Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.

Wodzirej

Jak tylko dowiedziałem się, że odbędzie się konwencja nowej partii pana Roberta Biedronia, na której poznam nazwę, cele, program i aktyw nowego bytu politycznego zapłonęło moje zainteresowanie. Co prawda płomienia nie wystarczyło do tego bym udał się na Torwar własną osobą gdyż już kilka razy byłem świadkiem urodzin, burzliwej młodości oraz cichego zejścia ze sceny politycznej podobnych erupcji. Jak dziś pamiętam pana Palikota, Petru czy panią Nowacką, ich kolejne próby zaistnienia w mainstream’ie polskiej polityki.
Na telewizję pospolicie zwaną publiczną niema, co liczyć, ale płacę za kablówkę, więc mogę ciekawość zaspakajać wygonie i przyjemnie. Nabyłem „czteropak” popcorn chipsy i zasiadłem przed telewizorem.
Od razu mi się spodobało! nTorwar pełen młodych uśmiechniętych ludzi, nowoczesna oprawa muzyczna i graficzna a nad wszystkimi duch pozytywnej energii. Nie zauważyłem gniewnych min i zaciśniętych ust polityków, których mandatem do istnienia jest tzw. karta historyczna i potrzeba pouczania społeczeństwa o jedynej słusznej drodze.
Pan Biedroń wykazał się talentem wspaniałego frontmana, nawiązał kontakt z uczestnikami kreował zachowania publiki (wspólne skadrowanie haseł, personifikowanie grup itp.) mówił bardzo składnie a każda fraza była dobrą setką, jak mówią dziennikarze, gotową do prezentacji w mediach. I wtedy gdzieś z tyłu głowy po raz pierwszy usłyszałem „fala. la, la, la.. fala. la, la, la…” Za panem Biedroniem stanęli jak mur współtwórcy nowej partii „WIOSNA”. Kilka osób to wcale nie takie „świeżynki” polityczne jak twierdził nowy przewodniczący. Kilkoro poznałem osobiście na ich drodze do salonów, lub byłem świadkiem pojawiania się i znikania w odmętach polityki.
Nawet sam pan Biedroń mignął już kilka razy w kalejdoskopie zdarzeń.
Poświęciłem chwilkę na wklepanie kilku „lajków” na FB za oryginalną nazwę nowej partii, prezencję i czar pana Roberta i ewidentną świeżość wydarzenia. Łyknąłem z puszki i wziąłem się za poznawanie programu. Z osobna każdy punkt programu zaprezentowany na konwencji bardzo mi się podobal (świeckośc państwa, kasa dla obywateli, dobro zwierząt, lasów i pól, czyste powietrze), kto słuchał to wie. Tylko ten głos z tyłu głowy:,
„Kiedy się nagle zachce śpiewać, a tekst ci nie jest znany,
·Nie musisz się na siebie gniewać, już problem rozwiązany….
…Ogromna możliwości skala kryje się w jednym słowie la, la”
Jeżeli poważnie myślimy o realizacji tych lub podobnych postulatów trzeba przewidzieć środki, zmierzyć się z konsekwencjami społecznymi i opiniami wszystkich obywateli.
„Zamkniemy kopalnie węgla kamiennego w ciągu 16 lat” to bardzo nośne hasło. Pomyślmy racjonalnie. Węgiel kamienny w Polsce się kończy. Wydobycie maleje a koszty rosną. Likwidacja kopalń to proces nieodwracalny. Dokonuje się w sposób naturalny. Problemem jest produkcja energii, Twierdzenie jednego z działaczy proekologicznych, że produkcja energii jest zbędna, bo prąd jest w gniazdkach raczej się nie sprawdza. Czy rozważymy przeniesienie OZE z działu „nowinki techniczne” na salony sejmowe? A węgiel brunatny? Czy krajowe wydobycie zastąpi import?
Albo fala. la, la, la..”, albo trzeba o tym porozmawiać.
Rozważmy zgodność proponowanych zmian prawnych z tak często goszczącą na naszych ustach Konstytucją, i wiele, wiele więcej.
Za nim zagłosuję czekam na bardziej konkretne stanowisko partii WIOSNA
Za ładną konwencję, miłych ludzi i chwytliwe bon moty dostanie pan dużo „lajków” na FB, a głosy wyborcze? Niekoniecznie.
Tak jak w wypadku wielu poprzednich powstających partii typu „sztuka nówka” na początek pewnie słupki poparcia skoczą w górę, ale do wyborów parlamentarnych jeszcze trochę czasu. Wyborcy znudzeni jałowością obecnych formacji politycznych okażą zainteresowanie, może entuzjazm, ale jak nie dostaną konkretów programowych znudzą się jak poprzednio.
„Łaska ludu na pstrym koniu jeździ” Najbliższe wybory to wybory do parlamentu UE. Na konwencji nic o roli Polski w UE nie było. Przeoczenie, zamierzony zabieg piargowy fala. la, la, la..”?
Czy stwierdzenie, że weźmie się udział, a potem zrezygnuje z mandatu dla walki o fotel premiera jest wiarygodne? Może tak może nie, zobaczymy.
Po konwencji odsłuchałem kilka komentarzy prominentów. Myślę, że ton lekceważący jest nieuzasadniony, świadczy o pewnym braku klasy.
Troska o jedność opozycji bezzasadna. Jedności opozycji już nic bardziej nie zaszkodzi.
Sądzę, że tym panom i paniom chodzi raczej o interes. Kilka poselskich mandatów więcej lub mniej to być albo nie być. To jest chyba główny palący problem opozycyjnych partii i partyjek.
Parlament, w którym PIS ma te swoje dwadzieścia parę procent, lecz po drugiej stronie jest kilka partii mogących skutecznie, wspólnie blokować autokratyzm, złe prawo, nepotyzm i inne demony obecnej władzy, czemu nie?

Nie przeszkadzać!

Ja tam nie chcę nic mówić, ale – na naszych oczach – właśnie dogasa epoka.
Epoka „kolegów z solidarnościowej piaskownicy”, którzy postanowili pourywać sobie głowy wraz z szyjami i kawałkiem barku. Gdy skończą, na plac boju wkroczą nowi, młodzi, pełni zapału do porządkowania świata – mężczyźni, rzadziej – kobiety. Przy czym, najwytrwalsi z nich, skończą tak jak ci dzisiaj. Okładając się kłonicami.
Kwiat Jednej Nocy żyje przez jedną noc, motylki – kilka dni, a zwarta formacja polityczna tyle co pokolenie – w blasku i bitewnym zgiełku trwa tyle, ile żył Chrystus. Trzydzieści lat z okładem.
I te trzydzieści lat właśnie mija.
Jednego dnia gazeta, co z braku rządowych ogłoszeń, przestała głosić chwalbę samozaradności, widząc przed sobą jeno przepaść, chce, aby elektorat przeciwnika wbił sobie do głowy iż jej lider jest „niebywale bogaty”, tak bogaty, że zbudował w środku stolicy wieżowiec, a zapłacić murarzom nie chce (piszę o przekazie docelowym).
Na to strona rządowa, głosami swych pretorian, zwanych dla niepoznaki dziennikarzami, pozbawia znanego Stefka nazwiska w pełnym brzmieniu, ale i tak wiadomo, że chodzi o osobnika spod znaku: „Szczaw i mirabelki”. Stefek, w zamian za ułatwianie interesów, podobno popadł w grzech rozpusty, pozwalając, aby opłacano jego trudy łóżkiem w kiepskim stanie, z nałożnicami, o których nic nie wiemy, ale się na pewno, jak nie dziś to jutro, dowiemy.
Ba, i żeby to był koniec młócki. Kłopot w tym, że to dopiero pierwsze takty uwertury.
Klasyk gatunku, Leszek Miller, był łaskaw powiedzieć, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna (budowanie domu? sadzenie drzewa? bo z płodzeniem syna to i sąsiad sobie poradzi).
Mężczyźni z „solidarnościowej piaskownicy” właśnie kończą.
Co robić?
Na poznańskiej Widzie zwykle w takich okolicznościach podpowiadano:
Nie przeszkadzać.

Wojna partyjnych dewelopreów

Zdaje się, że dwie główne siły polityczne w Polsce tj. PO i PiS uczyniły sobie z Warszawy pole bitwy o swoje partyjne wpływy ekonomiczne.
Mam wrażenie, iż Platforma Obywatelska robi to na sposób liberalny, a Prawo i Sprawiedliwość na sposób etatystyczny.

PO – wariant liberalny

Jeśli chodzi o finanse PO to można spróbować mentalnie połączyć dwie sprawy.
Pierwsza zupełnie oczywista, realna i sprawdzalna, to fakt iż PO (wcześniej inne formacje liberalne) od lat rządzi Warszawą i to tak „od góry do dołu”. Ileż tysięcy partyjnych kolegów i koleżanek można upchnąć na etatach warszawskiego magistratu i spółek miejskich!??
Druga sprawa nie jest już tak oczywista i sprawdzalna. Jest „legendą miejską” na pograniczu bezpodstawnych pomówień ale i ludzkich opowieści – bo nikt nikogo nie złapał za rękę, a przecież wszyscy mówią, że w Warszawie można załatwić co się tylko chce, jest tylko kwestia wysokości łapówki. Czyli łącząc te dwa fakty – jeden jak najbardziej realny, z „legendą miejską”, no to już wiemy z czego wynika siła ekonomiczna Platformy Obywatelskiej – wspaniałe, w stylu amerykańskim kampanie wyborcze. Ale Platforma nie ma nic, żadnego majątku – jej majątkiem są wpływy, układy, ludzie we „właściwych” miejscach i we właściwym czasie.

Kaczyński, czyli kasa na wierzchu

Natomiast Prawo i Sprawiedliwość działa w wariancie etatystycznym. Partie w Polsce nie mogą prowadzić działalności gospodarczej, więc kilku najbardziej zaufanych członków partii powołuje fundację pod szczytnym imieniem (nieżyjącego prezydenta RP), która dostaje aktywa przejęte przez Kaczyńskich trzydzieści lat wcześniej i rozpoczyna działalność gospodarczą na dużą skalę. Na dużą skalę – bo wybudowanie dwóch biurowców po 190 metrów w centrum Warszawy to nie jest niskobudżetowa inwestycja. Oczywiście rodzi się pytanie skąd reszta pieniędzy na sfinansowanie tej inwestycji. Bo wkład w postaci działki w centrum Warszawy to wielkie pieniądze, ale budowa dwóch wieżowców po 190 metrów, to też wielka inwestycja finansowa, a potem dochody.
Ale zrobienie przez PiS takiego interesu w samym gnieździe PO, w Warszawie, od lat rządzonej przez liberałów, nie mogło się udać. I tak prezes Kaczyński został z „gołą d…” – czyli z zezwoleniem na budowę trzydziestometrowego baraku. zamiast dwóch blisko dwustumetrowych wieżowców z biurami, apartamentami, hotelami i gastronomią.

Zabetonują rzeczywistość

Tak oto na naszych oczach tworzą się i walczą z sobą partyjne imperia. Jesteśmy świadkami budowania nowego – dwupartyjnego systemu politycznego w Polsce. Systemu, który być może będzie rządził naszym życiem, życiem naszych dzieci, a może i wnuków.
Zapewne dochody z wieżowców na Srebrnej pozwoliłyby sfinansować PiS-owi niejedną kampanię wyborczą, jakąś kolejną wielką akcję polityczną. Jest więc zrozumiałe, że platformersi „dmuchają na zimne” i niszczą zaplecze finansowe PiS zanim jeszcze ono powstało. A my – szare myszki możemy sobie popatrzeć, jak możni tego świata walczą o rządzenie naszym życiem przez najbliższe dzisięciolecia.

Kto wygra ten marsz?

Czy pośród doradców Hanny Gronkiewicz-Waltz nie znalazła się żadna osoba na tyle przytomna, żeby powiedzieć jej, że zakazanie Marszu Niepodległości dosłownie w ostatniej chwili tylko dostarczy ekstremistom paliwa? Czy też chodzi o co innego?

 

Hanna Gronkiewicz-Waltz ma rację. Warszawa wystarczająco się już nacierpiała w wyniku działalności nacjobandytów. To wyjątkowo celne spostrzeżenie, choć pewnie miała na myśli ostatnią dekadę, kiedy „prawdziwym Polakom” zdarzyło się kilka razy zdewastować przestrzeń publiczną stolicy swojej ojczyzny. Mieszkańcy Warszawy doświadczyli jednak znacznie poważniejszych konsekwencji nacjonalizmu – podczas II Wojny Światowej, gdy mordowali ich nacjonaliści niemieccy. Hanna Gronkiewicz-Waltz ma również rację w kwestii zastrzeżeń w dziedzinie bezpieczeństwa. Masowa odmowa pracy policjantów tuż przez jednym z największych pochodów skrajnej prawicy na świecie nie buduje atmosfery spokoju i stwarza uzasadnione obawy o zdolność służb do utrzymania porządku.
Hanna Gronkiewicz-Waltz cudownie oprzytomniała. Szkoda, że dopiero u schyłku swojego panowania, naznaczonego konsekwentną biernością wobec zjawisk złych i niepokojących. Nacjonalistom należało sie dobrać do dupy nie w roku 2018, a w 2009, kiedy po raz pierwszy postanowili uprzykrzyć życie mieszkańcom stolicy. Wtedy maszerowały głównie łyse łby z ONRu w towarzystwie nielicznych kiboli. Teraz, zmierzenie się z tym problemem wymaga podjęcia kompleksowych i długofalowych działań. Pozytywnym przykładem może być Wrocław, który idąc za wzorem niemieckich miast, poglądy skrajnie prawicowe zaczął traktować jako pewną społeczną dysfukcję – uciążliwią, ale uleczalną, wymagającą podjęcia terapii. Prezydent Dutkiewicz podczas ostatniej kadencji próbował wbić klin pomiędzy kiboli, a nacjonalistów, na razie bez rezultatów, ale kierunek był dobry. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zrobiła na tym polu nic. Nie reagowała kiedy na Łazienkowskiej rosła w siłę nacjomafia, choć mogła postawić warunek klubowi – albo robicie z tym porządek, albo podwyższamy czynsz do takiego poziomu, że w Szczecinie będzie wam się bardziej opłacało grać. Prezydent Warszawy przez 12 lat nie podjęła jednak żadnych działań przeciwko prawicowemu ekstremizmowi. Aż do dziś. Czy to nie dziwne?
Czy prezydent Warszawy naprawdę chciała zatrzymać Marsz Niepodległości urzędowym zakazem wydanym cztery dni przed 11 listopada? Czy pośród jej doradców, znajomych i kontrahentów nie znalazła się żadna przytomna głowa, choćby prezydenta elekta, która by podpowiedziała rzecz oczywistą – takie działania dostarczą ekstremistom paliwo buntu i przyczynią się do wzmożonej mobilizacji elementu patologicznego? A może Hanna Gronkiewicz-Waltz działając w porozumieniu z resztą liberalnej opozycji, a kto wie – może również i z jej brukselskim papieżem, podjęła próbę destabilizacji pisowskiej władzy, podważenia jej zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa w tak ważnym dniu?
Załóżmy, że delegalizacja marszu obliczona była na wywołanie wściekłości nacjokiboli, wybuch zamieszek i kolejną masakrację stolicy, nad którą przetrzebione „chorobami” oddziały policji mogłyby nie zapanować. Wyobraźmy sobie, że 12 listopada internet obiegają zdjęcia rozwalonego centrum Warszawy, statystyki ze szpitali i komisariatów oraz wstępne szacunki strat. Nacjonaliści znajdują się w stanie wojny z kolejnym rządem, dla odmiany tym, który od początku chciał z nimi żyć dobrze, a Grzegorz Schetyna z Rafałem Trzaskowskim, wskazują na Brudzińskiego i Morawieckiego jako winnych gorszących scen, podkopując autorytet PiS w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego. I to na stulecie odzyskania niepodległości. Do tego dopuścić mogły tylko kompletne patałachy. Oczywiście, to tylko hipoteza.
Na reakcje obozu Kaczyńskiego wystarczyło poczekać kilka godzin. Jeśli liberałowie próbowali zastawić pułapkę, to Duda z Morawieckim przeskoczyli nad nią z wyjątkową gracją. Organizacja państwowego marszu na tej samej trasie jest rozwiązaniem, które może przynieść wiele korzyści. Najważniejsza to możliwość przejęcia imprezy. Cały wysiłek organizacyjny i propagandowy nacjonalistów zostanie skonsumowany przez władzę. Premier z prezydentem pójdą na czele kilkudziesięciotysięcznego tłumu. Jest szansa, że pojawi się więcej tych, jakże alegorycznych rodzin z dziećmi. Do zabezpieczenia imprezy zostaną ściągnięte, bo muszą zostać z uwagi na obecność najwyższej rangi oficjeli, oddziały z całego kraju, nawet jeśli będzie to oznaczać wyciąganie funkcjonariuszy z łóżek. Wreszcie, PiS staje przed szansą trwałego przechwycenia obchodów i zmarginalizowania nacjonalistów, co jest istotne nie tyle w kontekście „pożarcia” kolejnego segmentu wyborców, bo przypuszczalnie PiS dla uczestników MN już wcześniej był drugim, po Kukizie wyborem, a raczej zabezpieczenia prawej flanki w obliczu zapowiedzi powołania „polskiego Jobbiku”. To z kolei będzie oznaczać konieczność włączenia bardziej radykalnych pojęć do politycznego wokabularza obozu władzy. Warto zauważyć, że premier Morawiecki ma już na sumieniu pokłony bite przed mogiłami hitlerowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej, o nieustającej apologii NSZ, zaprzeczaniu najbardziej znanym i dogłębnie zbadanym zbrodniom wykletych i przymykaniu oczu na haniebne symbole nie wspominając. Jako przestroga może służyć przykład Ukrainy, gdzie władza państwowa od kilku lat mówi językiem skrajnej prawicy, a ugrupowania ekstremistyczne krytykują rząd jako realna opozycja, zarazem łączy je jednak z władzą (i legitymizuje) wspólnota pewnych wartości.
Oczywiście, takie działanie jest również obarczone sporym ryzykiem. PiS nie ma żadnego narzędzia panowania nad nacjobojówkami poza nadzieją, że te uznają decyzje o organizacji państwowego marszu za pomocną dłoń, a nie to, czym ona jest w istocie, czyli wymuszenie hołdu lennego. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, a także, jeśli obiektywy zagranicznych reporterów znów uchwycą rasistowskie transparenty, wówczas odium padnie na organizatorów, a więc tym razem na rząd PiS.
Ludwik Dorn napisał dzisiaj, że ktoś wyjdzie z tego zamieszania poważnie poraniony politycznie. Raczej nie będą to liberałowie, którzy w najgorszym wypadku nie powiedzie się fortel, a aureola antyfaszystki, z którą być może pragnęła zostać zapamiętana HGW nie zaświeci pełnym blaskiem, bo marsz w końcu przejdzie ulicami Warszawy. Jeśli marsz przebiegnie spokojnie, to ran nie odniesie również dobra zmiana, która za to może okazać się, z wymienionych wyżej powodów, największym wygranym tej rozgrywki. Lewica stoi z boku i rzeczy się dzieją niezależnie od niej, jak zwykle zresztą.
Kto zatem może tutaj najwięcej stracić? Nacjonaliści. Bosak, Winnicki i Bąkiewicz mogą zostać cofnięci do stanu posiadania z początku dekady. W ich wątłych i słabo zorganizowanych szeregach dojdzie zapewne do rozłamu – na tych, którzy będą za współpracą i za konfrontacją z PiS. Najgorsze dla nich będzie jednak to, że w kolejnych latach tłumy będą nadal walić na Marsz Niepodległości, który tak znakomicie się udał na 100-lecie niepodległości, a będzie to impreza bazująca na pamięci o ulicznej spontaniczności, lecz w istocie pieczę będzie nad nią sprawować prezes Kaczyński.

Czarna dziura w centrum

Platforma Obywatelska jest partią dużą i nawykłą do rządzenia. Dlatego teraz przeżywa taką traumę. Nie jest partią zbytnio przywiązaną do swoich przekonań. Dlatego też dla wielu osób, także zbytnio do nich (poglądów) nie przywiązanych lub ich nie posiadających, bardzo wygodną. Taka duża partia działa na słabe jednostki jak czarna dziura w kosmosie. Wsysa je do siebie, a one po tym już nie mają szans na samodzielny byt polityczny i nie są w stanie wyrwać się z tej magmy bezideowości. Tak stało się z wieloma osobami, które zostały zwabione do PO i tam miały zachować swoją lewicową tożsamość. Nic takiego się nie stało.
Oto dawno, dawno temu europasłanka Hibner przeszła z SLD do PO. Podobnie było z posłem Rosatim. Przeszedł do PO z SLD poseł Arłukowicz. Czy ze swoją lewicową wrażliwością zawalczył o cokolwiek lewicowego w rządzie PO? Senatorem PO został Grzegorz Napieralski i jest to pewnie jego ostatnia kadencja w parlamencie. Były lider SLD wykopał sobie w PO polityczny grób. Na pogrzeb (polityczny) pewnie nikt nie przyjdzie i nikt nie będzie płakał.
Teraz przyszła kolej na Barbarę Nowacką. Będzie się zapierała, że poniesie w PO kaganek lewicowych idei. Nic z tych rzeczy. Potrzebna jest tylko do przyciągnięcia jej wyborców. Będzie to jednak trudne. Wyborcy Nowackiej to raczej zdeklarowani ludzie lewicy. PO tych chwiejnych wyborców na lewicy już dawno podkupiła. Nowacka będzie się także zapierać, że nie jest członkiem PO. Nie ma to większego znaczenia. De facto wpadła w tryby tej partii i co najwyżej może zostać zmielona przez nie i posłuży, jak wielu innych, za polityczny nawóz. PO nigdy nie była blisko lewicy i na pewno nie będzie, ale elektorat lewicy nadal będzie próbowała oszukiwać i podkupywać.
Do elektoratu lewicy nie mam pretensji skoro lewicowe partie nie umieją go do siebie przekonać, to tak się dzieje. Dziwię się naiwności lewicowych polityków. Może jednak oni wcale nie byli lewicowi. Tylko los tak zrządził, że na lewicy się znaleźli. Nie posiadając własnych poglądów dali się wciągnąć bezideowej, czarnej dziurze w politycznym centrum, która nie tylko od lewa, ale i z prawa wciąga wszystko, co popadnie.
W Wrocławiu także były takie przypadki. Słuch po wciągniętych do PO zaginął. Marne srebrniki, dawane chwilowo, nie są żadną zapłatą za utratę twarzy. No, ale twarz i poglądy najpierw trzeba mieć, by móc ją utracić. Tutaj raczej takie przypadki nie wchodziły w rachubę.

Subtelny antysocjalizm

…i jego konsekwencje.

 

Karl Popper tworząc swoją wizję społeczeństwa otwartego opartego na egalitaryzmie, indywidualizmie i racjonalizmie potępiał wszelkie ideologie kolektywne w których jednostka podporządkowana jest interesom państwowym, narodowym lub klasowym. Karl Popper, chociaż z szacunkiem wyraża się o dorobku naukowym Karla Marksa, odrzuca go jako postheglowskie dziedzictwo. Autor 2-tomowej pracy „Społeczeństwo Otwarte i jego wrogowie” popiera nawet marksowską krytykę kapitalizmu. Popper jednak twierdzi, że ta krytyka straciła na aktualności, a nieludzki kapitalizm XIX-wieku to już przeszłość. Niezależnie od tego czy zgodzimy się z analizami Poppera, jest to krytyka o charakterze merytorycznym. Współcześni zwolennicy społeczeństwa otwartego są bardziej reakcyjni, a ich krytyka Marksa bardziej Marksowi wroga i mniej merytoryczna. Najczęściej po prostu płytka. Krytyka ta ma wyrażać interes pewnej grupy, a właściwie klasy: średniej i wyższej, a także zwolenników neokonserwatyzmu.

 

Antysocjalizm środowisk liberalnych

Większość krytyków Marksa głosi na jego temat kłamstwa. Są to „oczywistości” doby neoliberalizmu. Potoczne kłamstwa głosi się także na temat ZSRR i Bloku Wschodniego. Podstawą tej narracji jest określona intencja klasy rządzącej i neokonserwatystów, pragnienie utrzymania kulturowego i ekonomicznego panowania. Po to stawia się propagandowe „pomniki” typu Europejskie Centrum Solidarności. Ta „bardziej umiarkowana” narracja nie epatuje IPN-owską „zamkniętością”.
Subtelny antykomunizm opiera się na tendencyjnej krytyce PRL-u i Bloku Wschodniego, tyle że zachowuje pozory umiarkowania. Subtelność ta kryje w sobie olbrzymie pokłady nienawiści. W gruncie rzeczy ta forma propagandy niewiele się różni od religijnego antykomunizmu IPN, ale ma nad sobą kontrolę. IPN wpada w chorobę psychiczną, subtelny antykomunizm zachowuje pozory zdrowego rozsądku. I nie atakuje Wałęsy za współpracę z SB. Przykładem takiej subtelnej antykomunistycznej propagandy jest gdańskie Europejskie Centrum Solidarności. ECS hołduje mało oryginalnej narracji popularnej w głównym nurcie III RP: neokonserwatywny paradygmat w ocenie Bloku Wschodniego, pokazanie represyjności PRL-u i innych demoludów, długie kolejki, puste półki itd. Na wystawie nie brakuje ukazania roli Kościoła w tworzeniu opozycji, znaczenia Jana Pawła II w obalaniu „komunizmu”, a nawet subtelnego wspomnienia o Żołnierzach Wyklętych. Nie pominięto też ukazania znaczenia festiwalu w Jarocinie, polskiego rocka i subkultury w „obalaniu komuny”. Przedostatnia sala wystawy to jakby wizualizacja „Końca historii” Francisa Fukuyamy: upadły autorytarne dyktatury, zapanowała zachodnia demokracja.
Ogółem w ECS panuje lekkostrawna, centroprawicowa propaganda mająca zjednać sobie lwią część społeczeństwa ukształtowanego przez konserwatywno-liberalne media. Gdy tworzono wystawę w ECS, środowiska „demokratyczno-liberalne” raczej nie były skłócone z IPN-em. Nawet do dziś ECS współpracuje z IPN-em w niektórych projektach. Poziom antykomunizmu w ECS chwilami sięga jednak IPN-owskiego absurdu. Ofiarą krytyki pada nawet… budownictwo mieszkaniowe w PRL, co świadczy nie tylko o antykomunistycznym, ale o zasadniczo antysocjalistycznym charakterze wystawy. Ewentualne akcenty lewicowe czy socjalistyczne (KOR, PPS na emigracji itd.) mają zachować pozory obiektywności i pokazać, jak różne siły sprzeciwiały się „komunistycznej” władzy. Ostatecznie i tak wyciągnąć należy antysocjalistyczne wnioski np. co do „nieracjonalności” państwowej gospodarki i społecznego budownictwa mieszkaniowego.
W Europejskim Centrum Solidarności oczywiście nie może zabraknąć też ruchu robotniczego. Proletariat jest atrakcyjny tylko jeśli występuje przeciw PZPR-owi i tworzy „Solidarność”. O tragedii proletariatu po transformacji ustrojowej oraz Stoczni Gdańskiej, która była trzecią co do wielkości stocznią na świecie i pracowało w niej 17 tysięcy ludzi wystawa ta nie wspomina. Już IPN jest bardziej krytyczny wobec transformacji.
W ECS-ie jest niewiele eksponatów, najważniejszym zaś jest tablica z 21 postulatami Solidarności. Mało kto zagłębia się w treść tych postulatów. Przewodnikom zdarza się podejść do nich krytycznie, szczególnie do 14 postulatu, głoszącego skrócenie wieku emerytalnego dla mężczyzn – 55 lat, dla kobiet – 50 lat. Liberał uzasadni swoją krytykę tego postulatu niską emeryturą, liberalna feministka – dyskryminacją kobiet.
Subtelny antykomunizm jest ahistoryczny, a nawet antyhistoryczny zgodnie z dyrektywami Karla Poppera (który gardził wszelką deterministyczną historiozofią) czy Francisa Fukuyamy. Afirmuje ideały wolności z mistyczną, intersubiektywną ślepotą na realia historyczne, historyczne prawidłowości i determinanty a także święcie wierzy w demokrację liberalną jako w koniec historii. Środowiska liberalne niezbyt interesują się historią. Tę przestrzeń liberałowie oddali więc prawicowym ekstremom współtworząc z nimi IPN. Antykomunizm jest potrzebny środowiskom liberalnym dla umocnienia swojej pozycji społeczno-ekonomicznej i do umocnienia tezy o końcu historii.
Społeczeństwo otwarte stworzyło przestrzeń dla rozwoju postaw egoistycznych, nawet takich, które godzą w idee liberalnej otwartości. Środowiska liberalne, pozostające na utrzymaniu biznesu, najchętniej wspominają więc o kolejkach „za komuny” umacniając w ten sposób swoją pozycję i profity. Nie zawsze też rozumieją procesy do których się przyczyniają. Albo rozumieją, lecz nie przyznają się do tego i udają „otwartość”.
Subtelny antykomunizm potrafi pożenić się nawet z feminizmem czy działaniem na rzecz osób LGBT. Jest on rozmyty, elastyczny, nieokreślony. Zanim jednak zaczął sięgać po strategie społeczeństwa otwartego był bardziej konserwatywny. Subtelni antykomuniści związani dziś z PO czy Nowoczesną to właściwie spadkobiercy Unii Wolności, współodpowiedzialni za falę klerykalizacji, która nastąpiła po 1989 r. Oni też współtworzyli i utrwalali tzw. „kompromis aborcyjny”.

 

Liberalne Hitlerjugend

Liberalny mistycyzm nadaje ton temu subtelnemu antykomunizmowi. To pozornie mniej groźna propaganda niż religijny antykomunizm, któremu hołduje IPN. Narracja ta jest bardziej lekkostrawna i przenika do większego grona odbiorców, nawet do umysłów, które chcą być „apolityczne” czy takich, których polityka niezbyt interesuje. Subtelny antykomunizm przenika do czegoś co nazwałbym „potoczną politycznością”.
Józef Piłsudski mawiał: „Kto za młodu nie był socjalistą, na starość będzie świnią”. Panująca w okresie III RP propaganda nie szczędziła wysiłków by urodzeni w latach 80-tych i później byli na starość świniami. IPN współorganizował Bombowy Dzień Dziecka, gdzie najmłodsi mogli się przekonać jak wspaniale iść na wojenkę. Nie tylko IPN jednak prowadzi indoktrynację dla najmłodszych. Europejskie Centrum Solidarności organizuje zajęcia „edukacyjne” dla przedszkolaków, podstawówek i starszej młodzieży podczas, których opowiada się o szarości PRL-u, tyrani ZSRR, wspaniałości wolnego świata zachodniego itd. Najczęściej poruszanym tematem są kolejki i puste półki. Panie prowadzące zajęcia tłumaczą bardzo młodym ludziom, że w okresie PRL-u nie było tych dóbr konsumpcyjnych, które dziś można bez problemu nabyć i nie było sklepów wielkopowierzchniowych. Tym samym kształtuje się w młodych ludziach określoną postawę: nie tylko postawę antykomunistyczną, ale przede wszystkim prokonsumpcyjną. To takie liberalne Hitlerjugend, „wizja historii” Platformy Obywatelskiej i podobnych środowisk liberalnych.
W taki sposób produkuje się konsumentów i utrwalaczy kapitalizmu. I wbrew intencjom Poppera mało krytyczne jednostki. Krytyczne myślenie nie może podważać kapitalistycznych świętości. Ta liberalna wiara to forma alienacji. Ta wiara nadawała tożsamość pokoleniom III RP, które nie znały innej rzeczywistości poza tą kapitalistyczną. Wypracowała modelową, liberalną tępotę wyniesioną do rangi zdrowego rozsądku.
Skoro młode umysły zaprawia się w antykomunizmie to tracą one jednocześnie szansę na jakąkolwiek – obiecywaną przez liberalizm – apolityczność. W okresie dorastania są już antykomunistami albo buntują się przeciw tej narracji. Liberalna pustka sprawia, że ten subtelny antykomunizm jest wrogi młodym ludziom i nie wystarcza im do opisu rzeczywistości. Ostatecznie triumfują prawicowe mity na czele z Żołnierzami Wyklętymi. Młodzież chcąca odrzucić liberalne paradygmaty, odnaleźć własną tożsamość i wspólnotowość pozostając na gruncie antykomunizmu siłą rzeczy musi przejść więc na pozycje faszyzujące.
Centroprawicowa narracja zdominowała całą III RP i to ona jest odpowiedzialna za skrajnie prawicową hegemonię. Historyczne publikacje popularno-naukowe, nawet jeśli nie zawsze emanowały antykomunistyczną wścieklizną, to marginalizowały postacie lewicy np. poza Piłsudskim prawie nie wspominano o innych działaczach Polskiej Partii Socjalistycznej. Dla tej „umiarkowanej” narracji bardziej interesującą postacią był generał Józef Haller czy Roman Dmowski, który choć był nacjonalistą „którego liberałowie nie popierają” to jednak zasłużył się dla niepodległości Polski.
Na gruncie potocznego antykomunizmu III RP rozwijał się też szaleńczy, religijny antykomunizm w wersji IPN-owskiej. Na gruncie liberalnej dezintegracji, w zalewie popkulturowej tandety, konsumpcjonizmu i pustki kulturalno-oświatowej dorasta nie tylko pokolenie antykomunistów, ale i antysocjalistów, antylewicowców, indywidualistów i egoistów. Część młodzieży nie jest nawet tego w pełni świadoma. Utrwalone konserwatywno-liberalne schematy nie jest też łatwo odrzucić. Takie wychowanie sprzyja politycznemu panowaniu liberalnego kapitalizmu. O to właściwie chodzi tzw. Społeczeństwu Otwartemu, dla którego antykomunizm to narzędzie.
Środowiska liberalne święcie wierzyły, że historia się skończyła i nikt już nie ma prawa podważać demokracji liberalnej. To miało też zapewnić utrwalanie negatywnego obrazu realnego socjalizmu. Nachalna antykomunistyczna nagonka miała zagwarantować brak powrotu do tamtej rzeczywistości, a nawet do socjalistycznych rozwiązań w ogóle. Nie udało się całkowicie wyplenić sentymentu za Polską Ludową. Propaganda ta jednak odniosła „sukces” wśród tych, którzy nie żyli w tamtym okresie, bądź byli zbyt młodzi by cokolwiek pamiętać. Wśród młodych szczególnie popularny jest antykomunizm motywowany religijnie.
Młodzi antykomuniści podważający III RP są jej niechcianymi dziećmi. Nie uświadamiają sobie, że zostali światopoglądowo zaprogramowani przez socjotechnikę III RP. Antykomunizm deklarujący swoją „demokratyczność” staje się swoim przeciwieństwem i jest programem radykalnie antydemokratycznym. Liberałowie nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje wychowawcze błędy, za synczyznę w której syntetyzują się neoliberalizm i skrajna prawica. Uczenie w szkole „podstaw przedsiębiorczości” i wpajanie antykomunizmu wyhodowały już nowego człowieka.
Kończy się czas liberalnej postpolityki i liberalnych dogmatów. Po około 30 latach od upadku bloku wschodniego antykomunizm zamiast słabnąć staje się coraz bardziej zajadły i coraz popularniejszy. Centroprawica bardziej liberalna z prawicą populistyczną licytują się o to kto jest bardziej antykomunistyczny. Ostatnia fala dekomunizacji jest już kolejnym stadium antykomunistycznej indoktrynacji.
Kapitalizm staje się coraz bardziej autorytarny, burżuazja coraz bardziej zdegenerowana. Antykomunizm – niezależnie od tego jakie formy przybiera – ma jednak na celu przede wszystkim ratowanie samego kapitalizmu. Czym to się może skończyć? Historia pokazała, że po republice rzymskiej przyszedł czas na cezaryzm, po Rewolucji Francuskiej – cesarstwo Napoleona Bonaparte, po demokracji we Włoszech – faszyzm, po Republice Weimarskiej – nazizm itd. Co powstanie na gruncie polskiego neoliberalizmu? Oczywiście, nie trzeba popadać w fatalizm. Potencjalni hunwejbini póki co są bardzo brunatni.

Z liberałami pod rękę?

Nie dalej niż 10 dni po Konwencji Krajowej SLD, na którym deklarowano powrót partii do lewicowych wartości i lewicowego oblicza organizacji, we Wrocławiu partia idzie do wyborów pod rękę z neoliberałami.

– Dziękuję Radzie, której mam przyjemność przewodzić, za mądrą decyzję. I za jednomyślność – w ten sposób szef wrocławskiego SLD Bartłomiej Ciążyński, podziękował członkom rady miejskiej Sojuszu za poparcie pomysłu utworzenia koalicji w najbliższych wyborach samorządowych ze środowiskiem obecnego prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza oraz z Nowoczesną. Porozumienie ma zakładać wystawienie wspólnej listy do rady miejskiej oraz poparcie forsowanego przez Dutkiewicza kandydata na prezydenta miasta Jacka Sutryka.
Sojusz ma obecnie w Radzie Miasta tylko jednego przedstawiciela. Deklaruje się jako opozycja wobec obecnych władz miasta, jednocześnie popierając działania Prezydenta, głosując m.in. za udzieleniem absolutorium, czym uratowano wówczas skórę Dutkiewiczowi i spółce. O tej możliwej koalicji mówiło się we Wrocławiu od jakiegoś czasu. Dziwić może natomiast porozumienie z liberałami z Nowoczesnej, gdyż SLD po częściowej zmianie władz miejskich deklarował skręt w lewo. Decyzje o sojuszu z Nowoczesną trudno odczytać jako starania o odzyskanie zaufania u lewicowej części wyborców w mieście.
Jakiś czas temu, nie kto inny jak SLD oskarżało swojego niedawnego koalicjanta, Unię Pracy, o zdradę lewicowych ideałów, gdy UP poparła kandydatkę PO prof. Chybicką na prezydenta miasta. Jak widać po dyskusjach na forach w mediach społecznościowych, decyzja władz Sojuszu nie spodobała się szeregowym członkom tej partii. Oni bowiem oczekiwali że tym razem SLD wystawi własnego kandydata na prezydenta i własną listę. Już cztery lata temu ówczesne władze miejskie partii poparły w wyborach prezydenckich Waldemara Bednarza, który z lewicą miał tyle wspólnego co Korwin-Mikke. Miało to zresztą odbicie w wyniku wyborczym.
Kolejny raz władze miejskie SLD z Ciążyńskim na czele będą musiały wykonać szpagat, aby do swojego pomysłu przekonać szeregowych członków partii.