Eseje czarne jak atrament Recenzja

Przypuszczam, że niewielu czytelników tego tomu złożonego z trzech esejów domyśliło się od razu, że jego tytuł: „Rękopis znaleziony na ścianie” (przynależny do pierwszego z esejów) ma wydźwięk makabryczny.

 

Chodzi bowiem o rozbryzgany na ścianie mózg hrabiego Jana Potockiego, twórcy „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Wydaje mi się to celową uwagą wstępną, bo eseje Krzysztofa Mrowcewicza przeniknięte są czarną barwą głębokiego pesymizmu egzystencjalnego, podanego jednakowoż językiem jasnym autora, którego ten świat może i zasmuca, ale też i jednocześnie zachwyca, fascynuje swoją niemożliwą wprost urodą, estetyczną i intelektualną. Jest bowiem piękny pięknem swojego bogactwa i swojej grozy. Bohaterami dwóch esejów Mrowcewicza są wspomniany Jan Potocki i Jan Kochanowski, a bohaterem – o ile można się tak wyrazić – trzeciego jest: ogród z „Sofijówki” Stanisława Trembeckiego. Esej o Potockim zaczyna się opisem pistoletu, z którego tenże strzelił sobie w głowę, czyli opisu narzędzia samobójstwa. Więcej, to opis procesu mechanicznego, podanego jakby w zwolnionym tempie, w sekwencji stop-klatek, który kończy się wniknięciem kuli w czaszkę i mózg pisarza. I nagle z tego ponurego, zakrwawionego pokoju w podupadłej posiadłości Potockiego w Uładówce na Ukrainie eseista przeskakuje w migotliwy, kalejdoskopowy, niepochwytny świat tego pisarza, ezoteryka, filozofa, mistyka, kabalisty, podróżnika, szaleńca, przyrodnika, człowieka pozbawionego złudzeń co do życia. Jest w tym eseju myśl co prawda nie nowa, że świadomość Potockiego oraz esencja i sens esencja jego sławnego „Rękopisu” rodzi się na styku czasów oświeceniowego rozumu, który zaczyna być podmywany przez nadchodzącą, irracjonalną epokę romantyczną i przez chaos, który wbrew oświeceniowej utopii jest nieodłącznym atrybutem i zasadą świata. I ta myśl, że był on krańcowym, czarnym, depresyjnym pesymistą. Jako się rzekło, myśl to nie nowa, bo o tym czytałem już w 1965 roku, kiedy na ekrany kin weszła ekranizacja „Rękopisu” dokonana przez Wojciecha Jerzego Hasa. Toteż jednak eseju Mrowcewicza nie należy czytać propedeutycznie, lecz estetycznie nade wszystko. Opowiada on o Potockim jako mistrzu czterech sztuk: „opowiadania historii”, „budowania ruin” (choć w „Rękopisie” opisów ruin niemal nie ma, ale fenomen „ruiny” jakby unosi się jak duch nad tą powieścią), „udawania zwanej też sztuką aktorską” („Rękopis” jest w znaczącej warstwie powieścią o udawaniu, o graniu, jej postacie nieustannie udają inną tożsamość lub inna jest im przypisywana, zamieniają się tożsamościami, mylą się co do tożsamości lub innych co do niej zwodzą, korzystają z innych tożsamości lub przeglądają się w niezliczonych lustrach, tu prawie nikt nie ma jednolitej, stałej, zastygłej tożsamości) oraz „sztuki odbierania sobie życia” (sławne samobójstwo). Opowiada o nich Mrowcewicz wędrując zarówno przez wybrane wątki „Rękopisu” oraz przez fragmenty świata, który w bliższym czy dalszym sensie był światem Jana Potockiego. Eseistyczna narracja Mrowcewicza – chce się rzec – zapiera dech po pierwsze zjawiskową erudycją, ale to jeszcze mało powiedziane, bo erudytów jest sporo. Autor zapiera dech swoją umiejętnością uczynienia z erudycji sztuki o finezji i lekkości motyla. Portretuje świat Potockiego, świat, w którym on egzystował, poprzez przygody, persony, krajobrazy budowle, przedmioty. Esej sprawia wrażenie dzieła impresjonistycznego albo iluzjonistycznego. W zależności od tego pod jakim kątem go czytamy, taki obraz się wyłania. Można odnieść wrażenie, że Mrowcewicz zbudował swoją eseistyczną narrację na podobieństwo linkowego systemu w internecie. Po kliknięciu w dowolne pojęcie, nazwisko, zdarzenie wyłania się nowa bogata kraina, która mnoży się na podobieństwo systemu opowieści szkatułkowej. Można też rzec, że Mrowcewicz pokazał postać Potockiego i jego „Rękopis” kontekstualnie, odsłaniając to wszystko czego w materii powieści nie ma, a co czai się jakby za ścianami zamkniętych przestrzeni, w której dzieje się jej akcja.
Trudno jest o tym pisać, bo cokolwiek się napisze, będzie mniej kunsztowne i mniej wielowarstwowe niż to co można wyczytać w eseju Mrowcewicza. Esej o „Sofijówce” Trembeckiego („Tajemnica Sofijówki – tajemnica literatury”) jest esejem o bujnym ogrodzie opisanym przez poetę. To drobiazgowa, ale przy tej drobiazgowości, paradoksalnie fascynująca analiza środków poetyckich, jakie zastosował poeta, aby przez opis natury i struktury ogrodu ukazać naturę i strukturę egzystencji jako takiej, zamykając w tym opisie naturę życia od początku do kresu. A jednocześnie widzi eseista w „Sofijówce” „kwintesencję poezji”. Bezradny wobec niemożności uchwycenia we frazie własnej bogactwa tego eseju, zacytuje ostatnie jego zdanie, które może spełnić rolę definicji jego esencji: „Sofijówka” to ogród ze słów, w którym rozwidlają się ścieżki rozumu, poetyckiego rzemiosła i wyobraźni”. Trzeci esej poświęcony („Czarna muza z Czarnolasu”) jest Janowi Kochanowskiemu. Każdy kto zapamiętał choć odrobinę z przekazu szkolnego kursu Odrodzenia, ten pamięta, że ten poeta pokazywany często w epikurejskiej scenerii czarnoleskiego dworku, pod lipą, w kontuszu, z roztruchanem przedniego miodu, w sielskim otoczeniu rodziny był poetą „czarnym”, krańcowym sceptykiem i pesymistą i to nie tylko dlatego, że doznał utraty córki Urszuli, a swój ból uwiecznił w „Trenach”. W ujęciu Mrowcewicza Kochanowski jawi się jako wielki artysta i myśliciel na wskroś nam, dzisiejszym, współczesny, podobny nam w niepokojach, podobny w rozpaczy, podobny nam w sposobie postrzegania egzystencji i jej ostatecznego bezsensu. Mrowcewicz nie wyraża tego ekspressis verbis, ale w jego perspektywie jawi się Kochanowski jako prefigurowany kilka wieków wcześniej, avant la lettre – egzystencjalista i skomplikowany człowiek współczesny.
Jestem niezadowolony z tego, co o tych esejach powyżej napisałem. Ale przecież nie sposób opowiedzieć o tych finezjach estetycznych i umysłowych ani subtelniej ani głębiej niźli sam autor. Tego eseistycznego sezamu najzwyczajniej nie sposób uchwycić w małą garść. To trzeba przeczytać. Komuś tak wiele czytającemu jak piszący te słowa, co wywołuje efekt spowszednienia, nieczęsto zdarza się rozkosz lektury. Czytając triadę esejów Krzysztofa Mrowcewicza doznałem takiej samoistnej, niejako autonomicznej, samej w sobie przyjemności, by nie powiedzieć rozkoszy lektury.

 

Krzysztof Mrowcewicz „Rękopis znaleziony na ścianie”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2017, str. 164, ISBN 978-83-65832-32-0.

Boyowa Janda

Nagrodę przyznaje Zarząd polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej. Tę prestiżową nagrodę przyznano po raz pierwszy w roku 1957, a pierwszym laureatem został Kazimierz Dejmek. Pośród czterdzieściorga laureatów tej nagrody znaleźli się m.in. Tadeusz Kantor, Jacek Woszczerowicz, Konrad Swinarski, Krystyna Skuszanka, Jerzy Grzegorzewski, Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek.

 

W wygłoszonej laudacji, honorowy wiceprzewodniczący AICT/IACT i zarazem prezes Klubu Krytyki Teatralnej SD RP Tomasz Miłkowski zwrócił m.in. na fakt, że Krystyna Janda jest dopiero dziesiątą kobietą, która otrzymała tę nagrodę, a do roku 2000 otrzymały ją zaledwie dwie artystki. W mistrzowskiej analizie sylwetki teatralnej Krystyny Jandy Miłkowski zwrócił uwagę m.in. na jej bogatą osobowość, która budziła i budzi kontrowersje nie tylko natury artystycznej, ale także jako postać wykraczająca swoim rozmachem poza ramy aktorskiej profesji. W rozmowie poprowadzonej przez Łukasza Maciejewskiego laureatka opowiadała m.in. o warszawskiej publiczności teatralnej, która według jej szacunków wynosi około 25 tysięcy osób, co jak na blisko dwumilionowe miasto stołeczne oznacza niewielką liczbę, o niełatwej sytuacji finansowej jej teatrów („Polonia” i „Och-Teatru”) po odebraniu dotacji rządowej w rezultacie nastania „dobrej zmiany”, o swojej bogatej działalności okołoteatralnej, w tym edukacyjnej, o niezwykle silnej obecności kobiet i problematyki kobiecej w życiu społecznym, o swoich rolach, a także o swoim zmarłym mężu, wybitnym operatorze filmowym Edwardzie Kłosińskim, który był dla niej w związku „biegunem chłodu i rozwagi w kontraście do jej szaleństwa”, o śmierci, „która w teatrze jest głównym tematem”, o jej spektaklach i związanych z nimi perypetiach, o miłości do kotów i artystycznych konsekwencjach tej miłości, a także o swojej niezwykłej i nieprzeciętnej wrażliwości na doznania artystyczne.
– Więcej zawdzięczam dziełom sztuki niż komukolwiek i czemukolwiek. Potrafię w sposób niepohamowany płakać nad pięknem dzieła sztuki i całymi dniami siedzieć w muzeach kontemplując obrazy w zachwyceniu – mówiła Janda.

 

Z Krystyną Jandą, laureatką nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Otrzymała Pani nagrodę imienia Boya, ale mam wrażenie, że to on osobiście powinien Panią nagrodzić, gdyby żył, za to że była Pani inspiratorką największego i najskuteczniejszego w historii Polski protestu kobiet w obronie ich praw i wolności, czyli „Czarnego Protestu” z października 2016 roku…

Ja nadal uważam, że byłam tylko jedną z kobiet, które zabrały w tej sprawie głos.

 

Mam jednak przekonanie, że to fakt, iż to właśnie Pani rzuciła tę iskrę sprawił, że ten protest nabrał takiego zasięgu i intensywności. Pani Krystyno, przy okazji tej uroczystości pozwolę sobie na taki oto komplement: rolą Agnieszki w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy weszła Pani do historii polskiego kina, a rolą w zainspirowaniu „Czarnego Protestu” – do najnowszej historii Polski…

Być może było trochę tak, jak pan mówi. A jeśli tak, to cieszę się, że moje nazwisko mogło odegrać tak pożyteczną rolę. Staram się to swoje zaangażowanie społeczne kontynuować w moim teatrze, który jest przecież bardzo społeczny. Wystawiane przez nas spektakle bardzo rzadko nie odnoszą się do ważnych zagadnień społecznych, nawet komedie. Ostatnio mieliśmy premierę „Mojego pierwszego razu”, przedstawienia, które dotyka kwestii ważnej dla każdego młodego człowieka – inicjacji seksualnej. A nawet te, które jak „Boska”, „Shirley Valentine” czy „Jak zabić starszą panią” odległe są od problematyki społecznej, zarabiają na te pozostałe. W naszym repertuarze działa zasada pomocniczości, bo żeby nasz teatr mógł funkcjonować po utracie dotacji, musi zarobić miesięcznie około miliona złotych. Na szczęście mamy wierną publiczność.

 

Skąd pomysł na „Mój pierwszy raz”?

Z lektury podręczników dotyczących życia w rodzinie. Poziom narracji o sferze życia płciowego, biologii kobiet i mężczyzn, prokreacji, jest w tych podręcznikach tak przerażający, podawany na poziomie graniczącym z absurdem, że postanowiłam wystawić „Mój pierwszy raz”.

 

O publicystyce jako gatunku pisania mówi się zazwyczaj, że jej życie jest krótkie, że szybko się dezaktualizuje. Tymczasem można odnieść wrażenie, że publicystyka społeczna Boya, zwłaszcza ta dotycząca kwestii praw kobiet i świadomego macierzyństwa, jest ciągle aktualna, mimo że ma już metrykę blisko dziewięćdziesięcioletnią. Dlaczego Pani zdaniem tak się dzieje?

To smutne. Brakuje nade wszystko edukacji, edukacji, raz jeszcze edukacji i dlatego jesteśmy niestety bardzo daleko za światem. Tracimy jako społeczeństwo energię na sprawy drugorzędne, a sprawami pierwszorzędnymi się nie zajmujemy. To przerażające, że na te 100 lat niepodległości, u progu której kobiety uzyskały prawa wyborcze, tylko przez 36 lat miały przynajmniej formalną, bo nie zawsze praktyczną, wolność wyboru w sferze prokreacji.

 

Prawa kobiet, w tym dotyczące aborcji, macierzyństwa, poziom edukacji seksualnej, mentalność twórców prawa jest właściwie generalnie na poziomie nie zmienionym od 100 lat. Czy nie rozwijamy się mentalnie jako społeczeństwo?

Nie byłabym aż taką pesymistką. To prawda, że na poziomie prawa, edukacji i mentalności elit politycznych, wpływów Kościoła katolickiego wygląda to bardzo źle, można powiedzieć, że prawie nic się nie zmieniło od dziesięcioleci. Jednak po stronie społecznej, zwłaszcza po stronie kobiet jest już zupełnie inny stan ducha i świadomości. Czy można sobie wyobrazić „Czarny Protest” i taki ruch kobiecy w obronie ich wolności, jaki dziś mamy, w międzywojennej Polsce Boya? Nie sposób sobie czegoś takiego wyobrazić. W tamtej Polsce poza Ireną Krzywicką można było na palcach jednej ręki policzyć te kobiety, które angażowały się w tzw. kwestię świadomego macierzyństwa. Dziś takich kobiet są w Polsce tysiące. O ile więc ciągle zawodzą elity polityczne, prawo, instytucje, szkoła, o tyle nie zawodzą kobiety. I kto wie, czy moment w której wywalczą sobie należne im prawa i wolności, nie jest bliższy niż może się to nam wydawać.

 

Dziękuję za rozmowę.

Lana Del Rey, Eurowizja i kulturalny bojkot Izraela

Wygląda na to, że kontrowersje, jakie latem bieżącego roku wybuchły wokół dwóch imprez kulturalnych w Niemczech, to była zaledwie rozgrzewka.

 

Najpierw odbywające się w Bochum Ruhrtriennale anulowało występ rapowego trio ze Szkocji, Young Fathers – na wieść o ich otwartym poparciu dla kampanii kulturalnego bojkotu Izraela. Izraelskie lobby w Niemczech cynicznie eksploatuje niemieckie poczucie winy związane z hitlerowską zagładą Żydów i skutecznie (z sukcesami w Bundestagu) przepycha tam narrację, że bojkot Izraela to kampania antysemicka. Dlatego takim zaskoczeniem była dla organizatorów międzynarodowa burza, jaką ta decyzja wywołała w światowym środowisku muzyków i twórców kultury. Young Fathers dostali tyle wsparcia, a na organizatorów spadły takie gromy, że ci ostatni odwołali swoją decyzję. Tym razem to Young Fathers w proteście odrzucili zaproszenie.
Wkrótce potem organizowany w Berlinie Pop-Kultur Festival spotkał się z serią anulowanych koncertów, gdy artyści dowiedzieli się, że wśród sponsorów imprezy jest ambasada Izraela – powołali się na szacunek dla palestyńskiego apelu o bojkot.

 

Kulturalny bojkot Izraela

Palestyńska Kampania na rzecz Akademickiego i Kulturalnego Bojkotu Izraela (PACBI) stanowi „branżowy”, skierowany do przedstawicieli i pracowników kultury i nauki, segment większego ruchu, jakim jest Boycott, Divestment, Sanctions, w skrócie BDS. Kampania domagająca się bojkotu, wycofania inwestycji i sankcji przeciwko Izraelowi, dopóki nie zacznie on przestrzegać prawa międzynarodowego i nie zaprzestanie rasistowskiej, kolonialnej przemocy i polityki dyskryminacji wobec Palestyńczyków. Jest ona wzorowana jest na wielkim historycznym przykładzie międzynarodowego oddolnego bojkotu reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki – bojkotu, który doprowadził do jego globalnej izolacji, pomagając w jego obaleniu.
Kampania na rzecz bojkotu kulturalnego i akademickiego zwraca uwagę na znaczenie, jakie dla propagandowych wysiłków Izraela ma udział jego twórców i instytucji w światowym, zwłaszcza zachodnim – kojarzonym z demokracją i wolnością – obiegu kulturalnym, występy międzynarodowych gwiazd, współpraca kulturalna i akademicka. Każdy występ zachodniej gwiazdy jest wykorzystywany przez izraelską dyplomację kulturalną jako wehikuł propagandowy, dowód, że Izrael wciąż jest trendy. Każdy zagraniczny występ izraelskiego teatru, każdy pokaz izraelskich filmów (szczególnym targetem są imprezy o tematyce LGBT+) jest wykorzystywany przez Izrael do normalizacji swojego wizerunku, przesłaniania przemocy, jaką Izrael stosuje u siebie i w swoim bezpośrednim sąsiedztwie.
Ponadto izraelskie instytucje i wydarzenia kulturalne opierają się na systemowej dyskryminacji Palestyńczyków, często są dla nich – jako widzów i jako twórców – w żaden sposób niedostępne, niekiedy mieszczą się nawet w nielegalnych osiedlach, z siedzibami na ziemi zagrabionej okolicznym palestyńskim chłopom. Palestyńczycy są dyskryminowani na izraelskich uniwersytetach, Izrael stosuje arbitralną przemoc wobec uniwersytetów i akademików palestyńskich, a same izraelskie uniwersytety, akademie i politechniki zaangażowane są w badania i rozwój technologii na potrzeby brutalnej izraelskiej okupacji Terytoriów Palestyńskich.

 

Sukcesy bojkotu

BDS, ruch z początku ignorowany i wyśmiewany tak przez Izrael, jak i przez jego wielkich imperialnych sojuszników, przekonanych, że mają wystarczający monopol na globalny obieg informacji, dziś jest przez rząd Binjamina Netanjahu uważany za jedno z największych egzystencjalnych zagrożeń dla Państwa Izrael. Do tego stopnia, że Netanjahu powołał osobne ministerstwo, którego główną funkcją jest walka z BDS (między innymi przez orkiestrowanie kampanii oszczerstw – spod znaku „antysemityzm wszędzie!” – pod adresem propalestyńskich działaczy na całym świecie). Jest nim orwellowskie z nazwy Ministerstwo Spraw Strategicznych. Oprócz tego, różnego rodzaju akcje w tym zakresie prowadzone są lub wspierane przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, dyplomatów w poszczególnych krajach (słynny reportaż śledczy Al Dżaziry pt. The Lobby pokazał, jak to działa w Wielkiej Brytanii) oraz Ministerstwo Kultury i Sportu kierowane obecnie przez obłąkaną jeszcze bardziej niż Netanjahu rasistkę Miri Regev.
Od dawna wielkim orędownikiem bojkotu Izraela, niestrudzenie lobbującym za każdym razem, gdy któryś z jego kolegów lub koleżanek z branży nosi się z zamiarem występowania w Izraelu, jest Roger Waters, znany z legendarnego zespołu Pink Floyd. Bojkot od lat popierają brytyjski reżyser Ken Loach, kanadyjska dziennikarka Naomi Klein, amerykańska aktywistka i intelektualistka Angela Davies, indyjska pisarka Arundhati Roy czy Norweski Teatr Narodowy w Oslo. Do bojkotu kilka lat temu przystąpił też (i wzywał innych naukowców) zmarły niedawno angielski fizyk Stephen Hawking.
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy BDS odniósł kilka spektakularnych kulturalnych zwycięstw. Koncerty w Izraelu odwołali nowozelandzka piosenkarka Lorde, kolumbijska gwiazda Shakira oraz brazylijski piosenkarz i były minister kultury w pierwszej administracji Luli Gilberto Gil. Przyjęcia izraelskich nagród odmówili urodzona w Jerozolimie aktorka Natalie Portman (dotychczas w obozie „liberalnego syjonizmu”) i ex-Beatles Paul McCartney. Towarzyski mecz piłki nożnej z reprezentacją Izraela odwołała drużyna Argentyny – chodzą słuchy, że ogromną rolę w tej decyzji odegrał kapitan reprezentacji Lionel Messi.
Dlatego Izrael z taką determinacją rzucił się do kontrofensywy.

 

Bombajski łącznik

W styczniu 2018 roku potencjalne czy spodziewane straty na Zachodzie rząd Izraela próbował nadrobić na Wschodzie. W czasie oficjalnej wizyty premiera Netanjahu w Indiach, jedną z misji, jakie pragnął zrealizować, było kupienie sobie przychylności bombajskich filmowców finansowymi korzyściami z kręcenia w Izraelu. Bollywood to kulturalne supermocarstwo, fabryka snów połowy ludzkości – jego przychylność, przelana w kadry jakiegoś filmowego hitu, byłaby wielkim zwycięstwem propagandowym. I choć premierowi udało się uwieść niezwykle wpływową rodzinę Bachchanów (stary Amitabh wygrał kiedyś międzynarodowy plebiscyt BBC na najpopularniejszego aktora wszechczasów, Actor of the Millenium; żona jego syna Abhisheka to Miss World 1994, Aishwarya Rai) i wianuszek ich przydupasów, to wcale nie może być pewien, że nie oberwie rykoszetem.
Bollywoodem, jak mało którą instytucją w Indiach, rządzą w znacznym stopniu muzułmanie, nawet jeżeli w atmosferze hinduskiego nacjonalizmu epoki prezydenta Modiego są trochę zastraszeni i mniej pewni siebie. „Trzech wielkich Khanów Bollywoodu” – Shahrukh, Salman i największy z nich artysta, Aamir, podobno stanowczo odmówiło spotkania z Netanjahu. O Aamirze Khanie wiadomo, że ma lewicowe poglądy, popiera sprawę palestyńską i… jest najbardziej politycznym ze współczesnych gwiazdorów kina bombajskiego, również w swojej twórczości.

 

Eurowizja, akt 1

W tym roku do rangi racji stanu urósł udział izraelskiej reprezentantki w konkursie piosenki Eurowizji. Izrael od dawna przywiązuje do tego konkursu ogromną wagę – pomaga mu prezentować się jako przyczółek Europy na Bliskim Wschodzie, kojarzony z demokracją i liberalnymi wolnościami. To gra w te skojarzenia – z „jedyny gay-friendly kraj na Bliskim Wschodzie” od jakiegoś czasu na czele – sprawiła, że wystawił kiedyś w swoich barwach transseksualną Danę International.
Kampania tegorocznej reprezentantki Izraela, Netty Barzilai, wspierana zapewne przez aż trzy ministerstwa (Kultury i Sportu, Spraw Zagranicznych i Spraw Strategicznych) również stawiała na wątki queer – w zespole, który tworzył i wykonywał piosenkę, a także w targecie, do którego celowano z agitacją. Ze względu na popularność konkursu Eurowizji w epicentrach kultury gejowskiej (w wielu krajach środowiska LGBT+ organizują co roku Eurovision parties) piosenka Netty była szczególnie reklamowana na gejowskich portalach randkowych.
Nie należy przy tym ronić łez nad biedną artystką nieświadomie wciągniętą w wielką politykę, podczas gdy ona chciała sobie tylko pośpiewać. Netta doskonale wie, co robi, z radością publicznie obściskiwała się i z Netanjahu, i z Regev, i jest dumna z tego, że przed laty do wojska zgłosiła się na ochotnika, zanim zdążyło do niej zapukać z poborem.
W tym roku gra toczyła się o stawki większe niż zwykle. Odkąd Biały Dom w osobie Donalda Trumpa zrzucił wszystkie maski i przestał udawać bezstronnego mediatora, oddolne kampanie bojkotu nabierają na sile w różnych częściach świata. Glamour transmitowanej na cały świat Eurowizji był też Izraelowi potrzebny jako zasłona dymna przed nadchodzącymi wkrótce po finale konkursu protestami palestyńskiego Wielkiego Marszu Powrotu w strefie Gazy. Niewykluczone, że na linię eurowizyjnego frontu Izrael rzucił stworzoną w ramach projektu Hasbara aplikację astroturfingową służącą do zarządzania sztucznymi „spontanicznymi”, „oddolnymi” kampaniami w sieci. Wszystkie te wysiłki przyniosły plon: w maju Netta wygrała konkurs i krzyknęła do publiczności: „Do zobaczenia w Jerozolimie!”
To jeszcze jedna ze stawek, o jakie szło w tym roku Izraelowi w konkursie Eurowizji: że jako zwycięzcy następny konkurs zorganizują w Jerozolimie i będzie to część procesu normalizacji w oczach światowej opinii publicznej statusu tego miasta jako stolicy Izraela (statusu odrzucanego przez prawo międzynarodowe).
Jednak szybko pojawiły się pierwsze sygnały, że Eurowizja może się jeszcze dla Izraela okazać samobójem. Zanim wszyscy wytrzeźwieli po weekendzie, Islandczycy odpalili petycję do publicznej islandzkiej telewizji, RUV, domagając się bojkotu konkursu Eurowizji w 2019, jeśli będzie miał miejsce w Izraelu. W ciągu dwóch dni podpisał ją co dwudziesty mieszkaniec nordyckiej wyspy. Podobne wezwania i publiczne sondy na ten temat w ciągu kilku dni wypłynęły w Irlandii.

 

Jak Lana Del Rey nie dojechała do kibucu

 Innym wielkim propagandowym projektem kulturalnym Izraela miał być Meteor Festival – wydarzenie muzyczne tak wielkie, jakiego nigdy jeszcze w Izraelu nie było. 3 dni (od 6 do 8 września), kilka równoległych scen w kibucu Lehavot Habaszan na północy kraju, 150 występów, w tym 50 artystów i zespołów z zagranicy. Największą światową gwiazdą miała być Lana Del Rey.
Dla izraelskich macherów od propagandy kulturalnej to miał być największy triumf. Del Rey już raz anulowała występy w Izraelu, w 2014, z powodu operacji Protective Edge, w czasie której w bombardowaniach Gazy zginęło ponad 2000 ludzi, w tym ponad 500 dzieci. Według showbizowego dziennika „Variety”, organizatorzy zaoferowali jej tym razem 700 tys. dolarów samej bazowej stawki za koncert, tzn. tego, co dostanie jeszcze przed rozliczeniem za bilety. Przelewem z góry! Było to ponad 930% jej normalnej stawki.
Portale społecznościowe zalał hasztag #LanaDontGo, a z otwartym listem do kalifornijskiej gwiazdy, jak zawsze, zwrócił się na Facebooku niezmordowany Roger Waters. Początkowo Del Rey majaczyła coś o pozytywnych wibracjach, jakie jej muzyka wzbudzi w obydwu stronach konfliktu, potem, że zrekompensuje to Palestyńczykom koncertem specjalnie dla nich. Ten ostatni pomysł stał się szybko przedmiotem kpin na całym świecie. Chciałoby się zapytać – gdzie, może na gruzach w Gazie? – i jak się tam dostanie, z ekipą i sprzętem, może z następną Flotyllą Wolności?
Na tydzień przed planowanym występem Del Rey odzyskała zmysły i odwołała koncert. Nie odniosła się publicznie do kampanii BDS, powiedziała za to, że w obliczu niemożliwości zorganizowania koncertów zarówno dla publiczności izraelskiej, jak i palestyńskiej, które chciałaby traktować równo, czuje się zmuszona odwołać. Wygląda to na nową szkołę artystów zwłaszcza amerykańskich, którzy albo za sprawą kampanii BDS zrozumieli, w co się dali wkręcić, albo się przestraszyli, że plamy po takim wydarzeniu nie zmyją z siebie do śmierci (jak ci, którzy wbrew apelom o bojkot występowali w latach 80. XX wieku w południowoafrykańskim kurorcie Sun City) – ale jednak boją się też, że jeśli otwarcie powiedzą, o co chodzi i kto ich przekonał, to izraelskie lobby w USA spuści na nich wszystkie psy. Jak w 2014 na aktorską parę Penelope Cruz i Javiera Bardema – tylko bardziej, bo tamci w najgorszym razie mogą się spakować i wrócić do Hiszpanii.
Afera Del Rey wywołała efekt domina – w ostatnich dniach przed festiwalem Meteor posypały się oświadczenia niemal dwudziestu (spośród pięćdziesięciu) zabukowanych artystów zagranicznych, którzy informowali, że nie przyjadą. Ci, których twórczości nie towarzyszy taka finansowa maszyna, jak w przypadku Lany Del Rey, odważyli się czasem wyjaśnić wprost, o co chodzi. Przedstawiciel amerykańskiej sceny elektronicznej, Shlohmo, w swoim oświadczeniu napisał: „Przepraszam za zawód, jaki sprawiam fanom i ekipie festiwalu, ale udzielenie wsparcia ofiarom opresji poprzez moją nieobecność jest dla mnie ważniejsze, zwłaszcza wobec najnowszych pogwałceń praw człowieka przez rząd [Izraela]”.
Najmocniej uderzyli chłopcy z amerykańskiej grupy of Montreal. Nie dość, że anulowali swój koncert w ostatniej chwili, to napisali: „Wyczerpawszy wszystkie sposoby usprawiedliwiania występu na izraelskim festiwalu, w czasie, gdy polityczni i wojskowi przywódcy tego kraju kontynuują swoje brutalne zbrodnie na narodzie palestyńskim, doszliśmy do wniosku, że innego uczciwego wyjścia nie ma. To nie jest czas świętowania ani robienia uników. Czas na aktywizm, demonstrowanie przeciwko izraelskiemu apartheidowi, przeciwko izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i przeciwko zbrodniom popełnianym każdego dnia przez siły izraelskie w Gazie.”
Szefowa działu kulturalnego izraelskiego dziennika „Haaretz” skomentowała, że to już jest trend, fala, której nie da się zatrzymać.

 

Eurowizja, akt 2

Bezpośrednio po zwycięstwie Netty, Izrael – przyzwyczajony do prowadzenia polityki faktów dokonanych, rozbestwiony koncesjami ze strony administracji Donalda Trumpa – twardo stawiał sprawę: konkurs w 2019 musi się odbyć w Jerozolimie; albo tam, albo wcale. Jednak Europejska Unia Nadawców (European Broadcasting Union, EBU), która jest producentem konkursu, zaskoczyła stronę izraelską swoją asertywnością. Jej opór i obawa przed propagandowym upolitycznieniem konkursu transmitowanego z Jerozolimy okazały się takie, że chyba pojawiło się ryzyko, że EBU odpowie: raczej wcale niż w Jerozolimie. Izrael spuścił z tonu, dopuszczając możliwość, żeby konkurs odbył się jednak w Tel Awiwie, ale problemy na tym się nie skończyły.
Na początku września EBU wystosowała do strony izraelskiej całą listę wymagań, których spełnienia oczekuje, żeby organizacja przyszłorocznego konkursu w Izraelu wchodziła w ogóle w grę. Wśród nich gwarancji, że każdy, niezależnie od poglądów politycznych, będzie mógł przyjechać do Izraela na półfinały i finał Eurowizji, że nie będzie żadnej dyskryminacji, zatrzymań, całodniowych przesłuchań. Oczywiście, Izrael, który od czasu Pierwszej Intifady w 1987 rozwinął się w orwellowskie państwo policyjne, przesłuchujące ludzi na lotniskach przez całą noc, bo mają na Facebooku znajomych o arabskich nazwiskach, nie potrafiłby dzisiaj spełnić takich obietnic nawet, gdyby chciał. A przecież nie chce, bo jeśli do organizacji finału w Izraelu dojdzie, to na miejsce niechybnie uderzą z całej Europy tysiące aktywistów z zamiarem protestowania. Wygląda jednak na to, że Izrael udał, że przyjmuje te zobowiązania, a EBU udała, że wierzy w te zapewnienia, bo 15 września podjęła ostateczną decyzję o organizacji konkursu w 2019 roku w Tel Awiwie. Antyokupacyjny działacz Ronnie Barkan spekulował na Facebooku, że na krótko przed imprezą Netanjahu może rozpęta kolejną kampanię przemocy, by się następnie powoływać na „względy bezpieczeństwa”.
W międzyczasie, na fali „afery Del Rey”, 140 twórców różnych dziedzin z Australii, Belgii, Kanady, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Irlandii, Izraela, Włoch, Norwegii, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych podpisało się pod listem otwartym, opublikowanym 7 września na łamach „Guardiana”, w którym wzywają do bojkotu Eurowizji 2019, jeśli impreza miałaby się rzeczywiście odbyć w Izraelu. „Jak długo Palestyńczycy nie mogą cieszyć się wolnością, sprawiedliwością i równymi prawami, nie powinno być żadnego business-as-usual z państwem, które pozbawia ich podstawowych praw” – napisali między innymi. Wśród sygnatariuszy są muzycy Roger Waters (jak zawsze), Brian Eno, Yonatan Shapira, Charlie McGettigan (irlandzki zwycięzca Eurowizji w 1994) oraz fińscy weterani konkursów Eurowizji Kaija Kärkinen i Kyösti Laihi; pisarki Caryl Churchill i Sabrina Mahfouz; filmowcy Ken Loach, Mike Leigh, Eyal Sivan, Alain Guiraudie i Aki Kaurismäki; aktorzy Alexei Sayle i Julie Christie.
We wrześniu, tuż przed ostateczną decyzją EBU, wystartowała też nowa inicjatywa, opatrzona na w mediach społecznościowych hasztagiem #DJsForPalestine. Przy jego pomocy międzynarodowi didżeje i twórcy muzyki elektronicznej deklarują, że szanują palestyńską prośbę o bojkot solidarnościowy i nie będą występować w Izraelu, dopóki ten nie zaprzestanie polityki brutalnych represji wobec Palestyńczyków. Akcja nabiera rozpędu. Pęka w ten sposób ochronna bańka rzekomej apolityczności, jaka do tej pory otaczała scenę klubową w Tel Awiwie.

 

A Polska?

Poza sporadycznymi wyjątkami polska klasa tzw. twórców kultury od trzech dekad nie marnuje prawie żadnej okazji, żeby być powodem do politycznego wstydu i zażenowania. Nie inaczej jest w tym przedmiocie – Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kulturalny bojkot Izraela nie zaznaczył się jak dotąd w żaden sposób. Czy rozwijający się w takim tempie skandal wokół przyszłorocznego konkursu Eurowizji spowoduje wreszcie jakiś przełom?

Zmierzch Francji według Ciorana Recenzja

Cioran zwraca uwagę na „wsobność” kulturową Francji: „Francja wystarczała sama sobie. Żadnych obcych języków, żadnych importów kulturalnych, żadnej ciekawości wychylonej ku światu”.

 

W tym eseju najbardziej zdumiewająca jest nie przenikliwość Emila Ciorana, bądź co bądź już od dziesięcioleci klasyka myśli europejskiej, lecz fakt że „O Francji” napisał młody rumuński imigrant samym środku niemieckiej okupacji w Paryżu w latach 1941-1942. Młody Cioran potrafił dostrzec zmierzch ukochanej przez siebie cywilizacji francuskiej w warunkach radykalnie zamąconego pola obserwacji, dalekich od typowości płynnego, francuskiego bytowania. To tak, jakby opinię o tradycjach cywilizacji technicznej w Polsce wyrobić sobie w oparciu o jakąś nowinkę świeżo zaimportowaną z Zachodu na polskim gruncie, n.p. idealną taflę nowego odcinka autostrady, zamiast o zawstydzającą tradycję „polskich dróg”. Zaczyna Cioran od definicji kultury francuskiej, jakiej daremnie szukać gdzie indziej. Powiada, że to kultura „kosmiczna”, czyli „nie nieziemska, lecz ponadziemska”. „Co ukochała Francja? Style, rozkosze inteligencji, salon, rozum, drobne doskonałości. Innymi słowy: pierwszeństwo wyrazu przed naturą. Stoimy wobec kultury formy przesłaniającej moce żywiołów i rozciągającej nad każdym wybuchem namiętności powłoczkę przemyślnego wyrafinowania. Niemcy, Anglia czy Rosja to kraje genialnych dysproporcji. Brak im formy wewnętrznej, toteż ich losy współokreślane są przez kulminacje i braki, przez nadmiary i uspokojenia. Jedynie Francja rozwijała się regularnie od narodzin do śmierci. Jest to kraj najbardziej spełniony, który dał wszystko, co mógł dać, który nigdy nie zboczył z drogi, który zaznał średniowiecza, renesansu i imperializmu oraz upadku. To kraj, który wypełnił swą powinność. Kraj spełnienia”.
Zastanawiające jest to grzebanie Francji jako cywilizacji, już 76 lat temu, gdy zważy się, że po II wojnie światowej przeżyła ona nowy elan vital, czas gospodarczej prosperity lat 60-tych i 70-tych, rozkwit społeczeństwa dobrobytu, dynamiczny rozwój gospodarki, w tym takich gałęzi jak przemysł samochodowy i renomę francuskich marek („Citroen”, „Renault”), lotniczy (fenomen aeroplanu „Concorde”) czy rozwój energetyki atomowej (m.in. cywilny i wojskowy arsenał nuklearny Francji). Także w filozofii (egzystencjalizm) i kulturze masowej (światowa ranga gwiazd francuskiego kina) Francja zabłysnęła w drugiej połowie XX wieku ponownie. Przecież francuskie imperium kolonialne jeszcze się wtedy nie rozpadło, a dzisiejsza, śmiertelnie groźna islamizacja Francji i jej uginanie się pod ciężarem wielomilionowej masy imigrantów z Afryki i Azji jeszcze nikomu się nie śniły. A jednak Cioran już wtedy coś przeczuwał swoją nieprawdopodobną wprost intuicją. Jego esej jest napisany stylem tak wybornym i tak krystalicznym (co doskonale oddał tłumacz Ireneusz Kania), że chce się go cytować garściami. Dopełniając swoje uwagi o „naturze” Francji napisał: „Kultury kosmiczne to kultury abstrakcyjne. Pozbawione styku ze źródłowością, nie znają też ducha metafizycznego, to znaczy szperania pod powierzchnią życia. Francuska inteligencja, filozofia, sztuka pozostają w świece Sensu. Gdy jednak go przeczuwają, nie wyrażają go, tak jak to czynią poezja angielska czy muzyka niemiecka. Francja? Odrzucenie Tajemnicy”. Cioran, choć z urodzenia nie Francuz, uwielbiał typowo francuskie paradoksy i bon moty: „Gdy Niemcy poczciwe banały uważają za esencję rozmowy, Francuzi wolą celnie ujętą nieprawdę od prawdy źle sformułowanej”. Albo: „Stuleciem najbardziej francuskim jest wiek XVIII. To salon, który stał się wszechświatem, to wiek inteligencji w koronkach, czystej finezji, sztuczności przyjemnej i pięknej. To także wiek bardziej znudzony z racji nadmiaru czasu i pracujący tylko dla zabicia czasu”. Czy: „Bóstwo Francji: smak. Dobry smak. Zgodnie z nim świat, by istniał, musi się podobać; musi być zgrabnie skonstruowany, estetycznie okrzepły, mieć granice. (…) Naród obdarzony dobrym smakiem nie może kochać wzniosłości będącej wszak tylko bożyszczem zmonumentalizowanego braku smaku. W zakres jej pojmowania nie wchodzi również pierwiastek tragiczny, gdyż jego istotą, dokładnie tak samo jak w przypadku wzniosłości, nieobjaśnialność”. Cioran kilkakrotnie zestawia te francuskie właściwości z Niemcami, jako ich przeciwieństwem. Perspektywa czytelnika polskiego kusi, by odnieść to do siebie. No i wychodzi na to, że wzniosłość jako „bożyszcze zmonumentalizowanego braku smaku”, to wręcz immanentna cecha polskości, przynajmniej tej oficjalnej i tej z „katechizmu polskiego dziecka”. Pociągnijmy do końca wątek polski, skoro już się pojawił. Kultura polska jest dokładnym, wręcz geometrycznie, przeciwieństwem francuskiej. Jest na wskroś ziemska, totalnie nawet nie „a”, lecz wręcz antyabstrakcyjna, na wskroś empiryczna, nie wierząca w Słowo, radykalnie nieufna wobec rozumu, skrajnie moralistyczna, skrajnie sentymentalna, w której zły smak nie jest dysonansem, lecz normą, a smak dobry niebywałą wprost rzadkością. Co tragizmu, to co prawda jest on u Corneille’a, Racine’a, czy Pascala, ale źródłem tragizmu w dziełach dwóch pierwszych jest starożytna Grecja, a Pascal mimo całego tragizmu chrześcijańskiego był na wskroś francuski („Odbierzcie mu Port Royal, a zostanie causeur”, Cioran). O Francji jako kulturze pozbawionej irracjonalizmu i fatalizmu mówił nie tylko Cioran. To dlatego we Francji tak źle brzmią na scenie tragicy greccy i Szekspir. Francja jest na nich zbyt chłodna, zbyt rozumowa. Nawet dla uduchowionego gotyku francuskich katedr znajduje Cioran wytłumaczenie niesprzeczne z jego koncepcją Francji – to wczesne dziedzictwo frankonizmu, czyli elementu germańskiego. Cioran zwraca też uwagę na „wsobność” kulturową Francji: „Francja wystarczała sama sobie. Żadnych obcych języków, żadnych importów kulturalnych, żadnej ciekawości wychylonej ku światu”. Swoisty francuski prowincjonalizm. Ktoś określił to bardziej dosadnie: Francja żyje z nosem we własnej d….. „Francuzi, odkąd zaistnieli – powiada Cioran byli u siebie, mieli fizyczną i wewnętrzną ojczyznę, którą ukochali bez zastrzeżeń, nie poniżając jej żadnymi porównaniami; nie doświadczali wykorzenienia we własnym domu ani wzburzenia zrodzonego przez nieukojoną tęsknotę. Jest to być może jedyny naród Europy, który nie wie, co to nostalgia – owa forma niemającego kresu uczuciowego niespełnienia. I jeszcze: „Francja jest krajem ciasnej doskonałości. Nie potrafi wzlecieć do kategorii ponadkulturalnych – do wzniosłości, tragiczności, do estetycznego bezmiaru. Toteż nie wydała i wydać by nie mogła Szekspira, Bacha ani Michała Anioła”. Albo: „Człowiek przeciętny urzeczywistnił się we Francji lepiej niż gdziekolwiek indziej. (…) Przeciętność osiągnęła tu taki styl, że trudno wśród ludzi zwyczajnych znaleźć przykłady rażącej głupoty”. (…) „Całkiem możliwe, że ta cywilizacja, to w ostatecznym rozrachunku tylko rafinacja banału, wycyzelowanie drobiazgów i chuchanie na ziarenka inteligencji w zwykłej codzienności”. Zreferowana tu w daleko idącym skrócie rozległa rozprawa definicyjna o Francji napotyka w pewnym momencie w myśleniu Ciorana na pytanie: „Kiedy zaczyna się upadek cywilizacji?” Na pytanie to filozof odpowiada tak: „Wtedy, gdy ludzie zaczynają mieć świadomość; gdy nie chcą być już ofiarami ideałów, wierzeń, zbiorowości. (…) Nie ma większego zagrożenia niż stanowcza odmowa nieulegania oszustwu. Zbiorowa przenikliwość to oznaka zmęczenia. Dramat człowieka widzącego trzeźwo staje się dramatem narodu”. A Francja długo ulegała oszustwom. „Wierzyła po kolei w klasycyzm, w oświecenie, w rewolucję, w cesarstwo, w republikę. Wyznawała ideały arystokracji, Kościoła, mieszczaństwa, proletariatu – i cierpiała za wszystkie”. (…) Wszelako jeden naród nie może bez przerwy wytwarzać wiar, ideologii, form państwowych i życia wewnętrznego. Kiedyś się potknie. Krynice ducha wysychają i naród budzi się do własnej pustki, a potem, zatrwożony przyszłością, krzyżuje ręce na piersi”. Właśnie Francja skrzyżowała ręce na piersi. Cioran powiada, że „ideały 1789 roku pokryła rdza, z ich prestiżu pozostała jedynie staroświecka grandilokwencja. Największa nowożytna rewolucja skończyła jako ramota ducha. Czym była? Połączeniem racjonalizmu i mitów: racjonalistyczną mitologią. Dokładniej – spotkaniem Kartezjusza z człowiekiem z ulicy”. Jeszcze: „Naród jest twórczy dopóty, dopóki życie nie stanowi jedynej wartości, owszem, dopóki to wartości są jego kryteriami. Wiara w fikcję wolności i umieranie za nią (…) przeświadczenie, że prestiż twojego kraju jest niezbędny dla ludzkości, przedstawianie twoich przekonań w jej miejsce – oto czym są wartości. Stawianie wartości własnej skóry ponad ideami, myślenie żołądkiem (…) wiara że życie jest czymś znacznie większym od czegokolwiek innego – oto życie. Francuzi już tylko je kochają i tylko dla niego istnieją. Już od dawna nie mogą umierać. Zbyt często robili to w przeszłości”. „Naród zmęczony bierze rozbrat z własnymi wartościami”. „Cokolwiek by zrobiono we Francji (…) – nikt nie przekona Francuzów do płodzenia dzieci. Naród, który kocha życie, pośrednio rezygnuje z przedłużania go. Przepaść między przyjemnością a rodziną jest ogromna.
Seksualne wyrafinowanie to śmierć narodu. (…) Dzieci mogą płodzić tylko ci, którzy w coś wierzą, są na tyle nieświadomi, by czuć się częścią narodu i radośnie doznawać potrzeby samooszukiwania się poprzez uczestnictwo i namiętności”. „W każdej bez wyjątku części francuskiej prowincji dobija cię zupełny brak życia, rytmu, dzieci, przyszłości. To śmierć całkowita, czuwają nad nią zaczarowane, prastare, pojedyncze kościoły, których zrezygnowane wieże z jakąś nieuchwytną, staroświecką kokieterią jakby prosiły cię, byś sobie poszedł…”. Ale „Francja prefiguruje losy innych narodów. Szybciej dotarła do kresu, bo szczodrzej i bardziej dawna sobą szafowała” (…) „Narody zaczynają epicko a kończą elegijnie”. „Francuzi zużyli się od nadmiaru bycia. Już się nie kochają, bo czują aż nadto dobrze, że byli.
Patriotyzm wypływa z naddatku witalności w odruchach; miłość do kraju to coś najmniej duchowego co tylko być może, to uczuciowa ekspresja biologicznej solidarności. Nic tak nie uraża inteligencji, jak patriotyzm. Wysubtelniający się duch wypiera przodków z krwi i wymazuje z pamięci zew owego skrawka ziemi, który fanatyczne iluzje ochrzciły mianem ojczyzny”. „Odkąd Francja odeszła od swego powołania, czynność jedzenia urosła do rangi rytuału. Znamienny jest nie sam fakt jedzenia, lecz to, że się o nim rozmyśla, spekuluje i godzinami rozprawia”. „Jego schyłek, widoczny już mniej więcej od stulecia, nie popchnął żadnego z jego synów do protestu przeciwko utracie nadziei. Tak jakby wszyscy tylko czekali na osunięcie się w głąb, byle nic nie czuć i byle w dobrobycie”. „Rewolucyjna kariera Francji jest w zasadzie skończona. Teraz bić się ona może tylko o żołądek. Heroizm, będący w istocie mieszanką krwi i nieużyteczności, nie może już dostarczać jej tlenu do oddychania”. Wreszcie: „Francja za stulecia zgiełku płaci znieruchomieniem”.
Można by długo jeszcze cytować kolejne spiętrzenia tej elegii Ciorana na zmierzch, na śmierć Francji. Można by cytować smaczne paradoksy, jak ten mówiący o tym, że impresjonizm jako technika iluzji, pozorów jest kwintesencją kultury francuskiej. Można by przywoływać przeciwstawienie „dzikości” kultury anglosaskiej łagodnemu wyrafinowaniu kultury francuskiej i znaleźć w tym odpowiedź na pytanie, dlaczego Francja nigdy nie miała twardej muzyki rockowej. Można serwować inne esencjonalne fragmenty tego wspaniałego eseju, ale trzeba zmierzać do konkluzji. Pisząc swój esej w okupowanym Paryżu Cioran nie mógł przewidzieć (bo jednak jasnowidzem nie był), że na francuskim horyzoncie pojawi się Charles de Gaulle, który podejmie ostatnią wielką próbę „uratowania wielkości Francji” i który w latach sześćdziesiątych uczyni z niej prawie-mocarstwo. A jego następcom, Pompidou i Giscardowi d’Estaing uda się to jeszcze trochę pociągnąć. Ostatnim prezydentem Francji, który podjął – z perspektywy lewicowej – próbę podtrzymania „wielkości” tego kraju, był François Mitterand, ale on mógł być już tylko epigonem. W ostatniej cząstce swojego eseju Cioran napisał: „O wielkości jakiegoś kraju przesądza nie tyle wysoki stopień dumy jego obywateli, ile entuzjazm, jaki wzbudza on u cudzoziemców, gorączka, która ludzi urodzonych w innych okolicach przekształca w dynamicznych satelitów. Czy był na świecie kraj mający tylu patriotów wśród ludzi innej krwi i innych obyczajów? Czyż nie byliśmy wszyscy, chwilowo, albo w sposób trwały, patriotami francuskimi w godzinach kryzysu; czyż nie kochaliśmy go namiętniej od jego synów, pełni dumy albo upokorzenia, z żarliwością całkiem zrozumiałą, a przecież niepojętą? Tylu nas, którzyśmy przyszli z innych przestrzeni – czyż nie ukochaliśmy go jako jedynego ziemskiego marzenia naszej tęsknoty?”. No właśnie ja czuję się takim „francuskim patriotą z innej krwi” i do tego z zewnątrz.
Czy esej Ciorana „O Francji” jest proroczy? Późnym latem 1981 roku po raz pierwszy w swoim życiu znalazłem się na ziemi francuskiej, w Paryżu. Było to 39 lat od czasu, gdy Cioran napisał swój esej. Dziś od czasu tamtej podróży minęło już prawie tyle samo lat – 37. Czyli znalazłem się „na połowie czasu” między owym rokiem 1942 a dziś. Zobaczyłem wspaniałe miasto, czarujące w swoim klimacie, elegancji, dobrobycie, pachnące kawą i owocami, z niczym nieporównywalne. Wtedy nie wiedziałem, że to kraj zmierzchu, nie wiedziałem, że Francja umiera, między innymi dlatego, że nie znałem eseju Ciorana. A przecież upłynęły już wtedy prawie cztery dekady od napisania przez niego tej elegii. Od 1981 roku upłynęły bez mała kolejne czterdzieści lat. Czy Francja posunęła się w swoim umieraniu, i czy w ogóle diagnoza Ciorana jest nadal aktualna? Jest, w tym sensie, że starego Paryża i starej Francji zostało już niewiele, a mnożący się na potęgę islam rozpycha się coraz brutalniej. Francuzi nie chcieli chrześcijaństwa i katolicyzmu, co rozumiem, bo i ja tego nie lubię. Ale czy nie jest obelgą dla laickiej Francji, ojczyzny wolności, że brutalnie panoszą się w niej wyznawcy religii, która jest kwintesencją reakcjonizmu najgorszego z istniejących, która jest straszliwym i fanatycznym wrogiem wolności wszystkiego co Francja kochała i może po części jeszcze kocha? Ale poza tym, nawet jeśli Francja rzeczywiście umiera, to chyba nikt nie umiera tak pięknie. A poza tym, z pozycji kraju, którego hymn zaczyna się od słów „Jeszcze Polska nie zginęła” trzeba uważać z przedwczesnymi wiadomościami o śmierci „la France immortelle”.

 

Emil Cioran – „O Francji”, przekł. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2106, str. 112, ISBN 978-83-62858-96-5

Wieczór nad rzeką Moskwą

W pierwszą lub drugą sobotę września Moskwa tradycyjnie obchodzi Dzień Miasta – w tym roku świętowała go 8 września. Największym bodaj wydarzeniem tegorocznego święta było otwarcie nowej, okazałej i arcynowocześnie wyposażonej sali koncertowej „Zariadje” – tuż koło Kremla, nad rzeką Moskwą.

 

Zariadje – to stara dzielnica rosyjskiej stolicy, część kremlowskiego podgrodzia, której nazwa pochodzi od lokalizacji „za torgowymi riadami” – za halami targowymi. Od wieków była żywym centrum mieszkalnym i handlowym; jeszcze w połowie XVI stuleciu wzniesiono tu stojący po dziś dzień tak zwany Stary Dwór Angielski – ośrodek kontaktów dyplomatycznych i handlowych Rosji Iwana Groźnego z elżbietańską Anglią. W końcu XIX wieku dzielnica jednak podupadła, przekształcając się w rejon nędzy i siedlisko lumpenproletariatu. W 1950 roku po wyburzeniu dotychczasowej zabudowy zaczęto tu wznosić kolejny moskiewski socrealistyczny wysokościowiec (omal więc nie mieliśmy tych słynnych „wysotek” osiem, a nie siedem), lecz po dojściu do władzy Chruszczowa budowę przerwano; ostatecznie w 1967 roku stanął tu zaprojektowany już w stylu „międzynarodowym” znacznie niższy, ale też gigantyczny (ćwierćkilometrowa fasada) hotel „Rossija”, w momencie ukończenia budowy największy na świecie, z prawie trzema tysiącami miejsc. Jako jeden z najbardziej prestiżowych hoteli rosyjskiej stolicy często gościł cudzoziemców – pamięta go również zapewne niejeden czytelnik „Trybuny”; pamięta się też, że miał w swych dziejach epizod tragiczny – wielki pożar z kilkudziesięcioma ofiarami śmiertelnymi. W 2006 roku, uznawszy architekturę gmachu za nielicującą z zabytkowym otoczeniem, przystąpiono do jego rozbiórki. Wielka pustynia w centrum miasta straszyła przez kilka lat – spierano się o to, co ma „Rossiję” zastąpić. W końcu zdecydowano się na efektowny park, otwarty dokładnie rok temu – też w Dniu Moskwy.
Dawnej „Rossiji” żałowałem głównie z jednego względu – w hotelowym kompleksie znajdowała się sala widowiskowa (też zresztą olbrzym – dwa i pół tysiąca miejsc), którą pamiętałem z wielu wspaniałych imprez muzycznych, baletowych czy filmowych; to właśnie tu przed czterdziestoma z górą laty zawierałem pierwszą bezpośrednią znajomość z legendarnym rosyjskim baletem (gościnne występy słynnej leningradzkiej trupy Leonida Jakobsona), to tu oglądałem wiele projekcji w ramach moskiewskich międzynarodowych festiwali filmowych. Nowa sala swą urodą i świetną akustyką rekompensuje tę stratę z nawiązką: z centralnie położoną estradą, z wijącymi się wzdłuż ścian falami balkonów czyni wrażenie bardzo duże. Mieści 1,6 tysiąca słuchaczy, nadto ma za sąsiadów salę kameralną na 400 miejsc i otwarty amfiteatr dla 1,5 tysiąca widzów.
Inauguracyjny koncert 8 września poprowadził najbardziej dziś chyba rozchwytywany i zapracowany dyrygent świata, czyli Walerij Giergijew, przywiózłszy z Petersburga chór i orkiestrę swego Teatru Maryjskiego; nawiązując do miejsca uroczystości, otworzył ją orkiestrowym wstępem do „Chowańszczyzny” Musorgskiego „Świt nad rzeką Moskwą”. Najsłynniejsza dziś sopranistka świata, czyli Anna Netrebko, pięknie zaśpiewała arię Marfy z ostatniego aktu „Carskiej narzeczonej” Rimskiego-Korsakowa; brawurowo wystąpili gwiazdorzy rosyjskiej pianistyki – nasz warszawski chopinowski laureat Daniił Trifonow (w „Rapsodii na temat Paganiniego” Rachmaninowa) i Denis Macujew (w I Koncercie Szostakowicza); jedyny gość z zagranicy – słynny skrzypek Pinchas Zukerman zagrał Serenadę melancholijną Czajkowskiego. Z dzieł twórców współczesnych wykonano „Uwerturę świąteczną” – napisany pół wieku temu, stylistycznie trochę przypominający jego słynne „Ozornyje czastuszki”, pełen wigoru utwór Rodiona Szczedrina; sędziwy już dziś, choć wciąż młody duchem, najwybitniejszy obok Sofii Gubajdulinej żyjący kompozytor rosyjski, mieszkający na poły w Monachium, na poły w Moskwie, był zresztą na sali obecny. Uświadomiłem sobie przy tej okazji raz jeszcze, jak mało o nim dziś w Polsce pamiętamy – wyjąwszy jego pisane dla Mai Plisieckiej balety „Carmen-suitę” i „Annę Kareninę”; czy na przykład któryś z naszych teatrów operowych kiedykolwiek odważy się na wystawienie jego bodaj najwybitniejszego utworu – opery „Martwe dusze”? (Giergijew ma dziś u siebie w Teatrze Maryjskim oper Szczedrina w repertuarze chyba pięć).
A ta nowa sala w Zariadju to przecież tylko jedna z wielu imponujących inwestycji dla muzyki, na jakie zdobyła się w naszym stuleciu Moskwa – w 2002 roku uruchomiono drugą scenę Teatru Wielkiego, w 2003 roku otwarto trzysalowy Międzynarodowy Dom Muzyki, potem poddano kapitalnemu remontowi główną scenę „Bolszowo”, w 2014 roku oddano do użytku salę koncertową „Filharmonia-2” w dawnej moskiewskiej wiosce olimpijskiej. Zaiste przykro się robi, kiedy porównamy to ze współczesnym tempem warszawskim – ślimaczeniem się jedynej w ostatnim ćwierćwieczu poważnej inwestycji dla działalności koncertowej, jaką jest budowa sali dla orkiestry Sinfonia Varsovia. Gdy w 2012 roku nakładem PIW-u ukazywała się moja monografia o tej orkiestrze, cytowałem w książce ówczesną zapowiedź warszawskich władz, że sala otworzy swe podwoje w roku 2016 – tymczasem do dziś budowa nawet się nie rozpoczęła.
Koncert w Zariadju transmitowała na żywo na cały świat telewizja Mezzo – i cały świat mógł też zobaczyć, że na ów koncert przybył sam Władimir Putin i posłuchać jego zgrabnego przemówienia. Nie była to zresztą pierwsza ważna ceremonia muzyczna, w której Putin uczestniczył i podczas której zabierał głos; o to, by publicznie manifestować swe zainteresowanie i wsparcie dla kultury wysokiej, Putin dba nad wyraz. Jakiż to kontrast w porównaniu z osobą, którą naród zatrudnił na analogicznym stanowisku u nas – Andrzej Duda swe ambicje duchowe zdaje się lokować gdzieś pomiędzy tymi właściwymi przeciętnemu ministrantowi i charakterystycznymi dla przeciętnego kibola; zważywszy przy tym na to, co permanentnie wyczynia, służyć może za najżywszą egzemplifikację trafności słynnych słów Szekspira, które ten włożył w usta Lorenca w „Kupcu weneckim”:

Człowiek, co nie ma w swych piersiach muzyki,
Którego rzewne nie wzruszają tony,
Do zdrad, podstępów, grabieży jest skłonny.
Duch jego ciężki jak ciemności nocne,
A myśli jego tak jak Ereb czarne.
Takiemu nigdy nie ufaj.

Kiedy 8 września wieczorem w Zariadju oddawała się radości rosyjska muzyka, kilkaset metrów od tego miejsca, ale też nad rzeką Moskwą , świętowała rosyjska literatura. W górującym nad okolicą domu Paszkowa, XVIII-wiecznym wczesnoklasycystycznym pałacu, przez wielu uważanym za najpiękniejszą świecką budowlę Moskwy, uroczyście honorowano zagranicznych tłumaczy rosyjskiej literatury pięknej, wręczając im tradycyjne, przyznawane co dwa lata nagrody. Ubiegało się o nie 178 przekładów z 33 krajów – zarówno tłumaczeń rosyjskiej klasyki, jak i literatury współczesnej, w tym utworów, które w oryginale ujrzały światło dzienne zaledwie przed dwoma czy trzema laty. Polska była tu niemal nieobecna – z naszego kraju nadesłano zaledwie jedno zgłoszenie, choć zaszło ono wysoko, aż do grona finalistów; był to opublikowany przez Wydawnictwo Adam Marszałek przekład powieści Michaiła Kurajewa „Sprawa Kukujewa”, dokonany przez Jana Cichockiego, który – dodajmy – niedawno dał nam też nowe, wyborne tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa.
W kategorii „Rosyjska literatura współczesna” główną nagrodę w translatorskim konkursie otrzymał wydany w Wielkiej Brytanii przekład powieści „Próby” Władimira Szarowa. Tego zmarłego przed miesiącem wybitnego prozaika w Polsce dotąd jeszcze nie publikowaliśmy; że współczesnej literatury rosyjskiej wydajemy w Polsce niezbyt wiele, ogólnie wiadomo, a z klasyką jest bodaj jeszcze gorzej. Tym, którzy mimo wszystko poniechać kontaktu z tą literaturą nie mają zamiaru, pozwolę sobie zwrócić uwagę przynajmniej na dwie pozycje z ostatnich lat, które zostały już u nas przetłumaczone, ale mogły nie wpaść im jeszcze w ręce: „Laur” Jewgienija Wodołazkina i „Klasztor” głośnego już w świecie Zachara Prilepina. Ta pierwsza – to fascynująca opowieść o człowieku i społeczeństwie rosyjskiego średniowiecza, której bohaterem jest piętnastowieczny lekarz-uzdrowiciel, zarazem epos i przypowieść, ze smakowitymi przy tym postmodernistycznymi inkrustacjami (autora niebawem okrzyknięto „rosyjskim Umbertem Eco”). Ta druga – to panoramiczne płótno o Rosji lat dwudziestych ubiegłego wieku, ukazanej przez pryzmat losów więźniów i nadzorców łagru w monasterze na Wyspach Sołowieckich, Rosji w całej jej ówczesnej apokaliptycznej zawierusze i wielkim wewnętrznym konflikcie, gdzie mieszają się i walczą ze sobą sprzeczne racje, wiary, uczucia. Obu tym, wydanym już w wielu krajach powieściom nie waham się przyznać miana prawdziwych rewelacji…

Pan od monodramów

Stanisław Miedziewski praktycznie nie ma w Polsce konkurencji. Żaden profesjonalny reżyser nie może się poszczycić realizacją prawie 50 monodramów, z których lwia część zapisała się w kronikach krajowych i międzynarodowych festiwali za sprawą licznych nagród i wyróżnień.

 

Jako że Miedziewski pracuje przede wszystkim z amatorami, bez przesady można powiedzieć, że spod jego ręki wyszła wcale znacząca grupa aktorów teatru jednego aktora, przy czym wielu spośród nich to dzisiaj – w pełni tego słowa znaczeniu – zawodowcy. Mam na myśli Marcina Bortkiewicza (także reżysera filmowego), Wioletę Komar, Caryl Swift czy Mateusza Nowaka. Wszyscy oni wzięli udział w niecodziennym projekcie „Mikrokosmos Miedziewskiego”, czyli przeglądzie spektakli w jego reżyserii, które tego lata zaprezentował gdański Teatr w Oknie, dzięki staraniom Doroty Sentkowskiej-Sakowicz. Kuratorem tego wydarzenia, które obok samych spektakli objęło także warsztaty prowadzone przez Stanisława Miedziewskiego, spotkania z aktorami, projekcję filmu dokumentalnego o niezwykłym artyście ze Słupska „Stanisław Miedziewski – Portret wielokrotny” w reżyserii Piotra Ziębakowskiego, a wreszcie zamykającą całość debatę (którą prowadziłem razem z Wiesławem Gerasem), poświęconą skrycie odpowiedzi na pytanie: Czy w teatrze jednego aktora potrzebny jest reżyser?
Przegląd zamykał spektakl Krzysztofa Gordona „Fal/Staff” według Szekspira – to jeden z rzadkich owoców współpracy reżysera z aktorami profesjonalnymi. Miedziewski, jak wspomniałem, jest przecież reżyserem zawodowym, absolwentem łódzkiej filmówki, mającym za sobą staż w brechtowskiej Berliner Ensemble, kilkuletni związek z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu, nim osiadł w roku 1976 w Słupsku i podjął współpracę z Teatrem Rondo. Wybrał pracę z amatorami (czyli entuzjastami), choć zdarzają się od tej zasady odstępstwa, jak w przypadku spektaklu Gordona.
To Andrzej Żurowski skomponował przed laty ten monodram o zdradzonej przyjaźni ze skrawków tekstu Szekspira, od razu mając na widoku Krzysztofa Gordona jako idealnego wykonawcę. Może to się wydawać nawet zaskakujące, zważywszy, że warunki fizyczne aktora nie kojarzą się z utrwalonym wyobrażeniem grubego a sprośnego Falstaffa, usłużnego przewodnika księcia Henryka, późniejszego monarchy, w jego młodzieńczych i niezbyt chlubnych eskapadach. Okazało się jednak, że decydujące znaczenie mają nie tyle warunki zewnętrzne, ile wewnętrzne – Żurowski nieomylnie dostrzegł je w Krzysztofie Gordonie.
Żurowski wymyślił nie tylko Gordona jako idealnego wykonawcę, ale także Miedziewskiego jako idealnego reżysera spektaklu. Pewnego dnia spotkał się z Miedziewskim i tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikował mu, że będzie ten monodram reżyserować, a w obsadzie ma Gordona. Nie było więc wyjścia, Krzysztof Gordon przez kilka tygodni niemal codziennie dojeżdżał z Gdańska do Słupska na próby i przygotowywał się do premiery. Doszło do niej 7 października 2006 roku, a potem z pełnym sukcesem od kolejnych spektakli, w tym podczas Wrocławskich Spotkań Teatru Jednego Aktora, gdzie Gordon otrzymał liczące się Grand Prix Geras (2007).
Potem spektakl zakończył swój żywot, aktor odłożył rekwizyty i egzemplarz. Przez dziesięć lat już „Fal/Staffa” nie grał. I nagle telefon od Gerasa, który zaprasza aktora na „Mikrokosmos Miedziewskiego”. Najpierw Krzysztof Gordon wpadł w popłoch, czy uda się odtworzyć przedstawienie, które przestało już istnieć, potem nie mógł doszukać się rekwizytów (zwłaszcza nosa klowna, który podczas spektaklu sprawił niespodziankę – pękła przemęczona użytkowaniem gumka). Na koniec jednak pojawił się na malutkiej scence w Gdańsku i dał właściwie nową premierę, pod wieloma względami odmienną od tej przed laty – choćby ze względu na warunki przestrzeni i nader skromne wyposażenie techniczne. Zresztą z Miedziewskim podobno zawsze tak jest – praca nad spektaklem nigdy się nie kończy. Zdarza się, jak mówił Michał Studziński (prezentował monodram „Iwan Karamazow zwraca bilet”), że na godzinę przed premierą wprowadza głębokie zmiany.
Przed oczyma widzów pojawił się Falstaff zdruzgotany, pokonany, u kresu sił. Zmęczony, stary, z siatką na włosach i rozpaczą w sercu. W wojskowych polowych spodniach i oliwkowym T-shircie sprawia wrażenie zdemobilizowanego ciury. Takim jest w istocie: człowiekiem zbędnym, odtrąconym, zdanym na jałową wegetację, bez przyszłości. Choć, jak się okaże, kołacze się w nim jeszcze nadzieja na odmianę losu, wracają wspomnienia dawnych zawadiackich przygód, cynicznych zachowań i rozpasanych uczt. Wciąż marzy o świecie, który już bezpowrotnie przeminął, bo nie może uwierzyć w tak gwałtowną, negatywną odmianę swego losu, w katastrofę, jaką okazało się na koniec jego życie.
Przed spektaklem Miedziewski przypomniał artyście opinię, jaką wyraził po słupskiej premierze Andrzej Żurowski: „Dziękuję panu – miał powiedzieć – za to, co pan zrobił z Krzysztofem Gordonem. O takim spektaklu marzyłem”. To była właściwie jedyna uwaga reżyserska. Chodziło mu o to, żeby odtworzyć tamten klimat z premiery, uruchomić pamięć ciała i poruszyć wyobraźnię. Tak też się stało, widzowie przyjęli przedstawienie w wielkim napięciu, dzieląc z biednym Falstaffem ciężar zawodu, jaki sprawiło mu życie i najbliższy przyjaciel.
Wracam do pytania, czy reżyser jest w teatrze jednego aktora potrzebny. Sam Miedziewski użył swego czasu tej prowokacji, podając w wątpliwość obecność reżysera w teatrze jednoosobowym. Swoją wypowiedź zamieszczoną w książce „Czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim?” (2011) poprzedził wymownym mottem: „…w monodramie aktor nie potrzebuje reżysera: (Marek Cichucki, wypowiedź na Festiwalu Windowisko 2010 Gdańsk). Potem jednak nader oszczędnie dozując słowa, ale wyraźnie potwierdził sens tej obecności, dedykując taką dewizę reżyserowi w jednoosobowym spektaklu: „RYGOR, DOKŁADNOŚĆ, CZYTELNOŚĆ – to zasadnicze jakości budowanej na próbach BAZY, która pozwoli aktorowi na lot improwizacji”. Bazę tę pomaga aktorowi budować reżyser.
Nie każdy pewnie ma do specyfiki pracy „jeden na jeden” jest równie gotowy, jak Miedziewski. Pan na monodramach ze Słupska posiadł bowiem trzy cechy, które decydują o powodzeniu jego spolegliwej opieki nad próbującym swoich sił w monodramie aktorem. Po pierwsze ma gust literacki. Dość przyjrzeć się spisowi autorów tekstów, które stają się podstawą scenariuszy reżyserowanych przez niego spektakli, aby zauważyć, że to wysoka półka: Tomasz Mann, Witkacy, Dostojewski, Szekspir, Czechow – by wymienić tylko niektórych. Po drugie ma ucho, zdolne wychwycić każdy fałsz – Miedziewski jest wyczulony na sceniczną prawdę. Tak długo ingeruje, „męczy” aktora, aż pozbędzie się fałszywego tonu. Czasem niebywale długo trwają próby pierwszego zdania, aby złapać czysty ton, najbardziej odpowiedni, przylegający do tekstu. Po trzecie ma oko, czyli bezlitośnie trzebi wszelkie nadmiary. Na scenie nie ma prawa pojawić się nic, co zakłóca obraz. Zostają tylko rekwizyty niezbędne, ruch konieczny, słowem obraz niezakłócony przypadkowością. A do tego otwartość na improwizacje. Spektakl zawsze jest solidnie skonstruowany, ale ma swoje luzy, miejsca do wypełnienia, czasem nawet do zamiany. Tak właśnie jest w monodramie „Przyj dziewczyno, przyj do sukcesu” wedle Tadeusza Różewicza (premiera w roku 2007). Wioleta Komar, która występuje w tym spektaklu jako Nadzieja Tupalska uzupełnia tekst Różewicza o sygnały najnowszych wydarzeń i szumów informacyjnych, osadzając mocno spektakl w naszej współczesności. Podczas spektaklu W Oknie mogliśmy usłyszeć komunikat o Nagrodzie Neptuna. Właśnie wręczonej w Gdańsku Mai Ostaszewskiej i Janowi Klacie. Albo o wizycie papieża Franciszka w Irlandii. Taka inkrustacja daje efekt bliskości pulsu dnia, choć i bez niej tekst Różewicza w błyskotliwej interpretacji Wiolety Komar brzmi porażająco aktualnie, ukazując bezdroża myślowe, w których grzęźniemy po szyję.
Dzięki tak dobranym spektaklom pokazywanym na tym przeglądzie, mogliśmy się obejrzeć w lustrze przedstawień. Publiczność chłonęła te impulsy gorliwie. Bez irytujących prób snucia opowieści z kluczem czy jakiegoś natręctwa agitacyjnego, spektakle rymowały się z naszym czasem, wyczuwało się w nich zapach współczesności. Być może to właśnie tajemnica, dlaczego Stanisław Miedziewski, wielki Pan od monodramów cieszy się takim uznaniem wśród swoich uczniów i widzów. Czasem nazywany tyranem, wampirem, nawet złośnikiem, pozostaje kimś, kto nadaje poszukiwaniom aktorów przyspieszony rytm. Niekiedy się z nim spierają, ale zawsze bezgranicznie mu wierzą.

Życie jak w Madrycie

Każdy wie, że Ciechocinek to polski Madryt. Bez dwóch zdań.

 

Leniwy, niedzielny i poobiedni Ciechocinek powoli budzi się do życia. Popołudnie to czas urządzania sobie wieczoru, ale też czas licznych tu koncertów i recitali. Starsi na ogół ludzie, przekonani o swojej utalentowanej wyjątkowości, ciągną w sezonie do Ciechocinka, jak do jakiej artystycznej Mekki. W każdym sanatorium ktoś daje jakieś przedstawienie. Śpiewacy, piosenkarze i konferansjerzy, soliści i instrumentaliści, ciągle jeszcze niezapoznani, zapełniają sanatoryjne hole i sale, a nawet ogrody i deptaki wokół fontann. Żaden repertuar im nie groźny, gotowi są rzucić wyzwanie każdemu. Pani, która bardziej skomplikowane dźwięki musi brać już co najmniej na dwa razy z oddechem pośrodku, mierzy się odważnie z piosenkami Edith Piaf niczym ułani z pancernymi zagonami Guderiana, starszy pan w typie „dziadka brat łaty”, z uwieszonym u szyi akordeonem, swobodnie staje obok legendy Kiepury, Pavarottiego, czy Carrerasa. Jest wszakże faktem, że jak ryknął, to żyrandol w zabytkowym sanatoryjnym holu zaczął się bujać… Śpiewają w Ciechocinku Tomowie Jonesowie, Lizy Minnelli, a już Zenków Martyniuków można wiązać w pęczki.
Pojawiają się jednak i artyści z większym dorobkiem. Ich niewątpliwy dryg do muzyki, silnie wsparty drygiem do interesów sprawiają, że ich sława jest autentyczna.
– Witajcie! Jakże miło znów być z Wami! Ale muszą Państwu przyznać się, że jestem tu, proszę Państwa, dzięki burmistrzowi Ciechocinka! Brawo!…
Odzywają się brawa. Brawka właściwie. Grzecznościowe klapu, klapu…
– Pan burmistrz udostępnił mi to miejsce na koncert dla Państwa za darmo, bez pieniędzy!…
Brawka wzmogły się, ale bez przesady. I szybko zgasły… Publika trochę jeszcze rozleniwiona obiadem, poobiednią drzemką, dopiero wchodzi na obroty.
Miejsce, w którym jesteśmy, to jeden z najbardziej popularnych adresów – słynna w całym sanatoryjno-emeryckim establishmencie, ciechocińska „Stodoła” w Parku Zdrojowym. Wszelako tej niedzieli w „Stodole” jest raczej cicho, gdyż vis a vis – w muszli koncertowej opodal, występuje artysta estradowy, piosenkarz o aksamitnym głosie, znany uzdrowiskowej publiczności w całej Polsce – pan Jacek Strzałkowski. Z Pułtuska, choć z Warszawy. To znaczy z Pułtuska rodem, a z Warszawy adresem. Publiczność obsiadła dwa sektory ławek parkowych ustawionych jedna obok drugiej w kilkudziesięciu ciasnych rzędach, w dwóch sektorach, rząd za rzędem. Całość pierścieniem otoczyli ci, dla których miejsc zabrakło.
Artysta się nie leni, śpiewa kawałek za kawałkiem. Publiczność – ta siedząca i ta na stojaka – z uczuciem, z łezką wzruszenia, podśpiewuje razem z nim szlagiery znane z radia typu „Kołchoźnik”, „Pionier”, czy „Szmaragd”. Pan Jacek zresztą innych nie śpiewa.
Nieco na uboczu, ale też nie tak całkiem z boku, stoją dwa małżeństwa – panowie oddelegowani do opieki nad dziećmi, panie rozmawiają. O innych paniach przede wszystkim, ale nie tylko:
– Słuchaj! Bym ci zapomniała powiedzieć – burmistrz mowę w kościele miał.
– Ewangelię czytał?
– Nie, o wyborach gadał. Ale nie pamiętam za bardzo, co. No ogólnie, że jest dobrze, ale jak nie on wygra, to będzie źle…
Tak oto panie całkiem przypadkiem, najzupełniej bezwiednie otworzyły przed nami na oścież świat powiatowej polityki. Pan burmistrz panu Jackowi za darmo udostępnił muszlę koncertową, a pan Jacek, podczas koncertu, za darmo pana burmistrza zebranej publiczności wyłożył na talerzu, do smacznego schrupania. Pana Jacka wszyscy tu uwielbiają, więc, jak on coś powie, to coś znaczy.
Artysta zresztą nie zasypuje gruszek w popiele i trzyma rękę na pulsie życia kraju. Doskonale wczuwa się w jego tętno i potrafi bezbłędnie się przystosować. A ponieważ akurat panuje moda narodowa bardzo, to jej się poddaje, a nawet twórczo ją wzbogaca. Na wahania, na dzielenie włosa na czworo, nie bardzo ma już czas. Rocznik 1953 było nie było. 65 lat i ciągle w trasie, ciągle na scenie – to nie w kij dmuchał. Trzeba brać, co los jeszcze daje… Dlatego, by wziąć, co się da, nie ma w nim nic przypadkowego, nic na żywioł.
Strój, repertuar, konferansjerka wszystko jest dobrze przemyślane i precyzyjnie wycelowane w odbiorcę, czy mówiąc wprost – w odbiorczynie. Jego publicznością są przede wszystkim kobiety. Zwykłe, codzienne. Gospodynie domowe, emerytowane księgowe, nauczycielki, panie „z kadr”, urzędniczki, panie z poczty, kasjerki, babcie wnukom, panie po różnych przejściach, którym w życiu raczej się nie przelewało. Zapracowane, zaniedbywane przez swych partnerów, mimo upływu lat i dawno minionej urody, ciągle tęskniące z czymś wielkim, romantycznym, wzniosłym. Za miłością mówiąc wprost, za uczuciem trawiącym ogniem ciało i duszę do spodu, do dna. Wiedzą, czują, że ona gdzieś jest, ta miłość, że się zdarza, tylko jeszcze im się nie przytrafiła. I każdego dnia, każdej nocy u boku swych mężów, lub w pustych już, wdowich łóżkach, o niej marzą. Nie tracą wiary, że w końcu przyjdzie. Że pewnego dnia znajdzie je jakiś odkrywca, który doceni te rozległe, rozedrgane powierzchnie, ogarnie je wzrokiem znawcy, dostrzeże bezmiar marnotrawionego dobra. One są jak lasy Amazonii – wciąż dziewicze, choć od lat eksploatowane.
Pan Jacek jest w ich wyobraźni takim właśnie odkrywcą, nieustraszonym traperem, dobrym aniołem sprawiającym, że marzenia przez chwilę, przez czas jego koncertu wydają się w zasięgu ręki. Piosenki o miłości, słowa o rozstaniu, o tęsknocie i wierności padają na żyzny, a jakże wygłodniały grunt ich dusz i serc. Przez te krótkie chwile pan Jacek jest tylko ich, tylko dla nich śpiewa. Każdej z osobna wyznaje miłość. Czarodziej, wielki mag, mistrz transcendencji przenoszący je w inny wymiar…
I on taki rzeczywiście jest! Czarny kapelusz, czarne okulary, czarny żakiet do pół uda, czarne spodnie, czarne buty. Tylko włosy jasno-blond, proste, długie, kończące się jakoś tak w połowie między szczęką a barkiem. Anielskie.
Uosabia zaklęty w sobie inny, lepszy świat. Dokładnie taki, na jaki one czekają całe życie. Styl, obycie, sztuka, pasja, poezja, muzyka – wszystko w jednym mężczyźnie o aksamitnym głosie…
Pan Jacek jest mistrzem w swoim fachu. Z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością odtwarza nuty, tony, półcienie, by na końcu stać się na oczach oniemiałych z zachwytu pań idolem z czasów ich wczesnej młodości, sprawcą ich dziewczyńskich uniesień i marzeń. Te same zaśpiewy, łkania, cała sentymentalno-romantyczna zaduma. Nic od siebie wszystko od Janusza Gniatkowskiego.
– Proszę Państwa! Proszę Państwa! Jak mówiłem, pan burmistrz – chwała mu za to – udostępnił mi ten amfiteatr za darmo, bez pieniędzy, żebyśmy tylko mogli się spotkać. Jak Państwo dobrze wiedzą, nie jest łatwo być artystą bez pieniędzy. A jeszcze trudniej być artystą śpiewającym polskie piosenki i promującym polską muzykę. A ja – powiem Państwu – śpiewam tylko polskie piosenki i tylko dla Polaków!…
Brawa, tym razem silne, aprobujące, solidarne, polskie zgoła, były mu odpowiedzią: – Dla nas śpiewasz. To my. Polacy! Wiemy, o co się rozchodzi, wiemy… Brawo!
Nić patriotycznego porozumienia nawiązana przy pomocy klaszczących dłoni prawie natychmiast wystawiona jest jednak na próbę:
– Jeśli więc chcą Państwo mieć mnie na zawsze, mieć w domu artystę śpiewającego dobre, polskie przeboje, to zapraszam do pani Heni, tu obok. Tam, za pięćdziesiąt złotych, można nabyć album z moimi nagraniami. 120 piosenek na ośmiu płytach. Zapraszam!
Ponowne brawa. Prawdę powiedziawszy – odgłosy brawko podobne. Na dodatek przetykane tu i ówdzie gwizdami.
Pan Jacek niezrażony ani odrobinę ciągnął:
– Jak kupicie, będę śpiewał dalej, będę nagrywał nowe płyty. Tak długo, jak Bóg pozwoli.
Na wieść o Bogu gwizdy ucichły. Artysta wrócił więc do śpiewania. Po całym parku rozlały się dobrze znane dźwięki „Appassionaty”… Ale nie Sonaty fortepianowej nr 23 f-moll op. 57 Ludwiga van Beethovena, znanej jako „Appassionata”, tylko piosenki Hala Winna, amerykańskiego kompozytora i producenta muzycznego. Jego melodię podchwyciła pani Anna Jakowska, polska autorka tekstów, której nazwa Sonaty Beethovena – „Appassionata” (czyli z pasją, namiętnie) jakże trafnie wydała się dobrym tworzywem na tytuł i szlagwort. Tak oto z muzyki Amerykanina, z nazwy nadanej niemieckiej sonacie i z polskiego pomysłu zlepienia tego w całość przy pomocy tekstu, powstała ta „znana polska piosenka” – szlagier w kolekcji szlagierów Janusza Gniatkowskiego, jedna z tych piosenek, które pan Jacek Szydłowski wykonuje tylko dla Polaków:

Appassionata, wspomnienie dawnych dni,
Appassionata, melodia szczęścia chwil.
Dla ciebie grałem, gdy byłaś blisko mnie,
Swą wielką miłość
chciałem ci wyznać w niej.

Inną, powszechnie znaną, ciągle pamiętaną i lubianą przez publiczność „polską piosenką”, w których specjalizuje się pan Jacek, jest słynny meksykański utwór skomponowany przez Consuelo Velázqueza w 1940 roku, „Bésame mucho”, co znaczy „całuj mnie mocno”.
Z 1940 roku pochodzi także nie mniej sławna, napisana w Białymstoku, podczas gry w pokera, przez Jerzego Petersburskiego (muzyka) i Stanisława Laudana (tekst) „Błękitna chusteczka”… Czy jednak słusznie uchodzi ona za „polską”, skoro okoliczności jej narodzin są tak narodowościowo wątpliwe? Po pierwsze w 1940 roku Białystok był już pod sowiecką okupacją. Prawdziwi Polacy, należałoby się spodziewać, powinni być w lasach, a nie grać w pokera i melodyjki układać. Na dodatek ta piosenka – jak wspomina Laudan – jeszcze tej samej nocy została przetłumaczona na rosyjski. Tłumaczenie odbywało się zbiorowo. Tłumaczyli Henryk Gold, Petersburski, Laudan oraz, za przeproszeniem, Quart – szef Związku Muzyków w Białymstoku. Właściwie z marszu „Chusteczka” stała się jednym z największych przebojów Armii Czerwonej… No i co? „Polska” piosenka?
To niestety nie koniec. Oto, pod patriotycznym pretekstem artysta podtrzymuje przy życiu nawet takie coś:

Tam za górą jest granica,
Przy granicy jest strażnica,
A w strażnicy do swej lubej
Żołnierz pisał list…

Niby ładne, niby chwytające za serce, ale przecież napisane w 1950 roku! W samym środku stalinowskiej nocy. I to ma być utwór „tylko dla Polaków”?… Tego powinno się zakazać, to powinno się usuwać, jak ruskie pomniki!… Śpią w tym IPN-ie, czy do Ciechocinka nie jeżdżą?…
Wracając natknąłem się na jeszcze jednego muzyka. Śpiewał na ulicy. Miał głośnik, elektroniczne organy i miły uśmiech…

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila
Splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
Wysłany w biegu krótki list,
Stokrotka śniegu, dobra myśl
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Przebój kogoś tak delikatnego jak Seweryn Krajewski, do tekstu kogoś tak lirycznego jak Agnieszka Osiecka, wykonywał człowiek-góra… Potężnie rozrośnięty w barach, wielki, z łapami do obsługi jakiejś maszyny budowlanej, a nie instrumentu klawiszowego. Raczej zbrojarz-betoniarz niż muzyk. A jednak śpiewał. Tak sobie, ale z wdziękiem.
Oparte o głośnik, napisane na kawałku kartonu, kopało po kostkach przechodniów jego artystyczne credo: „Zarabiam na życie jak w Madrycie”!

W szwajcarskim zegarku

Czy pieniądze są wystarczającym wyjaśnieniem przyczyn, dla których w środku burzliwej Europy mogło uchować się i nadal uchowuje coś takiego jak Szwajcaria?

 

Kraj bez hałaśliwych polityków, bez wielkiej własnej – poza wyjątkami – kultury artystycznej i intelektualnej, kraj bez głośnych geniuszy, pobrzękujący dzwoneczkami na szyjach słodkich, brązowych krówek (te stanowczo dominują) pasących się na malowniczych, zielonych wzgórzach.

 

Tam…

Na lotnisku w Bazylei, od usłyszanej zza pleców Polki mieszkającej w Szwajcarii, która wylatywała na wakacje do rodziny w Polsce, do Radomia konkretnie, usłyszałem, że „w Szwajcarii wszystkie miejsca są piękne, a w Polsce tylko niektóre”. Ujutny kraj, czyściutki jak holenderska gospodyni, miasto Luzern (Lucerna) słodziutke jak miód i jak liczne tu sklepy z czekoladą. Chociaż już słynne miasto bankierów, Zürich, przywitało mnie zaśmieconym butelkami i innymi opakowaniami placykiem wokół pomnika jakiegoś szwajcarskiego herosa, w samym centrum. Zdarza się.

 

Sama słodycz

Jednak nie dla krówek-słodziaków z dzwoneczkami u szyj, jak z czekolady „Milka” (z alpejskiego mleka) tu przybyłem, choć jest to tutaj poetyka wszechobecna. W takim Muzeum Czekolady w Caille, historię tej słodyczy opowiada w słuchawce do wypożyczenia, słodkim głosikiem (także po polsku) taka właśnie krówka. Opowiada jak jej mleczko posłużyło do produkcji czekolady. Brzuchem mojego puszystego, chwilowego sąsiada przy zwiedzaniu targały, gdy słuchał tej opowieści, wstrząsy i konwulsje śmiechu. Mnie się to udzieliło, bo przypomniało mi się Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym też można dostać konwulsji, tyle że z najzupełniej przeciwnego powodu. Podobnie rozkoszny jest nastrój w pokazowej serowarni Gruyère. Co kraj, to muzealny obyczaj. Najzabawniejszy był, pokazany w formie teatrzyku kukiełkowego, najkrótszy kurs historii świata (coś między jedną a dwiema minutami), włącznie ze zburzeniem Bastylii, historii oczywiście ściśle spojonej z historią sera Gruyère. Dla Szwajcarów historia świata, to historia sera, dla Polaków – to historia ich niedocenionego tysiącletniego męczeństwa i ich niezachwianej wiary w niebo, co najmniej równie szczęśliwe jak Szwajcaria. Każdy, na inny sposób, potrafi, jeśli chce, zrobić ze swojego kraju pępek świata. Oni z sera i czekolady, my z męczeństwa.

 

U Lenina, Tella, Jana Jakuba i u innych w odwiedzinach

Po słodziutkiej Luzernie, Zűrich wydał mi się nieco szarawy i szorstki, mniej ujutny. Sławna Banhofstrasse po kalwińsku surowa. Tu nie prezentuje się bogactwa na obciachową modłę „nowych ruskich” czy części celebrytów polskich. Tu bankierzy przemykają niezauważeni i nie odróżniają się od woźnych trybunału. 1100 (słownie: tysiąca stu) fontann nie da się zwiedzić, ale za to idę pod kamienicę przy Spiegelgasse bodaj 12 (jest tablica), w której przez rok (1915-1916) mieszkał Włodzimierz Iljicz Lenin. Aleksander Sołżenicyn napisał niewielką opowieść polityczną „Lenin w Zürichu”. Pokazał w niej Lenina jako polityka piekielnie inteligentnego, przebiegłego, energicznego, bezwzględnego, trochę samotnika i odludka, ale za to poważnego, wybitnego taktyka, zwłaszcza na komicznym tle szwajcarskich socjaldemokratów, dobrze odżywionych, jowialnych i hałaśliwie trawiących czas w piwiarniach. Lenin wolał filiżankę kawy i lekturę szwajcarskich oraz niemieckich gazet na tarasie kawiarni. Wyglądał jak miejscowy mieszczuch w paltocie i meloniku. Obok „kamienicy Lenina”, inna kamienica, z tablicą upamiętniającą Georga Büchnera, romantycznego poetę i dramaturga, a i biologa jednocześnie, który tu napisał wielki dramat polityczny „Śmierć Dantona” i który jest pochowany na jednym z pobliskich wzgórz. Ciekawe sąsiedztwo. Obok, na wystawie sklepiku z tzw. „niepotrzebnymi rzeczami” kryształowe popiersie Lenina pomalowane na jaskrawe kolory. Popkultura wszystko wchłania i przemiela na swoją modłę. Kilkadziesiąt metrów stąd, przy tej samej Spiegelgasse, po przeciwnej stronie uliczki, słynna „Cafe Voltaire”, gdzie narodził się futuryzm. Po drodze z miasta bankierów do Belinzony różne cudowności, kościoły, barokowa biblioteka w opactwie St Gallen ze spoglądającymi na odwiedzających mumiami egipskimi. No i wzburzone Wodospady Renu. Gdzieś w tej okolicy zbrodniarz, profesor Moriarty zrzucił w przepaść Sherlocka Holmesa, ale w odpowiedzi na naleganie czytelników, Arthur Conan Doyle go wskrzesił. Hotelik pod Zűrichem w jakiejś wioseczce u podnóża gór. Otoczenie jakby, wypisz wymaluj, wzięte z opowiadania „Kraksa” Friedricha Dürrenmatta. Szeregi domków wiejskich z obejściami zalatującymi nawozem naturalnym, słoma, drewutnie, narzędzia rolnicze., na uliczce ani żywego ducha. Na końcu wioski kościół z wieżą, zamknięty na cztery spusty, jak stara stodoła. Mogę się poczuć jak bohater opowiadania, Alfredo Traps poszukujący we wsi noclegu. Potrzeba tylko gościnnej, sutej kolacji u emerytowanych: Sędziego, Prokuratora, Adwokata i Kata. Oskarżą, pobronią, osądzą i powieszą. Przypomina mi się też wybitna tragifarsa Maxa Frischa (drugi obok Dürrenmatta wielki dramaturg szwajcarski), „Biedermann i podpalacze”, której akcja rozgrywa się – jakby, umownie, bez użycia nazwy – w Zürichu, prorocza prefiguracja czasów terroryzmu. Oba te teksty doczekały się w tym samym 1965 roku dwóch kapitalnych realizacji w Teatrze Telewizji, pierwsza w reżyserii Konrada Swinarskiego, druga – Erwina Axera. Obie w doborowych obsadach. Lepiej by to „Kura” puścił w swojej TVP, zamiast produkować badziewiaste przedstawienia z aktorami „dobrej zmiany”. Dwie noce i dwa dni w Asconie, nieopodal Locarno. To nie jest włoskojęzyczna Szwajcaria, to po prostu Italia w każdym calu, tyle że jakby trochę spokojniejsza, dużo czystsza i z minimum imigrantów. Bulwar wzdłuż jeziora Maggiore przypomina trochę Niceę. W eleganckim Locarno przychodzi mi na pamięć dziecięca lektura „tygrysa” pod tytułem „Kulisy Locarno”, o tajemnym porozumieniu z 1925 roku, które okazało się proroczą chmurą nad losem Polski. Widoki z pociągu „Glacier Express” przypominają mi „Tartarena w Alpach” Alfonsa Daudet, jedną z ksiąg „Tartarena z Taraskonu”, choć szczytów Jungfrau, Rigi-Kulm i Mont Blanc stąd nie widać. Nie tak daleko stąd jest Gstaad, gdzie we własnym domu, w domowym areszcie został w 2009 roku zamknięty Roman Polański. W Szwajcarii mieszka też od dziesięcioleci Alain Delon, kolekcjoner zegarków szwajcarskich, który kilka lat temu pozbył się tej kolekcji. Muzea zegarków nie otwierają tam swoich podwojów jak czekoladziarnie i serowarnie. Może trudniej byłoby zorganizować dla mas zwiedzających sprzedaż wiązaną. Czekoladę czy serek każdy kupi, ale kosztowny zegarek, tak na poczekaniu? Natomiast reklamy firm „Patek” (założyciel imieniem Filip był polskim imigrantem po powstaniu listopadowym), „Omega” czy „Tissot” wszechobecne. Berno, administracyjna stolica państwa, nazywane kiedyś „miastem szpiegów”, centrum wywiadowcze Europy jak kiedyś Berlin Zachodni, nie wiem czy to jeszcze aktualne, jest najmniej efektownym z dużych miast szwajcarskich, trochę nijakim w stylu. Pamiętam o tym, że mieszkał tu ciekawy eseista, Jerzy Stempowski (1893-1969), „Hostowiec”, „nieśpieszny przechodzień”, powinowaty Marii Dąbrowskiej, autor słynnych „Esejów dla Kassandry” i „Od Berdyczowa do Rzymu”. W 1931 roku opublikował pamflet na Piłsudskiego, „Pan Jowialski i jego spadkobiercy”. Nocleg na przedmieściach francuskiej, alzackiej Miluzy, tym razem nie w żadnym ze stylowych hotelików, lecz w hotelu robotniczym, z chybotliwą windą i brudnawym pokojem. Ta część miasta, w promieniu kilometra od hotelu totalnie rozkopana w celach remontowych. Za to, jak na ironię, widok sprzed hoteliku – jak na landszafcie: odległy szczyt Mont Blanc i rogal księżyca na firmamencie.

 

Bohater, który nie istniał

Co ciekawe, to we francuskiej Miluzie, a nie w Szwajcarii natykam się na figurę Wilhelma Tella, mitologicznego (nie wiadomo czy istniał) bohatera narodowego Szwajcarii, umiejscowioną na jakiejś kamieniczce. Tell miał wspólnego z Polakami – tyle że dużo późniejszymi – wroga, Austriaka, habsburskiego ciemiężyciela, który nakazał mu trafić strzałą w jabłko postawione na głowie syna. Doskonały łucznik Tell (doskonały tak, jak doskonały był nasz pan Michał Wołodyjowski w robieniu szabelką) dokonał tego, a przestrzelone jabłko nawet nie spadło, ale i tak nacierpiał się prześladowań ze strony austriackiego starosty Gesslera. Najpiękniej ujął tę historię Friedrich Schiller w dramacie „Wilhelm Tell”. Szczęśliwy kraj ta Szwajcaria. Jej najodważniejszy i właściwie jedyny bohater, prawdopodobnie w ogóle nie istniał, a Szwajcaria trwa już około 900 lat w bogactwie i spokoju. My w Polsce samych prawdziwych bohaterów, którzy oddali życie za ojczyznę mamy więcej niż owoców i warzyw w lata klęski urodzaju. Co najmniej 20 tysięcy w samej Warszawie w samym tylko sierpniu 1944. Kudy Szwajcarom do nas. Na koniec będzie jeszcze barani skok w głąb Alzacji, do Colmar.

 

Pedagogiczny kraj Jana Jakuba

Natomiast Genewa nad Jeziorem Genewskim to też miasto bankierów (stąd pochodził Jacques Necker, ojciec madame de Staël, który miał uratować finanse Francji Ludwika XVI, ale nie udało mu się i nie zapobiegł rewolucji 14 Lipca 1789), ale i Jean Jacquesa Rousseau, którego pomnik, jako z niechęcią odwróconego plecami do miasta, tu stoi, dość skryty pod drzewami. O Szwajcarii napisał on sporo w swojej słynnej „Nowej Heloizie” i wspominał w „Wyznaniach”. Jego „Umowa społeczna” i pedagogiczny traktat „Emil” w połączeniu z postacią sławnego pedagoga Pestalozziego (pomnik w Bazylei) przypominają, że Szwajcaria to bardzo pedagogiczny kraj. Jest tu w nastroju coś belferskiego. Nawet najważniejsza powieść XIX-wiecznej literatury szwajcarskiej, „Zielony Henryk” Gotfryda Kellera, będącego w tym kraju, z grubsza biorąc, odpowiednikiem Bolesława Prusa, określana bywa jako „bildungsroman”, powieść o formowaniu, powieść pedagogiczna.

 

Frankenstein, Charlie i Polak co potrafił

W pobliskim Vevey pomniczek ( w skali 1:1) Charliego Chaplina, który tu zmarł (1977) i którego trumnę po śmierci wykradł dla okupu pewien Polak z Bułgarem pospołu. Polak potrafi. Jak widać Bułgar też. Na dziedzińcu eleganckiego hotelu, w którym zmarł Henryk Sienkiewicz, jego pomnik. Twórca Trylogii spogląda na pobliskie stoliki restauracyjne jak jedzą zamożni turyści. Na bulwarze pomnik (?) monstrum doktora Frankensteina, bo postać tę Mary Shelley wymyśliła właśnie tu i też tu napisała słynną powieść. Bardziej to jednak pomnik postaci zagranej w przedwojennych horrorach („Frankenstein” i „Powrót Frankensteina”) przez Borysa Karloffa. Niedaleko stąd miejsce, gdzie był pożar, który „Deep Purple” uwiecznili w słynnym utworze „Smoke on the water”. Niestety nie udało się zahaczyć ani o miasteczko Bourdy nad Jeziorem Genewskim, w którym urodził się Jean Paul Marat, ani o Neuchatel nad jeziorem o tej samej nazwie, gdzie Balzac spotkał się po raz pierwszy z panią Hańską. Z kolei specjalnością Bazylei nie są ani sery, ani czekolada, ani banki, lecz kultura i sztuka. W powieści „Dzwony Bazylei” Louis Aragon opisał scenę, w której wódz francuskich socjalistów Jean Jaurés przemawia w 1912 roku w tutejszej katedrze i to za aprobatą miejscowego biskupa. „Kiedyś to były inkse casy” – jak mówił pewien gazda do gazdy. Kolekcja obrazów tutejszym Kunstmuseum imponująca (największa w świecie kolekcja Holbeinów), ale daleko jej do bogactwa Luwru, British Museum w Londynie, galerii rzymskich i florenckich czy Nowego Jorku. Zadziwia mnie tylko jakby bardzo nonszalancka ochrona zbiorów. A może to tylko pozór?

 

.., i z powrotem

Wiele widziałem, dużo więcej niż tu opisałem, ale wróciłem ze Szwajcarii i nadal jest ona jednym z trzech krajów Europy (obok Norwegii i Danii), z którego nie znam ani jednego nazwiska polityka, ani z przeszłości ani z teraźniejszości. Potrafiłbym nawet wymienić nazwiska kilku polityków z położonej na zachodnim krańcu Europy Portugalii, a także ze Szwecji. Ze Szwajcarii – nie. Szczęśliwy, nudny kraj. Nie to, co Ojczyzna nasza, Polska. A poza tym podobno jeśli można się wylegitymować kontem wysokości miliona euro/dolarów można tam otrzymać rezydenturę. Pewien Duńczyk zapytany po powrocie z Polski o wrażenia, miał powiedzieć, że czuje się, jakby wrócił do zacisznego biura ze zwariowanego placu zabaw dzieci cierpiących na ADHD. Ja podobnie, tylko z przeciwnym kierunkiem.

Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.

Imigracja czy wędrówki ludów?

Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno.

 

Temat sam w sobie jest niezwykle frapujący, zwłaszcza, że w powszechnej świadomości „wędrówki ludów” funkcjonują jako pradawny mit. Ale to nie mit, lecz fakt.

Fakty i mity

Podobnie jak nazwa „Polska”, która wywodzi się od wschodniosłowiańskiego plemienia Polan (plemię to nie rezydowało na dzisiejszym Mazowszu, lecz zasiedlało obszar na północ od Kijowa).
Nazwa „sarmatyzm” też nie jest mitologiczna – pochodzi od znakomitych wojowniczych jeźdźców z terenów na wschód od Turcji. Znaki herbowe polskich rodów rycerskich są takie same, jak znaki plemion z tamtego obszaru – można sprawdzić to w „Europie” Normana Daviesa.
Pradawna historia wojen Hetytów (lud zasiedlający tereny dzisiejszej Anatolii) z faraonem Ramzesem – to element kolejnej wielkiej układanki geograficznej, potwierdzającej, że wędrówki ludów naprawdę miały miejsce. Pierwsze słowo, które dało się odczytać w hetyckim i stanowiło poniekąd klucz do rozszyfrowania tego języka to „watar” – woda.

Anglosaskie „water” i „Wasser” to przecież formy tego samego słowa. Nie używały ich plemiona haszemickie, a pragermańskie – –jak więc wyjaśnić to inaczej niż właśnie wędrówką ludów?
Jeżeli więc w dziejach takie migracje od zawsze były normą – czemu nie miałyby odbywać się i teraz?

My Słowianie

Taka na przykład braterska słowiańska Bułgaria. Niewielu wie, że jest tylko słowiańska z nazwy, ale już jej ludność to w większości etniczni, choć zeslawizowani Turcy. Jak to możliwe? Do istniejącego państwa słowiańskiego migrowały grupy ludności tureckiej i przyswajały stopniowo miejscową kulturę oraz religię. Wtapiały się owe grupy w jeden słowiański naród. Z czasem sumarycznie imigranci przewyższyli ludność rodzimą, ale nikt się nawet nad tym nie zastanawia. Wszyscy czują się spadkobiercami historycznego, wielkiego, słowiańskiego państwa Bułgarów. Tak, więc konkluzja jest oczywista: migracje, mniejsze i większe, były od zawsze. Współcześnie przychodzą pod postacią dokładnie takich samych fal – raz silniejszych, a raz słabszych.

Czy w takim razie migracje są groźne?

Wszystko zależy od formy i nasilenia fal imigracyjnych. Gdy tak jak np. w Bułgarii czy USA napływ jest stopniowy, a środowisko przyrodniczo-ekonomiczne nie jest przeciążone; gdy prymat miejscowego społeczeństwa niejako wymusza proces kulturowego dostosowania – wówczas nic niepokojącego się nie dzieje. Natomiast, gdy imigracja jest masowa, a na dodatek, jeżeli imigranci posiadają kulturę i religię wrogo nastawioną do adaptacji, wtedy dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.

Żydzi, naród o względnie wysoko rozwiniętej kulturze własnej, nie integrował się z kulturą gospodarzy, kiedy przyszło mu żyć w innych państwach. To się na nich mściło. Gdy rodził się kryzys, takie niezasymilowane grupy padały ofiarą ataków (np. w XIII wieku w Londynie, w Dreźnie w 1525, a także w Hiszpanii, skąd ich ostatecznie wygnano). To zdaje się ironią losu, że mówią o sobie „naród wybrany” – bo jeśli Bóg ich wybrał, to do tego, by byli ciągle prześladowani.

Dziś na świecie kultura żydowska nikogo nie razi i nie skłania do prześladowań. To z pewnością zasługa m.in. nieuniknionego zeświecczenia wielu krajów. Polska niestety nadal nie dała rady oddzielić się od kościoła, ale do kościoła uczęszcza nad Wisłą już tylko ok. 38 proc. obywateli.

Czy w takim razie mamy akceptować imigrację, jako konieczność dziejową?

Tak i nie. Nie możemy zachęcać do przybycia milionów uchodźców, płacąc im wysoki socjal jak w Niemczech. Pomagać należy przede wszystkim tam daleko, organizować obozy przejściowe na miejscu. Daleka emigracja nie powinna być regułą nie powinna się opłacać, gdy kończy się konflikt uchodźcy powinni wracać do siebie.
Problemy rodzą się daleko i tam powinny być rozwiązywane, zaś brak łatwej perspektywy migracyjnej musi zachęcać dalekie państwa i ludy do poważnego traktowania problemów demografii.

Musimy starać się zachować proporcje napływu migrantów w rozsądnych granicach

Musimy też zwracać uwagę na to, jacy migranci do nas masowo przybywają. Arabowie niewątpliwie zostali stworzeni przez tego samego Boga, jak wszyscy inni ludzie. Wbrew twierdzeniu znanego Proroka z Lechistanu nie są „nosicielami zarazków” ani ameb w większych ilościach niż statystyczni Polacy.

Problem pojawia się zupełnie gdzie indziej: jeżeli obcy przybędą tu masowo w krótkim czasie, to przykładowo, ponieważ islam jest wrogi do katolicyzmu, to wtedy mamy gotową receptę konfliktów.

Problemem we Francji stało się utworzenie muzułmańskich gett. Po przegranej wojnie w Algierii z dnia na dzień nad Loarę napłynęło wielu muzułmanów. W paryskich i brukselskich gettach asymilacja prawie nie postępuje.

Muzułmanie wykształceni w Polsce nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Są wychowani w tradycji muzułmańskiej, ale jednak, jako ludzie już zasymilowani i nierzadko świetnie wykształceni – nie odczuwają więzi z islamem ortodoksyjnym. Polscy Tatarzy też są przecież składnikiem naszej kultury.

Weźmy takiego na przykład znanego i niewątpliwie wykształconego Żyda – Jerzego Urbana. On nie jest dla mnie – mazowieckiego buraka – groźny ani trochę.

Prawdziwy problem to narastająca fala masowej imigracji, której nikt nie będzie w stanie kontrolować

Problem to nie milion uchodźców, jednorazowo przyjętych przez kanclerz Merkel. Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa,”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno. Problem przyszłości to potężne zmiany klimatyczne, powodowane w dużej mierze przez państwa północy.

Spalane na masowa skalę węglowodory niewątpliwie podnoszą temperaturę i zakwaszają oceany. Strefy opadów przemieszczają się, gdy w Sahelu kozy wygryzają wraz z resztkami trawy ostatnie korzonki. Nie pomoże fakt, że po roku albo dwóch wrócą deszcze – Sahara nieubłaganie przesuwa się na południe.

W krajach takich jak Niger słabe opady tylko raz na pięć lat pozwalają na wyżywienie ludności, przez pozostałe lata przejada ona dary i import. W Afryce są już całe wielotysięczne miasta uchodźców utrzymywane przez ONZ, a mieszkańcy nigdy już ich nie opuszczą, bo nie ma dla nich powrotu w rodzinne strony. Szybki przyrost naturalny w takim mieście uchodźców przy ubogim, lecz regularnym żywieniu – powoduje powstawanie bomb ludnościowych.

Deklaracje, że bogata Ameryka czy Europa im pomoże, są gołosłowne. Ta ad hoc pomoc na dłuższą metę tak naprawdę jedynie utrwala status quo.

Pomoc musi być obwarowana warunkami

Co to znaczy? Ano to, że my – biali, byli kolonizatorzy, boimy się powiedzieć, iż problemem tak u nich, jak i u nas, jest kwestia przyrostu demograficznego. Ktoś powie, „ale jak to u nas? W Europie nie ma przeludnienia”. Tylko, że to nieprawda.

Nie tylko w tak zwanym trzecim świecie występuje to zjawisko, ono tli się również na północy. Tylko, że my wcześniej zdołaliśmy wcześniej „wynaleźć ogień”: dziś stosujemy sztuczne nawozy na przemysłową skalę, wprowadziliśmy mechanizację i nowoczesne przetwórstwo. Mamy chwilowo potężne nadwyżki żywności. Chwilowo – bo np. zasobów węgla starczy nam tylko na kilkadziesiąt lat, zaś energia odnawialna nie jest tania i łatwo dostępna. Musimy czy chcemy czy nie ograniczyć zużycie węglowodorów. Istnieje bariera nasycenia atmosfery dwutlenkiem węgla. Gdy moje wnuki osiągną wiek emerytalny, prawdopodobnie trzeba będzie wrócić do ubogiego hreczkosiejstwa naszych dziadków. I wtedy koło się zatoczy – problem przeludnienia u nas powróci.

Pomagać z głową

W Afryce pomoc powinna być warunkowana wyraźną zachętą do ograniczenia przyrostu naturalnego. Misjonarze katoliccy z całą swoją staro plemienną ideologią naturalnego rozmnażania nie powinni wchodzić w rolę filozofów rozwoju. Cała filozofia chrześcijaństwa zasadza się na tradycji staro plemiennego maksymalnego mnożenia się, w pomroce tysiącleci wrogie ludne plemiona niszczyły słabsze. Tylko Chinom udało się zrównoważyć rozwój kraju, dlatego, że wprowadziły „politykę jednego dziecka” – a i tak muszą mierzyć się z wieloma wyzwaniami, ekologicznymi.

Gdy podczas mojego pobytu w Rwandzie Jan Paweł II wygłosił pochwałę rozrodczości – przemawiający po nim prezydent Habyarimana głośno stwierdził, że się z nim nie zgadza, czym wywołał publiczny skandal. Ironią losu było to, że wkrótce po tym on i jego samolot został zniszczony prawdziwą – nie smoleńską – rakietą, a w odwecie mniejszościowe plemię Wa Tutsich zostało zmasakrowane.

A wniosek z tego płynie następujący: jeśli Europa stara się pomagać Afryce, nie może utrwalać jej starych problemów, tylko je rozwiązywać, problemy stałe się niestety globalne, i tylko globalne podejście może coś dać. Ten mój felietonik niczego nie rozwiązuje, ale aby cośkolwiek zrobić musimy się zastanowić wspólnie gdzie my jesteśmy. Na razie jedynie Chinom udaje się trzymać demografię w ryzach. Powinniśmy zrozumieć, że to podejście Chińczyków należy upowszechniać w innych miejscach świata. Jak to implementować to inny wielki problem. Inaczej nie możemy nazywać się ludźmi rozumnymi.