Medale warte 300 milionów złotych

Nasi lekkoatleci znakomicie wypadli w mistrzostwach Europy w Berlinie, na których zdobyli 12 medali, w tym siedem złotych. Politycy PiS ich sukces natychmiast włączyli do swojego propagandowego arsenału. Działacze PZLA przymknęli na to oko, ale ich bierność nie dziwi, skoro premier Mateusz Mazowiecki obiecał im 300 mln złotych.

 

Jeszcze w pierwszej połowie XXI wieku reprezentacja Polski w lekkiej atletyce potrafiła wrócić z mistrzostw Europy bez złotego medalu, a z mistrzostw świata tylko z jednym miejscem na podium. Teraz jesteśmy w tym sporcie niekwestionowaną potęgą, co bynajmniej nie jest zasługą rządów PiS, tylko przez ten rząd sobie przypisywanych. Amsterdam, Belgrad, Londyn, Birmingham, Berlin. Pięć lekkoatletycznych imprez z rzędu i pięć sukcesów – czy to mistrzostwa Europy czy mistrzostwa świata, czy w hali czy na otwartym stadionie, nasi lekkoatleci zdobywali grad medali. Zakończone w niedzielę mistrzostwa Starego Kontynentu tylko potwierdziły, że jesteśmy europejską potęgą w królowej sportu – 12 miejsc na podium, 33 miejsca w finałach. Skąd wzięły się te wyniki? „To zasługa konsekwentnej praca, dobrej organizacja i wyboru odpowiednich ludzi do władz. Do tego świetni trenerzy i wspaniali zawodnicy” – mówi wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, Tomasz Majewski.

W Berlinie biało-czerwoni zdobyli 12 medali – siedem złotych, cztery srebrne i jeden brązowy. Pod względem liczby trofeów uzyskali taki sam wynik jak dwa lata temu podczas europejskiego czempionatu w Amsterdamie, ale w Holandii wygrali klasyfikację medalową, a w Niemczech owe 12 krążków starczyło na zajęcie drugiej lokaty, za reprezentacja Wielkiej Brytanii.
W klasyfikacji punktowej (suma punktów przyznawanych finalistom poszczególnych konkurencji od 1 do 8) nasi lekkoatleci zajęli trzecie miejsce z rekordowym dorobkiem 172 punktów. To ich najlepszy wynik w historii występów w mistrzostwach naszego kontynentu. Klasyfikację punktową również wygrali Brytyjczycy (212 pkt), a drugie miejsce zajęli gospodarze imprezy Niemcy (196,5 pkt).

 

Powrót do sprawdzonych wzorców

Udane występy reprezentantów pokazała TVP, co oznacza, że najważniejsi politycy PiS zrozumieli, że widać jest to sportowe wydarzenie, którym żyje cała Polska i wszyscy jej obywatele. Z gratulacjami dla medalistów spieszyli więc nie tylko wierchuszka, jak prezydent Andrzej Duda czy premier Mateusz Morawiecki, ale za pośrednictwem mediów społecznościowych prześcigali się w lukrowaniu wiekopomnych wyczynów młociarek i młociarzy oraz kulomiotów również politycy z dalszych rzędów. Premier Morawiecki zaordynował spotkanie z ministrem sportu i turystyki Witoldem Bańką, nawiasem mówiąc byłym lekkoatletą, a od dwóch lat chyba najhojniejszym mecenasem PZLA w całej jego blisko stuletniej historii.
Morawiecki dał się ponieść sportowym emocjom i zapowiedział, że jest skłonny wyrazić zgodę na rozszerzenie indywidualnych kontraktów sponsorskich zawodników ze spółkami skarbu państwa. Celem tej forsowanej od jakiegoś czasu przez ministra Bańkę inicjatywy jest wsparcie finansowe najbardziej utytułowanych i perspektywicznych lekkoatletów w ich przygotowaniach do igrzysk w Tokio.

Z kręgu współpracowników Morawieckiego popłynęły też w świata spekulacje, że pan premier rozważa projekt zainwestowania większych pieniędzy w infrastrukturę , konkretnie w budowę kilkunastu hal lekkoatletycznych. Ich budowa mogłaby się rozpocząć po jesiennych wyborach samorządowych, a koszt całego projektu szacuje się na 300 milionów złotych. „Sukcesy i medale to wielka promocja kraju. A do tego sukcesy mogą się przełożyć na dalszą poprawę nastrojów społecznych i w konsekwencji na wyniki wyborów, czego przez wiele lat nie doceniała Platforma Obywatelska” – biegnie w kraj przesłanie szefa rządu. Emerytowanym działaczom PZLA takie wieści wyciskają łzy wzruszenia oraz przypominają czasy z młodości, gdy takie hasła nikogo nie bulwersowały.

 

Pieniędzy nigdy za wiele

Przypomnijmy, że jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w Berlinie sponsor Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, grupa PKN Orlen, ogłosiła nawiązanie współpracy stypendialnej z kilkunastoma polskimi zawodnikami. Obecnie lista sportowców, którzy mogą liczyć na ich wsparcie finansowe, liczy 20 nazwisk. Wśród nich jest 17 lekkoatletów, także ci, którzy zdobywali medale na ME w Berlinie. Po mistrzostwach minister sportu Witold Bańka wyznał, że resort przeznacza na polską lekkoatletykę coraz więcej pieniędzy z roku na rok. W bieżącym było to 38 mln złotych. Bieda w PZLA nie piszczy, ale kto nie chciałby więcej niż ma?

 

Klasyfikacja medalowa ME 2018:

1. W. Brytania 7 5 6 18
2. Polska 7 4 1 12
3. Niemcy 6 7 6 19
4. Francja 3 4 3 10
5. Belgia 3 2 1 6
5. Grecja 3 2 1 6
7. Białoruś 3 1 3 6
8. Norwegia 3 1 1 5
9. Hiszpania 2 3 5 10
10. Ukraina 2 3 2 7
11. Portugalia 2 0 0 2
12. Holandia 1 3 3 7
13. Turcja 1 2 2 5
14. Szwajcaria 1 2 1 4
14. Szwecja 1 2 1 4
16. Włochy 1 1 4 6
17. Litwa 1 0 1 2
18. Chorwacja 1 0 0 1
18. Izrael 1 0 0 1
20. Czechy 0 2 1 3
21. Azerbejdżan 0 1 0 1
21. Bułgaria 0 1 0 1
21. Słowacja 0 1 0 1
24. Austria 0 0 2 2
25. Estonia 0 0 1 1
– Węgry 0 0 1 1
– Irlandia 0 0 1 1

Ludzie, za co my płacimy?

Pan poseł PiS Konrad Głębocki zamienił poselski mandat na posadę JE Ambasadora RP. Zanim wyjechał na placówkę złamał polskie prawo 175 razy.

 

Tyle razy głosował w Sejmie RP chociaż nie sprawował już wtedy mandatu poselskiego.

Głosował, bo pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poinformował go, że nie wolno mu głosować. Czyli pan Marszałek Kuchciński dopuścił do łamania prawa.
Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński nie poczuwa się do winy. Bo nie dostał info z Kancelarii pana prezydenta Andrzeja Dudy, że pan poseł nie jest już posłem, bo jest już Ekscelencją Ambasadorem RP.

A i sam pan poseł nie pochwalił się panu Marszałkowi, że jest już Ekscelencją. Może nie dotarło to do jego świadomości? Albo nie mógł uwierzyć, że tak mu się przyfarciło.
Kancelaria pana prezydenta Andrzeja Dudy też nie poczuwa się do łamania prawa przez Ekscelencję Głębockiego, sto siedemdziesiąt pięć razy udającą pana posła Głębockiego. Oszukująca tyle razy konstytucyjny organ władzy. Bo Kancelaria uważa, że informowanie o tym to nie jej broszka. To zadanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych uważa, że to rola Kancelarii pana prezydenta. Poza tym ważność mandatów posłów to domena Kancelarii Sejmu RP.

Pan premier Mateusz Morawiecki nie bronił swego podwładnego, czyli ministra spraw zagranicznych, ani swojego sejmowego szefa pana Marszałka, bo ma znacznie ważniejsze zajęcia.

Ostatnio biegał po Parlamencie Europejskim, zaczepiał europarlamentarzystów i podtykał im pod oczy fotografię czwórki mieszanej. Zaczepiani zwykle odwracali się od zdjęcia i pana premiera z najwyższym obrzydzeniem.

Nie dlatego, że uchwycone tam postacie były rozebrane lub wyuzdane. Cała czwórka, trzech panów i jedna pani, byli ubrani od stóp do głów.

Zdjęcie przedstawiało byłego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w towarzystwie dwójki młodzieńców i jednej młodej kobiety.

Jednym z młodzieńców jest niewątpliwie Aleksander Kwaśniewski, do czego przyznał się od razu, ale tym razem nie chodziło o niego. Chodziło o kobietę.

Ową młodą kobietą miała być obecna prezes Krajowej Rady Sądownictwa Małgorzata Gersdorf, choć jest do niej na zdjęciu niepodobna. Ale zdjęcie zostało zrobione 38 lat temu. Każdy w ciągu 38 lat może się zmienić.

Pod każdym względem.

I owo zdjęcie, jak uzasadniał pan premier Morawiecki, miało być koronnym dowodem na to, że pani prezes Gersdorf jest zakamuflowaną komunistyczną zbrodniarką, bo przecież jawnie fotografowała się z byłym pierwszym sekretarzem KC PZPR.

I samo już takie zdjęcie jest wystarczającym powodem do jej usunięcia z KRS, a przy okazji, do łamania Konstytucji RP.

Problem polega na tym, że tamta pani ze zdjęcia nie jest Małgorzatą Gersdorf, co potwierdził prezydent Aleksander Kwaśniewski. Co też oznacza, że służby specjalne pana premiera, które go w to dowodowe zdjęcie wyposażyły wykazały się totalną głupotą.

Ale zamiarem prowokacji, chęcią zrobienia z pana premiera Morawieckiego totalnego idioty.

Głupotą wykazał się też pan premier Morawiecki, który zachowuje się jak mały donosiciel. Traci czas na donosy, sztucznie hoduje „komunistów” na zdjęciach, kiedy prawdziwi polscy hodowcy świń, owoców i warzyw dostają w plecy, bo nie ma komu dopilnować pracy pana ministra rolnictwa.

Argumentacja pana premiera Morawieckiego też jest głupia, skoro jego władca – pan sułtan Jarosław Kaczyński – określił Edwarda Gierka jako „patriotę”, który „chciał siły Polski”.
Zatem każde zdjęcie z Edwardem Gierkiem można uznać za zdjęcie z polskim patriotą.

No chyba, że wtedy, w 2010 roku, w czasie kampanii wyborczej, pan Jarosław Kaczyński kłamał jak bura suka. Ale tak przecież pan premier Morawiecki nie myśli?

Pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński uważa, że te 175 bezprawne głosowania pana nieposła Głębockiego nie miały żadnego znaczenia, bo nie decydowały o wyniku tych głosowań. Czym potwierdził, że każde inne indywidualne głosowania poselskie nie mają w kierowanym przez niego Sejmie znaczenia.

Czemu zatem dalej karze każdego posła za nieusprawiedliwione nieobecności podczas głosowań?

Niedawno pan marszałek Kuchciński zwołał Zgromadzenie Narodowe, czyli wspólne posiedzenie Sejmu i Senatu, aby uczcić 550-leci polskiego parlamentaryzmu. Trwało ono aż 38 minut.
Po zbilansowania kosztów tego nadzwyczajnego posiedzenie okazało się, że jedna minuta tego niepotrzebnego posiedzenia kosztowała 28 tysięcy złotych.

Za nieróbstwo, niekompetencję i antykomunistyczne fobie pana premiera i innych prominentów PiS płacą wszyscy podatnicy.

Zwłaszcza ci „gorszego sorta”, czyli większość obywateli Polski.

Pamiętajcie o tym w nadchodzących wyborach.

Debata o przyszłości

To mógł być dobry dzień dla Polski.

 

Po raz pierwszy premier Mateusz Morawiecki stanął oko w oko z posłami do Parlamentu Europejskiego. Oficjalnym tematem spotkania było poznanie poglądów polskiego premiera na przyszłość Unii Europejskiej.
Trzeba powiedzieć, że w tej części pan premier mówił rzeczy warte zastanowienia, choć nie wolne od kontrowersji. Na przykład wtedy, kiedy mówił o konieczności redefiniowania Unii Europejskiej, zwłaszcza w świetle coraz wyraźniejszej jego zdaniem niechęci narodów Europy do jednoczenia się i jednoczesnych dążeń do tworzenia związku silnych państw suwerennych. Przy tej okazji mówił też o pluralizmie, w którym on widzi prawo nadane każdemu państwu do swobodnego kształtowania własnego systemu.
– Zamiast więc załamywać ręce nad populizmem trzeba się zastanowić, dlaczego on się po Europie rozlewa?…
I zaraz sam sobie odpowiadał:
– Być może dzieje się tak dlatego, że to właśnie populizm jest istotą demokracji…
Rychło jednak pan premier popadł w pewien logiczny kłopot, a nawet chwilami przeczył sam sobie. Oto na przykład ten twórczy populizm, owa sól demokracji, staje się nagle wstrętnym piołunem, gdy pan premier używa tego określenia w kontekście pejoratywnym – wtedy, gdy mówi o rozlegających się w państwach unijnych głosach o konieczności ograniczania funduszu spójności, z którego właśnie Polska czerpie najwięcej unijnych pieniędzy. Populizm zachodni zderza się w tym momencie z populizmem z drugiej strony Odry.
Wyznawcy pierwszego mówią – dość płacenia, niech sobie radzą, wyznawcy drugiego – nam te środki się należą w związku z naszą trudną historią i niezawinionymi przez nas opóźnieniami w rozwoju. Musicie więc nam płacić jak najwięcej, a już na pewno nie mniej niż dotąd… Otóż populizm ma różne twarze i żadna nie jest twórcza.
Niestety, pan premier nie powstrzymał się też przed wypowiedzeniem myśli, które wymagają bardziej zdecydowanej odpowiedzi. To, że źle mówił o PRL, to już się przyzwyczailiśmy, trudno. Dlaczego jednak na forum PE spostponował dorobek Polaków – wielu rządów i wielu Sejmów, po roku 1989? To oczywista nieprawda, że zanim nastał rząd PiS, Polskę przygniatały korupcja, oszustwa i bezprawie. Warto w tym miejscu przypomnieć panu premierowi, że był już jeden rząd Prawa i Sprawiedliwości, zanim nastąpił ten, którym on teraz kieruje. Czy pierwszy rząd PiS też tak fatalnie zapisał się w historii?
Ta część przemówienia premiera Morawieckiego została przyjęta ze zdziwieniem, jeśli nie źle. W Brukseli dobrze się bowiem pamięta Polskę, która była ważnym sprawcą przemian demokratycznych pośród wszystkich nowo przyjętych członków Unii.
Wystąpienie pana premiera miało też swoistą „drugą część”, która chyba była zresztą nie do uniknięcia. Wiadomo było z góry, że napięcie w stosunkach Polski z Unią na tle praworządności w naszym kraju będzie musiało znaleźć w tej rozmowie odbicie. Uruchomiona jest przecież procedura art. 7 Traktatu Unijnego. Po raz pierwszy w historii Komisja Europejska, uznając, że w naszym kraju istnieje systemowe, instytucjonalne zagrożenia dla zasad praworządności, używa do jej obrony oręża zwanego potocznie „bombą atomową”. Jednocześnie w tych dniach KE rozpoczęła inną procedurę – zaskarżenia polskich władz do Trybunału Sprawiedliwości w związku ze zmianami ustroju Sądu Najwyższego uznawanymi jako niekonstytucyjne.
I choć na rządzie PiS nie robi to wrażenia, to jednak ludzie na ulicach protestują przeciwko takim praktykom. Dlatego premier Morawiecki występował przed posłami do PE przy akompaniamencie demonstracji w Warszawie i w innych miastach w obronie SN i sędziów tego Sądu, którym skrócono kadencję i odesłano na emeryturę. Dodać trzeba, iż także Trybunał Konstytucyjny i Krajowa Rada Sądownictwa wzbudzają poważne zastrzeżenia zarówno co do sposobu ich powołania, jak i co do zdominowania w ten sposób władzy sądowniczej przez władze ustawodawczą i wykonawczą.
Unia nie chce i nie może się z tym zgodzić.
Premier Morawiecki stając przed Parlamentem Europejskim zdawał się w ogóle nie dostrzegać tych okoliczności swojego wystąpienia. Mówił o Nord Stream 2, o walce z „Rosją Putina”, z mafiami VAT-owskimi i rajami podatkowymi, słowem, o wszystkim, o czym lubi mówić także w kraju, łącznie z samochodami na prąd. Nie to jednak europosłów interesowało – uparcie wracali do praworządności. Oto garść głosów, które odnotowałem:

Valdis Dombrowskis – wice przewodniczący Komisji Europejskiej, który mówił w zastępstwie nieobecnego Jean-Claude’a Junckera:
– Polska dostała 86 mld. euro (do tej pory – BL) w ramach funduszu spójności. Dużo więcej niż inne kraje. Od 2004 r. polski eksport do krajów UE potroił się. Jeśli chodzi o kolejny budżet Polska w przeliczeniu na obywatela też będzie otrzymywała znacznie więcej niż inni. Dombrowskis delikatnie dał do zrozumienia, że nie można wybierać sobie z Unii, co nam najbardziej pasuje, zaś lekceważyć lub ignorować to, czym jesteśmy zainteresowani mniej. Unia jest wspólną i spójną wartością. Do takiej przystępowaliśmy. Przypomniał, że Unia była wyborem 80 proc. Polaków. Pokój, demokracja, poszanowanie dla rządów prawa, to jest spoiwo całej Unii, Unia jest unią prawa – nie tylko interesów. Dlatego więc, gdy istnieje systemowe zagrożenie dla rządów prawa, nie możemy odwrócić głowy, bo to ma wpływ na całą wspólnotę.

Manfred Weber (przew. grupy parlamentarnej Europejskiej Partii Ludowej – EPL):
– Zasada rozdziału władz została określona już w pierwszej Konstytucji, którą Polska przyniosła Europie. Wierzymy w Polskę opierającą się o wartości demokratyczne, które niósł ze sobą Lech Wałęsa, „Solidarność” i Jan Paweł II.
Niemniej jest wokół dzisiejszego stanu spraw w Polsce wiele pytań: dlaczego rząd zwalnia tylu sędziów; dlaczego inne państwa Unii muszą zwracać się do Trybunału Sprawiedliwości, z pytaniem, czy polskie sądy są sprawiedliwe; dlaczego pan Frasyniuk staje przed sądem, a nie nacjonaliści… Stracił pan okazję (panie premierze – BL), żeby to wyjaśnić. Nie ma wolności bez praworządności.
Mówił pan o suwerenności, ja chciałbym zapytać przy tej okazji, czy ta anty-unijna atmosfera, te okrzyki, że Bruksela, to nowa Moskwa, to jest ta atmosfera suwerenności? Mówi pan o nowej Europie, która będzie słuchać obywateli. Ta Europa już jest – tu, w Parlamencie Europejskim. I Funkcjonuje bardzo dobrze, nie potrzebujemy nowej Europy. Europa nacjonalizmów nie jest w stanie spełniać oczekiwań europejskich narodów. To byłby świetny komunikat, gdybyśmy mogli usłyszeć go od pana.

Udo Bullmann (przew. Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów):
– Mówił pan o rzeczach ważnych – bezpieczeństwie energetycznym itd. podważając jednocześnie wartości, na których opiera się projekt europejski – dlaczego? Nie może pan tych wartości podważać i w tym samym czasie apelować do Zachodu o zjednoczenie, które właśnie na tych wartościach jest zbudowane. Chcemy mieć Polskę w samym sercu Europy, ale proszę nie robić tego, co robicie – nie ograniczajcie praw i praworządności.

Guy Verhofstadt (przew. frakcji liberalnej)
– Przyszłość UE, to coś więcej niż wspólna waluta, wspólny rynek. To jest także wspólnota wartości. Stawianie sędziów pod kontrolą, to nie są te wartości, pan musi o tym wiedzieć. To jest kwestia zasad, naszej wspólnej tożsamości. Zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, pozostawianie ich na łasce i niełasce rządów, nigdy nie może być cechą naszej wspólnoty. Niech pan zadba o przywrócenie Polski do rodziny europejskiej, zamiast pozwalać, by kręciła się po obrzeżach.

Ska Keller (Zieloni):
– Powinien pan wiedzieć, że Parlament Europejski jest w tej sprawie [praworządności w Polsce – BL] bardzo silnie zjednoczony. Państwo zawrócili Polskę z drogi wolności i demokracji. Tymczasem to, co dzieje się w Polsce, jest kluczowe dla całej Europy. Popieramy procedurę z art. 7 i proc. w sprawie naruszeń ustawy w sprawie SN. Ludzie w Polsce protestują, domagają się poszanowania praw kobiet i zwracają się do UE, bo uważają, że Unia może stanąć w ich obronie. Polska, to także jest Europa. Nie poddamy się. Jeśli chcą państwo współpracy, to muszą się państwo trzymać się wartości, na których Unia jest zbudowana.

Tania González Peñas (Konfederacyjna Grupa Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordycka Zielona Lewica):
– Pan żyje w jakiejś innej rzeczywistości niż pańscy rodacy. Pański rząd ogranicza prawa demokratyczne. Nie może pan igrać życiem kobiet, proszę nas posłuchać, [chyba, że – BL} dzwony kościelne nie pozwalają panu tego usłyszeć. Czy chce pan przejść do historii, jako ten, który skończył z trójpodziałem władzy, prawami kobiet i środowisk LGTB?…

I tak przez dwie i pół godziny. Z niejaką przykrością muszę odnotować, że moim zdaniem premier Morawiecki nie wykorzystał okazji do posunięcia spraw polsko-unijnych do przodu. Od początku tego sporu uważam i głoszę to, że obie strony, w nadrzędnym interesie całej naszej europejskiej wspólnoty, powinny zmierzać ku kompromisowi, powinny wykazać skłonność do cofnięcia się. Na początek choćby o krok. Niestety – ubolewam nad tym – zamiast jakichś propozycji dających szansę na rzeczywiste nowe otwarcie, premier powtarzał: – Jesteśmy dumnym krajem i proszę nas nie pouczać. I choć wszyscy polscy europosłowie tym razem powstrzymali emocje i nie dopuścili do wojny polsko-polskiej w PE, to jednak wystąpienie premiera Morawieckiego uznać należy za straconą szanse zaprezentowania lepszego oblicza Polski.
Na co więc liczy premier, upierając się przy racjach PiS?
Obawiam się, że spowodowane to jest kalkulacją na przyszłoroczne wybory do PE i nadzieją, że jego odnowiony skład będzie bardziej podatny na PiS-owskie argumenty. Te kalkulacje są nie tylko dlatego niebezpieczne, że na długo mogą podważyć reputację i wiarygodność Polski w Europie, ale też dlatego, że zanim wyłoniony zostanie nowy Parlament Europejski, ten, który jest, przyjmie unijny budżet na lata 2021-2027. Nowy Parlament może być jeszcze mniej hojny, zwłaszcza, że będzie też nowa Komisja. Im więcej będzie partii populistycznych i narodowych, tym gorzej. Możemy zostać wyeliminowani, jak na mundialu.

Flaczki tygodnia

„Wystarczy nie kraść” – powtarzali liderzy „Dobrej Zmiany”.

***

„Wystarczy uszczelnić VAT”, czyli nie pozwolić by mafie związane z byłą koalicją PO-PSL dalej kradły, a budżet państwa urośnie jak na drożdżach – dopowiadali ci sami.

***

„Wystarczy zrepolonizować, czyli upaństwowić banki i wielkie przedsiębiorstwa”. I wtedy oni, czyli zagraniczni banksterzy nie będą już okradać naszej Polski – opowiadali na patriotycznych wiecach.

***

Jeszcze na początku tego roku hasło „Wystarczy nie kraść” ozdabiało w prorządowych mediach każdą informację o sukcesach ekipy zwącej się skromnie „Dobrą Zmianą”. Sukcesach mnożących się niczym króliki w reklamach byłego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła. Sukcesach pozornych, wymyślonych, ale też początkowo prawdziwych. Jak choćby indeksy warszawskiej giełdy.

***

Giełda nie była wcześniej ukochaną instytucją PiS. Zbyt śmierdziała międzynarodowym kapitałem, warszawką, spekulacjami finansowymi. Ale kiedy wartość spółek notowanych na warszawskiej giełdzie poszybowała w górę, zwłaszcza spółek skarbu państwa, których zarządy i rady nadzorcze opanowały ekipy „Dobrej Zmiany”, to wówczas giełda warszawska stała się stałym gościem we prorządowych mediach. Przykładem skuteczności działania kaczystów z „Dobrej Zmiany”. Dowodem na ich kompetencje na rynkach finansowych.

***

Jeszcze pół roku temu codziennie tam słyszałem, że wartość takich spółek jak PKO BP, PEKAO SA, Orlen, PZU, KGHM wrosła o czterdzieści, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt miliardów złotych. Że indeks największych spółek giełdowych WIG-20 przekroczył poziom 2600 punktów. A wszystko dlatego, że kaczyści tak świetnie tymi zrepolonizowanymi firmami zarządzają.

***

Dzisiaj informacje o indeksach warszawskiej giełdy nie zdobią już serwisów w prorządowych mediach. Bo od początku roku indeksy giełdowe szybują w dół. Bo zmieniła się światowa koniunktura. WIG-20 spadł poniżej alarmowej granicy 2100 punktów, wartość spolonizowanych i kierowanych przez „fachowców” z PiS banków spadła poniżej poziomu sprzed „Dobrej Zmiany”. Czar zaklęcia „Wystarczy nie kraść, wystarczy oddać to w ręce PiS” przysnął. Czyżby „Dobra Zmiana” zaczęła kraść?

***

Pamiętacie ministra Macierewicza otoczonego wianuszkiem wiernych mu „misiewiczów”? Te dumne zapowiedzi, że teraz nastąpi era szybkich, zdecydowanych, fachowych przetargów na zakup nowoczesnego uzbrojenia dla zrujnowanego wojska polskiego. Bo teraz obowiązuje zasada „Wystarczy nie kraść”, czyli ci rozpisujący przetargi i ci rozstrzygający je nie będą podatni na korupcyjny lobbing konkurujących firm. Oni nie będą już chcieć kraść, jak ich poprzednicy. Będą kierować się jedynie interesem Polski, szybko postawią wojsko polskie na uzbrojone nogi.

***

Trzy lata już ta „Zmiana” rządzi. Nowych helikopterów wojsko nie ma i końca nierozstrzygniętych przetargów na nie też nie widać. Podobnie jest w Marynarce Wojennej. Właśnie popłynął na złom kolejny polski okręt podwodny. Pozostały nam trzy, w tym jeden w stanie chronicznego remontu wykluczającego go z normalnej służby. Dwa pozostałe pójdą na złom w 2020 roku. Do tego czasu Marynarka Wojenna nie otrzyma żadnego nowego okrętu, bo najpierw trzeba je zamówić, a potem wybudować. A budowa + wyposażenie okrętu to minimum dwa lata. Może okazać się, że w 2020 roku polska marynarka wojenna nie będzie dysponować ani jednym sprawnym okrętem podwodnym. Może za to mieć budowaną właśnie jednostkę przeznaczoną do pomocy okrętom podwodnym, do ratowania ich w razie awarii czy katastrof.

***

Czy pamiętacie uroczystość poświęcenia stępki Narodowego Promu w stoczni szczecińskiej? Było to 23 czerwca 2017 roku. Był pan premier Morawiecki, były najwyższe władze kościelne i państwowe. Były arcypatriotyczne przemowy. O tym, że polski przemysł stoczniowy wstaje z kolan. Że rozpoczynamy budowę dwóch promów pełnomorskich, które zapoczątkują odbudowę wielkiej, polskiej floty. Że promy nazwane imieniem królów polskich, czyli Batory i Sobieski, będą dumnie pływać pod polską banderę sławiąc imię Polski i „Dobrej Zmiany”. Powstaną one za polskie pieniądze, zorganizowane przez polski rząd, który je ma, bo realizuje politykę uszczelnia ściągania VAT i zasadę „Wystarczy nie kraść”. I dlatego pierwszy prom ruszy w swój rejs już w 2019 roku. Pan premier mówił tak pięknie, że nawet Flaczki się wzruszyły, bo przecież Flaczki też wielkimi patriotami są.

***

Minął rok, a narodowo-katolicka stępka leży jak ją uroczyście położono. Nic się nie dzieje. Bo kiedy najwyższe władze kościelno – państwowe poświęcały ją, nie było jeszcze projektów nowych promów, ani pieniędzy na ich budowę. Było za to silne parcie zrobienia akcji propagandowej aby po raz kolejny oszukać „ciemny ludu”. Nabrać Polaków na patriotyczne sentymenty. Omamić ich wizją nowoczesnych polskich promów budowanych przez narodowo-katolicki rząd pod wezwaniem „Wystarczy nie kraść”.

***

Podobno przy tej uroczyście poświęconej stępce była miedziana tabliczka pamiątkowa. Była, bo w międzyczasie ktoś ukradł ją.

***

O szczecińskiej stępce nie usłyszycie w TVP SA i Polskim Radiu. Zwłaszcza telewizji kierowanej przez pana prezesa Jacka Kurskiego. Telewizji, która zakłamuje rzeczywistość, opluwa wszystkich przeciwników kaczystów.
Po dojściu do władzy elity PiS obiecywały, że zreformują system finansowania mediów publicznych, czyli TVP i Polskiego Radia. Wprowadzą nowy podatek medialny. Próbowały tego przez trzy lata. Bez skutku, bo proponowane zmiany były wyjątkowo niekompetentne i niefachowo legislacyjnie. W efekcie nadal mamy powszechnie krytykowany i powszechnie nie płacony abonament radiowo-telewizyjny. Telewizja pana Kurskiego żyje z zaciąganych kredytów. I nadziei, że zostaną spłacone z budżetu państwa. Czyli robi partyjną telewizję za pieniądze wszystkich podatników. Czyli okrada nas.

***

Po ujawnieniu informacji o wielkich premiach wypłacanych sobie przez rząd, o gigantycznych pensjach kierownictw spółek skarbu państwa opanowanych przez elity PiS, po informacjach o finansowaniu prorządowych mediów przez te spółki skarbu państwa, o finansowaniu przez firmę „GetBack” – bohaterki największego przekrętu finansowego w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nieciemni ludzie w naszym kraju zaczęli „Dobrą Zmianę” nazywać „Dojną Zmianą”.

***

A słysząc, że rząd nie ma w budżecie na pomoc dla niepełnosprawnych pytają : Czy oni też zaczęli kraść?

W obronie działaczki

Środowiska dziennikarskie, naukowe i kulturalne protestują przeciwko skandalicznemu wyrzuceniu z Polskich Linii Lotniczych LOT przewodniczącej związku zawodowego. „Sprawa Moniki Żelazik urasta do rangi symbolu kolosalnego regresu praw pracowniczych i związkowych w Polsce” – czytamy w liście do szefa polskiego rządu.

 

Wygląda na to, że sprawa Moniki Żelazik może zakończyć postrzeganie gabinetu Mateusza Morawieckiego jako władzy „propracowniczej”. Po tym, jak pod koniec maja prezes LOT Rafał Milczarski zadecydował o dyscyplinarnym zwolnieniu przewodniczącej Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, temat ten wywołuje sporo emocji, szczególnie, że głównym nadzorcą spółki lotniczej jest przyjaciel premiera, sekretarz stanu w ministerstwie infrastruktury Mikołaj Wild.

To właśnie ten człowiek tuż przed zwolnieniem działaczki nawoływał do rozliczenia winnych strat, jakie poniosła spółka poprzez przymierzanie się do strajku, czyli związkowców. – Trzeba się pochylić nad szkodami, które LOT poniósł, w wyniku nawoływania do bezprawnych działań – mówił Wild. Warto pamiętać, że według obowiązujących przepisów, nie ma możliwości ukarania pracowników za działania nagłaśniające warunki zatrudnienia czy informowanie opinii publicznej o nadchodzącym strajku. Wkrótce po tych słowach Żelazik została zwolniona, a prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie prowadzenia przez nią… działalności terrorystycznej.

W piątek na biurko Morawieckiego trafił list podpisany przez znane osobistości. Sygnatariusze, czyli Marek Borowski, Jarema Dubiel, Piotr Ikonowicz, Olgierd Łukaszewicz, Sławomir Sierakowski, Jadwiga Staniszkis, Maciej Wiśniowski, Henryk Wujec i Jacek Żakowski zwracają uwagę szefa rządu na to, że w państwowej spółce „doszło do skandalicznego złamania prawa”. „To, że dziś pan premier sprawuje swoją funkcję, że mamy demokratyczne wybory, to wszystko zaczęło się od strajku powszechnego z jednym zasadniczym żądaniem, żądaniem wolności związkowej” – przypominają.

– W sytuacji tak drastycznego łamania podstawowych praw pracowniczych każdy przyzwoity człowiek, a na pewno każdy człowiek lewicy powinien wesprzeć Monikę Żelazik – powiedział redaktor naczelny Strajku.eu Maciej Wiśniowski, jeden z sygnatariuszy listu.

Nie jest to jedyna inicjatywa wsparcia dla represjonowanej związkowczyni. Na stronie Nasza Demokacja każdy może podpisać petycję z żądaniem przywrócenia do pracy Moniki Żelazik i zakończenia antypracowniczych represji w LOT.

Jednym z pomysłodawców tej akcji jest Jakub Baran z krakowskiego okręgu Partii Razem.

– Zwolnienie Moniki Żelazik za działalność związkową to symbol tego, jak wygląda »narodowy kapitalizm«, który chce budować nad Wisłą Mateusz Morawiecki – mówi działacz w rozmowie ze Strajk.eu. – Prawo i Sprawiedliwość twierdzi, że jest »najbardziej prospołecznym rządem po 89 roku«, a w praktyce zachowuje się tak jak wszystkie ekipy w III RP, przykłada rękę do łamania praw pracowniczych, represji za działalność związkową, do wyzysku i folwarcznych stosunków pracy. Monika Żelazik to Anna Walentynowicz naszych czasów, walcząc o przywrócenie jej do pracy, walczymy o prawa nas wszystkich – dodaje Baran.

„Monika Żelazik miała stanąć na czele strajku przeciwko śmieciowemu zatrudnieniu u narodowego przewoźnika. Kierownictwo kontrolowanej przez Skarb Państwa spółki stosuje nielegalne represje za działalność związkową. Wyrzucenie przewodniczącej związku jest próbą zastraszenia pracownic i pracowników LOT” – czytamy w petycji.

Wy lenie i zdrajcy

Premier Mateusz Morawiecki, w swoich wypowiedziach, używa prostej, nieskomplikowanej i grubiańskiej retoryki względem opozycji dawniej rządzącej. Wy nic nie zrobiliście, okradaliście kraj, kolaborowaliście z UE, a naród cierpiał. Swoje credo historyczne premier Morawiecki ujawnił składając kwiaty na tablicy poświęconej hitlerowskim kolaborantom z Brygady Świętokrzyskiej.

 

Używając języka premiera Morawieckiego streszczę jego karierę następująco. Młody Morawiecki zatrudnił się na wysokim stanowisku w Banku Zachodnim. Zapewne nie obyło się to bez jakiejś protekcji. Ten bank był wtedy państwowy. Dzięki podstępnym działaniom Morawieckiego bank kupili zachodni banksterzy. Obecny premier przyłożył więc rękę do wyprzedaży majątku narodowego. Za ten postępek Morawiecki został prezesem, już niepolskiego Banku i w nagrodę zarobił kilkadziesiąt milionów złotych. Jednak banksterzy wyprowadzili za granicę miliardy naszych złotych, a o tego typu działaniach premier teraz tak dużo opowiada jako o złych praktykach. Premier Morawicki, wtedy jako prezes banku, dawał na to przyzwolenie. Jest więc on jednym z tych, na których ciąży odpowiedzialność za wyprzedaż naszego majątku narodowego.

Kiedy prezes Morawiecki został premierem, zmienił front. Swoim przeciwnikom zaczął zarzucać działanie na szkodę kraju i wyprowadzanie naszego kapitału za granicę. Pojawiły się również hasła repolonizacji mediów, przedsiębiorstw i także – banków. Być może takimi hasłami premier chce ukryć swój wielki grzech polegający na sprzedaży wspomnianego banku. Teraz kapitał polski ma być najważniejszy, a źli kapitaliści albo przestaną ograbiać Polskę, albo zostaną znacjonalizowani i ich majątek stanie się polski.

Jednak do tej pory, za sprawą rodzimego kapitału, nie powstała żadna PiS-owska inwestycja. Dlatego też premier Morawiecki pojawia się na inwestycjach zagranicznych. Np. na Dolnym Śląsku dotyczyło to Mercedesa, LG, Toyoty, czy Lufthansy. Zarazem premier puszcza oko do swoich wyborców, ….że ci kapitaliści, przy blasku których się grzeje, to krwiopijcy podkradający nasz kapitał i oczywiście wyzyskujący polskich pracowników.

Który Morawiecki jest zatem prawdziwy? Ten służący banksterom czy pragnący repolonizacji naszego przemysłu. Na razie przez długie lata służył, pewnie bez obrzydzenia, zachodnim wyzyskiwaczom. Teraz pragnie zmienić swój wizerunek, ale zarazem zachęca zagraniczny kapitał do inwestycji w naszym kraju. Czyżby po to, by było więcej do repolonizacji?

I tak oto podaję przykład, jak używając uproszczeń i prymitywnej propagandy można każdego upodlić, co z takim upodobaniem czyni nasz premier Morawiecki. Przy czym zaznaczam, że ten tekst nie służy obronie rządów PO i PSL.

Głos prawicy

Waszczykowski w szpitalu

„Do Rzeczy” kolportuje sensacyjne wieści o byłym szefie MSZ:
Witold Waszczykowski ma problemy z oddychaniem i ledwo mówi – informuje „Super Express”.
Były szef polskiej dyplomacji trafił do Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie w nocy z 10 na 11 czerwca. Przebywa w tym samym szpitalu, który opuścił niedawno prezes PiS Jarosław Kaczyński.
„Super Express” skontaktował się z Waszczykowskim telefonicznie. – Nie czuje się najlepiej, leżę w szpitalu, mam poważne problemy z drogami oddechowymi, po badaniach będzie wiadomo więcej – powiedział cytowany przez gazetę były minister.
Tabloid zaznacza, że choroba polityka może być poważna. „Prawie stracił głos” – czytamy.
Witold Waszczykowski był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. Stanowisko stracił w styczniu 2018 roku. Zastąpił go Jacek Czaputowicz.

 

Niemiec już nie ma

Historyk Bohdan Piętka dzieli się refleksją na temat uchodźców:
Sędzia Ulrike Grave-Herkenrath skazała 19-letniego Ahmeta R. na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Ten młody imigrant z Afganistanu bez powodu pobił człowieka na ulicy. Ofiara ataku zmarła dzień później. Sędzia w uzasadnieniu stwierdziła, że więzienie będzie dla Ahmeta R. demoralizujące i kazała mu uczęszczać na zajęcia z treningu radzenia sobie z własną agresją. W sumie ma uczestniczyć w 10 lekcjach takiego treningu – to jedyna kara za zabicie człowieka bez powodu. Do ataku doszło w mieście Bergisch Gladbach koło Kolonii. Oskarżony zeznał, że w sierpniu ubiegłego roku zaatakował osobę, którą uznał za bezdomną. Zrobił to, by zdobyć szacunek u swoich rodaków. Zaatakowany 40-letni Thomas K. dostał cios, po którym upadł na ziemię i złamał czaszkę. Po napadzie muzułmańscy znajomi Ahmeta R. „świętowali” pobicie – podają niemieckie media. Dzień później zaatakowany mężczyzna zmarł w klinice w Kolonii-Merheim (tvp.info).
Za zabicie człowieka niemiecki sąd orzekł karę 10 lekcji treningu radzenia sobie z własną agresją. Przypuszczam, że wyrok byłby inny, gdyby sprawcą był Niemiec, a ofiarą muzułmański imigrant. Wtedy byłoby to przecież nie tylko pobicie ze skutkiem śmiertelnym, ale atak rasistowski, więc i kara surowsza. Do tego doszła Europa Zachodnia dzięki ideologii, której po imieniu nazywał nie będę.
Mój komentarz do tego jest taki, że Niemiec już nie ma i Europy Zachodniej też już nie ma. To już jest koniec tego regionu dawnej cywilizacji europejskiej. Świadomości tego faktu nie ma jednak ogromna większość Polaków, wciąż wierzących w swoje dziecinne wyobrażenia o Zachodzie. Najgorsze dla nich jednak jest to, że nie mają oni także świadomości tego, iż dominujące w ich kraju siły polityczne, nieustannie podjudzające ich przeciw Rosji jako wcieleniu wszelkiego zła, też prowadzą ich do takiego samego końca.

 

PiS za Polską powiatową

Polska to nie tylko te wielkie metropolie i arterie komunikacyjne między nimi, ale też średnie i małe miejscowości. Zależy nam, aby miały one dużo lepszy dostęp komunikacyjny – powiedział Premier Mateusz Morawiecki w KPRM podczas odprawy z wojewodami.
Podziękował, że wzięte zostały pod uwagę także mniejsze regiony, które nie miały wcześniej szans na remont.
– Ta inwestycja pokazuje, że w ślad za słowem idą też czyny. Chcemy, żeby Polska była jedna od strony infrastrukturalnej, drogowej, dlatego poprzez fundusze na budowę i remonty dróg, oferujemy gminom poprawę komfortu i bezpieczeństwa na drogach – oznajmił.
Minister MSWiA Joachim Brudziński dodał, że państwo przekaże 500 mln zł wsparcia na kolejną transzę inwestycji na drogi lokalne.
– Pierwsza transza, która popłynęła ze strony rządu na ten cel to 800 mln zł. Wojewodowie znakomicie wywiązali się z zadania, zbierając wnioski samorządów – zaznaczył. Info z pis.org.pl.

Narodowa strefa kolonialnego wyzysku

Andrzej Duda podpisał ustawę o wspieraniu inwestycji w Polsce. Nie jest to zwyczajna ustawa. Jej zapisy gwarantują tzw. inwestorom niebotyczne przywileje. Premier Morawiecki nazywa dokument „prawdziwym prorozwojowym przełomem”.

 

Specjalne Strefy Ekonomiczne istnieją w Polsce już od dwudziestu lat. Wyzysk w zakładach pracy położonych w takich miejscach jest szczególnie dotkliwy. Pracownicy wykonują najczęściej proste prace produkcyjno-montażowe dla zachodnich koncernów. Mimo, że kapitał jest zwolniony z podatku dochodowego, płace w SSE nie przekraczają znacząco wynagrodzenia minimalnego. W strefach mnożą się agencje pracy tymczasowej, które dostarczają siłę roboczą według potrzeb kapitalisty, osłabiajac tym samym możliwość samoorganizacji pracowniczej i kolektywnej walki o poprawę warunków pracy, Zawieszone są niektóre zapisy Kodeksu Pracy. Innymi słowy – kompletna patologia.

Mateusz Morawiecki w Specjalnych Strefach Ekonomicznych widzi klucz do sukcesu polskiej gospodarki. Ustawa podpisana przez prezydenta jest jego autorskim pomysłem. Dokument wejdzie w życie za 14 dni. Szef rządu kipiał entuzjazmem mówiąc o dobrodziejstwach, którymi już niebawem „cieszyć” będą się Polacy.

– Kiedy powoływane były specjalne strefy, to walczyliśmy z wielkim bezrobociem i nierównomiernym rozwojem kraju. Dziś też mamy powiaty i gminy z bardzo wysokim problemem braku pracy. W jaki sposób szybciej niż za pośrednictwem ulg doprowadzić do rozwoju całego kraju? To nasz znak firmowy. Chcemy, żeby rozwój był równomierny. Cała Polska ma być strefa inwestycyjną – powiedział Morawiecki podczas forum ekonomicznego w Krynicy.

Głównym założeniem projektu jest rozszerzenie zasad panujących w SSE na cały kraj. Inwestorzy otrzymają prezent, jakim państwo polskie ich jeszcze nie uradowało. Będzie to zwolnienie z podatku dochodowego na okres od 10-15 lat. Niewiarygodne? Jak widać – możliwe w Polsce rządzonej przez „solidarny” i jak to powiedział Morawiecki „najbardziej prospołeczny rząd od 30 lat”.

Czego rząd oczekuje w zamian? Współpracy z ośrodkami naukowymi i uniwersyteckimi, a także jakości jeśli chodzi o gatunek miejsc pracy – premiowane będą firmy tworzące stanowiska wymagające użytkowania nowoczesnych technologii.

3 tysiące wzięte z sufitu

Dzięki protestowi w Sejmie pozyskaliśmy nieco świadomości i wiedzy o warunkach życia osób z niepełnosprawnościami, ich potrzebach i pragnieniach oraz barierach, jakie muszą pokonywać. W przestrzeni społecznej pojawiło się jednak równocześnie wiele wątpliwych tez dotyczących życia rodzin, w których przebywa osoba ze znaczną niepełnosprawnością. Jedna z nich wielokrotnie padała i w prorządowych mediach, i z ust samych urzędników państwa, łącznie z premierem Morawieckim. Chodzi o stwierdzenie, jakoby takie rodziny otrzymywały od państwa nawet 3 tys. złotych i że te kwoty bardzo wzrosły właśnie na skutek działać obecnej władzy. Takie postawienie sprawy to delikatnie mówiąc nadużycie. Jak jest naprawdę?

 

Problem polega na tym, że nie da się dokładnie, ani nawet w przybliżeniu powiedzieć, ile otrzymuje rodzina, w której pozostaje znacznie niepełnosprawna osoba dorosła, bowiem to zależy od wielu czynników.

Jedni dostają daną kwotę wsparcia po zsumowaniu wszystkich form pieniężnej pomocy, ale inni – przy zbliżonym poziomie ograniczeń funkcjonowania w związku z niepełnosprawnością – nawet o tysiąc złotych lub dwa tysiące mniej. Rzucanie w przestrzeni publicznej kwotą odnoszącą się do doświadczenia jednej podgrupy osób niepełnosprawnych ( i to będącej w liczebnej mniejszości), i to jeszcze w sposób nieprecyzyjny, jest społecznie nieodpowiedzialne.

 

Skąd wzięło się powtarzane 3 tys. złotych, o których mówił Morawiecki?

Wskazówki znajdujemy na stronie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Zgodnie z obecnym tam wyliczeniem na wsparcie pieniężne składa się:

• 1477 zł netto – świadczenie pielęgnacyjne dla opiekuna,
• 878,12 zł netto – renta socjalna podniesiona od czerwca br. (1029,80 zł brutto) dla podopiecznego,
• 153 zł netto – zasiłek pielęgnacyjny, który od przyszłego roku wzrośnie o 62 zł i wyniesie 215 zł (dla podopiecznego),
• 539 zł – opłacane ze środków budżetu państwa składki na ubezpieczenia emerytalne, rentowe i zdrowotne.

Łącznie uzyskujemy kwotę co najmniej 3047,12 zł bezpośredniego wsparcia finansowego w formie wypłaty pieniędzy, wpłaty na konto emerytalno-rentowe do ZUS oraz do NFZ.

W materiale jest wprawdzie na początku mowa, że chodzi o osoby niepełnosprawne od urodzenia (choć i tu nasuwa się pytanie, dlaczego mielibyśmy brać pod uwagę akurat tylko tę grupę) ale w zakończeniu mowa jest już „ o łącznym wsparciu osoby niepełnosprawnej wraz z opiekunem”

 

Takie zestawienie wymaga jednak gruntowej polemiki.

Po pierwsze, w ramach owych 3 tys. uwzględniono także oskładkowanie. Jeśli nawet decydujemy się to liczyć, trzeba to bardzo wyraźnie zaznaczyć jaka część jest na rękę, a jaka odprowadzana jest w formie składek. Tymczasem osoby wypowiadające się na ten temat lub – co gorsza – piszące o tym bardzo często nie dbały o takie uściślenie, lub świadomie jego nie dokonywały.

Niezaznajomiony z tematem odbiorca faktycznie może mieć poczucie że osoba niepełnosprawna może liczyć na 3 tys. na rękę, co wszak jest kwotą przekraczają medianę zarobków. Tymczasem tak nie jest.

Po drugie, nawet, jeśli posługiwalibyśmy się kwotą niższą, mówiącą o tym na co rodziny te mogą liczyć w gotówce, wielkość rzędu ok. 2,5 tys. nie oddaje rzeczywistości. Takie łączne wsparcie wypłacane jest tylko wówczas, gdy spełnione są przynajmniej trzy warunki: 1) niepełnosprawność powstała przed 18 rokiem życia; 2) osoba niesamodzielna żyje wraz z opiekującym się członkiem najbliższej rodziny, który ( 3) jest całkowicie poza jakąkolwiek aktywnością zawodową.

 

Jeśli któryś z tych warunków nie jest spełniony, wsparcie radykalnie spada.

Weźmy taki oto przykład. Niepełnosprawność powstała w 19. roku życia, osoba niesamodzielna pozostaje pod opieką niepracującej matki. Osoba taka nie dostanie renty socjalnej, a matka – świadczenia pielęgnacyjnego. Niepełnosprawna może liczyć jedynie na zasiłek z pomocy społecznej – maksymalnie 514 złotych według obecnie obowiązujących kryteriów z pomocy społecznej dla osób w wieloosobowym gospodarstwie domowym, zaś jej opiekunka – maksymalnie 520 złotych specjalnego zasiłku opiekuńczego, jeśli zostanie spełnione kryterium dochodowe (poniżej 764 złotych na osobę). Do tego dochodzi 153 złotych zasiłku pielęgnacyjnego. W sumie wychodzi nieco ponad 1200 złotych, ale jeśli się przekroczy któreś kryterium dochodowe (bo np. w domu jest inna osoba, która pracuje lub otrzymuje świadczenie emerytalno-rentowe), wówczas pomoc związana z niepełnosprawnością i opieką może spaść znacznie poniżej 1000 złotych.

Możliwe są różne sytuacje życiowe rzutujące na poziom uzyskiwanego wsparcia. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wielu przypadkach jest to nie tylko dużo mniej niż 3 tys. złotych, ale nawet znacznie poniżej 2 tys., a bywa, że poniżej tysiąca.

Kwota, którą operuje rząd odnosi się jedynie do rencistów socjalnych, którzy żyją wraz z niepracująco zawodowo opiekunami. Pamiętajmy jednak, że możliwość sprawowania opieki przed bliskich też jest ograniczona. Bywa, że opiekunowie umierają lub na skutek wieku czy stanu zdrowia nie mogą już pełnić swojej dotychczasowej roli. Wówczas wsparcie opiera się na wysokości świadczeń rentowych, które jednak nie obejmują wszystkich osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji.

 

Świadczenia wzrosły, ale nie jest to zasługa aktualnej władzy.

Różnice we wsparciu jakie otrzymuje część rodzin z niepełnosprawnymi dorosłymi w porównaniu z tym, co otrzymywały pod koniec poprzednich rządów w ograniczonym stopniu wynikają ze szczodrej polityki obecnej władzy. Na wzrost łącznego wsparcia wpływ ma głównie podwyżka świadczenia pielęgnacyjnego. Tyle, że ów wzrost nie jest rezultatem dobrowolnej decyzji obecnego rządu.

To poprzedni rząd Donalda Tuska (i to dopiero pod wpływem protestu sprzed czterech lat) podjął decyzję o stopniowym zrównaniu świadczenia pielęgnacyjnego z wysokością minimalnego wynagrodzenia oraz corocznej waloryzacji jego wysokości według wzrostu płacy minimalnej. Obecny rząd przyczynił się więc do tego wzrostu tylko pośrednio, za sprawą podnoszenia płacy minimalnej, co również przekłada się na wysokość świadczenia. Tyle tylko, że płaca minimalna była podnoszona także za czasów rządów PO-PSL podnoszona, łącznie podwajając nominalną wysokość w ciągu 8 lat. Pamiętajmy, że mówimy ciągle jedynie o świadczeniu pielęgnacyjnym, a więc tym które otrzymują opiekunowie osób niepełnosprawnych (także dorosłych) od dziecka.

Dla tych zajmujących się bliskimi, którzy stali się niesamodzielnymi już po wejściu w dorosłość wielkość wsparcia stanęła w miejscu.

Nadal jest to ledwie 520 złotych, choć od listopada może wzrośnie… o raptem 100 złotych.

Drugim czynnikiem który wpływa na to, że kwoty wsparcia są istotnie wyższe niż były wcześniej jest znaczący wzrost, od czerwca, renty socjalnej. Stanowi to realizację jednego z dwóch postulatów protestujących. Dodajmy, postulatu, który podnoszony był od dawna i dopiero teraz został wysłuchany za sprawą ostrości protestu. Gdyby nie to, nie byłoby tak szybkiej zmiany. I w tym więc trudno widzieć zasługę PiS. Każda inna władza prawdopodobnie postąpiłaby podobnie w obliczu tak nagłośnionego protestu.

Ponadto zestawianie kwot dzisiejszego wsparcia z tym sprzed 3 czy 4 lat w wielkościach bezwzględnych jest zawsze obarczone pewną niedoskonałością. Trzeba pamiętać, że koszty życia, w tym koszty leczenia, rehabilitacji etc. w międzyczasie też wzrosły, wartości nominalne nieco zwodzą.

Te szczegóły warto przytaczać, operując konkretem, a nieraz i przykładem, aby nie dać sobie i innym wmówić, że osoby wymagające stałej opieki są obecnie całkiem nieźle zabezpieczone socjalnie i że stało się to dzięki rzekomej prospołeczności obecnych rządów.

Bajki pana premiera

Pan Premier Morawiecki jeździ po kraju o opowiada jak to ten rząd odbudowuje kraj ze zniszczeń po poprzednikach.

Będą nowe, polskie stocznie, nowe polskie samochody elektryczne, nowe statki, które rozsławią imię polskiego stoczniowca. Będzie repolonizacja przemysłu i banków. Będą nowe drogi, nowe lokomotywy, nowe śmigłowce dla armii i nowe pomniki wiadomo kogo sławiące. Będzie lepiej, dumniej i sprawiedliwiej. Naród wstaje z kolan i odbudowuje swój kraj. Drzyjcie skarlałe nacje i padajcie na kolana przed narodem, który właśnie z nich powstał i potężnieje z dnia na dzień.
Rzeczywistość jest znacznie skromniejsza. Nie słyszałem na razie o jakimś zrealizowanym dużym polskim projekcie gospodarczym. Media donoszą i eksperci oceniają, że te zapowiedzi to tylko propaganda w stylu położenia stępki pod budowę promu, na który nie ma jeszcze projektu i dokumentacji. Pieniędzy na budowę także.
Plany premiera można przyrównać do marzeń chłopca, który śni, że będzie Herkulesem, kosmonautą, dzielnym strażakiem i policjantem w jednym. Można mówić o jednym projekcie sfinansowanym z polskiego kapitału pochodzącego ze spółek skarbu państwa. Chodzi o Polską Fundację Narodową. Ten projekt jednak służy zupełnie czemu innemu i naszego narodowego bogactwa nie pomnoży.
Goszcząc ostatnio na wybrzeżu premier ponownie zapowiedział te wielkie sukcesy. Póki co w rejs dookoła świata ruszył nasz „Dar Młodzieży”.
Żaglowiec został zbudowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ze składek młodzieży zorganizowanej w ZSMP, ZSMW itp. Dlatego nazywa się on tak właśnie.
By uwiarygodnić te zapowiedzi premier przecina wstęgi na inauguracji dużych inwestycji zagranicznych. Na Dolnym Śląsku grzał się w cieple Mercedesa, LG, Toyoty, Lufthansy itp. W oficjalnej propagandzie ci kapitaliści nie płacą podatków i oszukują Polaków. Nie rozumiem więc po co pan premier zadaje się z tymi krwiopijcami. Z utęsknieniem czekam aż premier w moim regionie otworzy zakład, który on wymyślił, i sfinansował z polskiego kapitału. Ale na razie nic na to nie wskazuje. Kapitał jest potrzebny do celów partyjnych. Dlatego uważam, że pan premier opowiada bajki, a rzeczywistość gospodarcza zagranicznym kapitelem stoi, a rząd chwali się danymi, które pokazują jak to nam tego zagranicznego kapitału przybywa. Kakofonia.