Czeczeńcy chcą polskich piłkarzy

Achmat Grozny, ósmy zespół rosyjskiej ekstraklasy, złożył oferty transferów Przemysława Frankowskiego z Jagiellonii i Damiana Szymańskiego z Wisły Płock.

 

Działacze obu klubów analizują te propozycje i przygotowują argumenty do negocjacji. Frankowski był bliski odejścia z drużyny wicemistrzów Polski był już latem. Starały się wtedy o niego m.in. Lokeren i Caen. Oba kluby oferowały jednak kwoty, które nie satysfakcjonowały właścicieli Jagiellonii. Oni są zainteresowani wynegocjowaniem jak najwyższej kwoty odstępnego za 23-letniego skrzydłowego, bowiem połowę pieniędzy z jego transferu muszą oddać byłemu właścicielowi Lechii Gdańsk Andrzejowi Kucharowi oraz byłemu agentowi piłkarza Cezaremu Kucharskiemu. W przypadku Szymańskiego takich problemów nie ma, ale „Nafciarze” nie muszą sprzedawać tego piłkarza już teraz.

Szymański i Frankowski są aktualnymi reprezentantami Polski (obaj zaliczyli w ubiegłym roku po cztery występy w kadrze). O transfer do Achmata Groznego (dawniej Terek Grozny) zabiega agencja menedżerska Unidos, której jednym z szefów jest Mariusz Piekarski, a on w przeszłości w czeczeńskim klubie umieścił Macieja Rybusa, Marcina Komorowskiego i Macieja Makuszewskiego. Szymański ma kontrakt z Wisłą Płock do 30 czerwca 2020 roku. Serwis transfermarkt.de wycenia jego rynkową wartość na jeden milion euro. W tym sezonie rozegrał w barwach „Nafciarzy” 23 mecze (20 w lidze i 3 w Pucharze Polski) w których strzelił cztery gole i zaliczył sześć asyst.

Wartość Frankowskiego szacowana jest na półtora miliona euro. Skrzydłowy Jagiellonii w 22 występach (15 w ekstraklasie, cztery w kwalifikacjach Ligi Europy i trzy w Pucharze Polski) zdobył trzy bramki i zaliczył trzy asysty. Jego umowa także wygasa 30 czerwca 2020 roku.

 

To był najgorszy rok od 18 lat

Fot. Z polskich piłkarzy największą cenę za nieudany występ na mundialu zapłacił Robert Lewandowski

 

 

W 2018 roku biało-czerwony balonik pękł z wielkim hukiem – najpierw nasza narodowa drużyna pod wodzą Adama Nawałki skompromitowała się na mundialu, a potem pod rządami Jerzego Brzęczka nie wygrała żadnego z sześciu rozegranych meczów, spadając w rankingu FIFA na 21. miejsce.

 

W rankingu FIFA z 18 stycznia 2018 roku reprezentacja Polski zajmowała siódmą lokatę, wyprzedzając m.in. późniejszych mistrzów świata Francuzów i wicemistrzów świata Chorwatów. W Polsce panowała napędzana przez media euforia, której nie zdołały przytłumić nawet słabe występy biało-czerwonych w marcowych meczach towarzyskich. Porażkę z Nigerią 0:1 zrównoważyła wygrana z Koreą Południową 3:2, ale w obu spotkaniach nasz zespół zagrał fatalnie. Trener Nawałka uspokajał jednak fanów, że drużyna potrzebuje więcej czasu na opanowanie ustawienia systemem 1-3-5-2 robi, ale robi szybkie postępy i niebawem będzie w tym elemencie groźna dla każdego rywala. Czerwcowe sparingi z Chile (2:2) i Litwą (4:0) także nie zapowiadały mundialowej klęski, chociaż do stylu gry zespołu wciąż zgłaszano mnóstwo zastrzeżeń.

W przededniu wyjazdu do Rosji kontuzji barku doznał Kamil Glik i chyba to był kluczowy moment w dramacie, w jaki zamienił się występ biało-czerwonych w mistrzostwach świata. W spotkaniu z Senegalem Nawałka nagle wycofał się w ćwiczonego wcześniej ustawienia 3-5-2 i wrócił do starego schematu 4-4-2. Rywale bezlitośnie wykorzystali powstały bałagan w szeregach polskiej drużyny.

W tym momencie kolejny mecz z Kolumbią nabrał rangi „spotkania o wszystko”, ale pogubiony już wyraźnie w swoich kadrowych decyzjach Nawałka w tym najważniejszym meczu w roku wystawił do gry m.in. Jacka Góralskiego i Dawida Kownackiego, którzy wcześniej nie grali w meczach o punkty, a na ławce posadził Kamila Grosickiego, ale gdy nasz zespół potrzebował pilnie wzmocnienia linii ataku, selekcjoner zmienił… Michała Pazdana i w jego miejsce posłał na boisko rekonwalescenta Kamila Glika.

O żenującej potyczce z Japonią lepiej nie wspominać, bo chociaż biało-czerwoni ją wygrali, to swoim zachowaniem w końcówce na spółkę z Japończykami stali się pośmiewiskiem kibiców. Nasz zespół w niesławie wrócił do kraju na tarczy, a piłkarze w krótkim czasie zaliczyli bolesny upadek z piedestału.

Straty wizerunkowe ponieśli wszyscy – trener Nawałka, jego pryncypał Zbigniew Boniek a wraz z nimi cały PZPN. Stracili też rzecz jasna kadrowicze, lecz bez wątpienia najwięcej stracił najlepszy z nich, Robert Lewandowski. Nie ulega wątpliwości, że to głównie przez słaby występ biało-czerwonych na rosyjskim mundialu „Lewy” doznał upokarzających degradacji w najważniejszych plebiscytach organizowanych przez FIFA, UEFA i „France Football”.

 

To nie była dobra zmiana

Trener Nawałka nie utrzymał posady i w sierpniu został zastąpiony przez Jerzego Brzęczka. Nie była to jednak dobra zmiana. Pod wodzą nowego selekcjonera reprezentacja rozegrała sześć meczów. Trzy porażki i trzy remisy to bilans Brzęczka, który na dodatek zaliczył też spadek z Dywizji A Ligi Narodów. Nic dziwnego, że stracił zaufanie kibiców, także za to, że wbrew zasadom powoływał na zgrupowania kadry niegrającego w VfL Wolfsburg siostrzeńca Jakuba Błaszczykowskiego. W mediach krytykowano go też za forowanie w kadrze zawodników, których znał z pracy w zespołach klubowych – Damiana Szymańskiego, Adama Dźwigałę i Arkadiusz Reca w Wiśle Płock, Rafała Pietrzaka w GKS Katowice. Żaden z nich nie potwierdził reprezentacyjnych kwalifikacji.

Ani Nawałka ani Brzęczek nie odważyli się na „odstrzelenie” graczy stanowiących od lat trzon reprezentacji – Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka, Piotra Zielińskiego, Kamila Glika, Jakuba Błaszczykowskiego, Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy… Jana Bednarka. Ten młody środkowy obrońca w 2018 roku rozegrał 847 minut, podczas gdy w klubowej drużynie Southamptonu 1126, z czego w Premier League 778. Krychowiak w reprezentacji zaliczył 960 minut, Zieliński 948 minut, Lewandowski 862 minuty. Za tą czwórką graczy jest próżnia, za którą wyłania się grupa zawodników z gorszymi wynikami – Grosicki miał przerwy z powodu perturbacji w klubie, Glik pauzował sporo przez kontuzję, a bramkarze Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański musieli dzielić się występami – pierwszy zaliczył 585 minut, drugi 405. Na absencjach kluczowych graczy skorzystali m.in. Bartosz Bereszyński (piąty pod względem rozegranych minut), Jacek Góralski (dziesiąty), czy Rafał Kurzawa (piętnasty).

Najmniej minut w reprezentacji zaliczyli Bartosz Białkowski (45), Rafał Pietrzak (27), Jakub Świerczok (23) i Sławomir Peszko (10). Tak przy okazji, te 10 minut Peszko zaliczył na mundialu, bo we wcześniejszych meczach sparingowych Nawałka nie skorzystał z jego usług ani razu. To jedyny gracz, który grając o punkty jednocześnie nie zaliczył ani minuty w sparingu. Odwrotnie niż Marcin Kamiński, który zaliczył najwięcej minut w spotkaniach sparingowych (270), ale ani jednej w spotkaniu o punkty. Ten dziwaczny sposób selekcji stosuje niestety także Brzęczek, który nie wygrał sześciu spotkań z rzędu i jest bliski dogonienia pod tym względem rekordzisty Jerzego Engela. W 2000 roku nasze reprezentacja pod wodzą tego selekcjonera nie wygrał siedmiu meczów z rzędu: zaczęła od porażek z Hiszpanią 0:3 i Francją 0:1, potem były bezbramkowe remisy z Węgrami i Finlandią oraz porażka z Holandią (1:3) oraz remis z Rumunią (1:1) tuż przed rozpoczęciem eliminacji MŚ 2002.

 

Brzęczek goni rekord Engela

Mimo fatalnego startu Engel utrzymał posadę i doczekał przełomu w pamiętnym spotkaniu z Ukrainą w Kijowie, wygranym przez biało-czerwonych 3:1, po którym nasz zespół rozpoczął marsz po pierwszy od 1986 roku awans na mundial. Ale w 2000 roku z 10 meczów pod jego komendą reprezentacja Polski wygrała tylko trzy, cztery zremisowała i trzy przegrała. Tak słaby wynik pod względem wygranych spotkań powtórzyły dopiero 18 lat później ekipy prowadzone przez Nawałkę i Brzęczka.
Obaj wspólnie zapracowali na ten bilans, ale wszystkie trzy zwycięstwa wywalczył Nawałka – z Koreą Południową (3:2), Litwą (4:0) i Japonią (1:0). Brzęczek jeszcze nie poznał smaku wygranej i jeśli będzie miał dalej taki niefart, już wiosną może wyrównać niechlubny rekord Engela siedmiu spotkań bez wygranej.

 

Ile grali kadrowicze w 2018 roku:

1. Grzegorz Krychowiak – 960 minut (w tym 540 minut w meczach o punkty); 2. Piotr Zieliński – 948 (595); 3. Robert Lewandowski – 862 (540); 4. Jan Bednarek – 847 (585); 5. Bartosz Bereszyński – 673 (485); 6. Kamil Grosicki – 598 (363); 7. Kamil Glik – 588 (370); 8. Wojciech Szczęsny – 585 (360); 9. Arkadiusz Milik – 537 (253); 10. Jacek Góralski – 470 (285); 11. Maciej Rybus – 416 (180); 12. Jakub Błaszczykowski – 415 (197); 13. Łukasz Fabiański – 405 (270); 14. Michał Pazdan – 387 (170); 15. Rafał Kurzawa – 375 (234); 16. Thiago Cionek – 360 (180); 17. Łukasz Piszczek – 353 (173); 18. Artur Jędrzejczyk – 343 (183); 19. Tomasz Kędziora – 342 (135); 20. Mateusz Klich – 312 (193); 21. Marcin Kamiński – 270 (0); 22. Arkadiusz Reca – 250 (177); 23. Przemysław Frankowski – 248 (90); 24. Dawid Kownacki – 232 (74); 25. Karol Linetty – 222 (69); 26. Krzysztof Piątek – 151 (90); 27. Łukasz Skorupski – 135 (0); 28. Łukasz Teodorczyk – 132 (27); 29. Damian Szymański – 98 (81); 30. Krzysztof Mączyński – 90 (0); 31. Damian Kądzior – 77 (11); 32. Taras Romanczuk – 61 (0); 33. Bartosz Białkowski – 45 (0); 34. Rafał Pietrzak – 27 (10); 35. Jakub Świerczok – 23 (0); 36. Sławomir Peszko – 10 (10).

 

Lewy dogonił Messiego

Fot. Robert Lewandowski w Lidze Mistrzów pisze swoja własną legendę

 

 

Po 5. kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów 12 zespołów ma już zapewniony awans do 1/8 finału. O pozostałe cztery miejsca rywalizacja będzie się toczyć w ostatniej serii spotkań, która odbędzie się w dniach 11 i 12 grudnia.

 

Wśród niepewny jeszcze awansu jest m.in. finalista poprzedniej edycji FC Liverpool. W grupie B o awans bić się będą do końca Tottenham i Inter Mediolan, zaś w grupie C cała czwórka zespołów wciąż ma jeszcze o co grać. Szanse na awans do 1/8 finału LM mają już co prawda tylko Paris Saint-Germain, SSC Napoli i FC Liverpool, ale Crvena Zvezda Belgrad walczy o prawo gry w Lidze Europy. Natomiast w grupie F biją się jeszcze o awans Olympique Lyon i Szachtar Donieck.

Piąta kolejka była udana dla polskich piłkarzy. Robert Lewandowski strzelił dwa gole w wygranym przez Bayern Monachium 5:1 meczu z Benficą Lizbona i poprawił swój dorobek w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów do 51 trafień, wyprzedzając kolejną futbolową legendę – Francuza Thierry’ego Henry. „Lewy” jest obecnie na szóstej pozycji w tym prestiżowym zestawieniu. Przed nim są tylko Portugalczyk Cristiano Ronaldo (121 goli), Argentyńczyk Leo Messi (106), Hiszpan Raul Gonzalez (71), Francuz Karim Benzema (59) i Holender Ruud van Nistelrooy. Kapitan reprezentacji Polski w obecnej edycji Ligi Mistrzów zdobył już sześć bramek i na spółkę z Leo Messim przewodzi w klasyfikacji strzelców. Za nimi z pięcioma trafieniami jest Bośniak Edin Dzeko z AS Roma, a w gronie graczy z czterema golami znajduj się m.in. Argentyńczyk Paulo Dybala z Juventusu, Brazylijczyk Neymar z Paris Saint-Germain, Francuz Antoine Griezmann z Atletico Madryt i Anglik Harry Kane z Tottenhamu. Wśród tych graczy należy upatrywać zwycięzcę wyścigu po koronę króla strzelców obecnej edycji tych rozgrywek.

Łukasz Piszczek po meczu z Club Brugge jest samodzielnym rekordzistą w Borussii Dortmund w liczbie występów w Lidze Mistrzów. Środowe starcie było jego 45. w tych najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach w Europie. Wcześniej Piszczek pierwsze miejsce dzielił ze Stefanem Reuterem, który reprezentował barwy BVB w latach 1992-2004. Trzeci w zestawieniu jest Lars Ricken (43 występy), czwarty Marcel Schmelzer (41), a piąty Roman Weidenfeller (38) Piszczek zadebiutował w Lidze Mistrzów 13 września 2011 roku (Borussia zremisowała z Arsenalem 1:1). W dotychczasowych występach nie strzelił gola, ale zanotował sześć asyst. W tej edycji wszystkie spotkania rozpoczynał w wyjściowym składzie.

Z innych naszych graczy w Lidze Mistrzów znakomity występ w barwach Juventusu w wygranym 1:0 meczu z Valencia zaliczył Wojciech Szczęsny, natomiast w Lokomotiwie Moskwa duży udział w zwycięstwie nad Galatasaray (2:0) mieli Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus. W Napoli po przerwie zagrał tylko Piotr Zieliński, a Arkadiusz Milik grał do końca ławę. Kamil Glik w AS Monaco nie grał, bo leczy kontuzję.

 

 

Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.

 

Dziewięciu Polaków zgłoszonych do gry w Champions League

Dziewięciu polskich piłkarzy znalazło się w kadrach 32 zespołów, które we wtorek rozpoczną rywalizację w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

 

Ośmiu naszych zawodników ma w swoich klubowych zespołach mocne pozycje – są to Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund, Kamil Glik w AS Monaco, Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w SSC Napoli oraz Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa i oczywiście Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Większych szans na występy nie ma raczej najmłodszy ze zgłoszonych do Ligi Mistrzów polskich graczy, 19-letni bramkarz FC Liverpool Kamil Grabara. W angielskim klubie pierwszym golkiperem jest obecnie Brazylijczyk Alisson Becker, a drugim Belg Simone Mignolet. Ale już sam fakt, że trener „The Reds” Juergen Klopp wpisał młodego Polaka na „listę startową” jest dla tego utalentowanego bramkarza ogromnym wyróżnieniem.

Lewandowski w Lidze Mistrzów zdobył jak do tej pory 45 bramek, co daje mu 10. miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych rozgrywek. Rekordzistą w tej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo z dorobkiem 120 goli. Obaj napastnicy będą mieli okazję poprawić swoje osiągnięcia strzeleckie już w środę. Juventus zagra na wyjeździe z Valencią, a Bayern także na wyjeździe z Benficą Lizbona.

Rekord Ligi Mistrzów innego rodzaju ustanowił hiszpański bramkarz FC Porto Iker Casillas, który we wtorek rozpoczął swój 20. sezon w Lidze Mistrzów. Nikt przed nim przez tyle lat nie występował w tych rozgrywkach. 37-letni obecnie hiszpański bramkarz zadebiutował w nich w barwach Realu Madryt w wieku 17 lat, w sezonie 1999-2000. Z zespołem, z którym był związany przez większość kariery, wygrał te rozgrywki trzykrotnie – w 2000, 2002 i 2014 roku.

 

Kadra Polski bez Rybusa

Maciej Rybus nie zagra z Włochami i Irlandią. Lewy obrońca Lokomotiwu Moskwa przyjechał na zgrupowaniu z kontuzją i po badaniach wrócił do klubu. Pozostałych 26 kadrowiczów od poniedziałku w komplecie trenuje w Warszawie.

 

Kontuzja doświadczonego Rybusa to spory kłopot dla selekcjonera biało-czerwonych, bo wśród powołanych na zgrupowanie lewych obrońców Jerzy Brzęczek ma tylko dwóch debiutantów – Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków i Arkadiusza Recę z Atlanty Bergamo. Ostatecznie na lewej flance może też zagrać próbowany już na tej pozycji przez Adama Nawałkę Bartosz Bereszyński, bo na prawej stronie może go zastąpić regularnie grający w Dynamie Kijów Tomasz Kędziora. Nie jest to jednak problem, którym żyją kibice reprezentacji, a prawdę mówiąc, można nawet odnieść wrażenie, że chyba wciąż są na na nią trochę obrażeni.

Świadczy o tym choćby nikłe wręcz w porównaniu z przedmundialowym szaleństwem zainteresowanie kadrowiczami. W niedzielę przed warszawskiego hotelem Double Tree by Hilton nie kłębiły się jak do niedawna tłumy i nawet Robert Lewandowski wszedł do hotelu po rozdaniu ledwie kilku autografów. Inni gracze mieli z tym jeszcze większy spokój i tym razem hotelowa obsługa nie musiała ustawiać barierek, wzywać dodatkowych ochroniarzy czy uruchamiać bocznych wejść. Gdyby nie wielki baner z napisem „Witamy kadrę” wywieszony nad głównym wejściem do hotelu, piłkarze mogliby pomyśleć, że pomylili adres.

Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ, więc ten brak zainteresowania reprezentacją nie dziwi. Zespół Nawałki na mundialu w Rosji zawiódł oczekiwania fanów, zaś zespół Brzęczka jeszcze nie miał okazji ich rozbudzić. Zresztą wiara w jego możliwości nie jest jak na razie zbyt duża. W internetowych sondach na zwycięstwo biało-czerwonych z Włochami stawia tylko 15 procent głosujących.

Brzęczek na razie w wypowiedziach dla mediów nie unika trudnych tematów. „Kontuzja Macieja Rybusa to dla nas strata. Ale chyba miałem nosa powołując aż trzech lewych obrońców. Rafała Pietrzaka uważam za jednego z najlepszych graczy na tej pozycji w naszej ekstraklasie, a co do Arkadiusza Recy jestem zdania, że skoro Włosi zapłacili za niego cztery miliony euro, to musieli dostrzec w nim potencjał. Chcąc się przekonać o przydatności zawodników muszę ich sprawdzać na treningach i w meczach. Nie mam dużo czasu na eksperymenty, pierwsze mecze eliminacyjne do mistrzostw Europy czekają nas już w marcu przyszłego roku. Na razie żadnego piłkarza nie skreśliłem, ta uwaga dotyczy nie tylko Kamila Grosickiego czy zawodników Legii Warszawa” – zapewnia nowy selekcjoner biało-czerwonych.

 

Brzęczek odkrył karty

Faktyczna wymiana selekcjonerów reprezentacji następuje de facto wraz z ogłoszeniem przez następcę składu kadry. W miniony poniedziałek Jerzy Brzęczek podał nazwiska 27 piłkarzy, których powołał na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią. 23 z nich jest do grania, natomiast czterech to czysta fanaberia sukcesora Adama Nawałki.

 

Jeśli chodzi o powołania do zasadniczego 23-osobowego składu kadry, w zasadzie trudno Brzęczka za jego wybory krytykować. Chcąc nie chcąc musiał przecież sięgnąć po dawnych „żołnierzy” Nawałki. Jednych, jak Kamil Grosicki, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk słusznie pominął, innym, jak Mateusz Klich czy Maciej Makuszewski, przywrócił status reprezentanta. Ale żadnych wątpliwości nie budzą jedynie nominacje dla bramkarzy i napastników. Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański i Łukasz Skorupski grają regularnie w swoich klubowych zespołach i zbierają dobre recenzje. Na pewno zaskoczeniem nie jest brak powołania dla Bartosza Białkowskiego, który poza tym, że w tej części sezonu akurat nie błyszczy w drugoligowym Ipswich Town, to obiektywnie w tym kwartecie jest najsłabszy. Z kolei w linii ataku obecność Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka dla każdego sympatyka biało-czerwonych jest oczywistym wyborem. Brzęczek nie dał szansy Kamilowi Wilczkowi, który strzela w duńskiej lidze na zawołanie, pominął też zaczynającego dopiero przygodę z włoską ligą Łukasza Teodorczyka, zaś Dawida Kownackiego oddał do dyspozycji trenera młodzieżówki, ale tych sześciu graczy to w tej chwili najlepsi polscy napastnicy.

 

Defensywa mocno eksperymentalna

Największego zamętu Brzęczek narobił chyba powołaniami dla obrońców. W zasadzie to tylko obecność Kamila Glika nie budzi żadnych kontrowersji i można założyć, że od stopera AS Monaco selekcjoner zaczyna ustawienie tej formacji. Zwolnione przez Łukasza Piszczka miejsce na prawej flance linii defensywnej może zająć albo Bartosz Bereszyński, albo Tomasz Kędziora. Pominięcie odradzającego się w II-ligowym angielskim Boltonie Pawła Olkowskiego dowodzi, że na razie selekcjoner uznał wyższość wcześniej wymienionej dwójki graczy. Z kolei na lewej flance pewniakiem wydaje się wciąż Maciej Rybus, który gra regularnie w zespole mistrza Rosji i trzyma wysoką formę, ale już u Nawałki de facto nie miał dobrego dublera. Brzęczek wymyślił, że zadaniu mogą podołać grzejący obecnie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusz Reca lub defensor Wisły Kraków Rafała Pietrzaka. Zaprosił obu na zgrupowanie kadry w ramach kontyngentu graczy, których miał prawo powołać wedle własnego uznania. W tym gronie znalazło się trzech byłych lub aktualnych zawodników Wisły Płock, z którymi jako trener „Nafciarzy” wywalczył piąte miejsce w ekstraklasie. Oprócz Recy powołania dostali jeszcze stoper Adam Dźwigała i pomocnik Damian Szymański.

Z Recy Brzęczek w poprzednim sezonie zrobił solidnego lewego obrońcę, lecz na poziomie naszej słabiutkiej ekstraklasy. Starczyło to co prawda na transfer do Atalanty za 4 mln euro, ale we włoskim zespole Reca nie gra i z tego względu jego powołanie jest nadużyciem. Podobnie jak powołanie Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków. Ten lewy obrońca wciąż popełnia mnóstwo błędów, ale był kiedyś podopiecznym Brzęczka, gdy ten prowadził GKS Katowice.

Najwięcej problemów selekcjoner będzie miał z wyborem partnera na środku obrony dla Glika. Zaprosił na zgrupowanie wspomnianego Dżwigałę oraz Marcina Kamińskiego i Jana Bednarka. Pierwszy z tego tercetu gra regularnie w zespole Wisły Płock, ale spisuje się przeciętnie, czego dowodem jest 10 straconych bramek przez „Nafciarzy” w sześciu meczach. Z kolei Bednarek w tym sezonie stracił miejsce w jedenastce Southampton, zaś Kamiński dopiero niedawno przeszedł z VfB Stuttgart do Fortuny Duesseldorf. Obaj mają zero minut spędzonych na boisku i nie bardzo wiadomo, dlaczego Brzęczek ich powoła. To już większy sens miałoby zaproszenie dla Michała Pazdana, bo ten piłkarz nawet w słabej formie przy Gliku potrafił zagrać przyzwoicie.

 

Jest Błaszczykowski, a gdzie Grosicki?

W linii środkowej z dawnych pewniaków Nawałki powołania nie doczekał się jedynie Kamil Grosicki. Z jednej strony decyzja była zasadna, bo w tym sezonie nie gra w Hull City, ale z drugiej strony Jakub Błaszczykowski jest w podobnej sytuacji, a powołanie otrzymał. Nie ma jednak powodu by mieć do Brzęczka pretensje o nepotyzm, choć wiadomo że jest wujkiem Błaszczykowskiego, bo temu piłkarzowi należy się godna rekompensata za poniżenie jakiego doświadczył od Nawałki na mundialu, zwłaszcza w ostatnim meczu z Japonią. Nie zmienia to jednak faktu, że w środkowej linii tylko odradzający się w Lokomotiwie Moskwa Grzegorz Krychowiak i prezentujący rewelacyjną formę w Napoli Piotr Zieliński nie przyjadą na zgrupowanie na kredyt.

Reszta, w tym zbierający dobre recenzje w II-ligowym Leeds United Mateusz Klich, nie gwarantuje wysokiej jakości i każde zestawienie tej formacji będzie ryzykownym eksperymentem. Na głębsze wnioski będziemy mogli sobie jednak pozwolić dopiero po meczu z Włochami. W pierwszym spotkaniu w Lidze Narodów Brzęczek na pewno wystawi najlepszy w jego mniemaniu skład biało-czerwonych, ale dopiero po tym jak zespół zagra przekonamy się, jakim trenerem jest nowy selekcjoner.

 

 

Kadra Polski Włochy i Irlandię

 

Bramkarze:

Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (FC Bologna), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn).

 

Obrońcy:

Kamil Glik (AS Monaco), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Adam Dźwigała (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo).

 

Pomocnicy:

Grzegorz Krychowiak (Lokomotiwe Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria)), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok), Damian Szymański (Wisła Płock), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia).

 

Napastnicy:

Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Arkadiusz Milik (SSC Napoli), Krzysztof Piątek (Genova, Włochy).

Rosjanie ratują Krychowiaka

Szefowie Paris Saint-Germain doszli w końcu do wniosku, że nie sprzedadzą Grzegorza Krychowiaka 26 mln euro, czyli za tyle, za ile dwa lata temu wykupili go z FC Sevilla. I oddali go de facto do Lokomotiwu Moskwa za jedyne 12 mln euro.

 

Formalnie Krychowiak został do Lokomotiwu jedynie wypożyczony na najbliższy sezon. Nasz reprezentacyjny pomocnik finansowo na tym nic nie straci, podobnie jak wcześniej nie stracił na wypożyczeniu do angielskiego West Bromwich Albion. Także w zespole aktualnego mistrza Rosji za rok gry zarobi ponad pięć milionów euro. Sporą część tych pieniędzy dostanie z kasy paryskiego klubu. Ale w zamian menedżerowie Paris Saint-Germain postawili działaczom Lokomotiwu jeden warunek – jeśli Krychowiak rozegra w moskiewskiej drużynie dziesięć meczów, wtedy po zakończeniu okresu wypożyczenia przejdzie do niej na zasadzie transferu definitywnego za 12 milionów euro. Lokomotiw jako mistrz Rosji ma z tego tytułu zagwarantowane miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów. „Piłkarz z takim doświadczeniem powinien pomóc Lokomotiwowi w powrocie do Ligi Mistrzów. Udana transakcja z takim klubem, jak Paris Saint-Germain pokazuje, że kierunek rozwoju, jaki wybraliśmy dwa lata temu jest, słuszny” – oznajmił za pośrednictwem Istagrama prezes moskiewskiego klubu Ilia Gierkus.

Dla Krychowiaka kontrakt z Lokomotiwem może być ostatnią szansą na odbudowę podupadłej w ostatnich dwóch sezonach piłkarskiej marki. Rosyjskie media przyjęły jego transfer przychylnie i nawet uznały za najgłośniejszą transakcję w letnim oknie transferowym. W nowym zespole nie będzie miał zbyt mocnej konkurencji na swojej pozycji, a i od reszty graczy linii środkowej, może za wyjątkiem kapitana drużyny Igora Denisowa, jest lepszy i znacznie bardziej doświadczony na arenie międzynarodowej. Zresztą to właśnie z tego powodu chciał go mieć w zespole trener Jurij Siomin, legenda tego klubu, ale też świetny szkoleniowiec znany z dobrego kontaktu z zawodnikami i umiejętności wydobywania z nich najlepszych cech. Krychowiak pod jego ręką może odzyskać markę czołowego defensywnego pomocnika w Europie.

Kolejnym atutem jest obecność w kadrze Lokomotiwu Macieja Rybusa, który zna klub, rosyjską ligę i język, więc pomoże mu w poznaniu kolegów oraz zwyczajów i hierarchii w szatni. Krychowiak na codzienne życie w Moskwie też nie będzie miał powodów sie uskarżać, podobnie jak na warunki treningowe czy komfort podróżowania na mecze w Rosji i poza jej granicami.
Ten cieplarniany klimat może jednak szybko ulec ochłodzeniu, jeśli na boisku Krychowiak nie spełni pokładanych w nim nadziei. A musi „zaskoczyć” od pierwszego meczu, jeśli oczywiście zamierza spełnić stawiany przez PSG wymóg 10 występów w barwach mistrza Rosji. Ale zanim zostanie poddany weryfikacji w lidze rosyjskiej i Champions League, na razie może cieszyć się z faktu, że już trzeci rok z rzędu jest polskim bohaterem letniego okienka transferowego.

 

Krychowiak w Rosji?

Lokomotiw Moskwa prowadzi zaawansowane rozmowy z Paris Saint Germain dotyczące wypożyczenia Grzegorza Krychowiaka. Ale jak informują francuskie media, Polaka chce także Spartak Moskwa.

 

Reprezentant Polski po udanym dla niego Euro 2016 i wygraniu Ligi Europy z Sevillą trafił do Paris Saint-Germain, ale w paryskim klubie nie przebił się do podstawowego składu i w sezonie 2017/2018 został wypożyczony do angielskiego West Bromwich Albion. Po sezonie Polaka odesłano do PSG, a nowy trener paryskiej drużyny Thomas Tuchel nakazał mu stawić się po mistrzostwach świata na treningach. W mediach pojawiły się jednak doniesienia, że Krychowiaka chce zatrudnić mistrz Rosji Lokomotiw Moskwa (w tym klubie występuje inny reprezentant Polski, Maciej Rybus), a ostatnio konkurencyjna ofertę złożył jego lokalny rywal, Spartak, trzeci zespół rosyjskiej ekstraklasy, którego trenerem jest Włoch Massimo Carrera.

 

Reprezentacja Polski: Koniec rankingowego oszustwa

Po klęsce na mundialu w Rosji pojawiły się głosy, że to koniec tłustych lat w polskim futbolu i teraz czeka nas okres posuchy. To możliwe, bo drużyna Adama Nawałki tak naprawdę nawet w szczytowym okresie nie była zespołem na poziomie czołowej „10” rankingu FIFA. Na mundialu w Rosji to rankingowe oszustwo zostało po prostu obnażone.

 

Po klęsce z Kolumbią z kadrowiczów Nawałki zeszło całkowicie powietrze, niech wybaczą to wyświechtane porównanie – jak z pękniętego balonika. Niestety, przy okazji wypłynęło na zewnątrz trochę skrywanych brudów, bo trzymani od lat w głębokim ukłonie przez propagandowy aparat PZPN dziennikarze głównych mediów musieli zmienić ton i dostosować swoje opinie do oczekiwań swoich odbiorców oraz przełożonych. Stąd ta lawina agresywnej krytyki, której nie byli w stanie powstrzymać ani skuteczny zazwyczaj w takich akcjach prezes PZPN Zbigniew Boniek, ani trener Nawałka, ani nawet Robert Lewandowski.

 

Może i pili, ale co z tego?

Ociekający dotąd lukrem wizerunek reprezentacji jako ekipy złożonej wyłącznie z oddanych swojej pracy stuprocentowych profesjonalistów też legł w gruzach po publikacjach prasowych wywlekających na światło dzienne opowieści o balangach na zgrupowaniach kadry. Kamil Glik nazwał te rewelacje „ohydnym kłamstwem”, ale Boniek mimowolnie jej potwierdził, próbując w swoim stylu zbagatelizować sprawę. „Piłkarze dostali wolne, wypili po trzy piwa, trochę pośpiewali, no i co takiego się złego stało?” – stwierdził. Gdyby nie 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią pewnie przyznano by mu rację i nikogo by te rewelacje nie obeszły, teraz jednak nawet rozsądne argumenty tylko podsycają ogień, zamiast go gasić. Zwycięzców nikt nie sądzi, pokonani nie mają racji. Na zgrupowaniach kadry alkohol był zawsze, o czym prezes Boniek jako były zawodnik i trener doskonale wie. Wiedzę o imprezowych wyskokach kadrowiczów mają też dziennikarze, którym opowiadają o nich na ucho agenci piłkarzy, zaprzyjaźnieni trenerzy albo czasem nawet sami uczestnicy balang.
To są oczywiście opowieści zawsze opatrzone klauzulą „nie do publikacji”, ale gdy takiemu dopuszczonemu do tajemnicy żurnaliście wejdzie się na odcisk, albo gdy jego szef tego zażąda, wtedy chcąc nie chcąc „puszczają farbę”. Z taką sytuacja mamy do czynienia właśnie teraz i niewykluczone, że po meczu z Japonią zapotrzebowanie na wywlekanie ukrywanych dotąd skrzętnie przez PZPN brudów znacznie wzrośnie. I to będzie dopiero prawdziwy koniec wielkiego oszustwa, którego efektem był fałszywy jak sie teraz okazało wizerunek reprezentacji Polski tworzonej przez ambitnych zawodników stale doskonalących swój piłkarski warsztat.

 

Na plecach Lewandowskiego

Chociaż od strony sportowej kadra Nawałki nie osiągnęła żadnego znaczącego sukcesu, bo trudno za taki uznać awans do ćwierćfinału Euro 2016, to dzięki sprytnemu wykorzystaniu niedoskonałości w naliczaniu punktów rankingowych reprezentacja za jego selekcjonerskiej kadencji poszybowała w rankingu FIFA z siódmej dziesiątki do pierwszej. Nie ulega dyskusji, że największe zasługi w tym niesamowitym awansie miał Robert Lewandowski, którego talent eksplodował akurat w tym czasie i którego gole zapewniły naszej drużynie najpierw awans do Euro 2016, a potem do finałów mistrzostw świata w Rosji.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przez ostatnie cztery lata z żelaznego składu kadrowiczów tak naprawdę tylko on piłkarsko szedł w górę, czerpiąc przy tym finansowe korzyści, o jakich inni nasi reprezentacyjni piłkarze mogli tylko pomarzyć i jakich chyba zaczęli mu szczerze zazdrościć. Na ten problem także uwagę opinii publicznej zwrócił Boniek, który w rozmowie z byłym już kadrowiczem, a obecnie próbującym sił w roli dziennikarza TVP Sebastianem Milą powiedział: „Kadra zmieniła się przez ostatnie cztery lata. To są fajni chłopacy, ale wcześniej inny był poziom adrenaliny i myślenia o samym sobie. Sukcesy zmieniły reprezentację. Kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, bo to była wartość dodana. Dzisiaj, muszę to powiedzieć ze smutkiem, niektórym to przeszkadza. Musimy to sobie jednak sami wyjaśnić w grupie”.

 

Uderz w stół, a nożyce…

Nazwisk sternik polskiego futbolu nie podał, ale jakoś tak wyszło, że dzień później, na konferencji prasowej przed meczem z Japonią, do jego zarzutów odniósł się nie kto inny, jak Jakub Błaszczykowski, którego relacje z Lewandowskim są od dawna nie najlepsze i z tego względu mógł stać się „pierwszym podejrzanym”. Błaszczykowski powiedział: „Wiem, że jak nie ma wyników, to wtedy się zaczynają różne problemy, zaczynają się ukazywać nieprawdziwe informacje. A my dzisiaj nie mamy za dużo argumentów, żeby na to odpowiadać. Jestem w kadrze długo i mogę powiedzieć, że w ostatnim czasie atmosfera w niej się nie zmieniła. Jedyne co się ostatnio zmieniło, to wyniki, bo kibice liczyli na nasze zwycięstwa. Nie osiągnęliśmy celów, przyjmujemy krytykę. Nie jest nam z tym łatwo, bo to także nasze marzenia zostały zaprzepaszczone. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że nie podołaliśmy zadaniu, ale każdy z nas też wie, ile poświęcił dla tych marzeń. Takie jest jednak życie. Mecz z Japonią jest bardzo ważny psychologicznie. Musimy w nim pokazać że jesteśmy drużyną, która się nie poddaje. W ostatnich czterech latach dostarczyliśmy kibicom wielu pozytywnych doznań. I ten mecz ma pokazać, że jesteśmy grupą facetów, którzy się nie poddają” – zapewniał Błaszczykowski, który mecz z Japonią zaczął jednak na ławce rezerwowych. Podobnie jak krytykujący wcześniej taktyczne pomysły Nawałki Maciej Rybus czy słabo spisujący się Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Glik i Łukasz Piszczek.

W bramce stanął Łukasz Fabiański, w obronie zagrali Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek i Artur Jędrzejczyk, w pomocy Grzegorz Krychowiak, Jacek Góralski, Kamil Grosicki, Piotr Zieliński i Rafał Kurzawa, a w ataku Robert Lewandowski. W takim ustawieniu nasza reprezentacja zagrała po raz pierwszy. Na żenujących w podejściu do meczu z Polakami Japończyków, którzy w rankingu FIFA są na 55. miejscu, nawet taki eksperymentalny skład okazał się wystarczający. Na 13. w zestawieniu Kolumbię i 33. Senegal biało-czerwoni okazali się za słabi, co oznacza, że ich realna siła plasuje ich dzisiaj w gronie zespołów na poziomie 35-40. miejsca w rankingu. Pod wodzą Nawałki wyżej już raczej nie podskoczą.