Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.

Ludzie, za co my płacimy?

Pan poseł PiS Konrad Głębocki zamienił poselski mandat na posadę JE Ambasadora RP. Zanim wyjechał na placówkę złamał polskie prawo 175 razy.

 

Tyle razy głosował w Sejmie RP chociaż nie sprawował już wtedy mandatu poselskiego.

Głosował, bo pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poinformował go, że nie wolno mu głosować. Czyli pan Marszałek Kuchciński dopuścił do łamania prawa.
Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poczuwa się do winy. Bo nie dostał info z Kancelarii pana prezydenta Andrzeja Dudy, że pan poseł nie jest już posłem, bo jest już Ekscelencją Ambasadorem RP.

A i sam pan poseł nie pochwalił się panu Marszałkowi, że jest już Ekscelencją. Może nie dotarło to do jego świadomości? Albo nie mógł uwierzyć, że tak mu się przyfarciło.
Kancelaria pana prezydenta Andrzeja Dudy też nie poczuwa się do łamania prawa przez Ekscelencję Głębockiego, sto siedemdziesiąt pięć razy udającą pana posła Głębockiego. Oszukująca tyle razy konstytucyjny organ władzy. Bo Kancelaria uważa, że informowanie o tym to nie jej broszka. To zadanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych uważa, że to rola Kancelarii pana prezydenta. Poza tym ważność mandatów posłów to domena Kancelarii Sejmu RP.

Pan premier Mateusz Morawiecki nie bronił swego podwładnego, czyli ministra spraw zagranicznych, ani swojego sejmowego szefa pana Marszałka, bo ma znacznie ważniejsze zajęcia.

Ostatnio biegał po Parlamencie Europejskim, zaczepiał europarlamentarzystów i podtykał im pod oczy fotografię czwórki mieszanej. Zaczepiani zwykle odwracali się od zdjęcia i pana premiera z najwyższym obrzydzeniem.

Nie dlatego, że uchwycone tam postacie były rozebrane lub wyuzdane. Cała czwórka, trzech panów i jedna pani, byli ubrani od stóp do głów.

Zdjęcie przedstawiało byłego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w towarzystwie dwójki młodzieńców i jednej młodej kobiety.

Jednym z młodzieńców jest niewątpliwie Aleksander Kwaśniewski, do czego przyznał się od razu, ale tym razem nie chodziło o niego. Chodziło o kobietę.

Ową młodą kobietą miała być obecna prezes Krajowej Rady Sądownictwa Małgorzata Gersdorf, choć jest do niej na zdjęciu niepodobna. Ale zdjęcie zostało zrobione 38 lat temu. Każdy w ciągu 38 lat może się zmienić.

Pod każdym względem.

I owo zdjęcie, jak uzasadniał pan premier Morawiecki, miało być koronnym dowodem na to, że pani prezes Gersdorf jest zakamuflowaną komunistyczną zbrodniarką, bo przecież jawnie fotografowała się z byłym pierwszym sekretarzem KC PZPR.

I samo już takie zdjęcie jest wystarczającym powodem do jej usunięcia z KRS, a przy okazji, do łamania Konstytucji RP.

Problem polega na tym, że tamta pani ze zdjęcia nie jest Małgorzatą Gersdorf, co potwierdził prezydent Aleksander Kwaśniewski. Co też oznacza, że służby specjalne pana premiera, które go w to dowodowe zdjęcie wyposażyły wykazały się totalną głupotą.

Ale zamiarem prowokacji, chęcią zrobienia z pana premiera Morawieckiego totalnego idioty.

Głupotą wykazał się też pan premier Morawiecki, który zachowuje się jak mały donosiciel. Traci czas na donosy, sztucznie hoduje „komunistów” na zdjęciach, kiedy prawdziwi polscy hodowcy świń, owoców i warzyw dostają w plecy, bo nie ma komu dopilnować pracy pana ministra rolnictwa.

Argumentacja pana premiera Morawieckiego też jest głupia, skoro jego władca – pan sułtan Jarosław Kaczyński – określił Edwarda Gierka jako „patriotę”, który „chciał siły Polski”.
Zatem każde zdjęcie z Edwardem Gierkiem można uznać za zdjęcie z polskim patriotą.

No chyba, że wtedy, w 2010 roku, w czasie kampanii wyborczej, pan Jarosław Kaczyński kłamał jak bura suka. Ale tak przecież pan premier Morawiecki nie myśli?

Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński uważa, że te 175 bezprawne głosowania pana nieposła Głębockiego nie miały żadnego znaczenia, bo nie decydowały o wyniku tych głosowań. Czym potwierdził, że każde inne indywidualne głosowania poselskie nie mają w kierowanym przez niego Sejmie znaczenia.

Czemu zatem dalej karze każdego posła za nieusprawiedliwione nieobecności podczas głosowań?

Niedawno pan marszałek Kuchciński zwołał Zgromadzenie Narodowe, czyli wspólne posiedzenie Sejmu i Senatu, aby uczcić 550-leci polskiego parlamentaryzmu. Trwało ono aż 38 minut.
Po zbilansowania kosztów tego nadzwyczajnego posiedzenie okazało się, że jedna minuta tego niepotrzebnego posiedzenia kosztowała 28 tysięcy złotych.

Za nieróbstwo, niekompetencję i antykomunistyczne fobie pana premiera i innych prominentów PiS płacą wszyscy podatnicy.

Zwłaszcza ci „gorszego sorta”, czyli większość obywateli Polski.

Pamiętajcie o tym w nadchodzących wyborach.

Noch ist Polen

Gdy słuchałem fragmentów wystąpienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe, doznałem dojmującego uczucia wstydu jako polski obywatel, choć przyznam że nie jestem specjalnie wrażliwy na podobne klimaty.

 

Oto bowiem 73 lata po upadku Adolfa Hitlera okazuje się, że Niemcy Zachodnie potrafiły zachować demokrację mimo okresowych, poważnych zagrożeń, podczas gdy Polska, niegdysiejsze ucieleśnienie wolności i demokracji („Za Wolność naszą i waszą”) pogrąża się w bagnie kleronacjonalistycznego totalizmu.
Niestety, podczas pobytu w Karlsruhe prezes Gersdorf zrobiła podobny błąd co jej koleżanka po fachu, Irena Kamińska która publicznie użyła określenia „nadzwyczajna kasta” w stosunku do sędziów, dając tym samym paliwo pisowskiej propagandzie, która eksploatuje ten zwrot w walce z niezawisłością wymiaru sprawiedliwości. Drugi błąd prezes Gersdorf, to deklaracja, w której zamiast na Konstytucji, opiera fakt swojego prezesostwa SN na swoim osobistym mniemaniu. Obie dowiodły niestety, że należą do tego szerokiego kręgu osób z życia publicznego, które nie rozumieją, zapominają lub lekceważą mechanizm współczesnej propagandy, która każde słowo, każdy zwrot i każdą opinię wypowiedzianą n.p. żartem potrafi w mig przerobić w deklarację najbardziej serio i odwrotnie.

 

Noch ist Polen…

Małgorzata Gersdorf stwierdziła, przypuszczalnie w intencji z lekka drwiącej, że zostanie „prezesem Sądu Najwyższego na uchodźstwie”, uruchamiając tym samym mechanizm wykorzystywania tego określenia przeciwko niej. Gdyby pisowscy propagandyści i ich trolle mieli odrobinę poczucia humoru i nieco finezji, a nie jedynie zdolność do najbardziej topornego szyderstwa mogliby to wykorzystać w setkach memów pod ogólnym hasłem „Noch ist Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”) z wykorzystaniem płodnego tworzywa jakim przez dziesięciolecia byli Niemcy jako obiekt humoru, z ich ciężkim poczuciem humoru na czele. Uruchomiła natomiast pisowską propagandę, cały aparat niechęci, resentymentów, stereotypów i nieufności do Niemców, posiłkując się historycznymi doświadczeniami, które choć bardzo już zaprzeszłe i nieaktualne ożywią się w ich wydaniu i zostaną odświeżone pod ogólnie brzmiącymi hasłami: „Niemcy nas biją”, a „kto z Niemcem, ten zdrajca”. Wystarczy tylko uruchomić cały zasób polsko-niemieckich motywów, począwszy od wątku Wandy co (nie)chciała Niemca i zasób tematyczny gotowy. Motyw „Sądu Najwyższego na uchodźstwie” i to w Niemczech, gdy w dramatycznej historii Polacy uchodzili przed władzą Niemców, n.p. do Paryża, jest właśnie przykładem przerobienia żartu na deklarację serio

 

Edgar Morin albo myśleć po francusku

Podobny mechanizm rządzi tym, co zrobiono z głośnym już tweetem Rafała Trzaskowskiego. W odróżnieniu od „niemieckości”, która ma w Polsce starą historycznie konotację negatywną, „francuskość” miała przez stulecia niezłą prasę. Co prawda znany zwrot z mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” („Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi/ A co Francuz wymyśli, to Polak polubi”) był ironicznym refleksem motywu sarmackiej, swojskiej niechęci do francuskiej cudzoziemszczyzny, która znalazła odbicie w literaturze. W „Powrocie posła” Jana Ursyna Niemcewicza czy w „Listopadzie” Henryka Rzewuskiego przybywający z Paryża kuzyni czy dawni swojacy są traktowani jako obcy, nasyceni trującymi niemal tamtejszymi miazmatami niedowiarstwa, doktrynerstwa, farmazoństwa i tym podobnych grzechów, ale faktem jest, że od schyłku XVIII wieku, przez cały wiek XIX i sporą część wieku XX, Francja tworzyła dla Polski pozytywnie odniesienie jako kraj wolności i schronienia dla uciekinierów oraz emigrantów. Jeszcze w PRL, do okresu gierkowskiego włącznie, kultura francuska, jako jedyna kultura z kręgu krajów kapitalistycznych, była powszechnie obecna w radiu, telewizji, prasie, edytorstwie i na ekranach kin jako jedyna, w zasadzie, równouprawniona z kulturą polską. Za rządów PiS jest dokładnie odwrotnie. Odrobinę, jak się wydaje, minoderyjny i brzmiący w sposób cokolwiek egzaltowany wpis Rafała Trzaskowskiego, którego treść osnuta jest wokół jego niegdysiejszego zetknięcia się z wybitnym francuskim filozofem, obecnie 97-letnim Edgarem Morin, postacią dziś już raczej „mitologiczną”, niż należącą do francuskiej aktualności, zwalił na głowę kandydata na prezydenta Warszawy istną lawinę hejtu i szyderstwa. W internecie krążą scenki, w których parodiowany jest on jako profrancuski, nieznośny snob z kieliszkiem francuskiego wina w dłoni deklarujący z wibrującym, francuskim „r” w wymowie, że „warrrrto czytać Edgarrr Morrin” (mohę). PiS wykorzystał gen starej ludowej niechęć do elitaryzmu i „wykwintności”, „ciarachów”, tak dowcipnie ujętą choćby przez Wyspiańskiego w „Weselu”. Podczas zeszłotygodniowej sejmowej debaty wokół Sądu najwyższego, jeden z mniej znanych posłów PiS atakował z trybuny Trzaskowskiego za to, że „myśli po francusku zamiast po polsku”. Tym sposobem do fobii antyrosyjskiej i antyniemieckiej PiS dodaje na nowo spreparowaną fobię antyfrancuską.

 

Chora równowaga

Wszystko to byłoby dość zajmujące, a nawet zabawne i moglibyśmy tak godzinami snuć rozmaite – przepraszam za francuskie pochodzenie słowa słowo – asocjacje kulturowe (też przepraszam za słowo), podśmiewając się z ludowej swojskości pisowców, dla których „myślenie po francusku” to nowa, orwellowska („1984”) „myślozbrodnia” i dywagując z francuskim „r” choćby i o poglądach Edgara Morin oraz snując żarty i żarciki, gdyby nie …. gdyby nie to, co stało się w zeszłym tygodniu w Sejmie i pod Sejmem. Kagańcowa ustawa o Sądzie Najwyższym rzeczywiście zmienia ustrój RP i już de iure (przepraszam za nie swojskie, a łacińskie tym razem określenie) radykalnie ogranicza trójpodział władzy (chciałem się powołać na Charlesa de Montesquieu czyli Monteskiusza, ale z przeczulenia wywołanego losem Trzaskowskiego zawahałem się, choć i pisowcy powołują się na tę postać), ujmując rzecz najdelikatniej jak tylko można. Najbardziej radykalni przeciwnicy PiS już od dłuższego czasu używają co prawda określeń „dyktatura” czy „demokratura”, ale nie lekceważąc bynajmniej powagi sytuacji, wypada odnieść się do tych określeń z rezerwą, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie. O pełnokrwistej dyktaturze można bowiem mówić tak naprawdę wtedy, gdy miażdżąca większość danego społeczeństwa popiera, względnie podporządkowuje się dyktatorowi czy grupie dyktatorskiej, czynnie przy tym wypełniając jego wolę, a opozycja czy opór występują w postaci niszowej lub nawet śladowej.Taka sytuacja była w hitlerowskich Niemczech, stalinowskim, czy nawet jeszcze breżniewowskim ZSRR. Toutes proportions gardées (przepraszam stokrotnie!), ale atrybuty podobnej sytuacji występują obecnie choćby na Węgrzech Orbana. W Polsce, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie będziemy mieć do czynienia z klinczem dwóch sił z grubsza biorąc o symetrycznych (choć skądinąd czerpanych siłach). Trwać one będą w zwarciu, które żadnej ze stron nie pozwoli na uzyskanie zdecydowanej, trwale zdeterminowanej przewagi. Trwać więc będzie coś w rodzaju „check and balance”, ale w odmianie chorej, dewastującej, bo kraj unieruchomiony w podobnym klinczu i zużywający siły na wojnę domową nie będzie szedł do przodu, nie będzie się należycie rozwijał.

 

Skręcony kark

Pod Sejmem doszło jednak w piątek do zdarzenia, które sygnalizuje niebezpieczeństwo, że utrzymanie tej nawet chorej „check and balance” może być kosztowne i bolesne. Młody demonstrant Dawid Winiarski został poturbowany przez policję tak, że leży w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym, z nadwerężonym karkiem, przy czym jego uraz nie powstał w wyniku spontanicznej utarczki ze „stróżami prawa”, lecz został z nich z premedytacją wyłuskany z tłumu i potraktowany szczególnie brutalnie. Po internecie krąży też filmik z którego można usłyszeć, jak policjanci wzajemnie zachęcają się do ostrego potraktowania młodego człowieka. Sytuacja emocjonalna, nie tylko podczas demonstracji pod Sejmem jest taka, że casus Dawida Winiarskiego bardzo łatwo może się przekształcić w casus typu Grzegorza Przemyka czy Igora Stachowiaka. Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, co by się wtedy stało… A gdy policjantom trafi się nie daj Boże kobieta… Nie każdy z nich zachowa się tak, jak ten, który na wiadomość, że Klementyna Suchanow, jedna ze znanych demonstrantek pisze książki, odniósł się do niej z nutką życzliwego uznania…

 

Szczypta Morina

A na koniec, by nie puentować zbyt ponuro, bo ponuro i tak już jest… Nie pójdę w ślady Lecha Wałęsy i nie będę twierdził, że wychowałem się na lekturach Morina, jak on na lekturze paryskiej „Kultury” (znów ten utrapiony Paryż). Jednak jako miłośnik filmu i piśmiennictwa na ten temat, niejednokrotnie stykałem się z cytatami z jego klasycznego już dziś eseju „Kino i wyobraźnia” (1958), które przytaczali w swoich tekstach krytycy Konrad Eberhardt, Aleksander Jackiewicz, Krzysztof Mętrak czy Jerzy Płażewski, co lubił wykpiwać wróg „filmologii seminaryjnej” Zygmunt Kałużyński. Dlatego gdy sobie przypomniałem młodzieńcze lektury, postanowiłem odświeżyć swoją zakurzoną pamięć dawnych lektur i na koniec przytaczam z wikipedii lakoniczny biogram francuskiego myśliciela: Edgar Morin, właśc. Edgar Nahoum (ur. 8 lipca 1921 w Paryżu) – francuski filozof, socjolog i politolog, pochodzenia żydowskiego. Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych współczesnych myślicieli francuskich, teoretyk „złożoności”, badacz kultury popularnej. Doktor honoris causa Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2008). Autor m.in. prac „Kino i wyobraźnia (1958), „Duch czasu” (1965), „Zagubiony paradygmat – natura ludzka 1977”, „Myśleć: Europa” (1988), „O naturze Związku Radzieckiego” ( 1990), „Ziemia-ojczyzna” (1998), „Świat nowożytny a kwestia żydowska” ( 2010).

Prostytucja wśród prawników

Komisja Europejska uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. Polski rząd ma miesiąc na odpowiedź. – Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności – komentuje konstytucjonalista prof. Marek Chmaj. – Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania SN. Dodanie dwóch nowych izb i tak nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

 

Z prof. Markiem Chmajem – konstytucjonalistą – rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: KE uruchomiła procedurę naruszenia praworządności wobec Polski w sprawie Sądu Najwyższego. To zła decyzja dla Polski?

Prof. MAREK CHMAJ: Dla nas to bardzo źle, bo to potwierdza, że Polska jest pariasem Europy, ponieważ nasza większość parlamentarna i rząd drastycznie, w sposób rażący naruszają konstytucję i łamią zasadę praworządności. Ta sytuacja jest dla nas bardzo zła, ale daje też nadzieję na zmianę.

 

Czasu na zmianę jest niewiele. We wtorek czystka w SN stanie się faktem. Tego Komisja już raczej nie zatrzyma.

Dlaczego? Zawsze można odwrócić czystkę i przywrócić sędziego ze stanu spoczynku do stanu czynnego. Najważniejsze jest tutaj to, że nasz rząd musi sobie uświadomić, że nasza konstytucja nie może być łamana.

Rząd powinien sobie uświadomić, że łamanie konstytucji działa w dwie strony. Dziś łamie ją rząd, ale w przyszłości w ten sam sposób mogą być potraktowani rząd i prezydent. Prosty przykład: jeżeli dziś rząd łamie artykuł 183 konstytucji, który wskazuje, że I Prezes SN ma 6-letnią kadencję, to co będzie stało na przeszkodzie, żeby za rok w ten sam sposób skrócić kadencję prezydenta? Przecież to ten sam mechanizm i takie samo łamanie konstytucji.

Proszę zobaczyć, że dziś mamy kilka organów przejętych przez większość rządzącą z ominięciem konstytucji: KRS, niedziałającą zgodnie z konstytucją KRRiT, podobnie Trybunał Konstytucyjny. Jest szereg zmian w sądach powszechnych. Skoro teraz narusza się konstytucję wskazując mechanizm naruszeń, to w jaki sposób PiS chce zapobiec takim mechanizmom w przyszłości? Konstytucja nie może być traktowana sezonowo.

 

Co się stanie po 3 lipca? Sędziowie zapowiadają, że przyjdą normalnie do pracy, szykują się manifestacje przed sądami, także przed SN, a rząd zapowiada, że nie zmieni stanowiska.

Mamy bardzo trudną sytuację, bo PiS rzucił hasło odnowy czy reformy sądów, ale ta reforma jest tylko ukierunkowana na zmiany personalne. Nie ma zmian merytorycznych i szans na usprawnienie działania tej instytucji. Dodanie dwóch nowych izb tak naprawdę w statusie SN nic nie zmienia poza tym, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych obsadzona przez nowych sędziów i ławników będzie stwierdzać ważność wyborów do Sejmu i Senatu i ważność wyborów prezydenckich. Tutaj mamy duże ryzyko na przyszłość.

Te zmiany pokazują, że większość parlamentarna w sposób rażący narusza fundamenty naszego ustroju: zasady państwa prawa, zasadę praworządności, niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Łamany jest trójpodział władzy, a w jego miejsce wprowadzony jest prymat władzy wykonawczej.

 

Dlaczego to tak niebezpieczne?

Bo niszczone są bezpieczniki, które funkcjonują w systemach demokratycznych. PiS rozbroił te bezpieczniki i w ich miejsce wprowadził władzę ustawy. Mamy do czynienia z czymś, co nie miało miejsca od 28 lat, z utratą podmiotowości przez Sejm i Senat i uchwalaniem takich ustaw, które pochodzą od decyzji jednej partii. W Sejmie i Senacie już nie ma refleksji konstytucyjnej, parlament staje się maszyną do głosowania zgodnie z wolą partii politycznej, która ma władzę.

 

Wracamy do czasów PRL, gdzie I sekretarz dzielił i rządził wedle uznania?

Nie tylko. Wracamy do uznania, jak w PRL, że konstytucji nie stosuje się bezpośrednio i że można przepisy w konstytucji zmieniać w drodze ustawodawstwa zwykłego.

Proszę sobie przypomnieć: w PRL mieliśmy wolność słowa w konstytucji, ale ustawą ta wolność słowa została ograniczona, bo wprowadzono urząd cenzury, mieliśmy wolność zgromadzeń, ale tak naprawdę na każde zgromadzenie trzeba było mieć zgodę, mieliśmy wolność osobistą, ale żeby wyjechać, trzeba było mieć paszport itd., itp. Zatem widzimy sytuację, że Jarosław Kaczyński świadomie lub nie chce wprowadzić ten system ustrojowy, w którym sam się wychował.

 

We wtorek prezydent wyda postanowienie, kiedy I prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf odejdzie w stan spoczynku. Jak pan przewiduje, prezydent zdecyduje się przerwać kadencję I Prezes?

Data jest mało istotna, ważny jest fakt, że prezydent stworzył projekt ustawy łamiący konstytucję i konsekwentnie po uchwaleniu ustawy chce konstytucję łamać. Zgodnie z art. 126 to prezydent czuwa nad przestrzeganiem konstytucji, jest jej strażnikiem, zatem niestety takie postępowanie jest hańbiące dla urzędu prezydenta.

 

Prof. Gersdorf zapowiedziała, że pozostanie na stanowiska do końca kadencji. Czy wyobraża pan sobie, że zostanie usunięta ze stanowiska siłą?

Niestety, wyobrażam sobie taką sytuację. Może zajść taki mechanizm, jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, kiedy sędziowie dublerzy byli wprowadzani do TK przy asyście BOR-u, a urzędujący wiceprezes Biernat został pozbawiony możliwości funkcjonowania w gmachu Trybunału.

 

Konsekwencją takich działań może być Polexit?

Konsekwencje będą dla nas przede wszystkim finansowe. Tylko że kar finansowych nie będzie płacił ani prezes Kaczyński, ani PiS, tylko budżet, a więc my. Za tę legalizacyjną kozaczyznę zapłacimy my z naszych podatków.

 

Napisał pan dwa dni temu na portalu społecznościowym, że „może warto w końcu zrobić listę hańby, czyli wskazać tych prawników, którzy uzasadniają swoją wiedzą i autorytetem łamanie konstytucji w drodze ustawodawstwa zwykłego lub przez Prezydenta RP”. Dlaczego?

Należy pamiętać, że prawnicy mogą się różnić w wykładni prawa i analizie przepisów, ale są pewne kwestie niezmienialne, tą kwestią jest konstytucja. Jeżeli prawnik, profesor prawa czy doktor nauk prawnych, wydaje opinię jawnie sprzeczną z konstytucją, na podstawie której rząd czy parlament bądź prezydent podejmują określone kroki, a zatem tworzy alibi dla władzy w łamaniu konstytucji, to takie czyny trzeba piętnować. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawnik za tą opinię nie tylko otrzymał wynagrodzenie, ale także apanaże w postaci stanowisk bądź innych korzyści.

 

Kiedyś dostawało się szybciej mieszkanie albo talon na samochód.

Dziś to są miejsca w radzie nadzorczej, stanowiska dyrektorskie w jakiejś spółce albo miejsce w sądzie czy w Trybunale. Jest tu zachowany związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy sprostytuowaniem swojego nazwiska a otrzymaniem za to stosownej gratyfikacji.

 

Minister Ziobro powołał 1 lipca, czyli w niedzielę, 134 sędziów dyscyplinarnych. Będą sądzić sędziów, którym rzecznicy dyscyplinarni zarzucą sprzeniewierzenie się godności sędziego. Na pierwszy ogień pójdą sędziowie, którzy sprzeciwiają się reformie, jak sędziowie SN, którzy zapowiedzieli, że nie odejdą?

Być może. Wielokrotnie wskazywałem te działania ministra sprawiedliwości, które moim zdaniem są niezgodne z zasadą podziału władz czy niezgodne z prawem. Przy czym minister sprawiedliwości jest tu zazwyczaj bardzo umiejętnym graczem, ponieważ stara się, aby jego zakres obowiązków wynikał z ustaw. Tworzy projekty ustaw, które uchwala Sejm, minister dzięki temu jest zwolniony z odpowiedzialności, ponieważ stosuje ściśle ustawy. To, że sam przygotowuje projekt ustawy, a następnie ten projekt wnosi grupa posłów bądź rząd nie zmienia faktu, że Sejm ponosi odpowiedzialność za jej uchwalenie, a prezydent za podpisanie.

 

Panie profesorze, jak się pan czuje jako konstytucjonalista dziś w Polsce?

Proszę pani, ja zawsze staram się dostrzegać pozytywny.

Konstytucja, która kiedyś była kompletnie nieznana i stosowana głównie przez specjalistów, dzisiaj trafiła niemalże do każdego. Jest absolutnym bestsellerem wydawniczym, można ją kupić niemalże w każdym kiosku i na konstytucję powołują się zwykli obywatele.

Zatem świadomość konstytucyjna wzrosła, co dobrze świadczy o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

 

Komisja traci cierpliwość

O możliwości wszczęcia procedury naruszenia praworządności przez KE mówiono już od kilku dni. W zeszły czwartek wiceszef KE Frans Timmermans zapowiadał, że jest świadomy, iż potrzebne są pilne działania w sprawie sędziów polskiego Sądu Najwyższego, którzy 3 lipca mają przejść na emeryturę. Ostatecznie dzień przed czystką w SN Komisja poinformowała, że uruchomiła procedurę naruszeniową.

– Komisja dzisiaj rozpoczęła procedurę naruszenia dotyczącą Polski i ustawy o Sądzie Najwyższym. Rząd Polski będzie miał miesiąc, aby odpowiedzieć na pismo Komisji. Ustawa była już omawiana w kontekście procedury praworządności; nie była satysfakcjonująco omówiona w ramach tego procesu – powiedział podczas konferencji prasowej Margaritis Schinas, rzecznik Komisji Europejskiej.

 

 

Co dalej?

Polska ma miesiąc na odpowiedź Komisji. Z reguły czas dawany przez instytucje unijne to dwa miesiące.

Na razie przedstawiciele rządu polskiego bagatelizują decyzję Komisji. Premier już wcześniej zapowiedział, że Polska odpowie i złoży stosowne wyjaśnienia

– Ci, którzy tego nie akceptują, próbują robić burzę w szklance wody, ale się nie ugniemy – zapewnia wicepremier Beata Szydło.
Jeżeli rząd nie zmieni prawa, sprawa skończy się w Trybunale Sprawiedliwości UE. Jeżeli będzie orzeczenie Trybunału, że ustawa PiS narusza praworządność, grożą Polsce duże kary finansowe, nawet kilkadziesiąt tysięcy euro dziennie.

 

 

PO: Domagamy się wyjaśnień od premiera

– Nie można przepisu konstytucji zmieniać ustawą. Jeżeli PiS chce zmieniać konstytucję, niech rozpisze wybory i zdobędzie 2/3 większości. Nie można zmieniać ustroju państwa, nie mają większości konstytucyjnej – mówi Krzysztof Brejza z PO.

Posłowie PO domagają się od premiera wyjaśnień i informacji nt. dalszych działań rządu. – To pokazuje, że nikt nie kupił tego picu Mateusza Morawieckiego w białej księdze, że wszystko jest w porządku. Domagamy się od premiera, żeby na najbliższym posiedzeniu złożył informację przed Sejmem nt. procedury, którą rozpoczęła Komisja. Jakie jest stanowisko rządu polskiego, czy zamierza wycofać się z tej złej ustawy o SN? – mówił Robert Kropiwnicki z PO.

Dobrymi chęciami sądy wybrukowane

A w zasadzie jeden – Sąd Najwyższy. W ostatnim czasie przekonaliśmy się, że – zgodnie z kolejnym pasującym tu polskim porzekadłem – nie matura, a chęć szczera zrobią z ciebie ławnika SN.

 

„Jeśli chodzi o prawo, to ja mogę doczytać”, „nie mam pojęcia, dlaczego poszukiwała mnie policja” – to tylko niektóre kwiatki z przesłuchań kandydatów na ławników do nowego Sądu Najwyższego na modłę PiS. I większość upragnioną funkcję dostała – między innymi lekarz i zatwardziały prolifowiec, a także pani, która pracuje z 3-latkami, więc „wie, co jest dobre, a co złe” i na tej podstawie ma współrozstrzygać dylematy prawne najpoważniejszego szczebla.
Kto może zostać ławnikiem? Należy posiadać polskie obywatelstwo i co najmniej średnie wykształcenie, korzystać z pełni praw cywilnych i publicznych, cechować się „nieskazitelnym charakterem” i odpowiednim stanem zdrowia, a także być w wieku od 40 do 60 lat oraz nie przynależeć do partii politycznej. Na pewno nie mogą być to osoby zatrudnione w sądach, prokuraturze, policji. Kandydatów, którzy w ostatnich dniach dostarczyli bogatego materiału na memy, wskazywały organizacje pozarządowe lub setka obywateli.
Mimo 36 wakatów na przesłuchania przed senacka komisją zgłosiło się 14 osób, jedna została odrzucona na wejściu (to ten poszukiwany przez policję). Poziom ich merytorycznego przygotowania dobrze odzwierciedla mem – zdjęcie z podpisem „przyszli ławnicy SN”, na którym widać ludzi pijanych w sztok, wykonujących niemożliwe do wyobrażenia „na trzeźwo” akrobacje na ławkach, gdzie „spoczęły: ich zmęczone ciała.
– Niektóre pytania, nie tylko moje, wskazywały, że osoby te nie mają świadomości, jakimi sprawami będą się zajmować. To nie będą sprawy pospolite. Będą w końcu dotyczyć naruszeń dyscypliny przez samych sędziów Sądu Najwyższego – powiedział senator Jan Rulewski.
– Ławnicy będą orzekać w Izbie Dyscyplinarnej SN i oceniać postępowanie sędziów, prokuratorów i innych prawników. Ale także będą badać skargi nadzwyczajne, gdzie w grę wchodzą bardzo trudne sprawy prawnicze. Nie będą kogoś sądzić, ale oceniać inne wyroki. Tutaj ławnik bez przygotowania prawniczego nie może prawidłowo funkcjonować – dodał Marek Borowski.
Senatorowie Platformy oraz niezależni nie wzięli udziału w głosowaniu kandydatur. Uważają, że prezydencka ustawa o SN, która wprowadziła do sądu ławników, jest niekonstytucyjna.
– Ławnikom przyjdzie dokonywać wykładni przepisów konstytucji dotyczących zasad i wolności konstytucyjnych oraz praw człowieka. A to niezwykle skomplikowany proces wymagający rozległej wiedzy prawniczej – podsumowała Małgorzata Gersdorf.
– Zgłaszaliśmy swoje zastrzeżenia do ustawy, ale tak się stało, że ławnicy się w niej znaleźli. Dziś widzimy, jakie motywacje nimi kierują, jakie wartości chcą wnieść do SN. „Starzy” sędziowie raczej nie będą mieli okazji do orzekania z nimi, bo ławnicy będą orzekać wyłącznie w dwóch nowych [i obsadzanych od zera nowym sędziami] izbach SN – przybił gwóźdź do trumny Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego. – Zobaczymy, jak to będzie funkcjonować. Na pewno jest to rozwiązanie niespotykane. Nie wydaje mi się, aby przy większości spraw rozpatrywanych w SN osoba, która nie może zweryfikować pewnych konstrukcji prawnych i zarzutów, mogła coś wnieść, ale to jest moje osobiste zdanie.