Czy ktoś panuje na tą kadrą?

Reprezentacja Polski szykuje się do dwóch ostatnich w tym roku meczów. Trener Jerzy Brzęczek ma ból głowy, bo z powodu kontuzji na zgrupowanie nie przyjechał Kamil Glik, a jaką wartość bez niego ma defensywa biało-czerwonych widzieliśmy na mundialu w Rosji.

 

Brzęczek ma więcej problemów na głowie, ale zestawienie linii defensywnej rzeczywiście jawi się jako najpoważniejszy z nich. Absencja Glika to kłopot, bo ze środkowych obrońców Brzęczek ma do dyspozycji grającego ostatnio w kratkę w Fortunie Duesseldorf Marcina Kamińskiego, w ogóle niegrającego w Southampton Jana Bednarka oraz występujących wprawdzie regularnie w Serie A Thiago Cionka (SPAL 2013) i naszej ekstraklasie Artura Jędrzejczyka (Legia Warszawa), lecz żaden z tych zawodników nie gwarantuje gry na wysokim poziomie.

Na prawej flance linii obronnej selekcjoner ma do wyboru trzech graczy – Bartosza Bereszyńskiego (Sampdoria Genua), Tomasza Kędziorę (Dynamo Kijów) i Pawła Olkowskiego (Bolton Wanderes), za to na lewej dwóch niedoświadczonych w kadrze piłkarzy – powoływanego już wcześniej Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków oraz debiutanta z Pogoni Szczecin Huberta Matynię. Jakby Brzęczek nie kombinował, ta formacja w każdej personalnej konfiguracji będzie ekstremalnie eksperymentalna. Wcześniej tylko Pietrzak, Kamiński, Bednarek i Kędziora mieli okazję zagrać wspólnie, ale tylko przez kwadrans w spotkaniu z Irlandią. Inni obrońcy jeszcze nigdy ze sobą nie grali, więc nie należy oczekiwać cudów.

Zwłaszcza że w spotkaniu z Czechami w bramce ma stanąć trzeci golkiper w kadrze Łukasz Skorupski, co jest decyzją cokolwiek dziwaczną tuż po kapitalnym występie Wojciecha Szczęsnego w ligowym meczu Juventusu z AC Milan, w którym m.in. obronił rzut karny. Ciekawe jak Brzęczek wybrnie z obsadą tej pozycji na mecz w Lidze Narodów z Portugalią? Będzie losował między Szczęsnym a Fabiańskim? Kibiców na pewno też interesuje, kto wystawi na skrzydłach. Na lewym raczej na pewno postawi na Kamila Grosickiego, bo ten piłkarz ostatnio prezentuje znakomitą formę, a w miniony weekend zaliczył bramkę i asystę w ligowym spotkaniu z Birmingham. Na prawej pewnie znów da szansę Jakubowi Błaszczykowskiemu, chociaż w drużynie Wolfsburga jego siostrzeniec nie ma miejsca nawet na ławce i zimą planuje wrócić do Wisły Kraków.

Kapitan biało-czerwonych Robert Lewandowski przyjechał na zgrupowanie w pogodnym nastroju, bo ostatnio strzelił trochę goli dla Bayernu Monachium i w Niemczech znów jest chwalony pod niebiosa. „Lewy” pamięta jednak, że w reprezentacji po raz ostatni zdobył bramkę w czerwcu, w towarzyskim spotkaniu z Litwą, więc nawet jeśli nie ma złudzeń co do wyników potyczek z Czechami i Portugalią, to przynajmniej chciałby w tych meczach poprawić swój bramkowy bilans. Także po to, żeby w razie porażek nikt za nie obwiniał tylko jego. Nad ta kadrą póki co nikt nie panuje i jest niczyja, może dlatego nie wygrywa.

 

Fabiański bohaterem „Młotów”

W miniony weekend West Ham United bezbramkowo zremisował z kroczącą od zwycięstwa do zwycięstwa drużyną Chelsea Londyn. Wielki udział w tym sukcesie miał reprezentant Polski Łukasz Fabiański.

 

Przed szóstą kolejką Premier League tylko Chelsea Londyn i FC Liverpool były zespołami z kompletem zwycięstw. Znakomitą serię „The Blues” przerwał w niedzielę West Ham. Ekipa popularnych „Młotów” słabo rozpoczęły sezon i mimo heroicznej postawy Fabiańskiego w bramce zaliczyły serię czterech porażek. Przełamanie nastąpiło dopiero w piątej kolejce, w wygranym spotkaniu z Evertonem, ale przed potyczką z Chelsea nikt nie dawał West Hamowi większych szans. Trener „Młotów” Manuel Pellegrini ostatnio znacznie poprawił grę obronną drużyny, ale mimo to bez znakomitej postawy Fabiańskiego „Młoty” nie dałyby rady wywalczyć remisu.

Nasz reprezentacyjny golkiper obronił mnóstwo groźnych strzałów, a największe wrażenie zrobił ratując swój zespół przed utratą gola interwencją w 66. minucie, gdy twarzą odbił piłkę po uderzeniu Alvaro Moraty. Brytyjska prasa wysoko oceniła występ Polaka. „The Times” przyznał mu notę „8” (w skali 1-10), najwyższą spośród wszystkich piłkarzy na boisku. Także w ocenie portalu 90min.com Fabiański był najlepszym zawodnikiem i także przyznał mu ósemkę, a lepszą notę otrzymał jedynie pomocnik Chelsea Jorginho (8,5), który w tym spotkaniu ustanowił rekord Premier League w liczbie celnych podań (180).
„Kiedy mierzysz się z zespołem, który ma za sobą serię zwycięskich meczów, to sam chcesz grać lepiej i pokazać im, że nie będą mieli łatwo” – podsumował swój występ Fabiański. West Ham awansując na 17. miejsce opuścił strefę spadkową.

 

Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.

 

Brzęczek zażegnał kryzys

Po remisie z Włochami nastroje kibiców trochę się poprawiły. Przebudowana dość gruntownie przez Jerzego Brzęczka drużyna zagrała przyzwoity mecz i mogła nawet po raz pierwszy w historii wygrać z czterokrotnymi mistrzami świata na ich terenie.

 

Mecz z Włochami zaprzeczył stawianej u nas ostatnio dość powszechnie tezie, że po mundialowej wpadce nasza piłkarska reprezentacja popadnie w głęboki kryzys. Jerzy Brzęczek okazał się trenerem nie gorszym od Adama Nawałki, chociaż w drugiej połowie trochę się pogubił przy dokonywaniu zmian i z tego powodu nie wygrał meczu który był jak najbardziej do wygrania. Poza tym wygląda na to, że w swoim debiutanckim występie nowy selekcjoner dostał od przełożonych całkowicie wolną rękę i zrobił wszystko „po swojemu”.

 

Bramkarze równo rotowani

Na bramce postawił na Łukasza Fabiańskiego, a nie Wojciecha Szczęsnego, powszechnie w mediach uznawanego za numer 1 w tercecie naszych reprezentacyjnych golkiperów. Nie był to zły wybór, bo Fabiański zagrał bardzo dobrze, a gola stracił z rzutu karnego. Po meczu bramkarz West Hamu United zdradził zasady jakie Brzęczek wprowadził do rywalizacji na tej pozycji. Otóż ze słów Fabiańskiego wynika, że on i Szczęsny będą bronić w spotkaniach Ligi Narodów, zaś Łukasz Skorupski w towarzyskich. To oznacza, że w tym roku każdy z nich zagra w dwóch meczach, ale potem na podstawie tych sześciu występów ma zostać ustalona hierarchia obowiązująca już od początku przyszłego roku. Pomysł mocno kontrowersyjny, ale na tym etapie przebudowy kadry głównie dla trójki bramkarzy.

W obronie Brzęczek żadnych eksperymentów nie czynił. O tym, że na prawej obronie miejsce zwolnione przez Łukasza Piszczka zajmie Bartosz Bereszyński, było wiadomo od dawna. Obecność Kamila Glika w środku defensywy też była oczywista, natomiast wystawienie do gry grzejącego ławę w Southamptonie Jana Bednarka trudno uznać za akt odwagi, bo ten piłkarz w tej chwili jest po prostu lepszy od powołanych do kadry Marcina Kamińskiego i Adama Dźwigały.

Niewątpliwą niespodzianką było natomiast wystawienie na lewej flance obrony również grzejącego ławę w Atlancie Arkadiusza Recy. Po kontuzji Macieja Rybusa Brzęczek nie miał tu dobrego wyboru, bo miał w odwodzie jeszcze innego debiutanta Rafała Pietrzaka lub ewentualnie Tomasza Kędziorę, chociaż on na co dzień w Dynamie Kijów gra na prawej obronie. Selekcjoner lukę po Rybusie załatał jednak przy pomocy swoich ludzi, bo do gry posłał Recę, a na wsparcie dał mu przestawionego z prawej na lewą flankę pomocy Jakuba Błaszczykowskiego.

 

Rodzina jest najważniejsza

Wokół powołania Błaszczykowskiego było sporo hałasu, bo jak wiadomo ten zasłużony dla reprezentacji piłkarz jest siostrzeńcem selekcjonera, a że w swoim macierzystym klubie, VfL Wolfsburg, w tym sezonie właściwie nie grał, już samo jego powołanie do kadry wzbudziło falę krytyki. Błaszczykowski jest bez wątpienia bardzo pozytywną postacią i trudno mu odmówić zasług, ale najlepsze piłkarskie lata ma już za sobą. W meczu z Włochami nie zagrał źle, zwłaszcza w defensywie, ale jakoś tak się znowu złożyło, że to jemu przydarzył się brzemienny w skutkach błąd. Na telewizyjnych powtórkach rzecz jasna wyraźnie widać, że wślizg Błaszczykowskiego był zgodny z przepisami, bo trafił w piłkę, a Federico Chiesa po prostu sprytnie zasymulował podcięcie.

Niemiecki sędzia Felix Zwayer popełnił ewidentny błąd dyktując rzut karny, co nie zmienia jednak faktu, że tak doświadczony gracz jak Błaszczykowski nie powinien bez wyraźnej potrzeby tak ryzykownie interweniować w swoim polu karny. Brzęczek chwilę potem go zmienił, ale po meczu stwierdził, że z występu siostrzeńca jest zadowolony. To dowodzi, że selekcjoner ma ogromne serce dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Dla reprezentacji ta cecha charakteru niekoniecznie musi być szkodliwa, ale po prawdzie to rzadko kiedy szkodliwa nie jest.

 

Lewandowski wciąż najlepszy

Zdecydowanie najlepszym graczem w naszym zespole znów był Robert Lewandowski, który wprawdzie sam gola nie strzelił, ale to po jego podaniu Piotr Zieliński pokonał bramkarza gospodarzy. „Lewy” nie tracił piłek, rozgrywał akcje po mistrzowsku i właściwie to można mieć do Brzęczka żal, że zamiast po przerwie wpuszczać do gry za Błaszczykowskiego, Klicha i Zielińskiego defensywnych graczy (Rafał Pietrzak, Damian Szymański, Karol Linetty), nie posłał na boisko Arkadiusza Milika na lewą flankę za Błaszczykowskiego, a Krzysztofa Piątka do ataku w miejsce cofniętego na rozegranie Lewandowskiego. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że najlepszą obroną jest atak…

 

Włochy – Polska 1:1

Gole: Piotr Zieliński (40) – Jorginho (78 k).
Włochy: Gianluigi Donnarumma – Davide Zappacosta, Leonardo Bonucci, Giorgio Chiellini, Cristiano Biraghi – Lorenzo Pellegrini (46. Giacomo Bonaventura), Jorginho, Roberto Gagliardini – Federico Bernardeschi, Mario Balotelli (62. Andrea Belotti), Lorenzo Insigne (71. Federico Chiesa).
Polska: Łukasz Fabiański – Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek, Arkadiusz Reca – Rafał Kurzawa, Grzegorz Krychowiak, Mateusz Klich (55. Damian Szymański), Jakub Błaszczykowski (80. Rafał Pietrzak) – Piotr Zieliński (65. Karol Linetty) – Robert Lewandowski.
Żółte kartki: Chiellini – Klich, Błaszczykowski, Fabiański.  Sędziował: Felix Zwayer (Niemcy). Widzów: 26 000.

 

W Anglii szkolą nam bramkarzy

W miniony weekend w meczach towarzyskiego cyklu International Champions Cup polski futbol reprezentowało trzech nastolatków.

 

W angielskiej Premier League mamy dwóch bramkarzy – Łukasza Fabiańskiego w West Ham United i Artura Boruca w Bournemouth. Niewykluczone, że wkrótce dołączą do nich Marcin Bułka w Chelsea Londyn i Kamil Grabara w FC Liverpool. Obaj znaleźli się w kadrach swoich klubów na letnie zgrupowania przed sezonem i dostali od trenerów szanse występu w rozgrywanych za oceanem towarzyskich meczach cyklu International Champions Cup. 18-letni Marcin Bułka zagrał jedną połowę spotkania z Interem Mediolan i zebrał za swój występ życzliwe recenzje.

O rok starszy Kamil Grabara rozpoczął mecz z Manchesterem United w wyjściowym składzie i w 14. minucie popisał się efektowną „kiwką” w polu karnym, na którą dał się nabrać napastnik rywali Alexis Sanchez. Młody polski bramkarz puścił gola, ale genialnego strzału z rzutu wolnego Pereiry nie obroniłby nawet Alisson Becker, który będzie w tym sezonie pierwszym golkiperem Liverpoolu.

Warto też odnotować udane występy w Bayernie Monachium 18-letniego pomocnika reprezentacji Polski juniorów Marcela Zylly.

 

Nawałka szykuje raport końcowy

Po mundialowej klęsce nasza piłkarska reprezentacja z zleciała z piedestału z dość głośnym łomotem. Po walnięciu o ziemię okazało się, że wcale nie jest ze spiżu, jak nam wmawiano, bo łatwo rozpadła się na wiele kawałków, zaś każdy z nich ma pretensje do pozostałych, że w Rosji nie wyszło.

 

Wszyscy teraz szukają przyczyn niepowodzenia i wskazują winnych. Najbardziej aktywni w tym dziele są prezes PZPN Zbigniew Boniek i kapitan drużyny Robert Lewandowski, a swoje trzy grosze w formie pisemnego raportu szykuje też Adam Nawałka. Nie ma jednak co liczyć, że były już selekcjoner biało-czerwonych w swoim raporcie napisze coś mądrzejszego ponad to, co zdążył już powiedzieć w swoich kilku publicznych wypowiedziach po trzech meczach grupowych i tuż po powrocie do kraju. „Nie trafiłem z wyborem ludzi i taktyką. Winę biorę na siebie”.

 

Trenerom pomyłki nie uchodzą

W tych kilku słowach zdefiniował cały bezmiar swojej winy, nie łudźmy się jednak, że owym sławetnym raportem popełni harakiri. Jeśli jednak zamierza wrócić na trenerską ścieżkę, a jak wieść niesie zamierza jak najszybciej, musi tak wyczyścić swój wizerunek, żeby ponownie świecił blaskiem nieomylności i mamił wrażeniem perfekcyjnej fachowości.
Nie będzie to łatwe zadanie, bo ostrzem swoich ocen nie może swobodnie rysować po wizerunkach innych uczestników nieudanej rosyjskiej eskapady. Ale jak się dobrze postara, to swoimi błędami bez trudu obciąży innych.

Nawałka ewidentnie faworyzował w swoich wyborach Wojciecha Szczęsnego i trudno go za to winić, bo chociaż Łukasza Fabiański swoimi występami co rusz udowadniał, że nie jest gorszym bramkarzem, to jednak Szczęsny w ostatnich czterech latach był numerem 1 w Arsenalu Londyn, w AS Roma, a teraz gra w Juventusie Turyn. Natomiast Fabiański w tym czasie tkwił w prowincjonalnym Swansea City i chociaż dokonywał cudów w bramce, to na zgrupowanie przed mundialem w Rosji przyjechał jako gracz zespołu zdegradowanego do II ligi.

Te okoliczności trochę tłumaczą wybór Nawałki, ale efekt jego decyzji widzieliśmy – Szczęsny w spotkaniach z Senegalem i Kolumbią wypadł słabo, za to Fabiański w „meczu o honor” z Japonią trzykrotnie uratował zespół w beznadziejnych sytuacjach i zachował czyste konto, przez co zostawił wrażenie, że na mundialu był lepiej dysponowany. Trener na treningach powinien takie rzeczy dostrzec i zweryfikować swoje personalne wybory. Nie zrobił tego i nic go nie tłumaczy.

Obiektywnie rzecz biorąc, Jakub Błaszczykowski w ogóle nie powinien znaleźć się w kadrze na mistrzostwa świata. A skoro się już znalazł, bo jest „żywą legendą polskiej piłki”, to raczej nie powinien być graczem podstawowej jedenastki. Nawałka tymczasem wystawił go do gry w spotkaniu z Senegalem, odtwarzając w ten sposób tak świetnie spisujące się podczas Euro 2016 prawe skrzydło z Łukaszem Piszczkiem w roli prawego obrońcy. Niestety, Błaszczykowski nie nadrobił miesięcy straconych na leczenie urazu kręgosłupa i w starciu z rosłymi i szybko biegającymi rywalami po prostu nie nadążał, wystawiając swojego dawnego boiskowego partnera z Borussii Dortmund na z góry przegraną walkę z przeważającymi siłami przeciwnika. Będąca kiedyś motorem napędowym naszej reprezentacji dwójka tych znakomitych zawodników zawiodła i w przerwie Nawałka posadził Błaszczykowskiego na ławce. Po meczu z Kolumbią jego los podzielił też Piszczek.

Po wyborze Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera kadry w mediach zaroiło się od spekulacji, czy Błaszczykowski odzyska kapitańską opaskę. Tak się raczej na pewno nie stanie, bo czas Błaszczykowskiego w reprezentacji Polski się skończył i jeśli na coś ten piłkarz powinien jeszcze liczyć, to na piękne pożegnanie. Brzęczek jest jednak jego wujkiem, więc pewnie w Lidze Narodów „Błaszczu” szanse gry dostanie, żeby odejść w glorii rekordzisty w liczbie występów w reprezentacji Polski.

 

Litania pomyłek jest dłuższa

Największym grzechem Nawałki było jednak zlekceważenie podstawowego elementu w każdej grze zespołowej, jakim jest zgranie. W ostatnich 10 meczach pod jego wodzą nasza reprezentacja za każdym razem grała w innym składzie, czego oczywistym skutkiem były żenujące na poziomie mistrzostw świata błędy popełniane przez całe formacje i poszczególnych graczy. Pewne decyzje podjął jednak kuriozalne, choćby wystawiając Thiago Cionka na miejsce kontuzjowanego Kamila Glika, chociaż w próbie generalnej z Chile u boku Michała Pazdana obiecująco zagrał Jan Bednarek.

Zapłacił za to słoną cenę, bo Cionek nie zdzierżył zadaniu i popełnił błąd, który kosztował nasz zespół stratę bramki na 0:1. Nie zagrał później już ani minuty, za to Bednarek nie zawiódł, a w meczu z Japonią strzelił nawet zwycięskiego gola i jako jeden z nielicznych kadrowiczów wrócił z mundialu z tarczą. Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Karol Linetty nie wystąpił w Rosji nawet minuty, chociaż jest piłkarzem bez wątpienia lepszym od Jacka Góralskiego, Sławomira Peszki, Rafała Kurzawy, a nawet Kamila Grosickiego.

Nawałka z taktyką też sobie nie poradził, wybierał bowiem rozwiązania albo archaiczne, albo niedopracowane. Na dodatek rozbił kadrę wewnętrznie wyrażając zgodę na nieobecność Lewandowskiego i Piszczka na zgrupowaniu w Juracie. Reprezentacja Polski jest dobrowolnym stowarzyszenie równych sobie zawodników i faworyzowanie któregokolwiek z nich, nawet najwybitniejszego, prędzej czy później skończy się klęską, bo futbol jest grą zespołową. Mundial w Rosji pokazał to dobitnie. I taki wniosek powinien zakończyć raport Nawałki i stać się punktem wyjścia w pracy jego następcy.

 

Reprezentacja Polski: Koniec rankingowego oszustwa

Po klęsce na mundialu w Rosji pojawiły się głosy, że to koniec tłustych lat w polskim futbolu i teraz czeka nas okres posuchy. To możliwe, bo drużyna Adama Nawałki tak naprawdę nawet w szczytowym okresie nie była zespołem na poziomie czołowej „10” rankingu FIFA. Na mundialu w Rosji to rankingowe oszustwo zostało po prostu obnażone.

 

Po klęsce z Kolumbią z kadrowiczów Nawałki zeszło całkowicie powietrze, niech wybaczą to wyświechtane porównanie – jak z pękniętego balonika. Niestety, przy okazji wypłynęło na zewnątrz trochę skrywanych brudów, bo trzymani od lat w głębokim ukłonie przez propagandowy aparat PZPN dziennikarze głównych mediów musieli zmienić ton i dostosować swoje opinie do oczekiwań swoich odbiorców oraz przełożonych. Stąd ta lawina agresywnej krytyki, której nie byli w stanie powstrzymać ani skuteczny zazwyczaj w takich akcjach prezes PZPN Zbigniew Boniek, ani trener Nawałka, ani nawet Robert Lewandowski.

 

Może i pili, ale co z tego?

Ociekający dotąd lukrem wizerunek reprezentacji jako ekipy złożonej wyłącznie z oddanych swojej pracy stuprocentowych profesjonalistów też legł w gruzach po publikacjach prasowych wywlekających na światło dzienne opowieści o balangach na zgrupowaniach kadry. Kamil Glik nazwał te rewelacje „ohydnym kłamstwem”, ale Boniek mimowolnie jej potwierdził, próbując w swoim stylu zbagatelizować sprawę. „Piłkarze dostali wolne, wypili po trzy piwa, trochę pośpiewali, no i co takiego się złego stało?” – stwierdził. Gdyby nie 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią pewnie przyznano by mu rację i nikogo by te rewelacje nie obeszły, teraz jednak nawet rozsądne argumenty tylko podsycają ogień, zamiast go gasić. Zwycięzców nikt nie sądzi, pokonani nie mają racji. Na zgrupowaniach kadry alkohol był zawsze, o czym prezes Boniek jako były zawodnik i trener doskonale wie. Wiedzę o imprezowych wyskokach kadrowiczów mają też dziennikarze, którym opowiadają o nich na ucho agenci piłkarzy, zaprzyjaźnieni trenerzy albo czasem nawet sami uczestnicy balang.
To są oczywiście opowieści zawsze opatrzone klauzulą „nie do publikacji”, ale gdy takiemu dopuszczonemu do tajemnicy żurnaliście wejdzie się na odcisk, albo gdy jego szef tego zażąda, wtedy chcąc nie chcąc „puszczają farbę”. Z taką sytuacja mamy do czynienia właśnie teraz i niewykluczone, że po meczu z Japonią zapotrzebowanie na wywlekanie ukrywanych dotąd skrzętnie przez PZPN brudów znacznie wzrośnie. I to będzie dopiero prawdziwy koniec wielkiego oszustwa, którego efektem był fałszywy jak sie teraz okazało wizerunek reprezentacji Polski tworzonej przez ambitnych zawodników stale doskonalących swój piłkarski warsztat.

 

Na plecach Lewandowskiego

Chociaż od strony sportowej kadra Nawałki nie osiągnęła żadnego znaczącego sukcesu, bo trudno za taki uznać awans do ćwierćfinału Euro 2016, to dzięki sprytnemu wykorzystaniu niedoskonałości w naliczaniu punktów rankingowych reprezentacja za jego selekcjonerskiej kadencji poszybowała w rankingu FIFA z siódmej dziesiątki do pierwszej. Nie ulega dyskusji, że największe zasługi w tym niesamowitym awansie miał Robert Lewandowski, którego talent eksplodował akurat w tym czasie i którego gole zapewniły naszej drużynie najpierw awans do Euro 2016, a potem do finałów mistrzostw świata w Rosji.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przez ostatnie cztery lata z żelaznego składu kadrowiczów tak naprawdę tylko on piłkarsko szedł w górę, czerpiąc przy tym finansowe korzyści, o jakich inni nasi reprezentacyjni piłkarze mogli tylko pomarzyć i jakich chyba zaczęli mu szczerze zazdrościć. Na ten problem także uwagę opinii publicznej zwrócił Boniek, który w rozmowie z byłym już kadrowiczem, a obecnie próbującym sił w roli dziennikarza TVP Sebastianem Milą powiedział: „Kadra zmieniła się przez ostatnie cztery lata. To są fajni chłopacy, ale wcześniej inny był poziom adrenaliny i myślenia o samym sobie. Sukcesy zmieniły reprezentację. Kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, bo to była wartość dodana. Dzisiaj, muszę to powiedzieć ze smutkiem, niektórym to przeszkadza. Musimy to sobie jednak sami wyjaśnić w grupie”.

 

Uderz w stół, a nożyce…

Nazwisk sternik polskiego futbolu nie podał, ale jakoś tak wyszło, że dzień później, na konferencji prasowej przed meczem z Japonią, do jego zarzutów odniósł się nie kto inny, jak Jakub Błaszczykowski, którego relacje z Lewandowskim są od dawna nie najlepsze i z tego względu mógł stać się „pierwszym podejrzanym”. Błaszczykowski powiedział: „Wiem, że jak nie ma wyników, to wtedy się zaczynają różne problemy, zaczynają się ukazywać nieprawdziwe informacje. A my dzisiaj nie mamy za dużo argumentów, żeby na to odpowiadać. Jestem w kadrze długo i mogę powiedzieć, że w ostatnim czasie atmosfera w niej się nie zmieniła. Jedyne co się ostatnio zmieniło, to wyniki, bo kibice liczyli na nasze zwycięstwa. Nie osiągnęliśmy celów, przyjmujemy krytykę. Nie jest nam z tym łatwo, bo to także nasze marzenia zostały zaprzepaszczone. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że nie podołaliśmy zadaniu, ale każdy z nas też wie, ile poświęcił dla tych marzeń. Takie jest jednak życie. Mecz z Japonią jest bardzo ważny psychologicznie. Musimy w nim pokazać że jesteśmy drużyną, która się nie poddaje. W ostatnich czterech latach dostarczyliśmy kibicom wielu pozytywnych doznań. I ten mecz ma pokazać, że jesteśmy grupą facetów, którzy się nie poddają” – zapewniał Błaszczykowski, który mecz z Japonią zaczął jednak na ławce rezerwowych. Podobnie jak krytykujący wcześniej taktyczne pomysły Nawałki Maciej Rybus czy słabo spisujący się Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Glik i Łukasz Piszczek.

W bramce stanął Łukasz Fabiański, w obronie zagrali Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek i Artur Jędrzejczyk, w pomocy Grzegorz Krychowiak, Jacek Góralski, Kamil Grosicki, Piotr Zieliński i Rafał Kurzawa, a w ataku Robert Lewandowski. W takim ustawieniu nasza reprezentacja zagrała po raz pierwszy. Na żenujących w podejściu do meczu z Polakami Japończyków, którzy w rankingu FIFA są na 55. miejscu, nawet taki eksperymentalny skład okazał się wystarczający. Na 13. w zestawieniu Kolumbię i 33. Senegal biało-czerwoni okazali się za słabi, co oznacza, że ich realna siła plasuje ich dzisiaj w gronie zespołów na poziomie 35-40. miejsca w rankingu. Pod wodzą Nawałki wyżej już raczej nie podskoczą.