Piątek liderem strzelców

Trener Jerzy Brzęczek na mecz z Włochami w Lidze Narodów powołał 27 zawodników. Do kolejnego zgrupowania kadry ci piłkarze należą więc do aktualnej kadry narodowej. Nie wszystkim w miniony weekend dobrze poszło w macierzystych klubach, a niektórzy nawet wylądowali na trybunach. Większość radziła jednak sobie znakomicie.

 

Cała trójka naszych reprezentacyjnych bramkarzy pojawiła się na boisku i rozegrała pełne mecze, wpuszczając solidarnie po jednym golu, ale Wojciech Szczęsny z Juventusem Turyn wygrał 2:1 z Sassuolo, a Łukasz Fabiański w końcu doczekał się zwycięstwa z West Hamem United w Premier League. „Młoty” pokonały Everton 3:1 i przerwały serię porażek, uciekają ze strefy spadkowej na 16. miejsce. Nasz golkiper miał duży wkład w to przełomowe zwycięstwo. Tylko trzeci z naszych reprezentacyjnych bramkarzy, Łukasz Skorupski, nie miał po weekendzie dobrego humoru, bo jego Bologna przegrała z Genoą 0:1, a na dodatek pokonał go kolega z reprezentacji Krzysztof Piątek.

Z obrońców, którzy znaleźli się w kadrze na mecz z Włochami i towarzyski z Irlandią, w miniony weekend nie zagrali Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton) i Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo). Pierwszy nadal leczy uraz pachwiny, drugi ogóle nie znalazł się w kadrze meczowej „Świętych”, a Reca tylko z ławki przyglądał się jak w zespole rywali gra niechciany już w kadrze Polski Thiago Cionek. Reszta kadrowiczów rozegrała całe mecze. Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genu) w wygranym 5:0 spotkaniu z Frosione, Kamil Glik (AS Monaco) w zremisowanym 1:1 meczu z Touluse, Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) w wygranym 2:1 meczu z Hoffenheim, Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów) w zremisowanej 1:1 potyczce z Zorią Ługańsk oraz Adam Dźwigała (Wisła Płock) w zremisowanym 2:2 spotkaniu z Miedzią Legnica i Rafał Pietrzak (Wisła Kraków) w wygranej 5:2 potyczce z Lechią Gdańsk.

Z pomocników wybranych do kadry przez Brzęczka trawy w ligowym meczu nie powąchało w ten weekend trzech – Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg) nie znalazł się nawet w szerokiej kadrze meczowej, a Taras Romanczuk (Jagiellonia) i Maciej Makuszewski (Lech Poznań) pauzowali z powodu kontuzji. Jacek Góralski zaliczył tylko cztery minuty w meczu Łudogorca Razgrad z Wereją Stara Zagora (2:1), tylko 22 minuty więcej zagrał Rafał Kurzawa, ale zdążył zdobyć bramkę w przegranym 2:3 meczu z Lille. Grzegorz Krychowiak (Lokomotiw Moskwa) świetnie grał w derbach Moskwy, ale za ostro i w 66. minucie zobaczył czerwona kartkę. Niewiele ponad godzinę spędził też na boisku Mateusz Klich (Leeds United), a jego zespół zremisował 1:1 z Millwall. Reszta pomocników zaliczyła pełne mecze. Karol Linetty w meczu z Frosinone (5:0), Piotr Zieliński w potyczce z Fiorentiną (1:0) zagrali dobrze, z kolei Damian Kądzior zaliczył asystę przy zwycięskim golu Dinama Zagrzeb w meczu z HNK Gorica (1:0). Przemysław Frankowski w meczu z Cracovią (3:1) znów nie strzelił gola ani nie zaliczył asysty, podobnie jak Damian Szymański (Wisła Płock) w starciu z Miedzią Legnica (2:2).

Z trójki napastników tym razem najmniej powodów do zadowolenia miał Robert Lewandowski, bo w meczu z Bayerem Leverkusen (3:1) nie strzelił gola i zakończył serię występów ze zdobytą bramką w tym sezonie. Warto wspomnieć, że był to 200. występ „Lewego” w barwach Bayernu Monachium. Arkadiusz Milik zaliczył asystę w mecz z Fiorentiną (1:0), ale mecz zaczął na ławce. Bohaterem weekendu wśród napastników kadry był tym razem Krzysztof Piątek, który zdobył zwycięską bramkę dla Genoi w spotkaniu z Bologną (1:0). Były napastnik Cracovii z czterema golami jest liderem klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy.

 

Dziewięciu Polaków zgłoszonych do gry w Champions League

Dziewięciu polskich piłkarzy znalazło się w kadrach 32 zespołów, które we wtorek rozpoczną rywalizację w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

 

Ośmiu naszych zawodników ma w swoich klubowych zespołach mocne pozycje – są to Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund, Kamil Glik w AS Monaco, Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w SSC Napoli oraz Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa i oczywiście Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Większych szans na występy nie ma raczej najmłodszy ze zgłoszonych do Ligi Mistrzów polskich graczy, 19-letni bramkarz FC Liverpool Kamil Grabara. W angielskim klubie pierwszym golkiperem jest obecnie Brazylijczyk Alisson Becker, a drugim Belg Simone Mignolet. Ale już sam fakt, że trener „The Reds” Juergen Klopp wpisał młodego Polaka na „listę startową” jest dla tego utalentowanego bramkarza ogromnym wyróżnieniem.

Lewandowski w Lidze Mistrzów zdobył jak do tej pory 45 bramek, co daje mu 10. miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych rozgrywek. Rekordzistą w tej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo z dorobkiem 120 goli. Obaj napastnicy będą mieli okazję poprawić swoje osiągnięcia strzeleckie już w środę. Juventus zagra na wyjeździe z Valencią, a Bayern także na wyjeździe z Benficą Lizbona.

Rekord Ligi Mistrzów innego rodzaju ustanowił hiszpański bramkarz FC Porto Iker Casillas, który we wtorek rozpoczął swój 20. sezon w Lidze Mistrzów. Nikt przed nim przez tyle lat nie występował w tych rozgrywkach. 37-letni obecnie hiszpański bramkarz zadebiutował w nich w barwach Realu Madryt w wieku 17 lat, w sezonie 1999-2000. Z zespołem, z którym był związany przez większość kariery, wygrał te rozgrywki trzykrotnie – w 2000, 2002 i 2014 roku.

 

Kadra Polski bez Rybusa

Maciej Rybus nie zagra z Włochami i Irlandią. Lewy obrońca Lokomotiwu Moskwa przyjechał na zgrupowaniu z kontuzją i po badaniach wrócił do klubu. Pozostałych 26 kadrowiczów od poniedziałku w komplecie trenuje w Warszawie.

 

Kontuzja doświadczonego Rybusa to spory kłopot dla selekcjonera biało-czerwonych, bo wśród powołanych na zgrupowanie lewych obrońców Jerzy Brzęczek ma tylko dwóch debiutantów – Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków i Arkadiusza Recę z Atlanty Bergamo. Ostatecznie na lewej flance może też zagrać próbowany już na tej pozycji przez Adama Nawałkę Bartosz Bereszyński, bo na prawej stronie może go zastąpić regularnie grający w Dynamie Kijów Tomasz Kędziora. Nie jest to jednak problem, którym żyją kibice reprezentacji, a prawdę mówiąc, można nawet odnieść wrażenie, że chyba wciąż są na na nią trochę obrażeni.

Świadczy o tym choćby nikłe wręcz w porównaniu z przedmundialowym szaleństwem zainteresowanie kadrowiczami. W niedzielę przed warszawskiego hotelem Double Tree by Hilton nie kłębiły się jak do niedawna tłumy i nawet Robert Lewandowski wszedł do hotelu po rozdaniu ledwie kilku autografów. Inni gracze mieli z tym jeszcze większy spokój i tym razem hotelowa obsługa nie musiała ustawiać barierek, wzywać dodatkowych ochroniarzy czy uruchamiać bocznych wejść. Gdyby nie wielki baner z napisem „Witamy kadrę” wywieszony nad głównym wejściem do hotelu, piłkarze mogliby pomyśleć, że pomylili adres.

Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ, więc ten brak zainteresowania reprezentacją nie dziwi. Zespół Nawałki na mundialu w Rosji zawiódł oczekiwania fanów, zaś zespół Brzęczka jeszcze nie miał okazji ich rozbudzić. Zresztą wiara w jego możliwości nie jest jak na razie zbyt duża. W internetowych sondach na zwycięstwo biało-czerwonych z Włochami stawia tylko 15 procent głosujących.

Brzęczek na razie w wypowiedziach dla mediów nie unika trudnych tematów. „Kontuzja Macieja Rybusa to dla nas strata. Ale chyba miałem nosa powołując aż trzech lewych obrońców. Rafała Pietrzaka uważam za jednego z najlepszych graczy na tej pozycji w naszej ekstraklasie, a co do Arkadiusza Recy jestem zdania, że skoro Włosi zapłacili za niego cztery miliony euro, to musieli dostrzec w nim potencjał. Chcąc się przekonać o przydatności zawodników muszę ich sprawdzać na treningach i w meczach. Nie mam dużo czasu na eksperymenty, pierwsze mecze eliminacyjne do mistrzostw Europy czekają nas już w marcu przyszłego roku. Na razie żadnego piłkarza nie skreśliłem, ta uwaga dotyczy nie tylko Kamila Grosickiego czy zawodników Legii Warszawa” – zapewnia nowy selekcjoner biało-czerwonych.

 

Brzęczek odkrył karty

Faktyczna wymiana selekcjonerów reprezentacji następuje de facto wraz z ogłoszeniem przez następcę składu kadry. W miniony poniedziałek Jerzy Brzęczek podał nazwiska 27 piłkarzy, których powołał na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią. 23 z nich jest do grania, natomiast czterech to czysta fanaberia sukcesora Adama Nawałki.

 

Jeśli chodzi o powołania do zasadniczego 23-osobowego składu kadry, w zasadzie trudno Brzęczka za jego wybory krytykować. Chcąc nie chcąc musiał przecież sięgnąć po dawnych „żołnierzy” Nawałki. Jednych, jak Kamil Grosicki, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk słusznie pominął, innym, jak Mateusz Klich czy Maciej Makuszewski, przywrócił status reprezentanta. Ale żadnych wątpliwości nie budzą jedynie nominacje dla bramkarzy i napastników. Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański i Łukasz Skorupski grają regularnie w swoich klubowych zespołach i zbierają dobre recenzje. Na pewno zaskoczeniem nie jest brak powołania dla Bartosza Białkowskiego, który poza tym, że w tej części sezonu akurat nie błyszczy w drugoligowym Ipswich Town, to obiektywnie w tym kwartecie jest najsłabszy. Z kolei w linii ataku obecność Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka dla każdego sympatyka biało-czerwonych jest oczywistym wyborem. Brzęczek nie dał szansy Kamilowi Wilczkowi, który strzela w duńskiej lidze na zawołanie, pominął też zaczynającego dopiero przygodę z włoską ligą Łukasza Teodorczyka, zaś Dawida Kownackiego oddał do dyspozycji trenera młodzieżówki, ale tych sześciu graczy to w tej chwili najlepsi polscy napastnicy.

 

Defensywa mocno eksperymentalna

Największego zamętu Brzęczek narobił chyba powołaniami dla obrońców. W zasadzie to tylko obecność Kamila Glika nie budzi żadnych kontrowersji i można założyć, że od stopera AS Monaco selekcjoner zaczyna ustawienie tej formacji. Zwolnione przez Łukasza Piszczka miejsce na prawej flance linii defensywnej może zająć albo Bartosz Bereszyński, albo Tomasz Kędziora. Pominięcie odradzającego się w II-ligowym angielskim Boltonie Pawła Olkowskiego dowodzi, że na razie selekcjoner uznał wyższość wcześniej wymienionej dwójki graczy. Z kolei na lewej flance pewniakiem wydaje się wciąż Maciej Rybus, który gra regularnie w zespole mistrza Rosji i trzyma wysoką formę, ale już u Nawałki de facto nie miał dobrego dublera. Brzęczek wymyślił, że zadaniu mogą podołać grzejący obecnie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusz Reca lub defensor Wisły Kraków Rafała Pietrzaka. Zaprosił obu na zgrupowanie kadry w ramach kontyngentu graczy, których miał prawo powołać wedle własnego uznania. W tym gronie znalazło się trzech byłych lub aktualnych zawodników Wisły Płock, z którymi jako trener „Nafciarzy” wywalczył piąte miejsce w ekstraklasie. Oprócz Recy powołania dostali jeszcze stoper Adam Dźwigała i pomocnik Damian Szymański.

Z Recy Brzęczek w poprzednim sezonie zrobił solidnego lewego obrońcę, lecz na poziomie naszej słabiutkiej ekstraklasy. Starczyło to co prawda na transfer do Atalanty za 4 mln euro, ale we włoskim zespole Reca nie gra i z tego względu jego powołanie jest nadużyciem. Podobnie jak powołanie Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków. Ten lewy obrońca wciąż popełnia mnóstwo błędów, ale był kiedyś podopiecznym Brzęczka, gdy ten prowadził GKS Katowice.

Najwięcej problemów selekcjoner będzie miał z wyborem partnera na środku obrony dla Glika. Zaprosił na zgrupowanie wspomnianego Dżwigałę oraz Marcina Kamińskiego i Jana Bednarka. Pierwszy z tego tercetu gra regularnie w zespole Wisły Płock, ale spisuje się przeciętnie, czego dowodem jest 10 straconych bramek przez „Nafciarzy” w sześciu meczach. Z kolei Bednarek w tym sezonie stracił miejsce w jedenastce Southampton, zaś Kamiński dopiero niedawno przeszedł z VfB Stuttgart do Fortuny Duesseldorf. Obaj mają zero minut spędzonych na boisku i nie bardzo wiadomo, dlaczego Brzęczek ich powoła. To już większy sens miałoby zaproszenie dla Michała Pazdana, bo ten piłkarz nawet w słabej formie przy Gliku potrafił zagrać przyzwoicie.

 

Jest Błaszczykowski, a gdzie Grosicki?

W linii środkowej z dawnych pewniaków Nawałki powołania nie doczekał się jedynie Kamil Grosicki. Z jednej strony decyzja była zasadna, bo w tym sezonie nie gra w Hull City, ale z drugiej strony Jakub Błaszczykowski jest w podobnej sytuacji, a powołanie otrzymał. Nie ma jednak powodu by mieć do Brzęczka pretensje o nepotyzm, choć wiadomo że jest wujkiem Błaszczykowskiego, bo temu piłkarzowi należy się godna rekompensata za poniżenie jakiego doświadczył od Nawałki na mundialu, zwłaszcza w ostatnim meczu z Japonią. Nie zmienia to jednak faktu, że w środkowej linii tylko odradzający się w Lokomotiwie Moskwa Grzegorz Krychowiak i prezentujący rewelacyjną formę w Napoli Piotr Zieliński nie przyjadą na zgrupowanie na kredyt.

Reszta, w tym zbierający dobre recenzje w II-ligowym Leeds United Mateusz Klich, nie gwarantuje wysokiej jakości i każde zestawienie tej formacji będzie ryzykownym eksperymentem. Na głębsze wnioski będziemy mogli sobie jednak pozwolić dopiero po meczu z Włochami. W pierwszym spotkaniu w Lidze Narodów Brzęczek na pewno wystawi najlepszy w jego mniemaniu skład biało-czerwonych, ale dopiero po tym jak zespół zagra przekonamy się, jakim trenerem jest nowy selekcjoner.

 

 

Kadra Polski Włochy i Irlandię

 

Bramkarze:

Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (FC Bologna), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn).

 

Obrońcy:

Kamil Glik (AS Monaco), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Adam Dźwigała (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo).

 

Pomocnicy:

Grzegorz Krychowiak (Lokomotiwe Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria)), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok), Damian Szymański (Wisła Płock), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia).

 

Napastnicy:

Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Arkadiusz Milik (SSC Napoli), Krzysztof Piątek (Genova, Włochy).

Rosjanie ratują Krychowiaka

Szefowie Paris Saint-Germain doszli w końcu do wniosku, że nie sprzedadzą Grzegorza Krychowiaka 26 mln euro, czyli za tyle, za ile dwa lata temu wykupili go z FC Sevilla. I oddali go de facto do Lokomotiwu Moskwa za jedyne 12 mln euro.

 

Formalnie Krychowiak został do Lokomotiwu jedynie wypożyczony na najbliższy sezon. Nasz reprezentacyjny pomocnik finansowo na tym nic nie straci, podobnie jak wcześniej nie stracił na wypożyczeniu do angielskiego West Bromwich Albion. Także w zespole aktualnego mistrza Rosji za rok gry zarobi ponad pięć milionów euro. Sporą część tych pieniędzy dostanie z kasy paryskiego klubu. Ale w zamian menedżerowie Paris Saint-Germain postawili działaczom Lokomotiwu jeden warunek – jeśli Krychowiak rozegra w moskiewskiej drużynie dziesięć meczów, wtedy po zakończeniu okresu wypożyczenia przejdzie do niej na zasadzie transferu definitywnego za 12 milionów euro. Lokomotiw jako mistrz Rosji ma z tego tytułu zagwarantowane miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów. „Piłkarz z takim doświadczeniem powinien pomóc Lokomotiwowi w powrocie do Ligi Mistrzów. Udana transakcja z takim klubem, jak Paris Saint-Germain pokazuje, że kierunek rozwoju, jaki wybraliśmy dwa lata temu jest, słuszny” – oznajmił za pośrednictwem Istagrama prezes moskiewskiego klubu Ilia Gierkus.

Dla Krychowiaka kontrakt z Lokomotiwem może być ostatnią szansą na odbudowę podupadłej w ostatnich dwóch sezonach piłkarskiej marki. Rosyjskie media przyjęły jego transfer przychylnie i nawet uznały za najgłośniejszą transakcję w letnim oknie transferowym. W nowym zespole nie będzie miał zbyt mocnej konkurencji na swojej pozycji, a i od reszty graczy linii środkowej, może za wyjątkiem kapitana drużyny Igora Denisowa, jest lepszy i znacznie bardziej doświadczony na arenie międzynarodowej. Zresztą to właśnie z tego powodu chciał go mieć w zespole trener Jurij Siomin, legenda tego klubu, ale też świetny szkoleniowiec znany z dobrego kontaktu z zawodnikami i umiejętności wydobywania z nich najlepszych cech. Krychowiak pod jego ręką może odzyskać markę czołowego defensywnego pomocnika w Europie.

Kolejnym atutem jest obecność w kadrze Lokomotiwu Macieja Rybusa, który zna klub, rosyjską ligę i język, więc pomoże mu w poznaniu kolegów oraz zwyczajów i hierarchii w szatni. Krychowiak na codzienne życie w Moskwie też nie będzie miał powodów sie uskarżać, podobnie jak na warunki treningowe czy komfort podróżowania na mecze w Rosji i poza jej granicami.
Ten cieplarniany klimat może jednak szybko ulec ochłodzeniu, jeśli na boisku Krychowiak nie spełni pokładanych w nim nadziei. A musi „zaskoczyć” od pierwszego meczu, jeśli oczywiście zamierza spełnić stawiany przez PSG wymóg 10 występów w barwach mistrza Rosji. Ale zanim zostanie poddany weryfikacji w lidze rosyjskiej i Champions League, na razie może cieszyć się z faktu, że już trzeci rok z rzędu jest polskim bohaterem letniego okienka transferowego.

 

Krychowiak w Rosji?

Lokomotiw Moskwa prowadzi zaawansowane rozmowy z Paris Saint Germain dotyczące wypożyczenia Grzegorza Krychowiaka. Ale jak informują francuskie media, Polaka chce także Spartak Moskwa.

 

Reprezentant Polski po udanym dla niego Euro 2016 i wygraniu Ligi Europy z Sevillą trafił do Paris Saint-Germain, ale w paryskim klubie nie przebił się do podstawowego składu i w sezonie 2017/2018 został wypożyczony do angielskiego West Bromwich Albion. Po sezonie Polaka odesłano do PSG, a nowy trener paryskiej drużyny Thomas Tuchel nakazał mu stawić się po mistrzostwach świata na treningach. W mediach pojawiły się jednak doniesienia, że Krychowiaka chce zatrudnić mistrz Rosji Lokomotiw Moskwa (w tym klubie występuje inny reprezentant Polski, Maciej Rybus), a ostatnio konkurencyjna ofertę złożył jego lokalny rywal, Spartak, trzeci zespół rosyjskiej ekstraklasy, którego trenerem jest Włoch Massimo Carrera.

 

Reprezentacja Polski: Koniec rankingowego oszustwa

Po klęsce na mundialu w Rosji pojawiły się głosy, że to koniec tłustych lat w polskim futbolu i teraz czeka nas okres posuchy. To możliwe, bo drużyna Adama Nawałki tak naprawdę nawet w szczytowym okresie nie była zespołem na poziomie czołowej „10” rankingu FIFA. Na mundialu w Rosji to rankingowe oszustwo zostało po prostu obnażone.

 

Po klęsce z Kolumbią z kadrowiczów Nawałki zeszło całkowicie powietrze, niech wybaczą to wyświechtane porównanie – jak z pękniętego balonika. Niestety, przy okazji wypłynęło na zewnątrz trochę skrywanych brudów, bo trzymani od lat w głębokim ukłonie przez propagandowy aparat PZPN dziennikarze głównych mediów musieli zmienić ton i dostosować swoje opinie do oczekiwań swoich odbiorców oraz przełożonych. Stąd ta lawina agresywnej krytyki, której nie byli w stanie powstrzymać ani skuteczny zazwyczaj w takich akcjach prezes PZPN Zbigniew Boniek, ani trener Nawałka, ani nawet Robert Lewandowski.

 

Może i pili, ale co z tego?

Ociekający dotąd lukrem wizerunek reprezentacji jako ekipy złożonej wyłącznie z oddanych swojej pracy stuprocentowych profesjonalistów też legł w gruzach po publikacjach prasowych wywlekających na światło dzienne opowieści o balangach na zgrupowaniach kadry. Kamil Glik nazwał te rewelacje „ohydnym kłamstwem”, ale Boniek mimowolnie jej potwierdził, próbując w swoim stylu zbagatelizować sprawę. „Piłkarze dostali wolne, wypili po trzy piwa, trochę pośpiewali, no i co takiego się złego stało?” – stwierdził. Gdyby nie 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią pewnie przyznano by mu rację i nikogo by te rewelacje nie obeszły, teraz jednak nawet rozsądne argumenty tylko podsycają ogień, zamiast go gasić. Zwycięzców nikt nie sądzi, pokonani nie mają racji. Na zgrupowaniach kadry alkohol był zawsze, o czym prezes Boniek jako były zawodnik i trener doskonale wie. Wiedzę o imprezowych wyskokach kadrowiczów mają też dziennikarze, którym opowiadają o nich na ucho agenci piłkarzy, zaprzyjaźnieni trenerzy albo czasem nawet sami uczestnicy balang.
To są oczywiście opowieści zawsze opatrzone klauzulą „nie do publikacji”, ale gdy takiemu dopuszczonemu do tajemnicy żurnaliście wejdzie się na odcisk, albo gdy jego szef tego zażąda, wtedy chcąc nie chcąc „puszczają farbę”. Z taką sytuacja mamy do czynienia właśnie teraz i niewykluczone, że po meczu z Japonią zapotrzebowanie na wywlekanie ukrywanych dotąd skrzętnie przez PZPN brudów znacznie wzrośnie. I to będzie dopiero prawdziwy koniec wielkiego oszustwa, którego efektem był fałszywy jak sie teraz okazało wizerunek reprezentacji Polski tworzonej przez ambitnych zawodników stale doskonalących swój piłkarski warsztat.

 

Na plecach Lewandowskiego

Chociaż od strony sportowej kadra Nawałki nie osiągnęła żadnego znaczącego sukcesu, bo trudno za taki uznać awans do ćwierćfinału Euro 2016, to dzięki sprytnemu wykorzystaniu niedoskonałości w naliczaniu punktów rankingowych reprezentacja za jego selekcjonerskiej kadencji poszybowała w rankingu FIFA z siódmej dziesiątki do pierwszej. Nie ulega dyskusji, że największe zasługi w tym niesamowitym awansie miał Robert Lewandowski, którego talent eksplodował akurat w tym czasie i którego gole zapewniły naszej drużynie najpierw awans do Euro 2016, a potem do finałów mistrzostw świata w Rosji.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przez ostatnie cztery lata z żelaznego składu kadrowiczów tak naprawdę tylko on piłkarsko szedł w górę, czerpiąc przy tym finansowe korzyści, o jakich inni nasi reprezentacyjni piłkarze mogli tylko pomarzyć i jakich chyba zaczęli mu szczerze zazdrościć. Na ten problem także uwagę opinii publicznej zwrócił Boniek, który w rozmowie z byłym już kadrowiczem, a obecnie próbującym sił w roli dziennikarza TVP Sebastianem Milą powiedział: „Kadra zmieniła się przez ostatnie cztery lata. To są fajni chłopacy, ale wcześniej inny był poziom adrenaliny i myślenia o samym sobie. Sukcesy zmieniły reprezentację. Kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, bo to była wartość dodana. Dzisiaj, muszę to powiedzieć ze smutkiem, niektórym to przeszkadza. Musimy to sobie jednak sami wyjaśnić w grupie”.

 

Uderz w stół, a nożyce…

Nazwisk sternik polskiego futbolu nie podał, ale jakoś tak wyszło, że dzień później, na konferencji prasowej przed meczem z Japonią, do jego zarzutów odniósł się nie kto inny, jak Jakub Błaszczykowski, którego relacje z Lewandowskim są od dawna nie najlepsze i z tego względu mógł stać się „pierwszym podejrzanym”. Błaszczykowski powiedział: „Wiem, że jak nie ma wyników, to wtedy się zaczynają różne problemy, zaczynają się ukazywać nieprawdziwe informacje. A my dzisiaj nie mamy za dużo argumentów, żeby na to odpowiadać. Jestem w kadrze długo i mogę powiedzieć, że w ostatnim czasie atmosfera w niej się nie zmieniła. Jedyne co się ostatnio zmieniło, to wyniki, bo kibice liczyli na nasze zwycięstwa. Nie osiągnęliśmy celów, przyjmujemy krytykę. Nie jest nam z tym łatwo, bo to także nasze marzenia zostały zaprzepaszczone. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że nie podołaliśmy zadaniu, ale każdy z nas też wie, ile poświęcił dla tych marzeń. Takie jest jednak życie. Mecz z Japonią jest bardzo ważny psychologicznie. Musimy w nim pokazać że jesteśmy drużyną, która się nie poddaje. W ostatnich czterech latach dostarczyliśmy kibicom wielu pozytywnych doznań. I ten mecz ma pokazać, że jesteśmy grupą facetów, którzy się nie poddają” – zapewniał Błaszczykowski, który mecz z Japonią zaczął jednak na ławce rezerwowych. Podobnie jak krytykujący wcześniej taktyczne pomysły Nawałki Maciej Rybus czy słabo spisujący się Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Glik i Łukasz Piszczek.

W bramce stanął Łukasz Fabiański, w obronie zagrali Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek i Artur Jędrzejczyk, w pomocy Grzegorz Krychowiak, Jacek Góralski, Kamil Grosicki, Piotr Zieliński i Rafał Kurzawa, a w ataku Robert Lewandowski. W takim ustawieniu nasza reprezentacja zagrała po raz pierwszy. Na żenujących w podejściu do meczu z Polakami Japończyków, którzy w rankingu FIFA są na 55. miejscu, nawet taki eksperymentalny skład okazał się wystarczający. Na 13. w zestawieniu Kolumbię i 33. Senegal biało-czerwoni okazali się za słabi, co oznacza, że ich realna siła plasuje ich dzisiaj w gronie zespołów na poziomie 35-40. miejsca w rankingu. Pod wodzą Nawałki wyżej już raczej nie podskoczą.

 

 

MŚ 2018: To jeszcze nie koniec biało-czerwonych

Nasza reprezentacja przegrała z Senegalem pechowo. W niedzielę z Kolumbią biało-czerwoni zagrają mecz „o wszystko”, co jest już smutną tradycją ich ostatnich popisów na mundialach. Tym razem jednak nie musi się skończyć tak samo jak w 2002 i 2006 roku.

 

Porażka polskiej reprezentacji z Senegalem to bez wątpienia jedna z największych zagadek rosyjskiego mundialu. Właśnie bardziej zagadek, niż niespodzianek czy sensacji. Nie ma bowiem żadnego sensownego wyjaśnienia dla słabego występu zespołu, który w rankingu FIFA klasyfikowany jest przecież w pierwszej dziesiątce. I chyba to jest główną przyczyną głębokiej frustracji Polaków w przededniu „meczu o wszystko” z Kolumbią.

 

Ciężar porażki z Senegalem

Nasi piłkarze, trener Adam Nawałka i działacze PZPN poczuli ten ciężar już chwilę po zakończeniu meczu z Senegalem, gdy obecni na stadionie Spartaka polscy kibice wygwizdali i zwymyślali dziękującym im za doping zawodnikom. To dla „Orłów Nawałki”, od pięciu lat cieszących się bezkrytycznym uwielbieniem kibicowskich mas, bez wątpienia było szokującym doznaniem. Zamiast „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” usłyszeli litanię wykrzykiwanych pod ich adresem pretensji. Zresztą jeszcze w trakcie meczu z trybun słychać było – „Polska grać, k***a mać!”. Dominujące wśród licznie przybyłych do Moskwy polskich kibiców przekonanie o piłkarskiej potędze biało-czerwonych, wyrażane w wykrzykiwanych hasłach w rodzaju: „Puchar jest nasz” czy też „Polska mistrzem świata”, po meczu zamieniło się w nastrój rozgoryczenia i zniechęcenia, który eksplodował złością i pretensjami. Nietrudno sobie wyobrazić co się będzie działo w Polsce, jeśli w niedzielę ekipa Nawałki przegra z Kolumbia i odpadnie z turnieju.

Obecni w stolicy Rosji wysłannicy polskich mediów, zwykle spolegliwi i bezkrytyczni wobec trenera Nawałki i jego wybrańców, widząc frustrację kibiców nie mogli już w swoich relacjach upiększać rzeczywistości. Na reprezentację Polski spadła fala krytyki o rozmiarach niemal zbliżonych do tej, która sześć lat przewaliła się przez kadrę Franciszka Smudy po jej kompromitacji na Euro 2012.  Reakcja Nawałki i piłkarzy była typowa – z miejsca ograniczyli kontakty z mediami, ale ich miejsce przed kamerami zajął prezes PZPN Zbigniew Boniek.

 

Oni to widzą i zapamiętają

Zaprawiony już w takich bojach były piłkarz reprezentacji i jej selekcjoner, mówił na ogół z sensem. „Nie jestem w szoku. Jest mi przykro, bo graliśmy słabo i jeśli tak będziemy grać, to nic tutaj nie zrobimy. Nie ma się jednak, co załamywać. Wszystko jest w naszych rękach. Jeśli wygramy dwa następne mecze, to nikt nam awansu nie zabierze. To oczywiste, że nie tak sobie wszyscy wyobrażaliśmy start w tym mundialu. Trzeba jednak być optymistą i trzeba wierzyć. Płacz teraz nic nie pomoże. A krytycy są od tego, żeby krytykować. Jesteśmy na to przygotowani, a ja powiem dziennikarzom tak – jedźcie z nami równo, im bardziej jedziecie, tym lepiej potem się gra. Doświadczyłem tego też jako piłkarz, więc wiem co mówię” – powiedział sternik polskiej piłki. Zaraz jednak wygłosił pod adresem żurnalistów żartobliwe ostrzeżenie, które zabrzmiało jednak jak groźba karalna: „Krytykujcie ile chcecie, tylko pamiętajcie, że my to widzimy i zapamiętamy”.

Stare przysłowie mówi jednak – na pochyłe drzewo i koza wskoczy. Tłamszeni przez propagandowy aparat PZPN dziennikarza, a w każdym razie znaczna ich część, dali folgę uczuciom i rzeczywiście „pojechali” z kadrowiczami bez trzymanki.

 

Nawałka pod ostrzałem

Wszelkie zarzuty pod adresem naszych reprezentantów były jednak na ogół chybione. Do słabego występu przeciwko Senegalczykom na pewno nie przyczyniła się ich nadmierna aktywność w reklamach, bo nie nagrywali ich przecież w trakcie zgrupowań w Juracie i Arłamowie. Nieprawdą jest też, że Thiago Cionek skompromitował się swoim występem. Gdyby nie fatalna w skutkach próba zablokowania strzału zakończona samobójem, po meczu jego statystyki byłyby takie same, jak w wielu poprzednich występach w kadrze. On zagrał na tyle, na ile potrafi, a kwestią sporna jest to, czy w ogóle powinien w tym meczu zagrać. Podobnie jak Arkadiusz Milik, zdecydowanie najgorszy gracz w naszym zespole i w ogóle na boisku.

Do pozostałych naszych piłkarzy trudno mieć jakieś poważniejsze pretensje. Po prostu mecz z Senegalem im nie wyszedł, ale winę za to ponosi wyłącznie trener Adam Nawałka, chociaż nawet do niego tak na dobrą sprawę też nie bardzo jest się o co przyczepić. Chyba każdy z nas układając przed mundialem w myślach wyjściową jedenastkę Nawałki, wypisywał na poszczególnych pozycjach nazwiska tych piłkarzy, na których we wtorek postawił selekcjoner. Szczęsny – Piszczek, Glik, Pazdan, Rybus – Błaszczykowski, Krychowiak, Zieliński, Grosicki – Milik, Lewandowski. Przez kontuzję w tym zestawie nazwisk zabrakło Glika, ale reszta to bezdyskusyjnie nasi najlepsi w powszechnym mniemaniu gracze. Jeśli Nawałka coś zawalił, to chyba tylko to, że od zakończenia eliminacji w żadnym z sześciu spotkaniach towarzyskich nie zagrał choćby w zbliżonym do powyższego ustawieniu.

No to kiedy mieli się zgrać, dopracować zagrania, wyćwiczyć nowe schematy gry i zmodyfikować już wyuczone? Gdyby nie dwa głupie błędy wygraliby z Senegalem 1:0. Jak będzie w niedzielę z Kolumbią?

Dali radę bez Glika

Towarzyski mecz z Chile (2:2) miał przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie, jak nasza reprezentacja poradzi sobie bez Kamila Glika. Tymczasem dowiódł, że to nie absencja stopera AS Monaco jest największym problemem.

 

Przed meczem z Chile kibice zastanawiali się jak nasza reprezentacja poradzi sobie bez Kamila Glika. Trener Adam Nawałka miał do wyboru kilka personalnych konfiguracji przy obsadzie środka defensywy, ostatecznie jednak postanowił sprawdzić zbierającego ostatnio pozytywne opinie Jana Bednarka. Stoper Southampton dopiero na finiszu rozgrywek Premier League wskoczył do składu „Świętych”, ale w debiucie zdobył bramkę, i to w meczu z nie byle jakim przeciwnikiem, tylko z Chelsea Londyn, czym tak zaimponował trenerowi Markowi Hughes’ow, że ten wystawiał później młodego Polaka już do końca sezonu. Bednarek zwrócił na siebie uwagę także trenera Nawałki, który powołał go do szerokiej kadry na mundial.

 

Bednarek dał radę, a Pazdan nie

W Juracie i Arłamowie selekcjoner przekonał się, że ten waleczny i pewny siebie 22-letni piłkarz może być idealnym partnerem dla Kamila Glika. Niestety, pechowa kontuzja tego kluczowego gracza zniweczyła ten plan i Bednarek nagle zaczął być rozpatrywany nie jako uzupełnienie formacji obronnej biało-czerwonych, lecz jako jej fundament. W meczu z Chile było to aż nadto widoczne – to nie Michał Pazdan był ostoją naszej formacji defensywnej, tylko właśnie Bednarek, który zagrał o klasę lepiej od stopera Legii.

I teraz selekcjoner ma de facto nowy kłopot, bo musi dobrać Bednarkowi odpowiedniego partnera. Być może będzie to Pazdan, co warto byłoby sprawdzić w kolejnym spotkaniu towarzyskim z Litwą, a być może Thiago Cionek, Marcin Kamiński lub Artur Jędrzejczyk, bo tylko tych graczy Nawałka ma w tej chwili do dyspozycji. Niewyjaśniona jest wciąż kwestia udziału Kamila Glika, bo odkąd wyjechał do Francji każdego dnia docierają stamtąd coraz bardziej optymistyczne wieści. Lecz jeśli ostatecznie się okaże, że lekarz polskiej kadry Jacek Jaroszewski podał prawidłową diagnozę urazu i właściwie ocenił szanse wyjazdu Glika na mundial jako zerowe, to po meczu z Chile możemy być spokojni – Bednarek jest w stanie godnie go zastąpić na środku linii obronnej naszej reprezentacji.

 

Odrodzenie Błaszczykowskiego

Kolejnym plusem sparingu z Chile był udany występ Jakuba Błaszczykowskiego. Jego perypetie zdrowotne są dobrze znane. Z powodu kontuzji oraz uporczywego bólu pleców stracił praktycznie cały sezon i w zasadzie w ogóle nie powinien otrzymać powołania nawet do szerokiej kadry. Ale Błaszczykowski jest ważną postacią naszej kadry i nikt nie zgłaszał pretensji do Nawałki, że odesłał do domu strzelającego wiosną w lidze duńskiej gole Kamila Wilczka czy robiących furorę w naszej ekstraklasie Przemysława Frankowskiego z Jagiellonii i Sebastiana Szymańskiego z Legii, a zostawił 33-letniego zawodnika w trudnej do określenia formie fizycznej. W Poznaniu jednak Błaszczykowski bez większego problemu wytrzymał trudy meczu i potwierdził, że jest pod względem fizycznym gotowy do gry w mistrzostwach świata. Grał mądrze, zadziornie, zwłaszcza do przerwy, gdy miał za plecami dobrze mu znanego z lat wspólnej gry w Borussii Dortmund Łukasza Piszczka. Jeśli nic złego się temu doświadczonemu zawodnikowi nie stanie, na mundialu w Rosji może znowu być mocnym punktem naszej reprezentacji.

 

Lewandowski, Zieliński, Krychowiak

W spotkaniu z Chile trener Nawałka nie zaskoczył wyjściowym składem. Na prawej flance mieliśmy wspomniany duet Piszczek – Błaszczykowski, a na lewej też sprawdzony tandem Maciej Rybus – Kamil Grosicki. Ta dwójka nie zachwyciła, chociaż to po akcji Grosickiego Piotr Zieliński zdobył druga bramkę. Trudno jednak wyobrazić sobie inny personalny wariant na tej pozycji, bo Bartosz Bereszyński jednak lepiej sobie radzi na prawej obronie, podobnie jak Artur Jędrzejczyk, ale oni dostana szansę pokazania się pewnie w spotkaniu z Litwą.

Możemy być natomiast zadowoleni z formy graczy środka pola, zwłaszcza Grzegorza Krychowiaka. Niewiele gorzej od niego spisał się partnerujący mu w roli defensywnego pomocnika Karol Linetty, ale obu przyćmił Piotr Zieliński, zaś wszystkich pospołu kapitan naszego zespołu Robert Lewandowski. Największą niespodzianką był jednak trwający niewiele ponad kwadrans występ Łukasza Teodorczyka. Napastnik Anderlechtu Bruksela zmienił Lewandowskiego i zdążył popisać się kilkoma naprawdę znakomitymi zagraniami. W takiej formie żal tego piłkarza trzymać na ławie.

 

Polska – Chile 2:2

Gole: Robert Lewandowski (30), Piotr Zieliński (34) – Diego Valdes (38), Miiko Albornoz (56).
Polska: Wojciech Szczęsny (46. Łukasz Fabiański) – Łukasz Piszczek (46. Thiago Cionek), Jan Bednarek, Michał Pazdan, Maciej Rybus (82. Bartosz Bereszyński) – Jakub Błaszczykowski, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty (46. Arkadiusz Milik), Piotr Zieliński, Kamil Grosicki (67. Jacek Góralski) – Robert Lewandowski (74. Łukasz Teodorczyk).
Chile: Gabriel Arias – Paulo Diaz (87. Francisco Sierralta), Enzo Roco, Guillermo Maripan, Sebastian Vegas (35. Miiko Albornoz) – Angelo Sagal (82. Jose Bizama), Jimmy Martinez (68. Angelo Araos), Lorenzo Reyes, Diego Valdes, Junior Fernandes – Nicolas Castillo (87. Cristian Cuevas).
Żółte kartki: Vegas, Araos.
Sędziował: Paolo Mazzoleni (Włochy).
Widzów: 41 216.