Nieodrobiona lekcja z historii

Policja państwowa zignorowała decyzję urzędu miasta Warszawy o rozwiązaniu marszu ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Zwołanego w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Złamała tym obowiązujące prawo.

 

Dzięki biernej postawie policji faszyzujące organizacje mogły demonstrować w centrum Warszawy swoją nienawiść do innych narodów i Polaków „gorszego sorta”.
Wsparcia w sporze z urzędem miasta Warszawy udzielił faszyzującym demonstrantom pan minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński. Podziękował jego uczestnikom, że „nie dali się sprowokować”.
Dał też sygnał policji państwowej żeby nie blokowała narodowców. Nawet jeśli eksponują hasła zabronione przez prawo. To jeszcze przez PiS nie zmienione.
Politycy PiS nie pierwszy raz kokietują radykalną, faszyzująca prawicę. Bo to przecież ich sojusznicy w walce z liberalno-demokratyczną opozycją parlamentarną z PO i Nowoczesnej. Wierni sojusznicy w walce z „lewactwem” i postkomuną.
Aktywiści „Młodzieży Wszechpolskiej” i ONR-u często krzyczą hasła z jakimi elity PiS identyfikują się, tylko jeszcze wstydzą się tego publicznie powiedzieć. Kalkulacja polityczna PiS-owkich elit nie jest wyrafinowana. Otworzymy parasol ochronny nad radykałami. Niech sobie demonstrują, a zwłaszcza niechaj kontrdemonstrują.
Niech rozbijają demonstracje KOD-u. Marsze i parady równości. Niech pogonią te feministki ze Strajku Kobiet. Władza i jej policja państwowa będzie arbitrem podczas tych politycznych meczów. W razie ewidentnych fauli usunie najbardziej zapalczywych z boiska. W razie politycznej potrzeby tych najbardziej aktywnych, choć granic demonstracyjnego fair play jeszcze nie przekraczających.
Postawa elit PiS przypomina nadzieje niemieckiego i włoskiego mieszczaństwa wobec rodzącego się tam faszyzmu. Nowy ruch przełamujący wszelkie niemożności i ospałość liberalnej demokracji miał też być batem na komunistów i skłóconych z nimi socjaldemokratów. Miał przetrzepać stare społeczne struktury i spacyfikować aktywną lewicę.
A po wykonaniu brudnej roboty miał być odesłany do rekwizytorni politycznego teatru. Rzeczywistość pokazała, że zachęcone szybkimi sukcesami panów Mussoliniego i Hitlera społeczeństwa włoskie i niemieckie skutecznie zbrązowiały. I im udzieliły politycznego poparcia. Chłopcy do bicia Żydów, lewaków i liberałów stali się warstwą panującą. Przywódcami globalnej wojny. Wiara pana ministra Brudzińskiego, że on i jego policja zawsze będą kontrolować radykalnych narodowców oparta jest na niewiedzy i wybujałej pysze rządzących obecnie Polską polityków.
Może zdarzyć się, że kiedy zechcą już zamknąć ów parasol ochronny, to okaże się, że dawno wypadł im z rąk.

Przywódca „całej” lewicy? Kiepski pomysł

Poproszono mnie, abym zastanowiła się, kogo widziałabym na stanowisku „szefa wszystkich szefów” na lewicy. Moim zdaniem potrzebny jest tandem, o ile nie trójka przywódców.

 

Lewica przede wszystkim nie jest jednorodna i nie ma co zaklinać rzeczywistości. Skuteczny działacz społecznie niekoniecznie jest dobrym politykiem, co pokazuje przykład Piotra Ikonowicza. Lider RSS od podszewki zna problemy lokatorskie Warszawy. Jako specjalista w tym temacie, byłby niewątpliwie cennym nabytkiem np. dla warszawskiego ratusza. Widać jednak wyraźnie, że pomimo ambicji politycznych, jakie RSS przejawia, Ikonowicz brzydzi się polityką sensu stricto. Na lidera „całej” lewicy w Polsce jest zbyt pryncypialny.
Pod bokiem RSS wyrosło wielu młodych działaczy zajmujących się lokatorami i reprywatyzacją (mamy tu Katarzynę Matuszewską, Piotra Ciszewskiego, prawniczkę Beatę Siemieniako – oni na współpracę polityczną z Sojuszem nie zapatrują się pozytywnie, jednak popierają bezpośrednie inicjatywy na rzecz pomocy eksmitowanym i nękanym przez czyścicieli).
Lewica, pragnąc szerokiego poparcia, musi przedstawić ofertę korzystną również dla liberalnego wyborcy – na przykład tego wypychanego z konieczności na działalność jednoosobową. Do tego elektoratu przemówiłby Włodzimierz Czarzasty, Andrzej Rozenek czy Ryszard Kalisz. Bogusław Liberadzki, Wincenty Elsner czy prof. Jerzy Kochan reprezentować by mogli „akademicką”, często teoretyzującą frakcję, odpowiadać za przygotowanie programowe. Janusz Zemke z kolei zajmuje się środowiskami mundurowymi, które zna jak własną kieszeń.
Grupę działaczek na rzecz praw kobiet również mamy na scenie lewicowej silną – nie tylko w Sojuszu, jeżeli więc miałby zawiązać się jakiś reprezentacyjny obóz, z pewnością ta część stanowiłaby ważny element jego działalności.
Idea „niehierarchiczna” czyli wielu liderów – to może nieco idealistyczny, choć dla mnie osobiście przekonujący koncept. Próbowała wdrożyć go Partia Razem, niestety w ostatnim czasie wyraźnie widzimy, że stołek „lidera” zajmuje sam Adrian Zandberg. Tymczasem na podzielonej lewicy to mogłoby się sprawdzić.
Potrzebne jest wzmocnienie frakcji propracowniczej (tu kłania się wieloletni działacz związkowy Piotr Szumlewicz), ale też i skrzydła liberalnego, kładącego nacisk na świeckość państwa, sprawy światopoglądowe, równościowe, ekologiczne. Nie do przecenienia jest tu współpraca z działaczami i działaczkami Zielonych.
Lewica, która nie może pogodzić się w warstwie ideologicznej, powinna zawiązać koło współpracy grup specjalistów i specjalistek. Reprezentację zostawić zaś politykowi z krwi i kości, który ma siłę przebicia i nie boi się parlamentarnych targów. Taką osobą jest właśnie Adrian Zandberg, a dla sojuszu – Andrzej Rozenek.