W pułapce przeszłości

Polska przeszłością stoi, a ramy obowiązującej narracji historycznej wyznacza rządząca prawica. Dla PiS-u historia to nie tylko przypomnienie minionych epok, ale też wyznaczanie wzorców dla teraźniejszości. Władza konsekwentnie wciela przeszłość we współczesne ramy. Jakby to absurdalnie nie brzmiało, bracia Kaczyńscy są przedstawiani jako wcielenie marszałka Piłsudskiego w dwóch postaciach, stosunki z Rosją i Unią Europejską mają przypominać Bitwę Warszawską, opozycja jest uznawana za różne odłamy Komunistycznej Partii Polski, a w tle trwają przygotowania do powstania warszawskiego, na które z utęsknieniem ma czekać całe społeczeństwo. Z tego względu głównym świętem narodowym jest rocznica odzyskania niepodległości, największymi wrogami są Rosja i Niemcy, a kluczowymi bohaterami żołnierze wyklęci. Jednocześnie w ciągu ostatnich 100 lat za najlepszy okres historii Polski jest uznawane dwudziestolecie międzywojenne.

Powyższa wizja jest niemądra, niesłuszna i bardzo szkodliwa politycznie. Dwudziestolecie międzywojenne było mrocznym okresem historii Polski, pełnym przemocy, wyzysku, biedy, gigantycznych nierówności, nagonek antysemickich. Przez cały ten okres utrzymywał się wysoki poziom analfabetyzmu, nie było powszechnych świadczeń społecznych, większość społeczeństwa żyła w warunkach skrajnego ubóstwa, w gospodarce dominowały stosunki feudalne, Kościół narzucał represyjne rozwiązania w polityce rodzinnej, a na dodatek od 1926 roku państwo stało się dyktaturą wojskową.

Trudno w tym kontekście zrozumieć, dlaczego środowiska lewicowe uparcie starają się wpisać w pejzaż II RP i odnaleźć w niej swoje wzorce. W ten sposób lewica staje się nie tylko archaiczna, ale też gra na obcym sobie polu, jest nieautentyczna i niewiarygodna. Dwudziestolecie nie urzeczywistniło żadnych ważnych idei lewicy przy jej współczesnym rozumieniu. Nawet rząd Ignacego Daszyńskiego sformułował sporo słusznych postulatów, ale większość z nich nie zostało wdrożonych, a sam Daszyński szybko został zepchnięty na margines życia politycznego. Warto w tym kontekście zauważyć, że pojmowanie niepodległości z lat dwudziestych jest dzisiaj kompletnie archaiczne. W 1918 roku Polska odzyskała niepodległość i wiele instytucji budowano od nowa, a posiadanie własnego kraju było dla wielu ludzi całkowicie nowym doświadczeniem. Dzisiaj nikt nie kwestionuje niepodległości Polski, a wyzwaniem jest raczej bardziej sprawiedliwa globalizacja niż umacnianie suwerenności kraju. Pojmowanie patriotyzmu i niepodległości z czasów międzywojnia jest pod wieloma względami nieaktualne, bo mamy zupełnie inną rzeczywistość i inne wyzwania w polityce zagranicznej. Pod tym względem wzorowanie się na Piłsudskim, Korfantym czy Daszyńskim jest całkowicie nietwórcze. Dotyczy to też polityki społeczno-gospodarczej. Świat od lat dwudziestych naprawdę bardzo poszedł naprzód, a Polska okresu międzywojnia nie wdrażała szczególnie odważnych czy oryginalnych rozwiązań odnośnie rynku pracy albo systemu emerytalnego.

Niezależnie jednak od oceny dwudziestolecia, lewica powinna mieć krytyczne podejście do historii. Przywoływanie dawnych czasów nie powinno służyć bezrefleksyjnemu odtwarzaniu dawnych wzorców, a przede wszystkim uczeniu się na błędach i budowaniu scenariuszy lepszej, bardziej sprawiedliwej przyszłości. Świat się na tyle zmienił, że nie ma dzisiaj najmniejszego sensu wdrażania dawnych wzorców. Pod tym względem historię warto zostawić historykom, a rojenia PiS-u o braciach Kaczyńskich jako inkarnacjach Piłsudskiego należy po prostu wykpić.

Nie oznacza to, że 11 listopada jest świętem archaicznym, w którym lewica nie ma czego świętować. Przede wszystkim 100 lat temu zakończyła się I wojna światowa. Pokój zatrzymał bezsensowną rzeź, a zarazem dał Polsce niepodległość. Należy o tym pamiętać i dbać o to, aby mroczne czasy wojny już nigdy nie powróciły. Ale przede wszystkim warto traktować przeszłość jako lekcję i jako ostrzeżenie. Śledźmy ją nie po to, aby się na niej wzorować, ale po to, aby uniknąć jej błędów. Wybierzmy przyszłość.

Źle opowiedziana bajka

Rzekomy sojusz PiS i faszystów jest źle opowiedzianą bajką, w którą wierzą tylko liberałowie i lewica. Po wydarzeniach 11 listopada rośnie wrogość między dwoma stronami prawicowego obozu. Lewica powinna umieć to wykorzystać, stawiając na politykę klasową, zamiast zamykać się we własnej subkulturze, gdzie czuje się dobrze wyłącznie sama ze sobą.

 

Żeby twierdzić, że w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości PiS maszerował ramię w ramię z narodowcami, trzeba opierać się wyłącznie na doniesieniach zagranicznych mediów lub memach antypisowskich fanpejdży na Facebooku. Tania agitka zawsze jest w cenie i dobrze się rozchodzi. Fakty są jednak takie, że faszyści okazali się zdecydowanym wrogiem rządu, który wcześniej w nieudolny sposób próbował ich „zneutralizować”, by przejąć ich bazę społeczną. Będzie narastał konflikt między tymi dwoma siłami. Jeżeli lewica nie weźmie tego pod uwagę, znaczy to, że zarówno faszyzm, jak i antyfaszyzm są dla niej polityczną fantazją, którą chętnie skopiują Hanna Gronkiewicz-Waltz i Rafał Trzaskowski, by spożytkować we własnych celach.

 

Marsz ramię w ramię, którego nie było

Nie ma racji w swym komentarzu Tymoteusz Kochan. Do sojuszu pisowsko-faszystowskiego nie doszło, chociaż został on ogłoszony. Nacjonaliści zachowali swoją odrębność w trakcie jubileuszowego marszu, w ogóle nie doszło do połączenia obu pochodów. Nie robi różnicy, czy stało się tak na skutek wstrzymywania wymarszu przez skrajną prawicę ich kolumny, czy – jak twierdził min. Brudziński – z powodu celowego utworzenia „strefy buforowej”.

Narodowcy nie dochowali warunków współpracy. Prośby o to, żeby nie było pirotechniki, potraktowano jak kpinę – centrum stolicy aż płonęło od rac. Flagi miały być wyłącznie biało-czerwone, tymczasem powiewały nie tylko sztandary ONW i MW, lecz i włoskiej Forza Nouva. Jedną z „atrakcji” marszu było spalenie flagi UE. Obietnice prezydenta, że nie będzie haseł „dzielących Polaków” od razu można było włożyć między bajki. Wybrzmiało nie tylko oklepane: „Raz sierpem, raz młotem…”. „Europa tylko dla Europejczyków!” – krzyczeli nacjonaliści w kominiarkach, niosący flagi z celtykami. Ba, Wszechpolacy nie kryli się z wrogością wobec samego rządu, zręcznie łącząc ją z najohydniejszym rasizmem w haśle: „Morawiecki, chcesz Murzyna? To go sobie w domu trzymaj!”. Tradycyjnie nie zabrakło też dewastowania elementów przestrzeni publicznej.

Duda i Morawiecki podjęli duże ryzyko, licząc na to, że narodowcy na ich rozkaz się „uspokoją”. Można uznać, że ich strona potraktowała sprawę poważnie. MSWiA postarało się o „spokój” bardziej niż dotychczas – niektórzy zagraniczni goście jadący do Polski na marsz zostali zawróceni na lotnisku – tak się stało m.in. z wpływowym szwedzkim nacjonalistą. Szturmowcy i Niklot żalili się na represje, jakich przed 11.11 doświadczyli ze strony służb. Potwierdził to resort Brudzińskiego, informując, że zatrzymali około stu osób, które miały zagrażać bezpieczeństwu obchodów, m.in poprzez organizację koncertu neonazistowskich kapel.

PiS zdawał sobie sprawę, że jeżeli chce przejąć Marsz Niepodległości, nie ponosząc przy tym miażdżącej porażki wizerunkowej, musi skutecznie zdyscyplinować narodowców. Okazało się to o tyle niemożliwe, że podstawową cechą, która przyciąga tłumy na MN, jest jego spontaniczność i oparcie organizacji o poziome struktury, odporne na „centralne sterowanie”. Garstka ścisłych liderów faszystowskich, m.in. Robert Bąkiewicz, deklarowała poszanowanie zasad „godnego zachowania”. Szybko się jednak okazało, że nawet oficjalne social media narodowców zaczęły zachęcać do świętowania przy zachowaniu dotychczasowego „w pełni oddolnego charakteru”. Tweet MW został w końcu usunięty, zdążył dać jednak jednoznaczny sygnał tysiącom szeregowych uczestników marszu. Większość faszystów ani myślała podporządkować się stronie rządowej. Od początku dochodziły głosy o całkowitym braku zgody na wspólny marsz z Mateuszem Morawieckim, w którym narodowcy dopatrywali się przede wszystkim „byłego doradcy Tuska”. Rząd się zdecydowanie przeliczył i teraz poniesie tego konsekwencje. Chcieli zjeść ciastko i mieć mieć je nadal. Byli głupi i teraz to widzą. Przecież nacjonaliści nie mogli w ciągu dwóch dni puścić w niepamięć próby zawłaszczenia marszu bezpośrednio po próbie jego delegalizacji przez HGW.

PiS skompromitował się sam, ponosząc wielką stratę wizerunkową, bowiem w widoczny sposób został zwyczajnie pokonany przez faszystów. Dla tych drugich jest to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Ich liderzy przemawiali na błoniach Stadionu Narodowego, bo przewidywała to ramówka. Teraz jednak bez wątpienia nastąpi całkowity rozbrat PiS-u z narodowcami. Nic dziwnego: na marszu słychać było nawet okrzyki „PiS, PO – jedno zło”. Następnego dnia Krzysztof Bosak oświadczył, że w tej chwili dopiero „rozpoczyna się prawdziwa walka o Marsz Niepodległości”. Robert Winnicki wyraził wręcz obawę, że rząd może zniszczyć MN. Z kolei policja podległa Brudzińskiemu wyznaczyła nagrodę pieniężną za wskazanie osoby, która spaliła unijną flagę, a sprawca czynu, członek MW, w prowokacyjnym geście zgłosił się sam i jeszcze się tym chwalił. TVP, czyli tuba PiS, zaskoczyła wszystkich wytykając organizatorom MN obecność Forza Nuova, która wprost została nazwana organizacją faszystowską. Brudziński potwierdził, że FN jest formacją ekstremistyczną, niebezpieczną i znajdowała się pod ścisłą obserwacją. Nijak nie wygląda to na przejawy sojuszu. Dojdzie pewnie jeszcze do wyostrzenia różnic. PiS nie będzie zwalczał rodzimych faszystów otwarcie, bo dalej podcinałby gałąź, na której siedzi. Będzie to robił po cichu i tylko tak można skutecznie zwalczać konkurencję.

Niezależnie od pierwotnych intencji ścisłego kierownictwa MW i ONR, siła, którą reprezentują, okazała się wrogiem partii rządzącej – wściekłą sforą, która po spuszczeniu z łańcucha bez wahania zagryzie swojego „łaskawcę”. Igrając z ogniem PiS właśnie się sparzył. Pożałują tego obie strony. Faszyści pokazali, że są siłą, której rząd nie zmoże. Ale są tą siłą przez wyłącznie 11 listopada. Przez pozostałą część roku leżą na grzbiecie, podani służbom na tacy, i przebierają bezradnie łapkami. PiS będzie mógł z nimi zrobić, co chce, a widząc, co się święci i jakiego piwa sobie nawarzyli, użyje pewnie wszelkich środków, by ONR i MW pozbawić wpływów i swobody działania na wszelkich szczeblach, gdzie władza centralna ma cokolwiek do powiedzenia. Nie pozwolą już pchać się drzwiami i oknami do wszystkich państwowych mediów i instytucji. Miarka się przebrała.

 

„Antyfaszyzm” jako bezradność

Podsumowując: faszyzm przeszedł. Prawdopodobnie nie zauważyła tego warszawska lewica, która jak co roku, w bezpiecznej odległości od ultrasów, skandowała: „No pasaran!” Trwa dyskusja, czy tegoroczny „marsz antyfaszystowski” był mniejszy czy większy od zeszłorocznego. W kontekście 250 tys. uczestników po drugiej stronie barykady nie ma ona żadnego znaczenia. Liczy się fakt, że inicjatywa pozostała niezauważona dla nikogo oprócz osób, które się na nią wybierały lub specjalnie szukały o niej informacji. Część osób mieszkających w budynkach przy trasie demonstracji też jej pewnie nie zauważyła, bo w tym czasie maszerowała w pochodzie nacjonalistów.

Problemem lewicy okazała się – tak jak zwykle – niszowość. Po raz kolei jej zgromadzenie cechowało się hermetycznością języka i oprawy, środowiskowym, wręcz subkulturowo-towarzyskim charakterem. Wydaje się, że przyjęta w tym roku formuła „tanecznego street party” jedynie uwydatniła ten problem. Można też przyjąć, że w setną rocznicę powrotu państwa polskiego na mapę Europy, było to symboliczne i smutne zwieńczenie stulecia samej polskiej lewicy. Gdy w latach 20. XX w. w Polsce zaczęły się plenić faszystowskie bojówki podniecone sukcesem Mussoliniego, wtedy PPS, Bund, a również komuniści, byli w stanie względnie skutecznie podejmować z nimi konfrontacje na ulicach miast. Dzisiaj na to szans nie ma. Osobom określającym się mianem lewicy, czasem w ogóle nieświadomym tamtej tradycji, pozostaje dziś tylko zaklinać rzeczywistość tańcem.

Nie trzeba chyba dodawać, że antyfaszystowskie pląsy były udziałem mniejszości. Nie było to nikomu szczególnie niezbędne, a niektórym wydawało się pomysłem niepasującym do dominującego w środowisku nastroju politycznego. Brak entuzjazmu do skandowania haseł przykrywać miała muzyka z laptopa i nieodłączna samba. Dla większości uczestników rzeczywistym celem tego rytuału jest upewnienie się, że środowisko jeszcze jako tako się trzyma. Zgodnie z tradycją minionego trzydziestolecia lewica nastawiona jest głównie na trwanie.

Każdy i każda, kto czuje, że powinna protestować przeciwko faszyzmowi ma prawo, może nawet obowiązek to robić. Problem w tym, że zadowalając się obrzędowością, lewica lekceważy zagadnienie skuteczności antyfaszyzmu i odpowiedzialności za cele polityczne, z jakimi jest on związany. Antyfaszyzm jako sztuka dla sztuki, ewentualnie jako promocja „kultury otwartości”, nawet jeżeli pod pewnymi względami przynosi korzyść społeczną, niekoniecznie – a na pewno nie w Polsce – służy rozwojowi samej lewicy i przemianie społeczeństwa. „Promocja otwartości” od lat okazuje się wodą na młyn samych liberałów, którzy naciskani przez mainstreamowe media w coraz większym stopniu są skłonni przejmować dyskurs antydyskryminacyjny celem zbijania kapitału politycznego.

Prezydent-elekt Warszawy Rafał Trzaskowski, który już zapowiedział swoją obecność na przyszłorocznym Marszu Równości, równie dobrze mógłby pojawić się na demonstracji Koalicji Antyfaszystowskiej. Tym bardziej, że w tym roku akcenty antykapitalistyczne, a nawet temat walki ruchu lokatorskiego z reprywatyzacją, zostały ograniczone do wstydliwego minimum. Lewica daje się tym sposobem zapędzić w kozi róg: w sytuacji gdy zamyka się w subkulturowości, staje się – tak jak każda subkultura – łatwym kąskiem dla mainstreamu, cały czas skutecznie kontrolowanego przez siły liberalne, elitarystyczne, antyrównościowe – przez strażników kapitalizmu.

Bez zdecydowanego wyakcentowania niezgody na kapitalizm, w warunach nasilającej się polaryzacji politycznej kraju wszelkie lewicujące tendencje zostaną zawłaszczone przez „antyPiS”, a sama lewica nie odrodzi się nigdy. Dowodem tego jest nie tylko to, że sprzeciw wobec faszyzmu stał się już trwałym elementem działalności całkowicie liberalnych gospodarczo Obywateli RP, często podkreślających swą niechęć do lewicy. Na czoło „walki z faszyzmem” wysunęła się przecież PO, po tym jak Hanna Gronkiewicz-Waltz po raz pierwszy podjęła próbę delegalizacji Marszu Niepodległości. Również Trzaskowski podkreślał, że „faszyści nie mają prawa defilować ulicami Warszawy”. Tendencja ta jeszcze się nasili, bo Platforma będzie poszukiwać nowych sposobów na mobilizację elektoratu. A elektorat – często szczerze nieznoszący nacjonalistów – znacznie łatwiej łyknie taki „antyfaszyzm”, niż kulturę pełnej równości promowaną na wydarzeniach Antify. Liberalni wyborcy zawsze łatwiej zaufają znanej i rozpoznawalnej partii, której przypiszą rzeczywistą sprawczość polityczną, niż kolorowym korowodom subkultury posthipisowskiej. Tak wyłania się „Antifa Konstancin” o twarzy HGW i Tomasza Lisa.

A co z nieliberalną częścią społeczeństwa, którą też często mdli na widok MW i ONR? Lewica, nawet ta mieniąca się antykapitalistyczną, wydaje się coraz bardziej od nich wyalienowana. Istnieje co prawda stanowisko lansowane przez publicystów Krytyki Politycznej i Oko.press, głoszące, że lewica ma szanse „zmieniać świat” poprzez skuteczne oddziaływanie na liberałów, czytaj: stając się ich przybudówką. Faktycznie jednak, jeżeli uznaje się, że jedynie liberalizm ma szanse „zmieniać świat na lepsze”, w ogóle nie ma sensu mówić o lewicy. Dzisiaj, kiedy socjaldemokracja sama się unieważnia i kapituluje, jedynie zdecydowany sprzeciw wobec kapitalizmu jest wyrazem wiary w równość i sprawiedliwość społeczną, a więc zarazem fundamentem antyfaszyzmu. A ci, którzy mają usta pełne równościowych haseł zapominając jednocześnie o masach upodlonych przez kapitalizm, sami pracują na sukces narodowców, sami zdradzają własne idee.

Kamienie milowe lewicowej tradycji walki z faszyzmem, takie jak bitwa o Cable Street, zostały położone przez ruch robotniczy. Lewica mieniąca się radykalną, mówiąca nawet o walce klas, znajduje dziś setki wymówek, by odmawiać pracy z ludźmi pracy, wykręcając się najchętniej pojęciem prekariatu. Prawdziwy powód jest prosty: ludzie ci nie przypominają osób, z których składają się marsze Antify. Nic dziwnego, że Ruch Sprawiedliwości Społecznej dawno „wypisał się” z imprez antyfaszystowskich. Zamknięcie się w subkulturowości to de facto kapitulacja przez nacjonalizmem. Szukanie niszy, w której można się przed nim schować, bez mozolnego wysiłku na rzecz pozbawienia go podstaw. Promowanie samej „kultury otwartości” jest budowaniem domu począwszy od dachu.

Rozdźwięk, jaki nastąpi w najbliższym czasie między partią rządzącą a narodowcami będzie też osłabieniem mechanizmu wzajemnego wzmacniania się tych formacji. Oznacza to warunki, w których proces stopniowej faszyzacji społeczeństwa może zacząć zwalniać. Antyfaszyści, którzy traktują swoją misję poważnie, powinni wykorzystać ten czas na rachunek sumienia i zmianę sposobu działania.

Nie wierzcie antykomunistom

Karol Modzelewski, uznawany za skutecznego ongiś bojownika o prawa pracownicze i inne zjawiska z gruntu miłe lewicy, awansował dość szybko na jednego z jej bohaterów w III RP. Czy z braku lepszego dżemu, czy dlatego, że nie wpisał się dostatecznie miękko w transformacyjne narracje? Chyba jednak głównie z powodu naiwności odbiorców jego komunikatów. Szkoda, że ujawnia się to po raz kolejny; tym bardziej, że nie zanosi się, by i przy tym ostrym zakręcie ktoś zechciał pokusić się o wnioski i zmiany.
Wspomniany działacz i komentator był uprzejmy niedawno zabrać głos w sprawie polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Stwierdził, iż instalacja niezwykle drogiej bazy wojsk amerykańskich w Polsce o kuriozalnej nazwie roboczej Fort Trump to pomysł znakomity, ale ze względu na mroczne chmury PiS-owszczyzny, które zawisły nad Polską, nierealny. A dokładniej, powiedział, że byłby to projekt zbieżny z polską racją stanu, ale Duda i Kaczyński na pewno to spieprzą.
Cokolwiek zdumiewa podobna opinia z ust człowieka szczycącego się krytycznym myśleniem. Każdy bowiem, komu udało się zachować elementarną przytomność umysłu w tych dziwacznych postczasach III i IV RP zdaje sobie sprawę, że inwestycja 2 mld dolarów w jankeskie zabawy z bronią jest po prostu szkodliwym idiotyzmem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak konstatacja, iż prominenci PiS-u mieliby się do tego nie przyłożyć. Modzelewski myli się więc wielokrotnie i daje dowodny wyraz temu, iż cała ta jego niemal trzydziestoletnia kawalkada przeciw ułomnościom polskiej transformacji jest pustą pozą, wentylem bezpieczeństwa wkręconym w niszę.
Nikt inny przecież nie zrobi tego lepiej niż właśnie obecny rząd. Jedyną treścią „polityki”, którą prezes i prezydent proponują społeczeństwu, jest wszak emocjonalna huśtawka i żonglowanie symbolami. A jednym z najważniejszych z tychże jest fantazmat groźnej Rosji, fałszywie zreinkarnowego ZSRR, które wraz z cyrkową kopią Reagana okupującą obecnie Biały Dom, trzeba pilnie ponownie obalić. Niczego innego duet ten nie rozegra lepiej, niż właśnie kolejnego festiwalu brzdękania szabelką na Moskwę. A jeśli da się przy tym zademonstrować hiperserwilizm utrzymując komediowo-lokajską nazwę, to będzie to sukces wielkiej miary i materiał do PR-owej eksploatacji na dekady wprzód.
Natomiast twierdzenia o rzekomej zgodności rusofobicznych ekscesów za obłędne pieniądze, to dowód na myślenie magiczne, że się tak wyrażę – najgorszego sortu. W polityce jeszcze bardziej groźne od lekkodusznej, infantylnej naiwności. Jeżeli ktoś uważa, że jedna baza jankeskich wojsk w Polsce stanowi jakiś realny czynnik awersyjny dla wyimaginowanej przez chore umysły rosyjskiej nawały, to polecić można takiej osobie jedynie wycieczkę do kuchni, wyszukanie najcięższej dostępnej tam patelni i wymierzenie sobie nią ciosu prosto w czoło.
A jednak okazuje się, że Modzelewski tak właśnie sądzi. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne, albowiem dla mnie Modzelewski nie był, nie jest i nie będzie żadnym punktem odniesienia. Reprezentuję nurt lewicy w Polsce praktycznie nieobecny – czyli lewicę nieantykomunistyczną. Ale wyobrażam sobie zgrzyty zębów i obfite bóle wiadomego fragmentu anatomii, tych, którzy żyją nadętymi ponad wszelką przyzwoitość legendami Kuronia i Modzelewskiego właśnie. Oraz, ma się rozumieć, innych eksponentów frymuśnej lewicy, która wprawdzie nie lubi PO, PiS-u, czy Balcerowicza, ale jeszcze bardziej nienawidzi PRL-u i Rosji. Ja od początku swojego świadomego życia w Polsce z radością popluwałem okazjonalnie na zachwyty i westchnienia polskiej lewicy wobec takich ośrodków jak Nowy Obywatel, Tygodnik Powszechny czy Gazeta Wyborcza oraz na jej perwersyjne do granic obrzydliwości z nimi romanse. Ich wspólnym mianownikiem jest oczywiście antykomunizm i nieodłącznie podążająca z nim w parze antyrosyjska ksenofobia. Do dziś zachodzę w głowę, czy w polskiej kulturze politycznej to pierwsze jest funkcją drugiego, czy odwrotnie.
W zbiór ten wpisują się wszyscy apologeci (nawet umiarkowani) transformacji, którzy dogmatycznie odrzucają prostą tezę, iż PRL można było reformować, zamiast wysadzać w powietrze i że III RP ze swoimi Wałęsami, Mazowieckimi, Glempami, Balcerowiczami, Niesiołowskimi, Moczulskimi oraz właśnie Modzelewskimi, Kuroniami, Bonieckimi, Michnikami, Lisami i Żakowskimi nie była żadną dziejową koniecznością, tylko politycznym wyborem. Czasy bieżące poświadczają jego głupotę i ujawniają miałkość przesłanek, tudzież krótkowzroczność planistów. Polska droga do przemian prowadzi wyłącznie do PiSlandu i nigdzie indziej. Jeśli nie zaprowadziłby go Kaczyński, zrobiłby to Modzelewski, zresztą – jak sam twierdzi – lepiej.

Odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego

W setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, 11 listopada 2018 r., wszystkie ugrupowania lewicowe, m.in. Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Unia Pracy, Razem, Partia Zieloni, Inicjatywa Feministyczna, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, Wolność Równość Demokracja, dokonały wspólnie uroczystego odsłonięcia przy pl. Na Rozdrożu w Warszawie pomnika I premiera RP, późniejszego Marszałka Sejmu, wielkiego socjalisty i patrioty – Ignacego Daszyńskiego. W uroczystości uczestniczyli także m.in.: wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński, wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO), były prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz szef OPZZ Jan Guz, a także Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP .
Autorem pomnika Ignacego Daszyńskiego jest krakowski rzeźbiarz Jacek Kucaba, profesor Akademii Sztuk Pięknych. Monument z brązu stoi na obłożonym granitem postumencie o dwóch stopniach. Ma około 5 metrów wysokości. Pomnik uzupełnia szlak wielkich Polaków, którzy przyczynili się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego stanął w okolicy, gdzie swoje pomniki mają już Roman Dmowski, Wincenty Witos i marszałek Józef Piłsudski.

Kultura przeciw faszyzmowi

Zjazd Pracowników Kultury, zapamiętany jako „zjazd lwowski” odbył się w dniach 16 i 17 maja 1936 r. – był inicjatywą zorganizowaną przez Komunistyczną Partię Polski.

 

Odbył się niemal w miesięcznicę śmierci Władysława Kozaka – robotnika, który zginął z rąk sanacyjnej policji podczas tłumienia kwietniowej demonstracji bezrobotnych (13 kwietnia). Zorganizowany dwa dni później pogrzeb Kozaka stał się pretekstem do wielkiej manifestacji klasy robotniczej Lwowa, która to – po interwencji policji – przerodziła się w regularną walkę uliczną.
Jak wspominał jeden z uczestników zjazdu, Bronisław Dąbrowski, „porąbana szablami policji trumna Władysława Kozaka, ślady barykad i przelana krew robotników – te świeże jeszcze wspomnienia budziły pragnienie odwetu i skłaniały do czynnego protestu. Strajki i demonstracje, potężna manifestacja pierwszomajowa, pieśni rewolucyjne i gniewnie wzniesione pięści – wszystkie te oznaki nadciągającej burzy ujawniały głęboki wstrząs polityczny, jaki ogarniał społeczeństwo lwowskie. W takiej to atmosferze i aurze gorącej i chmurnej rozpoczęły się 16 maja obrady Zjazdu Pracowników Kultury”.

„Lwowski Zjazd Pracowników Kultury był odpowiedzią na apel Międzynarodowego Antyfaszystowskiego Kongresu Pisarzy, zorganizowanego w 1935 r. w Paryżu z inspiracji III Międzynarodówki. Obradujący tam pod przewodnictwem Romain Rollanda, André Gide’a i André Malraux twórcy wezwali do organizowania krajowych kongresów w celu obrony kultury przed faszyzmem”. W zjeździe uczestniczył szereg postaci istotnych dla polskiej kultury – swoje odczyty dla licznej, międzyklasowej publiczności zgromadzonej w sali lwowskiego Teatru Wielkiego oraz Instytutu Technologicznego mieli m.in. Emil Zegadłowicz, Andrzej Pronaszko, Leon Kruczkowski, Jonasz Stern, Tadeusz Kotarbiński czy Władysław Broniewski.

„Dobra kulturalne narażone są w warunkach ucisku i terroru na najwyższe niebezpieczeństwo, gdyż mogą się rozwijać jedynie w atmosferze twórczości, wolności i pełnej zapału wiary w przyszłość. Dlatego potępiamy wszelkie bez wyjątku objawy ucisku fizycznego i moralnego, gdyż godzą w dobro i rozwój kultury, której jesteśmy bojownikami.

Groźne niebezpieczeństwo zmusza do szybkiego i solidarnego działania. Świat ducha musi się zorganizować, ostrzec wszystkich przed grożącym niebezpieczeństwem, upomnieć o swoje prawa… Świat ducha i świat pracy musza sobie podać ręce. Naprzód w bój o wolność człowieka, o wolność i rozwój ducha i kultury, o usunięcie krzywdy społecznej, o pokój dla znękanej ludzkości, o nowe, lepsze i pewniejsze jutro” – brzmiał jeden z postulatów zjazdu.

W trakcie referatów i dyskusji poruszano temat niezbędnej reformy edukacji, w tym potrzeby powszechnej tolerancji narodowej i wyznaniowej, skuteczniejszej walki z analfabetyzmem, równouprawnienia języków mniejszości narodowych oraz zmian w systemie kształcenia – postulowano wprowadzenie programu opartego na idei wolności i postępu. Dziennikarze, dziennikarki, literaci i literatki apelowali o zniesienie cenzury, opowiadali się przeciw „faszyzacji życia literackiego” oraz umacnianiu się periodyków proimperialnych i prokapitalistycznych. Artystki i artyści apelowali o poszanowanie wolności twórczej i tworzenie miejsc pracy dla osób spoza głównego obiegu sanacyjnego mecenatu. Ludzie teatru podnosili kwestię potrzeby dotacji dla teatrów robotniczych i ludowych oraz zmian w polityce repertuarowej placówek państwowych, dotychczas faworyzującej przedstawienia mierne artystycznie, ale efektowne z punktu widzenia merkantylnego.

W wystąpieniach głównym wątkiem stała się potrzeba sztuki zaangażowanej, która powinna być upowszechniana szerokiej publiczności – bez względu na status majątkowy, czy przynależność etniczną odbiorców i odbiorczyń. Efektem tych debat stała się idea powołania Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pracowników Kultury – projektu, który jak dotąd, pozostaje w sferze niespełnionych marzeń robotników i robotnic kultury.

Co znamienne dla drugiej połowy lat 30., zjazd – pomimo swojego owocnego przebiegu – nie odbył się bez incydentów. Sobotnie wystąpienie Leona Kruczkowskiego zostało zakłócone przez ONR-owców – do sali Instytutu Technologicznego wrzucono butelki z cuchnąca cieczą i kamienie, które raniły kilku uczestników. Zainterweniowała milicja robotnicza, która umożliwiła dalsze prowadzenie odczytu.

Dla części uczestników zjazdu lwowskiego onr-owski incydent nie był końcem nieprzyjemności – Henryk Dembiński, lewicowy działacz społeczny i publicysta (jeden z inicjatorów zjazdu), został aresztowany za działalność komunistyczną; kilku innych uczestników zwolniono z pracy. Andrzeja Pronaszkę – odpowiedzialnego za odczyt „Sztuka plastyczna” – publicznie zganiono na łamach polskiej prasy, natomiast Bronisława Dąbrowskiego uznano za „skreślonego z listy zespołu [lwowskiego] Teatru Wielkiego” w prasie lokalnej.

Lewica i militaryzacja umysłów

Wojna, zanim wybuchnie naprawdę, musi zagościć w ludzkich głowach. Ludzie muszą się z nią oswoić.

 

Winna się stać normalną sprawą między ludźmi, że – mimo grozy ludobójstwa, masowych zabójstw, tortur, ran i dramatów (małych i dużych) – może być piękna i godna apologii. I towarzyszyć jej winna wzniosła śmierć: za ojczyznę, hymn i flagę, za wiarę religijną, za honor, za nasze wartości i cywilizację, za zyski tzw. „dobrodziejów pracobiorców” (właścicieli kapitału). Za to wszystko co jest wytworem naszego języka, rozumu, kultury. Jak jest wojna przedstawiana od lat w filmowych obrazach ? Czym karmią odbiorców gry komputerowe? A zabawki dla dzieci? A przestrzeń publiczna przesiąknięta agresją? A wreszcie stosunki interpersonalne oparte o rywalizacje, konkurencję, popularny „wyścig szczurów”, gdzie propagowanym przez neoliberalizm vel turbo-kapitalizm modelowym rozwiązaniem jest likwidacja albo wchłonięcie konkurenta.

A jak i co na te tematy mówią politycy nieprawicowi? Czy ktoś z nich odniósł się do naszej obecności w NATO, charakteru i współczesnej roli tego aliansu jako do czegoś podlegającego dyskusji ? Czy ktoś wyraził sprzeciw wobec agresywnego i irracjonalnego pomysłu – ze wszystkimi skutkami i kosztami – stałej bazy wojsk USA w naszym kraju, prezentowanego przez neoliberalną i nacjo-szowinistyczną prawicę? Czy ktoś z nich stwierdził wyraźnie, że nastawienie promilitarystyczne, poparte kultem śmierci, polskim mitomaństwem i ideą Polski jako „wiecznej ofiary” zdradzonej przez wszystkich jest niebezpieczne? Że te fantazmaty zatruwają świadomość młodych pokoleń i stają się nie tylko kulą u nogi naszego rozwoju, ale i elementem sprzyjającym naszej zagładzie w jądrowej pożodze? Czy któryś choćby rozłożył na czynniki pierwsze i skrytykował pomysł strzelnicy w każdym powiecie czyli miejsca, gdzie będzie się szkolić dzieci i młodzież do zabijania innych ludzi.

Nienawistnej i agresywnej narracji, retorycznemu uwielbieniu przemocy wobec każdego INNEGO (komuniści i postkomuniści, członkowie mniejszości – seksualnych, narodowych, religijnych, kulturowych) towarzyszy zawsze militaryzacja umysłów i realnej rzeczywistości. Bo przecież trzeba się bronić, trzeba walczyć, trzeba polec godnie za „Najjaśniejszego Pana i jego rodzinę” (jak mawiał dobry wojak Szwejk).

Lewica w Polsce – jeśli chce rzeczywiście zasłużyć na takie miano – niech zacznie mówić językiem lewicowym w przedmiocie wojennego szaleństwa, jakie opanowało szerokie kręgi mainstreamu europejskiego. Niech zapowie, iż w razie dojścia do władzy będzie dążyć do zmniejszenia napięcia w stosunkach europejskich, bo konflikt zbrojny może nas wszystkich bez wyjątku zmieść z powierzchni Ziemi. Czy nikogo z tzw. polskiej lewicy nie stać dziś na pomysł à la Adam Rapacki (z roku 1957) odnośnie stopniowo postępującego rozbrojenia na linii Wschód – Zachód? Polska lewica niech przestanie zachowywać się, mówić i reprezentować (de facto tak to w ciągu ostatnich dwóch – trzech dekad wygląda) interesy amerykańskich „jastrzębi”, którzy z kolei są lobbystami tamtejszego „kompleksu militarno-przemysłowego”, do którego współcześnie dochodzi jeszcze Wall Street. Tak zdefiniował te zagrożenia nie żaden komuch czy lewak, ale ustępujący z urzędu po dwóch kadencjach, prezydent USA Dwight Eisenhower.

W tak uprawianej polityce mają swe źródła zwycięstwa kreatur jak Trump i Bolsonaro czy wyroki sądów tłumaczących swastykę jako hinduski symbol szczęścia. Stąd jawią się liczne symbole „White Power” na tzw. Marszu Niepodległości w Warszawie, bezkarne nazistowskie pozdrowienia tłumaczone jako zamawianie pięciu piw, t-shirt z napisem „Auschiwtzland” na torsie lokalnej polityczki z Włoch. Faszyzacja przestrzeni publicznej idzie zawsze w parze z militaryzacją umysłów oraz obłaskawieniem wojny, przemocy, agresji w retoryce i postawach.

Lewica tańczy, faszyzm zwycięża

Zwycięstwo Bolsonaro w brazylijskich wyborach jest rzeczą straszną, szkoda tylko, że ludzie lewicy robią wiele, żeby ten dramat tylko pogłębić i rozciągnąć na resztę świata.

 

Triumf przemocowego pajaca głoszącego, że „Pinochet zabił za mało ludzi”, a jak zostanie prezydentem, to „da policji carte blanche na zabijanie”, jest poważnym sygnałem, że świat zmierza w złym kierunku, a skala wyzwania jest ogromna. Tym bardziej martwi fakt, że reakcja szeroko pojętej lewicy sprowadza się jak zawsze do rytualnych okrzyków, frazesów i diagnoz pochodzących chyba z dzienniczka Adama Michnika.

Pierwsza sprawa: do znudzenia powtarzane analogie z latami 30. XX wieku. Tylko faszyzm i faszyzm, jakby to słowo miało wszystko wyjaśnić. Tymczasem nie wyjaśnia nic – dowód? Wraz z nieustannym straszeniem, wielkimi mobilizacjami antyfaszystowskimi i niekończącą się mantrą nawiązań do lat 30. zjawisko, które chcemy powstrzymać, ciągle narasta. Trump, Bolsonaro, Salvini, Orban i wszelkie tego rodzaju indywidua śmieją nam się w twarz. O polskiej wersji autorytaryzmu nie wspominam, to pikusie z zupełnie innej ligi niż bydlaki wymienione powyżej. Niekończący się ostrzał prowadzony z najcięższych wydawałoby się dział – rykami: „faszyzm!” – okazuje się serią z kapiszonów, przynoszącą efekty tyleż żałosne, co niebezpieczne, bo demoralizujące.

Ale dalej lewico, proszę bardzo. Urządzaj w nieskończoność tańczące protesty pod ambasadami. Z Gruzją wyszło? Nie? Dobrze, to teraz z Brazylią. Hej, tańczymy! Jest opór, jest lewicowo. Nawet oko.press transmitowało – najlepszy „lewicowy” portal. Super, pokonamy faszyzm! Ej, ale czemu faszyzm nie znika? No nie! Dalej tańczymy, jeszcze trochę! To jest nasza rewolucja. Zło zniknie.

Nie jest to faszyzm w sensie ścisłym, chociaż autorytarny spektakl medialny zdecydowanie ośmiela prawdziwych faszystów. Trump i Bolsonaro z jednej strony, Liga we Włoszech, AfD w Niemczech z drugiej to zjawiska mające inne korzenie. PiS to jeszcze coś innego, orbanizm – jeszcze inna sprawa. Tak, formacje te przenika podobny duch, podobne klisze wypełniające przekaz medialny, ale nie ma tu miejsca na żaden heglizm – polityką nie rządzi żaden duch, żadne abstrakcyjnie pojęte wartości, tylko konkretne siły społeczne. Analogia z latami 30., owszem, zachodzi, tylko nie polega na tym, co się wszystkim z tymi czasami kojarzy. Dlatego straszenie Hitlerem nie działa. Ówczesną Europą trzęsły inne procesy społeczno-polityczne. Głównym straszakiem był komunizm. Instytucje, które wówczas dopiero się kształtowały, dzisiaj idą w rozsypkę. Kryzys kapitalizmu inaczej odciskał się w świadomości społeczeństw. Wyobraźnię lewicy zajmowały wtedy głównie wielkie ruchy mas ludzkich – nie prawa mniejszości ani swobody osobiste, jak dziś. A właśnie trzeba w tym kontekście mówić o lewicy, bo podobieństwo w zbyt dużym stopniu dotyczy jej samej.

Lewica zawiodła wtedy ludzi, sama pchając ich w ramiona Hitlera. Po Wielkiej Wojnie europejscy socjaliści – wówczas już siła głęboko zinstytucjonalizowana – woleli trzymać się swoich stołków w parlamentach, lekceważąc, a nawet tłamsząc rewolucyjny zryw mas robotniczych i żołnierskich, co najjaskrawiej wystąpiło w Republice Weimarskiej. Sami skazali się na klęskę w konfrontacji z faszyzmem. Komintern z kolei, sparaliżowany doktryną „trzeciego okresu”, lekceważył Hitlera, woląc za wszelką cenę dokopać socjaldemokratom, nie myśląc też już nawet o rewolucji. O dzisiejszej lewicy trudno nawet powiedzieć, że zdradza ludzi. Stanowi integralną część neoliberalnej kliki, oczekiwanie od niej klasowej polityki to zaklinanie rzeczywistości. A w krajach, gdzie ledwo istnieje, zajmuje się przekształcaniem polityki w lifestyle (choćby przez wspomniane tańce pod ambasadami) i/lub papugowaniem zachodniej lewicy, która właśnie się kończy, bo nikt jej już nie wierzy. Tak się oddaje ludzi na pastwę akwizytorów mokrych snów o krwawej zemście na reszcie świata.

Przykro mi, polska lewico. Nie uwierzę, że jesteście gotowi walczyć z faszyzmem – ani nawet z „faszyzmem” – jeżeli nie będziecie chcieli się zmieniać i uczyć się na błędach, jeżeli nie dacie cienia świadectwa, że chcecie służyć ludziom. Rytualne pokrzykiwania we własnym gronie, spijanie sobie z dzióbków i duszenie się we własnym sosie, życie własnymi fantazjami i rozliczanie z nich ludzi, rodzi faszyzm. Słyszycie? Jeżeli nie przestaniecie żyć dla samych siebie, dla poczucia własnej moralnej wyższości i czystości, będę zmuszony uznać was za współtwórców XXI-wiecznego faszyzmu.

A przecież, gdybyście zamiast tracić czas na odprawianie waszych rytuałów, zamiast udawać, że startujecie w wyborach, w których i tak nie mogliście nic ugrać, bo nie mieścicie się w formule – gdybyście zamiast tego kilka lat temu zaczęli chodzić od domu do domu, od jednego zakładu pracy do drugiego, pytając ludzi, jak im pomóc w życiu zatrutym kapitalizmem, żadnego „faszyzmu” w ogóle by nie było. Musicie się zmienić. Na razie wasze oburzenie na Bolsonaro jest śmieszne.

Partio Razem, musisz!

W wigilię święta zmarłych na lewicy przyszło na świat nowe życie. Partia Razem pogrzebała swoje świętości, aby narodzić się na nowo. Przyznam, że konferencja prasowa, na której Maciej Konieczny i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk obwieścili społeczeństwu gotowość podjęcia współpracy z SLD zaskoczyła nawet mnie, hienę lewicowej żurnalistyki. Nieformalne rozmowy pomiędzy przedstawicielami obu ugrupowań toczyły się już od pewnego czasu, jednak mało kto spodiewał się tak szybkiej anuncjacji.

 

Klęska Razem w wyborach samorządowych nie była trudna do przewidzenia. Słaby wynik to przede wszystkim skutek polaryzacji pola politycznego przez popisowski duopol, ale również wypadkowa etapu rozwoju, na którym znajduje się młoda lewica. Razemici przedstawili niezły program i bardzo poprawnie, na tyle na ile starczyło środków i ludzkiego zapału, przeprowadzili kampanie wyborczą w większych ośrodkach. Cóż z tego, skoro społeczeństwo kompletnie nie postrzega Razem jako poważnej siły w polityce lokalnej, a lewicowe postulaty do swoich programów wpisały główne siły polityczne. W takiej sytuacji jedyną szansą okazało się postawienie na kandydatów z doświadczeniem i sukcesami w działalności politycznej, którzy mogliby uwiarygodnić propozycje programowe oraz znalezienie koalicjantów Na takie rozwiązanie zdecydowali się działacze z Poznania. W efekcie współtworzony przez nich komitet wyborczy zdobył dwa mandaty w radzie miasta. W wyścigu o lokalną prezydenturę Razem poparło wiceprezydenta miasta Tomasza Lewandowskiego, który ostatecznie zajął trzecie miejsce. Dokładając do tego trzeci w skali kraju wynik w wyborach do sejmiku wojewódzkiego, otrzymujemy świadectwo, że w polityce można wygrywać, tylko trzeba wiedzieć, kogo wziąć do składu.

Kierownictwo Razem nie pokładało szczególnych nadziei w wyborach lokalnych. Miały one służyć przede wszystkim zwiększeniu rozpoznawalności kandydatów przed bardzo ważnym rokiem 2019, a także zaprawieniu aktywu w działaniach kampanijnych i przeprowadzeniu testu sprawności politycznej przed kluczowymi dla przyszłości partii starciami – o europarlament i Wiejską. Test został oblany, ale to nie jedyna fatalna wiadomość dla działaczy. Lekarstwem na obniżone morale miał być dobry wynik w eurowyborach, kiedy niska frekwencja tradycyjnie sprzyja małym ugrupowaniom. Zdobycie kilku mandatów pozwoliłoby przystąpić do boju o parlament w r0li poważnej siły politycznej. Pojawił się jednak problem, a na imię mu Robert Biedroń. Były prezydent Słupska od dwóch miesięcy jeździ po kraju, spotyka się z wyborcami, a przede wszystkim – tworzy struktury swojego ugrupowania przed debiutem, który zaplanował właśnie na eurowybory. Biedroń ma wszystko to, czego brakuje razemitom – nazwisko, nimb sukcesu politycznego, wiarygodność i pewność siebie. A jednym z segmentów rynku wyborczego, do którego zamierza dotrzeć z ofertą, jest elektorat Partii Razem.

Widmo katastrofy w eurowyborach jest dla Razem perspektywą apokaliptyczną. Jeśli partia nie doskoczy do progu, defetyzm i demotywacja osiągną masę krytyczną, konflikty przerodzą się w dekompozycję, co ostatecznie sprawi, że karminowe sztandary będziemy mogli podziwiać już tylko w Muzeum Socjaldemokracji, zbudowanym z inicjatywy prezydenta Biedronia w roku 2027.
Robert Biedroń nie będzie koalicjantem Razem. Nie ma żadnego powodu, by nim zostać. Jego celem jest stworzenie i szybka promocja własnego brandu, za pomocą którego zamierza zdobyć serca „lewego” segmentu elektoratu PO, Nowoczesnej i znacznej części lewicy, która zagłosuje na niego, bo nie ma żadnej poważnej alternatywy.

Co więc może zrobić Partia Razem, by uniknąć zagłady? Sojusz z SLD jest jedyną szansą na wprowadzenie karminowych reprezentantów do europarlamentu i polskiego Sejmu. Nikt przecież wówczas nie zabroni prowadzenia własnej, niezależnej od SLD gry politycznej, przychodzenia na pracownicze demonstracje, angażowania się w ruchy kobiece czy LGBT. Oczywistą korzyścią będzie zapewnienie finansowej reprodukcji ugrupowania, większa liczba cytowań i zaproszeń do najważniejszych stacji telewizyjnych, co z kolei może być początkiem końca anonimowości najdzielniejszych działaczy karminowej lewicy.

Elektorat Razem różni się znacznie od eseldowskiego, więc ryzyko „pożarcia”, tak namiętnie kreślone przez krytyków tej koalicji, jest niczym jak innym jak projekcją zaniżonego poczucia własnej wartości i zwykłym lewackim panikarstwem. Dla wielu osób związanych z Razem pakt z SLD oznacza konieczność wymiany fundamentów etyki politycznej. Hasła takie jak „znajdzie się cela dla Leszka Millera” czy „kurica nie ptica, SLD nie lewica” symbolizowały negacje bezideowego, neoliberalnego projektu, który gospodarował przestrzeń lewicową w poprzednich dekadach, a także marzenie o stworzeniu prospołecznej formacji. Mamy jednak rok 2018, nie 2005.

O własną dupę nie mam lęku Wywiad

Z Jerzym Urbanem rozmawia Piotr Nowak (strajk.eu).

 

Czy zdaje Pan sobie sprawę, że ma Pan coś wspólnego z Janem Pawłem II?

Nie wydaje mi się.

 

Ma Pan 85 lat, czyli dokładnie tyle, ile miał papież-Polak, kiedy odszedł do domu Ojca. Pan w tym wieku dostał tylko wyrok sądu, ale podobnie jak Wojtyła jest Pan obecnie idolem części młodzieży.

Wydaje mi się, że to trochę przesada. Oczywiście są nastroje antyklerykalne. Faktem jest pewne wzburzenie polityczne. Z jednej strony mamy „Kler”, który jako produkt jest tym, czego ja byłem prekursorem ideowym. Jest też absurdalny wyrok za publikację wizerunku Jezusa w gazecie. To wszystko spowodowało, że cieszę się obecnie pewnym uznaniem i wzięciem.

 

Moja 20-letnia znajoma napisała dziś na Facebooku „Jerzy Urban jest jednym z ostatnich przyzwoitych ludzi w tym kraju”.

Nie lubię takich kategorii jak „przyzwoitość”. To bardzo nieprecyzyjne. Pod pewnymi względami jestem może przyzwoity, pod innymi bardzo nieprzyzwoity, dla większości ludzi jestem z natury rzeczy nieprzyzwoity. Takie pojęcia jak przyzwoitość, nieprzyzwoitość czy cynizm niczego w istocie nie określają.

 

Porozmawiajmy o sprawie karykatury Jezusa w Tygodniku „Nie”. Czy wyrok skazujący był dla Pana zaskoczeniem?

Tak. Z przebiegu procesu wynikało jasno, że muszę być uniewinniony. Z argumentów prawnych klarujących to, co trzeba spełnić, aby skazać za obrażanie uczuć religijnych, ale także z ekspertyz, z których jedna przedstawiona przez biegłego była niejednoznaczna, co się interpretuje na korzyść oskarżonego, a trzech innych biegłych stwierdziło, że nie widzą w tym wypadku niczego, co można spenalizować, że w tym wypadku nic nie uwłacza uczuciom religijnym. Wyrok został wydany na przekór przewodowi sądowemu, przypuszczam, że się nie ostanie w wyższej instancji.

 

Dlaczego więc został Pan skazany? Może to jeden z pierwszych efektów pisowskiej reformy sądownictwa? Presja psychologiczna na sędziego?

Nie widzę żadnych symptomów, by miały miejsce naciski polityczne. Proces ten był niedostrzegany przez ważniejsze czynniki. Poza tym, zaczął się pięć temu temu, a z dobrą zmianą mamy do czynienia od lat trzech. Obecna władza zresztą nie od razu zyskała wpływ na sądownictwo. Przypuszczam, że wynika to po prostu z poglądów sędziego.

 

No i został Pan skazany, broni Pana „Gazeta Wyborcza”, bronią środowiska dziennikarskie, obrońcy praw człowieka, niewiele brakuje, aby Jerzy Urban został męczennikiem wolności obywatelskich. Jak Pan się czuje w tej roli?

Śmiesznie. Oni wszyscy zaznaczają, że jestem obrzydliwym rzecznikiem stanu wojennego, ale trzeba mnie bronić, bo to jest obrona wolności słowa. Niech i tak będzie.

 

10 lat temu napisał Pan felieton „Kaczyński mnie podnieca”. Twierdził Pan, że rządy PiS wymuszają na Panu czujność i nie pozwalają zdziadzieć. Tekst ten kończył się zdaniem: „Szkoda byłoby zdjąć tę sztukę z afisza po pierwszym akcie tracąc kulminację i happy end burleski”. Czy jest Pan zadowolony z kolejnego aktu?

To przedstawienie za daleko poszło, jednak lękam się wszystkiego, co nadejdzie po Kaczyńskim. Po pierwsze, boje się narastania bardziej radykalnej fali nacjonalistyczno-klerykalnej. Po drugie – boję się PiSu w opozycji, ta partia przecież nie zniknie. To, że nie będzie pełnił władzy, pozbawi go pewnych hamulców. Obawiam się, że ta formacja się podzieli, może zradykalizuje. Boję się siły faszystowskiej, która z tego wyrośnie.

 

W Pana wspomnieniach można przeczytać, że w 1968 roku przeniósł się Pan na południe Polski, aby w razie czego mieć krótszą drogą ucieczki. Czy dziś nie ma Pan podobnych myśli?

Nie, żadnej przeprowadzki nie planuję. Póki granice są otwarte, o własną dupę nie mam lęku. Pisowcy nikomu jeszcze fizycznie nie zagrażają.

 

Przegłosowano ustawę dekomunizacyjną. Po sądach ciągani są działacze KPP, wstępne czynności mające stwierdzić podstawy do delegalizacji zostały wszczęte wobec socjaldemokratów z Razem. Nie obawia się Pan, że osoby o poglądach lewicowych będą traktowane jako podejrzane z urzędu?

Tak jak wspomniałem wcześniej, obawiam się, ze ta radykalizacja nastąpi po rządach Kaczyńskiego. Polska nie jest samotną wyspą na świecie i represje karne spowodowałyby całkowitą izolację kraju, która Polsce wyszłaby bokiem. Załamałby się eksport do Niemiec, z którego żyje nasza gospodarka. Moja wyobraźnia nie sięga tak wielkiego przewrotu stosunków w Europie, który mógłby stworzyć warunki do sytuacji, o której Pan mówi.

 

Kiedy rozmawiamy, w Parku Skaryszewskim trwa właśnie rozbiórka Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej. Nie ma Pan wrażenia, że ta Polska, którą Pan budował właśnie przestaje istnieć?

To są małe świństwa, które wyjdą nam bokiem. To jest zupełnie głupie drażnienie Rosji, oraz łajdactwo w stosunku pamięci do ludzi, którzy tutaj ginęli, aby przegnać opresję hitlerowską z Polski. Ta opresja jest obecnie przez władze bagatelizowana, ale w optyce ludzi, którzy są w moim wieku była ona jednak bardzo groźna.

 

Obserwuje Pan to, co robi w Polsce lewica? Co buduje w Panu nadzieje?

Trudno obserwować, bo nie ma tutaj czego obserwować. Słucham raczej, co mówią, ale żadne słowa lewicy nie budują we mnie nadziei – i chyba w nikim – nie są one znaczące, wszystkie lewice w Polsce mówią podobnym głosem. Każda wrzuca coś do puli postulatów, ale żadna nie potrafi zbudować siły, która te idee byłaby w stanie urealnić. Wobec tego jest to gadanina na razie bezskuteczna.

 

SLD jakby się obudziło za rządów Czarzastego. Zagłosuje Pan jeszcze na tę partię?

Tak, oczywiście, bo w innym wariancie nie miałbym na kogo głosować. Ale nie jest to zasługa Czarzastego, ale PiS-u, który zrobił to, co zrobił – stworzył kastę pariasów, okazał się formacją odwetową i to znacznie spóźnioną w swoim odwecie. Dobrze byłoby, gdyby lewica znalazła się w parlamencie, bo od tego będzie też zależeć, czy PiS stworzy rząd, czy nie stworzy i będzie musiał szukać wsparcia u Kukiza, a więc z pewną komplikacją w pewnych sprawach. Być może znaczenie SLD wzrośnie w tym sensie, że będzie nieodzowną komponentą większości parlamentarnej, a jeśli nie, to będzie marginalną wartością, nawet jeśli to do parlamentu wejdzie.

 

A co Pan myśli o Partii Razem?

Jedyne dostrzegalne różnice pomiędzy SLD a Razem są różnicami w grymasach. Bardzo mi się podoba wszystko to, co Razem mówi, tyle że ta partia nie ma żadnej umiejętności przyciągania zwolenników. Radykalna lewica, niekomunistyczna i niepostkomunistyczna, nastawiona na młodych powinna mieć większe wzięcie, gdyby mówiła jakieś rzeczy pociągające, lub je obiecywała. W istocie Zandberg obiecuje to, co wszyscy, tylko ciut radykalniej, a nie sądzę, by gadania radykalne przyciągały jakieś radykalne grupy młodzieży.

 

Niektórzy mówią, że lewica powinna łapać wznoszenie na antyklerykalizmie.

To jest kierunek, który ma przyszłość. Z różnych powodów, w różnych miejscach w Polsce. W dużych miastach z powodu wzrostu wykształcenia i jakiejś wrażliwości antykościelnej, w małych miejscowościach jako czynnik buntu przeciwko sile dominującej, która wciska się w życie osobiste, rodzinne. Antyklerykalizm ma przyszłość, szczególnie, że kler zaczyna się dzielić na tych, którzy stawiają opór, a więc napędzają antyklerykalizm i tych, którzy się cofają, a więc okazują słabość i lękliwość, co ludziom, za którymi stoją siły poważne i najwyższe nie dodaje splendoru i zaufania.

 

A niech Pan powie szczerze, czy wolałby Pan zostać skazany w tym procesie o obrazek z Jezusem? Wtedy musiałby Pan zapłacić, ale mógłby Pan ukazać się tłumowi jako poszkodowany przez cenzurę. Czy jednak wolałby Pan uniewinnienie i święty spokój?

Na razie wszystko wskazuje na to, że jest to korzystny dla mnie wyrok. Amnesty International się tym zajmuje, Stowarzyszenie Dziennikarzy RP występuje w mojej sprawie do międzynarodówki dziennikarskiej, broni mnie Wyborcza, jak Pan wspomniał, bronią mnie ludzie w internecie, choć ja nie za bardzo wiem, co tam się dzieje. Wygląda na to, że po raz kolejny zostałem uratowany od politycznej śmieci naturalnej. W tym wyroku jest zresztą coś zadziwiającego. Gdyby mi dali 10 tys. złotych grzywny, to nikt nie zwróciłby na to uwagi. Nie było rozsądne dawanie mi grzywny, która rozbudza wyobraźnię.

Wyjdźmy na ulice!

List do Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia, Adriana Zandberga, Małgorzaty Tracz, Bogusława Gorskiego, Waldemara Witowskiego, Jana Śpiewaka.

 

100-lecie polskiej niepodległości to wyjątkowa okazja, aby przypomnieć polskiemu społeczeństwu rolę lewicy w walce o niepodległość. To również doskonałą okazja do narzucenia własnej narracji historycznej. Zwłaszcza młodemu pokoleniu, które niemal całkowicie ma dziś poglądy prawicowe.

Prezydent RP Andrzej Duda odrzucił propozycję środowisk narodowych, aby uczestniczyć w wspólnym marszu. Zatem jedynym środowiskiem, które wyjdzie, licznie jak zwykle, na ulice Warszawy, będą nacjonaliści. Po raz kolejny to ich środowisko skanalizuje bunty społeczne młodego pokolenia. Lewica, o ile w ogóle, potrafi tego dnia tylko blokować takie marsze. W społecznym odbiorze zatem po raz kolejny lewica zamiast wyjść z własną inicjatywą, podkreślić rolę PPS w walce o niepodległość i sprawiedliwość społeczną, będzie blokowała czyjąś inicjatywę. Tak to będzie odebrane. Lewica sama, na własne życzenie, oddaje pole narodowej prawicy. Jakby zapominając słowa Orwella: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”.

Odzyskanie przez Polskę niepodległości było w dużej mierze zasługą socjalistów. Czerwone flagi nie były wówczas synonimem bolszewizmu. W odróżnieniu od prawicy, kolaborującej z zaborcami i zerkającej na obce mocarstwa, to socjaliści 7 listopada 1918 r., nie oglądając się na nikogo, stworzyli pierwszy polski rząd gwarantujący prawo do strajku, 8 godzinnego dnia pracy i równości płci.
W narodowe święto niepodległości nie usłyszymy o zdobyczach socjalnych pierwszego niepodległego rządu polskiego, na czele którego stanął Ignacy Daszyński z PPS. Socjaliści, bili się nie tylko o niepodległość, ale również o kształt państwa. Ich główny postulat to przekształcenie państwa w demokratyczną Republikę Ludową. W myśl manifestu wszyscy obywatele mieli otrzymać równouprawnienie pod względem politycznym i obywatelskim, co miało wyrażać się wolnością sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, i strajków. W ramach dążeń do poprawy warunków socjalnych zapowiedziano ośmiogodzinny dzień pracy w przemyśle, handlu i rzemiośle.

Jako jeden z pierwszych rządów na świecie Tymczasowy Rząd Ludowy potwierdza i gwarantuje prawa wyborcze kobiet, wyprzedzając tym samym większość państw europejskich, a także USA. Manifest ustala 8-godzinny dzień pracy w przemyśle, rzemiośle i handlu. Rząd deklaruje natychmiastowe przystąpienie do reorganizacji organów samorządu terytorialnego i utworzenie milicji ludowej. Zobowiązuje się wnieść do Sejmu Ustawodawczego projekty reform dotyczących: przeprowadzenia reformy rolnej; upaństwowienia niektórych działów przemysłu i komunikacji; udziału robotników w administrowaniu prywatnymi przedsiębiorstwami; wprowadzenia prawa o ubezpieczeniach i ochronie pracy; powszechnego, świeckiego i bezpłatnego nauczania w szkołach.

Odezwa „Do ludu Polskiego” nie pozostawiała wątpliwości, jaki charakter mieć będzie przyszła Polska – „Nad skrwawioną i umęczoną ludzkością wschodzi zorza pokoju i wolności. W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników, rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy. I nie zaświta lepsza dola nad narodem polskim, jeżeli rdzeń i olbrzymia jego większość, lud pracujący, nie ujmie w swoje ręce budowy podwalin naszego życia społecznego i państwowego.”

Zdezorientowana prawica, która skompromitowała się współpracując z zaborcami, m.in. podczas rewolucji 1905 roku, przystępuje do działania. Nie zgadza się na rewolucyjne zmiany, jakie postulowani socjaliści. Narodowa demokracja przeciwna była m.in. prawem do głosu dla kobiet oraz dalszą klerykalizacją kraju. Ignacego Daszyńskiego zastępuje inny socjalista, Jędrzej Moraczewski, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego. To wówczas powstają dwa poważne dokumenty – Dekret o ośmiogodzinnym dniu roboczym” oraz „Warunki służbowe minimalne dla niższej służby folwarcznej (parobków)”, które zostają zatwierdzone przez Piłsudskiego. Dla robotników i chłopów, ważna była wszak nie tylko odzyskana niepodległość, ale przede wszystkim warunki, jakie stworzy niepodległe państwo. Czy miała to być w dalszym ciągu pańszczyzna, 16-godzinnny czas pracy bez możliwości strajku, czy demokratyczne i egalitarne państwo? Co robi prawica? W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 przygotowuje zamach stanu na socjalistyczny gabinet premiera Jędrzeja Moraczewskiego.

Dziś zagrożenie ze strony skrajnej prawicy jest minimalne. To margines, groźny, głośny, ale margines. Zamiast straszyć faszyzmem, lepiej wyjść na ulice z własnymi hasłami. W tym roku nadarza się wyjątkowa okazja. Odsłonięty bowiem zostanie pomnik Ignacego Daszyńskiego. Policzmy się, wszyscy! Czy lewice jednak stać na ten organizacyjny wysiłek? Przed wojną wyjście na ulice było dla lewicy czymś naturalnym. Odnoszę wrażenie, że po 1989 roku stało się synonimem obciachu i wysiłkiem przekraczającym możliwości.