Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.

Przerażające rozlewisko kłamstwa WYWIAD

Z prof. Zbigniewem Mikołejko, filozofem i historykiem religii, eseistą, kierownikiem Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

 

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.

To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

 

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?

Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

 

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.

Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów… – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

 

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?

Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.
PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

 

Kolejne kłamstwo.

Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów – liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

 

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?

Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

 

To typowo polskie?

Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

 

Czyli sami na to zapracowaliśmy?

Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Kłamca czy „retoryk”?

Tylko „Trybuny” repolonizować nie trzeba.

 

– Jak „Berliner Zeitung” miało być wykupione przez Amerykanów, to sobie prześledźcie w Internecie, jaka była awantura w Niemczech – stwierdził w Płońsku pan premier Mateusz Morawiecki. Podkreślił, że w innych krajach Unii Europejskiej media są własnością narodowych koncernów. Za to Polsce krajowe media w ogromnym stopniu nie należą do Polaków.
„Proszę popatrzeć na Francję i Niemcy, na Hiszpanię i na Włochy. Na duże kraje Unii Europejskiej”, biadolił w zeszły poniedziałek pan premier Morawiecki podczas kolejnego wiecu poparcia dla kandydatów PiS w wyborach samorządowych. I jak zwykle podczas takich wieców, naobiecywał mieszkańcom Płońska wysyp rządowych inwestycji oraz słodkie życie. Pod jednym warunkiem. Jeśli tylko zagłosują na wskazanych przez PiS kandydatów narodowo-katolickich.
W Płońsku został niespodziewanie zapytany o „repolonizację” mediów w naszym kraju. Początkowo też to chciał obiecać, ale szybko ugryzł się w swój, znany z „retoryki”, język.„Retoryką języka” nazwał ostatnio kłamstwa pana premiera Morawieckiego, przychylny mu sąd.
Skoro szybkiej repolonizacji pan premier nie mógł obiecać, to zwyczajowo zaznaczył, że do tego haniebnego dla każdego prawdziwego Polaka stanu, „doprowadziły lata III RP i lata transformacji”.
Oczywiście znany „retoryk” Mateusz Morawiecki nie sprecyzował kto jest odpowiedzialny za wysprzedaż czysto polskich kiedyś gazet obcym medialnym koncernom. Zwłaszcza tym wrażym, bo niemieckim.
Przypomnijmy zatem wielkiemu „retorykowi” jak to z wyprzedażą polskich, rodowych medialnych sreber było. Otóż 22 marca 1990 roku Sejm uchwalił ustawę o likwidacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej ”Prasa- Książka- Ruch”. Czyli koncernu medialnego należącego wcześniej do PZPR i socjalistycznych związków młodzieży. Dnia 6 kwietnia premier Tadeusz Mazowiecki powołał Komisję Likwidacyjną RSW „Prasa-Książka- Ruch”.
Majątek koncernu zostało podzielony przez Sejm w 1990 i 1991 roku. Zagrabione mienie poPZPRowskie zostało potraktowane jak kiedyś pożydowskie. Przekazano je zwycięskim prawicowym partiom politycznym i związkowi zawodowemu NSZZ ”Solidarność”. Partia braci Kaczyńskich, czyli „Porozumienie Centrum” przejęły gazetę „Express Wieczorny”. Kongres Liberalno-Demokratyczny i część działaczy Unii Demokratycznej zabrało gazetę „Życie Warszawy”, Konfederacja Polski Niepodległej dziennik „Sztandar Młodych” i tygodnik „Razem”. Zaś lewicowej, postpezetpeerowskiej SdRP na odczepkę dano dziennik „Trybunę”.
Prasa regionalna została podzielona pomiędzy związek zawodowy NSZZ ”Solidarność” i partie prawicowe. Ponieważ związkowcy i prawicowcy nie potrafili redagować gazet to część swoich udziałów sprzedali zagranicznym koncernom medialnym. Najpierw francuskim, bo wtedy polska prawica i związkowcy z „Solidarności” uprawiali z francuskimi koncernami przyjaźń przechodzącą w miłość nawet. Potem Francuzi odsprzedali swe udziały Niemcom.
Z biegiem lat partie prawicowe i NSZZ ”Solidarność” potrzebowały coraz więcej pieniędzy na uprawianie polityki. No to wyprzedawały stopniowo swe udziały zagrabionego mienia poPZPRowskiego. Zagranicznym koncernom medialnym rzecz jasna.
Tak to polscy prawicowi politycy, z braćmi Kaczyńskimi na czele, oraz zaprzyjaźnieni z nimi związkowcy z NSZZ „Solidarności” wyprzedali zagranicznym koncernom medialnym polskie gazety.
A teraz obłudnie i „erotycznie” płaczą na brak polskich mediów. I jako winnych wskazują anonimową „transformację”!!!
Na polskim rynku, jako jedyna ogólnopolska gazeta, należąca w całości do polskiego właściciela pozostała jedynie „Trybuna”.
Bo określany przez polską prawicę jako „polski” „Nasz Dziennik” należy przecież do międzynarodowej korporacji, zwanej kościołem katolickim.

 

PS. Odpowiadając na pytania potwierdzam, że kandyduję do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Wilanowa i Ursynowa.

Przemysł pogardy

Odkrywszy w sobie odrobinę masochizmu, od trzech lat dość uważnie i systematycznie śledzę prawolskie, propisowskie portale. I klnę się na Boga, w którego nie wierzę, że ten hejt, który kierowany jest w stronę PiS, to istny śpiew słowika w porównaniu z kloacznym rynsztokiem i przemysłem pogardy, jaki wylewa się ze strony zwolenników „dobrej zmiany”.

 

Jeśli PiS wygra najbliższe starcia wyborcze uzyskując samodzielną większość, to rozpęta takie piekło, że obecną kadencję wspominać będziemy rozrzewnieniem jako łagodny czas poszanowania demokracji, praw i wolności obywatelskich.

 

Przemysł pogardy

Zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” pisowcy zawsze podnoszą głośne larum, gdy spotka ich jakakolwiek krytyka z drugiej strony. Cechuje ich w tej mierze hiperwrażliwość na miarę andersenowskiej księżniczki na ziarnku grochu – uwiera ich nawet małe ziarnko umieszczone pod stosem poduszek. W tym celu wymyślili określenie „przemysł pogardy”. Kilka lat temu ukazały się dwie książki zorientowanego propisowsko autora Przemysława Kmiecika o „przemyśle pogardy”, który po 10 kwietnia 2010 roku miał być skierowany przeciwko osobie Lecha Kaczyńskiego i przeciwko środowisku politycznemu jego brata. Nie wiem, kto je wymyślił, ale w środowisku pisowskim bardzo się ono przyjęło i chętnie jest przywoływane. Bardzo dobrze pamiętam jednak, że to, co nazywali i nazywają „przemysłem pogardy”, było na ogół w gruncie rzeczy ostrą krytyką, czasem satyrą z akcentami szyderstwa, co najwyżej w wyższej strefie stanów średnich natężenia. Poza Januszem Palikotem, który pozwalał sobie na znacznie od przeciętnej ostrzejszą „szyderę”, pozostałe treści antypisowskie i czy antykaczystowskie mieściły się w szeroko pojętej normie politycznej satyry. Tymczasem kaczyści, co rusz wołając: „przemysł pogardy” i „łapaj złodzieja” otworzyli szeroko tamy takiemu kloacznemu rynsztokowi za którym jest już tylko zapach krwi i prochu.

 

Dwa przykłady

W swoim programie „Nie ma żartów” Eliza Michalik rozmawiała kilka dni temu z pisarką Marią Nurowską. „Dla mnie Kaczyński jest wydestylowanym złem”, „Kaczyński ma jedno zadanie: zemsta. Mści się na nas za to, że mu zabito brata. Zabili mi brata, to teraz ja ich wykończę”, „strasznie mnie razi u nich prostactwo i brak poczucia humoru”, „PiS kieruje ofertę do ludzi nieinteligentnych, do dołów społecznych, te ich doły społeczne przekupili 500 plus”, „oni ten pisowski reżim zbudowali na kłamstwie” – to niektóre tylko cytaty z wypowiedzi Nurowskiej. Można się zgadzać z tymi wypowiedziami, można nie, można mieć co do niektórych wątpliwości, ale mimo to powyższe sformułowania mieszczą się w ramach kultury słowa, bez inwektyw czy wulgaryzmów, nawet bez ostrego, dojmującego szyderstwa. Z całą pewnością mieści się w normie polskiej, a w zestawieniu z poziomem emocjonalnym i retorycznym debaty są wręcz nader umiarkowanie. Do tej rozmowy nawiązuje portal braci Karnowskich „w polityce” i rozdziera szaty w stylu: „Ach, cóż za straszna pogarda w słowach Nurowskiej, jaka nienawiść bez granic”. Zaglądam do innego propisowskiego portalu o nazwie „niezależna” i sięgam po materiał poświęcony niedawnemu protestowi przeciw wycofaniu się PiS z projektów rozwiązań ustawowych, które miały na celu poprawę losu zwierząt, zarówno tych tzw. hodowlanych, na futra i skórę, jak i domowych (psy na uwięzi). W proteście, który odbył się pod hasłem „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt?” wzięły udział m.in. znane aktorki i celebrytki. Anja Rubik, Maja Ostaszewska, Agata Buzek, i to one zostały wzięte pod but przez pisowskich trolli. A oto próbki komentarzy pod tym materiałem: „Baby to jednak w większości debilki”, „jedna paskuda i beztalencie mniej” (to o Mai Ostaszewskiej), „Rubik, ta szkapa jeszcze żyje?”, „matko, jaka ona szkaradna szok”, „sfrustrowane pudernice na śmietnik z nimi”, „stare rury, z kilkoma co najwyżej komórkami w tych pustych łbach”, „na zdjęciu okropne kobiety: Buzkówna, Ostaszewska, Rubikówna coś potwornego”, „zwymiotowałem gdy zobaczyłem zdjęcie Rubikowej”, „sfiksowana brzydula na jej widok robi się niedobrze”, „ta jakaś wychudzona modelka Rubik wstrętna jak kupa po kacu”. Wystarczy? Nie da się ukryć, ta prawda jest naga: miażdżąca większość oszalałego z nienawiści rynsztoku spływa z pisowskich kanałów.

 

Kto sieje wiatr, zbiera burzę

Jak na dłoni widać tu najohydniejszy, mizoginistyczny rynsztokowy seksizm, bo przecież na tej demonstracji było także wielu mężczyzn, a o nich jednak ani słowa. Prawie nic też o smutnych „bohaterach” tej demonstracji czyli o zwierzętach, które tak kocha Jarosław Kaczyński. A gdyby tak zastosować podobne epitety do kobiet (skoro o kobietach tu mowa) do pań Pawłowicz czy Sobeckiej („stare rury”, „na śmietnik z nimi”), to co byście na to powiedzieli pisowscy trolle o niewyparzonych językach? A gdyby tak do nich i do kobiet PiS zastosować te skatologiczne epitety z ekskrementami i rzygowinami? Jednak nie róbmy tego. Niech to ONI zadławią się tym rynsztokiem. Jednak wychowany w żoliborskim domu na staromodnego damskiego galanta („całuję rączki”) Jarosław Kaczyński ani razu nie zajął publicznie głosu i nie wezwał swoich zwolenników do powstrzymania się od takiego języka w stosunku do kobiet. To co prawda nie powstrzymałoby tego rynsztoku, ale przynajmniej wystawiłoby jemu samemu choć jedno dobre świadectwo. Ale on już jest po drugiej stronie, na śmierć i życie, więc nie ma już żadnego powodu ani interesu by się uczciwie zachować. Jednak, trzeba mieć i to na uwadze, że zgodnie z regułą sformułowaną przez wielkiego polskiego poetę Adama Mickiewicza ( „gwałt niech się gwałtem odciska”) fala rozpętanego przez nich werbalnego gwałtu rozlewa się poza internet i media. W sobotę przed południem w jednej z warszawskich kawiarni młody człowiek zwrócił się do Krystyny Pawłowicz udzielającej przy stoliku wywiadu dziennikarzowi jednego z propisowskich tygodników, jednego z tych które publikują przywołane wyżej rynsztokowe ekspresje, następującymi słowy: „Zamknij mordę stara głupia babo” (…) Jak ona jest chamka, to się zwracam jak do chamki”. Nie popieram takich zachowań, ale nie pozostaje nic innego jak powiedzieć pisowcom: kto sieje wiatr, zbiera burzę.

 

Wybryk leżajski czyli Adrian irytuje się

Skoro zatem znajdujemy się w strefie języka, warto odnieść się do języka, na którym wysoko odleciał w Leżajsku Duda Andrzej, z formalnego punktu widzenia konstytucyjny prezydent RP. Jak to często u niego bywa, narcystyczne uwielbienie dla własnego głosu poniosło go znacznie dalej niż być może by chciał i wykrzyczał słowa o Unii Europejskiej jako o „wyimaginowanej wspólnocie, z której niewiele dla nas wynika”. Wywołało to zakłopotanie nawet w obozie PiS, w którym są ludzie, którzy przy wszystkich buńczucznych atakach na Unię dobrze wiedzą, z której strony posmarowany jest chleb. A otóż posmarowany jest on od strony zachodniej. I którzy wiedzą, że gdyby nie miliardy euro, które wpłynęły do Polski począwszy od roku 2004, to nasza umiłowana ojczyzna nadal, tradycyjnie brnęłaby w błocie i gnoju, a szyderczy wydźwięk określenia „polskie drogi” nadal byłby aktualny. Przez dziesięciolecia oskarżano ustrój Polski Ludowej o zapóźnienie cywilizacyjne kraju, a raczej obarczano PRL wyłączną odpowiedzialnością za niski i parciany poziom życia w tamtych czasach. Tymczasem historyczna prawda jest taka, że choćby nawet gospodarka Polski Ludowej przez całe 45 lata napinała się na najwyższe rejestry wysiłku i pomysłowości, to i tak nic by to nie dało bez solidnego kapitału z zewnątrz, bo Polska kapitału nie miała. Takie Włochy, które po wojnie były obrazem nędzy i rozpaczy odziedziczonym po poprzednich epokach, co zobaczyć można w filmach powojennego nurtu neorealistycznego (Roberto Rosselini, Vittorio de Sica), już kilkanaście lat później zakwitły „cudem gospodarczym” czyli ową „dolce vita” („słodkim życiem”) ze słynnego filmu Federico Felliniego. Wysiłek Włochów sprawił to w minimalnym stopniu, bo ową prosperity zawdzięczali nade wszystko planowi Marshalla, amerykańskiemu planowi ekonomicznego wsparcia Europy. Powodowane politycznym imperatywem i nakazem władze Polski odrzuciły ofertę wynikającą z tego planu i dokładnie w tym momencie zaczął się początek końca Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

 

Duda, nie Duda?

Ale wróćmy do Dudy. W związku z jego nieodpowiedzialnym retorycznym wybrykiem leżajskim powróciły w PiS spekulacje, czy aby naprawdę jest on dziś dobrym kandydatem obozu władzy na prezydenta w wyborach 2020 roku. Ostatnie sondaże, które pokazują, że Tusk go prześciga, a Biedroń depcze mu po piętach, mogą dać Kaczyńskiemu to i owo do myślenia. I choć kilka miesięcy temu potwierdził, że to Duda ponownie będzie kandydatem obozu władzy, to przywódca PiS jest człowiekiem zdolnym do gwałtownej wolty personalnej o ile zajdzie taka potrzeba. Duda jest w obozie PiS traktowany jako osobistość mocno wypalona i to już na dwa lata przed końcem kadencji. Denerwujące weta z ubiegłorocznych wakacji, długo drażniący twarde jądro PiS rzecznik Łapiński czy opinia powolnego manekina – zgodnie z paradoksem ludzkiej psychiki, która niejednokrotnie nakazuje bardziej szanować wroga niż własnego służalca – nie wywołuje szacunku do Dudy nawet u tych, którzy sami na takiej pozycji go ustawili. Tygodnik „Gazeta Polska” nie zaprzestał nazywać go „Dudaczewskim”, co jest w tym środowisku bliskim Macierewiczowi i sekcie smoleńskiej wyjątkowo ostrą obelgą. Prawdopodobieństwo wspomnianej wolty personalnej nie jest co prawda duże, bo byłoby to posunięciem ryzykownym, ale wiadomo, że wyobraźnia prezesa PiS nie ma wielkich ograniczeń, a bezwzględność żadnych. Do Dudy bez wątpienia głosy te docierają, stąd bardzo zła atmosfera w Pałacu (nomen omen) Namiestnikowskim (seria odejść), którego główny lokator bardzo jest zirytowany swoją postępującą, upokarzającą marginalizacją i prztyczkami jakie raz po raz otrzymuje od „swoich”. Dlatego, jak zauważa Jadwiga Staniszkis, w sposób właściwy dla niego, czyli infantylny, dziecinny, tupie nożynami jak rozjuszony bachor, okazując niezadowolenie.

 

Tako rzecze Wittgenstein

Zgodnie z formułą Ludwika Wittgensteina, filozofa od którego zaczęło się traktowanie języka jako czegoś więcej niż tylko narzędzia komunikacji, „granice mojego języka, są granicami mojego świata”. Jedną z konsekwencji tego jest to, że język ma także potężny potencjał sprawczy w warstwie empirycznej, wręcz fizykalnej. A ponieważ PiS jest formacją, która w największym stopniu, nieporównywalnie bardziej niż opozycja – w tej sferze dość bezradna – pracuje w tworzywie języka, więc także i tam czai się dla niego największe niebezpieczeństwo. Może się bowiem kiedyś niepowściągliwością i nadproduktywnością swojego własnego języka zadławić. Duda Andrzej na razie się nim tylko zakrztusił.

Antypolskie głosowanie PiS

O tym, że politycy PiS i związani z nim propagandziści kłamią, wszyscy już w Polsce powinni wiedzieć. Ale nie wszyscy jeszcze wiedzą, że potrafią kłamać tak bezczelnie i aż tak głupio.
W zeszłą środę w Parlamencie Europejskim przyjęto dyrektywę o prawie autorskim. Za było 438 posłów, przeciw 226, wstrzymało się 39. Jak zgodnie twierdzili eksperci, nowe przepisy są wymierzone głównie w gigantów i monopolistów zarabiających w sieci internetowej, taki jak Google, czy Facebook. Ukrócą możliwości okradania twórców przez gigantyczne, komercyjne koncerny.
Istniała jednak obawa, że nowe przepisy mogą zostać wykorzystane także przeciwko mniejszym firmom lub nawet indywidualnym użytkownikom Internetu. Upowszechniającym dzieła polskich twórców nierzadko niekomercyjnie.
Dlatego po protestach przed parlamentarna debatą, projekt dyrektywy uzupełniono i wzbogacono o 250 poprawek. Wśród nich najważniejszą, bo zakładającą, że krytykowane rygory dyrektywy nie będą dotyczyć małych i średnich przedsiębiorstw.
Jeszcze dwa dni przed głosowaniami euro parlamentarzyści PiS sugerowali w mediach, że zagłosują za dyrektywą. Bo jest w interesie polskiej kultury i polskich twórców. To wydawało się zrozumiałe, bo przecież stale deklarują swój patriotyzm, dbałość o polskie interesy, o ochronę polskiej kultury.
Zagłosowali jednak przeciw. Jakby byli płatnymi sługusami niepolskich gigantów internetowych, albo „pożytecznymi idiotami” wyżej wymienionych sieci, okradających polską kulturę.
Jakby oczekiwali od tych zagranicznych koncernów korzyści finansowych w czasie nadchodzących kampanii wyborczych.
Aby było jeszcze śmieszniej przez całą zeszłą środę widzowie TVP info mogli się dowiedzieć, że to antypolskie głosowanie euro deputowanych PiS było heroiczną walką ludzi pana prezesa Kaczyńskiego w „obronie wolności Internetu”.
Bez zmrużenia oka przekonywali o tym nie tylko prominentni ero deputowani PiS, ale też czołowi pracownicy PiSowskiego frontu propagandowego. Tacy jak Tomasz Sakiewicz, bracia Karnowscy.
Jeśli ci, deklarujący się codziennie jako „polscy patrioci”, uważają, że „wolność w Internecie” polega na okradaniu polskich twórców i polskiej kultury przez wielkie, zagraniczne korporacje medialne,
to
niech bóg broni
Polskę i Polaków przed takimi „patriotami”.
Skoro wyborcy PiS nie dostrzegają patriotycznego zakłamania elit PiS.

 

PS. Potwierdzam pojawiające się w mediach informacje, że kandyduje do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z listy SLD – Lewica Razem, rzecz jasna.

Zachęcanie przez zawstydzanie

Destrukcja systemu prawnego dokonywana przez PiS nie cieszy się przesadnym poparciem Polaków. Mimo to protesty uliczne pozostają względnie nieliczne, a notowania partii Kaczyńskiego trzymają się jak zaklęte – z lekką tendencją wzrostową.

 

Sytuacja to powoduje rosnącą wściekłość środowisk liberalnych i demokratycznych, które wyraźnie nie mogą poradzić sobie ani z diagnozą sytuacji, ani z opracowaniem sensownego planu przeciwdziałania.
Strofowanie narodu
W przestrzeń publiczną płyną osobliwe przekazy, wzywające obywateli do czynu i wzmożenia. Można je podzielić na trzy zasadnicze warianty.

 

Wariant 1 – macie to wszystko, puste debile, dzięki nam

„Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna »furka«, »klamoty« z butiku, nierzadko własna »kawalerka«, a w niej sprzęt audiowizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nieobarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw »komunie« o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze”.
Lipcowy apel do polskiej młodzieży, zamieszczony na oficjalnej stronie KOD, podbił internety. Nie w taki sposób, o jaki chodziło autorom, ale jednak…
Trudno o przykład głębszego oderwania się od rzeczywistości. Podobny wizerunek młodego pokolenia, żyjącego naprawdę w świecie umów śmieciowych, wątpliwych perspektyw i ciągłej niepewności, powtarza się w różnych wariantach opozycyjnych apelów. Wariant „żyjecie dobrze dzięki naszemu poświęceniu” adresowany jest, co ważne, do ludzi z tej samej klasy społecznej – nowego mieszczaństwa, które w oczach KOD pogubiło się i podtopiło moralnie w oceanach sojowego latte.
Obraz bananowej młodzieży ma zapewne związek z lokalizacją warszawskich demonstracji – w pobliżu popularnych klubów i kawiarni. Uogólnienie obserwacji warszawki do całego pokolenia świadczy jednak o czymś gorszym – pokolenie zmęczonych „budowniczych III RP” najwyraźniej nie znalazło czasu i wspólnego języka, by porozmawiać z własnymi dziećmi i dowiedzieć się czegoś o ich faktycznych marzeniach i obawach.

 

Wariant 2 – jesteście, chamy, kupieni za pięć stówek

„Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska wiad. tvp 40 procentowy »narodzie« – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!” – wpis aktora Jacka Poniedziałka stał się również hitem internetu.
Nie o Poniedziałka tu jednak idzie. Przedstawiony fragment to zebrane w kilku zdaniach rozczarowanie polskiej liberalnej inteligencji polskim nieliberalnym ludem. Podobne, łagodniej wyrażone, rozczarowania można cytować setkami – padają z ust dawnych opozycjonistów (Frasyniuk, Celiński, Niesiołowski) i ludzi kultury.
Większość z nich uderza w tony litościwo-protekcjonalne (pogubieni, zbałamuceni, ofiary telewizyjnej propagandy itp.) – na tym tle jawnie pogardliwa diagnoza Poniedziałka jawi się jako krynica szczerości.
Jest to klasyczna postawa polskiego szlachcica-inteligenta wobec polskiego chłopa, ukształtowana przez doświadczenie powstania styczniowego i wcześniejszej rabacji galicyjskiej. Można zastanawiać się oczywiście, czy taki sposób opisu – uwiedzenie polskiego ludu przez PiS – jest prawdziwy, czy nie. Z pewnością antyelitarna krucjata PiS ma coś z ducha rabacji, ale pod względem politycznej strategii obrażanie się na stanowiącą większość społeczeństwa klasę ludową i jawne jej poniżanie jest praktyką samobójczą – również znaną w polskiej historii i wielokrotnie ćwiczoną.

 

Wariant 3 – ucieczka w świat bajek, czyli ku pokrzepieniu serc

„Mama nie przeczyta dziś bajki, musi biec pod sąd. Młode prawniczki postawiły się władzy”, „KOD ubrał Misia Uszatka w koszulkę z napisem »konstytucja«”, bohaterskie czyny Klementyny Suchanow polegające na sprayowaniu napisu „czas na sąd ostateczny”, przewożenie do Sejmu protestujących w bagażniku, opowieści o tym, że demokrację w Polsce uratują kobiety…
Czytając antypisowskie portale i gazety, można zanurzyć się w zupełnie alternatywnym świecie, pełnym krzepiących wieści, sympatycznych opowieści o dzielnych ludziach, wspomnień z protestów, pisanych w wysokim diapazonie apelów wydawców prasy. Ciepło, mile, przytulnie, swojsko – czyli w dobrym towarzystwie „wspaniałych ludzi”. To nic, że wedle wszystkich badań wśród popierających PiS przeważają kobiety – to nic, że młodzież uważa protestujących pod Sejmem rodziców i dziadków za wcielenie obciachu (dlaczego? Patrz: Wariant 1).
Środowiska opozycyjne zdają się nie dostrzegać postępującej infantylizacji we własnych szeregach. Śmiech jest w polityce bronią morderczą – w nieodpowiednich rękach może stać się również narzędziem samobójcy.

 

Licytacje demokratyczne

Kolejnym mechanizmem społecznym, znanym i opisanym, jest wewnętrzna dynamika w obrębie ruchu prodemokratycznego. Trwa tu niezwykle zacięta walka o przywództwo. Nałożenie wewnętrznej konkurencji na zasadniczą walkę z PiS prowadzi do posunięć bardzo dziwnych i zupełnie niezrozumiałych dla społeczeństwa. Weźmy przykład z Wrocławia – przez wiele tygodni trwały tu dwie konkurencyjne demonstracje w obronie sądów. Gdy jedną tworzył komitet z udziałem Nowoczesnej i SLD, drugą (zwykle dwie godziny później) organizował inny komitet z udziałem partii Razem. Ostatecznie oba środowiska skłóciły się na amen, co zaowocowało również wysypem bardzo podobnych kandydatek na prezydenta miasta i – co łatwo przewidzieć – zmarnowaniem oddanych na nie głosów.

 

Hybrydowa rewolucja – co robić?

Problemem opozycji jest dziś nie odpowiedź na pytanie, czy rządy PiS są złe i szkodliwe (oczywiście – są), lecz o zasadniczy wybór strategii walki z formacją Kaczyńskiego. Podstawowe odpowiedzi są dwie: wygrać wybory i przejąć władzę lub wszcząć rewolucję. Odpowiedź pierwsza oznacza jednak akceptację dzisiejszej Polski jako kraju demokratycznego, w którym wyborcze zwycięstwo jest możliwe. Czy tak jest, czas pokaże.
Wariant rewolucyjny zderza się z problem praktyki rządów populistycznych, która sama w sobie jest rozciągniętą w czasie rewolucją. Hybrydowa rewolucja typu populistycznego (Rosja, Węgry) ma to do siebie, że dla większość obywateli życie płynie zupełnie „normalnie” – ukazują się gazety, ludzie pracują i jeżdżą na wczasy, działa jakaś opozycja. Brak czynnika, który zdołałby wypchnąć tłumy na ulice. Zanika jedynie po cichu zasadnicza cecha demokracji – możliwość zmiany władzy w wyniku wyborów. Problem polega jednocześnie na tym, że hybrydowe wojny i rewolucje można prowadzić tylko z pozycji władzy – żadna opozycja nie jest w stanie działać na podobnych zasadach. Polska anty-PiS próbuje dziś działać po części w obrębie systemu demokratycznego, po część wychodząc na ulicę w trybie półrewolucyjnym, po części próbując PiS po prostu przeczekać.
Każda z tych strategii okazuje się, jak na razie, zawodna, a ich połączenie dezorientujące społeczeństwo.

 

Mimo opozycji…

Paliwem PiS, podobnie jak każdego współczesnego ruchu populistycznego, jest nienawiść do elit i chęć wywarcia na nich zemsty – mniejsza o to, za co i jak.
Bez zrozumienia tej niezwykle prostej prawdy anty-PiS skazany jest na klęskę. Oczywiście, większość polityków opozycji świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dominuje jednak asekurancka strategia przetrwania i przeczekania. Każdy inny wariant oznacza koniec marzeń o powrocie do sytuacji sprzed ostatnich wyborów.
Na razie opozycja parlamentarna i duża część pozaparlamentarnej prowadzi wobec społeczeństwa dziwaczną politykę zawstydzania, mającą rekompensować własne zaniedbania i brak jakiejkolwiek wizji.
Polakom wychodzącym na protesty w obronie demokracji należy się najwyższy szacunek – wielu z nich, w tym niżej podpisany, wychodzi jednak na protesty nie dzięki, lecz mimo apelów opozycyjnych elit.

Igrce w Lidzbarku Warmińskim, czyli jak PiS zabawia lud

Już wiadomo, że reżym pisowski nie będzie aż tak ponury jak hitlerowski czy stalinowski. Wtedy źródłem radości i wesołości były niemal wyłącznie dziarskie marsze Sturm Abteilungen z pochodniami i występy zespołów ludowych. PiS zabawia lud na cztery fajerki, gdzie się da i jak się da.

 

Na zamku w Lidzbarku Warmińskim prezes TVPiS Jacek Kurski zorganizował dzień z pilśniowym serialem „Korona królów”. Goście spotykali się z nieznanymi (na ogół) aktorami (NN) grającymi w tym serialu i nurzali się w atmosferze epoki Władka Łokietka i Kazika Wielkiego, syna jego (a propos: co z obietnicą PiS, że będą odbudowywać zamki kazimierzowskie?), brali udział w przebierankach w tzw. stroje z epoki, w obmacywaniu białej broni oraz (niektórzy) białogłów.

 

Życie stało się weselsze

W ogóle Polska pisowska bawi się na całego, przynajmniej w telewizorze. W filmie Feliksa Falka „Idol” jeden z bohaterów mówi: „Panie, powiedz mi pan, coś się szykuje, bo bawią się i bawią?”. TVPiS skwapliwie pokazuje wszelkie wesołe imprezy jak kraj długi i szeroki, bo „Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją weselej”. Jak mówił towarzysz Stalin: „Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze”. Ta sama TVPiS starannie dba o rozdzielność dwóch segmentów: tępej propagandy „Wiadomości” i TVP Info oraz wesołego, luzackiego, nie pozbawionego nawet delikatnych akcentów libertyńskich „Pytania na śniadanie”. Tam, jakby nigdy nic, pod batutą Kamela i Rogalskiej mówi się o partnerach (a nie tylko o sakramentalnych małżeństwach), celebruje hedonizm kulinarny, kosmetyczny i modowy i w ogóle nurza się w mało narodowej zgniliźnie. Najweselszy reporter TVPiS Mateusz Szymkowiak nie mówi ani słowa o polityce i godności narodu wstającego z kolan, natomiast przeprowadza szybkie wywiady z piosenkarzami i modelkami, których trudno podejrzewać o cnotliwy styl życia. PiS bowiem wie, że lud pisowski bynajmniej nie jest święty ani masochistyczny, by dostarczać mu wyłącznie typowej karmy z pisowskich manifestów politycznych. Jej nadmiar musiałby zwymiotować.

 

Okrakiem na Kaczorze

Dostraja się do tego wesołego nastroju lud antypisowski, w swych niewyczerpanych pomysłach na walkę uliczną (ulica). W Kraśniku (woj. lubelskie) ktoś wsiadł okrakiem na pomnik Lecha Kaczyńskiego myśląc może, że poleci na nim jak na pegazie. Natychmiast, bezzwłocznie zaczęła go poszukiwać policja. Ta sama, która w Krynicy potrzebowała najpierw pół godziny, aby przejść dwadzieścia metrów na miejsce zajścia, w którym właścicielka lokalu dostała dosłownie po głowie i upadła zemdlona, a potem dobę, aby zatrzymać brutalnych bandziorów terroryzujących wypoczynkową miejscowość. Podlegająca dziś „Jojowi” szczecińskiemu policja jest nieprześcigniona w ściąganiu na siebie śmieszności.

 

Co nowego u „nadzwyczajnej kasty”

Po uniewinnieniu puczystów sejmowych z grudnia 2016 i koszulkowców z ostatnich tygodni, nadzwyczajna kasta wymierzyła siarczysty policzek agentowi w randze wiceprezesa tzw. Trybunału Konstytucyjnego Mariuszowi Muszyńskiemu. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że jako nieprawowity dubler nie ma on prawa orzekać w rzeczonym trybunale. Agent poskarżył się na twitterze, że chcą go „zadręczyć, ale im się to nie uda”. Muszyńskiego rzeczywiście trudno zadręczyć, bo był kiedyś bramkarzem na imprezach i ma posturę King Konga, ale tak czy inaczej został uznany za persona non grata. Za to on sam nie będzie dręczył sędziów jako szef Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, co mu się marzyło. Jednak ludzie Ziobra godnie go wyręczą

 

Przeszłość już się zbliża…

Podobno, jak mawiają filozoficznie usposobieni fizycy, względnie fizycznie usposobieni filozofowie, czas jest kategorią niejednoznaczną, zmienną, i rozciągliwą i podatną na kurczenie. Takie wrażenie można odnieść, gdy obserwuje się jedyną politykę zagraniczną, jaką prowadzi PiS, czyli politykę na – nomen omen – froncie niemieckim. Teraz PiS i jego propagandziści oburzają się, że niemiecki sąd zwolnił telewizję ZDF od ponawiania, któryś z kolei raz, przeprosin patriotycznej Polski. Patriotom polskim przeprosin nigdy dość, więc będą się odwoływać. A z tym czasem to jest tak. Urodziłem się zaledwie 12 lat po wojnie, ale już w dzieciństwie wydawała mi się ona odległa w czasie niewiele mniej niż czasy Mieszka I. Obecnie mamy po wojnie 73 lata, a można odnieść wrażenie, że ten czas się przybliża. A im Niemcy bardziej się kajają, tym PiS i jego propagandziści głośniej wołają: „Na kolana, przepraszać!”. Tylko patrzeć, jak umrze w Niemczech najmłodszy dziadek z Wehrmachtu i ostatni świadkowie II wojny światowej, ale to nie powstrzyma PiS od nieustannego domagania się od nich przeprosin. Jeszcze trochę, a kajać się będą Niemcy urodzeni po grudniu 1970, kiedy to sekretarz Władysław Gomułka zawarł układ o granicy na Odrze i Nysie z kanclerzem Willy Brandtem, a pewnie pójdzie to i dalej. Dla patriotycznej Polski PiS, przeprosiny niemieckie za II wojnę światową stały się rodzajem sportu a może nawet perwersyjnych, ciągle ponawianych pieszczot. Jak te z niemieckich kanałów porno. Wyobraźnia może tu podpowiedzieć niezliczoną liczbę podniecających wariantów.

 

Sondaże – nie dziękuję

Rządowy, czyli PiS-owski CBOS ogłosił, że PiS ma 44 procent poparcia (a Imię Jego 40 i 4), a SLD jest pod progiem. Za chwilę inna sondażownia potwierdziła dotychczasową pozycję Sojuszu ponad progiem. Różnice wyników sondażowych są tak duże, że tuż przed wyborami trzeba dać sobie z nimi spokój. Z sondażami jest w ogóle tak, że gdy jest daleko do jakichkolwiek wyborów, nie mają one wiele sensu, bo przecież nikt nikogo wtedy nie wybiera. Gdy znów jest tuż przed wyborami, też mają niewiele sensu, bo są wtedy szczególnie intensywnie wykorzystywane jako narzędzia walki wyborczej. I tak źle i tak niedobrze. Do tego ci, którzy uzyskują wysokie wyniki, co ma służyć mobilizacji ich elektoratu, paradoksalnie narażają się na ryzyko demobilizacji (bo po co iść na wybory, skoro i tak wygrywamy).

 

„Tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu”

Prawolsko-pisowskie media oburzają się, że pisanie o masowym procederze w irlandzkim Kościele Kat. i czynienie przy tym aluzji do kościoła w Polsce, to atak na niego. Można by rzec, że „uderz w stół, nożyce się odezwą”. Ewidentnie boją się efektu irlandzkiego w Polsce. Tym bardziej, że nawet pobożny szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski stwierdził, powołując się na relacje biskupów, że w każdej polskiej diecezji jest od kilku do kilkunastu księży-pedofilów. A szef fundacji „Nie Lękajcie się” Marek Lisiński usłyszał ze strony kościelnej stwierdzenie, że „gdyby doszło do wypłaty odszkodowań ofiarom pedofilii, niejedna diecezja w Polsce by zbankrutowała”. Pod Kościołem kat. w Polsce jest więc tykająca bomba, której on straszliwie się lęka, bo jej wybuch mógłby oznaczać koniec jego władzy w Polsce, nie wspominając o innych konsekwencjach. A za puentę tego wątku niech posłuży fragment wiersza „Do Stefana Batorego”, pióra Jakuba Jasińskiego, wodza insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku w Wilnie, tego samego, który powiesił biskupa Kossakowskiego. A brzmi on tak:

Plugawego robactwa rój niepoliczony
Obsiadł wsie, miasta, domy, Rady i ambony
Ta tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu
Spojona węzłem złości, próżniactwa i smrodu,
Tylu wieków koleją nieużyte plemię/Ssie dostatki narodów i pustoszy ziemię
Światu na nic niezdatni, z sobą mało zgodni
Inszych czynów nie mają prócz głupstwa i zbrodni.

Święte słowa. Amen.

Lewica w krainie czarów

Widmo krąży po Polsce – widmo Mesjasza lewicy

 

Krajowe media komercyjne i liczni publicyści, określani przez owe media „młodą lewicą”, znów zintensyfikowali poszukiwania „Mesjasza lewicy”. Człowieka, który podniesie upadły sztandar lewicy wysoko, wysoko. Zjednoczy rozbitą lewicę i poprowadzi ją ku świetlanemu zwycięstwu. Tak jak niedawno, uznany za „Mesjasza prawicy” prezes Jarosław Kaczyński poprowadził PiS do władzy.
Ponieważ poszukiwany „Mesjasz lewicy” ma być zaprzeczeniem sułtana Jarosława Kaczyńskiego, to liczni poszukiwacze lewicowego Mesjasza postrzegają go jako osobę stosunkowo młodą, przystojną, najlepiej kobietę lub homoseksualistę. Po okresie kreowania na taką Mesjaszkę Barbary Nowackiej przyszedł czas na umesjaszenie Roberta Biedronia.
Okrzykniętego przez komercyjne, liberalne media – jak choćby radio TOK FM i „Gazetę Wyborczą” – nie tylko „Mesjaszenm Lewicy”, ale też „polskim Macronem”. Co dowodzi jedynie prowincjonalności polskich mediów i krajowych komentatorów politycznych. Nie słyszałem żeby ktoś we Francji nazywał prezydenta Macrona „polskim Biedroniem”.
To prawda, że prezydenci Biedroń i Macron mają wiele uroku osobistego. Ale Słupsk, który bardzo lubię, jest jednak trochę mniejszy od Francji, też przeze mnie lubianej.
Poza tym, a może przede wszystkim, prezydent Biedroń to polityk lewicowy, a prezydent Macron – prawicowy. Jest też Macron medialnym, sprytnie skonstruowanym produktem i reprezentantem wielkiego kapitału finansowego. Zaś prezydent Biedroń zwykle reprezentuje zadłużonych mieszkańców Słupska i Polski. I nie powinien być przedmiotem tabloidowego, ogłupiającego Wyborców medialnego frontu propagandowego.
I przy okazji. Czemu ta oczekująca swego Mesjasza polska lewica jest tak mało ambitna? Czemu nie sadzi się, jak polska prawica, na swego „Chrystusa Króla lewicy”?
A teraz już poważnie.
Polska lewica nie potrzebuje swojego Mesjasza. Wiara w jego cudowną moc jedynie ogłupia, i tak już wystarczająco ogłupianych, lewicowych Wyborców.
Przecież PiS nie wygrał w 2015 roku dlatego, że oto nagle uskrzydlił go Mesjasz Kaczyński. Elity PiS doszły do władzy po długim, konsekwentnym politycznym marszu. Po licznych klęskach i porażkach wyborczych. Po licznych i konsekwentnych próbach tworzenia programu odpowiadającego aktualnym potrzebom Wyborców.
Elity PiS przez wiele lat budowały „rodzinę” tej partii. Organizowały jej polityczne środowisko. Kluby „Gazety Polskiej”. Własne, alternatywne media. Własne, alternatywne instytuty badawcze. Własne wydawnictwa. Własny kolportaż tych wydawnictw. Własne firmy wspierające rozrastającą się „rodzinę PiS”, czyli alternatywne, narodowo-katolickie, PiS-owskie społeczeństwo.
Sukces PiS-u roku 2015 w mniejszym stopniu zależał od „charyzmy” pana prezesa Kaczyńskiego, bo ową „charyzmę” też przez lata elity PiS kreowały. Na sukces PiS zapracowała armia jego lokalnych aktywistów i entuzjastów. Zjednoczonych swym sprzeciwem wobec rządzących Polską liberalnych elit i ich mediów.
Dodatkowo elity PiS upasły się politycznie na klęsce wyborczej lewicy w wyborach parlamentarnych 2015 roku. Lewicy wówczas skłóconej. Już wtedy pełnej kandydatów na lewicowe Mesjaszki i Mesjaszów i lewitujących ponad polską rzeczywistością ideologów „nowej lewicy”. Lewicy zajętej dyskredytowaniem wszelkiej lewicowej konkurencji.
Warto też przypomnieć, że Aleksander Kwaśniewski, też kiedyś zwany „Mesjaszem”, dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie, bo popierał go ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sojusz wyborczy trzech lewicowych partii politycznych i kilkudziesięciu lewostronnych stowarzyszeń. Siłą Kwaśniewskiego były nie tylko jego zalety, lecz kilkuset stale wspierających go lewicowych polityków, intelektualistów i artystów.
Trzy lat minęły i dalej na lewicy preferowana jest zasada „moja chata z kraja”. Nieliczne lewicowe media rzadko współpracują ze sobą. Wolą czekać na łaskę dostrzeżenia przez komercyjnych nadawców. Lewicowi publicyści nadal uwielbiają dzielić lewicowych działaczy na tych lepszego i gorszego sorta. Przy jednoczesnym klepaniu pacierzy pełnych zaklęć o tolerancji, równości, sprzeciwu wobec wykluczeniu.
I publicznym wypatrywaniu nadejścia Mesjasza lewicy. Który swym wdziękiem i urokiem osobistym skłóconych zjednoczy, strapionych pocieszy, głodnych władzy nakarmi, spragnionych uznania napoi, bo skołowany lud lewicowy wreszcie będzie miał na kogo zagłosować.
Bo takie wypatrywanie skutecznie zwalnia od myślenia i od żmudnej, trudnej pracy od podstaw. Tworzenia, jednoczenia lewicowych środowisk. Uznawania i uczenia się szacunku dla innych lewicowców. Szacunku dla innych niż moje, lewicowych poglądów. Porzucenia ekscytującej, niebiańskiej ortodoksji na rzecz przyziemnego pragmatyzmu. Akceptacji kompromisów, koalicji, godzenia się na wybór „mniejszego zła”.
Polscy lewicowi wyborcy, zwłaszcza ci zwący się „młodymi”, nadal chcą mieć wszystko.
I dlatego w czasie wyborów wybierają sezonowych politycznych magików obiecujących im to wszystko, albo w ogóle nie głosują. Na złość lewicowym kandydatom, którzy nie spełniają ich wymarzonego, wyidealizowanego wzorca lewicy mesjaszowej.
A potem płaczą, że nawet cienia jakiejkolwiek lewicy nie masz w radach i parlamentach.
I dalej czekają na swego, opiumowego Mesjasza.

Inwazja ludzi bez właściwości tuż po wymazaniu gumką innych ludzi bez właściwości

Po fizycznej robocie w niemieckiej fabryce poduszek został mi drobny kłopot w postaci narwanego ścięgna. Do lekarza 50 km, więc leczyć trzeba się z internetu, co nie najgorszym wcale jest rozwiązaniem.

A w internecie napisano, aby kończyny nie przemęczać, czyli po godzinie chodzenia – kwadrans na kanapce. No, a skoro już kanapka, zajęta uprzednio przez kota Benia Trampka, Stefcię i psa Remika, to naprzeciw kanapki – stoi maleńki telewizor z anteną na parapecie.

Oglądać go można jedynie wtedy, gdy akurat za oknami nie przejeżdża pociąg (np. towarowy z węglem), wozy z drewnem, tiry oraz kombajny, ostatnio niezwykle ruchliwe (i – żeby było jasne – wszystko to z hukiem, chrzęstem przetacza się po wąskiej drodze gruntowej). No a skoro telewizor, to – rzecz jasna – replika telewizji prezesa Szczepańskiego, na którą ja – po licznych lekturach dotyczących języka propagandy – uodporniona jestem.

Niemniej podziwiam „wnuka” Kurskiego, któremu „dziad” Szczepański, co to swoje „odsiedział”, mógłby sznurówki w lakierkach z pokorą wiązać.
Oglądam sobie i oglądam, rzecz jasna, tylko TVP-Info i nadziwić się nie mogę. A to z okienka wychyla się Magda Ogórek, „późna wnuczka” Ireny Dziedzic, która wiecznie oszczędza na materiale na sukienki, była kandydatka lewicy na posadę prezydenta RP, chłoszcząca, szydercza – pod jej świszczącym baciskiem zwija się w bólu i sromocie i „platformers” i „nowocześniak”, że o „lewakach” nie wspomnę.

Przy okazji wspomnieć warto słynny bon mot jej promotora, Millera Leszka, dziadka – jak się ostatnio okazało – biseksualnej wnuczki, który twierdził, że w życiu mężczyzny mniej ważne jest jak zaczyna, ważniejsze jak kończy. Początkiem Millera był Żyrardów, końcem – Ogórek. Co by nie powiedzieć, upadek.

A to – ostatni sekretarz KC PZPR, sławny tak z tego, że z niezwykłą prostotą wyjął spółdzielni kolegów tygodnik „Wprost” z rąk, jak i z tego, że z równą zręcznością oczyścił się z treści teczki TW „Rycerz”, tłumacząc gawiedzi, że jako redaktor naczelny, ot, tak od czasu do czasu sobie z funkcjonariuszami SB rozmawiał. No, bo musiał. O srogim Marku Królu piszę, wykorzystywanym do bieżących komentarzy przynajmniej raz na dwa dni.

Gdy wsłuchać się w szyderstwa panny o warzywnym nazwisku, gdy poszukać rdzenia aksjologicznego w ognistych wywodach czołowego „na tym etapie” komentatora, nic istotnego się nie znajdzie.
Oboje żadnego trwałego „rdzenia” nie mają. Po prostu, chcą być tam, gdzie są. Dziś – jak bluszcz – opletli tę formację polityczną, jutro oplotą jakąś inną. Byle byłaby to formacja kaso – i władzodajna.

Nikt im palców nie łamał, na nodze krzesła siadać nie kazał, w celi bez okna w grudniu wodą nie polewał – ot, z wymaganą elastycznością zmienili umiejscowienie, bo lubią świecznik, niebaczni, że płomień, na którym siedli, może im niewymowną część korpusu jednak kiedyś dotkliwie opalić.

Gdzieś po telewizji prezesa Kurskiego plącze się dziennikarz nazwiskiem Wenerski. Dawno, dawno temu, ale jednak nie tak dawno, abym tego nie zapamiętała, po przełomie 1989 roku odbyła się konferencja baronessy poznańskiego SLD, Krystyny Łybackiej.

Z racji wykonywanego wówczas zawodu byłam na niej obecna.

W pewnej chwili rozmowa zeszła na niezależność dziennikarską w świecie mediów prywatnych, gdzie właściciel pokroju maturzysty wieczorowego, trudniącego się handlem dolarami, po więzieniu, – to o Mariuszu Świtalskim mowa – może w kwadrans zmienić tak profil pisma jak i team dziennikarski, za nic mając wszelką „dziennikarską niezależność”.

I kiedy kolejni żurnaliści lamentowali nad tym, godnym pożałowania, stanem, wstał młodzian Wenerski i z młodzieńczą prostotą oświadczył: – Nie mam takich problemów. Gdy idę do gazety lewicowej, piszę jak lewicowiec, gdy idę do prawicowej…

Tak rozumiał „zawodowstwo” w dziennikarskiej dziedzinie.

Rządy PiS nie będą trwały wiecznie i z tej przyczyny, że partia ta pełna jest takich pustych w środku „korpusów” do wynajęcia. A tacy zdradzają pierwsi.

Nowe podziały społeczne My, socjaliści

Wejście w XXI wieku społeczeństw, w tym również polskiego, w erę cyfrową, poza pozytywnym aspektem dotyczącym rozwoju, ma również swoje negatywne odniesienia w postaci zjawiska nazywanego wykluczeniem cyfrowym. Problem ten podejmowano m.in. w jednym z opracowań Kancelarii Senatu w końcówce roku 2015.

 

Widzimy na co dzień, że rozwój technologiczny, w tym upowszechnienie Internetu, spowodował przeniesienie wielu form życia społecznego do przestrzeni cyfrowej. Także administracja państwowa nie pozostała w tyle oferując elektroniczny dostęp do urzędów i stale powiększając zakres usług świadczonych przez Internet. Stał się on wszechstronnym narzędziem, służącym do sprawnego i skutecznego poruszania się w przestrzeni społecznej. Jest nie tylko sposobem komunikacji i źródłem informacji, ale pozwala na załatwienie wielu spraw bez potrzeby wychodzenia z domu.
Jesteśmy świadkami kształtowania się społeczeństwa informacyjnego, czyli takiego, które potrafi wykorzystywać nowoczesne technologie w celu poprawy jakości życia. Zjawisko to ma jednak dwie strony. Dostęp do Internetu stanowi obecnie nie tylko ułatwienie, ale niekiedy wręcz warunek konieczny pełnego uczestnictwa w życiu społecznym, kulturalnym i zawodowym. Coraz trudniej jest w pełni funkcjonować w przestrzeni społecznej bez korzystania z tego narzędzia. Skutkiem tego część społeczeństwa pozostaje – z różnych przyczyn – na marginesie tych zmian, co prowadzi do pojawienia się zjawiska wykluczenia. Wykluczenie dotyczyć może pracy, konsumpcji, uczestnictwa w kulturze, życiu społeczności lokalnych i w polityce, także w demokracji. Wykluczenie najczęściej dotyczy osób starszych. Zauważa się, że pokolenia 20, 30 latków poruszają się w przestrzeni cyfrowej w miarę sprawnie.
Wg danych z końca 2017 roku liczba np. aktywnych użytkowników Internetu przekracza już połowę populacji globalnej. Liczba użytkowników mediów społecznościowych w świecie wynosiła 2,789 mld – to jest 37 proc., 2,549 mld osób korzysta z social mediów za pomocą smartfonów – to aż 34 proc. ludzkości. Polska jest na trzecim miejscu pod względem udziału dziennej liczby aktywnych użytkowników Facebooka w porównaniu do całkowitej liczby użytkowników tego serwisu w naszym kraju. Aż 73 proc. polskich użytkowników Facebooka korzysta codziennie z tego serwisu. Niewiele więcej, bo 74 proc. we Włoszech, a na pierwszym miejscu z 75 proc. jest Australia.
Trzeba zwrócić uwagę, że w tym obszarze pojawiają się bardzo zróżnicowane opinie dotyczące skutków wykluczenia cyfrowego. Wielu badaczy i polityków uważa, że wykluczenie rodzi daleko idące konsekwencje społeczne i polityczne, sugerując powstanie nowego podziału klasowego tworzącego dwie skrajne grupy – nieliczną – kreatorów i bardzo liczną – wykluczonych. S. Žižek, jeden z ideologów współczesnej lewicy sugeruje na przykład, że używając znanych narzędzi analizy rzeczywistości można wskazać drogę do jej radykalnych przemian. Traktuje on w swych opracowaniach wykluczenie cyfrowe jako punkt wyjścia dla uruchomienia potencjału rewolucyjnego. Idea upowszechnienia nowych technologii ma pełnić rolę wehikułu mobilizującego masy do zmiany porządku społecznego, zaś jej pełna realizacja stanowić powinna gwarancję, że odmieniona rzeczywistość będzie nową jakością z punktu widzenia modelu organizacji społeczeństwa. W tym ujęciu „…wykluczenie cyfrowe, podobnie jak wyzysk klasowy w przededniu rewolucji proletariackiej, staje się kwintesencją społecznego zła, a czas, w którym idea powszechnego dostępu do technologii cyfrowych ulegnie materializacji, oznaczać będzie pełną realizację społecznych ideałów”. Inni uczeni są w tych opiniach mniej radykalni, niemniej jednak problemu nie pomijają.
Jak wielkie znaczenie ma dziś dostęp do informacji i wolny Internet przekonaliśmy się w roku 2012, kiedy to w proteście przeciw proponowanym zapisom ograniczeń w ramach ACTA, na ulicach polskich miast znalazło się kilkaset tysięcy młodych ludzi. W czerwcu tego roku środowiska młodzieżowe spontanicznie organizowały również protesty przeciw zmianom w prawie europejskim określanym jako ACTA 2.0.
W naszych lewicowych środowiskach niewiele się mówi o współczesnych zjawiskach rodzących się na gruncie społeczeństwa cyfrowego, rewolucyjnych zmian w technologiach informacyjnych, a przede wszystkim skutkach społecznych i politycznych tych zjawisk. Jak wielkie znaczenie mają one dla stabilności globalnej przekonaliśmy się przy okazji ostatnich wyborów amerykańskich. Skutki wykorzystywania narzędzi cyfrowych stały się paliwem do napędzania głębokiego konfliktu wewnętrznego w USA, który dynamizuje dziś i zaostrza relacje międzynarodowe.
Uważam, że polska lewica powinna w swym programie podjąć kompleksowo i poważnie tematy wynikające z kształtującego się dopiero modelu społeczeństwa informacyjnego w naszym kraju. Chodzi tu szczególnie o model kształcenia młodych pokoleń w systemie edukacji oraz problem wykluczenia dotyczący ludzi starszych.