Głos lewicy

650 tysięcy plus

W 2016 r. z budżetu państwa na pomoc dla kapitalistów przeznaczono 24,5 mld zł (Raport o pomocy publicznej w Polsce udzielonej przedsiębiorcom w 2016 roku), to więcej niż koszt programu 500+, na który w tym samym roku przeznaczono 22 mld zł. Liczba beneficjentów, którzy otrzymali pomoc wyniosła 37,7 tys., średnio jeden kapitalistyczny beneficjent otrzymał pomoc w wysokości 652 tys. zł.
W 2016 r. wpływy do budżetu państwa z podatku CIT wyniosły prawie 34 mld zł, zważywszy na to, że nie każdy kto płaci CIT jest kapitalistą (np. większość jednoosobowych działalności gospodarczych), można powiedzieć, że większość podatku CIT odprowadzanego przez kapitalistów do budżetu państwa (co najmniej 73 proc.), wraca do nich z powrotem pod postacią publicznej pomocy w różnych formach.
Kapitaliści nie dokładają się do niczego i są jednym z największych obciążeń dla budżetu państwa. Do tego jeszcze można dodać, że PiS hojniej dotuje prywatny biznes niż poprzedni liberalny rząd. PO w 2012 r. obdarowało kapitalistów kwotą 21,8 mld zł, w 2013 r. – 22,1 mld zł, w 2014 r. 26 mld zł, w 2015 r. 20,9 mld zł. W latach 2012-2016 prywatny biznes łącznie otrzymał w prezencie od państwa 115,3 mld zł. Można przypuszczać, że od początku transformacji gospodarczej kapitaliści otrzymali od państwa grubo ponad 1 bln złotych.
To wyliczenia Dawida Kańskiego dla portalu Socjalizm Teraz.

 

Koalicjanci koalicji

Publicysta Łukasz Moll analizuje na Fb najnowsze sondaże:
Na ten moment we wszystkich analizach sondażowych partia Biedronia, SLD i Razem, także PSL, traktowane są jako przystawki Koalicji Obywatelskiej (PO, Nowoczesna, Nowacka). I to jest rola zupełnie beznadziejna. Ale sondaże pokazują też to, o czym już pisałem: pojawienie się partii Biedronia nie tylko wzmacnia siłę opozycji, ale też zmienia w niej rozkład sił (wzmacnia lewicę). Trudno powiedzieć, który scenariusz dla lewicy (przystawka liberałów czy nowy hegemon na opozycji) weźmie górę. Za to łatwo popełnić albo błąd naiwności, przystępując zbyt pochopnie do sympatyków Biedronia (jeśli miałoby się okazać, że wygra opcja „przystawkowa”), albo błąd zaniechania, lądując po stronie jego krytyków, widzących w nim tylko kogoś, kto pomaga neoliberałom przegrupować siły. To jest chyba ten moment w polityce, kiedy racjonalne kalkulacje wyczerpują się, a uzupełnia je moment wiary. Ja go w sobie nie mam, ale wierzę, że to właśnie taki moment.

Czarna dziura w centrum

Platforma Obywatelska jest partią dużą i nawykłą do rządzenia. Dlatego teraz przeżywa taką traumę. Nie jest partią zbytnio przywiązaną do swoich przekonań. Dlatego też dla wielu osób, także zbytnio do nich (poglądów) nie przywiązanych lub ich nie posiadających, bardzo wygodną. Taka duża partia działa na słabe jednostki jak czarna dziura w kosmosie. Wsysa je do siebie, a one po tym już nie mają szans na samodzielny byt polityczny i nie są w stanie wyrwać się z tej magmy bezideowości. Tak stało się z wieloma osobami, które zostały zwabione do PO i tam miały zachować swoją lewicową tożsamość. Nic takiego się nie stało.
Oto dawno, dawno temu europasłanka Hibner przeszła z SLD do PO. Podobnie było z posłem Rosatim. Przeszedł do PO z SLD poseł Arłukowicz. Czy ze swoją lewicową wrażliwością zawalczył o cokolwiek lewicowego w rządzie PO? Senatorem PO został Grzegorz Napieralski i jest to pewnie jego ostatnia kadencja w parlamencie. Były lider SLD wykopał sobie w PO polityczny grób. Na pogrzeb (polityczny) pewnie nikt nie przyjdzie i nikt nie będzie płakał.
Teraz przyszła kolej na Barbarę Nowacką. Będzie się zapierała, że poniesie w PO kaganek lewicowych idei. Nic z tych rzeczy. Potrzebna jest tylko do przyciągnięcia jej wyborców. Będzie to jednak trudne. Wyborcy Nowackiej to raczej zdeklarowani ludzie lewicy. PO tych chwiejnych wyborców na lewicy już dawno podkupiła. Nowacka będzie się także zapierać, że nie jest członkiem PO. Nie ma to większego znaczenia. De facto wpadła w tryby tej partii i co najwyżej może zostać zmielona przez nie i posłuży, jak wielu innych, za polityczny nawóz. PO nigdy nie była blisko lewicy i na pewno nie będzie, ale elektorat lewicy nadal będzie próbowała oszukiwać i podkupywać.
Do elektoratu lewicy nie mam pretensji skoro lewicowe partie nie umieją go do siebie przekonać, to tak się dzieje. Dziwię się naiwności lewicowych polityków. Może jednak oni wcale nie byli lewicowi. Tylko los tak zrządził, że na lewicy się znaleźli. Nie posiadając własnych poglądów dali się wciągnąć bezideowej, czarnej dziurze w politycznym centrum, która nie tylko od lewa, ale i z prawa wciąga wszystko, co popadnie.
W Wrocławiu także były takie przypadki. Słuch po wciągniętych do PO zaginął. Marne srebrniki, dawane chwilowo, nie są żadną zapłatą za utratę twarzy. No, ale twarz i poglądy najpierw trzeba mieć, by móc ją utracić. Tutaj raczej takie przypadki nie wchodziły w rachubę.

Gdy patrzę w twe oczy…

Uważacie, że „Krystyna Janda przebiła Janusza Majcherka”? Och, jak bardzo nie macie racji.

 

„Gdy pochodzący z Niemiec papież Benedykt XVI ubolewał w Auschwitz nad zbrodniami, jakich w imieniu niemieckiego narodu dopuścili się łajdacy, którzy go uwiedli obietnicami wielkości, głosy sprzeciwu odezwały się w samych Niemczech – pisze publicysta na łamach najnowszej „Polityki”. – „Sformułowania o narodzie uwiedzionym przez hochsztaplerów są tam bowiem skompromitowane, a wina całego społeczeństwa i zwykłych Niemców niepodważalna. Nie można uwalniać popleczników, przynajmniej od winy moralnej, a już na pewno politycznej. Popieranie autorytaryzmu także nie pozwala na pozostanie niewinnym”.

Nie bawiąc się w niuanse, autor stawia w jednym rzędzie nazistów, którzy wynieśli do władzy Adolfa Hitlera ze wszystkimi, którzy w 2015 dokonali obrachunku i wyszło im, że to Prawo i Sprawiedliwość, a nie dotychczasowy liberalny establishment odpowiada na ich potrzeby pełniej. W porównaniu z tą malowniczą metaforą, utyskiwania Krystyny Jandy, że na początku lat 90. nie każdy poszedł po rozum do głowy i nie zrobił tak zmyślnej inwestycji, jak ona z domem i teatrem – wydają się dziecięcą igraszką.

W dalszej części tekstu standardowo już dziwi się Janusz Majcherek, że lewica jest lewicą i jako taka z definicji przyjmuje punkt widzenia słabszych/pozbawionych głosu/uciskanych/ mniejszości. Działaczy, którzy próbują cofnąć się do pierwotnych założeń socjalizmu i skierować swoją ofertę do potrzebujących, diagnozuje jako takich, co nie oparli się „pokusie schlebiania tym wyborcom i uwalniania ich od winy za demolowanie instytucji państwa przez PiS”. Wycofuje się jednak zwinnie z konkretnych odpowiedzi i wskazówek, kończąc swój felieton ogólnikowym stwierdzeniem, że „kto głosował na PiS i nadal aprobuje jego poczynania, ten ponosi współodpowiedzialność za ich przebieg i skutki” i że nie należy przymykać na to oczu w imię źle pojętej ludomanii. Czyli co? Zrobić przegląd do piątego pokolenia wstecz, na kogo wrzucali głos do urny, wzywać ich przed trybunały?

Wiem, co chciał zasygnalizować Janusz Majcherek. Że PiS, oprócz swojej oferty „bytowej” przedstawia również atrakcyjną ofertę z zakresu nienawiści. I tak, to istotnie element systemu sterowania wyborcami, który jedną ręką sypie grosz i głaszcze po głowie, a drugą wskazuje na wroga przebranego w ciuszki Tuska, Timmermansa czy Strasznego Muzułmanina ze Wschodu, mówiąc: „to nie jest twój przyjaciel, ale spokojnie, my cię przed nim ochronimy, tylko się nas trzymaj i nie zadawaj pytań”. Czy zasadnym jest mieć pretensję do elektoratu, że nie widzi (albo strategicznie udaje, że nie widzi) grubych nici, którymi szyta jest ta intryga – bez próby dokonania uczciwej analizy źródeł tego zjawiska?

Czy wolno mieć pretensję, że ludzie bombardowani z każdej strony ideologią, ale pozbawieni sensownego dojazdu do szkoły dla dziecka na wózku (którego nie usunęli, bo wcześniej przez dekady wmawiano im, że to grzech), idą tam, gdzie do cholery jest im lżej i w dupie mają przytaczane przez pana Majcherka przykłady, że „autorytarny reżim wcześniej czy później wywołuje swoją działalnością skutki, które boleśnie dotykają również jego popleczników”? Podpowiadam: nie, nie wolno mieć pretensji. Bo zanim autorytarny reżim padnie, Janek skończy już podstawówkę i będzie można wysłać go, żeby sam dojeżdżał do szkoły średniej. O ile będzie chciał do jakiejkolwiek szkoły pójść, bo może w podstawówce tak dano mu popalić, że nie ma ochoty wzorem pani Jandy czytać poezji. Do kogo, jeśli nie do takich ludzi lewica ma kierować swoje propozycje?

Czy wtedy należałoby triumfalnie wystąpić w roli Wielkiego Oświeconego, który przyjedzie do nich z Warszawy czy Krakowa cmokać nad tym, jak bardzo byli głupi? Tylko że ktoś, kto jest głodny, nie będzie czekał na szynkę. Złapie wczorajszą bułkę, którą mu pomachają przed nosem. PiS dobrze o tym wie – i mówi do swoich zmęczonych wyborców słowami Muńka Staszczyka: „gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje”. W tym sensie owszem, panie redaktorze „winę i odpowiedzialność za ekscesy podłej zmiany ponoszą liderzy i aktywiści PiS, ale nie ich zwolennicy”.

Dalej śmieje się Janusz Majcherek z pojęcia „klasismu” i pyta „czy zatem nawet antysemityzm ma być płaszczyzną porozumienia (…)? Czy lewica ma się stać nacjonalistyczna, ksenofobiczna, mizoginiczna, homofobiczna, aby zadośćuczynić swojej nieprzepartej potrzebie zbliżenia do ludu?”. To skrajna nieuczciwość intelektualna, gdyż redaktor dobrze wie, że na te pytania nie ma jednej prostej odpowiedzi ani lewica, ani mądra prawica. Mądra, czyli taka, która wie, że spalenie kukły Żyda, ale i rolnicze wystąpienia w obronie uboju rytualnego czy ferm futrzarskich czy niechęć do LGBT nie leżą na osobnej półce niż problemy bytowe, ale osobno lęki te mogą być podsycane bądź łagodzone. Nie da się wyeliminować tych postaw bez próby zrozumienia, skąd się wzięły. Z wyborcą tkwiącym w szponach uprzedzeń trzeba rozmawiać na zasadzie „nie zgadzam się z tym, co mówisz. Ale nadal cię szanuję”.

Jeszcze słówko o elitach. Wyborcy naprawdę mają w nosie, czy Trzaskowski chadza do filharmonii i czyta po francusku. Fakt ten zyskuje znaczenie dopiero wówczas, kiedy okazuje się, że to etatowy polityczny fircyk krążący od Mazowsza do Małopolski po listach wyborczych, wykrzykujący przy tym, jak wiele sobie sam zawdzięcza.

Na kłopoty – Biedroń?

Czy lewica ma szansę zjednoczyć się pod sztandarem prezydenta Słupska? Tu potrzeba dwóch rzeczy: charyzmy i struktur.

 

Na spotkanie z Robertem Biedroniem we Wrocławiu organizatorzy przygotowali 520 krzeseł.

 

Wszystkie były zajęte

Przyszli byli i aktualni członkowie SLD, Ruchu Palikota i innych środowisk lewicy. Największą grupę stanowili ludzie młodzi, a nawet bardzo młodzi. Bohater spotkania nie wygłosił żadnego credo politycznego.

 

Ograniczył się do roli moderatora

Z takich debat chce stworzyć potem program swojego ruchu. Zabierający głos w dyskusji chcieli, by w Polsce przestali rządzić księża i aby w kraju było normalnie.
Młodzi podnosili przede wszystkim sprawę edukacji politycznej i obywatelskiej w szkole. Ten temat przewijał się ciągle w dyskusji. Było wiele o tolerancji, dobru wspólnym i wzajemnej życzliwości. Czy z tego uda się stworzyć program nowego ruchu? Pewnie nie będzie w nim nic nowego czego nie zapisano w programach lewicowych partii.
Ale skoro będzie firmować go sam Biedroń projekt może się udać.

 

Napisałem „może”

Bo do powstania sprawnej partii potrzebni są dobrzy organizatorzy jej struktur, świadomość u członków, że muszą się podporządkować zasadom życia wewnątrzpartyjnego i mieć świadomość, że partia jest przede wszystkim zgranym zespołem. Wtedy osiąga sukcesy na arenie politycznej. Jeżeli tego Biedroń nie zorganizuje to podzieli los Leppera, Palikota czy Petru. Czego mu nie życzę. Jest jeszcze inna opcja. Może już istniejące partie lewicy zdecydują się na jakieś wspólne projekty z udziałem Roberta Biedronia. Czy jest to możliwe? Osobiście chciałbym, bo tak pokawałkowana, jak dzisiaj, lewica zaczyna mnie osobiście bardzo martwić.

Niczego nie będę przebijał WYWIAD

„Nasze radne i radni zostaną zobowiązani do stosowania zasady: więcej inwestycji w człowieka, mniej inwestycji w infrastrukturę”. Z Włodzimierzem Czarzastym podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy rozmawia Aleksandra Gieracka z Interii.pl (rozmowa we fragmentach).

 

Aleksandra Gieracka, Interia: Na niedzielnej konwencji PiS przedstawił „piątkę” propozycji na wybory samorządowe, Grzegorz Schetyna zapowiedział, że Koalicja Obywatelska zaproponuje w sobotę „sześciopak”. A SLD?

Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD: – Nie ścigam się z nimi, nie ma takiej potrzeby. Nie przedstawię siedmiopaku. Z najnowszych sondaży, przeprowadzonych przez IBRiS wynika, że bez SLD nie będzie możliwości utworzenia koalicji w ośmiu województwach. Cieszę się z tych wyników. Ściganie się o to, kto więcej obieca bez żadnego pokrycia finansowego, kto więcej naopowiada bzdur, nie jest dobrym mechanizmem. Niczego nie będę przebijał.

 

Wokół jakich haseł będzie koncentrowała się kampania SLD?

– Uważamy, że nie ma Polski demokratycznej bez silnego samorządu. PiS może różne rzeczy opowiadać, ale jak można powiedzieć, że tylko samorządy, w których będą rządzili, dostaną wsparcie od rządu, a te, w których nie będą rządzili, nie dostaną? Jakie to jest wyobrażenie o samorządności? PiS ma wizję państwa scentralizowanego, wszystkie sprawy związane ze społeczeństwem obywatelskim mają głęboko w nosie. Nasze radne i radni, którzy zdobędą mandaty, zostaną zobowiązani do stosowania zasady „więcej inwestycji w człowieka, niż w infrastrukturę”.

 

Co konkretnie SLD ma do zaoferowania wyborcom?

– Mamy konwencję 8 września, w sobotę. Wtedy ogłosimy program, jedynki do sejmików i kandydatów na prezydentów.

 

SLD zapowiedziało, że w programie nie będzie wzmianek o krajowej polityce.

– Nie będziemy się odnosili do polityki krajowej, bo to są wybory samorządowe. Jeżeli ktoś wystawia listy w 340 powiatach i w 85 okręgach sejmikowych, to przedstawia też programy w poszczególnych powiatach i województwach. Nie mam jednego programu samorządowego. To, co będzie w poszczególnych powiatach proponowane, to nie jest sprawa partyjnej centrali. Ja nawet nie mam ochoty tego obejmować, bo robią to samorządowcy.

 

Według tygodnika „Wprost”, SLD ma problem ze znalezieniem kandydatów na listy. Działacze w Koszalinie mieli ponoć szukać chętnych do startu na Facebooku.

– „Wprost” ma mniej czytelników niż SLD członków. Głupoty ludzkiej nie ma co komentować.

 

W jakiej formie SLD zamierza w tej kampanii docierać do wyborców?

– Stawiamy na to samo, na co stawiamy od powstania SLD, od 20 lat. Tu się nic nie zmieni.

 

Robert Biedroń „odnowi oblicze polskiej polityki”?

– Niech się rozwija, tworzy struktury. Im więcej Biedronia w polskiej polityce, tym lepiej. Na pewno Biedroń jest lepszy od chadeka Schetyny odświeżonego nowoczesną przyprawą. Trzymamy za niego kciuki. Nie ma wroga na lewicy, jeżeli oczywiście jego program będzie lewicowy.

 

Z Platformą próbowaliście się dogadać przed wyborami i nie wyszło. Nie weszliście do Koalicji Obywatelskiej, nie wystawiliście wspólnego kandydata na prezydenta Warszawy.

– Tam gdzie Platforma była mądra, to wyszło. Mamy wspólną kandydatkę na prezydentkę Łodzi Hannę Zdanowską, która jest z Platformy, mamy kandydata w Lublinie Krzysztofa Żuka, który jest członkiem Platformy, a Platforma dołączyła do naszego kandydata Tadeusza Ferenca w Rzeszowie czy Jacka Sutryka we Wrocławiu. Dogadaliśmy się tam, gdzie Koalicja Obywatelska nie jest pazerna i potrafiła się cofnąć. Paradoksalnie, tam gdzie to nastąpiło, jest szersze porozumienie opozycji. Mogę być partnerem, podmiotem w rozmowach, ale nie będę przedmiotem.

 

Jaki wynik wyborów samorządowych będzie miarą sukcesu SLD?

– Koleżanki i koledzy muszą pracować dzień i noc. Im więcej będą pracowali, tym będzie lepszy. Na rozliczenia przyjdzie czas po wyborach.

 

Całość tekstu na interia.pl

Apel o wspólną walkę Konwencja SLD

„Silny samorząd, demokratyczna Polska” – zorganizowana pod takim hasłem konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz ugrupowań partnerskich nie przyniosła szczególnego zaskoczenia. Mowa była głównie o konieczności zwarcia szyków przez opozycje w obliczu zagrożenia ze strony obecnego obozu władzy oraz konieczności szerokiej współpracy w obrębie samej lewicy.
Zjazd wyborczy Sojuszu został zorganizowany w „czerwonym mieście”, czyli bastionie partii – Dąbrowie Górniczej. Zgromadzenie zainaugurował prezydent tego miasta Zbigniew Podraza. Następnie na mównicy pojawił się przewodniczący Sojuszu Włodzimierz Czarzasty, który w trzech punktach nakreślił to, co jego zdaniem powinno być priorytetem dla przeciwników PiS. – Jak uważacie, że chcemy walczyć o przyszłość naszego kraju, o Polskę demokratyczną, zbierzmy się i ustalmy trzy zasady. Zasada pierwsza: wszyscy pilnujemy uczciwości wyborów samorządowych. Zasada druga: w drugiej turze głosowania wszyscy popieramy osoby z opozycji demokratycznej. Zasada trzecia: zobowiążmy się, że po wyborach samorządowych nie będziemy tworzyć koalicji z PiS-em – mówił Czarzasty. Jeśli chodzi o lewicę, Czarzasty zaznaczył też istotną role Roberta Biedronia, pod warunkiem, że polityk ten sam zdecyduje się na lewicowy program i wyrazi aspiracje do bycia liderem postępowego obozu.
– Chciałbym ciepłe słowa skierować do Roberta Biedronia. Myślimy, Robert, o tobie dobrze. Jeżeli stworzysz program lewicowy i będziesz chciał stanąć na czele ruchu lewicowego, witamy w rodzinie i pomożemy. Ale jeżeli ten program będzie tylko fajny, życzymy ci szczęścia – powiedział lider SLD. Przewodniczący wskazywał też niekonsekwencje w podejściu liberałów do prezydenta Słupska, którzy z jednej strony pokazowo wyciągają do niego rękę, a z drugiej – działają przeciwko niemu. Czarzasty odniósł się również do innych przypadków takiej niekonsekwencji.
– Chcę to usłyszeć od Grzegorza Schetyny. Niech powie, że się zgadza, niech się do tego odniesie. Ale potem będę prosił o uczciwość. Czyli nie będziemy razem z PiS-em głosowali w Słupsku przeciwko Robertowi Biedroniowi, a zrobiliście to. Nie będziemy razem z PiS-em głosowali w Gorlicach przeciw burmistrzowi SLD Rafałowi Kukli, a zrobiliście to – bo czasami PO-PiS jest wam w sercach bliższy, niż to, co macie na ustach – wskazywał lider Sojuszu. Przewodniczący podczas swojego wystąpienia momentami wyraźnie przesadził z koncyliacyjnym gestem. Jego zdaniem w obrębie antypisowskiej koalicji mógłby się również znaleźć Paweł Kukiz. – Zapraszam wszystkich, którzy uważają, że są opozycją, zapraszam również Pawła Kukiza, bo przecież codziennie krytykuje PiS. Podpisz się, bracie, pod takim paktem, przynajmniej będziemy wiedzieli, w co gramy – dodał przewodniczący SLD. – Wszystkie badania przeprowadzone w ostatnim czasie mówi, że jakbyśmy naprawdę uczciwie do tego podeszli, a nie kupując ludzi w tę, albo tamtą stronę, to przynajmniej w sejmikach samorząd nadal będzie samorządem – przekonywał Czarzasty, zaznaczając jednak, co warto podkreślić, że to właśnie Kukiz odpowiada za wprowadzenie do parlamentu polityków kojarzonych z ideologią faszystowską.
Czarzasty zaznaczył, że wybory samorządowe to dobry moment do zaprezentowania lewicowych wartości dla jego partii. – Samorząd jest dla nas bardzo ważny. Nie ma demokracji w Polsce bez silnego samorządu. Wszyscy nasi radni, którzy zostaną radnymi, zostaną zobowiązani, aby bardziej stawiać na człowieka, inwestować w człowieka, pomagać człowiekowi, niż inwestować i infrastrukturę. Jest czas na inwestycje w człowieka i chcemy w naszych programach, poprzez 24 tys. kandydatów, których zgłaszamy, to upowszechniać – zapewnił.
Głos zabrał także Sekretarz Generalny SLD Marcin Kulasek, który mówił o tym z jak dalekiej drogi musiała powrócić jego partia w ostatnim czasie. – To trzy lata trudne dla Polski i trudne dla lewicy. Dzisiaj walczymy nie tylko o naszą obecność w samorządzie, o realizację naszego programu, ale przede wszystkim o demokrację, o rządy prawa, o przerwanie dominacji Prawa i Sprawiedliwości – powiedział.
Na walce z PiS i przywróceniu normalności skupił się kandydat PiS na prezydenta Warszawy Andrzej Rozenek, który zaznaczył, że jego partia nie zabierze Polakom programów socjalnych uruchomionych przez PIS, a jednocześnie zaakcentował inne ważne sprawy. – Oddamy obywatelom poczucie bezpieczeństwa, przywrócimy Polsce zaszczytne miejsce we wspaniałej, zaszczytnej, wielkiej rodzinie europejskiej, zwrócimy wolność i swobodę obywatelską, odbudujemy społeczeństwo obywatelskie i świeckie państwo – deklarował.

Silny samorząd, demokratyczna Polska WYBORY SAMORZĄDOWE

Ponad 24 tys. kandydatów i kandydatek SLD Lewica Razem. Program „Silny samorząd, demokratyczna Polska” to równe szanse w dostępie do usług publicznych: żłobków, przedszkoli, opieki medycznej.

 

– Zgodnie z ostatnimi badaniami preferencji wyborczych w ośmiu sejmikach bez SLD nie będzie można stworzyć koalicji, jeżeli te wyniki się potwierdzą to my będziemy tymi koalicjami zainteresowani. Oczywiście wykluczamy koalicję z PiS-em – oświadczył Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej, która odbyła się w trakcie Forum Ekonomicznej w Krynicy. – Na jedynkach list koalicji SLD Lewica Razem w bardzo wielu miejscach będą tak znane nazwiska jak Jerzego Wendelicha, Tadeusza Iwińskiego, czy też Joanny Senyszyn – poinformował przewodniczący Sojuszu. – Zapowiadałem, że w tych wyborach samorządowych nasza koalicja wystawi 16 000 kandydatek i kandydatów. Myliłem się, do tej pory na naszych listach jest już ponad 24 000 osób – stwierdził Czarzasty i podkreślił, iż jedynie komitety tworzone przez PiS, PSL oraz Platformę Obywatelską będą w stanie dokonać podobnej mobilizacji.
Lider SLD podczas spotkania z dziennikarzami 5 września 2018 r. przypomniał, iż Sojusz współpracuje z Koalicją Obywatelską, ale wyłącznie tam gdzie odbywa się to na zasadach partnerskich. – Robimy to, np. w komitecie wyborczym pani Hanny Zdanowskiej w Łodzi, czy też w komitecie wyborczym pana Krzysztofa Żuka w Lublinie. Zaprosiliśmy do poparcia przez Koalicję Obywatelską pana Jacka Sutryka, który jest naszym oraz pana Rafała Dutkiewicza kandydatem na prezydenta Wrocławia. Zaprosiliśmy do poparcia członka SLD, prezydenta Rzeszowa Tadeusza Ferenca. Zaprosiliśmy naszego od zawsze kandydata na prezydenta Krakowa pana Jacka Majchrowskiego. Udało nam się stworzyć bardzo przyszłościową koalicję w Poznaniu i popieramy tam pana Tomasza Lewandowskiego i robimy to razem z partią Razem, partią Zielonych i z tym co zostanie z Inicjatywy Polskiej – zarysował polityczną mapę Czarzasty. – Idziemy do tych wyborów w dobrych nastrojach, z chęcią do pracy ponad 24 000 kandydatek i kandydatów – podsumował.
Wiceprzewodniczący SLD Krzysztof Gawkowski w Krynicy zachęcał do zapoznania się z ofertą programową koalicji SLD Lewica Razem, która została zawarta pod tytułem „Silny Samorząd, Demokratyczna Polska”. – Pragniemy go adresować do wszystkich grup społecznych, ale musimy podkreślić, iż został on napisany z wyborcami i dla wyborców – obwieścił polityk lewicy. – Jako jedyna partia w Polsce przygotowaliśmy program, gdzie w każdym powiecie naszego kraju rozmawialiśmy z ludźmi i dzięki temu unikamy tematów, które funkcjonują w polityce krajowej – poinformował Gawkowski. – W naszym programie zwracamy uwagę na chodniki, kwestie kultury, elementy związane z życiem seniorów, chcemy mówić o sporcie i edukacji, wskazujemy rozwiązania w kwestiach zdrowia, nie boimy się problemów powiązanych ze smogiem i oczyszczaniem środowiska. Pokazujemy co jest najważniejsze z perspektywy lewicowej i socjaldemokratycznej, takiej, która jest blisko ludzi. W tym programie znajdują się takie elementy jak bezpłatne żłobki i przedszkola dla wszystkich. My nie chcemy dzielić społeczeństwa, uważamy, że wszyscy powinni mieć równe szanse umieścić swoje dziecko w żłobku, czy też w przedszkolu. Jasno mówimy, iż potrzebne jest oddłużenie szpitali. Nieodzowna jest polityka senioralna, pragniemy, aby każdy mógł wykonywać swoje aktywności na emeryturze tak samo, jak czynił to podczas swojej pracy zawodowej. Oferujemy srebrną rewolucję seniorom oraz ich rodzinom. W polityce ochrony środowiska chcemy czytelnych i jasnych zasad, co będzie możliwe poprzez podjęcie uchwał antysmogowych we wszystkich województwach. Proponujemy termomodernizacje wszystkich budynków, które tego potrzebują – wyliczał wiceprzewodniczący Sojuszu. – W naszym programie mówimy o wolnej i demokratycznej Polsce, a samorząd to nie miejsce na politykę – oświadczył.
Krzysztof Gawkowski przypomniał również, iż Sojusz wskazał w Polsce ponad 500 miejsc, które nie powinny były podlegać dekomunizacji. – W każdym województwie, każdym mieście, powiecie, czy też gminie zmienimy nazwy ulic, które zostały poddane dekomunizacji. Przywrócimy również tablice lub też pomniki, które były likwidowane – zapowiedział. – W samorządzie będziemy blisko ludzi, w przeciągu najbliższych 5 tygodni kampanii będzie ten program prezentować w każdej gminie w naszym kraju – zaanonsował.
Pełen werwy szef sztabu wyborczego Marcin Kulasek zachęcał do wyborczej walki. – Już dziś zapraszam 8 września do Zagłębia, do Dąbrowy Górniczej, gdzie odbędzie się inauguracja kampanii SLD Lewica Razem, tam zaprezentujemy nasz program oraz naszych kandydatów do sejmików, jak i na prezydentów, burmistrzów i wójtów – poinformował Kulasek.
Jako kolejna podczas konferencji prasowej głos zabrała Katarzyna Kądziela z Inicjatywy Feministycznej, która to organizacja jest częścią koalicji SLD Lewica Razem. – Nasz program ujawniamy już dziś i nikomu nie każemy czekać. Nasze propozycje uwzględniają perspektywę zarówno kobiet, jak i mężczyzn – stwierdziła polityczka lewicy. – Wpływa ma na to również biologia, kobiety żyją dłużej zatem mamy więcej seniorek, niż seniorów. Kobiety żyją dłużej, a feminizacja ubóstwa to od lat polski problem, a my to w naszych projektach i politykach uwzględniamy – podsumowała Kądziela.

Z liścia

Ja w każdym razie fakt, że śląska pisowska szlampa „potraktowała z liścia” działaczkę Obywateli RP,  traktuję jako moralne przyzwolenie na to, by podobnie traktować wybranych, napotkanych na ulicy pisiorów i pisowskich pachołków.

 

Tym chętniej, że na rozmaitych forach pisowska hołota bije szlampie brawo i prosi o jeszcze, a Pawłowiczówna wezwała wojewodę dolnośląskiego by nie przyjmował dymisji szlampy, która biła „uniesieniu i rozpaczy”. No to co, oni mogą, a ja nie mogę? Przecież żyjemy w wolnym kraju. Jerzy Urban pisał w 1981 roku, że bije po mordzie żonę za noszenie znaczka „Solidarności” i z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać, że czynił słusznie, bo nie ma formacji współczesnej bardziej z ducha tamtej organizacji niż PiS.
I jak dziś widać jak na dłoni, nie Frasyniuk był klasycznym „solidaruchem”, ale takie paniusie jak ta bitna Arendt-Wittchen. PiS nie poczęło się – jak mawiają niektórzy – kilkanaście lat temu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Lecha Kaczyńskiego, lecz w łonie NSZZ „Solidarność”. Ja takich szlamp jak ta Arendt-Wittchen widziałem wtedy na pęczki.

 

Konie Kaliguli i inne aberracje

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, że każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie, można już dostrzec w praktykach władzy pisowskiej krańcowe przejawy tak sformułowanej zasady. Obecnie jeszcze nie wszędzie, ale w resorcie Ziobra już tak. Esemesowe polecenie, z wieczoru na poranek, skierowane do prokuratur rejonowych w Gdańsku, by pilnie sporządzić listę sędziów „ostrych” i „łagodnych” w stosowaniu tymczasowego aresztowania, to jest przejaw aberracji i poczucia braku jakichkolwiek hamulców. To zachowanie w swojej ostentacyjności przypisać można do kategorii zbliżonej do mianowania konia senatorem przez cesarza Kaligulę. Wywnioskować z tego, w jakiej fazie siły jest pisowska władza, nie jest łatwo, bo tego typu zachowania zatrącające o ekstrawagancję bywają w fazach różnych. Bywa, że władza w upojeniu nowością robi takie rzeczy na początku, bywa, że kretynieje u schyłku i przypadek konia-senatora Incitatusa dotyczy Rzymu w takim właśnie okresie. A co do euforii i skretynienia, to warta odnotowania jest kolejna lewitacja Młodego Morawieckiego (MM). Znów unosił się on, tym razem na forum gospodarczym w Krynicy, nad kolosalnymi sukcesami polskiej gospodarki, wrzeszczał, że jesteśmy wzorem do naśladowania dla innych krajów Unii Europejskiej. W tym samym jednak czasie przedstawiciele pisowskiego aparatu muszą tłumaczyć się w Genewie z karygodnego sposobu traktowania niepełnosprawnych, a w wielu polskich szkołach uczniowie rozpoczynają zajęcia w warunkach, które – zdawało by się – przynależą już dość dawno do przeszłości. Są też jednak twórcze pisowskie rozwinięcia, jak choćby lekcje w hotelu czy rozpoczynające się po godzinie szesnastej i trwające do późnego wieczora. W tym też samym czasie minister edukacji Zalewska „Zębatka” serwuje publiczności, w odpowiedzi na najbardziej nawet niewygodne pytania dziennikarzy, iście budyniowy uśmiech, w którym prezentuje okazałość swojego uzębienia. W tej sytuacji taki boom gospodarczy można „o dupę potłuc”. Niezależnie od tego, trzeba odnotować, że przedwyborcze obietnice MM (Młodego Morawieckiego): Ciepły Dom, Domy Starców, Chodniki na Wsi, Szerokopasmowy Internet oraz Dworce Kolejowe i Lokalne Połączenia Autobusowe mogą świadczyć o tym, że obawia się on, że nawet jego Dumny i Wielki Budżet mógłby nie wytrzymać kolejnych Datków Dutków w postaci kolejnych Kwot Plus. Nic tak jednak nie przemawia do wszelakich beneficjentów jak konkretne „piniędze” do kieszeni, zwłaszcza że drożyzna zaczyna galopować, poseł Marek Jakubiak nabył kostkę masła za 10 złotych, a „pińcet plus” to już tylko najwyżej jakieś 450 plus. Wszystko inne, to wróbel na dachu, może być a może nie być, może być tu, a może być tam, kto to wie. Jakieś tam nowe dworce do niczyjej wyobraźni nie przemówią, a Domy Starców starców pozytywnie nie podniecą. Albo więc MM (Młodemu Morawieckiemu) kończy się kasa, albo chomikuje ją na czas najbardziej newralgiczny czyli na wybory parlamentarne jesienią 2019.

 

Przemyśl zaczął

Jak było do przewidzenia rozkręca się fala protestów grup zawodowych. Z samym początkiem września protest rozpoczęły pielęgniarki w Przemyślu i należy się spodziewać raczej rozszerzenia protestu na inne ośrodki niż jego ograniczenia. Przy okazji wyszło szydło z worka czyli kolejne pisowskiego kłamstwo. Oto odezwali się lekarze rezydencji, których głośny protest, zakończony porozumieniem Ministrem Zdrowia a raczej Ministrem Zawierzenia Łukaszem Szumowskim wydawał się być już wspomnieniem zamierzchłej przeszłości. Okazuje się, że obiecane im od lipca podwyżki wynagrodzeń nadal pozostają sennym marzeniem. Pisowskie kłamczuchy dość często stosują metodę obiecywania, by spacyfikować protesty, a potem tego nie realizują, zyskując przy tym kilka miesięcy czasu. Nie nowa to metoda władzy jako takiej, ale przecież żaden z rządów po 1989 roku nie chwalił się tak hałaśliwie sukcesami, cudem gospodarczym i wspaniałym stanem budżetu. Nawiasem mówiąc, dziwny jest ten brak prób połączenia protestów różnych grup zawodów medycznych. Fakt, że mają one inne postulaty, w tym formułują oczekiwania płacowe o różnej skali, nie jest przeciwwskazaniem dla wspólnego działania. Można działać razem w generalnie wspólnym celu, zachowując odrębność postulatów szczegółowych. Protest policjantów przejawia się na razie jedynie wysoką gorączką w postaci „strajku włoskiego” oraz poprzez policyjną pobłażliwość. Na razie dotyczy ona jedynie łagodnego traktowania kierowców przez „drogówkę” (patrz: film Wojciecha Smarzowskiego), ale to za mało. Związki zawodowe policjantów powinny też zrobić coś, aby tę łagodność okazali policjanci spod Sejmu, którzy już niebawem znów pojawią się w tym miejscu w liczbie prawdziwie imponującej, niczym jakaś ławica. Można się też niebawem spodziewać protestów nauczycieli zrzeszonych w ZNP. Biorąc zaś pod uwagę, że nastroje protestacyjne zawiązują się w kręgach profesji ważnych, w ten czy inny sposób, dla milionów obywateli (służba zdrowia, edukacja, policja), ich potencjał także polityczny jest bardzo duży. Władza PiS będzie to próbowała spacyfikować „groszowymi” podwyżkami w przyszłym, wyborczym roku, więc ich zaakceptowanie ze strony tych grup zawodowych byłoby z ich strony poważnym błędem.

 

Co nowego u ekstowarzyszy

Odezwała się ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra, okazjonalna co prawda, ale jednak komentatorka najbardziej czarnosecinnych mediów prawolskich. Tym razem w obronie Jakiego Patryka. Ekstowarzysz Kik Kaźmierz dawno już przestał być „zewnętrznym” komentatorem politycznym w pisowskich mediach, kimś w rodzaju pisowskiego „naszego czerwonego” (jak mawiają Jankesi: „To skurwysyn, ale to nasz skurwysyn”). Jest już gorliwym pisowskim propagandystą pełną gębą i bez osłonek. Ja bym powiedział tak: większość ludzi pezetpeerowskiej lewicy wydobyła się z totalizujących miazmatów tradycji realnego socjalizmu i wybrała w końcu wolność i demokrację, jak myślę, na ogół zupełnie szczerze. Są jednak i tacy, którzy jak Kik czy Jakubowska trwają przy tęsknotach do tych gorszych, niedemokratycznych, antywolnościowych tradycji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (bo są i demokratyczno-wolnościowe) i stąd ich niepohamowana mięta do PiS.

 

Test intencji dopiero się odbędzie

Na koniec postulat pod adresem naszych Wiernych i Uważnych Czytelników z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Skoro tak skrupulatnie wymogli na „Dzienniku Trybunie” sprostowanie dotyczące kwestii konkursu na stanowisko dyrektora Instytutu Teatralnego imienia Zbigniewa Raszewskiego, to wypada mieć nadzieję, że ceniona przez środowisko teatralne obecna dyrektorka Dorota Buchwald pozostanie na swoim stanowisku w nowej kadencji. Fakt nieorganizowania konkursu na kilka miesięcy przed końcem kadencji obecnej to jeszcze nie wszystko.

Głos lewicy

Nie rozumiem Barbary Nowackiej

Inicjatywa Polska miała być progresywną siłą lewicową. Dlaczego to się nie udało, o to trzeba liderkę pytać – stwierdził Andrzej Rozenek, komentując informację o przyłączeniu się Inicjatywy Polskiej do Koalicji Obywatelskiej. Kandydat na prezydenta Warszawy, zaznaczył, że nie rozumie działania Barbary Nowackiej.
– Poczekajmy. Aż nie chce mi się wierzyć, że Barbara Nowacka będzie wspólnie z Grzegorzem Schetyną realizować jakiś projekt – ocenił Rozenek.
Polityk potwierdził także w TOK FM, że Sebastian Wierzbicki, przewodniczący SLD w Warszawie, namawia Paulinę Piechnę-Więckiewicz do powrotu.
– Jestem najlepszym dowodem na to, że można wrócić do Sojuszu. Po latach, po różnych zakrętach i wypowiedzianych słowach. Jest się przyjętym w sposób godny i naprawdę umożliwiający działanie – podkreślił polityk. Dodał też, że „SLD się zmieniło i warto wrócić”.
Gość TOK FM stwierdził, że „miejsce na listach pewnie by się znalazło” dla Pauliny Piechny-Więckiewicz. Jest cały czas lewicową działaczką, nie zmieniła swoich poglądów, a ostatnimi dniami dowodzi, że ma naprawdę dużo do powiedzenia w Warszawie – wyjaśniał Andrzej Rozenek.

 

Będzie proces

– Po pierwsze, skandaliczny artykuł. Po drugie, to dobrze, że redaktor naczelny podał się do dymisji i przeproszono. Po trzecie, to dobrze, że pan premier Leszek Miller zdecydował się na proces w tej sprawie – ocenił Włodzimierz Czarzasty skandal z okładką gazety „Fakt”, która ukazała się po tragicznej śmierci syna byłego premiera.
– Wszystko po to, aby „Fakt” oraz inne gazety były mądrzejsze w opisywaniu ludzkiej tragedii – podkreślił przewodniczący Sojuszu na antenie Polsat News.
– Będziemy premiera Millera wspierać, ale to są jego decyzje oraz rodzina, jego prywatna sprawa. Ja jestem do dyspozycji, SLD jest do dyspozycji, ale Leszek Miller będzie decydować w jakim zakresie mamy mu pomóc – poinformował Czarzasty.

Sondażowe rozdwojenie jaźni

Wielu uważa, że SLD jest jak chłop, który nic nie robi, a mu rośnie.

 

To z gruntu fałszywe wrażenie, ale poniekąd uzasadnione, bo działalność partii będących poza Sejmem jest zdecydowanie mniej widoczna. Nie mają posłów, którzy przemawiają z sejmowej trybuny, firmują projekty ustaw, zbijają polityczny kapitał w komisjach śledczych i przyciągają media jako wybrańcy narodu.

Gdyby Pawłowicz nie była posłanką, a Piotrowicz i Suski posłami, to nawet gdyby stworzyli tercet egzotyczny pies z kulawą nogą nie przyszedłby na ich występy i nie oklaskiwał. Tylko dzięki wyborczym głosom suwerena, oddanym w nadmiarze na PiS, mają publikę i poklask. Wszak nawet liderujący w rankingach zaufania Duda, dopóki nie został prezydentem, znany był z nazwiska tylko wielbicielom serialu „Ranczo” jako Fabian, narzeczony Klaudii i kandydat na wójta gminy Wilkowyje. Podobnie Morawiecki syn, wyciągnięty z kapelusza, a właściwie z banku, zabłysnął dopiero wtedy, gdy prezes uwolnił go od przedrostka wice.

Teraz prezydent Duda i premier Morawiecki mogą mówić i robić największe głupoty, ośmieszać siebie i Polskę na forum międzynarodowym, a i tak będą gwiazdami, bo świecą światłem odbitym od swoich stanowisk. Korzystają z tzw. autorytetu formalnego, który wynika z zajmowanej pozycji. Do jego posiadania nie są potrzebne osobiste walory. Jeśli ktoś je przypadkowo ma, dostaje dodatkowe punkty, ale też tylko na czas, kiedy pozostaje na świeczniku.

Pamięć zbiorowa, czyli opinii publicznej, jest dużo krótsza od indywidualnej. Żeby istnieć, trzeba ciągle o sobie przypominać. Nieważne, co napiszą czy powiedzą, ważne, żeby nie przekręcili nazwiska. Prasa, radio, telewizja przestały wystarczać. Nastała era mediów społecznościowych. Kogo nie ma w Google, tego nie ma w ogóle. Trzeba być też na Twitterze, Facebooku, Instagramie. Wyrosła rzesza celebrytów, czyli ludzi znanych z tego, że są znani. Przecież chyba nie dla przyjemności, a jedynie dla popularności i poparcia, prezydent Duda wymieniał pozdrowionka z Leśnym Ruchadłem, Dziką Foczką, Pimpusiem Sadełko. Może zresztą naprawdę lubi brylować wśród małolat, a jak nocą nie dostaje ustaw do podpisu, nie ma co robić.

Choć minęły wieki, także dziś koń, pardon, Kogut może zostać senatorem, ale kto spada z konia, ginie w mrokach zapomnienia. Pewnie nawet o Wałęsie mało kto by pamiętał, gdyby PiS i IPN stale o nim nie przypominały. A i sam noblista robi co może, żeby utrzymać się na fali. Raczej nie ma świadomości, że już od dawna dryfuje donikąd. Ludziom z pierwszych stron gazet trudno przyjąć do wiadomości, że ich nazwisko pojawi się ponownie dopiero w nekrologu.

Tylko nieliczni rozumieją, że parowozy dziejów odstawione na boczny tor nie powinny puszczać pary. Tę mądrość zastosował w praktyce prof. Jerzy Buzek. W czasie premierowania (1997-2001) był marionetką Krzaklewskiego, ale i tak cała niechęć do rządów koalicji AWS-UW skupiła się na nim i znalazła odzwierciedlenie w haśle „Buzek na wózek”. Trzy lata milczenia wystarczyły mu do zdobycia w 2004 r. rekordowej liczby głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego i powtarzania tego sukcesu co pięć lat.

W SLD celebrytów nie ma. Z parowozami dziejów też słabo. Aleksander Kwaśniewski, owszem, czasem poprze, ale bez nadmiernego entuzjazmu. Podobno byli premierzy – Belka, Cimoszewicz i Miller – są chętni do kandydowania do Parlamentu Europejskiego. Akurat na te listy w żadnym ugrupowaniu deficytu kandydatów nie ma. Gorzej z wyborcami. Frekwencja jest o połowę niższa niż w wyborach do parlamentu krajowego, nie mówiąc o prezydenckich. Inna sprawa, czy gdyby była wyższa, zmieniłoby to wynik. Zgodnie z prawem wielkich liczb, rozkład poparcia wśród głosujących jest taki sam, jak w całej populacji, bo niby dlaczego miałby być inny. Może więc zamiast strzępić języki nawoływaniem do stawienia się przy urnach, trzeba intensywniej edukować społeczeństwo i pokazywać prawdziwe oblicze poszczególnych partii.

Po lewej stronie sceny politycznej z partii notowanych w sondażach (oprócz SLD), regularnie przekraczających próg wyborczy, jest jeszcze Razem, które idzie osobno, a w blokach startowych czai się Robert Biedroń. Też solista. W dodatku, jak sam o sobie mówi, nie lewicowy, a progresywny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Sojusz, dzięki pracy organicznej w terenie, jest bezkonkurencyjny na lewicy i trzeci w kraju. To bardzo dobra prognoza przed maratonem, który 21 października rozpoczną wybory samorządowe.

Wynik wyborczy jest wielką niewiadomą. Czy będzie to tylko sondażowe 10 proc., czy jednak dużo więcej? Gdyby Polacy głosowali zgodnie ze swoimi poglądami, SLD powinno otrzymać przynajmniej 20 proc. Niestety, portret wyborcy znacznie odbiega od portretu statystycznego obywatela. Ujawniają to sondażowe badania na temat członkostwa w Unii Europejskiej, stosunków państwo-Kościół, związków partnerskich, aborcji.

70 proc. obywateli RP uważa, że przynależność do UE przynosi korzyści, a tylko 5 proc., że jest zła. Równocześnie prawie 40 proc. wyraża chęć głosowania na PiS, które, choć się wypiera, już praktycznie rozpoczęło polexit.

Podobnie jest z finansowaniem Kościoła katolickiego przez państwo, co popiera jedynie 25 proc. Polaków, i rządowym promowaniem wartości religijnych, które znajduje uznanie u 28 proc. Zdania przeciwnego jest więc przynajmniej 15 proc. zdeklarowanych wyborców Zjednoczonej Prawicy, która na klęczkach połączyła budżet państwa z kościelnymi tacami i pompuje nasze pieniądze do Rydzyka i jego pomniejszych, ale równie pazernych i nienasyconych klonów.

Ponad połowa obywateli Kaczystanu chce wyprowadzenia lekcji religii ze szkół, ale partie, które mają taki postulat w swoim programie, popiera mniej niż 20 proc. 52 proc. Polaków opowiada się za przyznaniem gejom i lesbijkom, których jest w naszym kraju około dwóch milionów, prawa do zawierania związków partnerskich. 38 proc. idzie krok dalej i nie ma nic przeciwko homoseksualnym małżeństwom. 16 proc. popiera adopcję dzieci przez pary jednopłciowe. Nie da się wytłumaczyć, dlaczego zatem głosują na partie homofobiczne, do których należą – oprócz PiS i jego przystawek – także PO i PSL.

Największa rozbieżność dotyczy stosunku do restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Ponieważ zaledwie 15 proc. obywateli dało się omamić Kai Godek i Ordo Iuris, PiS odrzucił projekt całkowitego zakazu usuwania ciąży, a w stosunku do kolejnego, który nakazuje kobietom rodzić ciężko chore dzieci, zarządził strajk włoski. Skandaliczny pomysł, którego celem jest sprowadzenie kobiet do roli inkubatora, utknął w zdominowanej przez PiS sejmowej komisji. I to mimo ostrej reprymendy episkopatu. Dlaczego jednak, skoro 37 proc. Polaków popiera złagodzenie przepisów antyaborcyjnych, ponad połowa z nich głosuje na partie, które w najlepszym razie zachowają status quo?

Nie tylko w kwestiach światopoglądowych, także w społeczno-ekonomicznych obywatele RP cierpią na swoiste rozdwojenie jaźni. Ponad 80 proc. negatywnie oceniało podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat i popierało przywrócenie niższego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn). Zarazem 54 proc. chce pracować na emeryturze, a tylko 28 proc. rozważa całkowitą rezygnację z działalności zawodowej. Oznacza to, że Polacy potrzebują emerytury głównie jako dodatkowego dochodu, który podniesie poziom życia. Gdyby mieli godne zarobki, chętnie pracowaliby dłużej z korzyścią dla siebie i kraju. Jeśli połączyć to z opinią 67 proc. obywateli, że podniesienie świadczenia na dziecko z 500 do 1000 zł nie ma sensu (przeciwnego zdania jest 21 proc.), otrzymamy optymistyczny obraz umysłowego stanu większości społeczeństwa. I właśnie do niej należy kierować kampanię wyborczą.