Brońmy demokracji!

Stanowisko Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie aktualnych zagrożeń dla demokracji parlamentarnej w Polsce.

 

Polska Partia Socjalistyczna z satysfakcją przyjęła fakt, że polski parlamentaryzm obchodzi 550 – lecie swego istnienia, stanowiąc jeden z najstarszych przykładów ograniczania władzy absolutnej w Europie.
Zwracamy uwagę, że w okresie zaborów program PPS kładł szczególny nacisk na odzyskanie niepodległości i zakładał, że po jej odzyskaniu socjaliści w będą w drodze parlamentarnej dążyli do realizacji hasła sprawiedliwości społecznej.
Wybierani po odzyskaniu niepodległości do Sejmu posłowie z PPS bronili zasad demokracji. Pochodzący z PPS Marszałek Sejmu Ignacy Daszyński przeciwstawił się presji politycznej swojego przyjaciela Józefa Piłsudskiego i nie dopuścił do otwarcia w 1929 roku obrad Izby w obecności towarzyszących ministrowi wojny Piłsudskiemu oficerów.
Po zawieszeniu przez Prezydenta działalności Sejmu Daszyński skierował w czerwcu 1930 roku do obradującego Kongresu Obrony Praw i Wolności Lewicy pismo powitalne jako „Marszałek Sejmu skazany na bezczynność”.
Szanując demokrację, ale również ze względu na naszą historię, z wielkim niepokojem obserwujemy jak przyjęta w demokratycznych krajach zasada trójpodziału władzy zostaje w Polsce coraz szybciej zastępowana jedynowładztwem władzy wykonawczej, co oznacza wprowadzanie władzy autorytarnej.
Władza sądownicza została całkowicie poddana nadzorowi władzy wykonawczej , a ostatnio zachodzi coraz intensywniej proces marginalizacji nawet pozorów niezależności władzy ustawodawczej.
Przyjmowanie ustaw w trybie nie tylko pilnym, ale „bardzo pilnym”, bez możliwości zapoznania się przez większość posłów z przyjmowanymi ustawami, bez dopuszczania do wystąpień opozycji, a także zmiany regulaminu Sejmu, mające za zadanie wywarcie presji, a nawet wywołanie poczucia zagrożenia wśród posłów opozycyjnych, służą przede wszystkim przekształceniu Sejmu w posłuszną „maszynkę do głosowania”. Jednocześnie ogranicza się lub wręcz nie dopuszcza do dyskusji z udziałem ekspertów oraz opiniowania przez zainteresowane instytucje projektów ustaw.
W wyniku tego powstaje prawo ułomne, często niezgodne z Konstytucją, nie dokonuje się analizy skutków jego wprowadzenia do obrotu prawnego, prawo wymagające nieustannych zmian i poprawek.
Mamy do czynienia i to w wariancie gorszym, zasady obowiązującej w PRL, że „rząd rządzi, a partia kieruje”. Ironią polityki historycznej PiS jest to, że okres PRL jest jednocześnie wymazywany z historii.
Polska Partia Socjalistyczna deklaruje zdecydowaną wolę walki z wszelkimi działaniami zmierzającymi do ograniczenia demokracji parlamentarnej i wszelkimi przejawami autorytaryzmu.
Jednocześnie wzywamy wszystkie organizacje, którym leży na sercu dobro Ojczyzny do konsekwentnego oporu przeciwko łamaniu zasad państwa prawa w Polsce.

Dzik za „pińcet”

Podobno PiS zarąbało lewicy socjalne punkty programu, i że to właśnie w działaniach Kaczyńskiego z ferajną można odnaleźć troskę o to, by ludziom żyło się lepiej.

 

PiS to trochę jak myśliwi, którzy głośno krzyczą o miłości do przyrody i zwierząt, i że to ich (myśliwych znaczy się) zasługą jest, iż po lasach biegają dziki, łanie, latają kuropatwy, bażanty a nawet kaczki (dzikie rzecz jasna).
Tyle, że przemilczają, iż na końcu kochania jest muszka i szczerbinka by „kochane” zwierzątko ukatrupić pewnym strzałem ku radości myśliwego (zwierzątko raczej się z tego nie cieszy).

 

Ora et labora

Ludzkie paniska z prawicy dbają więc o swego suwerena tak, jak myśliwy dba o dziki. Dają trochę do michy-paśnika, jak suweren się rozchoruje to nawet podleczą.
Rozrywkę godną mu pokażą — a to film o Smoleńsku, a to coś o żołnierzach wyklętych. Suweren ma mieć siłę do pracy i nie myśleć o jakiejś tam sprawiedliwości społecznej, wolnościach i prawach obywatelskich i tym podobnych, nikomu nie potrzebnych pierdołach. Ora et labora.
Jednym słowem — dobry PiS dba, by suweren cicho siedział i (teoretycznie) nie miał powodów do buntów. A jak buntować się zacznie, to szybko suwerenowi zostanie wskazane miejsce w szyku, na przykład przez brzytwa strzyżonych chłopaków z ONR w mundurkach Obrony Terytorialnej.

 

Po pińcet

Czy zatem lewica nie ma już nic do roboty? Moim zdaniem ma, a nawet potrzebna jest nadzwyczajnie. Przede wszystkim ma głośno mówić o tym, że wyzysk pracowników, łamanie ich praw i nadmierne sprzyjanie kapitałowi a nie pracy nie skończyło się wraz z rządami PiS-u, który dał „po pińcet” a dołoży jeszcze trzysta. Wręcz przeciwnie. Wielu pracodawców na prośbę o podwyżkę odpowiada – dostałeś pięć stów, więc nie bądź taki roszczeniowy. Tyle tylko, że nie wszyscy dostali, to po pierwsze, a po drugie – w naszym pięknym kraju płace tak się mają do dochodu narodowego jak w najczarniejszym kącie Afryki.
Ponadto lewica jest potrzebna żeby, tak jak godnego udziału w zyskach, równie głośno żądać nie z pańska nadanej i cząstkowej, ale rzeczywistej wolności: w mediach, w szkole, w życiu prywatnym i publicznym.
Nikt inny nie podniesie w tzw. politycznej debacie, że prekariat to nie wymysł, że to pracownicy a nie pracodawcy wytwarzają dobra i wypracowują zysk, że nie ma zgody na ograniczanie wolności a państwo i kościół, kościół i państwo to nie jedno i to samo.

 

Świecki Caritas

Oby tylko lewica nie dała się wepchnąć w stereotyp, że jej jedynym „celem” jest (i powinna być) dbałość o: bezrobotnych, odrzuconych i niezaadaptowanych do kapitalizmu.
Żeby była jak taki świecki Caritas.
Od swego powstania lewica zajmowała się walką, tak WALKĄ, pomiędzy kapitałem a pracą. I zawsze lewica stawała po stronie pracy, tzn. godnej płacy i praw pracowników.
Żaden pracodawca nie zarobi ani złotówki bez pracowników i to lewicy rolą jest uświadamianie wszystkim tego prostego faktu.
A jeśli tak, to nie może być zgody na to, by praca najemna była wynagradzana na poziomie pańszczyźnianego chłopa, a pan pracodawca co roku kupował sobie nowy sztucer, kapelusz z piórkiem i bryczkę, by polowanie było przyjemniejsze.

Głos lewicy

Pyton: fakty i mity

Dr Robert Maślak, biolog z Partii Razem, rozwiewa na Facebooku lęki związane z doniesieniami o grasującej po Polsce bestii:
Dlaczego ostrzeżenia o pytonie tygrysim z serii „wąż jest głodny i agresywny” i straszenie pytonem jest absurdalne? Kilka faktów:
– pytony zjadają ludzi
W czerwcu można było przeczytać w światowych mediach o pytonie, który pożarł kobietę w Indonezji. O pytonach pożerających ludzi czytamy dlatego, że są to skrajnie rzadkie przypadki, większość z nich okazuje się fake newsami (choć ten z czerwca wydaje się autentyczny). Dotyczy zresztą pytona siatkowego, nie tygrysiego, który ma być nad Wisłą. Mniej emocji w mediach sprawia np. fakt, że w Azji rocznie umiera ok. 20 tys. osób z powodu ukąszeń jadowitych gatunków węży niż każdy, nawet spreparowany, przypadek pożarcia przez pytona. Niewątpliwie dużo łatwiej mieć rzadką skali świata chorobę lub wygrać w lotto niż zginąć w objęciach węża. Nad Wisłą znacznie łatwiej pokaleczyć się o szklane butelki, zostać pogryzionym przez psa lub dostać w głowę od kibola.
– „Pyton jest głodny i agresywny”
Ostrzeżenie, że wąż jest agresywny i głodny jest absurdalne, bo na ten temat nic nie wiadomo. Pyton tygrysi tej wielkości bez negatywnych dla zdrowia skutków przeżywa co najmniej półtora roku bez posiłku! Niektóre osobniki w hodowli same robią sobie roczne głodówki.
– Pogoda jaka ma nastąpić nie sprzyja polowaniom pytona, 12-15 w nocy i 20-24 w dzień, do tego kilkanaście stopni w wodzie, to dla pytona nie są warunki optymalne. Do dobrego trawienia potrzebuje trochę więcej ciepła. Nie można wykluczyć, że zapoluje, ale raczej będzie próbował znaleźć szczura, kaczkę, zająca. Oczywiście puszczony samopas pies też może być celem, jeśli wejdzie w trawę, gdzie pyton się schowa, ale tutaj także prawdopodobieństwo jest skrajnie małe. To naprawdę nie jest tak, że w miejscach naturalnego występowania ludzie nie mają psów, bo wszystkie pożerają pytony.
– jak zachowuje się pyton? Siedzi ukryty w wysokiej trawie lub jakiejś jamie. Jeśli jest słońce, to próbuje się wygrzewać. Jeśli chce polować, to albo powoli pełza szukając ofiary albo zasadza się w miejscu, gdzie takie ofiary może spotkać.
Nie, nie biega za psem lub człowiekiem na odległość 30 metrów, aby go dopaść.
Reasumując: panika w mediach, histeryczne wypowiedzi tak jakbyśmy mieli do czynienia z tygrysem, są nieuzasadnione. Istnieje realne niebezpieczeństwo, wtedy gdyby ktoś aktywnie drażnił węża lub przypadkowo znalazł się bezpośrednio w zasięgu jego pyska. Wtedy jest duże ryzyko pokąsania, za którym, ale rzadko, może pójść owijanie się pytona wokół ciała. Dlatego jedynym ostrzeżeniem, jakie jest uzasadnione, to nie zbliżać się do zauważonego pytona, ani go nie drażnić. Trzymać się kilka metrów od niego.
Jeśli naprawdę istnieje, to warto to odłowić, inaczej we wrześniu lub październiku przestanie się poruszać i po kilku tygodniach zginie wskutek niskiej temperatury.
TO JEST akcja ratowania węża, a nie mieszkańców przed wężem.

 

Związki zawodowe otwarte dla wszystkich

Senat uchwalił nowelizację ustawy, w myśl której pracownicy zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych będą mogli tworzyć i wstępować do związków zawodowych.
Za przyjęciem nowelizacji głosowało 58 senatorów, 15 było przeciw, 11 wstrzymało się od głosu. Projekt nowelizacji ustawy o związkach zawodowych został przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a sama ustawa wejdzie w życie w wydłużonym przez Senat okresie, to jest 1 stycznia 2019 roku. Czekamy teraz na podpis Prezydenta.
To wielki sukces Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych! Po trzech latach batalii o prawo do zrzeszania się wszystkich zatrudnionych, nowelizacja ustawy o związkach zawodowych wejdzie w życie! Sposób zatrudnienia przestanie mieć znaczenie. Już od przyszłego roku wszystkie osoby wykonujące pracę zarobkową będą mogły zakładać i wstępować do związków zawodowych. Info z opzz.org.pl

Głos lewicy

KOD i komuna

Zniesmaczony Piotr Ikonowicz umieścił na Facebooku taki wpis:
Oto Apel KOD-u do młodzieży czyli jak Pan Bóg chce kogoś ukarać to mu odejmuje rozum:
„Do polskiej młodzieży, licealistów, studentów, już pracujących
Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna „furka”, „klamoty” z butiku, nierzadko własna „kawalerka”, a w niej sprzęt audio-wizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nie obarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw „komunie” o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze.
Komuna… komuna… Coś tam było. Niewielu z was wie dokładnie, co to było. Że nie żyło się wtedy tak jak dzisiaj? To jasne! Przecież nie było wtedy wszystkich tych HD-TVs, Play Stations, aut-hybryd i smart-phones. Tak, ale były inne rzeczy, których też u nas nie było, a znało się je tylko z filmów zachodnich. O Sölden czy Nowej Zelandii słyszało się tylko na lekcjach geografii, a na urlopy jeździło się do zakładowych „domów wypoczynkowych” w Karpaczu, Ustce czy „pod gruszą” w dwutygodniowych turnusach. A zagranica? Owszem, nad Balaton na Węgrzech, do Złotych Piasków w Bułgarii, czy do NRD, ale tam jeździło się tylko na zakupy, firanki, bielizna, takie tam… Co to było NRD?
Nie czas teraz na wykłady z historii, nie czas na uświadamiające rozmowy. Krótko: Nie chielibyście stracić to, co macie. Więc czas na czyny. Jeżeli wasi rodzice, ich znajomi i wielu innych w ich wieku znów wychodzą jak za czasów swej młodości na ulice, to coś to znaczy. To znaczy, że jest ktoś, kto próbuje zmienić Polskę, z takiej jaką znacie, na taką jaką oni znają z przeszłości. Trzeba się temu przeciwstawić. Jesteście w wieku, w którym wasi rodzice po raz pierwszy powiedzieli ówczesnej władzy NIE! Więc czas teraz na was. Czas najwyższy. Powyłączajcie „compy” i ruszcie dupy. Na ulice! (…) Dobra. Wycofuję to Sölden i Nową Zelandię, wycofuję własną kawalerkę i rzecz jasna ten sprzęt audio-wizualny ful, bo i po co to komu, jak nie ma własnej chaty. I wycofuję te urojone długi wdzięczności. Nic nikomu nie zawdzięczacie. To co jest i tak by przyszło. Taka jest kolej historii. Od dwu lat jest „dobra zmiana”, 500+, 300+, darmowe leki dla seniorów i jeszcze całe mnóstwo ulg dla społeczeństwa. Tylko o młodzieży nikt nie pomyślał, o licealistach, studentach i tych, co dopiero zaczęli pracować. Z większości reakcji na mój post wnioskuję, że ogólnie młodzież w Polsce bieduje. Nie mają na wczasy, nie mają na własne mieszkanie, nie mają… Chwileczkę. Czy w Polsce wszyscy wykonujący tzw. zawody elitarne jak medycy, prawnicy, artyści, menadżerowie czy choćby politycy, weźmy tylko tych z PiSu… Czy oni są wszyscy bezdzietni? A jeśli mają potomstwo, nawet dorosłe, to wcale im nie pomagają? Żeby mieć trochę własnego grosza w kieszenie muszą te dzieciaki najpierw na zmywak do Anglii? I pewno prosto stamtąd jeżdżą na narty do Austrii. Bo skądś Polacy się tam biorą. Co prawda żadnej rejestracji turystów się tam nie prowadzi, ale zeszłej zimy hotelarze austriaccy zanotowali 1 223 910 polskich noclegów. To kto tam jeździ? Są to wyłącznie stare zgrety, postkomuchy i kolesie z sądownictwa, a młodych Polaków poniżej 30tki ani w ząb tam?
W każdym bądź razie to nie wy, ci wszyscy, którzy tak żywo zareagowali na mój tekst, uzmysłowiając mi, gdzie jest moje miejsce – w szambie, tam jeździcie. Nikomu nic nie zawdzięczacie i nie macie żadnych zobowiązań, wobec nikogo. Tak więc siedźcie dalej przy tych swoich „kompach”, nie wyłączajcie ich. Może ktoś wam wrzuci jakąś „message”, że coś historycznie ważnego wydarzyło się właśnie na mieście. A że wydarzyło się bez was… I co z tego? Przecież nie macie żadnych zobowiązań, wobec nikogo. Co gorsza, nawet nie wobec samych siebie.”

 

Kim jest prawak

Dalej Ikonowicz: „Skrajna prawica – termin używany do określenia osób i ugrupowań o poglądach prawicowych, charakteryzujących się skrajnym programem lub radykalnymi metodami działania. W sprawach gospodarczych skrajna prawica zazwyczaj opowiada się za neoliberalnym kapitalizmem lub korporacjonizmem. Osoby o skrajnie prawicowych poglądach najczęściej dążą do wyróżnienia swojego narodu na tle innych.

Nie gram w tę grę

O tym, jak ginie kapitalizm, o ideach, na które jeszcze nie jesteśmy gotowi i o tym, jak ratować Warszawę przed neoliberalizmem i reprywatyzacją Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Ikonowiczem.

 

Maciej Wiśniowski (strajk.eu): Z ogromnym zainteresowaniem i entuzjazmem słuchałem twojego przemówienia 1 Maja. Podobne emocje towarzyszyły mi podczas wystąpienia w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa, kiedy mówiliśmy o stosunku lewicy do zjawiska wojny i militaryzmu. Kiedy się ciebie słucha i widzi, to aż się chce pójść i spalić jakiś burżuazyjny przybytek. Jednocześnie jednak jesteś zawodowym przegranym. Ludzie ci klaszczą i ja ich rozumiem, bo sam ci klaszczę. A potem idziesz na wybory warszawskie z rozkoszną pewnością, że znowu się nie uda. Co jest? Ikonowicz jest do dupy, lewica jest do dupy czy rzeczywistość jest nie taka?

No to może się rozejrzyj. Świat idzie w jakąś stronę i nie jest to kierunek lewicowy. Zależy, jakie masz cele. Jeżeli sobie stawiasz taki cel, by osiągnąć 5 proc. i dostać dotację, a potem wprowadzić kilku albo kilkunastu posłów do Sejmu, to są to cele racjonalne i osiągalne. Można klepać wtedy komunikat o korekcie kapitalizmu i delikatne lewe centrum to łyka.

 

Ale to jest nominalna lewica, a radykalna?

Skrajna lewica w Polsce nie występuje, więc prawica ją kreuje. Jak się walczy z systemem, to trzeba budować taką formację polityczną, która pokaże, że kapitalizm nie spełnia żadnych oczekiwań, że czarny scenariusz jest nieunikniony i że nie wróci do poziomu państwa dobrobytu. Bo nie wróci.
Wszystko idzie w kierunku umów śmieciowych, utrwalania nazistowskiej koncepcji zasobów ludzkich. Naziści ją wymyślili, kapitaliści ją przytulili. Podmiotowość ludzi pracy, humanizm i to wszystko zostało odrzucone w imię po pierwsze darwinowskiej walki o przetrwanie, a po drugie w imię sukcesu. Gdybym ja miał oceniać człowieka wyłącznie poprzez sukces polegający na tym, że dopchał się bliżej żłobu, świecznika i co tak jeszcze sobie stawiamy za cel, znaczenia, to mógłbym się z Tobą zgodzić, że jestem przegrany. Ale ja nie gram w tą grę polegającą na tym, że mam zdobyć ileś tam punktów, godząc się na panujący system.

 

Uważasz, że nie czeka nas w tej rzeczywistości nic dobrego?

Tak naprawdę przegrani są wszyscy ci, którzy nie dokonują zamachu na system i nie próbują budować dla niego alternatywy. System ten niszczy przyrodę, ludzkość i znaną nam cywilizację łącznie z demokracją, ubezpieczeniami, urlopami płatnymi i tak dalej. To wszystko znika na naszych oczach. Trzeba być lemingiem albo bardzo cynicznym człowiekiem, przekonanym, że zdąży umrzeć, zanim to wszystko walnie. Myślę, że ci wszyscy młodzieńcy, którzy marzą o tym, że niebawem będą radnymi albo posłami w gruncie rzeczy tak właśnie myślą – mają nadzieję, że nie dożyją końca.

Albo nie wiedzą, że to ginie. To oznacza, że za mało czytają, za mało widzą.

 

Nie grasz w tę grę. To w co grasz?

Gram w stworzenie partii ludzi pracy. To jest strategia na przyszłość. Stworzyliśmy ją, niedużą, ale jest. Po co jest taka partia? Skoro jej nie ma w Sejmie, rządzie i samorządzie, skoro nie ma tam reprezentacji ludzi pracy, to można zwolnić z PLL LOT działaczkę związkową i nikogo to nie zaboli. Bo nie ma posłów labourzystowskich (tych od Jeremy’ego Corbyna) albo pracowniczych, którzy podniosą larum. Jest w Polsce 16 milionów ludzi pracy najemnej, którzy nie mają swojej partii.

 

A chcą ją mieć?

Potrzebują jej, masz natomiast rację, że świadomość ludzi pracy jest słaba. Mnie ludzie zaczepiają na ulicy. I oni nie dyskutują z potrzebą istnienia takiej partii. Problem tylko w tym, jak często możemy tą potrzebę komunikować. Kampania wyborcza jest dobrą okazją do takiego komunikatu. Jestem najczęściej chyba występującym działaczem lewicy w mediach. Przy czym ciekawe: przede wszystkim w sprawach społecznych, a nie politycznych.

 

Bo teraz bardzo dużo się mówi o tym, jak PiS głaszcze ludzi.

Niedawno w audycji telewizyjnej spotkałem się z poglądem, że ludzie są przez PiS rozpieszczeni. Zajmuję się właśnie rodziną, której mieszkanie się spaliło. Oni mieszkają w dzielnicy, w której rządzi PiS. I nie chcą wrócić do swojego mieszkania, bo tam jest 10 metrów kwadratowych bez toalety. Nie wiem, czy to jest oznaka rozpieszczenia, wiem natomiast, że według danych Eurostatu 75 proc. dzieci żyje w warunkach nadmiernego zagęszczenia. Co to znaczy? Że biją się o kawałek blatu do odrabiania lekcji. W krajach, do których emigrują, każde dziecko musi mieć swój pokój. I one są z podatków, te pokoje.

 

Mówisz o konkretnych przypadkach, a nie o rewolucji.

Nie można dzisiaj powiedzieć ludziom: „zmieńmy system”. Bo oni ten system mają w głowach. Bardzo często ci, którym świadczymy pomoc, bardzo nalegają, by po wszystkim nam zapłacić. Nie rozumieją tego, że my chcemy wejść w relację społeczną, chcemy wspólnie budować siłę masową, a niekoniecznie chcemy od nich te 5 złotych. Ale oni mają w głowie tę drobnomieszczańską, kapitalistyczną mentalność: niewolniczą. I ją trzeba z ludzi wyciskać, a nie jej schlebiać.

 

Bo lewica dzisiaj mówi o czymś zupełnie innym.

Problemem zasadniczym są priorytety na lewicy. Myśmy bardzo długo uważali, że tematy obyczajowe trzeba odsuwać, bo one nam tylko utrudniają. Potem jednak Palikot pokazał, że one też są ważne i że można na nich robić politykę. Ale tylko dla klasy średniej, wśród której my nie mamy czego szukać. Zresztą klasa średnia to realnie około 500 tysięcy ludzi, choć uważa się za nią kilka milionów. Potem niektórym z nich udzielamy pomocy, kiedy spadają na dno, bo okazuje się, że nic nie było ich, tylko banku.

Nie możemy więc głosić: budujmy socjalizm, skoro w umysłach jest kapitalizm. Musielibyśmy więc wprowadzić jakiś system opresji, bo zderzylibyśmy się z kapitalistyczną mentalnością. Byłaby to taka sama sytuacja, jak w 1946 roku, kiedy radzieccy wkroczyli tu robić socjalizm. PPS to piękna karta historii, ale ona nigdy nie przekraczała 20 proc.

Naszym programem jest przemiana społeczna, czyli zaszczepienie humanistycznych i egalitarnych ideałów społeczeństwu w toku walki o lepsze życie. W walce o upodmiotowienie ludzie odrzucaliby poglądy, które im narzuciła klasa pieniądza i władzy, żeby móc ich wyzyskiwać.

 

Tylko ty, niezależnie od moich ocen i rozczarowań, potrafisz wyjść na ulicę i wyciągnąć 500 osób, co jak na dzisiejsze warunki to nie jest mało. Ale to, co teraz mówisz, jest obrazkiem dość pesymistycznym. Szkody, które przyniósł kapitalizm, są nieodwracalne. A jeśli nawet jednak odwracalne, to nie mam odpowiedzi, w jaki sposób je odwracać. Orzesz na ugorze, który nie daje ci plonów. Pomagasz ludziom, którzy potem na ciebie nie głosują. Może więc jest tak, że my źle myślimy, może inaczej trzeba myśleć

Ja nie sądzę, żebyśmy mieli problem z komunikowaniem. Nie musimy udawać. Wiemy, jak się żyje, ile co kosztuje i czemu nie działają te przepisy, które wymyślono, by jakoby pomóc. Socjaldemokraci wierzą szczerze, że zrobią tutaj jakąś Szwecję czy Danię. Skupiają się przy tym na redystrybucji, na podatkach i na pomocy społecznej. Z tego zrodził się pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego i tak dalej. To bardzo fałszywa droga.

Nasi oponenci ciągle mówią nam: „komu mamy zabrać, żeby rozdać?” albo „zabieracie najbardziej produktywnym, którzy tworzą dochód, innowacje, kapitanom przemysłu…” i ludzie to kupili. Nie chcą być obdarowywanymi. Ciekawe, że 500 plus i podobne są zawsze powszechne. Słusznie. Ludzie obdarowywani pomocą uważają, że są gorsi. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, chwalą się, że nie korzystają z pomocy społecznej albo tłumaczą, czemu musieli z niej skorzystać. PiS świetnie to zrozumiał i jak dał, to wszystkim, żeby nikogo nie wyróżniać negatywnie. To bardzo lewicowe.

 

Jaka jest więc alternatywa?

Nie trzeba nikomu zabierać. Ja mówię im tylko: „przestańcie nas okradać przy każdej wypłacie” Tu jest istota problemu i konfliktu, że okradają nas zatrudniciele, niesłusznie zwani pracodawcami. A ludzie nie nauczyli się liczyć i sprawdzać, jaką wartość ma ich praca. Bo zyski to jest wynik ich pracy, nie ma innych zysków. Nie ma zysków bez pracy. To jeszcze mówił Smith przed Marksem.

My mówimy, że to, co wam dają to jest jałmużna, dają wam tyle, żebyście następnego dnia mogli przyjść do roboty, a teraz, kiedy sytuacja na rynku jest inna, płacą tyle, żebyście nie poszli do konkurencji. Im bardziej męczącą macie pracę, tym mniej wam się chce szukać lepszej oferty pracy. Przyjrzyjcie się tym zyskom i spytajcie, jaki ułamek z zysków tworzy waszą pensję. Wystarczy, że pracodawca nie będzie nas łupił. Od razu mamy pełne kieszenie i jesteśmy podmiotowi, śmielsi. Mało tego, te 8 godzin pracy, podczas których jestem użyteczny społecznie, bo przyczyniam się do rozwoju kraju i społeczeństwa, stwarza poczucie dumy. Człowiek chce się czuć użyteczny. To jest moment, kiedy alienacja pracy zaczyna kruszeć. Przedsiębiorca przestaje mieć niewolników, ma partnerów. Jest synergia we wspólnym wysiłku. Jeżeli stworzymy algorytm, że indeksujemy płace do wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa, to ludzie nie tylko się upodmiatowiają, ale też niesamowicie zasuwają. Ich płaca zależy od wyniku ekonomicznego przedsiębiorstwa. Owszem, czasem ktoś się potknie. Wtedy wszyscy musimy się zrzucić na tych, którym się nie powiodło. Być może również na tego przedsiębiorcę, który ma wyłącznie długi. To nie jest tak, że on nie jest człowiekiem i nie ma rodziny. Do mnie tacy przedsiębiorcy przychodzą, którzy uwierzyli w mit Balcerowicza o self-made manie.

 

Wróćmy do lewicy klasy średniej…

Tak, oni mówią o koncepcji dochodu bezwarunkowego. To niezwykle niebezpieczna koncepcja. Oznacza ona, że nie jesteśmy już podmiotem, który coś współtworzy, który ma znaczenie i wartość. Jesteśmy wyłącznie balastem, hodowanym do konsumowania. Jesteśmy potrzebni korporacjom, borykającym się z nadprodukcją. Oni będą to dzielić, ale bez nas. Nie będziemy mieli wpływu na cywilizację. Nie można być od razu emerytem. Badania wykazują, że człowiek nie może nic nie robić dłużej niż 5 lat, bo się psychika mu popsuje.

 

To ładnie brzmi, ale pogadajmy, jak te piękne wizje chcesz realizować w Warszawie, na której prezydenta kandydujesz. Rzeczywistość silnie weryfikuje teorię, prawda?

Warszawa z naszego punktu widzenia jest miejsce i łatwym, i trudnym. Łatwym, bo tu nie ma takiej nędzy, jak w niektórych miejscach w Polsce. Można tu zrobić parę ładnych rzeczy z budżetem 14 miliardów złotych. To pozytywne wyzwanie. Kilka lat temu pani Hanna Gronkiewicz Waltz zleciła badania dotyczące długowieczności warszawiaków w poszczególnych dzielnicach. Z nich wynikało, że różnica między Pragą a Ursynowem wynosi 16 lat, na niekorzyść Pragi oczywiście. Co ciekawe, ponieważ była zarażona neoliberalną propagandą sukcesu, schowała te wyniki pod dywan, nie podjęła dalszych badań. Nie zrobiła więc nic, by ta różnica się zmniejszyła. Czyli inaczej powiedziała to, co Borowiecki z „Ziemi obiecanej”: „niech zdychają”.

 

A co Twoim zdaniem powinna zrobić?

Po pierwsze – zlecić zbadanie, jakie są przyczyny tych różnic. Ale klasa średnia i jej mentalność jest taka, że oni od razu, bez żadnych dowodów uznali, że wyjaśnienie jest proste: tamci piją i są nic nie warci. Podczas kiedy przyjrzymy się warunkom mieszkaniowym, zagrzybionym, ciasnym, przeludnionym mieszkaniom, jak często ci ludzie chodzą do lekarza i w ogóle jaki mają dostęp do służby zdrowia i do badań, to wszystko staje się jasne. Człowiek z Wilanowa zapłaci, a człowiek z Pragi czeka po kilka lat na wizytę lub diagnozę, często już spóźnioną. Dodaj do tego czas pracy i brak urlopów plus stres wynikający z presji ekonomicznej, który po prostu skraca życie.

 

Zbadać i co dalej?

Trzeba więc było zbadać to wszystko do końca, zastanowić się, jak zmienić ten stan rzeczy, jak pomóc prażanom. Po pierwsze zatem – diagnoza społeczna. Nie taki żarcik, jaki prezentuje profesor Czapiński, tylko porządna i wszechstronna. I my to chcemy zrobić.

Wielkie zadanie, jakie stoi przed przyszłym prezydentem Warszawy to jest połączenie obu brzegów Wisły. Są przecież dzieci na Pradze, które nigdy nie widziały Zamku Królewskiego ani Łazienek. Mieszkańcy Pragi czują się na lewym brzegu gorsi. Do tego zapobieganie sytuacjom prekaryjnym. Dla ludzi biednych Warszawa jest potwornym miejscem – bo jest potwornie droga i ich na nic nie stać. Ludzie niezdolni do pracy, niepełnosprawni lub emeryci bez emerytury, mają 604 złote zapomogi. 604 zł na zawsze, bo ten zasiłek pomniejsza się o inne świadczenia, które dostajesz. Jeśli dadzą ci dodatek mieszkaniowy, to też go odliczają od zasiłku. I wciąż masz na życie 604. Lada moment dojdą do tego ci, którzy byli na umowach śmieciowych i nie wypracowali emerytury. To dzisiaj ludzie w średnim wieku. Skończą z zasiłkiem stałym 604. My proponujemy zasiłek drożyźniany z pieniędzy samorządowych. 300 złotych. To jest jedna kolacja – ktoś powiedział. Jak dla kogo, dla niektórych to dziesięć dni życia. Człowiek palący zacznie kupować papierosy, a nie zbierać je z chodników. To jest fenomen, którego nie rozumieją urzędnicy strofujący biednych, że nie mają na rachunki, ale mają na papierosy. To jest dla nich często jedyna radość w życiu. W obozach ludzie chleb oddawali za papierosy. Ktoś, kto nie był w takim stresie i w takiej biedzie nie ma prawa opowiadać o rzucaniu palenia.

Takich biednych, potrzebujących dodatku drożyźnianego nie ma aż tak dużo. Starczy dla nich po te 300 złotych i nie uszkodzi budżetu.

 

Chcesz mi powiedzieć, że dołożysz do minimalnych emerytur, czyli byłym ubekom też?

To są ludzie. Mają nie jeść? Chociaż ich wciąż ten problem nie dotyczy.

Warszawa jest miastem, w którym na siebie krzyczą, trąbią, obsesyjnie się śpieszą. Ta wrogość też wynika ze strachu. Otaczamy się murami i płotami. A my chcemy rozgrodzić Warszawę. Chcemy wprowadzić przepis, że grodzenie byłoby zabronione za wyjątkiem bardzo poważnych uzasadnień. Żeby zlikwidować strach przed biednymi, co jest syndromem Trzeciego Świata, trzeba zlikwidować biedę. Zlikwidowanie ogrodzeń spowoduje, że ludzie zaczną widzieć innych. Do tej pory nie dało się zobaczyć innego człowieka, pędząc z domu do samochodu, z samochodu do pracy i z powrotem przed telewizor.

 

Opowiadasz o zamiarach, a chciałbym jeszcze usłyszeć, skąd weźmiesz na to pieniądze, bo to stały argument: lewacy rozdają, a nie zarabiają.

Miasto to nie firma. Ma duży budżet, wystarczający na potrzeby warszawiaków. My nie jesteśmy szaleni, nie chcemy zakazać rozwoju, powstawania nowych osiedli. Chcemy, żeby w centrum byli ludzie, sklepy i normalne życie, a nie tylko banki i pustka wieczorami. Trzeba stworzyć sieć banków komunalnych, które będą finansować miasta. To są rzeczy, które już gdzieś zrobiono, to działa. Jest problem śmieci, na których można zarabiać. Trzeba zatrzymać prywatyzację miasta. Może trzeba pomyśleć o odkupieniu spółki ciepłowniczej w Warszawie.

 

A jak będzie wyglądała Twoja kampania wyborcza?

Jak zwykle. Pojadę do tej pani, która nie chce wrócić do swojego spalonego mieszkania. Potem zaprowadzę przed Ratusz mieszkańców czterech bloków, którym chcą postawić plombę pod oknami, potem spotkam się z 97-letnią staruszką, byłą więźniarką Pawiaka. Niemcy jej nie zabili, a władzom stolicy może się udać, bo chcą ja usunąć z mieszkania.

 

Bardzo szanuję twoje inicjatywy, ale to nie przebije się nigdzie i nikogo nie będzie obchodziło na tyle, by miało przełożenie na głosy wyborców. Może skupić się na reprywatyzacji?

Montujemy ruch oporu przeciw reprywatyzacji. Żadnych zwrotów – w naturze, akcjach, czym tam jeszcze. Koniec, żadnych zwrotów i żadnych wyjątków. Albo to przerwiemy, albo Polska będzie podzielona, ponieważ mnóstwo podmiotów zagranicznych zgłasza swoje roszczenia. Będziemy zbierać podpisy pod projektem ustawy. Myślę, że zbierzemy te 100 000 podpisów. To też będzie kampania wyborcza. Drugim elementem tej kampanii będzie blokowanie eksmisji z budynków reprywatyzowanych.

Chętnie stanę do publicznej debaty z Patrykiem Jakim i Rafałem Trzaskowskim na tematy społeczne. Oni przegrają. Jeżeli ludzie na mnie zagłosują, to będą mieli pewność, że ktoś się nimi zajmie. Jak na innych – tej pewności nie będą mieli. To kwestia wiarygodności. I zdecydowania.

 

A co mówią sondaże?

– One mówią, że mam niewielkie szanse. 2-3 proc. Otóż większość ludzi nie wie o tym, że kandyduję. Jak się dowiedzą, to te sondaże będą dużo lepsze.

 

Czego życzę. Dziękuje za rozmowę.

Kobiety lewicy

Budującą wiadomością jest fakt, że w najbliższych wyborach samorządowych Sojusz Lewicy Demokratycznej postanowił przystąpić do koalicji z Inicjatywą Feministyczną.

 

To w jej działaczkach oraz działaczkach Forum Równych Szans i Praw Kobiet upatruję nadziei na silny blok kobiet w najbliższej kadencji Sejmu.

 

Czego nam trzeba?

Zacznę od osobistej refleksji: z Kongresem Kobiet mam niejaki problem. Mój problem polega głównie na tym, że od lat impreza ta kojarzona jest gównie ze środowiskiem neoliberalnym i wśród krytyków oraz krytyczek nazywana jest „kongresem bogatych kobiet”. Jego twarzą niezmiennie jest Henryka Bochniarz, swego czasu piewczyni umów cywilnoprawnych, osoba dyplomatycznie rzecz traktując nie będąca ulubienicą aktywistek walczących o prawa pracownicze. U jej boku stoi zwykle prof. Magdalena Środa – ceniona przez środowisko akademickie i w warstwie światopoglądowej feministka pełną gębą, lecz również kojarzona z neoliberalnymi poglądami (jak się okazuje po awanturze z ochroniarkami, która przetoczyła się przez media – skojarzenia te okazały się najzupełniej prawidłowe).
Od jakiegoś czasu jednak – i dało się to zaobserwować podczas X, jubileuszowego Kongresu w Łodzi – na wydarzeniu pojawiają się kobiety reprezentujące różne środowiska, niekoniecznie związane z Platformą Obywatelską czy przedsiębiorczynie, albo też pierwsze damy, co także traktować można w kategoriach przywileju (Jolanta Kwaśniewska, Anna Komorowska).
W tym roku w Łodzi zobaczyć na kongresie można było Manuelę Gretkowską, założycielkę najpierw Partii Kobiet, a potem Inicjatywy Feministycznej, a także Martę Lempart, zasłużoną dla rozwoju edukacji seksualnej w Polsce, liderkę Ogólnopolskiego Strajku Kobietznaną z Czarnych Protestów.
Zaproszono również Oxanę Lytvynenko – Ukrainkę z Torunia, która podczas ostatniego Czarnego Piątku w Warszawie zabrała głos w sprawie dyskryminacji. „Kobiety, obcokrajowcy, ateiści są w Polsce dyskryminowani. Moje dziecko boi się zadzwonić do mnie w autobusie i mówić w naszym języku” – mówiła w Warszawie, a w Łodzi mówiła: „Jestem Ukrainką i chcę powiedzieć, że z Ukraińcami nie trzeba sobie radzić. Radzić trzeba sobie z ksenofobią. Z tym będę walczyć i proszę o wsparcie, bo to służy Polsce”.
Pojawiła się również Iwona Hartwich – uznana za liderkę sejmowego protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych. Ona z kolei opowiedziała o okupacji Sejmu:
„Wszyscy już chyba wiedzą, że PiS kłamie. Powiedziano, że wielokrotnym gościem na spotkaniach naszych i strony rządowej był premier Morawiecki. To nie jest prawda”.
To cenne twarze, które pozwoliły kongresowi nieco „zejść na ziemię” i otworzyć się na wyborczynie z różnych kręgów społecznych – również tych „niewidzialnych” dla organizatorek z klasy średniej. Tak właśnie widzę platformę porozumienia kobiet lewicy w Polsce. Główne postulaty, pod którymi ja osobiście podpisałabym się głosem wrzuconym do urny to:
• zapobieganie ubóstwu kobiet, aktywizacja zawodowa, walka z bezrobociem
• walka ze stereotypami dotyczącymi ról płciowych, edukacja równościowa, antydyskryminacyjna, rzetelna edukacja seksualna
• liberalizacja prawa aborcyjnego
• włączenie do emerytury nieodpłatnej pracy kobiet w domu
• wprowadzenie programów opieki zdrowotnej dedykowanych kobietom
• wspieranie firm przyjaznych matkom

 

W czyjej to jest mocy?

Inicjatywa Feministyczna – powstała w 2007 na „gruzach” Partii Kobiet. Jej inicjatorką jest Manuela Gretkowska, współtworzył ją również Wiktor Osiatyński. Inicjatywa łączy (co według mnie jest ogromną zaletą) dwie frakcje: społeczną i liberalną. Należy odnotować, że kładzie nacisk na pomoc samotnym matkom, ofiarom gwałtu, domaga się pełnej refundacji antykoncepcji.
W tej chwili znalazła się w koalicji SLD Lewica Razem.
Postulaty Inicjatywy idą w parze z postulatami Forum Równych Szans i Praw Kobiet. Tu wyróżniającymi się postaciami działaczek niewątpliwe są przewodnicząca Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz Anna Mackiewicz.
Pierwsza z nich specjalizuje się w lokalnej partycypacji wyborczej kobiet – bez oddolnej ich aktywizacji trudno mówić o kształtowaniu skutecznej polityki prokobiecej. Pani prof. Niewiadomska-Cudak jako wiceprzewodnicząca Rady Miasta działa na terenie Łodzi i jej aglomeracji: wyciąga z cienia kobiety, które zajmują się ciekawymi inicjatywami (vide wydarzenie „Kobieta niezwykła”), wyciąga rękę do tych, które potrzebują wsparcia od samorządu („Łodzianka w potrzebie”). Zorganizowała na euro 2012 lokalną strefę kibicki, ale również z okazji 100-lecia uzyskania praw wyborczych wyszła z inicjatywą, aby łódzkie ulice nazywać kobiecymi imionami i nazwiskami.
Pani Anna Mackiewicz, działaczka bydgoskiego SLD i – jak donoszą media – kandydatka na prezydenta miasta, z którą miałam przyjemność robić nawet wywiad dla „Dziennika Trybuna”, również lokalnie zajmuje się problemami kobiet, ale zna też od podszewki problemy nauczycieli (sama uczy matematyki). Działa w ZNP, ale też prowadziła liczne warsztaty dotyczące praw kobiet i samorządności.
Na naszym terenie, na Mazowszu, mamy Katarzynę Piekarską, która mogłaby być twarzą kobiecego ruchu w Warszawie. Od lat sprzeciwia się ograniczaniu praw kobiet przez PiS. Tu ciekawostka – sama była pacjentką prof. Chazana i ma z nim negatywne doświadczenia.
Do „zagospodarowania” jest też w Warszawie rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska.
Forum Równych Szans i Praw Kobiet ma też wiele innych zasłużonych działaczek z regionów. Kiedy połączy siły z Inicjatywą Feministyczną, rzeczywiście kobiecy głos ma szansę przebić się w parlamencie.

 

Kto jeszcze?

Z cennych postaci kobiet aktywnie angażujących się w sprawy lewicy, mogę wymienić przede wszystkim znane nazwiska, które znam z działalności w Warszawie. Z pewnością z korzyścią dla SLD byłoby nawiązać współpracę z Barbarą Nowacką (choć ona zdaje się jest bardziej zaangażowana we współdziałanie z nowym kołem poselskim Ryszarda Petru: Liberalno-Społeczni). Razem zamierzają zbierać podpisy pod ustawą o świeckim państwie. Dalej jest Agata Nosal-Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej i niezastąpiona Ewa Andruszkiewicz ze społecznej rady działającej przy komisji reprywatyzacyjnej w Warszawie, wieloletnia dziennikarka i działaczka społeczna. Kobiety Razem z Sojuszem tworzą koalicje regionalne, w Warszawie jednak niekoniecznie. Z pewnością jednak na obszarze praw kobiet łakomym kąskiem do pozyskania są Justyna Samolińska i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Niniejszy tekst stanowił wstęp do dyskusji podczas spotkania Klubu Miłośników Prasy Lewicowej w Łodzi 25 czerwca 2018, na który zostałam zaproszona.

Przywódca „całej” lewicy? Kiepski pomysł

Poproszono mnie, abym zastanowiła się, kogo widziałabym na stanowisku „szefa wszystkich szefów” na lewicy. Moim zdaniem potrzebny jest tandem, o ile nie trójka przywódców.

 

Lewica przede wszystkim nie jest jednorodna i nie ma co zaklinać rzeczywistości. Skuteczny działacz społecznie niekoniecznie jest dobrym politykiem, co pokazuje przykład Piotra Ikonowicza. Lider RSS od podszewki zna problemy lokatorskie Warszawy. Jako specjalista w tym temacie, byłby niewątpliwie cennym nabytkiem np. dla warszawskiego ratusza. Widać jednak wyraźnie, że pomimo ambicji politycznych, jakie RSS przejawia, Ikonowicz brzydzi się polityką sensu stricto. Na lidera „całej” lewicy w Polsce jest zbyt pryncypialny.
Pod bokiem RSS wyrosło wielu młodych działaczy zajmujących się lokatorami i reprywatyzacją (mamy tu Katarzynę Matuszewską, Piotra Ciszewskiego, prawniczkę Beatę Siemieniako – oni na współpracę polityczną z Sojuszem nie zapatrują się pozytywnie, jednak popierają bezpośrednie inicjatywy na rzecz pomocy eksmitowanym i nękanym przez czyścicieli).
Lewica, pragnąc szerokiego poparcia, musi przedstawić ofertę korzystną również dla liberalnego wyborcy – na przykład tego wypychanego z konieczności na działalność jednoosobową. Do tego elektoratu przemówiłby Włodzimierz Czarzasty, Andrzej Rozenek czy Ryszard Kalisz. Bogusław Liberadzki, Wincenty Elsner czy prof. Jerzy Kochan reprezentować by mogli „akademicką”, często teoretyzującą frakcję, odpowiadać za przygotowanie programowe. Janusz Zemke z kolei zajmuje się środowiskami mundurowymi, które zna jak własną kieszeń.
Grupę działaczek na rzecz praw kobiet również mamy na scenie lewicowej silną – nie tylko w Sojuszu, jeżeli więc miałby zawiązać się jakiś reprezentacyjny obóz, z pewnością ta część stanowiłaby ważny element jego działalności.
Idea „niehierarchiczna” czyli wielu liderów – to może nieco idealistyczny, choć dla mnie osobiście przekonujący koncept. Próbowała wdrożyć go Partia Razem, niestety w ostatnim czasie wyraźnie widzimy, że stołek „lidera” zajmuje sam Adrian Zandberg. Tymczasem na podzielonej lewicy to mogłoby się sprawdzić.
Potrzebne jest wzmocnienie frakcji propracowniczej (tu kłania się wieloletni działacz związkowy Piotr Szumlewicz), ale też i skrzydła liberalnego, kładącego nacisk na świeckość państwa, sprawy światopoglądowe, równościowe, ekologiczne. Nie do przecenienia jest tu współpraca z działaczami i działaczkami Zielonych.
Lewica, która nie może pogodzić się w warstwie ideologicznej, powinna zawiązać koło współpracy grup specjalistów i specjalistek. Reprezentację zostawić zaś politykowi z krwi i kości, który ma siłę przebicia i nie boi się parlamentarnych targów. Taką osobą jest właśnie Adrian Zandberg, a dla sojuszu – Andrzej Rozenek.

Głos lewicy

Kandydat, który łączy

– To bardzo przemyślana kandydatura – stwierdziła w Polskim Radiu 24 Anna Maria Żukowska.
Rzeczniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej podkreśliła w Polskim Radiu 24, że „to nie była łatwa decyzja, również dla Pana Andrzeja Celińskiego”. – Dziękujemy mu, że się zdecydował. Andrzej Celiński nie jest członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ani żadnego z ugrupowań koalicyjnych. Jest osobą, która jest w stanie połączyć bardzo wiele nurtów lewicowych – powiedziała.
Zdaniem Żukowskiej Andrzej Celiński „identyfikuje się z programem SLD i programem koalicji, a jego naczelną linią w kampanii jest to, żeby przybliżyć Warszawę mieszkankom i mieszkańcom, aby uspołecznić podejmowanie decyzji”. – W tej chwili budżety partycypacyjne są fikcją, bo są przegłosowywane jakieś decyzje, a potem się okazuje, że z przyczyn ideologicznych czy doktrynalnych rada miasta nie chce zrealizować tego projektu, który wygrał – stwierdziła.

Wygram te wybory

– Z pewnością tych wyborów nie wygra Patryk Jaki. Nie sądzę, żeby było możliwe zamknięcie tego miasta w jakichś klaustrofobicznych klimatach zaprzeczających całej historii tego nieprawdopodobnego miasta – powiedział Andrzej Celiński w Radiu RMF FM. – Wtedy kiedy do wyborów w II turze stanie Jaki i ja lub też Trzaskowski i ja to wygram te wybory – zapowiedział kandydat na prezydenta Warszawy.
– Dlaczego? Ponieważ bardziej łączę rozmaitych wyborców, aniżeli którykolwiek z nich. Poprą mnie ludzie, dla których kwestie publiczne Warszawy, a nie partyjne, są istotniejsze – ocenił Celiński.

Czego potrzebuje Warszawa

– SLD wchodzi do gry o prezydenturę Warszawy z wysokiego C, kandydatem komitetu SLD – Lewica Razem będzie Andrzej Celiński – oświadczył Sebastian Wierzbicki, przewodniczący stołecznego Sojuszu podczas konferencji prasowej na warszawskim pl. Zamkowym 21 czerwca 2018 r. – Wczoraj Rada Warszawy SLD podjęła jednogłośną decyzję o poparciu tej kandydatury – dodał.

Koalicja SLD – Lewica Razem

W poniedziałek 18 czerwca 2018 roku doszło do bezprecedensowego, z punktu widzenia udziału różnych nurtów lewicy, spotkania, które zapoczątkowuje budowę demokratycznej, partnerskiej koalicji na najbliższe wybory samorządowe i europejskie, z perspektywą na parlamentarne i prezydenckie.

 

Ruch ten przypomina wydarzenie o podobnym charakterze z dnia 9 lipca 1991 roku. Wówczas podjęto decyzję o utworzeniu działającej przez kilka lat koalicji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Głównymi jej podmiotami od momentu powstania były partie: Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP) oraz organizacje społeczne i związki zawodowe: Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP), Demokratyczna Unia Kobiet, Komitet Obrony Bezrobotnych i organizacje lokalne.
Ówczesne SLD było strukturą demokratyczną. W ciągu kilku lat uległo rozszerzeniu o nowopowstające partie i organizacje lewicowe i postępowe. W roku 1997 liczyło 33 podmioty. W roku 1999 koalicja przekształciła się w partię polityczną SLD. Kilka ugrupowań, m.in. PPS nie skorzystało z oferty samolikwidacji i wejścia w struktury nowej partii. Ta przez 15 lat odgrywała znaczącą, choć jednocześnie słabnącą w ostatnim okresie rolę, na polskiej scenie politycznej.
Przypomnienie tych faktów jest o tyle ważne, że przybliża nam doświadczenia, które polska lewica, jako całość zdobywała w okresie od początku transformacji ustrojowej rozpoczętej w roku 1990.
Podpisane porozumienie zapowiada powołanie Koalicyjnego Komitetu Wyborczego SLD – Lewica Razem. Komitet ma perspektywę przynajmniej kilkuletnią: w roku 2018 – wybory samorządowe, w roku 2019 – wybory europejskie i parlamentarne, a w roku 2020 – wybory prezydenckie.
Na tle tych informacji rodzi się pytanie, czy polska lewica wyczerpała swoje możliwości i siły pozwalające rządzić krajem, lub uczestniczyć w układzie większej koalicji w rządzeniu. Celem każdej partii politycznej jest bowiem sprawowanie władzy i zmienianie rzeczywistości w oparciu o swoje wartości ideowe i program działania.
Na pewno mamy dziś do czynienia z próbą ograniczenia degradacji wartości lewicowych i roztopieniu się ich w neoliberalnej papce, która podawana jest każdego dnia obywatelom przez usłużne media. Na pewno mamy do czynienia z podjęciem walki o nowy kształt sceny politycznej zapewniającej minimum demokracji i realizowania praw obywatelskich. W ostatnich latach było wyraźne dążenie do stworzenia dwubiegunowej sceny politycznej, na której rozgrywkę przed nieświadomą publicznością toczyli chłopcy z tego samego podwórka. Wejście odnowionej, zjednoczonej lewicy to nowy element na tym boisku. Jeśli będzie ona w stanie zachować własną tożsamość i wyznaczone cele, to ma szansę znaleźć sobie dobre miejsce i wpływać na rozwój kraju wg swoich wartości.
W ostatnich latach znaczna część lewicy przemawiała głosem środowisk realizujących liberalną wersję demokracji i neoliberalną wersję gospodarki. Realizowała tym samym nie swój program, roztapiając się w ogólnym samozadowoleniu elit posierpniowych. Porażka w wyborach parlamentarnych w 2015 roku była poważnym ostrzeżeniem, które, jak można sądzić, zostało właściwie zrozumiane. Wcześniej było wiele ostrzeżeń ze strony m.in. środowisk socjalistycznych, które nie akceptowały tej drogi rozwoju, którą wybrano wbrew zapisom Konstytucji z 1997 roku, wyłącznie w myśl interesów korporacji i banków. Socjaliści, co trzeba przypomnieć, mówili o zapisie konstytucyjnym dotyczącym sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarki rynkowej. Wbrew temu na całego szedł program powszechnej prywatyzacji i ograniczenie zdobyczy socjalnych ludzi pracy.
Ostatnią szansą na zrozumienie przez lewicę swojej unikalnej w obecnych warunkach roli był II Kongres Lewicy zorganizowany jesienią 2016 roku, który przyjął uchwałę stawiającą jasno powinności lewicy wobec świata pracy i kierunków rozwoju kraju. Czytamy w niej m.in.: „Współczesna polska i międzynarodowa lewica właściwie rozumie zachodzące na naszych oczach zjawiska i procesy, ale powinna wypracować racjonalne propozycje teoretyczne i programowe ws. modernizacji i rozwoju – w myśl wyznawanych wartości ideowych. Idee wypływające z zasad dobra człowieka i sprawiedliwości społecznej mają prawo do istnienia na równi z innymi, konkurencyjnymi systemami wartości. Lewica powinna zdecydowanie i nieprzerwanie walczyć o urzeczywistnienie wyznawanych zasad”.
To, że w gronie partii i organizacji, które podpisały deklarację Koalicji SLD – Lewica Razem stanęli wszyscy uczestnicy II Kongresu Lewicy świadczy, że jego uchwały i postanowienia żyją w myśli politycznej lewicy. Ważne jest aby tę myśl rozwijać, budować na niej założenia programowe będące alternatywą dla neoliberalnej i konserwatywnej prawicy, która zawładnęła Polską.

Trzeba nam Paktu dla demokracji

Wystąpienie na XIII Zjeździe Towarzystwa Kultury Świeckiej z 2 czerwca 2018 r.

 

Kończąca się kadencja władz naszego Towarzystwa przypadła na bardzo trudny, zły okres w najnowszej historii Polski. Wygrane przez „Prawo i Sprawiedliwość” wybory prezydenckie i parlamentarne 2015 roku otworzyły drogę do stopniowego dewastowania demokracji i rządów prawa, do wprowadzania w Polsce tego, co nazwałem „nowym autorytaryzmem” („Strategia lewicy i nowy autorytaryzm”, Myśl Socjaldemokratyczna, nr.2, 2017).
To, co nazywam „nowym autorytaryzmem” bywa w literaturze politologicznej nazywane rozmaicie, między innymi „elektoralnym autorytaryzmem”, „nieliberalną demokracją”, „delegacyjną demokracją”. Od tradycyjnego autorytaryzmu – bardzo powszechnego w latach międzywojennych, ale występującego także po drugiej wojnie światowej (zwłaszcza w wielu państwach Ameryki Łacińskiej i w większości pokolonialnych państw Azji i Afryki) nowy autorytaryzm różni się przede wszystkim trzema cechami. Po pierwsze: nie jest on wynikiem dokonanego przemocą przewrotu, lecz dochodzi do skutku w drodze pokojowej, wskutek wygranych przez ugrupowanie autorytarne wyborów. Po drugie: rządzący potwierdzają swój mandat polityczny wygrywając kolejne wybory, w których uczestniczy opozycja. Po trzecie: sprawując władzę autorytarni przywódcy unikają stosowania na masową skalę represji i dopuszczają funkcjonowanie opozycyjnych partii oraz niezależnych (niepublicznych) środków przekazu. Pod tym trzecim względem wyjątkiem jest Turcja, gdzie po nieudanym wojskowym zamachu stanu (w lipcu 2016 r.) rozpętano istną orgię represji politycznych.
Czy Polska stała się już państwem autorytarnym? Nie ulega wątpliwości, ze w ostatnich latach dokonał się w Polsce bardzo znaczący proces odchodzenia od demokracji. Notoryczne naruszanie Konstytucji doprowadziło do upartyjnienia Trybunału Konstytucyjnego i do bardzo znacznego, choć jeszcze nie w pełni zrealizowanego podporządkowania prokuratury i sądów czynnikowi politycznemu w osobie ministra sprawiedliwości i zarazem prokuratora generalnego. W Sejmie ograniczona do minimum jest rola opozycji. W kraju szerzy się tolerowany a nawet wspierany przez rządzących agresywny nacjonalizm. Hierarchia Kościoła Katolickiego wywiera nacisk na coraz dalej idące przekształcanie państwa w kierunku fundamentalizmu katolickiego, czego najbardziej widocznym przejawem jest dążenie do zaostrzenia i tak bardzo restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego. Dzieje się to w czasie, gdy nawet Irlandia ( w ostatnim referendum) odchodzi od politycznie i prawnie sankcjonowanego fundamentalizmu w sprawie prawa kobiet do decydowania o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży. Wszystko to w pełni uzasadnia nasz sprzeciw wobec kierunku, w jakim idą sprawy w naszym kraju. Czy jednak uzasadnione jest przekonanie, że wszystko już jest stracone, że czeka nas długa noc prawicowych rządów autorytarnych?
Wbrew opiniom wielu publicystów, a nawet niektórych prawników, jestem zdania, że nasz kraj znajduje się dopiero w procesie przechodzenia do systemu autorytarnego i że proces ten nie musi doprowadzić do ustabilizowania się takiego systemu. Wszystko zależy od tego, czy kolejne wybory mające się odbyć w latach 2018-2020 – samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie – pozwolą Prawu i Sprawiedliwości utrzymać i skonsolidować zdobytą trzy lata temu władzę. Dlatego uważam, że będą to najważniejsze od 1989 roku wybory a od ich wyniku zależeć będzie przyszłość Polski na bardzo wiele lat – być może na pokolenia.
W porównaniu z takimi neoautorytarnymi państwami, jak Rosja, Turcja, Węgry czy Białoruś, polski autorytaryzm odznacza się czterema cechami, które łącznie powodują, iż jego przyszłość nie jest pewna.
Po pierwsze: w opinii publicznej partia rządząca nie ma druzgoczącej przewagi nad opozycją. Wszystkie sondaże wskazują na to, że łączne poparcie dla ugrupowań opozycyjnych jest równie lub nieco wyższe niż poparcie dla PiS i jego akolitów. Partia rządząca w Polsce może jedynie marzyć o takiej przewadze, jaką nad rywalami mają „Jedyna Rosja”. Fidesz czy turecka AKP.
Po drugie: przywódca partii rządzącej jest jednym z najbardziej niepopularnych polityków polskich i – inaczej niż Putin, Erdoğan, Orbán czy Łukaszenka – nie stanowi wartości dodanej dla swej partii, lecz jest jej obciążeniem. Niezależnie od obecnej choroby Jarosława Kaczyńskiego oczywiste jest, że jego przywództwo raczej osłabia niż wzmacnia szanse PiS na dalsze rządzenie Polską.
Po trzecie: wyczerpały się możliwości realizowania przez PiS obietnic socjalnych, które pomogły mu wygrać wybory. Ostatni protest rodzin osób niepełnosprawnych i sposób reagowania rządu na ten protest pokazały dobitnie, że nieprawdziwe były przechwałki polityków PiS, iż pod ich rządami nie będzie rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Należy oczekiwać dalszych protestów grup, które czują się pominięte w polityce socjalnej prowadzonej przez PiS. Poczucie rozczarowania pogłębia to, że wbrew swym własnym zapowiedzią PiS uprawia na wielką skalę praktykę bardzo hojnego nagradzania swoich i nepotycznego obsadzania stanowisk państwowych ludźmi, których jedyną zasługą jest polityczna lojalność.
Po czwarte: Polska znajduje się w otoczeniu międzynarodowym, które nie sprzyja konsolidacji systemu autorytarnego. Unia Europejska jest rodziną państw demokratycznych, a ogromna większość Polaków wysoko sobie ceni nasze miejsce w tej strukturze. Im bardziej konsekwentna będzie UE w obronie rządów prawa w Polsce, tym trudniej będzie spychać Polskę w koleiny nowego autorytaryzmu.
Wszystko to nie znaczy jednak, by zahamowanie groźnej tendencji autorytarnej było łatwe i proste. Opozycja jest podzielona, gdyż w jej skład wchodzi konserwatywna w swej większości Platforma Obywatelska, liberalna i wyraźnie osłabiona „Nowoczesna”, wciąż liczące się – zwłaszcza na wsi – Polskie Stronnictwo Ludowe i podzielona na kilka ugrupowań lewica, której główną siłą jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ludzie lewicy mają, co podzielam, liczne i w pełni uzasadnione żale do Platformy Obywatelskiej. Padają nawet stwierdzenia, że wybór między PiS i PO to wybór „między dżumą i cholerą”. Rozumiem to stanowisko, ale z nim już kilkakrotnie publicznie polemizowałem. Uważam bowiem, że w obliczu niebezpieczeństwa, jakim dla Polski jest umocnienie się autorytarnego kursu politycznego, sprawą najważniejsza jest odsunięcie PiS od władzy. Może tego dokonać jedynie taka opozycja, która zdecyduje się odłożyć na później dzielące ją różnice i przeciwstawić obozowi rządzącemu PAKT DLA DEMOKRACJI.
Konieczność takiego paktu wynika z obowiązujących ordynacji wyborczych, które dają wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. Strategia wyborcza opozycji w nadchodzących wyborach musi być dostosowana do trzech sposobów ustalania wyników wyborów: proporcjonalnego, zwykłą większością i większością bezwzględną.
W wyborach proporcjonalnych do Sejmu i do sejmików wojewódzkich podział mandatów dokonuje się metodą d’Hondta, która daje wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. To dlatego w 2015 roku PiS zdobywając 37 proc. głosów uzyskał bezwzględną większość mandatów w Sejmie. By zapobiec powtórzeniu się takiej sytuacji, opozycja powinna wystawiać wspólne listy kandydatów do sejmików a następnie do Sejmu. Trzeba pamiętać, że polska ordynacja nakłada na wyborcę obowiązek wskazania osoby, której oddaje swój głos, co pozwala na przykład ludziom lewicy tak głosować, by ich głosy zapewniły lewicy odpowiednią do jej wpływów reprezentację.
W wyborach dokonywanych zwykłą większością (tak głosujemy w wyborach senatorów) opozycja musi porozumieć się i wystawić po jednym wspólnym kandydacie w każdym okręgu, gdyż w przeciwnym razie może powtórzyć się wielki sukces, jaki PiS odniósł w wyborach do Senatu w 2015 roku.
Inna natomiast jest logika wyborów bezwzględną większością (wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast oraz prezydent RP), gdzie najczęściej o wyniku decyduje druga tura. W tych wyborach ma sens wystawianie osobnych kandydatów poszczególnych ugrupowań opozycyjnych, przy założeniu jednak, że wszystkie te ugrupowania zobowiążą się do poparcia w drugiej turze tego kandydata opozycji, który do niej wejdzie.
Słowo o sytuacji lewicy. Sytuacja ta jest nadal źródłem naszego wielkiego rozczarowania. Jakże daleko odeszliśmy od czasów wielkich sukcesów wyborczych lewicy w latach 1993-2001! Wprawdzie Sojusz Lewicy Demokratycznej ostatnio skutecznie odrabia straty spowodowane między innymi błędną polityką kilku poprzednich lat (z bezsensowną decyzją o wystawieniu niepoważnej kandydatury w wyborach prezydenckich 2015 roku na czele), ale jest to wciąż bardzo dalekie od dawnej pozycji tego ugrupowania. Część ludzi lewicy (w tym zwłaszcza partia Razem) zachowuje się tak, jakby ich największym przeciwnikiem był SLD. Powinniśmy domagać się od wszystkich ugrupowań lewicowych stworzenia wspólnego frontu w walce o demokratyczne, tolerancyjne i świeckie państwo.
Ruch laicki nie jest partią polityczną. Jego znaczenie polega nie na tym, że pociąga za sobą setki tysięcy wyborców, lecz na tym, że jest piastunem i wyrazicielem ważnej tradycji postępowej myśli politycznej i społecznej. Tę rolę spełniamy dobrze i będziemy szli tą drogą w trudnych latach, które są przed nami.