Kto odmieni oblicze

gościnnego, środowego salonu prof. Magdaleny Środy w „Gazecie Wyborczej” (12.09.2018) i sprawi, że na wyfroterowany parkiet dopuszczeni zostaną ciągle pomijani? Nie tylko u tej autorki, i w tym tytule.

 

Z poważnym oglądem sceny politycznej jest podobnie jak z nauką, która zdobywa prawdy niebanalne, do których trudno dotrzeć, ale zarazem interesujące, także użyteczne praktycznie. Sięga do głębszych poziomów rzeczywistości opisując istotne czynniki przemian, pomijając drugorzędne, nieodgrywające istotnej roli. Przynajmniej tak być powinno, ale zbyt często dominuje przekonanie, że na polityce, zdrowiu i czymś tam jeszcze, wszyscy się znają. A czym bardziej postać utytułowana i popularna, tym bardziej w tej pierwszej materii kompetentna.

 

O drobnych zmianach

na naszej scenie politycznej, które jednak cieszą, pisze prof. Środa:„ Barbara Nowacka weszła w związek (partnerski?) z Platformą Obywatelską i od razu formacja ta nabrała kolorów… Platforma, przynajmniej wizerunkowo, zacznie wstawać z kolan…” Niewątpliwie dzięki Nowackiej także „Grzegorz Schetyna na konwencji zaczął mówić jak nowoczesny polityk i to nie tylko dlatego, że korzystał z promptera”. Idą więc wielkie zmiany w PO, a pijarowcy napisali bossowi bardziej przystający do rzeczywistości tekst, co zresztą nie przeistacza w żadnym stopniu położenia klęczącej PO, ale jedynie jej wizerunek odmienia dla naiwnych.
„Gdyby Barbara Nowacka i liderka Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer trzymały sztamę, wpuszczając do Koalicji Obywatelskiej świeżość, lewicowość, nowoczesność i kobiecość… to – kto wie? – może zmieniłyby oblicze ziemi, tej ziemi”, Przypominając, że szeregi Platformy zasilali w swoim czasie czołowi politycy SLD, co nie przełożyło się na program i działalność tej partii, podejrzewam, że rozczaruje się Pani Profesor.
„Oblicze ziemi zamierza zmieniać również Robert Biedroń. Nie jestem w stanie zrozumieć jego krytyków” – pisze dalej M. Środa, gdyż „ ma energię, inicjatywę, urok, jest pracowity, a przede wszystkim lubi ludzi”. Ależ to zupełnie proste Pani Profesor, bowiem ważniejszy jest tu program Biedronia, nie tylko daleki ale i bardzo krytyczny wobec PO, która go serdecznie nie znosi, podobnie jak wszyscy pozostali liberałowie.
„Zapewne Inicjatywa Polska Nowackiej nigdy nie stanie się już niezależną partią” i to jest jedyna celna obserwacja tego tekstu, która i tak nie koniecznie stanie się faktem, bowiem mogą jednak nie wystarczyć dobre miejsca na listach wyborczych do samorządów, aby przytłumić lewicowe wartości młodych z IP.
Autorka, z racji stałych komentarzy na łamach „GW”, jest niewątpliwie bacznym obserwatorem sceny politycznej i stąd, aż dziw bierze, że wśród wymienianych zmian, które cieszą, nie dostrzegła konwencji SLD, w czasie której jej lider, nie z promptera, określił dwie niezależne siły i drogi dążące do odsunięcia PiS, co nota bene uważa za słuszne jedyny chyba wśród liberałów, Piotr Beniuszys („GW” z 4.09.2018).Oświadczył nadto Czarzasty, że nie ma wroga ani na lewicy, ale też wśród opozycji, zadeklarował wsparcie ruchu Roberta Biedronia oraz przedstawił lewicowe, socjaldemokratyczne wartości kreujące wizję państwa dla wszystkich.
A o Lewicy, wg Pani Profesor, jest nadal w dobrym tonie mówić tyle, co kot napłakał, czyli ile procent wyborców chce głosować na Inicjatywę Polska. I w ten sposób zmieniać oblicze, nie wspólnej, a tylko wyimaginowanej, swojej ziemi.

 

Natomiast Barbara Nowacka

na tytułowej stronie („GW”, 15-16.09.2018) wzywa: „Chcecie wygrać z PiS? Na lewo patrz!”. Ten bardzo obszerny wywiad z liderką Inicjatywy Polska wywołuje nadzwyczaj mieszane opinie. Niewątpliwie szereg wypowiedzi zasługuje na wnikliwą uwagę. A jednocześnie treść rozmowy, zaprzecza tytułowemu hasłu, bowiem zdaniem Nowackiej, nie da się aktualnie zbudować jednolitego frontu lewicy, a z partią Razem nigdy. „Oni [wyborcy – Z.T.) chcą realizacji programu i odsunięcia od władzy PiS, a nie kłótni o zawartości lewicowości w lewicowości”. Czyli na lewo patrz, to Platforma Obywatelska, albo jej lewicowe cząstki w postaci IP?
W tej wypowiedzi, łącznie z decyzją o przystąpieniu do Komitetu Obywatelskiego, kryją się przedziwne sprzeczności. Nowacka wypomina SLD „moc szyldu partyjnego” i różne poczynania, które traktuje jako bariery wspólnego działania, ale żadne z nich – podkreślam, żadne z nich – nie były nie do pokonania, i nie są warte aliansu z Platformą, której bezlitosnym krytykiem była do niedawna. Usprawiedliwia ten krok mówiąc: „Chcę postępowy program Inicjatywy wprowadzić do realnego życia ludzi. Oczywiście kompromisy nie są super-przyjemne i komfortowe, ego doskwiera, ale to polityka. Nie nastawiam się na przyjemność, chcę być skuteczna”. Z uwagi na zbieżność programu IP i SLD argument kuleje, a brak kompromisu z liczącym się na lewicy partnerem jednak zadziwia.
Okazuje się nadto, że Barbara Nowacka nie porozumiała się także z Robertem Biedroniem, z którym założyła fundację Instytut Myśli Demokratycznej, „Bo umawialiśmy się na nieco inny projekt. Na współpracę, a po powołaniu fundacji wszystko zostało dość szybko przesterowane na Roberta… Robert znalazł inną drogę do realizacji swojego celu”. Nie wróży mu zresztą sukcesu, bo: „Oczywiście wyobrażam sobie, że Robert przyciągnie Razem, ale gdy pojawi się tam też Czarzasty, Zandberg wybiegnie. Lub Biedroń nie wpuści na swoje listy zasłużonych działaczy SLD. Ja to nawet rozumiem”.
Z tym doskwierającym w polityce ego jest rzeczywiście kłopot ale porzucanie własnego logo pomysłem najlepszym zapewne też nie jest.

 

Na odmianę

Michał Sutowski – publicysta „Krytyki Politycznej” – szukający dróg odsunięcia PiS twierdzi, że „lewica polityczna powinna dziś uznać, że przeszłość oddzielamy grubą kreską. To znaczy: bierzmy odpowiedzialność za teraz i jutro, a nie za wczoraj. Wszystkich tych wyborców nie-PiS, którzy nie czują się przegranymi transformacji (a jest ich w tej grupie większość), nie należy zmuszać do przepraszania za porażki i sukcesy Balcerowicza”. Natomiast drugi ruch jest po stronie oświeconych liberałów, względnie obozu III RP. Muszą oni przyjąć do wiadomości prosty fakt, że kwestie nierówności, sprawiedliwego państwa i losu wykluczonych to nie pała do bicia po głowie Unii Wolności [raczej wszystkich solidarnościowych rządów, a na końcu Platformy Obywatelskiej – Z.T.], pożyteczny idiotyzm wobec PiS ani hipsterski socjalizm. To wyraz rosnących aspiracji różnych klas i środowisk, które połączyć może formuła: „Rzecz nie w tym, kto miał rację wtedy, ale w którym miejscu Polska jest dziś i jakiej Polski chcemy jutro”. I jeszcze: „wezwanie do wyrzeczenia się tych aspiracji zaraz po obaleniu PiS to plan wyborczego samobójstwa”.
Proponowana formuła solidaryzmu dobra była (i oby nigdy więcej) na lata śmiertelnego narodowego zagrożenia, a nie na czasy – nawet tak parszywe jak dziś – toczącego się politycznego sporu, w którym racje rozłożone są po wielu, a nie tylko po dwóch stronach. Akceptacja państwa opiekuńczego w Polsce – tak dla przypomnienia to przede wszystkim „wynalazek” i osiągnięcie socjaldemokracji, czyli lewicy – jest przez liberałów zbliżona do zera, bowiem zmusiła by ich do tego tylko groźba nowej, bolszewickiej rewolucji. Mieli zresztą okazję przez wiele lat swoich rządów, zaprzeczając wcześniejszym szumnym deklaracjom, zbudować ten kraj bardziej sprawiedliwie i mądrzej.
Nie jest też prawdą stwierdzenie o „rosnących aspiracji różnych klas i środowisk”, gdyż nawet minimalne oczekiwania od początku III RP nie były spełniane, a jawna niesprawiedliwość zamiatana pod dywan. Tak więc powyższy projekt wart jest tyle samo, co niedawny pomysł Rafała Wosia o sojuszu PiS – lewica.
Roszczenia polskiej lewicy, w tym także SLD, nie sprowadzają się jedynie do łaskawego podzielenia się kawałkiem tortu, a idą o wiele dalej, postulując odpowiedzialną politykę historyczną, państwo świeckie, trwałe członkostwo w Unii Europejskiej, przestrzeganie konstytucji, praworządność, społeczeństwo obywatelskie (w tym samorządy), prawa kobiet i prawa wolnościowe. A to już stanowczo za dużo nawet dla oświeconych liberałów, którymi mieni się także PO.
Dla wyjaśnienia dodam jeszcze, że współrządzące socjaldemokracja i chadecja, konkurując ale i wyrażając szacunek dla partnera, znajdują consensus w imię interesów wspólnego niemieckiego państwa, natomiast u nas ktoś ciągle chce ukraść Polskę dla siebie.

 

Ten stan rzeczy,

wyrażał się od samego początku III RP traktowaniem lewicy jako postkomunistów, których jedynym celem jest powrót do czasów PRL-u, bądź własne urządzenie się. Warto tu przypomnieć jakże charakterystyczną wypowiedź ówczesnego prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza, który już 19 września 1995 roku napisał: „Wiem dobrze, że zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego [w wyborach na prezydenta RP – Z.T.] przekreśla w praktyce perspektywę szybkiego przyjęcia do NATO. (…) Nie będzie wspierać wartości rodzinnych obóz polityczny, który nie chce uznać, że wartości moralne są podstawowym kośćcem społeczeństw, że chrześcijańska tożsamość narodu jest na dłuższą metę jedyną gwarancją jego przetrwania”. Można by zapewne znaleźć podobną opinię kolejnego oświeconego liberała na temat Leszka Millera, który nie gwarantował wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. A jeszcze wcześniej był Józef Oleksy rosyjskim szpiegiem Olinem, a dużo później do nieprawdopodobnych granic rozdmuchano tzw. Aferę Rywina. Dlatego zapewne, w myśl oświeconych liberałów, SLD wolno było mniej w demokratycznym porządku III RP.
W najnowszym wywiadzie dla OKO.press mówił Włodzimierz Czarzasty: „Czytam takie artykuły: „Musi się pojawić siła, która będzie miała osiem, dziesięć procent na lewicy, która zintegruje pozostałych”. Chciałem powiedzieć, że jest taka siła. Ona się nazywa Sojusz Lewicy Demokratycznej. Tylko ja jestem nieestetyczny, bo ja jestem postkomunistą.”
Kiedy wreszcie nastanie normalność, aby rzeczywiście zmienić oblicze ziemi, tej ziemi???

Prosta historia prostaka

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.

 

Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.

Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.

Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali.

Przegrali na własne życzenie i z samymi sobą. PRL – w ich mniemaniu najbardziej gorszące wcielenie egalitaryzmu – umożliwił im wszak awans, miejsce w przedsionku elity intelektualnej. Kiedy jednak się wśród niej znaleźli, woleli uczepić się fetysza „wolności” zamiast elementarnego etosu. Gdyby się go trzymali, dziś mieliby elementarne prawo żywić pretensje do świata. Sto lat temu intelektualiści poczuwali się do misji kształtowania historii – po 1989 r. wystarczył im tylko dryf z jej nurtem. Część z nich na wyzwolonym przez siebie „boomie edukacyjnym” wyrosła niby pączki na maśle, choć w ten sposób sami przyczynili się do społecznej i moralnej degradacji warstwy inteligenckiej i sami sformowali forpocztę „wtórnej prymitywizacji”.

A niech mnie, przecież to autentycznie prostaki! Zasiali wiatr, współuczestniczyli we wznoszeniu fali najszybszych pieniędzy, najwyższych zysków, najniższych płac, najgorszych gustów, najpłytszych pozorów – a teraz zbierają burzę, teraz ta fala stacza się topiąc ich w pianie, którą PiS bije od co najmniej trzech lat… I oni naprawdę tego nie widzą! Idioci? Ten „atak plebsu”, przed którym tak się muszą bronić jest chyba ich własnym wstydem – przedmiotem rozpaczliwego wyparcia.

Wbrew bredniom wypisywanym przez prof. Hartmana, egalitaryzm nie polega na tym, że wszyscy rozkoszują się jego pismami, sami uzyskują profesurę, a potem pewnie zasuwają w kółko recytując Goethego lub tocząc spór o uniwersalia. Ale z pewnością polega m.in. na tym, że „wysublimowani” czują się współodpowiedzialni za rzeczywistość, którą dzielą z „prostym człowiekiem”. Coś, czego Hartman wręcz chwali się, że nie rozumie! Bardzo chciałbym – bardzo proszę! – by zrozumienie tego rozważyli ci, którzy mają się za inteligentów, którzy palą się do świętej wojny o „wolne sądy” – swoją własną ostoję – ale nie mają zielonego pojęcia, dlaczego ludzie chętnie posłaliby ich do diabła. Idealiści to z pewnością nie ci, którzy mają się za idealnych.

Kongres żenady

Kongres Kobiet usiłował w tym roku przekonać, że naprawdę występuje w obronie wszystkich kobiet, także ubogich pracownic i prekariuszek. Skończyło się żenującą kompromitacją, kiedy wyszły na jaw warunki pracy ochroniarek pracujących podczas wydarzenia. Kolejnymi wypowiedziami w tej sprawie organizatorki tylko bardziej się pogrążały.

 

Przypomnijmy: jak poinformowała Maria Świetlik w artykule opublikowanym w serwisie gazeta.pl, ochroniarki pracujące podczas Kongresu Kobiet musiały stać na baczność przez kilkanaście godzin, nie mogąc ani na chwilę odpocząć na stojących obok krzesłach, nie miały również przerwy na posiłek czy skorzystanie z toalety. – Nie zbudujemy społeczeństwa prawdziwej wolności, jeśli nie będziemy jej zapewniać w relacjach pracy – podsumowała działaczka. Odpowiedź, jaką pod jej adresem sformułowała Magdalena Środa, była kuriozalna: zdaniem jednej z twarzy liberalnego feminizmu nic się w gruncie rzeczy nie stało, bo organizatorki kongresu też nie miały gdzie i kiedy usiąść, a ponadto to nie one, lecz pracodawcy ochroniarek podyktowali ich warunki pracy.

Kilka dni później ta argumentacja posypała się ostatecznie, gdy ochroniarki ujawniły, iż to organizatorka Kongresu Kobiet osobiście żądała od nich stania na baczność. – Organizatorka przekazała nam, że mamy stać na baczność i nie ruszać się z miejsca, nie wyraziła zgody na przerwy na jedzenie czy picie lub skorzystanie z toalety. Jeśli zrobiłyśmy choćby jeden krok, organizatorka po prostu wrzeszczała na nas, mówiąc „głąby”, „idiotki”. W ten sam pogardliwy sposób odnosiła się również do przebywających podczas Kongresu wystawców, do zespołu muzycznego i teatralnego. Wszyscy czuliśmy się tam jak niewolnicy – powiedziała jednak z kobiet. Na skandaliczne fakty Magdalena Środa zareagowała histerycznie. – „Nowa lewica” pod sztandarami bolszewickiej Inicjatywy Pracowniczej, dziennikarza Sroczyńskiego, Marii Świetlik (rozpętała piekło będąc na zwolnieniu zdrowotnym i uciekła na nie, by nie odpowiadać na pytanie, kto był insynuatorem tej zadymy) i anonimowego w napastliwych i kłamliwych tekstach „Codziennika Feministycznego” – rozciągnęła wojsko. Jest wreszcie wróg, nad którym można mieć łatwe zwycięstwo, można weń walić ile wlezie przy blasku fleszy, hejtować bez ograniczeń, bo rzeczywiście nic tak nie zagraża prawom kobiet, prawom człowieka, prawom pracowniczym i rozwojowi Nowej Lewicy jak Kongres Kobiet! – napisała Środa na Facebooku.

Z lepszej strony chciała się pokazać Dorota Warakomska, prezeska stowarzyszenia Kongres Kobiet. Goszcząc u Grzegorza Sroczyńskiego w audycji „Świat się chwieje” zapewniła, że jej organizacja wyraża ubolewanie „w związku z dyskusją wokół Kongresu Kobiet i sytuacją, w jakiej znajdują się pracownice firm ochroniarskich w ogóle”. Przekonywała także, że w przyszłości organizatorki bardziej zainteresują się tym, w jakich warunkach pracują osoby obsługujące feministyczne zjazdy. Jednak słowa te nie zabrzmiały szczególnie wiarygodnie w świetle innych wypowiedzi Warakomskiej. Organizatorka zjazdu oświadczyła, iż zarzuty ochroniarek nie potwierdziły się mimo przeprowadzenia wielu rozmów „z wszystkimi możliwymi osobami”.

Na pytanie Sroczyńskiego, czy Warakomska rozmawiała z samymi ochroniarkami, ta odpowiedziała przecząco. Przekonywała, że partnerami do takiej rozmowy byli dla niej… ich szefowie, kierownictwo zatrudniającej je firmy. Sugestie, iż w podobnej sytuacji należy dać wiarę relacji pokrzywdzonego pracownika, wręcz ją oburzyły. Zdobyła się najwyżej na stwierdzenie, że przeprasza osoby, które się „źle poczuły”.

Warakomska nie omieszkała za to dodać, że organizatorka Kongresu, której ochroniarki we wcześniejszej audycji Sroczyńskiego zarzuciły złe traktowanie, czuje się nękana przez pracownice i być może poda je do sądu.

Cała historia ostatecznie pokazuje, że jeśli jest w Polsce jakiś kobiecy kongres, na którym realnie występuje się w obronie pracownic, prekariuszek, lokatorek, kobiet nieuprzywilejowanych i wykluczonych, to była nim nie głośno reklamowana impreza w Łodzi, a Socjalny Kongres Kobiet, jaki odbył się w marcu w Poznaniu.