawił, a w tym, co dla nas, kibiców, jest najistotniejsze, czyli w jakości gry, znacząco pogorszył. Gdyby nie Szczęsny, Włosi wygraliby w niedzielę z 5:0, choć wcale nie grali genialnie. Po prostu grali.

 

Brzęczek robi co chce

Selekcjoner reprezentacji Polski na mecze w Lidze Narodów z Portugalią i Włochami powołał do kadry Jakuba Błaszczykowskiego, za co podobnie jak we wrześniu spotkała go lawina krytyki. Niestety, w dużej mierze uzasadnionej.

 

Obecność Błaszczykowskiego w kadrze budzi kontrowersje głównie dlatego, że ten niewątpliwie znakomity piłkarz praktycznie nie gra w zespole VfL Wolfsburg. W siedmiu ligowych kolejkach Bundesligi na boisku pojawił się dopiero w miniony weekend, zaliczając dwunastominutowy występ w przegranym 0:2 wyjazdowym meczu z Werderem Brema. Wcześniej tylko raz znalazł się w kadrze meczowej oraz wszedł na ostatnie siedem minut w spotkaniu Pucharu Niemiec z półamatorskim SV Elversberg.

Statystyki są dla Błaszczykowskiego bezlitosne, bo wynika z nich, że w obecnym sezonie więcej minut na boisku spędził w barwach reprezentacji Polski niż w klubowym zespole. W meczu z Włochami zagrał przez 83 minuty, a z Irlandią przez 80. Co gorsze, za oba występy nie zebrał dobrych recenzji i w tej chwili naprawdę trudno znaleźć argumenty uzasadniające jego powołanie. Nawet prezes PZPN Zbigniew Boniek przyznał, że piłkarz nie grający regularnie w klubowej drużynie nie ma prawa być w wysokiej formie i dlatego nie ma sensu wystawiać go w meczach reprezentacji, bo nie gwarantuje wysokiej jakości.

Brzęczek puszcza jednak te uwagi mimo uszu i robi swoje. Oprócz Błaszczykowskiego na zgrupowanie zaprosił też trzech innych swoich faworytów – grzejącego ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusza Recę oraz niczym się nie wyróżniających nawet w naszej słabiutkiej ekstraklasie Rafał Pietrzaka z Wisły Kraków i Damiana Szymańskiego z Wisły Płock.

Te pretensje o kumoterskie powołania pójdą rzecz jasna w niepamięć w przypadku zwycięstw w spotkaniach Ligi Narodów z Portugalią i Włochami. PZPN zapowiada, że oba mecze na Stadionie Śląskim zostaną rozegrane przy komplecie publiczności. Kibiców trochę martwi słaba ostatnio forma strzelecka Roberta Lewandowskiego, ale wszyscy liczą, że może w strzelaniu goli snajpera Bayernu zastąpi rewelacyjnie spisujący się w Serie A Krzysztof Piątek.

Brzęczek na razie nie ma jednak pomysłu jak wkomponować tego gracza w drużynę, bo gra on w stylu Lewandowskiego. Trzymać go jako zmiennika „Lewego” to ryzyko, bo kapitan naszej reprezentacji w czwartek w spotkaniu z Portugalią zagra po raz setny w reprezentacji i z tej okazji może na boisku wyczyniać rzeczy wielkie. Do kadry wrócił też Kamil Grosicki i dla niego Brzęczek też będzie musiał znaleźć miejsce, podobnie jak dla Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego. Każdy z tych piłkarzy ma wielkie aspiracje i chce odgrywać znaczące role. A treningów będą mieć tylko siedem.

 

CR7 w cieniu Piątka

Hiszpańskie media wciąż nie mogą darować Cristiano Ronaldo odejścia z Realu Madryt i nie odpuszczają żadnej okazji, żeby wbić mu szpilę. Teraz dokuczają mu opiniami, że w Serie A został przyćmiony przez nieznanego polskiego napastnika kupionego za pięć milionów euro.

 

Latem Genoa wykupiła Krzysztofa Piątka z Cracovii za pięć milionów euro i ten transfer przeszedł we Włoszech praktycznie bez echa. Inaczej było w przypadku Cristiano Ronaldo, który przeszedł z Realu Madryt do Juventusu Turyn za 110 milionów euro. Portugalczyk rzecz jasna z miejsca stał się największą gwiazdą w Serie A, natomiast młodszy od niego prawie o dekadę Piątek zyskuje dopiero większy rozgłos swoimi niezwykłymi strzeleckimi wyczynami.

W rozegranych do tej pory sześciu meczach ligowych Polak zdobył aż osiem bramek, co jest najlepszym osiągnięciem w Serie A od 70 lat i zarazem w pięciu najsilniejszych ligach europejskich w obecnym sezonie. Piątek we wszystkich występach w barwach Genoi, licząc z towarzyskimi i pucharowymi, strzelił już 22 gole. Dokonał tego w ciągu zaledwie 80 dni. Natomiast Cristiano Ronaldo w siedmiu meczach Serie A strzelił trzy gole i zanotował pięć asyst. „Nieznany polski piłkarz przyćmił wielkiego Cristiano Ronaldo, który miał być największą gwiazdą Serie A. Przed rozpoczęciem sezonu pisano, że Portugalczyk będzie bił we Włoszech strzeleckie rekordy, tymczasem jest gorszy od napastnika, który kosztował Genoę niespełna pięć milionów euro” – drwią redaktorzy madryckiego dziennika „ABC”.

Na szczęście sam Piątek też wzbudza zainteresowanie jako piłkarz, a nie tylko „szpila” do drażnienia CR7. We Włoszech o polskim napastniku robi się coraz głośniej, a na meczach zespołu Genoa pojawia się coraz więcej wysłanników mocnych klubów. Zdaniem tamtejszych mediów niezwykła skuteczność Piątka zainteresowała nawet największe futbolowe potęgi Starego Kontynentu. W ocenach 23-letniego polskiego piłkarza podkreśla się, że choć nie dysponuje dużą szybkością, to potrafi znaleźć się w polu karnym we właściwym miejscu, dobrze gra w powietrzu i zachowuje zimną krew w strzeleckich sytuacjach. „W ostatnich latach polska piłka miała w ataku jako największą gwiazdę Roberta Lewandowskiego, teraz pod jego bokiem niespodziewanie eksplodował kolejny wielki talent, który latem przybył do Włoch za pięć milionów euro, a już zdążył olśnić swoim dokonaniami” – pisze wydawany w Barcelonie dziennik „La Vanguardia”. Jego zainteresowanie Polakiem nie jest przypadkowe, bo „Duma Katalonii” też posłała do Genui swojego człowieka na obserwację.

Sam Piątek póki co zachowuje zimną głowę. Jego zespół nie grał jeszcze w Serie A z Juventusem Turyn i SSC Napoli, a dopiero mecze z tymi zespołami zweryfikują jego prawdziwą wartość.

 

Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.

 

Brzęczek zażegnał kryzys

Po remisie z Włochami nastroje kibiców trochę się poprawiły. Przebudowana dość gruntownie przez Jerzego Brzęczka drużyna zagrała przyzwoity mecz i mogła nawet po raz pierwszy w historii wygrać z czterokrotnymi mistrzami świata na ich terenie.

 

Mecz z Włochami zaprzeczył stawianej u nas ostatnio dość powszechnie tezie, że po mundialowej wpadce nasza piłkarska reprezentacja popadnie w głęboki kryzys. Jerzy Brzęczek okazał się trenerem nie gorszym od Adama Nawałki, chociaż w drugiej połowie trochę się pogubił przy dokonywaniu zmian i z tego powodu nie wygrał meczu który był jak najbardziej do wygrania. Poza tym wygląda na to, że w swoim debiutanckim występie nowy selekcjoner dostał od przełożonych całkowicie wolną rękę i zrobił wszystko „po swojemu”.

 

Bramkarze równo rotowani

Na bramce postawił na Łukasza Fabiańskiego, a nie Wojciecha Szczęsnego, powszechnie w mediach uznawanego za numer 1 w tercecie naszych reprezentacyjnych golkiperów. Nie był to zły wybór, bo Fabiański zagrał bardzo dobrze, a gola stracił z rzutu karnego. Po meczu bramkarz West Hamu United zdradził zasady jakie Brzęczek wprowadził do rywalizacji na tej pozycji. Otóż ze słów Fabiańskiego wynika, że on i Szczęsny będą bronić w spotkaniach Ligi Narodów, zaś Łukasz Skorupski w towarzyskich. To oznacza, że w tym roku każdy z nich zagra w dwóch meczach, ale potem na podstawie tych sześciu występów ma zostać ustalona hierarchia obowiązująca już od początku przyszłego roku. Pomysł mocno kontrowersyjny, ale na tym etapie przebudowy kadry głównie dla trójki bramkarzy.

W obronie Brzęczek żadnych eksperymentów nie czynił. O tym, że na prawej obronie miejsce zwolnione przez Łukasza Piszczka zajmie Bartosz Bereszyński, było wiadomo od dawna. Obecność Kamila Glika w środku defensywy też była oczywista, natomiast wystawienie do gry grzejącego ławę w Southamptonie Jana Bednarka trudno uznać za akt odwagi, bo ten piłkarz w tej chwili jest po prostu lepszy od powołanych do kadry Marcina Kamińskiego i Adama Dźwigały.

Niewątpliwą niespodzianką było natomiast wystawienie na lewej flance obrony również grzejącego ławę w Atlancie Arkadiusza Recy. Po kontuzji Macieja Rybusa Brzęczek nie miał tu dobrego wyboru, bo miał w odwodzie jeszcze innego debiutanta Rafała Pietrzaka lub ewentualnie Tomasza Kędziorę, chociaż on na co dzień w Dynamie Kijów gra na prawej obronie. Selekcjoner lukę po Rybusie załatał jednak przy pomocy swoich ludzi, bo do gry posłał Recę, a na wsparcie dał mu przestawionego z prawej na lewą flankę pomocy Jakuba Błaszczykowskiego.

 

Rodzina jest najważniejsza

Wokół powołania Błaszczykowskiego było sporo hałasu, bo jak wiadomo ten zasłużony dla reprezentacji piłkarz jest siostrzeńcem selekcjonera, a że w swoim macierzystym klubie, VfL Wolfsburg, w tym sezonie właściwie nie grał, już samo jego powołanie do kadry wzbudziło falę krytyki. Błaszczykowski jest bez wątpienia bardzo pozytywną postacią i trudno mu odmówić zasług, ale najlepsze piłkarskie lata ma już za sobą. W meczu z Włochami nie zagrał źle, zwłaszcza w defensywie, ale jakoś tak się znowu złożyło, że to jemu przydarzył się brzemienny w skutkach błąd. Na telewizyjnych powtórkach rzecz jasna wyraźnie widać, że wślizg Błaszczykowskiego był zgodny z przepisami, bo trafił w piłkę, a Federico Chiesa po prostu sprytnie zasymulował podcięcie.

Niemiecki sędzia Felix Zwayer popełnił ewidentny błąd dyktując rzut karny, co nie zmienia jednak faktu, że tak doświadczony gracz jak Błaszczykowski nie powinien bez wyraźnej potrzeby tak ryzykownie interweniować w swoim polu karny. Brzęczek chwilę potem go zmienił, ale po meczu stwierdził, że z występu siostrzeńca jest zadowolony. To dowodzi, że selekcjoner ma ogromne serce dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Dla reprezentacji ta cecha charakteru niekoniecznie musi być szkodliwa, ale po prawdzie to rzadko kiedy szkodliwa nie jest.

 

Lewandowski wciąż najlepszy

Zdecydowanie najlepszym graczem w naszym zespole znów był Robert Lewandowski, który wprawdzie sam gola nie strzelił, ale to po jego podaniu Piotr Zieliński pokonał bramkarza gospodarzy. „Lewy” nie tracił piłek, rozgrywał akcje po mistrzowsku i właściwie to można mieć do Brzęczka żal, że zamiast po przerwie wpuszczać do gry za Błaszczykowskiego, Klicha i Zielińskiego defensywnych graczy (Rafał Pietrzak, Damian Szymański, Karol Linetty), nie posłał na boisko Arkadiusza Milika na lewą flankę za Błaszczykowskiego, a Krzysztofa Piątka do ataku w miejsce cofniętego na rozegranie Lewandowskiego. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że najlepszą obroną jest atak…

 

Włochy – Polska 1:1

Gole: Piotr Zieliński (40) – Jorginho (78 k).
Włochy: Gianluigi Donnarumma – Davide Zappacosta, Leonardo Bonucci, Giorgio Chiellini, Cristiano Biraghi – Lorenzo Pellegrini (46. Giacomo Bonaventura), Jorginho, Roberto Gagliardini – Federico Bernardeschi, Mario Balotelli (62. Andrea Belotti), Lorenzo Insigne (71. Federico Chiesa).
Polska: Łukasz Fabiański – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek, Arkadiusz Reca – Rafał Kurzawa, Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich (55. Damian Szymański), Jakub Błaszczykowski (80. Rafał Pietrzak) – Piotr Zieliński (65. Karol Linetty) – Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Chiellini – Klich, Błaszczykowski, Fabiański.  Sędziował: Felix Zwayer (Niemcy). Widzów: 26 000.

 

Brzęczek się waha

Nowy selekcjoner naszej piłkarskiej reprezentacji Jerzy Brzęczek nieoczekiwanie przesunął o tydzień termin ogłoszenia powołań na dwa wrześniowe mecze – z Włochami i Irlandią. Nazwiska jego wybrańców mamy poznać 27 sierpnia.

 

Brzęczek zmienił stosowaną przez jego poprzedników zasadę, że najpierw powołania dostawali piłkarze występujący w klubach zagranicznych. Teraz cała kadra ma być ogłaszana za jednym zamachem. „Selekcjoner Jerzy Brzęczek powołania na mecze z Włochami i Irlandią ogłosi w poniedziałek 27 sierpnia. Tego dnia zostanie podana pełna lista powołanych zawodników” – poinformował rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski. Tu jednak w rozlicznych medialnych przekazach pojawiło się nieścisłości, bo wedle jednych selekcjoner miał już ponoć w miniony poniedziałek gotową listę zawodników z klubów zagranicznych, a z jej upublicznieniem wstrzymał się tylko dlatego, że z powodu katastrofy budowlanej w Genui odwołano ligowe spotkania drużyn z tego miasta – Sampdorii i Genoy. W pierwszym występują Karol Linetty, Bartosz Bereszyński i Dawid Kownacki, a w drugim robiący furorę we Włoszech Krzysztof Piątek.

Brzęczek chyba nie wszystkich z tego kwartetu umieścił na swojej liście, skoro postanowił poczekać do następnej kolejki Serie A i przekonać się w jakiej są aktualnie formie. Gdyby faktycznie miał wątpliwości, czy wymieniona czwórka piłkarzy z Genui zasługuje na powołanie, to równie dobrze na swojej liście powinien pominąć Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego czy Jana Bednarka, bo oni jeszcze nie mieli okazji zademonstrować aktualnej formy w ligowych potyczkach. Robert Lewandowski zresztą także takiej okazji nie miał, ale w jego przypadku cztery gole strzelone w Superpucharze i pucharze Niemiec powinny być chyba wystarczającą rekomendacją.

Żarty żartami, ale z korytarzy piłkarskiej centrali wyciekła plotka, że Brzęczek w swoim selekcjonerskim debiucie trochę przesadził z dowartościowaniem piłkarzy z klubów ekstraklasy. Jego przełożeni wytłumaczyli mu, że po klęsce naszych klubowych drużyn w kwalifikacjach europejskich pucharów preferowanie graczy z rodzimej ligi kosztem zawodników występujących za granicą nie zostałoby przez kibiców życzliwie przyjęte. A nadużywać ich cierpliwości nie należy, bo dla wizerunku PZPN mecz towarzyski z Irlandią we Wrocławiu rozegrany przy pustawych trybunach byłby wielce szkodliwy. Nie zmienia to faktu, że pomysł ogłaszania w jednym terminie całej kadry nie jest zły.

 

Jesienne mecze reprezentacji Polski:

07.09.2018: Włochy – Polska (Liga Narodów); 11.09.2018: Polska – Irlandia (towarzyski, Wrocław); 11.10.2018: Polska – Portugalia (Liga Narodów, Chorzów); 14.10.2018: Polska – Włochy (Liga Narodów, Chorzów); 15.11.2018: Polska – Czechy (towarzyski, Gdańsk); 20.11.2018: Portugalia – Polska (Liga Narodów).