Gdy rozum śpi

…to brak mądrych wypowiedzi, głębszych refleksji i sensownych pomysłów, co w końcu utrwala przebudzone upiory.

 

Miniona rocznica czerwcowych wyborów z 1989 roku przeszła właściwie niezauważona być może dlatego, że to nie okrągła data, co tylko pozornie wyjaśnia ciszę wokół niej panującą. Rządzący, postsolidarnościowy PiS rocznicę zdezawuował, a tamten czas uznał za symbol zdrady i zmowy elit. Cicho było w opozycyjnej postsolidarnościowej Platformie Obywatelskiej, być może z racji okazywanej przez nią od dawna niemocy. Lewica natomiast przypomniała, że od wspaniałych obietnic do codzienności wiodła, i wiedzie nadal, daleka droga, pełna straconych szans, nieobliczalnych pomysłów i decyzji, licznych ofiar, co zdaniem Piotra Szmulewicza oznacza, że 4 czerwca to święto dla wybranych. Przypieczętowuje tę ocenę Jacek Żakowski twierdząc, że przez ostatnie 30 lat „równym krokiem zmierzaliśmy do samobójstwa”, bo nie nauczyliśmy społeczeństwa demokracji.

 

Stanowczy odpór

wszystkim tym opiniom dała w redakcyjnym komentarzu „Gazety Wyborczej” (6.06.2018) Dominika Wielowiejska uważając, że 4 czerwca powinien być polskim świętem narodowym. Autorka pisze: „Przy ocenie III RP nie chodzi mi o lukrowanie rzeczywistości, ale o zachowanie odpowiednich proporcji. Bo jeśli będziemy nieustannie narzekać, że po 4 czerwca nie wszystko było idealne – co jest prawdą – to tym bardziej powinniśmy wykreślić z kalendarza 11 listopada 1918 r. i anulować obchody 100-lecia niepodległości. Przecież II RP była państwem opresyjnym wobec wielu grup społecznych czy narodowych. Nie wspomnę o niesamowitej biedzie sporej części jej obywateli.”
Pani Wielowiejskiej po prostu pomyliły się obchody z oceną, albo też zaakceptowała, zapewne nieświadomie, ich PiS-owską wersję. Rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, uznawana przez gros obywateli bez względu na ich polityczne wybory, nie może się żadną miarą, jak chce Wielowiejska, wiązać się z jakąkolwiek oceną tego, co po 11 listopada nastąpiło, czyli II Rzeczpospolitą. To są dwa odmienne polityczne fakty i byty, związane tylko ciągiem wydarzeń, a niczym innym.
Tamto, sprzed 100 lat, historyczne zdarzenie było wielkim sukcesem odmiennych, a często wrogich sobie, ruchów, ugrupowań, stronnictw i partii politycznych, które w imię dobra wyższego – niepodległej Polski – potrafiły wspólnie osiągnąć tryumf. Natomiast II Rzeczpospolitą, poza okresem uchwalenia Konstytucji marcowej, a szczególnie po zamachu majowym, trudno by nazwać matką dla wszystkich Polaków. Identycznie rzecz ma się z przywołanym 4 czerwca i III RP, która nader często występowała, i nadal to czyni, w roli macochy.

 

Kolejny wywód

autorki to ponowna pomyłka, tym razem dotycząca pojęcia czasu : „Natomiast z lewej strony słyszę, że nie ma czego świętować, bo wielu ludzi nie ma poczucia, by w Polsce żyło im się dobrze. Tak jakby rząd Tadeusza Mazowieckiego odziedziczył państwo kwitnące, a nie zbankrutowane, ze skorumpowanymi i słabymi instytucjami.”
Warto wiec przypomnieć, że znaną zasadą tłumaczenia niepowodzeń przez rządzących jest zwalanie winy na poprzedników. Minęło jednak zbyt wiele czasu by dzisiejszy stan opinii o Polsce tłumaczyć daleką przeszłością, tym bardziej, że nie tylko idzie tu o poziom materialnego życia. Jeżeli bierze się odpowiedzialność za państwo, a Solidarność rwała się do tego wyjątkowo, to także ze wszystkimi konsekwencjami, po prawie 30 latach sprawowania władzy. Nadto wiedzieć trzeba, że zadłużenie PRL było niższe niż dzisiejszej RP, ówczesna korupcja (nota bene, czy ktoś widział bogatego komunistę, na wzór dzisiejszych np. niektórych polityków?) w stosunku do aktualnej na wyżynach władzy to hetka-pętelka, a z instytucjami też bardzo różnie dziś bywa.

 

Samobójstwo,

o którym pisze Żakowski wynika tylko w pewnej mierze z braku edukacji demokracji. Uczyć jej niewątpliwie należy, z uwagi na fakt, że pod tym pojęciem kryje się nie tylko system rządów i forma sprawowania władzy, ale równie ważny, a raczej ważniejszy, zespół wartości demokratycznych, obejmujących całokształt warunków, zachowań i praw przynależnych obywatelowi i od niego oczekiwanych. W postsolidarnościowej praktyce sprowadzały się one jedynie do samego systemu władzy i apologii wolności, rozumianej głównie jako niepodległość i suwerenność. Pozostałe desygnaty pojęcia wartości demokratyczne w III RP były przez postsolidarnościowe rządy i partie, a także towarzyszące im kręgi opiniotwórcze, w ograniczonej-niewielkiej skali przestrzegane. Stąd brak nie tylko skutku nauk, o których pisze Żakowski, ale od lat zła, lekceważąca elementarne ludzkie potrzeby i podstawowe wartości, działalność państwowej władzy prowadzi nas wszystkich do samobójstwa. Natomiast Wielowiejska uważa, że : „Musimy stawiać słupy milowe, które będą dla społeczeństwa drogowskazami. Warto poszukać choćby jednej daty, która nas łączy, i włożyć więcej wysiłku w to, aby to święto wypromować.” Powyższe remedium to leczenie ciężkiej choroby opowiadaniem świątecznych bajek.

 

Wspomniany komentarz

potwierdza także pośrednio, że miłość redakcji „GW” do II i III RP jest w stanie wszystko wybaczyć, w odróżnieniu do PRL, któremu i daty 22 lipca, i wielkich dokonań – mimo niewątpliwych błędów i krzywd – które przyniósł, nigdy nie odpuści. I z takim stosunkiem do milionów ludzi, którzy dobrze pamiętają okres Polski Ludowej, bądź zachowują umiar i odpowiedzialność w ocenie minionych czasów, chce p. Wielowiejska wspólnie celebrować wymyślone, polskie święto ogólnonarodowe.

 

Zbliżony ogląd rzeczywistości

prezentuje Adam Szlapka („GW” – „Konstytuanta 2019” – 4.06.2018), który nawołując do wspólnego pójścia opozycji w najbliższych wyborach parlamentarnych, uzdrowienie i zabezpieczenie na przyszłość Polski przez podobnymi jak PiS, widzi w realizacji czterech elementów: przywrócenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości, dodatkowe zabezpieczenia w konstytucji, silniejsze zakorzenienie w Europie i otwartość systemu parlamentarnego. W konkluzji czytamy: „Po latach od 4 czerwca 1989 r. potrzebujemy nowej umowy społecznej, która stanie się podstawą konstytuanty po PiS. Warto rozpocząć tę dyskusję i w jej czasie pamiętać nie tylko o wolności, ale również o solidarności – fundamentalnej wartości, której naruszanie przypomniało 40 dni protestu osób z niepełnosprawnościami. Po porozumieniu o praworządności i demokracji nową umowę społeczną można rozszerzać o kolejne elementy.”
Autor, uwiedziony PiS-owskim i aktualnego prezydenta pomysłem o nowej Konstytucji, nie tylko obecnie obowiązującej nie dezawuuje, ale nadto wyobraża sobie, że poprzez przepisy w nowej ustawie zasadniczej można w pełni kreować pożądaną rzeczywistość. Jeżeli by tak było, to obecna dewastacja wymiaru sprawiedliwości nie miałaby miejsca, rozdział kościoła od państwa byłby przestrzegany, a zapisana w Konstytucji z 1952 roku wolność słowa obowiązywałaby wtedy.

 

Praktyka polityczna dowiodła,

że nie tylko konstytucyjne przepisy mogą być pomijane, łamane, albo falandyzowane (przypomnę, że to określenie pochodzi od interpretacji przepisów Konstytucji dokonywanych przez Lech Falandysza – doradcy ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy), czyli naginane do aktualnych potrzeb rządzących. Zapewne działo się to także z głębokiego przekonania do określonych ideologicznych racji, chęci szybkich zmian bądź najzwyklejszego braku głębszej refleksji.
Po latach Marcin Król mówi, że byliśmy głupi i dodaje : „Zło powszechne wylazło wszędzie, psuje ustrój państwa, instytucje, relacje międzyludzkie, język…Rewolucja przeprowadzona przez liberałów w 1989 roku była zafascynowana wolnością. Wolność stanowiła najważniejszą wartość, na ołtarzu której złożyliśmy wszystkie inne” („Newsweek” nr. 20/2018).
Andrzej Zoll w swoim czasie oświadczył: „Trybunał rozpatrywał instrukcję wprowadzającą religię do szkół. Była duża różnica zdań(….) Orzekliśmy, że instrukcja jest zgodna z Konstytucją. Ale dziś uważam, że głosowałem źle i źle orzekaliśmy. Do szkół powinno być wprowadzone religioznawstwo, nauka o różnych religiach i ich znaczeniu dla kultury. Katecheza powinna odbywać się w kościołach.” Wówczas Trybunał rozpatrywał skargę SLD na niekonstytucyjność instrukcji ministra oświaty wprowadzającej religię do szkół, co oznacza, że i prof. Samsonowicz powinien przyznać się do błędu. I jeszcze kolejni przewodniczący i członkowie Trybunału orzekający na temat tzw. dezubekizacji. I nie tylko.
W sprawie podpisanego w swoim czasie konkordatu wyraża gorycz i żal Stefan Frankiewicz (m. in. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej), a dla byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego – patrona żołnierzy wyklętych – nie są dziś oni ani wyklęci, ani niezłomni („GW”, 24.02.2018). I dodaje, że: „Koniec końców historia przyznała racje tym, którzy nie czekali na III wojnę światową, ale poszli na studia, do pracy, odbudowywać kraj.”

 

Zadziwia w tym kontekście

résumé Adama Szlapki, w którym nie bacząc na dotychczasowe polskie doświadczenia, jako ewentualny dodatkowy element projektowanej umowy społecznej, widzi – ale tylko być może – jeszcze jedną, ale podstawową i powszechnie oczekiwaną zasadę, jaką jest sprawiedliwość społeczna.
Bez niej bowiem tuczą się obecne upiory, i powstaną nowe.

Piętą jak ostrogą ugodzeni

Afera Stanisława Pięty spowodowała że obezwładniony stanem swojego zdrowia, uniemożliwiającym przeprowadzenie operacji kolana, rozwścieczony prezes PiS, wyrzuciwszy rzeczonego posła na zbity pysk z komisji śledczej Amber Gold i sejmowej Komisji d.s. Służb Specjalnych oraz zawiesiwszy jego członkostwo w partii zapowiedział powrót do kwestii dekoncentracji mediów czyli do walki z opozycyjnymi mediami, która miała być zarzucona.

 

Czy się ktoś tego spodziewał, czy nie, kwietniowo-majowy protest niepełnosprawnych i ich opiekunów wywołał emocjonalny rezonans, który objawił się wzmożonym napięciem na froncie walki politycznej. Język walki nigdy nie był tak ostry jak w tych dniach, nawet jeśli weźmie się pod uwagę to wszystko, co działo się w Polsce od jesieni 2015 roku. Sprawa pożaru domu posła Brejzy czy erupcja afery Pięty, zaostrzenie języka w zwalczających się stron w mediach, stan niepokoju i niepewności w obozie rządzącym, opór materii na jaki PiS napotyka w sądach (choćby niedawny wyrok podważający dekomunizację nazw ulic dokonaną przez wojewodę mazowieckiego czy pojawienie się właśnie najzupełniej już ostentacyjnej opozycji politycznej po stronie środowiska sędziowskiego w postaci koalicji o nazwie Komitet Obrony Sprawiedliwości), ale także na wielu innych dawno otwartych frontach – wszystko to, podgrzewane temperaturą wyjątkowo upalnej wiosny – doprowadziło nastrój na scenie politycznej do stanu paroksyzmu.

 

Efekt społecznego „zawstydzenia”

Jak na dłoni widać, że prawdziwie heroiczny – biorąc pod uwagę, to, przedstawiciele jakiej grupy społecznej się go podjęli – protest sejmowy wywołał syndrom poczucia winy i efekt zawstydzenia, ale nie po stronie władzy lecz po stronie najszerzej rozumianej opozycji. Można by go ująć tak: nie potrafiliśmy skutecznie wspomóc najsłabszych przeciw władzy, ale za to możemy władzy dokuczyć odwetowo i dać przegranym protestującym jakiś rodzaj satysfakcji, a niechby i takiej. Ów efekt zawstydzenia jest tym silniejszy, z im większą perfidią kierownictwo Sejmu nasilało, metodą salami, dokuczliwe szykany wobec protestujących. Sprawiło to, że psychospołeczne i polityczne reperkusje zawieszonego protestu okazały się być odroczone w czasie w mniejszym stopniu, niż można się było tego spodziewać. Protest niepełnosprawnych nie wywołał jeszcze co prawda owego kulminacyjnego „wstrząsu moralnego”, o którym pisałem na tych łamach jesienią zeszłego roku, ale może być pierwszym z jego składników. Aktualnym natomiast przejawem syndromu zawstydzenia może być podjęta we wtorek akcja strajkowa pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. Skoro bowiem przedstawiciele tak słabej materialnie i na poziomie prestiżu społecznego grupy jak niepełnosprawni wykazali odwagę cywilną i społeczną rzucając wyzwanie władzy, to dalsza bezczynność grup zawodowych i środowiskowych o takim, fragmentami nawet establishmentowym usytuowaniu na drabinie społecznej stratyfikacji, jak pracownicy nauki byłaby trudna do moralnej akceptacji i stawiałaby pod znakiem zapytania ich obywatelską rangę. Rzecz jasna, bezpośredni powód tego protestu, czyli sprzeciw wobec ustawy Gowina o szkolnictwie wyższym nie wystarczy do podtrzymania akcji i znalezienia dla niej społecznej sympatii. Jeśli strajkujący studenci i profesorowie chcą, aby ich protest zyskał choć minimalnie przyjazny rezonans społeczny, musi on mieć przynajmniej po części cechy protestu solidarnościowego. Inaczej zwiędnie, bo naukowcy protestujący w sprawach branżowych nie mają szans na wzbudzenie nawet promila tej społecznej sympatii, którą zebrali niepełnosprawni i ich rodzice. Jednakże, tak czy inaczej, protest środowiska uniwersyteckiego także musi wzbudzić niepokój władzy. Jeśli bowiem uwzględnić fakt, że na horyzoncie rysuje się protest środowisk nauczycielskich, to może być to odebrane, jako wstęp do szerszej akcji protestacyjnej środowisk inteligenckich i wysypania się worka z kolejnymi protestami i strajkami. PiS panicznie lęka się teraz epidemii protestów społecznych, która jest coraz bardziej realna, a właściwie nieuchronna.

 

PiS szykuje się przeciw opozycyjnym mediom

W szeroko komentowanym kilka miesięcy temu wywiadzie, jakiego prezes PiS udzielił „Gazecie Polskiej”, zapowiedział on, dokładnie w połowie kadencji obecnego parlamentu, że skończył się czas otwierania nowych frontów, a zaczął czas utrwalania zdobyczy i łagodzenia wizerunku PiS w obliczu kolejnej kampanii wyborczej. Skracanie frontu miało objąć także projekt tzw. dekoncentracji mediów i rezygnację z forsowania ustawy nakładającej kaganiec na opozycyjne media. Wycofanie się z konfliktu z amerykańską TVN było jednym z przejawów defensywnego kursu władzy w tej dziedzinie. Jednak ujawniona przez springerowski „Fakt” afera z romansem Pięty uświadomiła Kaczyńskiemu, że bez ukrócenia swobody medialnych oponentów, a zwłaszcza najpotężniejszych graczy, pod znakiem zapytania stanąć może nie tylko szansa na ponowne samodzielne rządy PiS, ale być może nawet wygrana wyborcza w ogóle, jeśli sumaryczny wynik przeciwników zrównoważy pierwszy nawet wynik partii rządzącej. Dynamika konfliktu politycznego jest bowiem tak wielka i naznaczona tak silną niestabilnością, że wiosenny spadek notowań PiS może powrócić ze zdwojoną siłą choćby w przyszłym roku wyborczym i utrzymać się do dnia elekcji. Ryzyko jest więc dla PiS ogromne. Na dodatek, w roku 2019, jedyny aktualnie potencjalny i realny, choć nielubiany przez prezesa i jego najwierniejszych akolitów kandydat PiS na prezydenta, czyli Andrzej Duda, może znaleźć się w kleszczach dwóch nieprzyjaznych mu politycznie rywali, jakimi obecnie zdają się rysować na horyzoncie Donald Tusk i Robert Biedroń i polec pokonanym przez antypisowskie pospolite ruszenie od Sasa do Lasa.

 

Dobra zmiana w „Polsacie”

Zanim jednak prezes da sygnał do boju, a stanie się to – jeśli się stanie – jesienią, w okresie kampanii samorządowej, PiS ma szansę na odwojowanie bardzo ważnego segmentu frontu medialnego. Na przełomie kwietnia i maja kierownictwo pionu informacyjnego i publicystycznego stacji telewizyjnej „Polsat” objęła znana z sympatii do PiS Dorota Gawryluk, nazywana nawet „Pisówą”. Oczekiwane z związku z tą nominacją zmiany powiązane zostały przez część komentatorów z kłopotami finansowymi imperium Zygmunta Solorza. Obserwacja treści publicystycznych „Polsatu” pokazuje, że co prawda Gawryluk jeszcze nie zdołała zauważalnie przestawić wajchy politycznej stacji na nowy propisowski kurs, ale już zdążyła dokonać czystek kadrowych, przynajmniej funkcjonalnych, a poza tym zapowiada, że „prawdziwe zmiany dopiero nastąpią” (czytaj: jesienią, gdy skończą się kontrakty grona istotnych dziennikarzy). Gawryluk szykuje miejsce między innymi dla wyraźnie propisowskiego dziennikarza TVN Bogdana Rymanowskiego, który ma dla „Polsatu” opuścić „Kawę na ławę” i stację w ogóle. Opanowanie „Polsatu” w połączeniu z ustawowym zakneblowaniem wielu ważnych mediów ma PiS-owi pomóc przełamać „imposybilizm” w mediach, zwłaszcza elektronicznych, tym bardziej, że prymitywna propaganda TVP może przestać wystarczać do mobilizacji elektoratu szerszego niż ten „żelazny”, zawsze wierny. Media opozycyjne czeka więc najprawdopodobniej ciężka walka o „być albo nie być”, a rzucona rok temu w eter, przed wakacjami 2017, przez Krystynę Pawłowicz i niezrealizowana dotąd groźba, że „po wakacjach zabierzemy się do was” może nabrać intensywnej aktualności po wakacjach 2018.

 

„Ostatnia walka Apacza”?

Przed udręczonymi szpitalną izolacją, chorobą i zmęczonymi walką oczyma prezesa PiS stanęła upiorna wizja powtórki z afery Anastazji P., która serią afer seksualnych z udziałem katolickich posłów jego partii, nieraz bardziej świątobliwych niż sam „judzący Staszek” Pięta, rozbije w perzynę budowlę wzniesioną jego – prezesa – krwawą pracą. Kaczyński już wie, że gdy kota nie ma, myszy harcują a jego partia, pozbawiona bezpośredniego dotknięcia jego czujnej ręki i monitoringu jego czujnych oczu, zaczyna się jawić jak zgromadzenie dzieci we mgle. Przynajmniej tak prezes zdaje się uważać, a to, co prezes mniema, jest nie mniej ważne, niż to, co dokonuje się w realu. Dlatego zamiast planowanej pół roku temu przedwyborczej „fajki pokoju”, wyda swoim oponentom i wrogom swoją ostatnią być może „walkę Apacza”.

Mediów rasizm powszedni

Dwa wydarzenia znalazły szczególne miejsce w amerykańskich mediach w ubiegłym tygodniu. Rasistowski tweet aktorki Roseanne Barr i ostateczna liczba ofiar huraganu Maria w Puerto Rico (terytorium zależne USA), która przekroczyła 4,6 tys. Pierwszej sprawie CNN poświęciła niemal 5 godzin, drugiej zaledwie 12 minut.

 

Dlaczego Roseanne Barr wzbudziła takie zainteresowanie mediów? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to ulubiona aktorka Donalda Trumpa, o czym ten wielokrotnie przypominał podczas swoich wystąpień. Po drugie, serial, w którym grała tytułową rolę, postrzegany jest jako apoteoza amerykańskiej klasy robotniczej. Biorąc pod uwagę, że obecny prezydent nie należy do ulubieńców amerykańskiego mainstreamu, zaś wzloty i upadki robotniczych rodzin już dawno przestały ekscytować tamtejszą telewizję, powyższe powody wystarczyły, aby aktorka i firmowany przez nią sitcom znalazły się na cenzurowanym.

Zresztą nie trzeba było długo czekać, aby Roseanne Barr sama ostatecznie się skompromitowała. „Bracia Muzułmanie i Planeta Małp miały dziecko – VJ” – napisała aktorka na Twitterze 29 maja, określając w ten rasistowski sposób Valerie Jarrett, bliską doradczynię prezydenta Baracka Obamy, która urodziła się w Iranie. Reakcja stacji ABC była natychmiastowa. Jeszcze tego samego dnia poinformowano o zdjęciu serialu z anteny, mimo że reaktywowany na początku tego roku bił rekordy oglądalności.

Nie był to pierwszy przypadek, kiedy Barr powiedziała lub napisała coś obraźliwego o czarnoskórych, muzułmanach czy kobietach. Mentalnie, aktorka wciąż tkwi w połowie lat 90., kiedy jej serial święcił triumfy, także w Polsce. Tymczasem to, co w epoce skandali seksualnych Billa Clintona i dominacji anglosaskiej – tzn. białej – kultury w sferze publicznej mogłoby wywołać dyskretny uśmiech i aprobujące skinienie głową, obecnie, po pierwszym afroamerykańskim prezydencie i akcji MeToo, (słusznie) zostało uznane za przekroczenie granicy dobrego smaku.

Czy jednak w swojej nagonce na Barr same amerykańskie media nie przekroczyły pewnej granicy? Otóż tego samego dnia, w którym celebrytka opublikowała swój rasistowski komentarz, do mediów trafiła informacja o ostatecznej liczbie ofiar zeszłorocznego huraganu Maria w Puerto Rico. Dotychczas służby federalne doliczyły się 64 ofiar. Teraz okazuje się, że liczba ta jest 70 razy wyższa (!) od oficjalnych szacunków i wynosi 4 645. Dla porównania: W atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. zginęło 2 977 osób, zaś huragan Katrina, który w 2005 r. spustoszył Nowy Orlean, pochłonął 1 833 istnień.

Co znamienne, szczegółowe badania nad skutkami huraganu w Puerto Rico przeprowadziła nie żadna instytucja rządowa, lecz naukowcy z Uniwersytetu Harvarda. W podsumowującym ich wielomiesięczną pracę raporcie straty materialne oceniono na 90 miliardów dolarów. Zwrócono także uwagę, że „opieka medyczna nie funkcjonowała na całej wyspie, a wiele z domostw było pozbawionych wody, elektryczności i zasięgu telefonicznego przez wiele tygodni po przejściu huraganu”. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy bezpośrednio ponosiły władze federalne, które zareagowały z wielkim opóźnieniem i nieadekwatnie do skali zniszczeń. Wszyscy też pamiętają przylot prezydenta Trumpa i jego zachowanie na spotkaniu z mieszkańcami, kiedy to rozdawał im jedzenie w sposób przypominający karmienie zwierząt w zoo.

Tymczasem, najpopularniejsze serwisy informacyjne w USA poświęciły raportowi łącznie niewiele ponad pół godziny. Najwięcej, o huraganie informował MSNBC – 21 minut. CNN przeznaczył na tę sprawę 12 minut, zaś konserwatywny i sympatyzujący z Trumpem Fox News zaledwie 48 sekund! Z kolei tweet Barr był komentowany i rozkładany na czynniki pierwsze przez wszystkie trzy stacje przeszło dziesięć godzin. Zdaniem ekspertów, dane te nie powinny dziwić, zważywszy, że i wcześniej temat zniszczeń w Puerto Rico nie cieszył się wielkim zainteresowaniem mediów.

Tweet Roseanne Barr był rasistowski i słusznie został skrytykowany przez amerykański mainstream. Czy jednak medialna nagonka nie była swego rodzaju odwetem na prezydencie Trumpie i na samej klasie robotniczej, którą sitcom idealizował, a której media głównego nurtu nadal nie potrafią wybaczyć, że nie zagłosowała na Hillary Clinton? Stąd cicha satysfakcja, że ABC szybko zdjęła popularny serial z anteny a biedota dostała nauczkę.

Czy równie rasistowskie, co komentarz Barr, nie było zachowanie mediów, które przymknęły oczy na tragedię Puerto Rico? Wątpliwe, aby w równym stopniu zmarginalizowały sprawę, gdyby wyspa – terytorium zależne USA – była zamieszkana przez bardziej białą i bardziej majętną ludność. Kolor skóry i pieniądze nadal bowiem odgrywają istotną rolę, również w zainteresowaniu mediów. Te zaś z taką samą niechęcią odnoszą się do biednych białych amerykańskich robotników, co do latynoskich mieszkańców Puerto Rico. W końcu i jedni, i drudzy nie przyciągną reklamodawców.

Koszałki-opałki. Nie tylko na lato

Według słownika to rzeczy zmyślone, głupstwa oraz, jak się okazuje, ulubiona nazwa żłobków i przedszkoli. Ale co to ma wspólnego z nami ?

 

Każdego dnia, czytamy, słuchamy i oglądamy wiadomości, rozmowy, inne wydarzenia, które, tylko po drobnym namyśle, okazują się tytułowymi bzdurami. Tylko dlaczego my, dorośli jesteśmy traktowani jak żłobiaki albo przedszkolaki, którym opowiada się bajeczki ?

 

Absurdem

są plany PiS-owskiego rządu dotyczące budowy centralnego lotniska, bowiem takie, liczące się w Europie, powstały już dużo wcześniej w Londynie, Paryżu czy Amsterdamie, i to nasze, nowe nigdy z nimi konkurować nie będzie. Równie niemądrym jak przekop mierzei wiślanej, jest pomysł budowy nowego portu w Gdańsku, a jeszcze głupszym zapora przed dzikami poprowadzona wzdłuż granicy Polski z Białorusią, Ukrainą i Rosją (na Liwie, jak się okazuje, dzików nie ma).
Kontynuując ad absurdum te inwestycyjne szaleństwa, należałoby wybudować betonowy mur, opatrzony nadto kolczastą siatką, na zachodniej granicy, aby wszelkie zło idące do nas z Unii Europejskiej na nim się zatrzymało. Jeden już przykład był w Berlinie.

 

Androny

opowiada minister środowiska Henryk Kowalczyk zapowiadając zmiany w przepisach, które mają powstrzymać patologie w gospodarowaniu odpadami w Polsce.
Co najmniej z dwóch powodów: przepisy ograniczające wykorzystywanie foliowych torebek w handlu udało się, dziwnym trafem, wprowadzić w tempie ekspresowym, a znany od lat proceder zwożenia śmieci z całej Europy do Polski musiał czekać na ostatnie, liczne pożary wysypisk.

 

Bajdurzeniem

jest wypowiedź generała broni Jarosława Miki, Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych: „Air Show 2018 będzie nie tylko pokazem sił powietrznych ale wszystkich rodzajów sił zbrojnych, które mają być reprezentowane na radomskim lotnisku.” Widać, że generał kontynuuje twórczo genialny pomysł Macierewicza o siedzibie stoczni Marynarki Wojennej w… Radomiu.
Idąc tym tropem podczas Dni Morza zaprezentują się zapewne czołgiści i ukochani, przez rząd PiS, terytorialiści.

 

Brednią

określić należy wypowiedź posła Marka Opioły, przewodniczącego Komisji do Spraw Służb Specjalnych w Sejmie: „poinformowano policję…o zaminowanym promie w Świnoujściu. Zdarzenie jest odbierane jako rosyjska prowokacja w pierwszym dniu Zgromadzenia Parlamentarnego NATO…Co ciekawe, w tym samym czasie do portu w Świnoujściu zawinął rosyjski szkolny żaglowiec „Kreuzensztern”.

Równie ważnym było powiadomienie o podłożeniu bomby, które także okazało się fałszywe, w Zespole Szkół Mechanicznych w Łapach. Zapewne zadzwonił jakiś zielono-hybrydowo-rosyjski ludzik przebrany za przyjaciela osoby piszącej w tym czasie maturę.

 

Dudy smalone

są nadal opowiadane o tzw. kredytach Gierka. W 1980 zadłużenie zagraniczne w walutach wymienialnych osiągnęło poziom 24,1 mld USD (w cenach z 2011 r. 66,3 mld USD). Zgodnie z szacunkami Europejskiej Komisji Gospodarczej zadłużenie z lat 70. stanowiło 9,8 proc. ówczesnego dochodu narodowego. W zestawieniu z obecnymi długami wielu krajów było to obciążenie niewielkie, ale według kryteriów zadłużenia z tamtych lat wręcz katastrofalne.

Obecnie „Należymy do tych krajów…, które w dużym stopniu zapożyczyły się za granicą. Zadłużenie w relacji do PKB przekracza 50 proc… Niestety nasza gospodarka rozwija się na kredyt. Oficjalne zadłużenie Skarbu Państwa wynosi blisko bilion złotych [czyli ok. 1000 miliardów – ZT]. Co gorsza, prawie jedna trzecia to dług zagraniczny [czyli ok. 92,6 mld. USD – ZT].” … „Zadłużenie wobec zagranicy, szczególnie to wyrażone w obcych walutach, jest znacznie poważniejszym problemem niż dług krajowy. Szczególnie w obliczu rosnących kosztów obsługi tego zadłużenia przez rosnące stopy procentowe w USA” – wskazuje agencja Bloomberg.

 

Tureckim gadaniem

nazwać można upowszechniany przez niektórych polityków i publicystów, przy błogosławieństwie tzw. historyków, obraz powojennej Polski jedynie jako kraju krwawej represji, terroru i zniewolenia. Zaprzecza temu Agata Zysiak w książce „Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście”, za którą otrzymała Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego. Okazuje się, że uniwersytet socjalistyczny nie koniecznie był propagandowym symbolem demokratyzacji, a rzeczywistą trampoliną awansu społecznego dla proletariackiej młodzieży.

Martwić się bardzo należy o dalsze losy autorki i utytułowanego jury tej nagrody, bowiem współczesna, państwowa polityka historyczna zaprezentowanego rewizjonizmu im nie wybaczy.

 

Dyrdymały

przez całe lata III RP opowiadano, a i śmiechu przy tym było w nadmiarze, o tym jak to w PRL-u kobiety jeździły traktorami (nie tylko na plakatach ale i w rzeczywistości}, a jeszcze inne brały się za murarkę. No proszę – czytamy w „Gazecie Wyborczej”: „Kobieta na hali produkcyjnej. Czemu nie – zatrudniamy!”
Na tych samych łamach reklamują: „Kup nowe mieszkanie w całej Polsce od 644 zł/mies.” Warto przypomnieć, że w paskudnej Polsce Ludowej mieszkania dawano darmo, albo z małym, a nie kilkudziesięcioletnim, wkładem własnym. Co prawda trafiały się też ze ślepą kuchnią, ale obecnie ten szkopuł już nie istnieje, bo po prostu kuchnię połączono z salonem.

Równie pocieszającą wiadomość przynosi tytuł: „Nowe umiejętności zawodowe dla wszystkich”, co oznacza, że „doktor historii idzie na kurs spawania, reżyser teatralny uczy się stolarki.” Ten zachwyt redakcji, połączony z brakiem krytycznego komentarza po prostu powala.

Za Gierka bardzo cieszyli się ludzie, że mają jedną wolną sobotę w miesiącu, a teraz proszę, oburzają się, że w niedzielę zabroniono im pracować. Jacy niewdzięczni.
Trzymając się dalej byłego niechcianego ustroju, żadną miarą jakoś wytłumaczyć się nie daje, że jak było tak biednie i źle, to rodziło się dużo dzieci, a jak teraz jest tak bogato i dobrze, to skandalicznie mniej. W swoim czasie Kardynał Tysiąclecia Stefan Wyszyński chciał, aby Polaków było 60 milionów, a na koniec wieku będzie nas, wg prognozy ONZ, niewiele ponad 21 mln.

 

Głodne kawałki

to zamiar rządu zamierzającego, z przyczyn terrorystycznych, utajnić informacje o pogotowiu ratunkowym. Obywatele nie dowiedzą się – po co zresztą takie wiadomości są im potrzebne – jaki pogotowie ma budżet, ile karetek, ilu ratowników, ani nawet jak szybko dociera do chorych i ofiar wypadków. Prawnie chronioną tajemnicą będzie, jak często pogotowie spóźnia się na wezwanie potrzebujących. Wydaje się, że ten rządowy projekt nie jest antyterrorystycznie dopracowany, bowiem należałoby także objąć ścisłą tajemnicą numery telefonów 999 i 112.

 

Niestworzone rzeczy

zarzucano prezydentowi Krakowa prof. Jackowi Majchrowskiemu pisząc, że jego niechęć do dekomunizacji ulic stanowi polityczną grę. Magdalenie Kursie z „GW” pomieścić się w głowie nie może, że jeżeli ktoś występuje publicznie przeciw fałszowaniu historii przez IPN, to stoi za tym prawda i głębokie racje moralne. Na sesji Rady Miasta Krakowa prezydent przypomniał skomplikowaną historię Polski i sprzeciwił się zmianie trzech patronów ulic, m.in. Józefa Marcika, który zginął w wieku 20 lat z okrzykiem na ustach „Niech żyje Polska”, zastrzelony przez Niemców. Mówił: „Jeśli popatrzymy na życiorysy osób… widzimy, że byli to generalnie działacze lewicy. Oni nie walczyli o przyłączenie Polski do Związku Radzieckiego, ale o ustrój, który będzie realizować ich koncepcje.” Bóg dał, że w Krakowie nie ma, jak w Warszawie, alei Armii Ludowej i jedenastu innych ulic, na których dekomunizację nie zgodził się Wojewódzki Sąd Administracyjny. Wtedy musiała by pani Kursa lewicowe sympatie zarzucić sądowi.

 

Trele-morele

opowiadano, jak to Sojusz Lewicy Demokratycznej nie chce z Platformą Obywatelska tworzyć wspólnego, antypisowskiego frontu, a Włodzimierz Czarzasty krytykuje postawę Grzegorza Schetyny. Jacek Żakowski w „GW” pisze: „Opozycja podpisała „Pakt solidarnościowy” na rzecz osób z niepełnosprawnościami. To super! Zabrakło podpisu PO… Brak podpisu oficjalnego przedstawiciela PO sugeruje, że albo dla Platformy wciąż nie jest to oczywiste, albo ważniejsza od oczywistej racji jest dla niej partyjna gra o wyróżnienie się z opozycyjnej ławicy… Bo jeśli PO też ma wątpliwości i nie chce się wiązać na przyszłość nawet oczywistymi socjalnymi zobowiązaniami, to znaczy, że … wraca do wizerunku partii technokratycznej, która wepchnęła Polskę w ręce Kaczyńskiego.”

Platforma aktywnie kombinuje, jak by tu nie tylko odsunąć od władzy PiS, ale i ograć partie, w tym również SLD. I z taką się układać?

 

Zawracaniem głowy

jest podtrzymywany nadal mit o Stanach Zjednoczonych jako obrońcy demokracji. Poza wieloma przykładami z całego świata, doświadczyliśmy i my niedawno jak to naprawdę wygląda. W czasie gdy PiS-owski rząd niszczył struktury systemu prawnego, a wiec jednej z podstawowych ostoi demokracji, Departament Stanu zachował absolutne milczenie. Ale gdy ta sama władza nałożyła karę na amerykańską, acz polskojęzyczną, stację TVN24, tenże sam Departament Stanu wydał oświadczenie, w którym wyraził zaniepokojenie stanem wolności mediów w Polsce.
Podobnie ma się rzecz z Departamentem Obrony, który w ramach NATO uczestniczy w zapewnieniu fundamentu trwałego bezpieczeństwa w Europie, opartego na rozwoju instytucji demokratycznych, a Polsce, temu wiernemu sojusznikowi, sprzedaje system Patriotów po lichwiarskich cenach. Liczy się tylko interes, co w USA nazywa się „It’s just business”.

 

Austriackie gadanie

USA ogłosiły, że wydalają 60 rosyjskich dyplomatów i zamykają rosyjski konsulat generalny w Seattle w odpowiedzi na zamach w brytyjskim mieście Salisbury na byłego rosyjskiego agenta Siergieja Skripala. Rosja, w ramach retorsji, za personae non gratae uznała 58 dyplomatów zatrudnionych w ambasadzie USA w Moskwie i 2 pracowników konsulatu USA w Jekaterynburgu. „Decyzja Rosji wydalenia grupy amerykańskich dyplomatów oznacza dalsze pogorszenie stosunków dwustronnych i nie była dla USA czymś nieoczekiwanym. Waszyngton jest gotów odpowiedzieć na to posunięcie” – głosi komunikat Białego Domu.

 

Hocki-klocki
W swoim czasie tygodnik „The Sunday Times” podał, powołując się na źródła w brytyjskim rządzie, że Siergiej i Julia Skripalowie znajdą schronienie w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymają nową tożsamość. Będzie ich tam łatwiej chronić – powiedział rozmówca tygodnika. Jak dodał, brane są pod uwagę również inne kraje: Australia, Kanada oraz Nowa Zelandia. Ta informacja w zasadniczy sposób rozszerza naszą dotychczasową wiedzę na temat międzynarodowych organizacji humanitarnych na świecie, uzupełniając ich listę o brytyjski i amerykański wywiad. CIA i MI6 znane są przecież powszechnie z bezinteresownej opieki nad słabszymi i z ich obrony. Wszelkie insynuacje dotyczące ukrycia prawdy o tej prowokacji, braku bezpośrednich dowodów, niedopuszczeniu Rosjan do śledztwa oraz inne podobne argumenty należy stanowczo odrzucić. Jak tam było w centrum handlowym w Salisbury dowiedzą się nasze wnuki za lat 30, a może nawet 50.

 

To wszystko

co powyżej to prawda, a nie są jakieś, modne dzisiaj, fake news’y.
Natomiast określenie koszałki-opałki ma aż 64 synonimy. Uzupełniając powyżej opisane, bez większego trudu dopełnicie Państwo pozostałe, na podstawie naszej krajowej, ale i światowej rzeczywistości.

Dziennikarska inicjatywa

– Chcemy jasnych zasad we współpracy z redakcjami. Dziś jest tak, że każda dziennikarka i dziennikarz jest traktowany inaczej – mówi Bartosz Józefiak, reportażysta, jeden z założycieli środowiskowej komisji dziennikarek i dziennikarzy przy Inicjatywie Pracowniczej.

 

Pracownice i pracownicy mediów chcą wspólnymi siłami zmierzyć się z problemami, będącymi efektem niestabilnych form zatrudnienia i wynagradzania. „Dziennikarze przygotowujący swoje materiały przez kilka tygodni zarabiają na nich kilkaset złotych. Za każdy tekst rozliczani są umową o dzieło. Pracodawcy nie opłacają więc składek emerytalnych. Dziennikarzom nie przysługuje nawet ubezpieczenie zdrowotne dostępne dla osób na umowach – zleceniach. Bardzo niewiele redakcji otwartych jest na przyjmowanie pracowników na etat. Co gorsza, sposób wypłacania wierszówek jest niejasny. Autor przed publikacją rzadko kiedy wie, jak zostanie wyceniony jego tekst. Pracodawcy nie podają do publicznej wiadomości jasnych reguł wynagradzania. Zdarza się więc, że dwoje autorów pracujących dla tej samej redakcji otrzymuje za swoje teksty dwie zupełnie różne kwoty” – czytamy w manifeście inaugurującym działalność komisji, który ukazał się na stronie Inicjatywy Pracowniczej.

Kolejny problemem, na który zwracają uwagę dziennikarze, którzy wstąpili do związku zawodowego są terminy wypłaty wynagrodzeń. W niektórych redakcjach dziennikarz otrzymuje pieniądze za zamówiony tekst nawet po kilku miesiącach, czasem nawet po roku od jego napisania. – Dziś zdarza się, że reporter może napisać tekst w styczniu, a pieniądze zobaczy w marcu, kwietniu lub za dwa lata – w zależności od tego, kiedy materiał ukaże się w gazecie – wskazuje Bartosz Józefiak. Jaki jest cel działania komisji? W oświadczeniu czytamy o konieczności „ucywilizowania zasad współpracy z redakcjami”. Jedynym z największych kuriozów jest odbieranie autorom praw autorskich do ich publikacji. W efekcie dziennikarze i reportażyści otrzymują wynagrodzenie tylko raz, podczas gdy ich teksty są następnie reprodukowane w wydaniach papierowych czy w innych tytułach. – Dzisiaj autor, który chciałby wydać książkę ze swoimi tekstami, musi je odkupić od redakcji. Jego własność intelektualna właściwie nie jest jego – zwraca uwagę Bartosz Józefiak.

Członkami komisji są również dziennikarze zatrudnieni na stałe w redakcjach gazet i portali. Ich również dotyka problem erozji standardów płacowych. – Nie możemy dopuścić do ich dalszego obniżania, bo wartościowe dziennikarstwo dostanie zawału. Jeśli redakcje chcą mieć dobrze przygotowane materiały, muszą za nie dobrze płacić. O tym wszystkim chcemy rozmawiać z wydawcami i osobami decyzyjnymi w redakcjach – zapowiada Bartosz Józefiak.

Hipokryzja pływa w toi-toiu

Pamiętacie, jak nagłówki prawicowych mediów krzyczały o tym, że ktoś oblał drzwi biura Beaty Kempy łatwopalną substancją? Sprawca usłyszał zresztą zarzuty o charakterze terrorystycznym. Grozi mu 20 lat paki. A podpalenie przed kamienicą posła Brejzy? Prawica podaje sobie tę anegdotkę jak pyszny żart.

 

„Kolejny atak na PiS!”, „zamach na władzę”, „tajemnicze napisy”, „chciał zabić posłankę?” – w połowie grudnia wszystkim wPolityce i innym DoRzeczom nie było do śmiechu. Politycy PiS podbijali bębenek, sugerując, że opozycja przygotowuje systemowe ataki na rządzących.

Kiedy ujęto sprawcę , 40-letniego Sebastiana K., który przyznał, że reformy wymiaru sprawiedliwości wdrażane przez państwa Kempe i Ziobrę rzeczywiście średnio mu się podobają – śledczy czuli presję, aby przykładnie go ukarać. Usłyszał zarzuty o terroryzm. A za to można oglądać świat w kratkę nawet przez 20 lat.

W toku śledztwa wzięto pod uwagę, że na piętrze budynku, gdzie znajdowało się biuro poselskie – były również lokale mieszkalne, zatem mężczyzna naraził zdrowie i życie wszystkich lokatorów. W wyniku rozprzestrzenienia się pożaru mogli ucierpieć. A jeszcze jakby tego było mało, u Sebastiana K. w mieszkaniu znaleziono marihuanę – mężczyzna powędrował więc z miejsca do aresztu.

Kilka dni temu rozniosła się wieść, że ktoś podpalił toi-toia na podwórku kamienicy, w której mieszka z rodziną poseł Krzysztof Brejza. To postać, której PiS ma powody nie lubić. To on wywlekł na światło dzienne m.in. sprawę ministerialnych nagród, on też dociekał, kto dokładnie wywiązał się z obowiązku ich oddania na Caritas.

Żona posła przestraszyła się nie na żarty kiedy w nocy zobaczyła języki płomieni na ścianie budynku od tej strony, od której swoje pokoje mają dzieci. Słusznie zauważyła, że gdyby ogniem zajęłaby się instalacja, doszłoby do wybuchu, w którym prawdopodobnie rodzina straciłaby życie. Brejza złożył w prokuraturze doniesienie o usiłowaniu zabójstwa.

Ale najwyraźniej dla prawicy to żart że boki zrywać. „Toi toi, głowa konia i poseł Brejza. Totalny obciach totalnej opozycji. Naprawdę myślałem, że to fejk” – nie może podnieść się z podłogi felietonista wPolityce Łukasz Adamski, nazywając poszkodowanego „posłem Brednią”. „Męczennik niedoszły. Miał być biczem na rozpasanie państwowymi pieniędzmi przez PiS. Kreował się na ostatniego sprawiedliwego „taniego państwa”, który rozniesie rewolucję Kaczyńskiego jej własna bronią. Obrońca ludu potknął się jednak o własne nogi, niczym alimenciarz z kucykiem i Rysiek wykoleżankowany przez nowoczesne niewiasty” – kontynuuje intelektualny onanizm redaktor, przemyślnie łącząc w jednym akapicie wydarzenia odległe od siebie niczym głód na świecie i hodowla kangurów w Australii.

Blogownia Salon24 również przeżywa drugi Prima Aprilis. „Wiele już napisano na temat beznadziejności totalnej opozycji, Gazety Wyborczej i TVN. Moim zdaniem ta sprawa jednak bije wszystkie dotychczasowe komizmem” – głoszą komentarze poważnych publicystów prawicowej alternatywy dla „naTemat”.

Tymczasem Brejza zupełnie przytomnie zauważył, że „nie można mówić, że materiały z włókna szklanego same się zapalają. Naprawdę trzeba dużo złej woli i dużo energii włożyć, żeby wywołać taki ogień, który obejmie instalację gazową. Ta instalacja została opalona w wysokiej temperaturze”.

Wcześniej ktoś wyłamał mu skrzynkę pocztową. Szczerze? W takiej sytuacji obleciałby mnie strach jak cholera. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie czekałby, aż udusi się dymem któreś z jego dzieci, żeby powziąć uzasadnione obawy o swoje życie. Ale według prawicowych blogerów znamiona zamachu wypełniała dewastacja pustego biura Beaty Kempy w Sycowie.

Tylko że my – opozycja, ci straszni lewacy – wtedy nie żartowaliśmy. Przekazywaliśmy dalej wasze komunikaty pełne oburzenia i wyrażaliśmy pełne zrozumienie. Nie próbowaliśmy wmawiać posłance Kempie, że ma zwidy. Mimo tego, że naprawdę nie da się was lubić – nie dostrzegliśmy w tamtym wydarzeniu niczego komicznego. Szkoda, że wasza hipokryzja wypływa w takich chwilach na wierzch i dryfuje w odmętach nieszczęsnego toi-toia.

Pojęciowe wytrychy

Generalnie prawica wszelkiej maści lewicę wszelkiej maści określa mianem „komunistów”. Bezczelnie robią tak nawet wobec ludzi, których prawdziwi komuniści z NKWD (czy w Polsce UB) natychmiast by rozstrzelali.

Natomiast wszelkiej maści lewica ma głupi zwyczaj określania całej prawicy mianem – przynajmniej – „faszystów” (choć trzeba przyznać, że w tych sportach najłagodniejsze jest SLD). I tak do jednego worka lądują bogu ducha winni chrześcijańscy demokraci (a i socjalni chrześcijańscy demokraci), „starzy” narodowi demokraci (w rozumieniu II RP), jak i faszyści z ONR (w rozumieniu i II i III RP).

Tu trzeba przyznać, że trochę obok głównego pola walki są liberałowie (PO), bo trudno ich określić jako „bolszewików” czy „faszystów”. Prościej przecież o nich powiedzieć „złodzieje”. Ale i w tej sprawie prawicowe dziennikarstwo i politologia znalazły wyjście tworząc obóz „lewicowo-liberalny”, czy też „liberalno-lewicowy”. To epitet którym prawica określa i bije w TVN i pokrewne, Polsat i pokrewne, Gazetę Wyborczą, Trybunę, Politykę i kilka innych jak im wygodnie.

Takie użycie ocen politologicznych jako epitetów daje ogłupiające skutki – pokazując to na przykładzie – ja jako socjalista, dla prawicy jestem „komunistą”, natomiast jako niepodległościowy socjalista dla części lewicy jestem „pieprzonym pisowcem”. Generalnie rzecz biorąc – podsumowując głosy z lewej i prawej – jestem „komunistą-pisowcem”. Można się zabić tępym nożem.

Zresztą – partia „Razem” to dla prawicy „komuniści” a dla części lewicy „proNATOwscy odszczepieńcy lewicy”.

Generalnie jest to politologicznie i psychicznie chore gdyby nie fakt, że postkomuniści i liberałowie wyzywają PiS-owców od „komunistów” lub „bolszewików”. A i od „faszystów” też im się dostaje.

Wszelkie pojęcia polityczne, definicje kierunków politycznych straciły swoje właściwe znaczenia, można ich używać jak się chce podkładając pod konkretne pojęcia zupełnie inne znaczenia i to jest bezkarne.

Widzę gołym okiem, że mamy coraz głupszych polityków, którzy wobec coraz gorzej wykształconego społeczeństwa stosują coraz głupsze i bardziej haniebne chwyty, bo mają świadomość, że wobec braku wiedzy i wykształcenia w III RP można mówić wszystko, kłamać i czuć się bezkarnym.

A najgorsze, że „głupi lud w to wierzy”.

Granatowe na szarym w TVN

Może być zresztą każde inne zestawienie kolorów, ale nie czarno na białym, bowiem tak nazwany program telewizyjny – w założeniu obiektywny – w stosunku do SLD okazał się najzwyklejszą manipulacją.

Sojusz Lewicy Demokratycznej, przez długi czas lekceważony i pomijany, wraca na radiowe i telewizyjne anteny. Ale bez szału, z konieczności, bo procenty poparcia mu rosną i coś z tym, dla bardzo wielu niechcianym faktem, trzeba zrobić, czyli jednak pokazać. I tak też się stało 17 maja w programie TVN „Czarno na białym”, którego tematem były możliwości powstania ponadpartyjnej opozycji, dążącej do odsunięcia PiS od władzy. Ale jej autorom i realizatorom pomyliły się kolory – białym pomalowano Platformę Obywatelską i, z nieukrywanym żalem, dodano go Nowoczesnej, a czarnym wcale nie Prawo i Sprawiedliwość, a SLD.

Białym, czyli dobrym

jest Platforma Obywatelska organizująca pokazywane manifestacje, oraz Grzegorz Schetyna mówiący jedynie o wspólnym antypisowskim froncie. Ani słowa więcej, gdyż wg. TVN dobry nie musi nic więcej mówić, ani tym bardziej się tłumaczyć, bowiem jest przecież dobry. Jeżeli by dziś szukać tego dobra w Platformie, to wyraża się ono tylko w dwojaki sposób: niewątpliwie jest największą, po PiS, partią polityczną, i także niewątpliwie chce klęski PiS. Pozostaje jednak cała reszta tego „dobra”, które poznaliśmy w okresie minionych dwóch kadencji rządów PO, że wymienię tylko: mitologizację problemów finansowych państwa wyrażającą się w lekceważeniu potrzeb i warunków życia obywateli, ustawę dezubekizacyjną z 2009 roku, akceptację funkcjonowania Instytutu Pamięci Narodowej, krętactwa wokół członkostwa w Trybunale Konstytucyjnym, nie oddanie pod Trybunał Stanu Zbigniewa Ziobro za jego wcześniejsze ministerialne decyzje, i szereg innych, powszechnie znanych. W tamtym okresie pan Schetyna zajmował prominentne stanowiska nie tylko w swojej partii ale i w rządzie, jednak jakoś do głowy mu nie przychodzi przeprosić obywateli za złe, minione czyny Platformy, nie mówiąc o zobowiązaniu stosownego ich naprawienia. Ta partia, w odróżnieniu od SLD, który za swoje błędy zapłacił utratą miejsca w Sejmie, nie chce publicznie dokonać rachunku sumienia. Natomiast jej program na przyszłość – niejasny, ciągle ulegający zmianie i w sumie pokrętny – daleko odbiega od rzeczywistych potrzeb państwa i oczekiwań obywateli, niosąc w sobie możliwość powtórki z niedalekiej przeszłości. I z takim to „dobytkiem” chce PO stać na czele antypisowskiej opozycji.
Okazuje się więc, że nie tylko miłość jest ślepa, ale również polityczne sympatie i wybory dziennikarzy TVN.

Nie krokodyle łzy,

ale szczere wylewają autorzy „Czarne na białym” nad losem – czytaj upadkiem – Nowoczesnej, również białej-dobrej. Tej – jak mówiono w programie – wielkiej nadziei na polskiej scenie politycznej, poświęcono gros programu, w którym wielokrotnie, bardzo obszernie i absolutnie nieprzekonująco, wypowiadały się liderki wrogich opcji w „N”. Był też Ryszard Petru – jak mówi, rozmawia, maszeruje i odchodzi – bardzo przystojny mężczyzna, zawsze nadzwyczaj elegancki, wzbudzający sympatię. Twórca partii, która właśnie spada w przepaść, a on w aktualny polityczny niebyt, zapoczątkowanych wypraniem „N” z idei, a zakończony szkolnym błędem, czyli zagraniczną wycieczką z osobą towarzyszącą oraz buntem niewdzięcznych pań.
Smutną konstatacją, że Nowoczesna mogłaby nawet zastąpić Platformę, i że byłaby liczącą się antypisowska siłą, tak się wzruszyłem, że prawie pociekły mi łzy.

Czarny charakter, a może koń?

Jak przystało, w od lat uprawianej postsolidarnościowej retoryce i propagandzie, w roli czarnego charakteru występuje w tym programie SLD.
Po pierwsze – zarzuca się SLD, że nie chce uczestniczyć, u boku Platformy, w koalicji przeciw PiS. Prezentowane były wielokrotnie krytyczne wypowiedzi Czarzastego pod adresem Schetyny, ale brak wyjaśnienia ich przyczyn. Jak na dociekliwość dziennikarzy ze stacji TVN to co najmniej elementarny błąd. A może po prostu wcale nie chodziło o to aby przedstawić telewidzom racje lidera, a tylko zapisać w ich pamięci przekonanie, że SLD jest partią nieodpowiedzialną, bo nie chce uczestniczyć we wspólnym froncie? Czarzastemu, w odróżnieniu od rozgadanych pań z Nowoczesnej, nie dano szansy.
Po drugie – pewność wyborczego sukcesu lidera partii i Sojuszu, poprzez odpowiedni dobór materiału i w kontekście do losu Nowoczesnej, telewidz odczytać może bez kłopotu, jako zbyt pochopną, a nawet wątpliwą.
Po trzecie – prezentacja osoby Włodzimierza Czarzastego, jego zachowanie, rodzaj dobranych wypowiedzi, i nawet bzdurne szczegóły dotyczące kolorowego sweterka – kto zna się choć trochę na telewizyjnej „kuchni” to zauważył – miały go dezawuować jako przywódcę partii, a co za tym i lidera lewicy. Sam zresztą o sobie mówi: „to komuch jest, cholera. On jest nieestetyczny”. Niewątpliwie Czarzasty nie posiada charyzmy, nie wszedł by nadto nawet do eliminacji konkursu na Mister Poland, ale, jak wielokrotnie potwierdziła to historia, ważniejsze przymioty wyznaczały sukces rządzących na tym świecie.
Włodzimierz Czarzasty w ostatnim okresie wielokrotnie zabierał głos w debacie publicznej, ale na szczególną uwagę zasługuje jego rozmowa z Łukaszem Pawłowskim i Filipem Rudnikiem na łamach internetowej Krytyki Liberalnej (Nr 488 z 15.05.2018). Program SLD prezentowany przez Czarzastego (sześć punktów, które powinny być dobrze znane nie tylko członkom partii, ale nadto wszystkim obywatelom) jest racjonalny, odpowiadający nie tylko oczekiwaniom większości Polaków ale także polskiej racji stanu w obecnym czasie. Zwraca także uwagę szacunek dla pozostałych ugrupowań lewicy, otwartość na wyborców innych partii, krytyczne opinie o PO, a konstruktywne o minionych błędach SLD.
Warto z tej wypowiedzi zacytować chociaż skromne, acz bardzo ważne i charakterystyczne fragmenty:
– Uważamy, że bogaci powinni płacić większe podatki, biedniejsi niższe, a progów podatkowych powinno być pięć – od 15 proc. dla tych, którzy zarabiają poniżej 30 tys. złotych rocznie, do 40 proc. dla tych, którzy zarabiają powyżej 200 tys. złotych. Dlaczego? Bo uważamy, że różnica między najwyższym wynagrodzeniem a najniższym powinna być jak najmniejsza.
– Silna Europa. To jedyna szansa dla Polski. Jestem przedstawicielem partii, która jest absolutnie euroentuzjastyczna – i taka będzie. Jesteśmy ortodoksyjni w tej sprawie. Włącznie z wprowadzeniem euro. Każdy, kto uważa, że po wejściu do UE w Polsce się nie polepszyło, musi być albo głupi, albo z aparatu partyjnego Prawa i Sprawiedliwości. To się zresztą często nie wyklucza.
– Ale nie każda partia mówi prawdę. Ja mówię na przykład o żołnierzach wyklętych, że to fantastyczni ludzie walczący o swoje ideały i o wolność, ale również mordercy, bo i tacy wśród nich byli, gwałciciele, bo byli tacy, złodzieje i sku***syny. Jaruzelski był dobry i zły. Nie zależy mi, by z kimś się na siłę zgadzać – ja mam swoje poglądy.
– Pan ode mnie nie usłyszy ani jednego złego zdania na temat któregokolwiek polityka i polityczki lewicy, niezależnie od tego, czy jest w SLD, czy nie. Na temat żadnej partii lewicowej też złego zdania nie powiem.
Nie tylko ta wypowiedź, wśród wielu innych, ale także olbrzymia, codzienna praca organiczna od podstaw, aby przywrócić lewicowej partii konieczne i należne miejsce na polskiej scenie politycznej dowodzą, że Czarzasty jest dziś rzeczywistym i bardzo poważnym partnerem politycznym.
To ostatnie zdanie adresuję także do dziennikarzy z TVN.

W roli gwoździa

do trumny eseldowskiego wstrzymania się od wspólnego frontu z PO wystąpił w tym programie Grzegorz Napieralski, były szef SLD, który musiał zrezygnować z przywództwa po porażce partii w wyborach w 2011 roku. Abstrahując już od faktu, który w kontekście obecnego wzrostu sondaży SLD wygląda na najzwyklejszą zazdrość, dodać koniecznie trzeba, że do dobrego tonu należy wstrzymywanie się z krytycznymi opiniami na temat następców. Nawet „parcie na szkło” i chęć jakiegokolwiek zaistnienie w przestrzeni publicznej tego nie usprawiedliwia.
Natomiast wypowiedź, także w tym programie, Włodzimierza Cimoszewicza, o koniecznym jednoczeniu sił antypisowskich przyjmuję ze zdziwieniem, bowiem do dziś przekonany byłem o krytycznej opinii byłego marszałka Sejmu, premiera, ministra i senatora na temat Platformy Obywatelskiej, która stworzyła, przez swoje poczynania, dobry początek dla aktualnych rządów PiS.
I tak to się na końcu okazuje, że nie koniecznie czarne jest na białym, a białe ma czarnym.