Jak pisać o PiS

Od dłuższego czasu w mediach lewicowych, liberalnych, centrowych i niektórych zaliczanych do prawicy, obserwujemy lawinę tekstów piętnujących poczynania PiS-u i jego sprzymierzeńców.

 

Nie kwestionując słuszności opisów skandalicznych nadużyć nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na widoczny w tej nawale brak zastanowienia. Należy bowiem domyślać się, że podstawą pełnego zapału i wytrwałości wysiłku publicystów jest przekonanie, iż wykazywanie błędów spowoduje naprawienie sytuacji grożącej katastrofą, że doprowadzi władze do opamiętania, a przede wszystkim wywoła otrzeźwienie społeczeństwa aprobującego utrzymującą większość parlamentarną grupę demagogów. I w tym momencie zdumiewa, że walczący z dewiacją w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że być może, zło, które pokazują i usiłują naprawić, są to jedynie objawy choroby, której istoty owi krytycy nie dostrzegają. A przecież za tym przemawia np. fakt, iż wspomniane piętnowanie błędów jest nieskuteczne.
Oskarżające PiS osoby zapamiętałe są w tej działalności do tego stopnia, że zapominają o obowiązku rozważenia swoich własnych błędów, do których niekiedy półgębkiem przyznają się nie próbując jednak poznać ich istoty. Przecież zawsze popadnięcie w zależność od złych i głupich wynika z bierności tych, którzy potrafią rządzić mądrze, a oczywiste dla każdej rozsądnej osoby rozważenie takiej możliwości narzuca się tym bardziej, że po dwu latach rządów PiS nie można mieć wątpliwości, iż wspomniana walka na argumenty nie daje rezultatu zwłaszcza wobec wyraźnego u autorów przekonania o braku pozytywnej alternatywy politycznej. Podobnie nieskuteczność „walki z demagogią” osądza np. prof. Cas Mudde w krótkim artykule „Realnym problemem nie jest populizm”. Należy więc, nie zaprzestając wskazywania błędów władzy, zastanowić się wreszcie, jakie mogą być inne przyczyny zła i jak je należy naprawiać? Zarazem, w odpowiedzi na ten swój apel przedstawiam własne w omawianej sprawie zdanie: rzeczywistą przyczyną fatalnego stanu porządków w naszym kraju jest powszechny marazm umysłowy oraz kulturalny i jakiekolwiek działania pomijające konieczność ożywienia umysłów a także naprawy obyczajów są daremne. A oto, jakie są dowody na to, że uśpienie umysłów i dekadencja kulturalna mają miejsce w naszym kraju.
Co do intelektu sprawa jest prosta. Zanik zdolności rozumowania, jeżeli jest powszechny, powinien, z natury rzeczy, uwidocznić się przede wszystkim w środowisku elity umysłowej. Otóż wyraźnym przejawem dowodzącym złego stanu tej części społeczeństwa jest zanik dialogu, wiadomo bowiem, że myślenie nie istnieje bez pytań, wątpliwości i sporów. I właśnie brak tych podstawowych przejawów myśli jest uderzający w ośrodkach głównie tych nastawionych na poświęconą polityce i zagadnieniom społecznym tzw. poważną publicystykę jak np. Przegląd Socjalistyczny, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, internetowa witryna Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego i in. Nie ma tam dyskusji, jedyne uwagi krytyczne dotyczą obozu władzy i stanowią niejako uzgodniony rytuał legitymujący przynależność do „swoich” na równi z obowiązującym niedostrzeganiem błędów popełnianych we własnym gronie. Gdy przyjrzymy się czy tym periodykom, czy publicystyce powstającej w ramach inicjatyw takich jak Kongres Kultury, Kongres Obywatelski itp. widzimy same jedynie monologi i kazania autorów niezdolnych zauważyć tekstów ani tych, które w jakiejś mierze zaprzeczają ich tezom, ani zgodnych. Szczególnie zaś zdumiewa brak w całym środowisku obejmującym autorów, redakcje i czytelników zaniepokojenia tym, że nawet najbardziej udramatyzowane wystąpienia nie wywołują odzewu.
Z kolei mówiąc o upadku kultury również należy skupić się na elicie. I tu powstaje problem wymagający obszernych wyjaśnień.. Powszechnie uważamy, że podstawowym przejawem kultury są: dbałość o poprawność mowy i unikanie – co błędnie utożsamiamy z empatią – agresji, a pod tym względem znaczna część elit jest bez zarzutu. Liczne są bowiem osoby i publikatory, które dbają o formę tekstu i nie używają „brzydkich” wyrazów, a krytykę skrzętnie ukrywają w ogólnikowych, bezosobowych wzmiankach, a więc, na podstawie wspomnianego „powszechnego uważania”, spełniają wbrew moim zarzutom warunki do uznania ich za kulturalne bez jakiegokolwiek „marazmu”.
W moim jednak przekonaniu podstawą kultury jest uznanie wartości umysłu każdego spotkanego człowieka, a wspomniane temperowanie mowy i uprzejmość świadczą o kulturze jedynie, gdy powstają jako produkt poszanowania godności innej osoby. Przecież znamy z doświadczenia ludzi dbających o poprawne wysławianie się i zręcznie zachowujących uznane formy postępowania, którzy jednak są bezwzględnymi egoistami. Mówimy o takich: cywilizowany cham.
Owo „uznanie wartości umysłu” polega na zrozumieniu, iż świat myśli każdej spotkanej osoby ma wartość niezależnie od tego, czy jest on bogatszy od mojego, czy uboższy. Że w każdym wypadku poznając go otrzymujemy szansę rozszerzenia swojej wiedzy, swoich zdolności, a także poznania błędów swojego własnego rozumowania. A także owo „uznanie wartości” narzuca – nasuwający nieraz wątpliwość – obowiązek dążenia do naprawy zauważonych u tego drugiego błędów, temperowany oczywiście świadomością zarówno ograniczoności własnego sądu jak i ludzkiej skłonności do emocjonalnego reagowania na krytykę. Jeżeli bowiem szczerze uznajemy jakiś przedmiot za wartościowy, nie pozostajemy obojętni wobec zauważonej na nim skazy, dbając zarazem, by cennego obiektu nie uszkodzić.
I jeszcze jedno: najpełniej „uznanie wartości” realizuje się w dialogu, którego idealną postać opisuje formuła: minimum 50 proc. słuchania drugiej strony, minimum 30 proc. mówienia o jej sądach i maximum 20 proc. przedstawiania własnego widzimisię. Mistrzem w tej sztuce był ponoć Sokrates, który ograniczał się do pytań i rozważania racji rozmówcy naprowadzając go tym do własnego poprawnego wnioskowania.
Po takich wyjaśnieniach mogę mówić o marazmie kulturalnym polskich elit i – wynikającym z niego – całej reszty społeczeństwa. Zanikła bowiem zdolność uznania godności innego człowieka, co zresztą jest faktem znanym (np. Małgorzata Anna Maciejewska „O zbędności elit, a zwłaszcza buców”). Dowody na to są liczne. Tak więc czasopisma i autorzy przejawiają solipsystyczny brak zainteresowania poglądami zarówno czytelników jak i wyrażonymi w innych niż swoje artykułach czy esejach. Większość poświęconych sprawom społecznym, politycznym i kulturalnym czasopism i witryn internetowych nie reagują nawet na najbardziej udramatyzowane diagnozy i postulaty publikowane w mediach, a zarazem („Przegląd Socjalistyczny”, „Centrum im. Daszyńskiego” i in.) w ogóle nie ukazują opinii czytelników, podczas gdy inne (np. „Kultura Liberalna”, „Lewica.pl”) dopuszczają co prawda czytelników do głosu w postaci komentarzy, jednak demonstracyjnie okazują lekceważenie przedstawianym opiniom. Uderza brak choćby śladu zainteresowania treścią uwag odbiorców przedstawianych treści ani ze strony autorek/autorów, ani redakcji, ani postronnych obserwatorów. Ciekawy kazus mamy w przypadku „Zdania” wydawanego przez stowarzyszenie „Kuźnica”, gdzie jedynym przejawem zainteresowania czytelnikami jest apel o dodatkowe wpłaty.
Ten brak zainteresowania głoszonymi wokół nas sądami przedstawiony jako objaw marazmu kulturalnego wymieniałem poprzednio jako objaw bezczynności umysłu. To połączenie nie jest bynajmniej przypadkiem, gdyż wzajemne powiązanie ze sobą kultury i dbałości o sprawne myślenie uważam za oczywistość dotyczącą wszystkich. Czy mamy do czynienia z osobnikiem obdarzonym wybitnymi zdolnościami, czy z posiadającym skromny zasób wrodzonych możliwości rozumowych, zaniedbanie rozwoju dokonującego się w trakcie poznawania poglądów innych ludzi powoduje degradację osobowości przejawiającą się uśpieniem umysłu i niedorozwojem kulturowym.
Tak wygląda uproszczone dowodzenie marazmu powiązanych ze sobą kultury i intelektu. Ale czy rzeczywiście ten marazm może w sposób istotny spowodować rozpanoszenie się demagogii i związany z nią regres społeczności? Sądzę, że wynika to choćby ze znanego powiedzenia: „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. A zatem przedstawiona (w ogromnym skrócie) analiza, po pierwsze pozwala poznać proces, który doprowadził do tego upadku, oraz po drugie umożliwia podjęcie próby określenia działań naprawczych. W obu wypadkach chodzi mianowicie przede wszystkim o dialog w skali całego społeczeństwa rozumiany jako wzajemne porozumiewanie i poznawanie. Marazm więc wynika z zaniedbania takiej właśnie wymiany myśli inicjowanej i formowanej przez część społeczeństwa dysponująca autorytetem (twórcy i propagatorzy kultury oraz nauki), a podstawę odbudowy winno stanowić odrobienie tego zaniedbania.
Jako podsumowanie stawiam apel o rozważenie przedstawionej tezy, iż kultura i intelekt mas stanowią istotny czynnik formujący stosunki społeczne i polityczne, oraz o poważną dyskusję nad szeroko pojętym dialogiem rozumianym jako narzędzie niezbędne dla formowania myśli oraz obyczajów.

Wspomnienia ze współczesności

W szaleńczo zmieniającym się współczesnym świecie łacińska sentencja Nihil novi sub sole, czyli nic nowego pod słońcem,  tylko z pozoru wydaje się anachronizmem.

 

W roku obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości warto przypomnieć zapomnianą postać wybitnego polskiego intelektualisty, działacza niepodległościowego i socjalisty, członka m. in. w Związku Zagranicznym Socjalistów Polskich – Kazimierza Kelles-Krauza. Nie miejsce tu na jego obszerną biografię, w której znalazła by się konspiracyjna działalność z lat młodzieńczych, publicystyka w socjalistycznych krajowych i zagranicznych tytułach, studia i praca naukowa na ważnych europejskich uczelniach, wreszcie głoszony pogląd, że tylko robotnicy mają interes w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, bowiem wszystkie pozostałe klasy mogą być przekupione przez zaborców. W naukach społecznych, jako że opierał się na myśli marksistowskiej, jest obecnie pomijany, acz jego dorobek nie ma nic z ortodoksji, a sformułowane „prawo retrospekcji przewrotowej” wpisało się na stałe do rozważań myśli filozoficznej i socjologicznej.

 

Te ideały

Mówi ono – w największym skrócie – „Ideały, którymi wszelki ruch reformacyjny pragnie zastąpić istniejące normy społeczne, podobne są zawsze do norm z bardziej lub mniej oddalonej przeszłości”. Wspominam osobę i myśl Kelles-Krauza z uwagi na minioną rocznicę jego śmierci (zmarł mając 34 lata), również ze względu na poważne ubytki wiedzy, powszechne dziś lekceważenie bądź w niepamięć odrzucanie przeszłości, która wpływa na dzisiejszość i nadal kształtować będzie przyszłość.
Przykładów we wszystkich sferach naszego życia co nie miara.

 

Konflikt pomiędzy

spełnieniem uczuć łączących zakochanych, a obowiązującymi zwyczajami, normami prawa oraz innymi barierami jest znanym od wieków motywem literackim. Nabiera szczególnego znaczenia gdy dotyka współczesności, a w jeszcze większym stopniu, kiedy zderza się z wrogimi nam dekretami, nakazami, rozporządzeniami i ukazami o charakterze politycznym. Na takim właśnie tle wydarzeń minionej zimnej wojny z połowy lat 50. ubiegłego wieku zbudowany jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”. W pamięci mam zapisany podobny temat, przedstawiany z nadzwyczaj wielkim powodzeniem na ówczesnych radzieckich scenach teatralnych w minionych latach 70. „Warszawska melodia” Leonida Zorina z 1967 roku opisuje historię miłości Rosjanina i Polki studiującej w moskiewskim konserwatorium, której uwieńczeniem nie stanie się wymarzony ślub, bowiem w 1947 roku Stalin zabronił swoim obywatelom małżeństw z cudzoziemcami. Zakochani spotykają się w życiu jeszcze nie raz, ale finał ich znajomości wyznaczył dyktator. Dla ówczesnej radzieckiej widowni był ten spektakl, w ramach trwającej politycznej odwilży, pierwszym teatralnym przekazem prawdy o ludzkim losie naznaczonym niedawną polityką, ale w polskich realiach „Warszawska melodia” wielkiej kariery nie zrobiła, bowiem byliśmy o wiele bogatsi w wiedzę o daleko bardziej idących, porażających skutkach stalinizmu. Dość przypomnieć, że na początku lat 60. „Polityka” w masowym nakładzie drukowała w odcinkach łagierne opowiadanie Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.
Nie zmienia to oczywiście, oddalonych w czasie, acz powtarzających się jak mantra, dramatów Zuli i Wiktora oraz Heli i Witi, a także Wiery i Michała z „Małej Moskwy”.

 

Wracając do współczesności,

to Tomasz Lis widzi ją, jako koniec pewnego świata wartości i zasad. „Zastępuje go świat, w którym najważniejsze są interesy i siła. W pierwszym świecie relacje były regulowane przez porozumienia i kompromisy. W tym drugim określa je dominacja silniejszego”, a amerykański prezydent nie jest już liderem wolnego świata (Newsweek z 18.06.2018). Ta sentencja wprawia w głębokie zaniepokojenie, bowiem potwierdza, że Pan Redaktor wygłaszając bajkowe czyli propagandowe slogany, nie tylko mija się z prawdą ale nadto objawia podstawowy brak wiedzy historycznej i politologicznej.
Niestety, jak świat światem, zawsze tak bywało, że najważniejsze były w polityce rozliczne interesy, których osiągniecie zapewniała na ogół siła (oczywiście, że nie tylko zbrojna), zaś porozumienia i kompromisy wynikały z czasowej równowagi mocy przeciwników, bądź braku pewności zwycięstwa w ewentualnym konflikcie. Dobra wola, szacunek dla słabszego i inne takie to albo banialuki, albo marzenia do których być może nie wiedzie, nas na to oczekujących, żadna droga.
Pojęcie „wolny świat” zrodzone w okresie rywalizacji dwóch supermocarstw było niestety ówczesnym fake newsem, gdyż w tym wolnym świecie wiele milionów nie cieszyło się wcale wolnością, będąc pod dominacją USA i innych zachodnich mocarstw. Równie daleko było też do wolnego świata krajom obozu socjalistycznego. Dziś przytaczanie tego pojęcia odnawia podział na dobrych i złych, w miejsce uznania i akceptacji inności, oraz afirmację doktryny o niesieniu demokracji, często zresztą militarnymi środkami.

 

Ameryka najpierw

Trump poprzez hasło „America First” wcale nie odżegnał się od udziału w światowej polityce, potwierdza jedynie w praktyce nadrzędny wpływ na nią Stanów Zjednoczonych innym, niż poprzednicy, postępowaniem i dyplomatycznymi grami, ale w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Wyniki szczytu G-7 tak komentuje Lis: „Zamiast racji stanu – stan infantylizmu równie znaczący co kartka papieru, którą wymachiwał po powrocie z Monachium premier Chamberlain, zapewniając, że właśnie zapewnił światu pokój. Kartka Chamberlaina symbolizowała appeasement. Kartka ze szczytu – koniec pewnego świata.” Porównanie tamtego wydarzenia ze współczesnym stanem stosunków międzynarodowych jest nieadekwatne, bowiem tzw. „koniec pewnego świata” nie wróży przecież kolejnego globalnego konfliktu. Obecnie, poza żądnym kolejnych zamówień kompleksem przemysłowo-militarnym, wojskowymi marzącymi o awansach i orderach, politykami przykrywającymi straszeniem obywateli swoje błędy, a także armią propagandzistów z tego żyjących, nic realnie nie wskazuje na groźbę nowej światowej wojny
Autor omaszcza swoje dywagacje bliskimi wszystkim kibicom rozważaniami o piłkarskich mistrzostwach świata: „Rosja nie odegra zapewne wielkiej roli… Na piłkarskich mistrzostwach mamy szansę na całkiem dobre miejsce.” Aktualne wyniki to wyjście Rosjan z grupy i totalna klęska Polaków. Takie to są udane prognozy Pana Redaktora dotyczące i polityki, i sportu.

 

Przejść do ataku

proponuje w tym samym wydaniu Newsweeka Cezary Michalski, bo „Jeśli liberałowie nie potrafią podjąć odważnych politycznych decyzji zrobią to za nich wrogowie. Jeśli skapitulują przed prawicą i przed lewicowym populizmem, to walkowerem oddadzą polityczną scenę.” „Lewicowy populizm” powtarza się w tekście kilkukrotnie co świadczy albo o nierozróżnianiu pojęć „populizm” i „polityka prospołeczna”, które znaczą przecież coś zupełnie innego tak w swoich celach i osiąganych efektach, albo też stanowi dezawuowanie lewicowego programu, co równie dobrze mógłby autor zastąpić np. „postkomunistyczną lewicą”. Ale nie, bo zapewne dotyczyć ma to także, w intencji Michalskiego, programów Barbary Nowackiej i partii Razem.
Wyrażane apele pod adresem liberałów też budzą zdziwienie, bo mieli, abstrahując pod jakimi szyldami partyjnymi występowali, wiele szans i lat na to, aby podejmować odważne decyzje, z których, jak się okazało, wykluł się PiS w znanym nam powszechnie wydaniu.

 

Zaniki pamięci

Te zaniki pamięci z nie tak odległych czasów są drobiazgiem w porównaniu do zakończenia artykułu: „Tylko najszersze liberalne centrum [czytaj Platforma Obywatelska – Z.T.] – sięgające od Michała Kazimierza Ujazdowskiego na konserwatywnym skrzydle, aż po Danutę Hubner, Dariusza Rosatiego czy Bartosza Arłukowicza na skrzydle socjalliberalnym – ma szansę uratować demokrację w Polsce. Polskie mieszczaństwo, polska klasa średnia, czekają na wyrazisty język swoich reprezentantów i na ich odważne decyzje.”
Okazuje się więc, że linia programowa pisma zmierza skutecznie w kierunku przedziwnych wyobrażeń i przypowieści, przy których miesięcznik „Wróżka” jest wiarygodnym tytułem.

 

Wspomnienia i doświadczenia

z nieodległej przeszłości: okrucieństwo żołnierzy wyklętych mordujących sąsiadów na małopolskiej wsi, szanse nauki i wyższego wykształcenia jaki dał nowy ustrój chłopskiemu synowi, wreszcie oświatowa działalność i przychylna ludziom wiceprezydentura, nie zapominając o pasji ważnego działacza związku piłkarskiego, zawarły się w godnej, mądrej, wspaniałej postaci Jana Nowaka. W ten miniony, gorący emocjami Mundialu i nadspodziewanie wysoką temperaturą dzień, żegnaliśmy Janka (żył 90 lat) – jednego z nas ludzi lewicy – na krakowskim cmentarzu.

„Cie choroba”

Media nie tak dawno rozpisywały się o chorobie Prezesa. Fakt, jakiś czas nie było widać Prezesa w mediach i w publicznych wystąpieniach, no a co ważne nie był też na oddaniu do użytku, czyli odsłonięciu pomnika jego skądinąd słynnego brata.

 

Domysły, co do rodzaju choroby były różne, ale przeważał domysł choroby kolana, choć nie było żadnego oficjalnego komunikatu co do choroby i jej rodzaju. Cóż w pewnym wieku kolana i inne stawy bolą, szczególnie tym, co to w latach młodych nie żłopali mleka. Tak czy siak, choroba była, był szpital, było wyjście ze szpitala, co wścibskie, a nieprzychylne Prezesowi media wyniuchały, a teraz to chyba jakaś rehabilitacja czy inna rekonwalescencja trwa, choć oficjalnie nic nie wiadomo. Też nie wiadomo, czy już po tej chorobie, czy jest jakieś zwolnienie lekarskie i w ogóle, wszystko tajne jakieś. A sprawa chyba była poważna, bo i zaczęto w niektórych kręgach na wszelki wypadek, dzielić skórę na niedźwiedziu, czyli typować następcę Prezesa wśród potencjalnych kandydatów, co było dość zabawne w swej wymowie.

 

Cóż Prezes, nie Prezes,

jak każdemu trzeba życzyć zdrowia, czy też powrotu do zdrowia i tyle. Ale co innego w tym jest istotne.
Bo to nie wiadomo, a przynajmniej dla ogółu, co to za choroba, czy pacjent to pracownik, który to opłaca wszystkie składki i ubezpieczenia, czy może to emeryt, który prawie nic nie płaci, czy też tzw. poseł etatowy, czy kim tam jeszcze jest. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, czy był u lekarza pierwszego kontaktu, czy dostał skierowanie na leczenia, no i czy czekał w kolejce do lekarzy, w kolejce do szpitala, nie mówiąc o takich tam duperelach jak to, jak się do tego szpitala udał; piechotą, tramwajem, taxi, czy limuzyną rządową, no a jeśli tak, to dlaczego?

 

Lekarz politycznego kontaktu

No, a co najistotniejsze w tym wszystkim, to w jakim to szpitalu pacjent był, czy to był szpital normalny dla ludu pracującego miast i wsi, czy w szpitalu dla wybranych, z czym to ta opcja podobno związkowa, a teraz nam panująca tak walczyła zaciekle z tzw. komuną?

 

Kabaret

Tak czy owak, wszystko to razem nadaje się do mistrzowskiego przedstawienia, przez mistrzów prześmiewców, satyryków, jak ten który, nomen omen, prezentował właśnie „Cie choroba”, ale już takich dzisiaj nie ma, nie licząc kilku błaznów przy dworze. Co ciekawe, od pewnego czasu, tak w zasadzie to dzisiaj nie ma u nas czasopism satyrycznych. Nie ma, bo teraz, po zmianach i dobrej zmianie, to życie stało się satyrą. Cie choroba.

Kłamstwo wyborcze(j)

Paweł Wroński, w Gazecie Wyborczej, opisując dokonania ministrów obecnego rządu, a w tym dorobek byłego ministra Jurgiela, tego od rolnictwa, napisał: …stadniny koni w Janowie Podlaskim nie udało się zniszczyć ani hitlerowcom, ani komunistom… Udało się to dopiero ministrowi Jurgielowi. Można powiedzieć, Wyborcza bardzo często mijała się z prawdą pisząc o PRL, robiła to celowo i uznać to należy za normę. Sprawa jest jednak głębsza. Media liberalne atakują media rządowo-reżimowe, czyli też prawicowe, że te kłamią na zamówienie rządzących. Dlaczego kłamie redaktor Wroński? Bo jak pisze o PRL musi kłamać, ma to w genach.
Prawda jest taka, że owi komuniści ściągnęli resztki koni do Janowa, które hitlerowcy wywieźli do Niemiec i przez dziesiątki lat odbudowywali stado i obiekty stadniny. Wystarczyło zajrzeć do Internetu i tam wszystko jest napisane. Red. Wroński uznał, że stadnina ostała się tylko dlatego, że komunistom nie udało się jej zniszczyć. Walka dwóch skłóconych frakcji post styropianowych toczy się teraz na śmierć i życie, kiedy jednak przychodzi do opisu czasów PRL strony są zgodne w ocenie tamtych czasów. Red. Wroński potwierdził to dosadnie. I jak tu nie być symetrystą. Owi kłamcy mają pretensje, że SLD nie chce związywać antypisowskiej koalicji z PO czy kimś tam. Plują nam w twarz i mówią: chodźcie z nami. Dokąd?

TVP kłamie

Na niektórych powierzchniach w centrum Warszawy, m.in. na betonowych podstawach ławek ulicznych pojawiły się odciśnięte metodą „pieczątkową” napisy: „TVP kłamie” i „Dość propagandy PiS”.

 

Swoją formą graficzną nawiązują one wyraźnie do naściennych napisów, którymi pieczętowano m.in. mury kamienic w czasie okupacji 1939-1944. Do tej tradycji nawiązywano też w stanie wojennym 1981-1983. Jednak stosowana dziś czasem analogia propagandy PiS do czasów PRL i stanu wojennego nie jest trafna. TVP czasu stanu wojennego nawet nie umywała się poziomem i skalą manipulacji propagandowej do praktyk TVP pod rządami PiS.

 

Obywatel RP skarży się w sądzie

Waldemar Sadowski, z wykształcenia prawnik i filozof, złożył pozew o ochronę dóbr osobistych przeciw TVP pod rządami Jacka Kurskiego. W pozwie stwierdził, że TVP, w tym m.in. „Wiadomości” Jedynki „rozpowszechnia kłamstwa, manipuluje faktami i stronniczo dobiera komentatorów”. Powód powołał się na art. 30 Konstytucji odnoszący się do wolności, praw i obowiązków człowieka i obywatela oraz przyrodzonej, nienaruszalnej godności. Te wartości w jego odczuciu TVP w stosunku do niego narusza, w szczególności „kreując fałszywą rzeczywistość w interesie obozu władzy”, „sterując zachowaniem ludzi” i „traktując go przedmiotowo” i „kierując się krańcowym brakiem bezstronności”. Sadowski zarzuca też w pozwie, że TVP nie tylko kreuje fałszywą rzeczywistość, krańcowo, bezkrytycznie idealizuje poczynania władzy i jej sojuszników, ale także cenzuruje liczne niewygodne treści, m.in. informacje o Wielkiej Orkiestrze Jerzego Owsiaka. Co prawda niektóre treści pozwu mogą wydawać się sformułowane na poziomie dość abstrakcyjnym, ale jeśli im się uważnie przyjrzeć, można dojść do wniosku, że Sadowski bynajmniej nie porusza się w sferze trudno definiowalnych, nieuchwytnych, wieloznacznych jakości, ale w konkretnej i uchwytnej materii.

 

Zawodna analogia z PRL i stanem wojennym

Krytycy PiS porównują dość często jego propagandę, w tym w szczególności uprawianą przez TVP, do praktyk peerelowskich i z okresu stanu wojennego. Nic bardziej mylnego. Najbardziej toporna i nachalnie ideologiczna propaganda miała w Polsce miejsce w okresie stalinowskim (1949-1955), a więc jeszcze w okresie zasadniczo przedtelewizyjnym (to medium było dopiero w powijakach). W telewizji po 1956 roku treści bezpośrednio propagandowych było relatywnie niewiele. Owszem, pojawiały się one w „Dzienniku Telewizyjnym”, ale wbrew krążącym do dziś mitom nie były one na ogół szczególnie intensywne i częste, wyjąwszy dni socjalistycznych świąt państwowych, jak n.p. 1 Maja czy 22 Lipca, kiedy to następowało odświętne wzmożenie frazeologiczne, na ogół w tonie „lirycznej euforii”. Do 1970 roku w każdą sobotę wieczorem emitowano magazyn „Monitor” prowadzony przez bezpartyjnych dziennikarzy Karola Małcużyńskiego i Edmunda Męclewskiego, w którym podawano znacznie bardziej niż w „Dzienniku” wycieniowane i subtelniej podane informacje i komentarze. Największe natężenie tonu euforycznego, nazwanego później „propagandą sukcesu”, miało miejsce po objęciu władzy przez ekipę Edwarda Gierka, ale tylko w latach 1971-1975, do czasu pojawienia się pierwszych symptomów załamania gospodarczego. Po Sierpniu 1980 frazeologia tego rodzaju uległa w prasie, radiu i telewizji dalszej, radykalnej redukcji. Na niektórych budynkach publicznych nadal co prawda wisiały transparenty z hasłami w rodzaju „Pokój, Socjalizm, Dobrobyt”, czy „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, ale były one jedynie smętnym reliktem, pozostałością po niegdysiejszym optymizmie okresu gierkowskiego. Przekaz „Dziennika Telewizyjnego” w okresie od lata 1980 poprzez lata stanu wojennego aż po kres PRL nie miał już w sobie nic z urzędowego optymizmu socjalistycznego, panowała świadomość i nastrój schyłku. „DT” czy oglądana przez wszystkich chodzących do kina „Polska Kronika Filmowa”, były w tych czasach przesycone treściami w tonacji minorowej i ostentacyjnie obrazowały ogólny upadek gospodarczy i degrengoladę kraju. Władza i cenzura definitywnie zrezygnowały już z kolorowania obrazu życia, z urzędowego optymizmu, bo byłoby to zbyt radykalnie sprzeczne z otaczającą rzeczywistością, a konflikt społeczno-polityczny zaszedł już zbyt daleko, by klajstrować go tanią propagandą. Pojawiały się co prawda od czasu do czasu materiały „na zlecenie”, skierowane przeciw opozycji czy audycje o charakterze ściśle perswazyjnym, n.p. pogadanki polityczne znanych publicystów czy niektórych dygnitarzy, choćby w roku 1968 czy w latach 1980-1989, ale ich intensywność i częstotliwość była relatywnie niewielka.

 

PiS wcielił w życie marzenie o „propagandzie doskonałej”

Prawda jest taka, że takiej „propagandy sukcesu”, jaka kreowana jest w TVP od 1 stycznia 2016, czyli od objęcia jej przez PiS, nigdy jeszcze historii Polski nie było. Można by rzec, że dopiero obecna władza realnie wciela w życie to, co wcześniej było albo zaledwie projektem czy marzeniem rządzących formacji albo – w najlepszym razie – praktykowane było połowicznie i niekonsekwentnie. W tym sensie telewizyjna propaganda PiS jest tworem jej własnego wyobrażenia o tym, co rzekomo było w przeszłości. Na długich zwojach papirusu nie sposób byłoby spisać wszystkich kłamstw, przeinaczeń, przemilczeń i agresywnych ataków TVP. Szczęśliwie papirus nie jest potrzebny, ani „wołowa skóra”. Współczesne techniki pozwalają na monitorowanie wszystkich treści i to jest szczęśliwie czynione, zatem „spisane będą czyny i rozmowy”. A oto kilka tylko, pierwszych z brzegu, przykładów działalności wojny propagandowej połączonej z propagandą sukcesu prowadzonej przez TVP.

 

Pasek pod Ziemcem, trefne Girlsy i wioska potiomkinowska TVP

Szczególnie głośny był niedawno tzw. pasek o skrajnie nienawistnej treści skierowanej przeciw parlamentarnej opozycji, jaki pojawił się podczas „Wiadomości” prowadzonych przez Krzysztofa Ziemca. Od początku TVPiS osławione paski, redagowane przez korpus oddanych młodych ludzi są najbardziej skrajnym przejawem brutalności i prymitywizmu pisowskiej propagandy. Po dokonanej w zeszłym roku zmianie kierownictwa „Wiadomości” zapowiadano rezygnację z ich najbardziej hardcorowej postaci, ale nic takiego nie nastąpiło, także w TVP Info. O ile jednak ta ostatnia antena, wyspecjalizowana na magazyn polityczny, podejmuje szersze spektrum wydarzeń i przynajmniej zapraszani są do niej także przedstawiciele opozycji, o tyle „Wiadomości” kreują fikcyjną na ogół rzeczywistość, według formuły „wioski potiomkinowskiej”, czyli fałszywego, skrajnie wyidealizowanego obrazu kraju, w szczególności „kwitnącej” gospodarki pod rządami PiS, a jedyne treści krytyczne, podawane w formie ostro napastliwej kierowane są pod adresem „totalnej opozycji” i jej „sojuszników z Brukseli”. Oglądając „Wiadomości” można odnieść wrażenie, że pod rządami PiS Polska zdąża ku świetlanej przyszłości i już po przeszło dwóch latach obecnych rządów przypomina nieomal Szwajcarię. A jeśli nie wszystko idzie jak należy, to tylko z winy opozycji, która metodą „ulicy i zagranicy” wkłada kij w szprychy pisowskiego pojazdu. TVP posuwa się też do szykan w stosunku do podmiotów, które podjęły z nią współpracę. Niedawno głośno było o sprawie grupy Girl on Fire, która na festiwalu piosenki w Opolu wykonała utwór „Siła kobiet”, uznany za nieformalny hymn „czarnych” protestów kobiecych. TVP wyrzuciła urzędnika uczestniczącego w radzie artystycznej, która zaakceptowała zaproszenie zespołu. Odbywały się też próby manipulacji przy emisji teledysków grupy. Widać z tego, że TVP, która utrzymywana jest z pieniędzy wszystkich podatników, stosuje wewnętrzną cenzurę ideologiczną, połączoną z szykanami w stosunku do własnych pracowników.

 

Imperium manipulacji

Lista kłamstw, manipulacji, przecherstw i aktów cenzury w wydaniu pisowskiego kierownictwa PiS jest ogromna. Jeśli do tego dodać krańcową stronniczość flagowych audycji publicystycznych TVP, takich seansów manipulacji jak „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, który na ogół oponentów nie zaprasza, „Salon dziennikarski” braci Karnowskich, który działa wyłącznie w sosie własnym, „Woronicza 17” Michała Rachonia, z którego zaproszeń część opozycji zrezygnowała, „Studio Polska” Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego wyspecjalizowanych w linczach na sędziach oraz w inspirowaniu linczów werbalnych na nielicznych zaproszonych oponentach, czy „Bez retuszu” Michała Adamczyka – to obraz jaki się wyłania sprawia, że we wspomnianych na wstępie ulicznych hasłach: „TVP kłamie” i „Dość propagandy PiS” nie ma żadnej retorycznej przesady. Mamy do czynienia z orgią partyjnych manipulacji propagandowych w wydaniu telewizji zwanej „publiczną”, czyli takiej która powinna służyć całemu społeczeństwu. Zwolennikom władzy i zwolennikom opozycji, lewicowcom i prawicowcom, „wierzącym w Boga”, jak i „niepodzielającym tej wiary”, jak głosi preambuła Konstytucji.

Krótka pamięć

„Mundial zajął obywateli, a w tym czasie rząd podnosi VAT i wiek emerytalny” – martwi się losem Rosjan i Rosjanek dział biznesowy „Gazety Wyborczej”.

 

Dziennikarze z Czerskiej, podobnie zresztą, jak spece od gospodarki z innych tytułów postanowili zdemaskować kolejny niecny plan Kremla. Z depeszy, która zrobiłą futorę w polskich mediach dowiedzieliśmy się, że podczas gdy Putin z Miedwiediewem oklaskiwali piłkarzy Sbornej z trybuny honorowej, ich urzędnicy aplikowali społeczeństwu pakiet antyspołecznych reform.

I faktycznie, nie ma dobrych wiadomości dla przeciętnego Rosjanina. Komunikat ogłoszony w dniu pierwszego meczu mówi o podniesieniu głównej stawki podatku VAT z obecnego poziomu 18 proc. do 20 proc. od 1 stycznia 2019 r. Premier Dmitrij Miedwiediew tłumaczył wparwdzie, że takie rozwiązanie pozwoli wygenerować dodatkowych 600 mld rubli, czyli ok. 9,6 mld dolarów, które zostaną przeznaczone na program podobny do naszego 500 plus, podwyżkę płacy minimalnej w budżetówce, a także na inwestycje w służbę zdrowia i infrastrukturę, a więc na zmianach mają skorzystać przede wszystkich osoby o najniższym statusie materialnym, jednak takie tłumaczenie jest kompletnie niewiarygodne. Dlaczego? Wszystko przez system podatkowy i mechanizm redystrybucji dochodów, który w Rosji, podobnie zresztą jak w Polsce, nie ma nic wspólnego ze społeczną sprawiedliwością. W jednym i drugim kraju główne źródło dochodów budżetowych stanowi podatek od towarów i usług. W Rosji wpływy z podatku VAT stanowią ponad jedną trzecią ogólnych wpływów. W Polsce jest jeszcze gorzej, bo aż 44 proc. Dla bogatych VAT nie stanowi szczególnego problemu. Dla biednych – jest to poważne obciążenie w miesięcznym budżecie, bo jego wzrost oznacza wyższe ceny żywności i dóbr podstawowych.

Niewielkim pocieszeniem dla Rosjan może być zapewnienie premiera, że podwyżki nie obejmą ulgowych stawek VAT obowiązujących obecnie m.in na żywność dla dzieci i lekarstwa. Druga wiadomość dotyczy wieku emerytalnego. który obecnie wynosi 60 lat dla mężczyzn i 55 lat dla kobiet. Dla mężczyzn próg ten ma rosnąć stopniowo do 65 lat w 2028 roku, dla kobiet – do 63 lat w 2034 roku. W tym wypadku sprawa jest nieco bardziej złożona, bo średnia długość życia w Rosji ostatnio wyraźnie wzrosła, a więc podwyższenie progów uprawniający do poboru świadczeń jest w jakimś stopniu uzasadnione, choć też, co warto podkreślić – nie jest też absolutną koniecznością.

Rosja wydała na Mundial ponad 12 miliardów dolarów. To niebotyczna kwota, które z pewnością, co potwierdzają zresztą tamtejsi politycy i eksperci, nigdy się nie zwróci. Celem jest efekt propagandowy – piłkarskie święto ma pokazać siłę i zdolności organizacyjne państwa zmodernizowanego przez ekipę Władimira Putina. Żałosne są jednak pojękiwania i utyskiwania na ciężką dolę rosyjskich obywateli w wykonaniu dziennikarzy mediów głównego nurtu w Polsce. Dlaczego? Wystarczy przypomnieć sobie rok 2012, kiedy tuż przed piłkarskim Euro rząd PO podniósł wiek emerytalny polskim obywatelom, wydając jednocześnie miliardy na organizacje sportowych igrzysk. Ci sami dziennikarze klepali wówczas pacierze o ekonomicznej racjonalności takiej decyzji, a protestujacych przeciwko podwyżce związkowców z „Solidarności” przedstawiali jako ludzi nieodpowiedzialnych, którzy „chcą w Polsce drugiej Grecji”.

Ten sam liberalny ściek medialny wylał się również na komitet „Chleba Zamiast Igrzysk”, który w dniu inauguracji polskiej części Euro w Poznaniu zorganizował największą w tamtym roku demonstracje przeciwko antyspołecznym cięciom i oszczędnościom. Aktywiści słyszeli wówczas, że przynoszą Polsce wstyd, a psucie „atmosfery piłkarskiego święta” zakrawa na zdradę narodową. Tylko dlatego, że ośmielili się zauważyć, że podczas gdy na organizację turnieju piłkarskiego wydaje się miliardy złotych, w całej Polsce obcina się wydatki na realizację podstawowych potrzeb społecznych – zamykane są przedszkola, szkoły i domy kultury, wzrastają opłaty za żłobki, komunikację publiczną i mieszkania. Prywatyzuje się lub zamyka przychodnie, szpitale i zakłady pracy. Brakuje pieniędzy na walkę z bezrobociem, które wciąż rośnie. Znacznie podniesiono opłaty za żywność, gaz, prąd, paliwo, wodę i leki. Wszystko dlatego, że ktoś postanowił wybudować stadiony.

Tak więc, kiedy dzisiaj żurnaliści z Agory donoszą o tym, jak Putin ograbia swoich obywateli, warto im przypomnieć – sześć lat temu byliście tubą propagandową rządu, który czynił dokładnie to samo.

Jak wraca cenzura

Za czasów rywalizacji miedzy obozem socjalistycznym a kapitalistycznym, Zachód stawiał na swobody indywidualne, zaś Wschód promował równość i prawa społeczne. Jeśli nawet były odstępstwa od zasad założycielskich danego ustroju, to każdy z nich musiał choćby starać się o ich realizację. Jednocześnie każdy przyjmował pewne cechy przeciwnego obozu. A wiec, dzięki strachowi przed „bolszewikiem z nożem w zębach” wprowadzano od 1917 r. na Zachodzie więcej praw socjalnych, a dzięki „pozornej demokracji burżuazyjnej”, zakres swobód indywidualnych stale rósł na Wschodzie.

 

Na przełomie lat 60. i 70. osiągnięto po obu stronach żelaznej kurtyny pewną równowagę. Wtedy zdawało się, ze odprężenie ostatecznie zwyciężyło, a teoria konwergencji zaczyna się sprawdzać. Model szwedzki jawił się wtedy jako idealny wzór „socjal-kapitalizmu” z ludzką twarzą. To złudzenie prysło, kiedy amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy wymusił nowa spiralę zbrojeń i kiedy pętla zadłużenia zacisnęła się na bloku wschodnim, który zaczął pękać.

 

Prawdziwe oblicze kapitalizmu

Dziś, będąc już prawie bez konkurencji ustrojowej, kapitalizm wrócił do swej wilczej natury sprzed rewolucji XX wieku, z masowym bezrobociem, powszechnym prekariatem, demontażem zdobyczy socjalnych, ciągłymi wojnami imperialistycznymi itp. Co gorsza, zakres swobód obywatelskich zmniejszył się w ciągu ostatnich trzech dekad. Wszędzie mamy do czynienia z wzrastającą nietolerancją, próbami kontrolowania obywateli i odchodzeniem od helsińskich zasad „wolnego przepływu ludzi i idei”. Z różnorakimi formami represji mamy do czynienia w Polsce, na zachodzie widzimy coraz większą uległość mediów kiedyś odważnych, jak angielski „Guardian”, francuska „L’Humanité” czy amerykański „Counterpunch”. Gdy dodać do tego rozwój rasizmów oraz kreowanie obrazu wroga, okazuje się, że wszędzie teoretycznie liberalne, demokratyczne i konsumpcyjne społeczeństwa podważają swoje zasady założycielskie, na których się rozwijały i wygrywały z realnym socjalizmem.

W latach zimnej wojny Zachód kpił z mediów wschodnioeuropejskich, które tropiły obcą agenturę w każdym przejawie społecznego niezadowolenia, zamiast analizować obiektywne przyczyny tych nastrojów. Władcy realsocjalizmu woleli wtedy potępiać niedojrzałość własnych rodaków i uzasadniali wprowadzaną cenzurę koniecznością uświadamiania nie wyrobionych jeszcze politycznie mas. Dziś w „ojczyźnie wolności”, za jakim podaje się Francja, mamy do czynienia z podobną argumentacją. Nie dość, że demontuje się krok po kroku rozbudowane wcześniej państwo opiekuńcze, to na dodatek podważa się teraz nawet podstawy ustroju liberalno-demokratycznego: pluralizm światopoglądowy i swobodne ścieranie się opinii i poglądów.
W odpowiedzi na proces kapitalistycznej koncentracji powstały jak grzyby po deszczu liczne blogi lub czasopisma internetowe, do których ucieka ta część opinii publicznej, która zdążyła się zniechęcić do narracji mediów rządowych i prywatnych. To zjawisko spotyka się z oburzeniem ze strony elit, wyrażających wątpliwości wobec mediów krytycznych co do „mainstreamu”.

 

Cenzus wiarygodności?

Zanim Macron doszedł do władzy duże dzienniki niby „centrolewicowe” jak „Le Monde” czy „Libération” przy aprobacie władz wydały poradniki „Decodex” i „Check News”, równocześnie ogłaszając w nich spis mediów alternatywnych siejących jakoby nieprawdziwe informacje, wsadzając przy tym do jednego worka «czerwono-brunatnych» głosicieli antysemityzmu, promotorów tez o inwazji kosmitów i jednocześnie media przedstawiające racjonalną krytykę kapitalizmu, biurokracji brukselskiej i wojen natowskich. Wielu autorów zarówno z lewicy, jak i z prawicy ogłosiło też, ze antysyjonizm to nowa forma antysemityzmu, który się szerzy wśród mas, szczególnie muzułmańskich, czyli ludowych. Skoro pojawiła się potrzeba wroga a nie istnieje już ZSRR i kiedy najbardziej zacofane państwa niby muzułmańskie są wylęgarnią terrorystów i jednocześnie sojusznikami Zachodu, zaczęto poszukiwać na gwałt całkiem innego winowajcy wzrostu autorytetu mediów alternatywnych. Znaleziono go znowu w Rosji, która ma jakoby finansować biedne media alternatywne, mimo że ten kraj stał się tak samo (jeśli nie bardziej) kapitalistyczny jak państwa zachodnie.

Ataki na media alternatywne we Francji zaczęły się w czasie dwóch poprzednich prezydentów, kiedy to dobrze płatni dziennikarze i publicyści telewizyjni starali się podgrzać nastroje skierowane przeciwko alternatywnym źródłom informacji. Ale po dojściu do władzy Macrona zaczęto pracować już nad ustawą o kontrolowaniu mediów. Jeszcze w czasie swej kampanii wyborczej, sztab przyszłego prezydenta nie dopuścił do swych konferencji prasowych przedstawicieli niektórych mediów, m. in. francuskojęzycznej „Russia Today”. Na dodatek obecna ministra… kultury, Françoise Nyssen, postanowiła przygotować ustawę przeciwko „manipulacji informacją, która działa jak powolna trucizna i niszczy nasze życie demokratyczne (…) Wobec obecnych niebezpieczeństw, bierność jest równoznaczna ze zwalczaniem wolności”. Jej zdaniem, „przeciwko manipulacji informacją, zdolności obywateli do odróżnienia prawdy od fałszu już nie wystarcza”. Uznała więc, że potrzebna jest ustawa, czyli nazywając rzeczy po imieniu, cenzura mająca bronić… prawdy i pluralizmu.

 

Wzorzec mainstreamu

Jakby nie wystarczyło, że obok mediów państwowych, 95 proc. mediów prywatnych we Francji należy do dziesięciu miliarderów i że publiczne dotacje do mediów trafiają praktycznie wyłącznie do nadawców stroniących od konsekwentnego krytykowania dogmatów liberalnych, NATO czy UE. To okazało się za mało, by trzymać społeczeństwo w ryzach. Ministra zastrzegła z góry, ze ustawa nie dotyczy „mediów profesjonalnych”, a więc tych, co zapowiadali, ze „Baszszar bez wątpienia upadnie w ciągu następnych tygodni”, a wcześniej głosili tezę o „masowej zbrodni Ceausescu w Timisoarze”, o „zamordowaniu nowonarodzonych w Kuwejcie przez armie Saddama Husajna”, o fiolkach Collina Powella, a ostatnio o rosyjskim szlaku śmierci „zmartwychwstałego” później dziennikarza Arkadija Babczenki. Tych samych, którzy utaili francuską rolę w zamordowaniu Kadafiego lub militarną ingerencję Paryża w proces wyborczy na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jednym słowem tych, co kłamiąc i nie sprawdzając faktów, kłamali w interesie systemu. Kłamstwa, według ministry, należy szukać tylko wśród wątpiących, wśród tych działaczy społecznych, co tworzą media niedotowane i niezależne od prywatnych wielkich reklamodawców.
Bądźmy szczerzy, odkąd istnieje życie polityczne na ziemi, zawsze istniała jakaś forma cenzury, jawnej lub ukrytej, ale system liberalno-demokratyczny w czasie swego apogeum redukował ją do minimum, często zresztą dlatego, ze obok ustaw istniały mocne siły lewicowe, które wymuszały pewna równowagę. Wbrew temu, co oficjalnie się głosi, kapitalizm wcale nie musi oznaczać demokracji. Może świetnie prosperować pod rządami autorytarnymi lub totalitarnymi. Na etapie koncentracji kapitału, pluralizm traci w oczach właścicieli środków produkcji i wymiany swoje uzasadnienie. Nie ma go już, kiedy warunki socjalne ulegają degradacji, kiedy bogaci bogacą się, a biedni biednieją lub migrują z kraju do kraju, z regionu do regionu. Bierna niechęć do „prostych ludzi” się szerzy, co oznacza, że „tłum” odchodzi od oficjalnie głoszonych haseł akurat wtedy, kiedy notable przejęli kontrole nad większością formacji osłabionej i rozbitej lewicy. Korzystając z tej chwilowej sytuacji, rząd francuski forsuje masę ustaw antysocjalnych i powrót cenzury, co ma paraliżować tych, co wyrażają niechęć wobec elit politycznych i kiedy liczba strajków wzrasta i pojawia się coraz więcej oddolnych akcji społecznych.

 

Zmierzch czwartej władzy

Proponowana ustawa spotkała się z krytyka opozycji, a także wielu dziennikarzy mediów mainstreamowych, którzy obawiają się, że stracą dotychczasową rolę twórców opinii i staną się jedynie poddanymi.

Proponowane przez liberalne elity rozwiązania dowodzą, że system się kruszy, co przypomina nieco atmosferę Europy Wschodniej lat 80. Tyle, że póki co nie ma rozbudowanej alternatywy i dopiero zaczyna się myślenie o realnym modelu zastępczym.

 

Dr Bruno Drweski jest historykiem, wykładowcą Narodowego Instytutu Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) paryskiej Sorbony, członkiem Komitetu Publikacji INALCO.

Gdy rozum śpi

…to brak mądrych wypowiedzi, głębszych refleksji i sensownych pomysłów, co w końcu utrwala przebudzone upiory.

 

Miniona rocznica czerwcowych wyborów z 1989 roku przeszła właściwie niezauważona być może dlatego, że to nie okrągła data, co tylko pozornie wyjaśnia ciszę wokół niej panującą. Rządzący, postsolidarnościowy PiS rocznicę zdezawuował, a tamten czas uznał za symbol zdrady i zmowy elit. Cicho było w opozycyjnej postsolidarnościowej Platformie Obywatelskiej, być może z racji okazywanej przez nią od dawna niemocy. Lewica natomiast przypomniała, że od wspaniałych obietnic do codzienności wiodła, i wiedzie nadal, daleka droga, pełna straconych szans, nieobliczalnych pomysłów i decyzji, licznych ofiar, co zdaniem Piotra Szmulewicza oznacza, że 4 czerwca to święto dla wybranych. Przypieczętowuje tę ocenę Jacek Żakowski twierdząc, że przez ostatnie 30 lat „równym krokiem zmierzaliśmy do samobójstwa”, bo nie nauczyliśmy społeczeństwa demokracji.

 

Stanowczy odpór

wszystkim tym opiniom dała w redakcyjnym komentarzu „Gazety Wyborczej” (6.06.2018) Dominika Wielowiejska uważając, że 4 czerwca powinien być polskim świętem narodowym. Autorka pisze: „Przy ocenie III RP nie chodzi mi o lukrowanie rzeczywistości, ale o zachowanie odpowiednich proporcji. Bo jeśli będziemy nieustannie narzekać, że po 4 czerwca nie wszystko było idealne – co jest prawdą – to tym bardziej powinniśmy wykreślić z kalendarza 11 listopada 1918 r. i anulować obchody 100-lecia niepodległości. Przecież II RP była państwem opresyjnym wobec wielu grup społecznych czy narodowych. Nie wspomnę o niesamowitej biedzie sporej części jej obywateli.”
Pani Wielowiejskiej po prostu pomyliły się obchody z oceną, albo też zaakceptowała, zapewne nieświadomie, ich PiS-owską wersję. Rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, uznawana przez gros obywateli bez względu na ich polityczne wybory, nie może się żadną miarą, jak chce Wielowiejska, wiązać się z jakąkolwiek oceną tego, co po 11 listopada nastąpiło, czyli II Rzeczpospolitą. To są dwa odmienne polityczne fakty i byty, związane tylko ciągiem wydarzeń, a niczym innym.
Tamto, sprzed 100 lat, historyczne zdarzenie było wielkim sukcesem odmiennych, a często wrogich sobie, ruchów, ugrupowań, stronnictw i partii politycznych, które w imię dobra wyższego – niepodległej Polski – potrafiły wspólnie osiągnąć tryumf. Natomiast II Rzeczpospolitą, poza okresem uchwalenia Konstytucji marcowej, a szczególnie po zamachu majowym, trudno by nazwać matką dla wszystkich Polaków. Identycznie rzecz ma się z przywołanym 4 czerwca i III RP, która nader często występowała, i nadal to czyni, w roli macochy.

 

Kolejny wywód

autorki to ponowna pomyłka, tym razem dotycząca pojęcia czasu : „Natomiast z lewej strony słyszę, że nie ma czego świętować, bo wielu ludzi nie ma poczucia, by w Polsce żyło im się dobrze. Tak jakby rząd Tadeusza Mazowieckiego odziedziczył państwo kwitnące, a nie zbankrutowane, ze skorumpowanymi i słabymi instytucjami.”
Warto wiec przypomnieć, że znaną zasadą tłumaczenia niepowodzeń przez rządzących jest zwalanie winy na poprzedników. Minęło jednak zbyt wiele czasu by dzisiejszy stan opinii o Polsce tłumaczyć daleką przeszłością, tym bardziej, że nie tylko idzie tu o poziom materialnego życia. Jeżeli bierze się odpowiedzialność za państwo, a Solidarność rwała się do tego wyjątkowo, to także ze wszystkimi konsekwencjami, po prawie 30 latach sprawowania władzy. Nadto wiedzieć trzeba, że zadłużenie PRL było niższe niż dzisiejszej RP, ówczesna korupcja (nota bene, czy ktoś widział bogatego komunistę, na wzór dzisiejszych np. niektórych polityków?) w stosunku do aktualnej na wyżynach władzy to hetka-pętelka, a z instytucjami też bardzo różnie dziś bywa.

 

Samobójstwo,

o którym pisze Żakowski wynika tylko w pewnej mierze z braku edukacji demokracji. Uczyć jej niewątpliwie należy, z uwagi na fakt, że pod tym pojęciem kryje się nie tylko system rządów i forma sprawowania władzy, ale równie ważny, a raczej ważniejszy, zespół wartości demokratycznych, obejmujących całokształt warunków, zachowań i praw przynależnych obywatelowi i od niego oczekiwanych. W postsolidarnościowej praktyce sprowadzały się one jedynie do samego systemu władzy i apologii wolności, rozumianej głównie jako niepodległość i suwerenność. Pozostałe desygnaty pojęcia wartości demokratyczne w III RP były przez postsolidarnościowe rządy i partie, a także towarzyszące im kręgi opiniotwórcze, w ograniczonej-niewielkiej skali przestrzegane. Stąd brak nie tylko skutku nauk, o których pisze Żakowski, ale od lat zła, lekceważąca elementarne ludzkie potrzeby i podstawowe wartości, działalność państwowej władzy prowadzi nas wszystkich do samobójstwa. Natomiast Wielowiejska uważa, że : „Musimy stawiać słupy milowe, które będą dla społeczeństwa drogowskazami. Warto poszukać choćby jednej daty, która nas łączy, i włożyć więcej wysiłku w to, aby to święto wypromować.” Powyższe remedium to leczenie ciężkiej choroby opowiadaniem świątecznych bajek.

 

Wspomniany komentarz

potwierdza także pośrednio, że miłość redakcji „GW” do II i III RP jest w stanie wszystko wybaczyć, w odróżnieniu do PRL, któremu i daty 22 lipca, i wielkich dokonań – mimo niewątpliwych błędów i krzywd – które przyniósł, nigdy nie odpuści. I z takim stosunkiem do milionów ludzi, którzy dobrze pamiętają okres Polski Ludowej, bądź zachowują umiar i odpowiedzialność w ocenie minionych czasów, chce p. Wielowiejska wspólnie celebrować wymyślone, polskie święto ogólnonarodowe.

 

Zbliżony ogląd rzeczywistości

prezentuje Adam Szlapka („GW” – „Konstytuanta 2019” – 4.06.2018), który nawołując do wspólnego pójścia opozycji w najbliższych wyborach parlamentarnych, uzdrowienie i zabezpieczenie na przyszłość Polski przez podobnymi jak PiS, widzi w realizacji czterech elementów: przywrócenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości, dodatkowe zabezpieczenia w konstytucji, silniejsze zakorzenienie w Europie i otwartość systemu parlamentarnego. W konkluzji czytamy: „Po latach od 4 czerwca 1989 r. potrzebujemy nowej umowy społecznej, która stanie się podstawą konstytuanty po PiS. Warto rozpocząć tę dyskusję i w jej czasie pamiętać nie tylko o wolności, ale również o solidarności – fundamentalnej wartości, której naruszanie przypomniało 40 dni protestu osób z niepełnosprawnościami. Po porozumieniu o praworządności i demokracji nową umowę społeczną można rozszerzać o kolejne elementy.”
Autor, uwiedziony PiS-owskim i aktualnego prezydenta pomysłem o nowej Konstytucji, nie tylko obecnie obowiązującej nie dezawuuje, ale nadto wyobraża sobie, że poprzez przepisy w nowej ustawie zasadniczej można w pełni kreować pożądaną rzeczywistość. Jeżeli by tak było, to obecna dewastacja wymiaru sprawiedliwości nie miałaby miejsca, rozdział kościoła od państwa byłby przestrzegany, a zapisana w Konstytucji z 1952 roku wolność słowa obowiązywałaby wtedy.

 

Praktyka polityczna dowiodła,

że nie tylko konstytucyjne przepisy mogą być pomijane, łamane, albo falandyzowane (przypomnę, że to określenie pochodzi od interpretacji przepisów Konstytucji dokonywanych przez Lech Falandysza – doradcy ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy), czyli naginane do aktualnych potrzeb rządzących. Zapewne działo się to także z głębokiego przekonania do określonych ideologicznych racji, chęci szybkich zmian bądź najzwyklejszego braku głębszej refleksji.
Po latach Marcin Król mówi, że byliśmy głupi i dodaje : „Zło powszechne wylazło wszędzie, psuje ustrój państwa, instytucje, relacje międzyludzkie, język…Rewolucja przeprowadzona przez liberałów w 1989 roku była zafascynowana wolnością. Wolność stanowiła najważniejszą wartość, na ołtarzu której złożyliśmy wszystkie inne” („Newsweek” nr. 20/2018).
Andrzej Zoll w swoim czasie oświadczył: „Trybunał rozpatrywał instrukcję wprowadzającą religię do szkół. Była duża różnica zdań(….) Orzekliśmy, że instrukcja jest zgodna z Konstytucją. Ale dziś uważam, że głosowałem źle i źle orzekaliśmy. Do szkół powinno być wprowadzone religioznawstwo, nauka o różnych religiach i ich znaczeniu dla kultury. Katecheza powinna odbywać się w kościołach.” Wówczas Trybunał rozpatrywał skargę SLD na niekonstytucyjność instrukcji ministra oświaty wprowadzającej religię do szkół, co oznacza, że i prof. Samsonowicz powinien przyznać się do błędu. I jeszcze kolejni przewodniczący i członkowie Trybunału orzekający na temat tzw. dezubekizacji. I nie tylko.
W sprawie podpisanego w swoim czasie konkordatu wyraża gorycz i żal Stefan Frankiewicz (m. in. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej), a dla byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego – patrona żołnierzy wyklętych – nie są dziś oni ani wyklęci, ani niezłomni („GW”, 24.02.2018). I dodaje, że: „Koniec końców historia przyznała racje tym, którzy nie czekali na III wojnę światową, ale poszli na studia, do pracy, odbudowywać kraj.”

 

Zadziwia w tym kontekście

résumé Adama Szlapki, w którym nie bacząc na dotychczasowe polskie doświadczenia, jako ewentualny dodatkowy element projektowanej umowy społecznej, widzi – ale tylko być może – jeszcze jedną, ale podstawową i powszechnie oczekiwaną zasadę, jaką jest sprawiedliwość społeczna.
Bez niej bowiem tuczą się obecne upiory, i powstaną nowe.

Piętą jak ostrogą ugodzeni

Afera Stanisława Pięty spowodowała że obezwładniony stanem swojego zdrowia, uniemożliwiającym przeprowadzenie operacji kolana, rozwścieczony prezes PiS, wyrzuciwszy rzeczonego posła na zbity pysk z komisji śledczej Amber Gold i sejmowej Komisji d.s. Służb Specjalnych oraz zawiesiwszy jego członkostwo w partii zapowiedział powrót do kwestii dekoncentracji mediów czyli do walki z opozycyjnymi mediami, która miała być zarzucona.

 

Czy się ktoś tego spodziewał, czy nie, kwietniowo-majowy protest niepełnosprawnych i ich opiekunów wywołał emocjonalny rezonans, który objawił się wzmożonym napięciem na froncie walki politycznej. Język walki nigdy nie był tak ostry jak w tych dniach, nawet jeśli weźmie się pod uwagę to wszystko, co działo się w Polsce od jesieni 2015 roku. Sprawa pożaru domu posła Brejzy czy erupcja afery Pięty, zaostrzenie języka w zwalczających się stron w mediach, stan niepokoju i niepewności w obozie rządzącym, opór materii na jaki PiS napotyka w sądach (choćby niedawny wyrok podważający dekomunizację nazw ulic dokonaną przez wojewodę mazowieckiego czy pojawienie się właśnie najzupełniej już ostentacyjnej opozycji politycznej po stronie środowiska sędziowskiego w postaci koalicji o nazwie Komitet Obrony Sprawiedliwości), ale także na wielu innych dawno otwartych frontach – wszystko to, podgrzewane temperaturą wyjątkowo upalnej wiosny – doprowadziło nastrój na scenie politycznej do stanu paroksyzmu.

 

Efekt społecznego „zawstydzenia”

Jak na dłoni widać, że prawdziwie heroiczny – biorąc pod uwagę, to, przedstawiciele jakiej grupy społecznej się go podjęli – protest sejmowy wywołał syndrom poczucia winy i efekt zawstydzenia, ale nie po stronie władzy lecz po stronie najszerzej rozumianej opozycji. Można by go ująć tak: nie potrafiliśmy skutecznie wspomóc najsłabszych przeciw władzy, ale za to możemy władzy dokuczyć odwetowo i dać przegranym protestującym jakiś rodzaj satysfakcji, a niechby i takiej. Ów efekt zawstydzenia jest tym silniejszy, z im większą perfidią kierownictwo Sejmu nasilało, metodą salami, dokuczliwe szykany wobec protestujących. Sprawiło to, że psychospołeczne i polityczne reperkusje zawieszonego protestu okazały się być odroczone w czasie w mniejszym stopniu, niż można się było tego spodziewać. Protest niepełnosprawnych nie wywołał jeszcze co prawda owego kulminacyjnego „wstrząsu moralnego”, o którym pisałem na tych łamach jesienią zeszłego roku, ale może być pierwszym z jego składników. Aktualnym natomiast przejawem syndromu zawstydzenia może być podjęta we wtorek akcja strajkowa pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. Skoro bowiem przedstawiciele tak słabej materialnie i na poziomie prestiżu społecznego grupy jak niepełnosprawni wykazali odwagę cywilną i społeczną rzucając wyzwanie władzy, to dalsza bezczynność grup zawodowych i środowiskowych o takim, fragmentami nawet establishmentowym usytuowaniu na drabinie społecznej stratyfikacji, jak pracownicy nauki byłaby trudna do moralnej akceptacji i stawiałaby pod znakiem zapytania ich obywatelską rangę. Rzecz jasna, bezpośredni powód tego protestu, czyli sprzeciw wobec ustawy Gowina o szkolnictwie wyższym nie wystarczy do podtrzymania akcji i znalezienia dla niej społecznej sympatii. Jeśli strajkujący studenci i profesorowie chcą, aby ich protest zyskał choć minimalnie przyjazny rezonans społeczny, musi on mieć przynajmniej po części cechy protestu solidarnościowego. Inaczej zwiędnie, bo naukowcy protestujący w sprawach branżowych nie mają szans na wzbudzenie nawet promila tej społecznej sympatii, którą zebrali niepełnosprawni i ich rodzice. Jednakże, tak czy inaczej, protest środowiska uniwersyteckiego także musi wzbudzić niepokój władzy. Jeśli bowiem uwzględnić fakt, że na horyzoncie rysuje się protest środowisk nauczycielskich, to może być to odebrane, jako wstęp do szerszej akcji protestacyjnej środowisk inteligenckich i wysypania się worka z kolejnymi protestami i strajkami. PiS panicznie lęka się teraz epidemii protestów społecznych, która jest coraz bardziej realna, a właściwie nieuchronna.

 

PiS szykuje się przeciw opozycyjnym mediom

W szeroko komentowanym kilka miesięcy temu wywiadzie, jakiego prezes PiS udzielił „Gazecie Polskiej”, zapowiedział on, dokładnie w połowie kadencji obecnego parlamentu, że skończył się czas otwierania nowych frontów, a zaczął czas utrwalania zdobyczy i łagodzenia wizerunku PiS w obliczu kolejnej kampanii wyborczej. Skracanie frontu miało objąć także projekt tzw. dekoncentracji mediów i rezygnację z forsowania ustawy nakładającej kaganiec na opozycyjne media. Wycofanie się z konfliktu z amerykańską TVN było jednym z przejawów defensywnego kursu władzy w tej dziedzinie. Jednak ujawniona przez springerowski „Fakt” afera z romansem Pięty uświadomiła Kaczyńskiemu, że bez ukrócenia swobody medialnych oponentów, a zwłaszcza najpotężniejszych graczy, pod znakiem zapytania stanąć może nie tylko szansa na ponowne samodzielne rządy PiS, ale być może nawet wygrana wyborcza w ogóle, jeśli sumaryczny wynik przeciwników zrównoważy pierwszy nawet wynik partii rządzącej. Dynamika konfliktu politycznego jest bowiem tak wielka i naznaczona tak silną niestabilnością, że wiosenny spadek notowań PiS może powrócić ze zdwojoną siłą choćby w przyszłym roku wyborczym i utrzymać się do dnia elekcji. Ryzyko jest więc dla PiS ogromne. Na dodatek, w roku 2019, jedyny aktualnie potencjalny i realny, choć nielubiany przez prezesa i jego najwierniejszych akolitów kandydat PiS na prezydenta, czyli Andrzej Duda, może znaleźć się w kleszczach dwóch nieprzyjaznych mu politycznie rywali, jakimi obecnie zdają się rysować na horyzoncie Donald Tusk i Robert Biedroń i polec pokonanym przez antypisowskie pospolite ruszenie od Sasa do Lasa.

 

Dobra zmiana w „Polsacie”

Zanim jednak prezes da sygnał do boju, a stanie się to – jeśli się stanie – jesienią, w okresie kampanii samorządowej, PiS ma szansę na odwojowanie bardzo ważnego segmentu frontu medialnego. Na przełomie kwietnia i maja kierownictwo pionu informacyjnego i publicystycznego stacji telewizyjnej „Polsat” objęła znana z sympatii do PiS Dorota Gawryluk, nazywana nawet „Pisówą”. Oczekiwane z związku z tą nominacją zmiany powiązane zostały przez część komentatorów z kłopotami finansowymi imperium Zygmunta Solorza. Obserwacja treści publicystycznych „Polsatu” pokazuje, że co prawda Gawryluk jeszcze nie zdołała zauważalnie przestawić wajchy politycznej stacji na nowy propisowski kurs, ale już zdążyła dokonać czystek kadrowych, przynajmniej funkcjonalnych, a poza tym zapowiada, że „prawdziwe zmiany dopiero nastąpią” (czytaj: jesienią, gdy skończą się kontrakty grona istotnych dziennikarzy). Gawryluk szykuje miejsce między innymi dla wyraźnie propisowskiego dziennikarza TVN Bogdana Rymanowskiego, który ma dla „Polsatu” opuścić „Kawę na ławę” i stację w ogóle. Opanowanie „Polsatu” w połączeniu z ustawowym zakneblowaniem wielu ważnych mediów ma PiS-owi pomóc przełamać „imposybilizm” w mediach, zwłaszcza elektronicznych, tym bardziej, że prymitywna propaganda TVP może przestać wystarczać do mobilizacji elektoratu szerszego niż ten „żelazny”, zawsze wierny. Media opozycyjne czeka więc najprawdopodobniej ciężka walka o „być albo nie być”, a rzucona rok temu w eter, przed wakacjami 2017, przez Krystynę Pawłowicz i niezrealizowana dotąd groźba, że „po wakacjach zabierzemy się do was” może nabrać intensywnej aktualności po wakacjach 2018.

 

„Ostatnia walka Apacza”?

Przed udręczonymi szpitalną izolacją, chorobą i zmęczonymi walką oczyma prezesa PiS stanęła upiorna wizja powtórki z afery Anastazji P., która serią afer seksualnych z udziałem katolickich posłów jego partii, nieraz bardziej świątobliwych niż sam „judzący Staszek” Pięta, rozbije w perzynę budowlę wzniesioną jego – prezesa – krwawą pracą. Kaczyński już wie, że gdy kota nie ma, myszy harcują a jego partia, pozbawiona bezpośredniego dotknięcia jego czujnej ręki i monitoringu jego czujnych oczu, zaczyna się jawić jak zgromadzenie dzieci we mgle. Przynajmniej tak prezes zdaje się uważać, a to, co prezes mniema, jest nie mniej ważne, niż to, co dokonuje się w realu. Dlatego zamiast planowanej pół roku temu przedwyborczej „fajki pokoju”, wyda swoim oponentom i wrogom swoją ostatnią być może „walkę Apacza”.

Mediów rasizm powszedni

Dwa wydarzenia znalazły szczególne miejsce w amerykańskich mediach w ubiegłym tygodniu. Rasistowski tweet aktorki Roseanne Barr i ostateczna liczba ofiar huraganu Maria w Puerto Rico (terytorium zależne USA), która przekroczyła 4,6 tys. Pierwszej sprawie CNN poświęciła niemal 5 godzin, drugiej zaledwie 12 minut.

 

Dlaczego Roseanne Barr wzbudziła takie zainteresowanie mediów? Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to ulubiona aktorka Donalda Trumpa, o czym ten wielokrotnie przypominał podczas swoich wystąpień. Po drugie, serial, w którym grała tytułową rolę, postrzegany jest jako apoteoza amerykańskiej klasy robotniczej. Biorąc pod uwagę, że obecny prezydent nie należy do ulubieńców amerykańskiego mainstreamu, zaś wzloty i upadki robotniczych rodzin już dawno przestały ekscytować tamtejszą telewizję, powyższe powody wystarczyły, aby aktorka i firmowany przez nią sitcom znalazły się na cenzurowanym.

Zresztą nie trzeba było długo czekać, aby Roseanne Barr sama ostatecznie się skompromitowała. „Bracia Muzułmanie i Planeta Małp miały dziecko – VJ” – napisała aktorka na Twitterze 29 maja, określając w ten rasistowski sposób Valerie Jarrett, bliską doradczynię prezydenta Baracka Obamy, która urodziła się w Iranie. Reakcja stacji ABC była natychmiastowa. Jeszcze tego samego dnia poinformowano o zdjęciu serialu z anteny, mimo że reaktywowany na początku tego roku bił rekordy oglądalności.

Nie był to pierwszy przypadek, kiedy Barr powiedziała lub napisała coś obraźliwego o czarnoskórych, muzułmanach czy kobietach. Mentalnie, aktorka wciąż tkwi w połowie lat 90., kiedy jej serial święcił triumfy, także w Polsce. Tymczasem to, co w epoce skandali seksualnych Billa Clintona i dominacji anglosaskiej – tzn. białej – kultury w sferze publicznej mogłoby wywołać dyskretny uśmiech i aprobujące skinienie głową, obecnie, po pierwszym afroamerykańskim prezydencie i akcji MeToo, (słusznie) zostało uznane za przekroczenie granicy dobrego smaku.

Czy jednak w swojej nagonce na Barr same amerykańskie media nie przekroczyły pewnej granicy? Otóż tego samego dnia, w którym celebrytka opublikowała swój rasistowski komentarz, do mediów trafiła informacja o ostatecznej liczbie ofiar zeszłorocznego huraganu Maria w Puerto Rico. Dotychczas służby federalne doliczyły się 64 ofiar. Teraz okazuje się, że liczba ta jest 70 razy wyższa (!) od oficjalnych szacunków i wynosi 4 645. Dla porównania: W atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. zginęło 2 977 osób, zaś huragan Katrina, który w 2005 r. spustoszył Nowy Orlean, pochłonął 1 833 istnień.

Co znamienne, szczegółowe badania nad skutkami huraganu w Puerto Rico przeprowadziła nie żadna instytucja rządowa, lecz naukowcy z Uniwersytetu Harvarda. W podsumowującym ich wielomiesięczną pracę raporcie straty materialne oceniono na 90 miliardów dolarów. Zwrócono także uwagę, że „opieka medyczna nie funkcjonowała na całej wyspie, a wiele z domostw było pozbawionych wody, elektryczności i zasięgu telefonicznego przez wiele tygodni po przejściu huraganu”. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy bezpośrednio ponosiły władze federalne, które zareagowały z wielkim opóźnieniem i nieadekwatnie do skali zniszczeń. Wszyscy też pamiętają przylot prezydenta Trumpa i jego zachowanie na spotkaniu z mieszkańcami, kiedy to rozdawał im jedzenie w sposób przypominający karmienie zwierząt w zoo.

Tymczasem, najpopularniejsze serwisy informacyjne w USA poświęciły raportowi łącznie niewiele ponad pół godziny. Najwięcej, o huraganie informował MSNBC – 21 minut. CNN przeznaczył na tę sprawę 12 minut, zaś konserwatywny i sympatyzujący z Trumpem Fox News zaledwie 48 sekund! Z kolei tweet Barr był komentowany i rozkładany na czynniki pierwsze przez wszystkie trzy stacje przeszło dziesięć godzin. Zdaniem ekspertów, dane te nie powinny dziwić, zważywszy, że i wcześniej temat zniszczeń w Puerto Rico nie cieszył się wielkim zainteresowaniem mediów.

Tweet Roseanne Barr był rasistowski i słusznie został skrytykowany przez amerykański mainstream. Czy jednak medialna nagonka nie była swego rodzaju odwetem na prezydencie Trumpie i na samej klasie robotniczej, którą sitcom idealizował, a której media głównego nurtu nadal nie potrafią wybaczyć, że nie zagłosowała na Hillary Clinton? Stąd cicha satysfakcja, że ABC szybko zdjęła popularny serial z anteny a biedota dostała nauczkę.

Czy równie rasistowskie, co komentarz Barr, nie było zachowanie mediów, które przymknęły oczy na tragedię Puerto Rico? Wątpliwe, aby w równym stopniu zmarginalizowały sprawę, gdyby wyspa – terytorium zależne USA – była zamieszkana przez bardziej białą i bardziej majętną ludność. Kolor skóry i pieniądze nadal bowiem odgrywają istotną rolę, również w zainteresowaniu mediów. Te zaś z taką samą niechęcią odnoszą się do biednych białych amerykańskich robotników, co do latynoskich mieszkańców Puerto Rico. W końcu i jedni, i drudzy nie przyciągną reklamodawców.