Techniczny teatr romantycznych maszyn Recenzja

W jednym ze swoich niezliczonych listów Zygmunt Krasiński opisując wrażenia ze zwiedzania okrętu, którym podróżował, wspomina o wizycie w maszynowni.

 

W kilku sugestywnych zdaniach poeta odmalował apokaliptyczny niemal obraz potwora-maszyny, jej poruszających się jak monstra tłoków. Krasiński pisze o tym z niemal zabobonną zgrozą, ale jest w tym też silny rys fascynacji czymś tak naówczas nowym jak rodząca się nowoczesna technika. Wspomnienie tego fragmentu odnowiło mi się przy lekturze wspaniałej pracy Wojciecha Tomasika „Romantycy i technika” poświęconej osobliwym korelacjom między dwoma, wydawałoby się, antagonistycznymi światami, światem romantycznego „czucia” i „zimnej” techniki. Antagonistycznymi jednak, jak się okazuje, z polskiej jedynie perspektywy. Polski romantyzm ma bowiem dominujący rys rustykalny, związany z naturą, ludowością, wsią, dworem szlacheckim. To w dużej mierze dziedzictwo Mickiewicza, z jego „Ballad i romansów” zrodzonych z dzikiej, naturalnej i „ciemnej” Litwy i Żmudzi, z „Pana Tadeusza” z jego wiejskim Soplicowem i z niezliczonych wierszy wielkich i pomniejszych romantyków opiewających miłość do „kochanki” pośród rozmarzającego krajobrazu.

Co prawda „Kordian” Słowackiego jest przykładem romantyzmu „miejskiego” (Warszawa, Londyn, Rzym jako miejsca akcji), ale i ten zaczyna się w szlacheckim dworku, opowieścią starego sługi na łonie przyrody. Tymczasem Wojciech Tomasik swoją opowieść o przygodzie romantyzmu z techniką zaczyna od opisu ekscytującej, teatralnej wręcz obecności nowinek technicznych w codzienności Warszawy Królestwa Polskiego tuż przed Powstaniem Listopadowym (1828) na podstawie źródła, jakim było dla niego pismo „Motyl” redagowane – nomen omen – przez młodego Włodzimierza Rafała Druckiego-Lubeckiego. Nawiasem mówiąc – nowinek technicznych pełniących w wtedy, w fazie prekursorskiej, prototypowej, rolę widowiskową, nieobecną jeszcze w codziennej praktyce, jak owe trzy pierwsze londyńskie latarnie jako sensacyjne nowinki czy dagerotypy czyli pierwsze fotografie (1839). Nawiasem mówiąc, szkoda że nieznany jest dagerotyp Słowackiego (tak jak zachował się dagerotyp Mickiewicza) i istnieją tylko malarskie wizerunki twórcy „Kordiana”.

I zaraz potem umożliwia nam autor towarzyszenie Juliuszowi Słowackiego podczas jego pobytu w Londynie i kolosalnemu wrażeniu, jakie młodziutki, przyszły Wieszcz doznał na widok tego wielkiego miasta, korony ówczesnej cywilizacji technicznej i cudu ówczesnej techniki inżynieryjnej – świeżo wybudowanego tunelu pod Tamizą. Zabawny ślad tego doświadczenia utrwalił się w jego poemacie dygresyjnym „Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu” („gdzie w oknach przez szyby, Anglikom się w twarze przypatrują ryby”) co by wskazywało, że składnikiem wystroju tunelu mogło być publiczne akwarium czy oceanarium na podobieństwo dziś nam znanych.

To, co wtedy zobaczył w Londynie Słowacki było dla niego spektaklem także dlatego, że było to całkowicie nowym, nie znanym mu wcześniej doznaniem wizualnym. Takiej cywilizacji po prostu poza Londynem w ówczesnym świecie nie było. Nawet Paryż był w porównaniu z tym ciągle jeszcze bardzo tradycyjnym miastem. Także jednak u mało mającego wspólnego z techniką „dzikiego Litwina” Mickiewicza, w „Dziadach cz. III” ona się pojawia się w roli elektrycznego zabójcy-pioruna, który przedarł się przez kordon „konduktorów” (czyli w dawnym nazewnictwie: piorunochronów). Tomasik zwraca uwagę na teatralny, „spektaklowy” charakter ówczesnych aktów technicznych, choćby na przykładzie obserwowanego przez tłumy wpływania do wiślanego portu statku parowego czy rozkoszowanie się pionierskimi wtedy ulicznymi iluminacjami Londynu. Pojawił się wtedy nawet gatunek muzyczny portretujący zjawiska techniki. Wyspecjalizował się w nim m.in. kompozytor Józef Stefani, który w 1840 skomponował muzykę zatytułowaną „Statek parowy”. Jego następcy komponowali utwory nawiązujące do coraz popularniejszych kolei żelaznych. Technika, pozornie tak odległa od kolorytu wyobraźni romantycznej w rzeczywistości dobrze z nią korelowała swoją spektakularną nowością, odmiennością od dotychczasowego świata, dynamiką poruszającą umysł i poszerzającą wyobraźnię.

W1837 roku „Gazeta Poranna” pisała tak: „Wynalazki naszego wieku tak jak cuda zdumiewają umysł. Machiny parowe, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, tunele, gazami oświetlone miasta, balony udoskonalone, cukier z kartofli zmieniają stosunki towarzyskie”. Natomiast w wydanym w 2012 roku studium „Romantyczna maszyna” (2012) Amerykanin John Tresch zauważył: „Chociaż romantyczni poeci i artyści zwykle przedstawiali sceny wiejskie i pastoralne, odludne klify, wzniosłe góry i wijące się rzeki, byli zanurzeni we współczesny rozwój polityki i nauki; większość swoich spraw załatwiali w mieście, zaś natura, którą opiewali, była od dawna zaludniona i ukształtowana przez ludzi”.

 

Wojciech Tomasik – „Romantycy i technika”, Wydawnictwo Instytutu badań Literackich, Warszawa 2017, Nowa Biblioteka Romantyczna pod red. Marii Zielińskiej, tom I (str. 344), tom II (str. 263), ISBN (całość) 978-83-65832-12-2.

Ten dziwny blask

Po kilku latach milczenia Eustachy Rylski przypomniał o sobie nową powieścią „Blask”. To antyutopia albo – jak kto woli – polityczna fantazja, w której maluje obraz Polski w końcowym stadium państwowego rozkładu.

 

Niegdysiejszy błyskotliwy debiutant, który swoim tomem dwóch mikropowieści, „Stankiewicz. Powrót” (1984), od razu zdobył markę przedniego pisarza, najwyraźniej pozostaje w kręgu mrocznej aury powieści Dostojewskiego. W swoich pierwszych powieściach, których akcja toczyła się w okresie wojny domowej w młodej Rosji radzieckiej, bohaterom nadał cechy awanturników. Przedstawił studium narodzin zła, nieuniknionej katastrofy moralnej ludzi wykorzenionych, bez ojczyzny. Jego bohaterowie z własnego wyboru wpadali w potrzask historii, a w zwierzęcym instynkcie zabijania topili poczucie przegranego życia. W najnowszej powieści (gdzie nie brakuje epizodycznie pojawiających się awanturników) skupia uwagę na procesie rozpadu, na obezwładniającej głównych bohaterów bierności. Bada więc brzeg przeciwny – niegdysiejszą nadmierną aktywność zastępuje martwotą. Dawny Raskolnikow staje się Obłomowem.

Chociaż nie jest to powieść z kluczem, nieuchronnie kojarzy się z obrazem Polski współczesnej, targanej ostrymi konfliktami i ulegającej procesowi autodestrukcji. Swego rodzaju antidotum na rzeczywistość ma stać się powstające w odległym zakątku kraju dzieło „Blask”, nowa epopeja – obietnica niewzruszonego piękna i ładu.

W powieści Rylskiego rządzi, a właściwie panuje niejaki Don, człowiek idealnie nijaki, pozbawiony formalnych atrybutów władzy. To on popchnął kraj na trajektorię upadku. Obywatele, żyjący w zasadzie nieźle, nagle uwolnieni od obowiązku posłuszeństwa, wyzwoleni w swoich najgorszych skłonnościach do występku i przemocy, jęli się skupiać w odrażających bandach, przypominających zastępy dziarskich chłopców albo zdegenerowane legiony, wzorowane na tych rzymskich.

„Powszechna przemoc – pisze Rylski – wobec słabości, delikatności, odmienności, bezbronności była rdzeniem tego zła, jakie w tym pięknym pobłogosławionym przez Boga kraju się rozpanoszyło. To że żaden obywatel nie pozostanie bez swojej ofiary, że jeżeli jej nie znajdzie, państwo mu ją zagwarantuje z definicji, by nie czuł się w tym względzie opuszczony, była uświęconą prawdą, na której zbudowano tę Arkę Przymierza między obecnymi a przyszłymi czasy”. Rozpoczęła się więc walka wszystkich przeciw wszystkim, a pozorne podporządkowanie kraju Centrali stawało się coraz większą hipotezą, państwem teoretycznym. Roje rozmaitej maści karierowiczów, przestępcze mafie, tajne służby trawione gangreną korupcji nie były już zdolne utrzymać resztek rozpadających się struktur w jakim takim ładzie. Erozji uległa nie tylko władza, ale także natura uginająca się pod ciężarem postępującej dewastacji. Także wszechmocny Don, który obiecał ludowi blask, poczuł się znużony i znudzony własnym dziełem. Odsunął się na ubocze, ukrył w jakimś podrzędnym pensjonacie o kiczowatej nazwie „Wrzos” na obrzeżach kraju, wśród resztek lasów i rzek, których jeszcze nie zamieniono w porębę i ściek. Przebywa tu w towarzystwie swego najbliższego doradcy profesora Grabowskiego, zwanego Gaponią, a to z powodu permanentnej skłonności do gapienia się.
Zniknięcie przywódcy nie sprawia większego wrażenia, zwłaszcza że Don począł zanikać – w dosłownym znaczeniu tego słowa – tracił swoje kontury, kształt, aż wreszcie rozpłynął się w niebycie. Zanikał wówczas, gdy już stał się zbędny. Zmniejszano mu stopniowo (niczym staremu królowi Lirowi) ochronę, służbę, środki utrzymania. Ale wkrótce jego nieobecność pogrążyła kraj w jeszcze większym chaosie i dezorientacji.

W pensjonacie „Wrzos” pozostaje tylko Gaponia, właściwie przez nikogo nieodwiedzany. U jego boku trwa obrotny szofer, który z niejednego pieca jadł i czeka swojej chwili, aby pochwycić należny mu kawałek władzy i dziewczyna, sprowadzona jeszcze za życia Dona jako płatna dziewka. Gaponia trawi czas na lekturze „Zapisków myśliwego” Iwana Turgieniewa. Czyta je po cichu, ale także czyta na głos domownikom pensjonatu. Nie bierze do rąk innych książek, których w pensjonacie nie brakuje. To nie może być przypadek.

Dlaczego wybór pada właśnie na ten zbiór opowiadań Turgieniewa z roku 1852, będący forpocztą zniesienia poddaństwa w imperium rosyjskim. Jednak trudno przypuszczać, aby to był motyw przesądzający o włożeniu „Zapisków myśliwego” w ręce głównego bohatera powieści. To raczej tchnący z ich kart powiew pochwały natury, trwającej w swoim niepodważalnym majestacie. W czasach destrukcji więzi społecznych i degradacji natury, odwołanie do obrazu trwającego w swej doskonałości piękna pełni rolę odtrutki. Jest w tym niewypowiedziane wprost przekonanie, że tylko wielka sztuka, wielka literatura są w stanie ocalić świat.

Niebywałą rolę w zbiorze Turgieniewa pełnią opisy przyrody: bujne, pełne ekspresji, niebanalne, w które zaangażowane bywają wszystkie zmysły. Turgieniew z równą biegłością oddaje zmienne kolory krajobrazu i wtedy jest niezrównanym pejzażystą, jak i zapachy, czy dźwięki, zwłaszcza wydawane przez ptactwo, ale także wiatr czy plusk rzeki, opisy pieśni i ich majsterskiego wykonania (wielkie wrażenie czyni zapis konkursu śpiewaczego w karczmie w Kołotowce – opowiadanie „Śpiewacy”), smaki potraw, zapachy pól i lasów. Ta niezwykła umiejętność nadaje opowiadaniom barwę, brzmienie i smak – w każdym bez mała opowiadaniu, poniekąd podsumowane w ostatnim tekście zbioru, „Las i step”, w którym pisarz oddaje należne piękno krajobrazu o każdej porze roku, od jesieni po wiosnę.

Ale tchnienie piękna przyrody ogarnia całość tego zbioru. Dość zacytować początkowy fragment opowiadania „Bieżyńska łąka”: „Był piękny lipcowy dzień, jeden z tych, jakie bywają tylko wtedy, gdy pogoda ustali się na dobre. Od najwcześniejszego ranka niebo jest jasne, zorza poranna nie płonie na podobieństwo pożaru, lecz rozlewa się łagodnym rumieńcem. Słońce nie jest ogniste ani rozżarzone jak w czasie upalnej posuchy, ani mętne i purpurowe jak przed burzą, lecz jasne i radośnie promieniste – spokojnie wynurza się zza wąskiej, długiej chmurki, jaśnieje rześkim blaskiem i pogrąża się we fioletowej mgle. Górny, wąski brzeg wydłużonego obłoczka pokrywa się lśniącymi wężykami; blask ich przypomina połysk litego srebra…” [tłum. Leonard Podhorski-Okołów]. A co? Powiało „Panem Tadeuszem”? Nie przebija z tych opisów dosłownie „blask”, przeniesiony do tytułu powieści Rylskiego? To, jak się zdaje, sposób na wywikłanie się z nastroju bezbrzeżnego pesymizmu tej powieści.

Rylski nie ustaje bowiem w poszukiwaniu jakiegoś punktu odniesienia, jakiegoś modelu istnienia, względnie trwałego (choć wiemy, że zmiennego – przyrodę też potrafimy nieźle maltretować, nie gorzej niż ludzi), do którego można się odwołać w chwili trwogi. Tak czyni Gaponia, potem zmuszony jednak okolicznościami do obcej mu aktywności, do odegrania pewnej roli w choćby pozornej naprawie państwa po katastrofie. I zapłaci za to najwyższą cenę.

To nie jest powieść, której lektura sprawia radość – bywa przeciwnie: odstręcza. Czasem narracja wikła się w jakieś niezwykle skomplikowane opowieści o strukturach hipotetycznej władzy, o podrzędnych jatkach politycznych i pseudodemokratycznych przepychankach. A mimo to powieść Ryskiego nie daje spokoju. Wyposażona w dziwną siłę przyciągania i odpychania zmusza do wertowania od deski do deski.

Pisarz najwyraźniej przestrzega czytelników przed nadmiernym optymizmem, który mogłyby wzniecić „Zapiski myśliwego”. W „Epilogu” pojawi się sugestywna scena z maluchem, potomkiem Gaponi, który zagapia się jak ojciec. Maluch postrzega wysoko w niebie blask. Może to być obietnica lepszego życia. Ale może to być blask uwodzicielski, który osłania trwającą na posterunku niegodziwość.

 

Eustachy Rylski – „Blask”, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018, str. 376, ISBN 978-83-803225-5-4.

Romantycy w bańce codzienności Recenzja

„Panowie” i „chamy” mieli też swoje prozaiczne sprawy, o których łatwo z perspektywy czasu zapomnieć.

 

Tkwi mi żywo w pamięci wrażenie z lektury pewnego fragmentu listu Zygmunta Krasińskiego, bodaj do Reeve’a, z roku 1843. Tyle ważnych myśli, faktów, spostrzeżeń, ocen opadło na dno mej pamięci i być może nigdy nie doczekają się „wydobycia na światło dzienne”, „przywołania na myśl”, a ten reporterski opis wizyty Zygmunta Krasińskiego u szewca na warszawskim Powiślu co rusz mi się odzywa. Twórca „Nieboskiej komedii” i „Irydiona” opisuje swoją wizytę, z trzewikami małżonki pod pachą, w zrujnowanej kamienicy, w jakimś ponurym otoczeniu, gdzie w warsztacie szewskim przyjmuje go szewcowa, budzi męża, antypatycznego jegomościa, wyraźnie „zmęczonego” jakimś trunkiem. Szewc, po obejrzeniu trzewików arogancko odmawia ich przyjęcia do naprawy dodając burkliwie komentarz, że „panom nie robię”. Pamiętam też wyrażone w liście oburzenie poety, który odpalił chamskiemu szewcowi epitetem „błaźnie”, ale wyszedł od niego jak niepyszny z tymi trzewikami małżonki. Jest w tej scence rodzajowej, których przecież w listach Krasińskiego nie jest aż tak wiele, coś „alegorycznego”, jakiś wyraz jaskrawego kontrast między wielkością i wzniosłością egzystencjalną a trywialnością, pospolitością. Intrygujący jest w tym już sam fakt, że hrabia Krasiński osobiście wybrał się do szewca, gdy mógł posłać kogoś ze służby. Jednak przede wszystkim jest w tej scenie spektakularne przeciwstawienie – wielki poeta, myśliciel, arystokrata z jednej strony, a z drugiej agresywna pospolitość w osobie podpitego, gburowatego i butnego szewca. Nie to, bym się pięknoduchowsko opowiadał za przedstawicielem elity przeciw reprezentantowi ludu – co to, to nie. Ba, nawet mi ta ludowa, niepokorna arogancja szewca wobec wielkiego pana, do pewnego stopnia zaimponowała. W tamtych czasach to było coś. Może było w tym jakieś odległe, zachowane w świadomości miejskiego plebsu, echo roli historycznej, jaką odegrał jego kolega po fachu, mistrz szewski Jan Kiliński? W końcu też bez tej arogancji ta scenka nie miałaby takiego smaku i takiej wymowy. Najzwyczajniej ten rodzajowy, obyczajowy, ciekawie, obrazowo skonstruowany epizod przemówił mi do wyobraźni jako – już to wcześniej zauważyłem swoista „alegoria”, może trochę po gombrowiczowsku widzianej opozycji „wyższości” i „niższości”, „wzniosłości” i „pospolitości”.
Oczywiste więc, że z pasją zabrałem się do lektury znakomitego zbioru tekstów pod redakcją Olafa Krysowskiego i Tomasza Jędrzejewskiego, o „Życiu codziennym romantyków”. Już rzut oka na jeden z detali okładki (fragment obrazu Constantina Hansena „Grupa duńskich artystów w Rzymie” z 1837 r) wprowadził mnie w zagadnienie zwykłości, codzienności w życiu wzniosłych z definicji romantyków. Stopa jednego z artystów obuta jest w but, który do złudzenia przypomina współcześnie, czyli obecnie produkowane męskie mokasyny. Nie podejrzewałem, że taki model był dostępny już w latach trzydziestych XIX wieku.

 

„Życie codzienne romantyków”, pod red. Olafa Krysowskiego i Tomasza Jędrzejewskiego, wyd. Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2017, str. 234, ISBN 978-83-65667-45-8

We wstępie do zbioru Tomasz Jędrzejewski zwraca uwagę, że sama powtarzalność, zwyczajność i rutynowość „stanowi dla romantyczności przeciwny biegun. Z drugiej strony zauważa też, że w romantyzmie była też jednak „świadomie przeżywana codzienność”, po części jako forma zobaczenia „ideału w negatywie”, ale po części poprzez wykorzystanie materialności jako narzędzia do estetyzacji swojego otoczenia (wystrój mieszkań (Słowacki) czy pałaców (Krasiński). Jędrzejewski cytuje też Anetę Mazur ze wstępu do pracy „Codzienność w literaturze XIX (i XX) wieku”, która zauważyła, że to romantyzm właśnie, przez swoje szaleństwo ucieczki w rejony niedostępne dla codziennych doświadczeń, powołał do natarczywego istnienia tę sferę rzeczywistości. Wcześniej codzienność nie istniała w sztuce jako odrębny wymiar ontologiczny i epistemologiczny; jej impulsy roztapiały się w szeroko rozumianej, symbolicznej reprezentacji świata. Owszem, były wyjątki – malarstwo holenderskie, karnawałowe konwencje „świata na opak” czy epizodyczny mimetyzm tropiony przez Auerbacha – ale wielka ekspansja tematów, problemów oraz toposów codzienności dokonała się właściwie dopiero niespełna dwa wieki temu”. To prawda, nawet w tak osadzonej w rodzajowości, pospolitości, zwyczajności starożytnej komedii greckiej (n.p. Arystofanes) brak jest wyodrębnionej jako odrębna warstwa utworów tkanki codzienności materialnej, nieobecne są przedmioty, czynności codzienne, brak jest jej mimetycznej wyrazistości, właściwie można ją sobie dopowiadać wyobraźnią, domysłem. Nie ma jej w gruncie rzeczy także w tak – wydawałoby się – osadzonych w zwyczajności i pospolitości sztukach Szekspira czy Moliera. Ani szkatułka Harpagona ani postacie i epizody ludowe w ich dziełach nie mają wymiaru prawdziwie ontologicznego czy epistemologicznego, są jedynie znakami. Codzienności pojmowanej tak, jak ją dziś pojmujemy w sztuce nie ma także w XVII-wiecznym „Don Kichocie Cervantesa czy oświeceniowej powieści XVIII-wiecznej. Występuje tam ona jako skonwencjonalizowane tło, a nie jako kategoria autonomiczna czy wyraz świadomego mimetyzmu. Lektura piętnastu szkiców może dać czytelnikowi wiedzę o tym jak mieszkał i pomieszkiwał Juliusz Słowacki, jak studiował prawo w Wilnie i jak wyglądała jego śmierć oraz dwa pogrzeby (paryski i krakowski), o Opinogórze rodu Krasińskich w „bezładzie i ruinie”, o życiu religijnym hrabiów Tarnowskich, o codzienności pełnego wzniosłości towianistycznego Koła Sprawy Bożej, o poglądach Cypriana Kamila Norwida na małżeństwo, o „materacowej krypcie Heinego”, a nawet o „politycznych uwarunkowaniach mody niemieckiej”. Zbiór kończy szkic o „klubie haszyszystów i sztucznych rajach romantyków”. Jak wskazują już same tytuły szkiców, nie są to klasyczne dysertacje literaturoznawcze, czy tym bardziej polonistyczne, a poza tym problematyka tekstów wykracza poza powszechnie znane romantyczne uniwersum lub sytuuje się na jego obrzeżach. Jednak właśnie to niekonwencjonalne spojrzenie na romantyzm czyni lekturę tego tomu fascynującym.
Warszawa, miasto romantyczne
Pamiętam sprzed ponad trzydziestu lat lekturę znakomitej, klasycznej już pracy Aliny Kowalczykowej „Warszawa romantyczna” (1987). W międzyczasie miałem pobieżny tylko kontakt z „Romantykami i Warszawą” Stanisława Makowskiego i pracami Stefana Kawyna, ale okazja do prawdziwego i trochę sentymentalnego powrotu do tych fascynujących „klimatów”, bo ukazał się – pod redakcją Olafa Krysowskiego – zbiór szkiców poświęconych romantyzmowi warszawskiemu, rozpiętych chronologicznie między wczesnym jego okresem, jeszcze epoką dominacji orientacji klasycystycznej, u samego progu Królestwa Polskiego, a jego okresem schyłkowym, mocno już epigońskim, sporo już lat po śmierci Trójcy Wielkich Romantyzmu Polskiego. Wskazanie roku 1864, czyli upadku Powstania Styczniowego jako kresu romantyzmu warszawskiego odbieram jako – zawartą implicite w tytule – sugestię, a może nawet wskazanie, że to tragiczne powstanie było ostatnim wielkim owocem panowania świadomości romantycznej wśród polskiej elity patriotycznej. Lekturę zbioru rozpocząłem od szkicu o tematyce korespondującego tematycznie z wyżej omówionym zbiorem poświęconym codzienności życiowej romantyków, czyli od szkicu Katarzyny Westermark „Poeta-urzędnik. Juliusz Słowacki w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu w Warszawie 1829-1831”, który celnie wpisywałby się w przedstawiony wyżej zbiór poświęcony codziennemu życiu romantyków. Górny i chmurny Wielki Wieszcz jawi się w tym szkicu jako skromny urzędnik w zarękawkach, „bezpłatny aplikant” pracujący najpierw w kancelarii, składzie druków i dzienniku głównym a później w sekcji wypłat i mozolnie sporządzający rozmaite notatki i raporty, a po godzinach pracy bywający na towarzyskich ewentach lub piszący w zaciszu domowym wiersze i dramaty („Mindowe”, „Maria Stuart”). Interesującym wątkiem jest wątek nudy, którą Słowacki niejako świadomie uprawiał jako stylizowaną konwencję epoki. Zbiór rozpoczyna rekapitulacja fundamentalnego tematu epoki, jakim był spór klasyków z romantykami, a w dalszej kolejności rozważania o krytyce w poszukiwaniu nowoczesności, o istocie aktu twórczego w ujęciu Maurycego Mochnackiego, o bajkach Juliana Ursyna Niemcewicza, o imaginarium śmierci w poezji Romana Zmorskiego. O bardzo mało znanym poecie Sewerynie Fillebornie, a także frapujący szkic Anny Marii Dworak „Bratobójcza rzeź” na ulicach Warszawy 15 sierpnia 1831 roku w świetle relacji pamiętnikarskich”, poświęcony samosądom ludowym na osobach uznanych za zdrajców ojczyzny u schyłku Powstania Listopadowego, swoistemu powtórzeniu warszawskich wieszań z maja i czerwca 1794 roku z okresu Insurekcji Kościuszkowskiej. Oba zbiory trafiają w renesans zainteresowania romantyzmem, rozumianym nie jako kanon lektur szkolnych, ale jako fascynującym prądem kulturowym, duchowym, estetycznym, psychologicznym, w którym może dopiero dziś możemy wyraźniej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu dostrzec prefigurację, na zasadzie zjawiska avant la Littre, naszej współczesności.

 

„Romantyzm warszawski 1815-1864”, wyd. Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016, redakcja naukowa Olaf Krysowski, str. 487, ISBN 978-83-64111-35-8

Nieprzewidywalność Recenzja

Zbiór tych dziesięciu opowiadań Olga Tokarczuk nazwała dziwacznie: „Opowiadania bizarne”. Po angielsku i po francusku ‘bizarre’ znaczy tyle, co dziwaczny, cudaczny, kapryśny. Tytuł może rozbudzać ciekawość czytelnika anglojęzycznego albo frankofona, ale po polsku brzmi kulawo. Może właśnie o to chodziło autorce, ale tego nie wiem. Jedno jest pewne, to przednia proza, pełna refleksji, zadumy, której jądrem jest odsłanianie dziwności naszego świata.

 

Pisarka sięga po wiele konwencji literackich, z równą biegłością posługując się prozą modelowaną na pamiętnik z czasów baroku, nowelę science fiction, opowiadanie fantasy, tradycyjną obyczajową nowelę realistyczną, horror czy mit. W każdej z tych form trzyma na wodzy ciekawość czytelnika, który niczym w dobrze skrojonym kryminale nerwowo szuka odpowiedzi na pytanie, kto zabił.

Akcja tych opowieści toczy się w rozmaitych miejscach i różnym czasie; w samolocie, na kresach wschodnich Rzeczypospolitej dręczonej potopem szwedzkim, w nieokreślonej przyszłości, którą włada ucieleśniony mit powtarzalnej ofiary Minotaura, w Szwajcarii, gdzie u boku klasztoru przygotowuje się dziwne eksperymenty na dzieciach, w świecie, gdzie medycyna dokonuje cudu „transfugacji”, czyli zmiany formy bytu, w Indiach, Tajlandii, w jakimś niby cywilizowanym, ale dzikim kraju, gdzie człowiek bez dokumentów staje się śmieciem.

Wszędzie, gdzie poprowadzi nas autorka, zdarzają się dziwne, niespodziewane wypadki, świat staje dęba albo nic nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka może wydawać. Tokarczuk zachęca do namysłu, do bardziej uważnego rozglądania się wokół siebie, dostrzegając wszędzie pęknięcia, rysy, szczeliny, które odsłaniają inną perspektywę oglądu świata.

Czasem opowieść rozpoczyna się banalnie, ale niech to nikogo nie zmyli. Oto jakaś kobieta (opowiadanie „Prawdziwa historia”) upada na schodach ruchomych w metrze i leży nieprzytomna, starannie omijana przez spieszących się ludzi. Tylko jeden z nich próbuje pomoc – to profesor, obcokrajowiec, który przyjechał do tego kraju na konferencję naukową. Właśnie wygłosił referat o związkach nauki i sztuki, bardzo dobrze przyjęty, a teraz zadowolony włóczył się trochę po mieście w oczekiwaniu na wieczorny bankiet w hotelu. Pochylił się nad kobietą, a kiedy zobaczył, że krwawi, podłożył jej marynarkę pod głowę i wołał o pomoc. I wtedy się zaczęło. Próbując ratować nieznaną kobietę unurzał we krwi koszulę, przywołani policjanci wzięli go za mordercę. Z człowieka niosącego pomoc w jednej chwili sam stał się ofiarą, ściganą i pozbawioną szans. Jak w gęstniejącym thrillerze jego sytuacja okaże się bezwyjściowa – za empatię płaci poniżeniem, a kto wie, czy nie zapłaci życiem.

Dziwna przypowieść, choć mieszcząca się w granicach przeciętnego doświadczenia. Więcej jednak w tych opowiadaniach sytuacji bardziej złożonych i trudnych do zrozumienia. Bo właściwe – na przykład – co sprawia, zastanawia się bohaterka „Trasfugacji”, że jej starsza siostra zapragnęła porzucić ciało człowieka i poddać się procedurze przeistoczenia? Albo dlaczego na Wołyniu pojawiają się zielone dzieci, najwyraźniej bliższe naturze niż kulturze? Tokarczuk umie to obrazowo ująć – zgodnie zresztą z zasadą wyłożoną wprost w opowiadaniu „Wizyta”: „Język, słowa tylko wtedy mają moc, kiedy stoją za nimi obrazy”. Tak właśnie jest w „Wizycie”, której bohaterka -narratorka rysuje historie obrazkowe, należąc do dziwnej rodziny złożonej z „egonów” (rodzaj klonów) w absolutnie uporządkowanym świecie, gdzie obowiązują inne reguły do tych, do których przywykliśmy. Tajemnice ich związków odsłaniają się powoli, autorka się nie spieszy, dozując sygnały, że opisuje świat inaczej ułożony, trochę żartując z żelaznych reguł prozy fantastyczno-naukowej. W wycieczkach w nieznane obszary fantazji naukowej, futurologii możemy czuć się w miarę bezpiecznie zdystansowani, ale kryje się za nimi pewien niepokój. Tokarczuk odsłania kryzys związków emocjonalnych, dojmującą samotność człowieka, zmęczenie cywilizacji, lęk o przyszłość świata, w którym ludzie będą mieli coraz mniej do zrobienia. A jednocześnie ukazuje kruchość ludzkiego życia i jego mozolnie budowanych machin obronnych – najczęściej okazują się niebezpiecznymi pułapkami.

 

OPOWIADANIA BIZARNE Olgi Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, ISBN 978-83-08-06498-6

Na tropie Recenzja

Po dwóch świetnie przyjętych kryminałach retro, czyli „Tajemnicy Domu Henclów i „Rozdartej” zasłonie” coraz sławniejsza Maryla Szymiczkowa proponuje lekturę „Seansu w Domu Egipskim”. Kim jest Maryla Szymiczkowa? To autorka fikcyjna, która stworzyli Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, obdarowując ją taką oto biografią: „wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Dziś co niedzielę, po sumie w Mariackim, można ją spotkać na kawie u Noworola, a do niedawna wieczorami w Nowej Prowincji”.

 

Ta nieskrywana nawet mistyfikacja to żart pisarzy, którzy za pośrednictwem powołanej do literackiego życia domniemanej autorki-narratorki prowadzą czytelników przez malownicze życie dekadenckiego Krakowa. Zachowując idealne proporcje między regułami kryminału retro a lekko pastiszową opowieścią o findesieclowym królewskim mieście Krakowie autorzy portretują ten nieodległy świat z godną podziwu biegłością i znawstwem, za którym stoją trafnie wykorzystane liczne i wiarygodne źródła (pamiętniki, powieści z epoki, prasa). Tak więc przed oczyma czytelników ożywają jakby toczyły się teraz fumy mieszczańskiego Krakowa, patrzącego z trwogą i podziwem na postępki coraz bardziej dokazującej bohemy. Oto bowiem do podwawelskiego grodu przybywa Szatan, czyli sam Stanisław Przybyszewski, przyprawiając zacne matrony o przyśpieszony rytm serca.

Okazją do konfrontacji statecznego Krakowa i bohemy staje się seans spirytystyczny w tytułowym Domu Egipskim, u doktorostwa Beringerów, gdzie zjawiają się m.in. Stanisław Przybyszewski i główna bohaterka serii opowieści Szymiczkowej, czyli pani profesorowa Zofia Szczupaczyńska. To właśnie ona, kiedy podczas seansu padnie trupem (otruty strychniną) gospodarz spotkania, przejmuje ster śledztwa niczym niezapomniana panna Murple z powieści Agaty Christie. Prawdę mówiąc, czekała na swój moment – w monotonnym życiu profesorowej pojawiał się znowu pociągający motyw: „Krew jej pulsowała nowym rytmem – pisze Szymiczkowa – jak krew gończego psa na tropie”. Nie trzeba dodawać, że tropu Szczupaczyńska nie zgubi i powieść zakończy się jak należy, czyli zdemaskowaniem mordercy.

Śledztwo prowadzone na spółkę z dociekliwym sędzią śledczym Klossowitzem (pokrewieństwo z nazwiskiem naszego sławnego agenta Klossa bodaj nieprzypadkowe) to oczywisty pretekst dla rozmaitych wycieczek literackich, wybornie dobranych cytatów, charakteryzujących atmosferę epoki i z dzisiejszego punktu widzenia pełne wigoru płomienne głupstwa artystycznych manifestów modernistów.

Obok Przybyszewskiego (malowanego jego własnymi słowami) przewija się przez karty książki niemała gromadka wybitnych person kultury i sztuki na czele z młodziutkim, jeszcze studentem medycyny, Tadeuszem Żeleńskim, Stanisławem Wyspiańskim i rozmaitymi akolitami Szatana. Pojawiają się też nazwiska sławnych autorytetów okultystycznych, opisy charakterystycznych dla zmierzchu epoki miejsc i zdarzeń.

Czyta się tę książkę z wielkim rozbawieniem, ale i zainteresowaniem, smakując – śladami autorów – tak udatnie odtworzony zapach odeszłej epoki i królewskiego miasta Krakowa, rozdartego między konserwatywnym trwaniem przy swoim i otwartością na nowe powiewy czasu. Słowem, wyśmienita robota pisarska, a więc idealna lektura na lato.

 

SEANS W DOMU EGIPSKIM Maryli Szymiczkowej [Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego], Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, ISBN 978-83-240-4785-7

Gdzie są… Recenzja

Przyjemność czytelnicza połączona z melancholią towarzyszyła mi podczas lektury „Dodać do znajomych” Zuzanny Łapickiej, dziedziczki sławnego nazwiska swego ojca Andrzeja Łapickiego, niegdyś żony Daniela Olbrychskiego, kobiety-instytucji, która jest żywym pamiętnikiem, kobietą-kroniką pewnej epoki, która już przeminęła, a która należy do najbarwniejszych epok w dziejach polskiej kultury i życia towarzyskiego.

 

Łapicka zaczyna od wspomnień z Paryża samego początku lat osiemdziesiątych, w tym okresu po 13 grudnia 1981 roku, gdzie znalazła się na pewien czas wraz z gronem przyjaciół i znajomych. A że i ja mam z tego okresu własne, czarujące, niezapomniane i ekscytujące wspomnienia pobytu w Paryżu latem 1981 roku, więc dla mnie to także jakby cząstka moich wspomnień. O takich osobach jak Łapicka mawia się czasem, że znają wszystkich. Na łamach wspomnień Łapickiej pojawiają się dziesiątki bardzo znanych, a często sławnych postaci, odżywają w nich trudne, ale i frapujące lata 60-te, 70-te, 80-te i 90-te. Autorka wspomnień siebie usuwa na drugi plan i snuje dziesiątki miniportretów ciekawych i barwnych postaci, głównie za świata artystycznego, głównie polskiego. „W swej książce Łapicka kreśli portrety kilkudziesięciu intrygujących postaci, które spotkała, choćby Krzysztofa Kieślowskiego i Andrzeja Żuławskiego, ale równie ważny jak one same, jest sposób, w jaki na nie patrzy: przenikliwie i dowcipnie. Zuzanna Łapicka pisze miedzy innymi o Agnieszce Osieckiej i Jeremim Przyborze, o Federicu Fellinim spotkanym w Cinecitta i Janie Pawle II odwiedzonym w Watykanie, o Andrzeju Wajdzie, Krystynie Jandzie i Magdzie Umer, Tadeuszu Konwickim i wielu innych, o emigracyjnym Paryżu z lat 80. i Warszawie, której już nie ma” – sygnalizuje w nocie wydawca książki. Jednak to tylko kilka nazwisk, których są dziesiątki, setki nawet, a na łamach tej książki Sławomir Mrożek mija się z Lino Venturą, Gerard Depardieu z Wojciechem Pszoniakiem, Mark Kondrat z Andrzejem Żuławskim, Kirk Douglas z Włodzimierzem Wysockim, Roman Polański z Wojciechem Młynarskim, Janusz Głowacki z Aleksandrą Śląską, a siostry Wahl z Francisem Fordem Coppolą, Andrzej Mleczko z Paulem Anką, Elżbieta Czyżewska z Claudem Lelouchem i można by tak długo mnożyć. Wspomnienia Łapickiej pełne są pysznych i zabawnych anegdot, czasem groteskowo-makabrycznych, jak ta o Polaku, który dla okupu wykradł z grobu zwłoki Charliego Chaplina. A wszystko to w wielkiej przestrzeni wyznaczonej przez Paryż, Nowy Jork, Warszawę, Chałupy, Juratę. Książka Zuzanny Łapickiej jest rozkoszna i lekka w lekturze, choć autorka nie siliła się na jakikolwiek efektowny styl narracyjny. Zdała się więc całkowicie na swobodę i spontaniczność, bez cienia upozowania, bez grama minoderii. „Nie jestem pisarką, dlatego doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli moje zapiski będą miały taki sam kształt, jak moje towarzyskie monologi” – napisała we wstępie. I udało się jej to, bo najwyraźniej talent narracyjny odziedziczyła po ojcu, który też był mistrzem swobodnej, bezpretensjonalnej narracji anegdotycznej, wokalnie i na papierze. Jednocześnie jest ta książka kolejnym przyczynkiem, poniekąd, w jakimś stopniu dokumentalnym, do obrazu pewnej epoki w dziejach polskiej kultury, epoki niby nie bardzo odległej w czasie, a tak już bardzo zaprzeszłej, tak już bardzo minionej i tak bardzo niedobrze zastąpionej przez dzisiejszy świat kultury, znacznie mniej ciekawszy i zupełnie pozbawiony wdzięku tamtego świata.

 

DODAJ DO ZNAJOMYCH Zuzanny Łapickiej, wyd. Agora, Warszawa 2018, str. 253, ISBN 978-83-268-2584-2

Poeta pełen paradoksów

Mam do postaci i poezji Broniewskiego stosunek osobiście sentymentalny, bo ukończyłem szkołę podstawową nr 25 w Lublinie jego imienia. Nie miałem wtedy do tej poezji stosunku świadomego, a tym bardziej entuzjastycznego, bo chłopca w tym wieku takie klimaty na ogół nie absorbują, ale ciągła obecność jego poezji na szkolnych uroczystościach (lata 1964-1972) zadziałała na moją świadomość i rodzaj estetycznej wrażliwości podprogowo. Postać i poezja Władysława Broniewskiego szczęśliwie uchroniła się od anihilacji i przemilczenia jakie spotkały znaczącą część PRL-owskiej literatury. Już w 1992 roku zaczęły się badania nad jego twórczością, a od tego czasu, zwłaszcza przy okazji rocznic Broniewskiego (100 urodzin – 1997 i 50 śmierci – 2012) nastąpił renesans zainteresowania poetą, uważanym wcześniej za bardzo utalentowanego, ale nieco przebrzmiałego epigona romantyzmu, a nade wszystko za twórcę naznaczonego piętnem ideologicznego poety socjalistycznego, „barda proletariatu”. Wznowiono jego wiersze, opublikowano korespondencję, skomponowano piosenki do jego poezji, poświęcono mu wystawę, a jego postać zainspirowała malarza Wilhelma Sasnala. Znany poeta Jacek Podsiadło dołączył do tego szeregu swoim autorskim wyborem wierszy Broniewskiego i opatrzył go wstępem. Podsiadło nie przejawia w tym wstępie ambicji syntetyzujących miejsce poezji Broniewskiego w dziejach poezji polskiej ani nie odnosi się szczegółowo do jego powikłanych i pełnych sprzeczności losów, które sprawiły, że były legionista Piłsudskiego, internowany w podkaliskim Szczypiornie, żołnierz polski w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku, więzień NKWD na moskiewskiej Łubiance i zesłaniec syberyjski w latach 1939-1941 i w końcu żołnierz Andersa na Bliskim Wschodzie stał się bardem proletariatu i jednym z emblematycznych, oficjalnych, uprzywilejowanych poetów PRL, obdarowanym willą na Mokotowie, człowiekiem który miał dostęp do najważniejszych oficjeli PRL, włącznie z Bolesławem Bierutem. Podsiadło napisał swój wstęp o Broniewskim jak poeta o poecie, zwracając uwagę na to co w tej poezji wielkie, a co słabsze, konwencjonalne, wymyślone, pokazując jej najznakomitsze rejestry i jej mielizny, jej tematy, filiacje, asocjacje, tony. I choć nie jest wobec wielkiego kolegi z przeszłości bezkrytyczny, to w ostatecznym rachunku widzi w nim poetę wybitnego i w najlepszych swoich wierszach niebywale prawdziwego duchowo, emocjonalnie, a tym samym ciągle bardzo współczesnego.

 

Władysław Broniewski – „Wiosno, Warszawo, Córeczko”, wybór i wstęp Jacek Podsiadło, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 204, ISBN 978-83-06034-54-7.

Jerzy Putrament – homo politicus na szlaku literatury

Proza Jerzego Putramenta, wieloletniego wiceprezesa Związku Literatów Polskich, a poza tym człowieka niezliczonych funkcji środowiskowych i politycznych, znajduje się od lat w sferze najmroczniejszego cienia. Dawno już wyrzucona z list lektur, kompletnie zapomniana, nieobecna w księgarniach, bo nie wznawiana i znikająca z bibliotek publicznych. Jednak jeszcze grubo przedtem, nim nad jego pisarstwem zapadła ciężka cisza zapomnienia, utarła się opinia o nim, że był pisarzem słabym, który z partyjnej kariery politycznej w Polsce Ludowej uczynił podpórkę dla swej pozycji i roli w literaturze.

 

Korzystając z okazji 32. (a więc bynajmniej nie okrągłej) rocznicy śmierci Jerzego Putramenta (14.11.1910 – 23.06.1986) postanowiłem zaprzeczyć tym opiniom, przypominając jego twórczość, a przy okazji jej niewątpliwe walory. Imperatyw powracania do lektury niektórych jego powieści, choćby „Września”, „Rzeczywistości” czy „Małowiernych”, a także jego pamiętnikarskiego cyklu „Pół wieku”, skłonił mnie do zastanowienia się nad tym, co mnie do tych zupełnie przecież spontanicznych powrotów skłania. Bo przecież nie przekora ani wyłącznie mój indywidualny literacki gust o tym stanowią, jako że i ta pierwsza i ten drugi stanowią kryteria, najoględniej rzecz ujmując, dalece niewystarczające.

 

„Zły poeta”, „zły prozaik”, demoniczny Gamma, zły towarzysz „Pucio”

Otóż w moim odbiorze, choć od razu zaznaczam, że nie tylko w moim, Putrament był dobrym, często bardzo dobrym, na pewno warsztatowo profesjonalnym, a fragmentami nawet wybitnym pisarzem. A że są pośród jego literackich prac rzeczy słabsze, a także słabe – to nie ulega wątpliwości. Tyle tylko, że zaoferuję tzw. konia z rzędem temu (bardzo anachroniczna figura stylistyczna, ale nie mam na podorędziu innej), kto wskaże pisarza, także pośród koronowanych literackich wielkości wszechczasów, który nie miałby na swoim koncie twórczym rzeczy słabych lub nawet bardzo słabych, czasem niedojrzałych owoców młodości, czasem – pisarskiego wyczerpania.

Ojcem złej, lekceważącej, a nawet wrogiej recepcji Putramenta jako pisarza, otaczającej go złej famy, był Czesław Miłosz, który uczynił go jednym z czterech bohaterów sławnego (czy, jeśli kto woli, osławionego) pamfletu „Zniewolony umysł” (1951), portretując go jako Gammę. Miłosz, przedwojenny, wileński kolega Putramenta z literackiego pisma „Żagary”, o jego pisaniu wyrażał się tak: „Jego utwory zbywano milczeniem. W istocie był w nich jakiś niedowład talentu. Gamma miał tę umiejętność techniki, jakiej wymagała nowoczesna poezja, ale to co pisał, było jak nieruchoma sadzawka (…) wiersze Gammy były układanką starannie dobranych metafor i właściwie nie wyrażały nic”. I dalej: „Myślę, że pisząc swoje wiersze pozbawione namiętności czuł się źle. Nie był stworzony do literatury. Zasiadając nad papierem czuł w sobie pustkę. Nie był w stanie przeżywać upojeń pisarza – ani upojeń procesu twórczego ani upojeń nasyconej ambicji”./”mógł być nastrojony tylko na jeden ton”/ „wie, że to co pisze, to drewno” / „Gamma grał w brydża nie dlatego, że był zmęczony, ale dlatego, że uwalniało go to od znalezienia się sam na sam z ćwiartką niezapisanego papieru”/”czuł się pusty jak sito, przez które wieje wiatr”. Odnosząc się do jednego tylko utworu prozatorskiego Putramenta, do „Rzeczywistości”, zarzucił mu, że nie dostało się do tej powieści nic z „malowniczości” przedwojennego Wilna, co miało być jednym z dowodów na jedną ze słabości jego pisarstwa – braku daru zmysłowości i bezbarwność, ograniczenie wyłącznie do relacji o zdarzeniach i ludziach. I tylko w jednym miejscu Miłosz uczciwie zauważał, że „w ciągu tych lat stał się lepszym pisarzem niż był przed wojną”, choć dodawał od razu, że „jego nieduży talent nie mógł istnieć bez podpory doktryny”, co akurat jest w najlepszym razie tzw. półprawdą, a w odniesieniu do niektórych utworów nawet nieprawdą zupełną. W swoim wstępie do „Dzieł zebranych” Putramenta, których edycja rozpoczęła się w 1979 roku, znakomity krytyk Wacław Sadkowski tak odniósł się do kwestii stylu pisarza: „Przez wiele lat (…) Putrament programowo lekceważył styl, traktował go jako robocze narzędzie, które powinno być tu i ówdzie wyszczerbione, zabrudzone i w ogóle sposobne do ciężkiej pracy (…)”

Nie da się nie zauważyć, że przywołana wcześniej miłoszowa psychoanaliza pisarskiej jaźni Putramenta jest tyleż efektowna, by nie powiedzieć efekciarska, co żywcem wyrastająca z romantycznego widzenia procesu twórczego, a zatem już w momencie jej pisania mocno anachroniczna. Jak wyżej obiecałem, zajmę się tu tylko pracą literacką Putramenta, więc tylko w prawdziwie telegraficznym skrócie, dla porządku przypomnę, że związany z młodoliterackim, głównie poetyckim środowiskiem Wilna lat trzydziestych (wspomniane „Żagary”) lewicowy, komunizujący student Putrament znalazł się także w orbicie kierowanego przez Henryka Dembińskiego pisma „Po prostu”, cudem uniknął procesu sądowego i więzienia, a po kliku latach wojenne losy rzuciły go, via Lwów, do ZSRR, gdzie znalazł się, obok m.in. Wandy Wasilewskiej i Włodzimierza Sokorskiego wśród założycieli Związku Patriotów Polskich i został oficerem politycznym I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Po powojennym powrocie do kraju podjął działalność dziennikarską i polityczną, która, po kilkuletnim epizodzie dyplomatycznym w Szwajcarii i we Francji zawiodła go na długie lata na krzesło członka Komitetu Centralnego PZPR, w końcu, począwszy od 1959 roku na stanowisko wiceprezesa Związku Literatów Polskich u boku Jarosława Iwaszkiewicza, aż do jego śmierci w roku 1980. To właśnie ta rola, przez nieprzychylnych mu określana jako rola „partyjnego nadzorcy pisarzy i literatury” przysporzyła mu złej sławy, sławy – dodajmy – co prawda do pewnego stopnia oddającej charakter jego roli, co nie znaczy, że w zupełności zasłużonej, a już na pewno w dużym stopniu dalekiej od sprawiedliwości i od zwykłego szacunku dla faktów oraz elementarnego obiektywizmu. Taka właśnie jednostronna ocena osoby i roli Putramenta dominowała wśród nieprzyjaciół PRL przez cały okres jej istnienia, znajdując odbicie w licznych publikacjach (bezdebitowych) w kraju i emigracyjnych. Po zmianie ustrojowej 1989 roku ocena ta nabrała cechy oficjalnej legitymizacji, a tych którzy chcieliby poznać literę i ducha oraz kwintesencję tej oceny odsyłam do, epigońskiego w stosunku do pamfletu Miłosza, rozdziału popularnej książki Sławomira Kopera „Życie prywatne elit władzy PRL”, zatytułowanego „Towarzysz „Pucio”, a poświęconego właśnie Putramentowi. Jest tam portret cokolwiek demonicznego i apodyktycznego aparatczyka (skłonnego co prawda – co autor zauważa – do altruistycznych odruchów „dobrego paniska” i suwerennych zachowań w życiu partyjnym), z pominięciem jego pisarstwu.

 

Intrygujące „Pół wieku”

Moje osobiste pierwsze spotkanie z pisarstwem Putramenta nie zaczęło się od lektury prozy powieściowej, lecz od pamiętnikarskiego cyklu „Pół wieku”. Lektury jeszcze bardzo młodzieńczej i niedojrzałej, ale fascynującej. We wspomnianym „Zniewolonym umyśle” Miłosz pomieścił też takie zdanie o Putramencie: „Brak skrępowania, z jakim mówił o sprawach uważanych przez innych komunistów za drażliwe, budził zaufanie u rozmówców”. Kiedy je po wielu latach od tamtej lektury przeczytałem, uświadomiłem sobie źródło tamtej fascynacji lekturą „Pół wieku”. Przyzwyczajony do wszechobecnej w radiu, telewizji i prasie tzw. socjalistycznej nowomowy partyjnej (moje dzieciństwo i młodość to czasy gomułkowskie i gierkowskie) znalazłem w języku i stylu partyjnego bądź co bądź pisarza-dygnitarza, jakąś niespotykaną na ogół wokoło tonację swobodnej nieoficjalności, jakiś ton gawędziarskiej poufałości i dezynwoltury w czynieniu uwag o nudnych i drętwych referatach sekretarzy partyjnych, o ziewaniu na zebraniach, o nudnych i niedorzecznych mowach niektórych dygnitarzy – tych samych dygnitarzy i sekretarzy, o których w ówczesnych mediach wyrażano się na ogół w tonie zbliżonym do nabożnego szacunku. Putrament swoich kolegów i towarzyszy ze świata partii ukazywał w „nieheroicznych pozach” (W. Sadkowski). Bogate walory faktograficzne „Pół wieku” były dla mnie wtedy na drugim planie, doceniłem je po latach, znajdując satysfakcję także w tym, że tak wymagający krytyk literacki jak Tomasz Burek wysoko ocenił walory kronikarskie tego cyklu, choć z drugiej strony ukłuł autora szpilą zarzutu o „pustą tożsamość”. Gdy podjąłem moją pierwszą lekturę „Pół wieku” istniały wtedy tylko trzy pierwsze tomy: „Młodość”, „Wojna” i „Zagranica”, ale odtąd, przez lata z przyjemnością sięgałem po ukazujące się co kilka lat kolejne tomy, obejmujące kolejne okresy działalności pisarskiej i politycznej autora w Polsce Ludowej. Wacław Sadkowski napisał o „Pół wieku”, że to „nowoczesna” pod każdym względem powieść o własnych wspomnieniach” (przez analogię do „powieści o powieści”). „Jest to po prostu powieść o Putramencie, o jego własnym życiu, ujęta w kształt kompozycyjny wspomnień czy pamiętników” – pisał znakomity krytyk.
Nawiasem – nie tylko w pamiętnikarskich ocenach dygnitarzy partyjnych wyrażała się odważna bezceremonialność Putramenta. Jako redaktor naczelny tygodnika (później miesięcznika) „Literatura” (1972-1986) regularnie publikował na jej łamach zapiski Jerzego Andrzejewskiego, w okresie gdy twórca „Popiołu i diamentu” był już mocno zaangażowanym współzałożycielem i działaczem Komitetu Obrony Robotników, który jako pierwsza jawnie działająca organizacja opozycyjna rzucił wyzwanie ekipie Edwarda Gierka i władzy PZPR. W tamtych warunkach politycznych gest ten bardzo wiele znaczył i z pewnością nie należał do łatwych czy mało kosztownych i był świadectwem swoistej suwerenności, na którą Putrament potrafił się zdobyć.

 

Szlachcic litewski w KC

Było w nim coś z hałaśliwego, zadzierzystego, jowialnego, ale i zaczepnego, niepokornego litewskiego szlachcica, co podkreślał także tzw. wileński akcent jego wymowy. Ponadto nazwisko Putrament pojawia się, wśród innych nazwisk litewskiej szlachty, na kartach mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, o czym zdarzało mu się wspominać z nutką wyczuwalnej satysfakcji.
Mieczysław Wojtczak, w latach siedemdziesiątych wiceminister kultury i sztuki oraz szef kinematografii, autor cenionych książek poświęconych wzajemnym oddziaływaniom kultury i polityki w czasach Polski Ludowej, którego z Putramentem łączyły relacje służbowe i przyjacielskie wspomina go jako działacza, który nigdy nie należał do tzw. potulnych: – Toczył ostre spory z własnym środowiskiem literackim, ale jednocześnie potrafił ostro bronić swobód twórczych i liberalnej, na ile to było możliwe, polityki kulturalnej, więc wchodził także w konflikty z wysokiej rangi towarzyszami z KC i kierownictwa partii. Dlatego bywał nielubiany po obu stronach. W 1949 roku, kiedy pod przewodem Jakuba Bermana zainicjowano doktrynę socjalistycznego realizmu w kulturze, wysłał z Paryża, gdzie był wtedy ambasadorem, list, w którym krytykował zatwierdzony przez komisję KC film „Robinson warszawski”, zarzucając mu wulgarne upolitycznienie i przestrzegał, że skompromituje on za granicą polską kinematografię. Wpłynęło to później na przerwanie jego kariery dyplomatycznej. Lata później bronił też przed posłaniem na półkę filmu Skolimowskiego „Ręce do góry”, bo uważał go za ciekawy głos na temat polskiego stalinizmu. Jeszcze później, jako jedyny członek KC, wystąpił na plenum w obronie „Człowieka z marmuru” Wajdy. Był człowiekiem odważnym, potrafiącym zachować się suwerennie, nie bał się narażać, bronić swojego zdania – wspomina M. Wojtczak.

 

„Śmierć Hektora” i fiasko metempsychozy

Wspomniane wcześniej cierpkie i deprecjonujące uwagi Miłosza o walorach (czy raczej ich braku) poezji młodego Putramenta były o tyle trafieniem kulą w płot, że ich obiekt był człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru, zmysłem autoironii i sam, bez pomocy kolegi, wybitnego w przyszłości poety, rozumiał, że ta gałąź pisania nie jest jego mocną stroną. Dowcipnie nawiązując do ambitnych marzeń swojej matki, która w fakcie, że jej syn urodził się siedem dni po śmierci Lwa Tołstoja na stacji Astapowo i w końcu nie w astronomicznej odległości od tego miejsca ( w Mińsku Białoruskim czyli także w Cesarstwie Rosyjskim) upatrywała źródła nadziei na to, że dusza twórcy „Wojny i pokoju” metodą metempsychozy zamieszka w ciele jej rodzonego Jurka, Putrament wspominał po latach z finezyjną autodrwiną: „Próbowałem więc wyróżnić się wśród rywali do spadku tołstojowskiego (…) Zapełniałem jeden po drugim zeszyty wierszami na tematy liryczne, satyryczne i historyczne. Przez jakiś czas zdawało mi się, że dusza Tołstoja zaczyna przecież puszczać we mnie pędy. W czwartej klasie napisałem trzynastozgłoskowcem dramat pt. „Śmierć Hektora”. W siódmej zacząłem pisać sonety podwójnie rymowane, lubowałem się w męskich rymach, wreszcie targnąłem się na triolety. Pojechałem na uniwersytet pełen zapału i pewności: Tołstoj się we mnie nie zmarnuje. (…) Jako mistrz miasta Lidy w podwójnie rymowanym sonecie pałałem niecierpliwością zmierzenia się z luminarzami innych Suwałk czy Kobryniów”. Wspomnienie to spuentował Putrament uwagą, że „wszystko to nadaje się w sam raz do śmietnika”, a „metempsychoza wzięła w łeb”. Autoironia towarzyszyła zresztą Putramentowi przez całe życie, choćby we fragmencie „Pół wieku”, w którym wspominając ceremonię składania listów uwierzytelniających prezydentowi Szwajcarii, rysował taki oto, odrobinę gogolowski obrazek: „Idę w („błazeńskim”, napisałem wtedy, dziś bym chyba wymyślił inny przymiotnik) cylindrze odpowiadając na liczne ukłony”.

 

Proza bez metempsychozy

Toteż choć w 1951 roku zdecydował się Putrament na wydanie tomu swoich wierszy, było to zapewne jedynie czymś w rodzaju pożegnania z tą bronią literacką i od tej pory zajął się wyłącznie (na literackiej ścieżce swojej aktywności) prozą nowelistyczną i powieściową. Już w pierwszych opowiadaniach z 1945 roku („Święta kulo” i „Początek eposu”) objawiły się walory jego stylu: zwięzłość, lakoniczność, dar wnikliwej obserwacji, obrazowość, także w opisach przyrody, choć nie nazbyt zmysłowa, ale także kipiąca pasja moralna, egzystencjalna, polityczna, rozmach, jak również drwina, sarkazm i groteska, które należały do najmocniejszych stron jego pisarskiej marki. Krytyk literacki Jerzy Wyszomirski ujął cechy prozy Putramenta określeniem „ostrowidztwo”, a krytyk francuski Jean B. Neveux nazwał oba opowiadania „arcydziełami mimo pozornej oschłości stylu, wywołującymi silniejsze wzruszenia, niż mogłyby to uczynić popisy krasomówcze”. Tę ocenę odniósł Neveux zapewne przede wszystkim do „Święta kulo”, w którym pisarz objawił mistrzostwo w ukazywaniu człowieka w sytuacjach ekstremalnych. Nieprzypadkowo podczas studiów polonistycznych w Wilnie Putrament napisał pracę dyplomową poświęconą analizie struktury opowiadań Bolesława Prusa. „Małe formy” nie tylko były mu bliskie jako czytelnikowi, ale sam osiągnął w nich dużą biegłość, a momentami mistrzostwo i być może osiągnąłby znacznie więcej na polu „metempsychozy” z Maupassantem, Czechowem czy Prusem na zapleczu, gdyby nie fakt, że zarzucił ten gatunek na rzecz dużej formy, czyli powieści, głównie społeczno-politycznej.

 

„Rzeczywistość”, „Wrzesień”, Rozstaje”

Choć rację miał Miłosz, zarzucając powieści „Rzeczywistość” (1947) brak zmysłowego i rodzajowego obrazu Wilna, to przecież niekoniecznie należało robić z tego zarzut autorowi. Putrament zamyślił tę pracę jako powieść polityczną, czy może polityczno-publicystyczną „z kluczem”, nawiązującą do doświadczeń autobiograficznych, w tym do procesu lewicowej młodzieży wileńskiej oskarżonej o sympatie komunistyczne i raczej świadomie stronił od „nastrojów”, od klimatów, zapachów i uczuć wileńskich, a także od psychologii, zwłaszcza introspekcyjnej. Jednak postacie powieści były ciekawie zindywidualizowane, akcja dynamiczna, struktura utworu spójna. O ile „Rzeczywistość” była powieścią dość kameralną, zamkniętą w kilku spojonych ze sobą wątkach i postaciach, o tyle „Wrzesień” (1953) miał już cechy panoramy polskiego Września 1939 roku. „Obraz skomponowany na sposób filmowy zagrał pełnią barw. Chaos i zamęt ostatnich dni sierpnia i pierwszych dni września znalazły w tej powieści tchnące prawdą odzwierciedlenie, tym bardziej, że autor nie znał tych dni warszawskich z własnych przeżyć” – napisała Maria Wisłowska, autorka krótkiej monografii twórczości Putramenta (1966). Wybitnym walorem tej powieści były partie groteskowo-satyryczne, wykorzystane w obrazie sanacyjnej elity polityczno-dowódczej, a jej walory wielkim uznaniem podkreślił wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig, stwierdzając w recenzji dla „Kunst und Literatur” (1957), że „nazwisko Jerzego Putramenta stawia od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki”. Słabsze od tych dwóch powieści były „Rozstaje” (1954), zbyt odzwierciedlające w swej strukturze zasady realizmu socjalistycznego, zwłaszcza w biało-czarnym obrazie walczących stron. Niezależnie od tego, rysunek postaci Turonia, okrutnego, brutalnego i władczego dowódcy z tzw. antykomunistycznego podziemia, czyli „leśnych”, dziś patetycznie pasowanych przez władzę na „żołnierzy wyklętych”, który wtedy mógł się wydawać rysunkiem skrajnie przeczernionym dla celów ideologiczno-propagandowych, osobliwie dziś koresponduje z ciemnymi kartami tej idealizowanej i otaczanej quasi-religijnym, fałszywym kultem formacji.

 

„Pasierbowie”, „Odyniec” i wolty gatunkowe

Ten sam nurt prozy skoncentrowanej tematycznie na dramatycznych latach powojennego czasu „utrwalania władzy ludowej” i związanych z tym dylematów, dramatów i tragedii kontynuował Putrament w „Pasierbach” (1963) i „Odyńcu” (1964). W tej drugiej po raz pierwszy znalazła odzwierciedlenie kwestia, która wyraźnie nurtowała pisarza, bo podjął ją ponownie, bardziej gruntownie w „Bołdynie”, zagadnienie kultu jednostki i proces wyradzania się ludzi ideowych, z gruntu szlachetnych w samowładców i tyranów politycznych. W roku 1956 roku pisarz zastosował „na chwilę” płodozmian gatunkowy i wydał „Wakacje”, powieść dla młodzieży, której przygodowo-sensacyjna, wartka i pełna humoru akcja z młodocianymi bohaterami na pierwszym planie rozgrywa się „w krainie czarów” czyli na ukochanych putramentowych Mazurach, których natura przypominała mu krajobraz białoruskiej i wileńskiej młodości. Kolejnymi woltami gatunkowymi były „Strachy w Biesalu” (1958), powieść kryminalna z „przymrużeniem oka”, rodzaj pastiszu prozy Agaty Christie oraz „Arka Noego” (1960), fabularyzowany reportaż o tematyce „terrorystycznej”, bo poświęcony wybuchowi bomby w samolocie połączony z panoramą współczesnej tematyki moralnej, psychologicznej, religijnej i społecznej. W tej niepolitycznej prozie lekkość pióra, lapidarność, barwność i plastyczność stylu oraz wysoką próbę talentu Putramenta widać najwyraźniej. Niezmiennie jednak pozostawał surowy i samokrytyczny w ocenie swojego pisarstwa. Wspominając o codziennej porannej porcji pracy pisarskiej, rzadko rezygnował ze zdań w rodzaju: „Zawsze to samo: przecież niedobre, com dzisiaj zrobił…”. W „Pasierbach” i „Odyńcu” objawił Putrament inny jeszcze, i dla wielu mogący być zaskoczeniem rys jego talentu: znajomość psychiki kobiecej i dar oddania w prozie jej komplikacji. Ten twardy, gwałtowny, bardzo „męski”, „samczy” nawet mężczyzna miał dar wzruszającego oddawania kobiecych emocji miłosnych jak mało który z powojennych polskich pisarzy. Przywołana wcześniej Maria Wisłowska napisała nawet o „Odyńcu” jako o – także – „iście flaubertowskim studium duszy kobiecej”, ale i przywołuje z tej powieści kolejną erupcję daru groteskowo-satyrycznego pisarza w obrazie „zwariowanego domku na Saskiej Kępie”, nawiasem mówiąc mogącego wzbudzić skojarzenie z jednym z wątków gombrowiczowskiej „Ferdydurke”. Inni autorzy, krytycy i okazjonalni recenzenci, którzy pisali o prozie Putramenta, wspominali też o innych rysach jej stylu i tematyki: bliskości z naturą, a nawet miłości do niej (Stanisław Grochowiak, Jarosław Iwaszkiewicz), nostalgicznym smutku przenikającym zewnętrzną, chłodną rzeczowość cyklu „Pół wieku” (Lesław M. Bartelski), wyczulenia na wielkie tematy i postacie Historii oraz talent do kreślenia indywidualnych portretów (Janusz Wilhelmi), iście kresowego daru gawędziarskiego (Tadeusz Bujnicki), co nawiasem mówiąc zabawnie koresponduje z wspomnianym wyżej sarmacko-kresowym rysem osobowości i stylu bycia pisarza.

Wacław Sadkowski pisał o powieści „Puszcza”, że wbrew znanej chropowatości stylu Putramenta, jest to proza „przemyślnie wystylizowana”, „finezyjna igraszka stylistyczna”. Pisząc o „Pasierbach” wspominany wcześniej Jean B. Neveux tak podsumowywał cechy tej prozy en general: „Putrament umie opowiadać, umie przyspieszać nagle akcję w kilku wierszach, ażeby potem na kilku stronicach zwolnić jej tok; jego powieść przypomina napady gorączki, nasilającej się coraz bardziej i pozostawiającej wyczerpanie, bezsilność i stan prawie beznadziejny.
Żadna z postaci powieściowych nie jest ani bez zastrzeżeń sympatyczna, ani całkiem antypatyczna, autor unika ułatwionego dualizmu utworów „zaangażowanych”; sądzę, ze spod jego pióra wyszło arcydzieło, mogące stanąć w jednym szeregu nielicznych arcydzieł, jakie dała nam literatura powojenna; nie obawiam się porównać go ze Stendhalem i Fitzgeraldem”.
Jeśli ktoś myśli, że łatwo było i jest znaleźć pośród z urodzenia złośliwych francuskich krytyków, kogoś skłonnego do bezinteresownych komplementów (12 lat po opuszczeniu przez Putramenta gmachu ambasady polskiej w Paryżu), to się głęboko myli.

 

„Małowierni”

Kolejną dużą powieścią polityczną o tematyce krajowej, jaką dał czytelnikom Jerzy Putrament byli „Małowierni” (1967). We wspomnianym wstępie do wydania „Dzieł zebranych” pisarza, Wacław Sadkowski napisał o niej bardzo krytycznie: „Z perspektywy lat, które minęły od chwili pojawienia się tej powieści, widać już wyraźnie, że jako „roman a clé”, powieść z kluczem zdezaktualizowała się zupełnie, pozostała nieciekawą i banalną plotką o nieciekawych ludziach, z którymi los zetknął autora w latach pięćdziesiątych, określanych w języku politycznym okresem „kultu jednostki”.

W wizji współczesności, tworzonej przez Putramenta, w całym jego pisarstwie, ta powieść pozostanie raczej błahym epizodem o nikłej nośności metaforycznej”.
Z oceną sformułowaną przez znakomitego krytyka i wybornego znawcy literatury wypada się generalnie zgodzić; „Małowierni” są artystycznie niewątpliwie słabszą prozą niż „Bołdyn”, „Pasierbowie” czy „Odyniec”. Trzeba jednak pamiętać, że Sadkowski formułował swoją ocenę blisko czterdzieści lat temu, mniej więcej ćwierć wieku od czasu akcji „Małowiernych” i wtedy rzeczywiście można było odbierać tę prozę jako mocno zwietrzałą publicystykę. Dziś, po upływie ponad sześćdziesięciu lat od czasu akcji powieściowej walor „Małowiernych” jako „powieści z kluczem” przebrzmiał już całkowicie i może mieć jakiekolwiek znaczenie jedynie dla garstki koneserów literackich archiwaliów. A jednak paradoksalnie, mimo to, skłonny jestem zaryzykować ocenę, że powieść ta wraz z upływem lat nabrała nieco wartości, jako obraz osaczenia i osamotnienia jednostki poddanej potężnemu, brutalnemu ciśnieniu systemu politycznego. A będąc, po dziesięcioleciach wysypu – mogącego budzić nawet doznanie przesytu – literatury poświęconej okresowi stalinowskiemu, wolną od jakichś szczególnych od niej oczekiwań, powieść „Małowierni” nabrała cech swoistej psychodramy politycznej, która wraz z upływem czasu zyskała nawet co nieco na „nośności metaforycznej”, której przed czterdziestu laty zabrakło w tym utworze Wacławowi Sadkowskiemu.

 

„Akropolis” i „Wybrańcy” – pisarz „nieuleczalnie” polityczny

Mimo gatunkowych „skoków w bok” pozostał Putrament wierny swojej największej pasji – pisarskiej i życiowej: polityce. O ile jednak „Akropolis” (1975) jest stricte politycznym, niemal reportażowym portretem powojennej wojny domowej w Grecji, o tyle cykl „Wybrańcy”, który zaczął pisać pod koniec lat siedemdziesiątych, mający cechy powieści z kluczem i PRL-owskiego fresku społeczno-politycznego, jest silnie nasycony tworzywem psychologicznym, uwzględniającym wrażliwość duchową, osobistą, nieraz sentymentalną pisarza.

 

Życiopisanie i élan vital Jerzego Putramenta

Za życia Jerzego Putramenta określenie „życiopisanie” nie istniało. Powstało dużo później na określenie typu pisarstwa, które oparte jest na realnej egzystencji pisarza i stanowi jej niejako bezpośredni zapis, podążanie za nią. Nie mam pewności, czy pełną rację miał W. Sadkowski, gdy pisał, że „zaryzykować można by wręcz przypuszczenie, że Putrament nie byłby w stanie chyba w ogóle pisać, gdyby nie uprawiał tej bogatej działalności społecznej, w której formowała się jego osobowość, jego stosunek do życia, ludzi, sztuki”. Nie mam tej pewności (Sadkowski zresztą też jej nie miał, o czym świadczy przypuszczający tryb jego sformułowania), jako że Putrament udowodnił, iż nie jest mu zupełnie obce tworzywo prozy kreacyjnej. Niewątpliwie jednak siła putramentowego pisarstwa byłaby nieporównywalnie słabsza, gdyby nie to stałe „turbodoładowanie”, które czerpał z przeżywanej i obserwowanej rzeczywistości, nade wszystko politycznej oraz ze swojej dynamicznej osobowości i przyrodzonego aktywizmu homo faber, ze swojego „élan vital”.

„Bieguni” albo furtka ocalenia

Nie wszystkich zachwycił sukces Olgi Tokarczuk, której powieść „Bieguni” wyróżniona została prestiżową MAN Booker International Prize.

 

Prawica znowu ma kłopot. Z trudem zniosła cios, jakim była nagroda reżyserska dla Pawła Pawlikowskiego za film „Zimna wojna” na festiwalu Cannes. Teraz trzeba mężnie znieść Tokarczuk, którą już zdążono mianować wrogiem publicznym. Nie będę tu powtarzać obrzydliwego hejtu, jaki wylał się nią po „Księgach Jakubowych”. Teraz też „niezadowoleni” pomrukują. Bardzo ich ten Booker uwiera. Tymczasem warto się bezinteresownie cieszyć tą nagrodą, która nie tylko Oldze Tokarczuk, ale polskiej literaturze współczesnej może się dobrze przysłużyć.
Jak wiadomo, zainteresowanie budzi zainteresowanie, a „Bieguni” takie wielkie zainteresowanie wzbudzili. Przewodnicząca jury, Lisa Appignanesi powiedziała, że powieść Tokarczuk idealnie oddaje specyfikę naszych czasów: „Wszyscy jesteśmy w jakimś sensie migrantami, którzy gdzieś zmierzają, a coś innego pozostawiają. Ta książka przepełniona jest jednocześnie poczuciem straty, jak i pragnieniem ucieczki”.

 

Apetyt czytelniczy

jaki wzbudziła ta właśnie opowieść Olgi Tokarczuk nie jest łatwy do wyjaśnienia. Nie mamy przecież do czynienia ani z trzymającym w napięciu wątkiem kryminalnym (choć tajemnica pojawia się od czasu do czasu), ani z romansem, ani tym bardziej charakterystycznym dla współczesnej powieści nieokiełznanym erotyzmem. Przeciwnie, opowiada się tu proste i rozmaite historyjki, przeplatając je uwagami o literaturze, podróżach, życiu w ruchu i nieśmiertelności ciała (to nie błąd, właśnie tak: ciała, a nie duszy).

Oto na jakiejś chorwackiej wyspie młodemu letnikowi z Polski giną z oczu żona i maleńki syn. Podejmuje daremne poszukiwania. Potem szuka ich cała wyspa, napięcie gwałtownie rośnie, ale w tym momencie autorka przerywa opowieść, potrafi gospodarować emocjami i wie, kiedy w serialu powinien pojawić się koniec odcinka.

Albo rozpocząć ma się pokaz sekcji zwłok w niderlandzkim mieście. Prowadzić pokaz będzie z niebywałą gracją Federik Ruysch. Przybyli tłumnie mieszczanie, wykupiwszy drogie bilety, w napięciu obserwują maestrię maga-anatoma, powodowani nieprzepartą gorączką wiedzy. Bo, jak powtarza Tokarczuk, „widzieć, to wiedzieć”.

Albo z pozoru nieuważne spotkanie z wielbicielem Ciorana, który metodą na chybił trafił cytuje kilka zdań ze swego mistrza, a wśród nich takie, które mogłoby być mottem jej powieści: „nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”.

Albo wyrafinowane wykłady pewnego emerytowanego profesora na pokładzie statku przemierzającego szlaki między greckimi wyspami o dawnych bogach, w szczególności tych zapomnianych. I przypadkowe zderzenie z jakimś jachtem, które kładzie kres tym ekstrawagancjom.

Albo… Rzeczywiście jest tak, jak napisał wydawca na okładce: „Ta powieść nie ma granic – dzieje się na całym świecie”.

Między tymi dwoma modelami świata: nieruchomym, wiecznym, zamkniętym w preparatach, nieulegającym prawom natury, zawsze świeżym i łudząco wiecznie żywym, i tym w bezustannym ruchu, zmienności, popłochu ucieczki przed stabilnością rozpina pisarka swoją planszę gry z czytelnikiem. Inkrustuje je drobnymi zapiskami, które tworzą mapę nieustannej podróży, dosłownej i intelektualnej – podróży po miejscach, głównie lotniskach, ludziach i ideach.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia

 

z dziełem rozkapryszonym

które samo siebie komentuje, odchodzi od tematu, często zmienia tempo opowieści i jej kierunek. Przypomina to kompozycję sternowską. To właśnie Laurence Sterne „Życiem i myślami JW Pana Tristrama Shandy” (1759-1767) dał początek rewo­lucji formal­nej – jawnie podeptał klasycy­styczne wzor­ce, poddając akcję powieści kapryśnej woli narra­tora, jego subiektywnym skojarze­niom, poświęcając wiele miejs­ca refleksji autotematycznej. Jako pierwszy wprowadził tu zaczątki tzw. strumienia świadomo­ści. Tokarczuk idzie w jego ślady, wierna przede wszystkim swojej intuicji i pojawiającym się skojarzeniom.

Toteż w „Biegunach”, opowieści poddanej najwyraźniej poetyce ruchomej anegdoty, w której zasadą jest odrzucenie zasad, narratorka, a jej śladem czytelnik porusza się jak na szachownicy. Nigdy jednak nie wie, która figura znajdzie się w grze. Czy to skoczek, czy wieża, czy zwykły pionek, a może goniec albo królówka. Kombinacji jest mrowie, ale to nieprawda, że powieść złożona z rozbudowanych opowiadań, krótkich esejów i aforyzmów to „model do składania”, że można by tę konstrukcję rozrzucić, jak Różewiczowską „Kartotekę” i złożyć z powrotem w dowolny sposób, nawet jeśli niektóre fragmenty, opowiadania mogłyby istnieć samodzielnie. Układ ma tutaj jednak swoje znaczenie, a energia i zwrotnice w grze wydają się solidnie przygwożdżone do podłoża.
Pisarka nie porzuca swoich opowieści, wraca do nich i rozwija potem albo coś dopowiada, albo wreszcie w lustrze innej opowieści wyjaśnia sens anegdot już zamkniętych. Jest to więc konstrukcja misterna, acz sprawia wyrażenie luźnej, wręcz dowolnej. Przy czym Tokarczuk

 

zastawia pułapkę na czytelnika

który początkowo zdezorientowany, z czym ma właściwie do czynienia (pamiętnikiem z nieustającej podróży, zbiorem zapisków czy wpisów na blogu, kolekcją opowieści z różnych stron świata) w pewnym momencie czuje się pochłonięty przez ten strumień wędrujących myśli i refleksji, które jednak na koniec doprowadzą go do puenty. I to go pcha do namiętnej lektury, dlatego nie może przerwać, bo silnie wierzy, że wreszcie rozszyfruje zasadę tego dzieła, że jego wytrwałość zostanie nagrodzona. Czasem opowieść skrzy się humorem, czasem ujmuje gorzką refleksją, czasem reporterską obserwacją, naukową bez mała diagnozą i psychologiczną prawdą.

W ostatnim fragmencie opowieści – „Boarding” – narratorka obserwuje w sali odlotów mężczyznę w średnim wieku, między czterdziestką a pięćdziesiątką, który czekając na zapowiedź odlotu wyciąga zeszyt i poczyna robić jakieś notatki. „Więc i ja wyciągam swój dziennik pokładowy – pisze Tokarczuk – i zapisuję tego piszącego mężczyznę”. I po chwili autorka wzywa wszystkich podróżujących do podobnego działania” „Będziemy zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się plastynować, zatapiać w formalinie zdań”. A więc na tym to polega! Bezruch i ruch w jedności, nieugięta trwałość w nieustającej zmianie. „Będzie tu wszystko”, konstatuje z pewnym triumfem pisarka, choć jedno pytanie jeszcze ją niepokoi: „Kto to przeczyta?”

Tak więc na koniec docieramy do zasady tej opowieści – to ma być

 

opowieść kompletna

Nietrudno znaleźć patrona tej szalonej idei. To polski, prowincjonalny encyklopedysta, wyśmiewany ksiądz Benedykt Chmielowski (powróci potem w powieści Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”). Jego „Nowe Ateny” dziesięcioleciami obśmiewano. Ale Tokarczuk autora „Nowych Aten” nie wyśmiewa. Nazywa go „Józefem Flawiuszem okrytej mgłą prowincji, Herodotem obrzeży świata”, wydaje się urzeczona jego wytrwałością gromadzenia kompletnej wiedzy o świecie. On ją zdobywał nie opuszczając o krok swojego domostwa. Olga Tokarczuk to zadanie symbolicznie przekazuje biegunom. Sama się nim czuje, przeczuwa, że i Chmielowski był skrytym biegunem, choć się prawie nie ruszał z domu.

Gdzieś w połowie drogi-opowieści narratorka (autorka?) wyzna mimochodem: „Opowieść ma swoją bezwładność, nad którą nie można nigdy do końca zapanować. Domaga się takich ja – niepewnych siebie, niezdecydowanych, łatwych do wywiedzenia w pole. Naiwnych”.

Bieguni to ludzie, którzy nie mogą usiedzieć, których gna w świat, którzy – w dawnych czasach – porzucali rodzinę i majątek i wyruszali, aby zbiec przed złem. Współcześni bieguni, nieustanni wędrowcy, też szukają bezpiecznych miejsc, a wciąż ich nie znajdując, wierzą, że kiedyś, może „tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce”. To jest ostatnie zdanie dzieła Tokarczuk. Otwarta furtka ocalenia.