Granice godności cudzoziemca

Państwo polskie nie potraktowało Ludmiły Kozłowskiej dobrze, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale tak samo potraktowało również innych wydalonych cudzoziemców. Dziś o ich prawa nikt się nie upomina, nawet Kozłowska, która, jak się okazuje, swobodnie krąży po Unii Europejskiej i opowiada o tym, co ją spotkało.

 

Trudno jej się dziwić – robi dokładnie to, co zrobiłby każdy w jej sytuacji: nagłośniłby sprawę gdzie się da. Co razi, to fakt, iż nie mamy do czynienia z jednym partykularnym przypadkiem. Z Polski bez ostrzeżenia wyleciała nie tylko ona, ale również Rosjanin Leonid Swiridow – dziennikarz, czy Irakijczyk Ameer Alkhawlany – doktorant Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prócz tego w ostatnim czasie odbyło się jeszcze kilka głośnych deportacji np. Anny Zacharian i dwóch innych Rosjanek. Ostatnio do tego grona dołączył Czeczen Azamat Bajdujew podejrzany o terroryzm. Nie wiemy, jak z nim było. Miał walczyć w szeregach Państwa Islamskiego. To oskarżenie o wiele poważniejsze niż „branie udziału w wojnie hybrydowej”. Ale Rosja, w której przebywał legalnie przez jakiś czas, nie miała do niego większych zastrzeżeń.

Oczywiście, sposób, a jaki przebiegała procedura opuszczenia granic Polski przebiegał z naruszeniem ich godności: cudzoziemcy zostali rozdzieleni z bliskimi, z dnia na dzień przemeblowano im życie, nie mieli też poczucia, że postępowanie skutkujące ostatecznie deportacją, prowadzone było w sposób przejrzysty.

Ale tylko jedna osoba dostała szansę, by do zakazu się nie zastosować. Bruksela wydała wizę dla Ludmiły Kozłowskiej, która dla unijnych urzędników i polskich gwiazd europolityki jest po prostu miłą i sympatyczną panią z Ukrainy, która prowadzi fundację pomagającą ludziom. Przy okazji w całą sprawę wkrada się karta bieżącej polityki, bo wydalenie Kozłowskiej, żony Bartosza Kramka, autora zrywnego tekstu „Wyłączmy rząd” – jest wodą na młyn przeciwników Prawa i Sprawiedliwości. Należy więc oczekiwać, że kartą Kozłowskiej będą oni grać aż do kompletnego wyczerpania się tego paliwa.

Zastanawia natomiast na jakiej zasadzie Zieloni i frakcja liberałów w PE dokonały oceny zasadności decyzji podjętej przez polskie władze. Bo niestety na razie wygląda na to, że były to przysłowiowe „ładne oczy” – w tym wypadku chwytliwa historia, wpisująca się narracyjnie z zatargi, jakie ma Polska z unijnymi instytucjami, odkąd w Warszawie rządzą tandemy Kaczyński-Szydło i Kaczyński-Morawiecki. Guy Verhofstadt nie miał wglądu w żadne dokumenty sprawy Kozłowskiej, w które nie miały wglądu polskie służby. Prawdopodobnie nie miał wglądu w żadne dokumenty, nie mówiąc już o tym, że nie miał wglądu w akta pozostałych cudzoziemców wydalonych z Polski. Czy można zatem mówić o dyskryminacji?

Faktem jest, że cała Europa od 2014 traktuje Ukrainę jak młodszego, biedniejszego brata, którego należy za uszy ciągnąć, by zdał na dwójach do następnej klasy. Do tego dochodzi współczucie spowodowane przekonaniem, iż Ukraińcy są wyłącznymi ofiarami konfliktu zbrojnego w Donbasie.

Jak inaczej wyjaśnić wybiórczy euroentuzjazm dla udzielenia pomocy szefowej Otwartego Dialogu – jej i tylko jej?

„Prawo międzynarodowe co do zasady uprawnia państwo w wyjątkowych sytuacjach do decyzji o wydaleniu cudzoziemca ze swojego terytorium. Źródłem tego uprawnienia jest suwerenność wewnętrzna, a celem – ochrona szeroko rozumianych interesów państwa. W polskim systemie prawnym interesy państwa nie zostały normatywnie zdefiniowane, co w konsekwencji umożliwia państwu dokonywanie szerokiej interpretacji przesłanek uzasadniających wydalenie” – pisze Vita Zahurovska w „Polskim Roczniku Praw Człowieka i Prawa Humanitarnego” w tekście pt. „Naruszenie prawa cudzoziemca do życia rodzinnego na skutek jego wydalenia z terytorium Polski”.

– W sądzie zapytałem sędziego, dlaczego zostałem zatrzymany i usłyszałem, że jest to objęte tajemnicą. Wciąż nie wiem, dlaczego aresztowano mnie – mówił w 2016 roku Irakijczyk Ameer Alkhawlany po tym, jak nagle ABW uznała go za człowieka zagrażającego bezpieczeństwu Polski. –Jestem naukowcem, prowadzę projekt badawczy. Zawsze starałem się trzymać z dala od problemów. Nigdy nie zrobiłem niczego, przez co można byłoby uznać, że mogę zagrażać bezpieczeństwu Polski. Dla mnie to jest wszystko absurdalne.
Nie zajmował się nawet polityką międzynarodową. Był adiunktem w Instytucie Nauk o Środowisku.

Dziennikarz Leonid Swiridow przeszedł podobną drogę, tylko z polskim systemem walczył dłużej. Polskie służby podawały lakoniczne komunikaty o tym, że organizował konferencje i imprezy dla dziennikarzy, na których promował rosyjskie inicjatywy gospodarcze. Najwyraźniej uznano to za działalność podobną do szpiegowskiej, mimo iż nie usłyszał zarzutów przed sądem.
– Oddałem temu krajowi w sumie 18 lat mojego życia i uważam, że taka decyzja wobec mnie jest absolutnie niesprawiedliwa zarówno z prawnego, jak i ludzkiego punktu widzenia – mówił opuszczając granice Polski.

Im wszystkim ABW utajniło dokumenty, wytwarzając poczucie zagrożenia i zagęszczając wokół nich atmosferę. Ludmiła Kozłowska dostała w Brukseli szansę, aby przemówić w ich imieniu, nie tylko swoim własnym. Miejmy nadzieję, że jeszcze ją wykorzysta. Ponoć jeszcze chwilę tam zabawi.

Głos lewicy

Śpiewak ma trudniej

Dziennikarz Piotr Nowak komentuje na Facebooku wymianę kandydata SLD w Warszawie:
Andrzej Rozenek to bardzo kumaty facet. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zajmował się aktywizacją polityczną ludzi Polski Ludowej, którym PiS obniżył emerytury. Ujeżdżał po powiatach, spotykał się często w wypełnionych po brzegi salach. I patrząc na notowania SLD – wykonał dobrą robotę. To nie Jan Śpiewak odstrzelił rywala, lecz rywal padł po kolejnej kanonadzie we własną stopę. Trochę szkoda Andrzeja Celińskiego, to była z pewnością jedna z ciekawszych osobowości tej kampanii. Mam nadzieję, że zawalczy jako niezależny i zbuduje w końcu tę jedność demokratów. Śpiewak nie ma czego świętować, bo obok sympatycznego pana Andrzeja wyrósł mu poważny konkurent w walce o mieszczański elektorat.

 

Rewolucjonistka?

Łukaszowi Mollowi nie podoba się stawianie Korze pomnika politycznego: Maanam i Korę mam w zasadzie do odkrycia i będzie to odkrycie przyjemne, ale ja o czymś bardziej ogólnym. Żałobnicy niech lepiej nie czytają dalej. We wspomnieniach o Korze na wielką skalę przewijają się określenia, że była i pozostała do samego końca wielką rewolucjonistką, niepokorną bojowniczką, miłośniczką wolności. W ten sposób pisze o niej sam Lech Wałęsa. Przyznam, że irytuje mnie kombatancka otoczka, jaką wytwarzają wokół siebie Muńki, Kaziki, Skiby, Panasy, Kukizy i Kory. Oni naprawdę mają się za wiecznych buntowników, którzy muzyką obalili z papieżem i Reaganem komunę i nauczyli Polki i Polaków „kochać wolność”. Mam szacunek za muzykę i artystyczną inwencję w późnym PRL-u, ale gdy widzę ich jurorujących w głupawych talent shows, reklamujących kredyty, przeżywających religijne nawrócenia czy korwinistyczne fascynacje, to automatycznie ich muzyka dla mnie więdnie. Okazuje się, że ta post-hippisowska postawa skrywa w sobie konserwatyzm, zblatowanie z elitami i pospolitą pazerność, a z jej rewolucyjności zostaje noszenie na starość czerwonych spodni, tlenionych włosów i palenie zioła. Nie bagatelizuję tych obyczajowych zdobyczy, ale to, co idzie z nimi w parze sprawia, że polski rock lat 80. pozostaje dla mnie w przeważającej większości zjawiskiem podszytym fałszem.

 

Bronią pomnika

SLD.org.pl donosi: Pabianickie SLD nie poddaje się i zamierza dalej bronić Pomnika Bojowników o Wyzwolenie Społeczne i Narodowe, którego usunięcia domaga się prawica, w ramach „dekomunizacji” przestrzeni publicznej. Zgodnie z przyjętą przez PiS ustawą „dekomunizacyjną” pomnik, który figurował w ewidencji zabytków, został uznany za symbol komunizmu i miał zostać usunięty do końca marca 2018 roku, jednak działaczki i działacze pabianickiego SLD postanowili bronić zabytkowego pomnika. Pod koniec kwietnia przedstawiciele Sojuszu złożyli do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Łodzi, który bezpodstawnie wykreślił pomnik z ewidencji zabytków, tłumacząc, że jest on w złym stanie technicznym. Jednak opinii o złym stanie technicznym przeczy ekspertyza wykonana na zlecenie władz miasta.

 

Persona non grata

Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie negatywnie rozpatrzył skargę kasacyjną rosyjskiego dziennikarza Leonida Swiridowa, wydalonego z Polski z 2015 z inicjatywy ABW. Służby utrzymują, że miał zajmować się białym wywiadem. Swiridow nigdy jednak nie poznał dowodów, jakie przeciwko niemu przedstawiono, ponieważ całe postępowanie od początku było tajne. Dziennikarzowi nie udzielono również zezwolenia na przyjazd do Warszawy, aby mógł wziąć udział w rozprawie. Zakaz wjazdu wydany w 2015 może być przedłużony. Info za: strajk.eu

Chodźmy sobie łapać „szpiega”

Drodzy Koleżanki i Koledzy!

Zapraszam wszystkich do NSA w Warszawie na rozprawę w piątek 27.07.2018 r. o godz. 10:20, sala B.
Proces jest otwarty, sprawa ma charakter administracyjny, a nie karny.
Sorry, ale Sąd nie pozwolił mi przyjechać do Warszawy (patrz dokumenty w załączniku).

Leonid Swiridow
Moskwa

 

Dziennikarz wydalony nie tylko z Polski, ale też strefy Schengen, zaprasza na kolejną swoją rozprawę, w której nie będzie mógł uczestniczyć i w której nie było mu dane poznać, co się mu zarzuca.

 

Korespondent MIA (Międzynarodowej Agencji Informacyjnej) „Rossija Siegodnia” najpierw stracił akredytację resortu spraw zagranicznych. Później zostało wszczęte postępowanie o jego wydalenie. Z Polski i całej europejskiej strefy bez granic.
Z mediów niestety nie dowiemy się więcej niż mówi sam Swiridow. W mediach wiemy tylko, że „w kręgu zainteresowań rosyjskiego dziennikarza były osoby ze świata polityki, ale także ludzie mediów” i że „sytuacja jest poważna”.
ABW utrzymuje, że miał zajmować się białym wywiadem: „lobbing, sponsorowanie wycieczek polskich dziennikarzy od Rosji, promowanie rosyjskiego biznesu”. Czyli rzeczy, które dziś w zasadzie robią wszyscy przedstawiciele zagranicznych firm w Polsce.
A co mówi sam zainteresowany? „Nie wiem nawet jakie mam zarzuty, nie wiem czy one w ogóle są, więc nie wiem jak się mam bronić. Kilkakrotnie pisałem o tym w różnych oświadczeniach do Urzędu ds. Cudzoziemców czy do sądu” – powiedział w rozmowie z „Myślą Polską”. – „Jeśli jest zagrożenie terrorystyczne, czy jakieś inne, trzeba coś z tym szybko zrobić, bo to jest zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. Tymczasem w ciągu piętnastu kolejnych miesięcy nadal mieszkałem w Polsce i pracowałem jako dziennikarz. Nie za bardzo rozumiem na czym polegało to niebezpieczeństwo?”.
Leonid Swiridow opuścił Polskę pod koniec 2015.
Jego sprawą zajmowała się między innymi Dunja Mijatović. przedstawicielka OBWE ds. wolności mediów.
— Oddałem temu krajowi w sumie 18 lat mojego życia i uważam, że taka decyzja wobec mnie jest absolutnie niesprawiedliwa zarówno z prawnego, jak i ludzkiego punktu widzenia — mówił Swiridow dziennikarzom na lotnisku w Warszawie w dniu swojego wyjazdu z Polski.