Głos lewicy

Pan w sklepie

Wpis prof. Magdaleny Środy na Facebooku wywołał poruszenie:
Powiało optymizmem. Pan w dzielnicowym sklepie, powiedział, że nic mi nie sprzeda jeśli nie obiecam, że będę głosowała na Trzaskowskiego. Obiecałam. Tłumaczył swój pryncypializm tym, że zaroiło się od „obcych” ludzi, co to przyjechali do Warszawy wspierać farbowanego lisa z Opola. „A jaki mają język?! Słyszy pani te k… latające w powietrzu? To „nowi Warszawiacy”. PiS ma wielkie pieniądze, a metody działania tej partii nie są ograniczone żadną etyką, żadnym dobrem wspólnym, żadną religią, to czysty nihilizm, stać ich więc na wszystko. Jeśli Warszawa się podda to koniec z tym miastem, tak jak koniec demokracji zbudował nam inny farbowany lis (choć to może raczej coś na kształt ryby), który udawał kandydata na prezydenta wszystkich Polaków, a został podnóżkiem podnóżków prezesa. Uwaga na oszustów! Warszawa to nowoczesne miasto, nie kruchta, nie pisoland, nie jakiewo… Dziś obowiązek głosowania jest absolutnie fundamentalny.

 

Polityczni celebryci niczego się nie uczą

Poruszył on między innymi także Łukasza Molla:
A tak wygląda liberalna rasistka z Warsiawy. Mój ruski szampan na drugą turę już się mrozi. Tak, wiem, że radość z cudzego wypadku to niski instynkt, ale skoro wieczór wyborczy na pewno nie będzie dla mnie szczęśliwy to niech chociaż będzie wesoły. Brakować mi będzie rozdziawionej paszczy wieszcza Wajdy i rozzłoszczonego na polactwo niczym sam Zbigniew Stonoga profesora Bartoszewskiego, ale póki są Środa, Żebrowski, Holland, Lis i Stuhr, będę się bawił wybornie obserwując jak te wszystkie najtęższe umysły, tak bardzo europejskie, otwarte i krytyczne wypuszczą z siebie jedynie skowyt, pogardę dla współobywateli i inne znacznie niższe instynkty niż moje cyniczne upajanie się ich klęską. A potem jak zwykle niczego się nie nauczą. Sam nie miałbym jednak w sobie tyle obrzydliwości, żeby przyłożyć rękę do triumfu Jakiego – tyle obrzydliwości, ile oni mają, żeby widząc to, co widzą, iść w zaparte, najbardziej elitarną ścieżką z możliwych i z paluszkami złożonymi w symbol victorii lansować kandydata jednej z dwóch sitw tak jakby szykowali się do obalenia okupanta z samym Piłsudskim pod rękę.

Głos lewicy

Szermierze prawości

– Jeśli prezes PiS nie chce, żeby wszystko więdło w partii, to powinno się pomóc pakować premierowi rzeczy w Radzie Ministrów – powiedział Jerzy Wenderlich w Radio TOK FM.
Zdaniem wiceprzewodniczącego SLD Marek Falenta, mówiąc, że ma sekstaśmy na polityków PO, rzuca partii rządzącej koło ratunkowe. W rozmowie z Janem Wróblem apelował, by poczekać na dalszy rozwój wypadków. Zaznaczył jednak, że „te różne ośmiorniczki, które zmiotły z grona rządzących Platformę Obywatelską, wyglądają, jak zwykła kromka chleba, przy tym, co mówił na taśmach pan Morawiecki”.
– Jak ci szermierze prawości i sprawiedliwości skakali na te taśmy z „ośmiorniczkami, z „teoretycznym państwem” – przypomniał polityk i podkreślił, że dzisiaj ci sami ludzie bagatelizują nagrania z udziałem Mateusza Morawieckiego. – Premier (na nagraniach – red.), mówi, że jeśli będą przebywać imigranci, to trzeba strzelać. Świadczy to o ułomności jego myślenia, dramacie osobowościowym. Nie brzmi mi to jak przenośnia, tylko stan umysłu – stwierdził gość TOK FM.

 

Taśmy Morawieckiego

Z punktu widzenia taśm Morawieckiego – afery rządowej, która w tej czy innej formie była tak przewidywalna jak to, że zima zaskoczy kiedyś drogowców – myślę sobie, że to straszna szkoda, że gdzieś tak jeszcze w schyłkowej fazie rządów PO, już po pierwszej aferze taśmowej, która uderzyła mocno w polityków tamtej partii, nie zawiązała się jakaś nowa populistyczna partia, idąca z przekazem „oni wszyscy muszą odejść”, „mamy dość kasty polityków, bankierów, hierarchów kościelnych, medialnych autorytetów”. Wiecie, partia taka w stylu hiszpańskiej Podemos – lewicowa, ale nieepatująca tradycyjną symboliką, która w Polsce jest niezrozumiała albo się źle kojarzy, tylko opracowująca nową, dostosowaną do aktualnych realiów.
Myślę sobie, że taka raczkująca partia mogłaby – przy tych dobrych wiatrach – powalczyć o wejście do Sejmu. No, może przesadzam, ale na pewno mogłaby przekroczyć 3 proc. i dostać subwencję z budżetu na kolejne 4 lata. I z PiS u władzy konsekwentnie iść z tym samym przekazem, co przy PO, czekać aż wybije szambo. Zamiast dać się sterroryzować do przyznania, że PiS jest gorszy od PO, zagrać makiawelicznie – mówić: „Poczekajcie, PiS na razie jest lepszy od PO, ale jeszcze zobaczycie! Dali 500+, przywrócili niższy wiek emerytalny, podnieśli płacę godzinową – ale poczekajcie! Tak, mówią, że rozprawią się z kastą sędziowską (jakie tam wolne sądy, bujda!), ale zobaczycie, wsadzą swoją. Jeszcze się przekonacie! O, zobaczcie, znów się chcą przypodobać biskupom z tą aborcją. Mówicie, że w innych kwestiach będzie inaczej? Dobra, możemy się założyć, że macie rację. Na razie są lepsi niż PO, jasna sprawa, ale poczekajcie. O, patrzcie na Misiewicza. Odosobniony przypadek, mówicie? Spoko, tak sobie to tłumaczcie. O, a taśmy Morawieckiego jak wytłumaczycie? Co, przyznajecie, że jednak PiS tak samo zły jak PO? Że to jedna banda? Tak? No to o co szedł ten zakład? Że jak wyjdzie na nasze, to głosujecie na nas? No to wszyscy RAZEM, na pełnej: PiS-PO-jedno zło!”.
Straszna szkoda, że taka sekwencja się nie wydarzyła. No, ale kto mógł przypuszczać, że tak będzie te trzy czy trzy i pół roku temu. I efekt pewnie będzie w końcu taki jak zawsze. Ta afera obali tych, przyjdą tamci – dotrwają do swojej własnej afery. W międzyczasie wrócą ci pierwsi, przefarbowani albo nie – aż znowu wybije szambo i dojdzie do zamiany miejsc. Społeczeństwo jest na to nieproduktywne wahadło skazane, a kasty traktują je jak huśtawkę, z której nie można spaść.
No, ale mądry lewak po szkodzie.

Tako rzecze Łukasz Moll.

Głos lewicy

Miłosierdzie warunkowe

Łukasz Moll zżyma się na Facebooku na księdza Stryczka twórcę – „Szlachetnej Paczki”:
To było do przewidzenia, że ten klecha kupczący warunkowym miłosierdziem – bo księdzem, duszpasterzem bym go nie nazwał – jest w obyciu prywatnym równie przemocowy, co ideologia polityczna (neoliberalizm), którą w swojej skrajnej formie gorliwie wyznaje. Najgorsze, co można teraz zrobić – a taki będzie niestety przekaz dominujący – to utrzymywać, że Stryczek robi fajną robotę, pomaga potrzebującym, tylko gdzieś się zagubił, miał moment słabości jak każdy człowiek. I że jeśli zmieni podejście do pracowników, coś tam sobie przemyśli, przeprosi, to wszystko będzie git.
Nie, nie będzie git. Cały model charytatywny, jaki uprawia Stryczek opiera się na pogardzie do osób ubogich, wykluczonych, uzależnionych i na promowaniu stosunków społecznych opartych na bezwzględnej rywalizacji, na rozkładzie wspólnoty i promowaniu skrajnego indywidualizmu, na likwidacji socjalnych funkcji państwa, na pozbawianiu pracowników ich praw, na bezdusznym dyscyplinowaniu odbiorców pomocy. Model ten jest całkowicie zgodny z mobbingowymi skłonnościami Stryczka, za to całkowicie sprzeczny z chrześcijańską caritas. Facet ewidentnie minął się z powołaniem. Ze swoimi poglądami i ciągotami nie powinien zostać katolickim księdzem, tylko finansistą. Mógłby testować swoje zapatrywania na ludziach bez wyrzutów sumienia.
Teraz nic tylko trzymać kciuki, żeby kariera Stryczka dobiegła końca, a wolontariuszom nie były wbijane do głów przekonania stygmatyzujące ubogich. Ci, którzy martwią się o przyszłość beneficjentów „Szlachetnej paczki” mogą być spokojni: charytatywa we współpracy z biznesem sama staje się teraz świetnym biznesem. Można wrzucić ją sobie w koszta, a przy okazji zadbać o PR. Jak uczy Stryczek: gdzie jest popyt, tam znajdzie się i podaż, rynek wszystko wyreguluje, nisza się szybko zapełni, sławę będzie spijał kto inny. Jak dobrze, że bezwzględna gra rynkowej opinii potrafi czasem w sekundzie posłać na stryczek.

 

Lokatorzy ogłaszają

Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów rusza do walki z chorymi domami i chorą polityką mieszkaniową. Zespół lekarzy, mykologów i mikrobiologów zbada stan zdrowia mieszkańców i stan chorych domów komunalnych bez C.O. Najlepsi lokalni specjaliści zdecydowali się wesprzeć kampanię WSL, zaalarmowani dramatycznym położeniem lokatorów w wyniku zaniedbań i sprzeczności polityki mieszkaniowej. Wraz z nimi, WSL przed zimą uruchamia darmowy punkt porad medycznych. Za to już w tę sobotę na pierwszy obchód po mieszkaniach komunalnych pozbawionych C.O. udaje się sam prezes Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce, dr Michał Sutkowski. Lokatorów wielu chorych domów poznaliśmy podczas kampanii WSL przeciw skutkom wysokich kosztów ogrzewania. Kampania ruszyła zimą tego roku, a na jeden z jej filarów przed najbliższym sezonem zimowym wyrasta walka z chorobami wywołanymi zamieszkiwaniem w zimnych, wilgotnych, zagrzybiałych lokalach. Podczas wizji terenowych w praskich budynkach miasta bez C.O. organizatorzy WSL zanotowali istotnie gorszy stan zdrowia lokatorów tych domów. W naszej opinii wyniszczone zdrowie owych mieszkańców – astmy, grzybice płuc, przewlekłe zapalenia nerek i pęcherza, a nawet gruźlica – wynika ze sprzeczności polityki mieszkaniowej ratusza, w ramach której najbiedniejsi mają płacić najwięcej aby przetrwać. W domach bez C.O. ogrzewają się najczęściej prądem, którego koszty wielokrotnie przekraczają czynsze. Aby otrzymać lokal z miasta należy wg kryteriów być osobą ubogą – aby utrzymać się w nim, trzeba być bogatym. Cudów nie ma. Całe rodziny oszczędzają zimą na zdrowiu, a i tak długi za prąd rosną. Lokalny zespół ds. walki z chorobami ‚zawodowymi’ lokatorów bez C.O. to kontynuacja zacieśniania więzi ze środowiskiem naukowym w ramach naszej kampanii. Wcześniej, latem br. zaprzyjaźnieni naukowcy z 14 krajów przybyli na wizyty terenowe po kamienicach biorących udział w kampanii. Efektem tych wizyt jest list otwarty do władz „Warszawa: chore domy, chora polityka mieszkaniowa” 5.09.2018. Naukowcy zaapelowali w liście: „Władze Warszawy muszą uznać, że mają do czynienia z wielkim kryzysem społecznym i wdrożyć odważne środki zaradcze”. Do czasu podłączenia wszystkich do C.O. postulują wraz z WSL całkowite oddłużenie i zniesienie czynszów w lokalach prądowych. Adresatem apelu jest też rząd, który powinien dążyć do obniżania cen prądu i urealnić wysokość dodatku energetycznego (dziś wynosi średnio… 15 zł na miesiąc, tj. promil drastycznych kosztów energii zimą).

Głos Lewicy

O emeryturach

Pragnę pogratulować sprawozdawcy samego tematu, czyli „Wzmocnienia publicznego systemu ubezpieczeń społecznych”. Padały tutaj sformułowania, że ten tytuł jest ideologiczny – otóż nie, tytuł nie jest ideologiczny, on jest po prostu społeczny. I tu nie chodzi o państwo opiekuńcze, które ma różne konotacje, tu chodzi o państwo odpowiedzialne.
Chodzi przecież o godne życie. Elementem ostatniej fazy godnego życia to jest przyzwoita emerytura, tzn. zagwarantowana i w kwocie, która pozwoli przeżyć. Obywatele oszczędzają na ten cel w różny sposób, prawdą jest, że i przymuszony. Padały tu sformułowania, iż publiczna część jest nieważna. Pochodzę z państwa, w którym liberałowie chadeccy wprowadzali system prywatnych ubezpieczeń, a kilkanaście lat później po prostu włączyli je z powrotem do budżetu państwa. Podstawą powinien być przyzwoity publiczny system emerytalny.
Zwracam się do Pana Komisarza, jestem zwolennikiem „social pillar”, który Komisja ogłosiła, sięgnijcie do tego. Róbmy to co tam jest zapisane – powiedział europoseł SLD, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki.

 

Rehabilitacja?

Obóz „dobrej restauracji”(Sowa i przyjaciele) ma nowe wytłumaczenie, skąd się wziął jego nagły zjazd. Sprzyjające mu media ochoczo je podchwyciły: Duda wygrał z faworyzowanym Komorowskim, bo pomogły mu boty internetowe. Gdyby nie one, w mocy pozostawałoby proroctwo Adama Michnika: Komorowski przegra z Dudą tylko jeśli przejedzie po pijaku zakonnicę na pasach.

Nie przyszło naszym mądrym głowom do ich zakutych łbów, że przegrali, bo sami wystawili bota z funkcjami z lat 90., który nie radził sobie w najprostszych sytuacjach kampanijnych: w konfrontacjach z ustawianymi przez PiS leszczami włączył mu się tryb Balcerowicz ‚93 („zmień pracę, weź kredyt”), w rozmowie z kobietą z niepełnosprawnością na oczach całej Polski suflerka wgrywała mu dodatek „empatia”, a zagłuszany przez niechętną mu młodzież na komendę „szogun!” reagował z wyczuciem czasów godnym ostatniego samuraja. Co więcej, od wyborów prezydenckich w boty zamieniła się cała opozycja, która w każdej sytuacji wyciąga restauracyjne slogany „konsytucja!”, „wolne sądy!”, „Donek, musisz!”, „ciemnogród i mohery!”. Upieranie się, że druga strona nie tylko wygrała te czy tamte wybory, ale zupełnie zmieniła warunki debaty publicznej dzięki botom to reakcja godna niereformowalnego bota, który był, jest i już chyba zawsze będzie głupi – napisał na swoim profilu na Fb. lewicowy publicysta Łukasz Moll.

 

Ofiary kapitalizmu

Tak naprawdę to nie ma czegoś takiego jak „ofiary transformacji”. To pojęcie zakłada, że sama „transformacja” była nieudolnie przeprowadzona, ale sam kapitalizm jest świetny i dla każdego znajdzie się w nim miłe miejsce… To taka wiara w kapitalistyczny cud i spiskową historię dziejów w której ktoś pozbawił nas tego Królestwa Niebieskiego.

Otóż nie. Nie dla każdego znajdzie się miejsce w kapitalizmie.

Także nie mówmy o ofiarach transformacji.

Mówmy o ofiarach kapitalizmu.

Dziedziczenie wykluczenia, biedy, gorsze płace ze względu na położenie geograficzne, wyzysk młodych pracowników i przymuszanie starych do łapania dodatkowych etatów i godzin, niższe płace dla kobiet, ciągła niepewność, brak mieszkań, stały niedostatek, upokarzające warunki życia osób niepełnosprawnych, które stają się przywiązane do rodziny…

To wszystko jest właśnie ten domyślny i typowy kapitalizm.

Nigdy nie znajdowaliśmy się na drodze do raju, znajdowaliśmy się na drodze transformacji do grabieżczego, łupieżczego systemu zbydlęcenia i agresywnej konkurencji, który nie zostawia jeńców i nie ogląda się na słabszych. I ta transformacja w pełni się udała. Jej neoliberalni autorzy dobrze o to zadbali, a teraz próbują udawać zdziwionych – również na Fb napisał Tymoteusz Kochan.

Głos lewicy

Klasowa demokracja

Zachodni socjaldemokraci są jednak śmieszni. Słynny ekonomista Paul Krugman ostrzega na łamach „New York Timesa”, że Ameryka Trumpa idzie ścieżką Węgier Orbana i Polski Kaczyńskiego – i niedługo będzie krajem niedemokratycznym.
Dla mnie od zawsze było dokładnie odwrotnie – to Polska ciągle naśladowała USA w budowaniu państwa oligarchicznego. Przypomnijmy, że USA to kraj, w którym politykę zawłaszczyły dwie partie podporządkowane milionerom, w którym miliony pozbawione są opieki zdrowotnej, w którym społeczeństwo składa się na ratunek finansjery, w którym dopuszczono do tego, że liczba pustych domów przewyższa liczbę bezdomnych, w którym prawie 1% populacji siedzi w więzieniu, a 13% żyje w ubóstwie. Kraj, który nie potrafi przeprowadzić sprawnych wyborów prezydenckich, który stosuje tortury w nielegalnych ośrodkach prowadzonych przez służby socjalne, który ufundowany został na ochronie białej, męskiej uprzywilejowanej mniejszości przed wykluczoną z bogactwa i uczestnictwa większością i do dziś nie potrafi zerwać z tym dziedzictwem w stronę demokracji. Tak więc równia pochyła, o której pisze Krugman – „o rety, rety USA zaraz będzie jak Polska” – dla mnie obowiązywała zawsze w drugą stronę. Gdy kazano nam pracować na emerytury do śmierci, pozbawiano 1/3 społeczeństwa dostępu do płacy minimalnej, urlopu czy chorobowego, rozdawano korporacjom łupkowym koncesje na wiercenia na polskiej wsi, komercjalizowano szpitale i szykanowano związki zawodowe – myślałem sobie „zaraz będzie jak w USA” (wystarczyło sięgnąć po „Europejskie marzenie” Rifkina, żeby przekonać się, że Polsce bliżej do „american nightmare”). No i jest jak w USA! Ta sama anty-oligarchiczna reakcja, która w Stanach wyniosła do władzy oligarchę Trumpa, w Polsce przyniosła zwycięstwo PiS, które prowadzi oligarchiczną politykę. Sądzę, że siła obu formacji zasadza się m.in. na tym, że w odróżnieniu od swoich konkurentów nie ukrywają swoich zamiarów pod demokratycznym frazesem.
Wyjście z tego jest jedne. Wzorem Berniego Sandersa musimy wypowiedzieć wojnę oligarchiom i napełnić pojęcie demokracji klasową treścią – diagnozuje na Facebooku publicysta Łukasz Moll.

Głos lewicy

Uspołecznić państwo!

Piotr Ikonowicz marzy na Facebooku:
Marzy nam się silne państwo, które nas obroni przed ekscesami pracodawców, korporacji, banków, deweloperów. Tymczasem jaką mamy gwarancje, że ta zwiększona siła państwa nie obróci się przeciw nam. W końcu jak dotąd państwo było głównie „komitetem wykonawczym” interesów bogatych i możnych.
Dopiero gdy pracująca większość, pracownicy, dłużnicy, lokatorzy, konsumenci, obywatele przejmą państwo i je uspołecznią, będzie ono stawać po stronie słabszego przeciw silniejszemu.

 

Na kogo głosować

Łukasz Moll podpowiada: W wyborach samorządowych kibicuję kandydatom, którzy obtarli już mleko spod nosa i gotowi są zwalczać lokalne oligarchie i mafie „samorządowo”-biznesowe z całą bezwzględnością, bo rozumieją, że bez powstrzymania potężnej władzy pieniądza, koneksji i rozpoznawalności, wszystkie te obietnice dotyczące rzeczy słusznych i ważnych – słodziutkich elektrycznych autobusików, kilometrów ścieżek rowerowych, tęczowych pomników, przyjaznej partycypacji i niezliczonej ilości drzew i krzewów – to tylko nowoczesna polityka kultu cargo, która nie generuje emocji, nie zbiera krzywd i – co najważniejsze – nie dotyka istoty problemu, jaki mamy z polskimi „samorządami”. Parę takich nazwisk mam już na radarze. Liczę, że do jesieni zrobi się ich więcej.

 

Najbogatsi planują ucieczkę

„Biorąc przykład z Elona Muska przymierzającego się do kolonizacji Marsa, Petera Thiela główkującego nad odwróceniem procesów starzenia, Sama Altmana i Ray’a Kurzweila usiłujących przesłać swoje umysły do superkomputerów, inwestorzy przygotowywali się na nadejście cyfrowej przyszłości, która nie miała uczynić świata lepszym, lecz pomóc w przekroczeniu granic kondycji ludzkiej i odizolowaniu się od zagrożenia ze strony zmiany klimatu, wzrostu poziomu mórz, masowych migracji, globalnych pandemii, paniki tubylców i wyczerpania zasobów. W ich pojęciu przyszłość technologii dotyczyła tak naprawdę tylko jednego: ucieczki. Ci miliarderzy są domniemanymi zwycięzcami gospodarki cyfrowej – tego samego bezwzględnego krajobrazu biznesowego, który rodzi i kultywuje podobne spekulacje” – to fragment artykułu Douglasa Russhkoffa, socjologa. Udowadnia, czemu najbogatsi unikną katastrofy klimatycznej.

Głos lewicy

Dlaczego lepperyzm? Lewicowe rozważania

Publicysta Łukasz Moll dyskutuje na Facebooku z lewicowcami o nowym wydaniu lepperyzmu i ogłasza, że jak dorośnie, chce być jak legendarny szef Samoobrony:
Wszystkie argumenty „dlaczego nie lepperyzm” zupełnie nie trafiają w sedno. To, że Lepper nie deklarował się jako lewicowiec przez cały czas, że jego przekonania i polityka rządu, w którym był wicepremierem i ministrem rolnictwa nie była lewicowa, że jego partia nie miała słusznie klasowego składu, że dochodziło w niej do przemocy seksualnej i skandali korupcyjnych, od których wolny nie był sam Lepper – wszystko to doskonale wiemy i właśnie dlatego trafiacie kulą w płot. Nie po to nam Lepper, żeby bronić jakiejś bliżej niezidentyfikowanej populistycznej polityki ni to z lewa, ni to z prawa, żeby w imię estetycznej ludowości bronić ultrakonserwatywnego i neoliberalnego rządu z lat 2005-2007, żeby bagatelizować feminizm i uczciwość w polityce.
Mniej interesuje nas Lepper jako człowiek z krwi i kości, z jego atutami i wadami. Nie mamy zamiaru się za niego przebierać. Nie chcemy być lepperystami od linijki, podobnie jak nie chcemy być lewicowcami od linijki – w Lepperze, a właściwie w jego geście inspiruje nas właśnie zdolność do porzucenia wszelkich linijek, wszelkich katechizmów, nakładanych czy to przez sekciarskie ideologie, czy to przez medialny kaganiec „okna Overtona”.
Zboże na torach – tylko to (albo aż tyle) moglibyśmy zachować z Leppera i dalej dumnie określalibyśmy się lepperystami. I dodajmy w tym miejscu, zanim znowu niczego nie zrozumiecie: mówiąc „zboże”, nie mamy na myśli tylko pszenicy, żyta, jęczmienia, owsa, prosa, ani nawet ryżu czy kukurydzy (chociaż też). Zbożem nazywamy rzeczywisty stan, który znosi ruch obecny. Każdą formę prowadzenia polityki opartej na uczestnictwie w walkach społecznych, bez oglądania się na to jak walki te postrzegane są przez policję polityczną – bez względu na to, czy ulokowana jest na dworach partii politycznych, w redakcjach „sojuszniczych” mediów, czy w kpiąco-podejrzliwym spojrzeniu bezpośredniego otoczenia.
Jesteśmy lepperystami, ponieważ wierzymy, że inna polityka jest możliwa: polityka unieważniająca istniejące podziały, ignorująca narzucane reguły gry, abstrahująca od wyjściowych tożsamości. Polityka, w której na lewicy się nie jest, ale w której prowadzi się walkę. Tak rozumiany lepperyzm nie musi – a wręcz nie powinien – wchodzić w koleiny Samoobrony w tej czy innej problematycznej kwestii. Tak rozumiany lepperyzm może stać się – a wręcz powinien – sojusznikiem w wielu kwestiach, w których sam Lepper zajmował stanowisko przeciwne lub nie dość konsekwentne.
Polityka, którą popierają lepperyści wykluć może się tylko nad rozsypanym zbożem albo nad rozlanym mlekiem. Poprowadzić ją mogą niekoniecznie adepci tej czy innej ideologii, z bardziej lub mniej medialną twarzą, znający „reguły robienia polityki” (co za zniewaga dla polityki!). Lepperyzm jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej – jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, które w ucisku przystraja się w szaty nieoczywiste i zwykle źle dobrane, ale które nie potrzebuje przy tym krawców, lecz towarzyszy i towarzyszek.
Dlaczego więc, skoro tak niewiele zostaje w lepperyzmie z Leppera i Samoobrony, zdecydowaliśmy się obwołać uczniami tego wielkiego trybuna, dlaczego pozwalamy sobie tu i ówdzie kokietować z jego stylem, cytatami, wizerunkiem? Z braku lepszego słowa. A lepszość słowa „Lepper” bierze się z temperatury, która skacze w Was ilekroć je słyszycie, w tych odruchach zgorszenia, śmiechu, politowania, które w Was wzbudza, a my razem z nim. Lepper mógłby być papierkiem lakmusowym Waszej „konserwatywnej postępowości”: gotowości robienia polityki tylko według zaleceń tego czy innego podręcznika, strachu przed spotkaniem z kimś, kto „nie jest taki jak my”, furii, z jaką reagujecie na wszelkie odstępstwa od Waszej tak nienormatywnej podobno normy. Ale nie będziemy Wam – i nigdy nie powinniśmy tego robić – podsuwać Wam Leppera, bo to mezalians byłby dla towarzysza przewodniczącego.

Głos lewicy

Przywrócimy ład

– Przyjdzie czas, przyjdzie nowa władza i wsadzi połowę obecnie rządzących do więzienia, a tych których nie można będzie wsadzić do więzienia, postawi przed Trybunałem Stanu, co skończy się tym, że nigdy w życiu do polityki nie wrócą – powiedział przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty komentując obecną sytuację w Sądzie Najwyższym. – Obecna władza wielokrotnie złamała prawo, SLD wróci do sejmu i przywróci ład konstytucyjny – dodał Czarzasty.
– PiS nie będzie wieczny w Polsce. Trzeba im to mówić, trzeba mówić to ich rodzinom, żeby ich żony i mężowie mówili „przestań się wygłupiać, przestań łamać prawo – podsumował szef Sojuszu.
– W niedzielę podpisaliśmy w Poznaniu historyczne porozumienie z partią Razem, Inicjatywą Polską i Zielonymi. Będę robił wszystko, by zjednoczyć lewicę – podkreślił w programie „Graffiti” Włodzimierz Czarzasty.

 

Upili się władzą

– Formacja rządząca PiS i cała Zjednoczona Prawica), która jest upojona tym wynikiem i uważa, wykorzystując zręcznie dobrą koniunkturę gospodarczą oraz wsparcie Kościoła, że wszystko można naruszając konstytucję w drodze zwykłych ustaw – ocenił Tadeusz Iwiński w rozmowie z Natemat.pl.
– Podobnie prezydent Duda(od którego odciął się własny promotor z UJ) to czynił i czyni, podpisując wspomniane ustawy. Nie „przykryje” tego żadne referendum konsultacyjne (ten termin nie istnieje zresztą w naszym prawie) – stwierdził polityk SLD. – A zupełnym paradoksem jest to, iż głowa państwa łamiąca ustawę zasadniczą prze do jej zmiany zupełnie po omacku – podsumował Iwiński.

 

Gwałt zbiorowy

– Prawo i Sprawiedliwość gwałci Konstytucję. Robicie to zbiorowo, bo robi to rząd, parlament i prezydent – podkreślił Andrzej Rozenek w programie „Ława Polityków” na antenie TVN24. – Z ludźmi, którzy łamią Konstytucję nie powinno być żadnej rozmowy, bo nie ma o czym – dodał.
– Działania rządzących spowodowały, iż społeczeństwo walczy ze sobą. Niszczycie dobre obyczaje, spowodowaliście, że naród jest podzielony – powiedział polityk SLD.

 

Gdzie jest alternatywa?

Widzę, że wczorajszy poziom warszawskiego kombatanctwa wynikającego z życia w alternatywnej, bańkowej rzeczywistości sięgnął już „ludu smoleńskiego”. Jak szybko odwróciły się role: te okrzyki o zdradzie, te groźby więzienia dla rządzących, te zawołania do zewnętrznych arbitrów, te bajania o obaleniu rządu.
A może lepiej byłoby po prostu poczekać jeszcze rok na wybory i je wygrać? Ale no tak, łatwiej przyznawać sobie ekskluzywne moralne prawo do tego jak mają iść sprawy w kraju. Bez względu na obecne nastroje społeczne, wyniki sondaży, rozmiary protestów. I zamiast poparcia społecznego wznosić te męczące odwołania do autorytetów, które straciły moc i do świętych zasad, których strona aktualnie zwycięska nie uznaje i już nie uzna.
Ja tam stoję nadal na stanowisku, że nic wielkiego się nie dzieje. Wyborcy sami ocenią, czy aprobują obecne zmiany i łamanie Konstytucji w PiS-owskim wydaniu. I – co najważniejsze – czy jest jakaś opozycyjna oferta polityczna, która nie sprowadza się do „my będziemy działać w ramach Konstytucji i słuchać się Brukseli”, bo taka opowieść w aktualnym klimacie politycznym jest bez szans. I dobrze, że jest, bo to jest opowieść urzędnicza, a nie polityczna. Obawiam się jednak, że rozbuchane kombatanctwo uniemożliwi, żeby jakakolwiek alternatywa na serio tutaj wybrzmiała – napisał na swoim profilu na Facebooku Łukasz Moll.

Śmieszne żarciki z narodzin dyktatury

Mężczyźni w mundurach pobili Dawida Winiarskiego. Wykręcili mu ręce, podduszali, rzucali na ściany i po podłodze.

 

Tak żeby go bolało. Tak żeby bał się o życie. Ich było kilku, on był jeden. Bawiła ich bezdyskusyjna przewaga i bezradność ofiary. Kiedy uznali, że sadystyczny seans dobiegł końca, Dawid musiał został przewieziony do szpitala. Zdjęcie młodego chłopaka leżącego w kołnierzu ortopedycznym stało się symbolem brutalnych i całkowicie nieuzasadnionych represji stosowanych przez aparat państwowy wobec uczestników protestów przeciwko likwidacji polskiej demokracji. Trudno ich nazywać „policjantami”. To są zwykłe bandziory, a do tego zdrajcy. Typy w mundurach zdradzili podwójnie – społeczeństwo, któremu przysięgali służyć oraz konstytucje, której przyrzekali bronić. Wczoraj bili ludzi, którzy występowali w imię tej konstytucji. Bo taki dostali rozkaz – bić mocno. Pobity Dawid, dwa dni wcześniej poszarpana, zakuta w kajdany Klementyna Suchanow. Dziesiątki innych – poturbowanych, z siniakami, guzami i obtarciami. PiS stosuje oręż intensyfikacji lęku. Władza celowo (nad)używa przemocy, tak aby zasiać strach w umysłach tych, którzy mogliby przyjść protestować kolejnego dnia. Wykręcanie ramion, zakładanie dźwigni, zadawanie bólu – to wszystko miało zostać zarejestrowane i opisane.
Jeszcze rok temu protesty w obronie niezależności sądownictwa ściągnęły na ulice setki tysięcy obywateli. Oburzonych i zdeterminowanych. Dotarło do nich, że PiS posunął się za daleko, a celem reformy wymiaru sprawiedliwości jest podporządkowanie go władzy politycznej. Pewnie większość z tych protestujących nie miała dobrych doświadczeń z sądami. Bo te w III RP faktycznie żałośnie rzadko stawały po stronie zwykłych ludzi. Ale zastąpienie dysfunkcyjnego systemu takim, w którym za wszystkie sznurki pociąga Ziobro było wizją wystarczająco sugestywną i przerażającą. Dlaczego więc obecnie, kiedy PiS dopina swego – przejmują kontrolę nad sądami, pod Sejmem protestuje jedynie garstka dzielnych ludzi? Odpowiedź jest prosta – obywatele są zmęczeni. Kaczyński ich wyczekał. Protestowali wiele miesięcy, a jedyna świadomość jaka się w tym czasie wykluła, to świadomość tego, że PiS i tak zrobi co będzie chciał. Bezradność, poczucie braku sensu i celu uczestnictwa w ulicznych wystąpieniach. Apatia i rezygnacja aktywnej i świadomej części społeczeństwa – to największy sukces Prawa i Sprawiedliwości.
Partia Kaczyńskiego wkracza w decydującą fazę budowania w Polsce dyktatury w stylu tureckim. Sądy ma już w kieszeni, w tym Sąd Najwyższy, który przyklepuje wynik wyborów. Trybunał Konstytucyjny padł już ponad dwa lata temu. Prokuratura, media publiczne, korzystna ordynacja – wszystko załatwione na cacy. Wkrótce przekonamy się, że w tym kraju nie ma już miejsca na wolne związki zawodowe i protesty pracownicze. Zresztą – sprawa brutalnych represji wobec przewodniczącej związku stewardess i pilotów w LOT już nam to unaoczniła. Lewica przepadnie w wyborach do europarlamentu, bo zmiana zasad przeliczania głosów na mandaty podwyższyła próg wyborczy do ok 15 proc., a więc granicy o przekroczeniu której możemy sobie pomarzyć. Nieciekawy i przygnębiający to pejzaż.
Są jednak tacy, co bawią się świetnie. Łukasz Moll drze łacha z Klementyny Suchanow, tej, którą przedwczoraj po raz piąty za czasów „dobrej zmiany” skończyła skuta kajdankami i poturbowana. Moll nazywa uczestniczkę protestów „jaśnie panią artystką” i zarzuca jej brak aktywności, kiedy neoliberałowie gnoili lud pracujący. „Zachowuje się jak mieszczka, która w 2018 roku, dowiedziała się, że „odbierają nam wolność”. Gdzie była gdy pałowano górników? Ignorowano pielęgniarki? Szykanowano nauczycieli? Terroryzowano rolników w gminach łupkowych? Pacyfikowano KDT? Zamykano huty i stocznie? Nie wpuszczano związkowców do Sejmu? Oszukiwano emerytów ws. OFE pod palmami? Prywatyzowano mieszkania zakładowe?” – stwierdza Moll. Wtóruje mu niejaki Remigiusz Okraska. „W kraju biedy z nędzą, problemów z pracą, śmieciówek, milionowej emigracji zarobkowej, trzydziestoletnich kredytów na byle klitkę, zapaści całych mieścin i regionów w Polsce B, pani artystka bohatersko broni „demokracji” i sądzi, że jest taka arcyodważna” – pisze naczelny Nowego Obywatela. W dalszej części tych żenujących podrygów wychodzi na jaw, że obaj stratedzy walki klasowej nie mają zielonego pojecia kim jest osoba, która stanowi dla nich ucieleśnienie odrealnionej warszawski. Nie wiedzą, że w 2012 roku jako redaktorka „Przekroju”, którego naczelnym był Roman Kurkiewicz, mieszała z błotem wszystkie dogmaty neolibu i występowała w obronie pokrzywdzonych przez kapitalizm. W tym samym okresie Okraska kończył swój flircik z naziolami, a Moll pisywał dla „Zielonych Wiadomości”. Moll z Okraską nie widzą powodu by protestować. Przerzucają się żarcikami o styropianie i dyktaturze. Lud siedzi w domach, więc oni razem z nim gnuśnieją i głupieją solidarnie. A Kaczyński realizuje swoje marzenie o polskim autorytaryzmie.

Głos lewicy

Protest humanistów

Publicysta Łukasz Moll podzielił się na Facebooku refleksją o tym, dlaczego na protestach uczelni wyższych przeciwko reformie Gowina widać głównie humanistów:
„Bo uprawiacie eseistykę, a nie naukę i nie ma z Was pożytku” – mówią ścisłowcy. „Bo w przeciwieństwie do Was bronimy klasycznych ideałów prawdy, dobra i piękna, a poza tym cenimy sobie wspólnotę” – odpowiadają im humaniści.
Nietrudno dostrzec, że obie odpowiedzi są dwiema stronami tej samej monety. To, co wśród ścisłowców uchodzi za występek, który należy zwalczać, u humanistów ma status cnoty, którą trzeba upowszechniać.
Obie odpowiedzi opierają się na pewnym wyobrażeniu humanistyki, które jest szkodliwe dla humanistów nawet wtedy, gdy jest przywoływane przez nich samych. Jest ono szkodliwe, ponieważ uniemożliwia dostrzeżenie dość przyziemnego – choć wypieranego – faktu: humaniści też grają na różnych rynkach o stawki w postaci kapitałów i możliwości wymiany jednego kapitału na inny.
Wpadła mi wczoraj w ręce analiza francuskiego Maja 68 zamieszczona przez Pierre’a Bourdieu w książce „Homo academicus”. Przykładanie kalek z 68 do obecnego protestu w Polsce nie ma oczywiście sensu. Nie gotowych diagnoz aktualności powinniśmy szukać np. u Bourdieu, ale metody, która pozwoli nam zrozumieć morfologię naszych protestów i wyprowadzić z niej różne trajektorie ich dalszego przebiegu.
Otóż Bourdieu dostrzega w swojej analizie, że to młodzi są siłą napędową Maja 68 i wiąże ten fakt ze zjawiskiem dewaluacji dyplomu. Krótko mówiąc: kapitał, na zdobycie którego liczyli, wybierając takie a nie inne studia w międzyczasie stracił mocno na wartości i nie otwiera już takich możliwości jak kiedyś.
Na tym jednak nie koniec. W obrębie młodych asystentów, doktorantów, absolwentów, studentów socjolog wyróżnia dwie najbardziej rewolucyjne frakcje, które doświadczają mocnej dewaluacji, ale na odrębne sposoby.
Pierwsza frakcja to młodzi z kręgów uprzywilejowanych, którym kapitał edukacyjny miał umożliwić reprodukcję pozycji rodziców. To potomkowie lekarzy czy prawników, którzy chcieli zostać profesorami, dyrektorami czy profesorami, a zostali np. dziennikarzami czy artystami, w czym widzieli raczej tymczasową strategię przystosowawczą. Często wybierają oni humanistykę, ponieważ pozwala im ona nabrać niedookreśloną tożsamość utrzymywaną przez lata w zawieszeniu. Oddala ona – realnie lub wyobrażeniowo – konfrontację ze skutkami dewaluacji dyplomu. Próbują oni zostać pisarzami, wolnymi strzelcami, ekspertami, freelancerami.
Położenie społeczne pierwszej frakcji i tak jawi się jako bardzo dogodne w drugiej frakcji, którą tworzą dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych. Bourdieu nazywa ich „cudownymi dziećmi”, ponieważ udało im się – przynajmniej na papierze – zgromadzić kapitał edukacyjny nieosiągalny dla swoich rodziców, który daje im pewne możliwości awansu. Są one poniżej oczekiwań, ale zostanie przez syna górnika i sprzedawczyni nauczycielem albo przez córkę chłopów sekretarką w korporacji i tak jest awansem. Wybierają oni humanistykę, ponieważ obowiązuje ją niewielki próg wejścia – dyplom wydaje się łatwy do uzyskania, a ogólne umiejętności dają spore pole manewru.
Koalicja tych grup – zawsze chwiejna i niepewna, oparta na wzajemnych resentymentach – staje się możliwa, gdy zapychają się coraz bardziej kanały umożliwiające wymianę kapitału edukacyjnego na inne. Uprzywilejowani z racji swojego pochodzenia mają odłożony jakiś kapitał ekonomiczny, który łagodzi skutki dewaluacji dyplomu, ale nie jest on w stanie zaradzić poczuciu dojmującego niedoboru kapitału symbolicznego, który odgrywa tak ważną rolę w kręgach, do których aspirują. Z kolei nieuprzywilejowani muszą dotkliwiej konfrontować się ze skąpością kapitału ekonomicznego, ale za to zdobyty kapitał kulturowy – choć odrzucony przez system – przynosi im ciągle znaczne uznanie w otoczeniu, z którego się wywodzą. Dla obu grup udział w proteście oznacza przyznanie się do porażki, choć z innych względów: uprzywilejowani musieliby zedrzeć ze swojego wizerunku lukrowaną powłokę i wyoutować się przed otoczeniem ze swojej degradacji, zaś nieuprzywilejowani musieliby mieć odwagę zakwestionować opowieść o swoim względnym sukcesie. Dlatego udział ten jest trudny.
Ale za to, gdy obie grupy włączają się w protest, to wnoszą one pierwiastek rewolucyjny. Bowiem w przeciwieństwie do innych uczestników ruchu, którzy chcieliby umiarkowanych reform albo kosmetycznych zmian, dzięki którym wszystko musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu, frakcja rewolucyjna musi przeforsować nowe zasady reprodukcji kapitału, żeby bronić się przed dewaluacją.