Lewica w krainie czarów

Widmo krąży po Polsce – widmo Mesjasza lewicy

 

Krajowe media komercyjne i liczni publicyści, określani przez owe media „młodą lewicą”, znów zintensyfikowali poszukiwania „Mesjasza lewicy”. Człowieka, który podniesie upadły sztandar lewicy wysoko, wysoko. Zjednoczy rozbitą lewicę i poprowadzi ją ku świetlanemu zwycięstwu. Tak jak niedawno, uznany za „Mesjasza prawicy” prezes Jarosław Kaczyński poprowadził PiS do władzy.
Ponieważ poszukiwany „Mesjasz lewicy” ma być zaprzeczeniem sułtana Jarosława Kaczyńskiego, to liczni poszukiwacze lewicowego Mesjasza postrzegają go jako osobę stosunkowo młodą, przystojną, najlepiej kobietę lub homoseksualistę. Po okresie kreowania na taką Mesjaszkę Barbary Nowackiej przyszedł czas na umesjaszenie Roberta Biedronia.
Okrzykniętego przez komercyjne, liberalne media – jak choćby radio TOK FM i „Gazetę Wyborczą” – nie tylko „Mesjaszenm Lewicy”, ale też „polskim Macronem”. Co dowodzi jedynie prowincjonalności polskich mediów i krajowych komentatorów politycznych. Nie słyszałem żeby ktoś we Francji nazywał prezydenta Macrona „polskim Biedroniem”.
To prawda, że prezydenci Biedroń i Macron mają wiele uroku osobistego. Ale Słupsk, który bardzo lubię, jest jednak trochę mniejszy od Francji, też przeze mnie lubianej.
Poza tym, a może przede wszystkim, prezydent Biedroń to polityk lewicowy, a prezydent Macron – prawicowy. Jest też Macron medialnym, sprytnie skonstruowanym produktem i reprezentantem wielkiego kapitału finansowego. Zaś prezydent Biedroń zwykle reprezentuje zadłużonych mieszkańców Słupska i Polski. I nie powinien być przedmiotem tabloidowego, ogłupiającego Wyborców medialnego frontu propagandowego.
I przy okazji. Czemu ta oczekująca swego Mesjasza polska lewica jest tak mało ambitna? Czemu nie sadzi się, jak polska prawica, na swego „Chrystusa Króla lewicy”?
A teraz już poważnie.
Polska lewica nie potrzebuje swojego Mesjasza. Wiara w jego cudowną moc jedynie ogłupia, i tak już wystarczająco ogłupianych, lewicowych Wyborców.
Przecież PiS nie wygrał w 2015 roku dlatego, że oto nagle uskrzydlił go Mesjasz Kaczyński. Elity PiS doszły do władzy po długim, konsekwentnym politycznym marszu. Po licznych klęskach i porażkach wyborczych. Po licznych i konsekwentnych próbach tworzenia programu odpowiadającego aktualnym potrzebom Wyborców.
Elity PiS przez wiele lat budowały „rodzinę” tej partii. Organizowały jej polityczne środowisko. Kluby „Gazety Polskiej”. Własne, alternatywne media. Własne, alternatywne instytuty badawcze. Własne wydawnictwa. Własny kolportaż tych wydawnictw. Własne firmy wspierające rozrastającą się „rodzinę PiS”, czyli alternatywne, narodowo-katolickie, PiS-owskie społeczeństwo.
Sukces PiS-u roku 2015 w mniejszym stopniu zależał od „charyzmy” pana prezesa Kaczyńskiego, bo ową „charyzmę” też przez lata elity PiS kreowały. Na sukces PiS zapracowała armia jego lokalnych aktywistów i entuzjastów. Zjednoczonych swym sprzeciwem wobec rządzących Polską liberalnych elit i ich mediów.
Dodatkowo elity PiS upasły się politycznie na klęsce wyborczej lewicy w wyborach parlamentarnych 2015 roku. Lewicy wówczas skłóconej. Już wtedy pełnej kandydatów na lewicowe Mesjaszki i Mesjaszów i lewitujących ponad polską rzeczywistością ideologów „nowej lewicy”. Lewicy zajętej dyskredytowaniem wszelkiej lewicowej konkurencji.
Warto też przypomnieć, że Aleksander Kwaśniewski, też kiedyś zwany „Mesjaszem”, dwukrotnie wygrywał wybory prezydenckie, bo popierał go ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Sojusz wyborczy trzech lewicowych partii politycznych i kilkudziesięciu lewostronnych stowarzyszeń. Siłą Kwaśniewskiego były nie tylko jego zalety, lecz kilkuset stale wspierających go lewicowych polityków, intelektualistów i artystów.
Trzy lat minęły i dalej na lewicy preferowana jest zasada „moja chata z kraja”. Nieliczne lewicowe media rzadko współpracują ze sobą. Wolą czekać na łaskę dostrzeżenia przez komercyjnych nadawców. Lewicowi publicyści nadal uwielbiają dzielić lewicowych działaczy na tych lepszego i gorszego sorta. Przy jednoczesnym klepaniu pacierzy pełnych zaklęć o tolerancji, równości, sprzeciwu wobec wykluczeniu.
I publicznym wypatrywaniu nadejścia Mesjasza lewicy. Który swym wdziękiem i urokiem osobistym skłóconych zjednoczy, strapionych pocieszy, głodnych władzy nakarmi, spragnionych uznania napoi, bo skołowany lud lewicowy wreszcie będzie miał na kogo zagłosować.
Bo takie wypatrywanie skutecznie zwalnia od myślenia i od żmudnej, trudnej pracy od podstaw. Tworzenia, jednoczenia lewicowych środowisk. Uznawania i uczenia się szacunku dla innych lewicowców. Szacunku dla innych niż moje, lewicowych poglądów. Porzucenia ekscytującej, niebiańskiej ortodoksji na rzecz przyziemnego pragmatyzmu. Akceptacji kompromisów, koalicji, godzenia się na wybór „mniejszego zła”.
Polscy lewicowi wyborcy, zwłaszcza ci zwący się „młodymi”, nadal chcą mieć wszystko.
I dlatego w czasie wyborów wybierają sezonowych politycznych magików obiecujących im to wszystko, albo w ogóle nie głosują. Na złość lewicowym kandydatom, którzy nie spełniają ich wymarzonego, wyidealizowanego wzorca lewicy mesjaszowej.
A potem płaczą, że nawet cienia jakiejkolwiek lewicy nie masz w radach i parlamentach.
I dalej czekają na swego, opiumowego Mesjasza.

Inwazja ludzi bez właściwości tuż po wymazaniu gumką innych ludzi bez właściwości

Po fizycznej robocie w niemieckiej fabryce poduszek został mi drobny kłopot w postaci narwanego ścięgna. Do lekarza 50 km, więc leczyć trzeba się z internetu, co nie najgorszym wcale jest rozwiązaniem.

A w internecie napisano, aby kończyny nie przemęczać, czyli po godzinie chodzenia – kwadrans na kanapce. No, a skoro już kanapka, zajęta uprzednio przez kota Benia Trampka, Stefcię i psa Remika, to naprzeciw kanapki – stoi maleńki telewizor z anteną na parapecie.

Oglądać go można jedynie wtedy, gdy akurat za oknami nie przejeżdża pociąg (np. towarowy z węglem), wozy z drewnem, tiry oraz kombajny, ostatnio niezwykle ruchliwe (i – żeby było jasne – wszystko to z hukiem, chrzęstem przetacza się po wąskiej drodze gruntowej). No a skoro telewizor, to – rzecz jasna – replika telewizji prezesa Szczepańskiego, na którą ja – po licznych lekturach dotyczących języka propagandy – uodporniona jestem.

Niemniej podziwiam „wnuka” Kurskiego, któremu „dziad” Szczepański, co to swoje „odsiedział”, mógłby sznurówki w lakierkach z pokorą wiązać.
Oglądam sobie i oglądam, rzecz jasna, tylko TVP-Info i nadziwić się nie mogę. A to z okienka wychyla się Magda Ogórek, „późna wnuczka” Ireny Dziedzic, która wiecznie oszczędza na materiale na sukienki, była kandydatka lewicy na posadę prezydenta RP, chłoszcząca, szydercza – pod jej świszczącym baciskiem zwija się w bólu i sromocie i „platformers” i „nowocześniak”, że o „lewakach” nie wspomnę.

Przy okazji wspomnieć warto słynny bon mot jej promotora, Millera Leszka, dziadka – jak się ostatnio okazało – biseksualnej wnuczki, który twierdził, że w życiu mężczyzny mniej ważne jest jak zaczyna, ważniejsze jak kończy. Początkiem Millera był Żyrardów, końcem – Ogórek. Co by nie powiedzieć, upadek.

A to – ostatni sekretarz KC PZPR, sławny tak z tego, że z niezwykłą prostotą wyjął spółdzielni kolegów tygodnik „Wprost” z rąk, jak i z tego, że z równą zręcznością oczyścił się z treści teczki TW „Rycerz”, tłumacząc gawiedzi, że jako redaktor naczelny, ot, tak od czasu do czasu sobie z funkcjonariuszami SB rozmawiał. No, bo musiał. O srogim Marku Królu piszę, wykorzystywanym do bieżących komentarzy przynajmniej raz na dwa dni.

Gdy wsłuchać się w szyderstwa panny o warzywnym nazwisku, gdy poszukać rdzenia aksjologicznego w ognistych wywodach czołowego „na tym etapie” komentatora, nic istotnego się nie znajdzie.
Oboje żadnego trwałego „rdzenia” nie mają. Po prostu, chcą być tam, gdzie są. Dziś – jak bluszcz – opletli tę formację polityczną, jutro oplotą jakąś inną. Byle byłaby to formacja kaso – i władzodajna.

Nikt im palców nie łamał, na nodze krzesła siadać nie kazał, w celi bez okna w grudniu wodą nie polewał – ot, z wymaganą elastycznością zmienili umiejscowienie, bo lubią świecznik, niebaczni, że płomień, na którym siedli, może im niewymowną część korpusu jednak kiedyś dotkliwie opalić.

Gdzieś po telewizji prezesa Kurskiego plącze się dziennikarz nazwiskiem Wenerski. Dawno, dawno temu, ale jednak nie tak dawno, abym tego nie zapamiętała, po przełomie 1989 roku odbyła się konferencja baronessy poznańskiego SLD, Krystyny Łybackiej.

Z racji wykonywanego wówczas zawodu byłam na niej obecna.

W pewnej chwili rozmowa zeszła na niezależność dziennikarską w świecie mediów prywatnych, gdzie właściciel pokroju maturzysty wieczorowego, trudniącego się handlem dolarami, po więzieniu, – to o Mariuszu Świtalskim mowa – może w kwadrans zmienić tak profil pisma jak i team dziennikarski, za nic mając wszelką „dziennikarską niezależność”.

I kiedy kolejni żurnaliści lamentowali nad tym, godnym pożałowania, stanem, wstał młodzian Wenerski i z młodzieńczą prostotą oświadczył: – Nie mam takich problemów. Gdy idę do gazety lewicowej, piszę jak lewicowiec, gdy idę do prawicowej…

Tak rozumiał „zawodowstwo” w dziennikarskiej dziedzinie.

Rządy PiS nie będą trwały wiecznie i z tej przyczyny, że partia ta pełna jest takich pustych w środku „korpusów” do wynajęcia. A tacy zdradzają pierwsi.

Nowe podziały społeczne My, socjaliści

Wejście w XXI wieku społeczeństw, w tym również polskiego, w erę cyfrową, poza pozytywnym aspektem dotyczącym rozwoju, ma również swoje negatywne odniesienia w postaci zjawiska nazywanego wykluczeniem cyfrowym. Problem ten podejmowano m.in. w jednym z opracowań Kancelarii Senatu w końcówce roku 2015.

 

Widzimy na co dzień, że rozwój technologiczny, w tym upowszechnienie Internetu, spowodował przeniesienie wielu form życia społecznego do przestrzeni cyfrowej. Także administracja państwowa nie pozostała w tyle oferując elektroniczny dostęp do urzędów i stale powiększając zakres usług świadczonych przez Internet. Stał się on wszechstronnym narzędziem, służącym do sprawnego i skutecznego poruszania się w przestrzeni społecznej. Jest nie tylko sposobem komunikacji i źródłem informacji, ale pozwala na załatwienie wielu spraw bez potrzeby wychodzenia z domu.
Jesteśmy świadkami kształtowania się społeczeństwa informacyjnego, czyli takiego, które potrafi wykorzystywać nowoczesne technologie w celu poprawy jakości życia. Zjawisko to ma jednak dwie strony. Dostęp do Internetu stanowi obecnie nie tylko ułatwienie, ale niekiedy wręcz warunek konieczny pełnego uczestnictwa w życiu społecznym, kulturalnym i zawodowym. Coraz trudniej jest w pełni funkcjonować w przestrzeni społecznej bez korzystania z tego narzędzia. Skutkiem tego część społeczeństwa pozostaje – z różnych przyczyn – na marginesie tych zmian, co prowadzi do pojawienia się zjawiska wykluczenia. Wykluczenie dotyczyć może pracy, konsumpcji, uczestnictwa w kulturze, życiu społeczności lokalnych i w polityce, także w demokracji. Wykluczenie najczęściej dotyczy osób starszych. Zauważa się, że pokolenia 20, 30 latków poruszają się w przestrzeni cyfrowej w miarę sprawnie.
Wg danych z końca 2017 roku liczba np. aktywnych użytkowników Internetu przekracza już połowę populacji globalnej. Liczba użytkowników mediów społecznościowych w świecie wynosiła 2,789 mld – to jest 37 proc., 2,549 mld osób korzysta z social mediów za pomocą smartfonów – to aż 34 proc. ludzkości. Polska jest na trzecim miejscu pod względem udziału dziennej liczby aktywnych użytkowników Facebooka w porównaniu do całkowitej liczby użytkowników tego serwisu w naszym kraju. Aż 73 proc. polskich użytkowników Facebooka korzysta codziennie z tego serwisu. Niewiele więcej, bo 74 proc. we Włoszech, a na pierwszym miejscu z 75 proc. jest Australia.
Trzeba zwrócić uwagę, że w tym obszarze pojawiają się bardzo zróżnicowane opinie dotyczące skutków wykluczenia cyfrowego. Wielu badaczy i polityków uważa, że wykluczenie rodzi daleko idące konsekwencje społeczne i polityczne, sugerując powstanie nowego podziału klasowego tworzącego dwie skrajne grupy – nieliczną – kreatorów i bardzo liczną – wykluczonych. S. Žižek, jeden z ideologów współczesnej lewicy sugeruje na przykład, że używając znanych narzędzi analizy rzeczywistości można wskazać drogę do jej radykalnych przemian. Traktuje on w swych opracowaniach wykluczenie cyfrowe jako punkt wyjścia dla uruchomienia potencjału rewolucyjnego. Idea upowszechnienia nowych technologii ma pełnić rolę wehikułu mobilizującego masy do zmiany porządku społecznego, zaś jej pełna realizacja stanowić powinna gwarancję, że odmieniona rzeczywistość będzie nową jakością z punktu widzenia modelu organizacji społeczeństwa. W tym ujęciu „…wykluczenie cyfrowe, podobnie jak wyzysk klasowy w przededniu rewolucji proletariackiej, staje się kwintesencją społecznego zła, a czas, w którym idea powszechnego dostępu do technologii cyfrowych ulegnie materializacji, oznaczać będzie pełną realizację społecznych ideałów”. Inni uczeni są w tych opiniach mniej radykalni, niemniej jednak problemu nie pomijają.
Jak wielkie znaczenie ma dziś dostęp do informacji i wolny Internet przekonaliśmy się w roku 2012, kiedy to w proteście przeciw proponowanym zapisom ograniczeń w ramach ACTA, na ulicach polskich miast znalazło się kilkaset tysięcy młodych ludzi. W czerwcu tego roku środowiska młodzieżowe spontanicznie organizowały również protesty przeciw zmianom w prawie europejskim określanym jako ACTA 2.0.
W naszych lewicowych środowiskach niewiele się mówi o współczesnych zjawiskach rodzących się na gruncie społeczeństwa cyfrowego, rewolucyjnych zmian w technologiach informacyjnych, a przede wszystkim skutkach społecznych i politycznych tych zjawisk. Jak wielkie znaczenie mają one dla stabilności globalnej przekonaliśmy się przy okazji ostatnich wyborów amerykańskich. Skutki wykorzystywania narzędzi cyfrowych stały się paliwem do napędzania głębokiego konfliktu wewnętrznego w USA, który dynamizuje dziś i zaostrza relacje międzynarodowe.
Uważam, że polska lewica powinna w swym programie podjąć kompleksowo i poważnie tematy wynikające z kształtującego się dopiero modelu społeczeństwa informacyjnego w naszym kraju. Chodzi tu szczególnie o model kształcenia młodych pokoleń w systemie edukacji oraz problem wykluczenia dotyczący ludzi starszych.

Gust redaktora Margeryckiego

Margueritte, żonaty z Polką, od dziesięcioleci w zasadzie mieszka w Polsce i od lat znany jest jako zwolennik Kościoła katolickiego w Polsce, fanem idealizowanych tradycji „Solidarności”, prawicy a ostatnio „dobrej zmiany”. Niedawno udzielił obszernego wywiadu Michałowi Karnowskiemu i jego tygodnikowi „Sieci” (cóż za prostoduszna szczerość w tym tytule!)

 

„Ach, cóż za rozkosz śmierdzieć”

Tak Friedrich Nietzsche określił pisarstwo Emila Zoli, naturalisty, który ukazywał życie francuskiego proletariatu i najniższych klas społecznych schyłku XIX wieku. Powołanie się na pisarza francuskiego jest tu jak najbardziej na miejscu, bowiem o Francuzie mowa. Skoro redaktor Margueritte zgodził się na rozmowę z Karnowskim, to znaczy, że być może wziął sobie sformułowanie Nietzschego do serca. We wszystkich odpowiedziach na pytania interlokutora, redaktor Margueritte unosi się zachwytem nad „dobrą zmianą”. Zaczyna od wysokiego „c” i powiada, że dziś Polska, czytaj: rządy PiS są „jak Kościół, znakiem sprzeciwu, który jest usprawiedliwiony i konieczny”. Oświadcza się też z „miłością do Jana Pawła II”.

 

Krwawiące serce

„Całe moje życie to wielki marsz ku polskości, to podróż ku wielkim ideałom humanizmu, obecnym w Polsce od wieków. I kiedy widzę, że ludzie, którzy urodzili się na tej ziemi, mają ten skarb dany od Boga, ale go odrzucają, pogardzają nim, to serce mi krwawi” – powiada redaktor Margueritte. Rozglądam się po Polsce uważnie już kilka dobrych dziesięcioleci, ale nie potrafię wypatrzeć ani grama tych walorów Polski i Polaków, które Margueritte tak wynosi pod niebiosa. Mówi o politykach marzących „by Polska stała się krajem zwykłym, europejskim, nowoczesnym. Pod tymi pojęciami rozumieli utratę wartości duchowych, norm moralnych ideowości. Zniszczenie tego, co stanowi istotę duszy polskiej”. I co złego jest w byciu krajem zwykłym i nowoczesnym? Same zalety. I znów, czy redaktor Margueritte, bądź co bądź dziennikarz, całkowicie zatracił zmysł obserwacyjny i krytycyzm? Gdzie on widzi w Polsce tę obfitość „wartości duchowych, moralnych i ideowości. Czy nie więcej tu mord zakazanych, nieprzetrawionego alkoholu, niechlujstwa, bylejakości, agresji i chamstwa? I gdzie on widzi tę „duszę polską”. Pisał już o niej także obecny euro deputowany PiS Ryszard Legutko i także wtedy rozglądałem się wokół, ale na jej ślad nie natrafiłem.

 

Libido ignorandi

Istnieje pojęcie „libido ignorandi”, które oznacza postawę polegającą na odrzuceniu wiedzy o rzeczywistości i realizmu na rzecz rozkosznej, upajającej niewiedzy. O Zachodzie z którego się wywodzi, Margueritte powiada tak: „Triumfuje tam konsumeryzm, hedonizm, zatracono duchowość i tożsamość, zagubiono poczucie tego, co jest moralne i etyczne”. „To jest właśnie jedna z przyczyn tych ataków na Polskę – kontynuuje redaktor Margueritte – odreagowanie własnej słabości duchowej, zakrycia wstydu, przekonanie samych siebie, że każdy, kto jeszcze zachował tożsamość, dla kogo wartości duchowe są ważne, błądzi. Trzeba go więc, bez względu na koszty, zatrzymać”.
Gdzie redaktor Margueritte widzi w Polsce tę obfitość duchowości, wartości moralnych i etycznych? Dalibóg, nie wiem. Dlaczego nie widzi, że konsumeryzm tak samo przeniknął mentalność polską, jak zachodnią, z tym, że jest bardziej prostoduszny, zachłanny i mniej estetyczny?

 

Co z nożem i widelcem?

Mam w związku z tym kilka pytań do redaktora Margueritte. Po pierwsze, czy nie przeszkadza mu łamanie demokracji, konstytucji i państwa prawa i czy te postępki władzy PiS również zalicza do wynoszonych przez siebie pod niebiosa cnót polskich? Po drugie, czy naprawdę odpowiada mu ekspansja politycznego katolicyzmu i czy swojej ojczyźnie życzyłby takiego szarogęszenia się biskupów katolickich, jakie ma miejsce w Polsce? Po trzecie, czy czuje się jeszcze dziennikarzem i publicystą, który mógłby racjonalnie objaśniać swoim rodakom polskie sprawy i zawiłości, czy też jest owładniętym amokiem propagandystą PiS? I po czwarte, czy wdzięczny jest Polakom, że nauczyli jego rodaków posługiwania się widelcem i nożem oraz korzystania z toalet?

Salonowcy w lupanarze

„Gazeta Wyborcza” to – jak wiadomo – ostoja i strażnica kultury politycznej i kultury w ogóle. To wzorzec (jak wzornik w Sèvre pod Paryżem dla metra w systemie miar i wag) dobrych obyczajów i dobrego smaku.

 

To istne ucieleśnienie Herbertowskiej potęgi smaku. Bezkompromisowo obnaża i piętnuje wszelkie prostactwo, prymitywizm i chamstwo. I wytrwale powtarza „warto być przyzwoitym”. W weekendowych wydaniach zamieszcza wywiady z intelektualistami i eseje tak wyrafinowane, tak subtelne, że aż głowa boli. Jest więcej niż opiniotwórcza, bo wzorotwórcza. Wyznacza standardy tak salonowe (i właśnie pod hasłem Salonu znienawidzona jest przez Łysiaka i jego fanów), że podobnie jak według szefa podwładni ustawiają zegarek, tak ludzie kulturalni orientują się według niej, jak wymawiać Ą i Ę, czy jeść nożem, czy widelcem. Słowem, Polak kulturalny oddycha i mówi Gazetą Wyborczą. Jest tu wytwornie, elegancko i subtelnie… o ile nie chodzi o Rosję.
W sobotę 7 lipca piłkarska drużyna Rosji (jakim prawem zaszła dalej niż nasze Orły?) – rozgrywała mecz w ćwierćfinale Mundialu. Z tej okazji Gazeta Wyborcza zamieściła w magazynie świątecznym pikantny i doprawdy przezabawny artykuł z gatunku ciekawostek. Artykuł na całe dwie strony: »Mundialowy seksualny zawrót głowy. Rosyjska dziewczyna szuka chłopaka.« Autor? A któż by inny? Niezawodny weteran walki na froncie rosyjskim, redaktor Wacław Radziwinowicz. Ma on do walki motywację silną i osobistą, bo państwo Putina postarało się, by wyłącznie źle mógł pisać o Rosji wyłącznie stąd, z Warszawy, a nie stamtąd, z Moskwy. Od dłuższego czasu Pan Redaktor ma status zdalnego korespondenta. Donosi on czytelnikom, co widzi w Rosji z Warszawy „na podglądzie”. A widzi sokolim okiem tylko panoptikum, mógłby zostać kustoszem Kunstkamery. Doniesienia są zawsze namiętne i pikantne, monotonnie przewidywalne; lecz tym razem korespondent-wygnaniec przeszedł samego siebie.
W wyeksponowanym nagłówku czytamy: »Rosjanie są obrażeni, że Rosjanki „puszczają się” z obcymi kibicami. Rosjanki odpowiadają: „Może i obcy, ale są uśmiechnięci, pachnący i grzeczni”«. W tekście wielokrotnie powtarza się wątek: cudzoziemcy czyściutcy, pachnący, szarmanccy; rosyjscy mężczyźni niedomyci, śmierdzący potem, prostacy. Ponadto – dowiadujemy się – to impotenci.
Rosjanie, Rosjanki. Chodzi o niektórych, niektóre, brzmi jak o wszystkich. Ot, takie wymowne, sugestywne niedopowiedzenie, kiedy ze zdania wynika więcej niż formalnie powiedziano.
Na dwóch stronach autor z lubością, z widocznym ubawieniem cytuje i komentuje dyskusję w rosyjskich gazetach i w internecie na temat puszczalskich „Nataszek”. Tych, jak wynika z tekstu, jest cały legion. A puszczają się z cudzoziemcami – jak się dowiadujemy – tak masowo i gorliwie, że np. w aptekach w szacownym centrum Moskwy raz po raz brakuje prezerwatyw.
Z przejęciem i zrozumieniem cytuje Pan Redaktor z internetowej strony „Komsomolskiej Prawdy” pewną 30-letnią blondynkę. »Opisuje ona wieczór, kiedy w sumie przypadkiem trafiła do klubu pełnego gości mistrzostw. I zachwyca się: „Nie zdążyłam jeszcze wejść do środka, a już zrozumiałam, że to jest to! Boże, gdzie ja byłam wcześniej? Cała wielka sala była pełna ślicznych, zadbanych, czarujących, dobrze pachnących mężczyzn. I oni się uśmiechają, mówią komplementy, chcą rozmawiać, proponują drinki. Uśmiechający się Amerykanie, wysocy Niemcy, inteligentni Belgowie. Panie! Jak pięknie.”
Oczywiste! Kibice, o ile to nie Rosjanie, ale przybysze z cywilizowanego świata, z istoty swej są – zwłaszcza po meczu i po dalszych wrażeniach w klubie, w pubie, na dyskotece – pachnący, trzeźwi, wytworni. Rosyjscy mężczyźni – jak wynika z tych miarodajnych impresji ich niektórych rodaczek spragnionych odmiany i przygody – to niechlujne, leniwe i chamowate brudasy. Inni nie istnieją, skoro nie o innych tu mowa. Pan Redaktor taktownie tylko powtarza słowa „Rosjanek” ze zbioru liczebnie nieokreślonego, nie wdając się w statystyczne niuanse. Brakuje tu jeszcze tylko – jak na gazetę z literackiego panteonu – cytatu z Lermontowa („Proszczaj, niemytaja Rossija”), choć w jego wierszu niezupełnie o to chodziło.
Z nieskrywaną satysfakcją Pan Redaktor relacjonuje rosyjską „kłótnię w rodzinie” – burzliwą krytykę, głosy potępienia rodaczek oskarżanych o urąganie narodowej godności. I ze wzruszającą empatią przytacza pyskate repliki tych „Nataszek”. »Zupełnie otwarcie, z fizjologicznymi detalami dowodzą, że Rosjanie to najgorsi, najbardziej nieporadni kochankowie w świecie.« No, prawdziwy dżentelmen. I opiekun milionów niespełnionych Rosjanek. Tak przejęty ich niedolą, że aż ślina mu kapie.
Gazeta Wyborcza mniema o sobie, iż praktykuje – pod każdym względem – arystotelesowską zasadę złotego środka; jakoby zawsze ma jednakowy dystans do skrajności ze wszelkich możliwych stron. W tej publikacji jakby z brukowca wziętej rzeczywiście znalazła się pośrodku. Pośrodku w skali żenady i niesmaku – między doktorem Goebbelsem z jego finezyjnymi receptami na filmy o Żydach a doktorem Kaczyńskim z jego wywodem o pasożytach i obrzydliwych chorobach roznoszonych przez uchodźców.
Bronisław Łagowski zebrał w jednym tomie („Polska chora na Rosję”) katalog przejawów wiadomej obsesji i fobii. Dorzucam mu ten kwiatek do kolekcji.

Manipulacje prawdą My, socjaliści

Myślę, że premier Polski powinien przemyśleć rolę swoich doradców w namówieniu go do wejścia nieumiejętnie w nurt tzw. postprawdy podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim. Mateusz Morawiecki nie jest premierem jednej partii, ale średniej wielkości kraju w Europie, członka Unii Europejskiej. Skutki wizerunkowe tego wystąpienia działać będą długofalowo na szkodę Polski, a rzucające się w oczy odbiegające od rzeczywistości opinie czy fake newsy zostaną zapamiętane. Dziś w erze informacyjnej, kiedy wszyscy kłamią, kłamać trzeba umieć, a tym razem chyba nie wyszło to dobrze. Premier odwołując się w swym wystąpieniu głównie do audytorium krajowego odbiegł mocno od standardu europejskiego, uprawianego w Brukseli. Nie został do końca, albo jeszcze mniej, zrozumiany.
Trzeba wiedzieć, że trwająca na Forum Parlamentu Europejskiego, a generalnie w całej polityce światowej, gra pozorów, jest rozumiana i uprawiana przez większość polityków. Prawda, jako taka, przestała się liczyć. Społeczeństwa burzą się przeciw temu, jednak wolny obieg informacji, szczególnie w sieci, anonimowość i brak odpowiedzialności za słowo, sprzyjają stanowi, jaki mamy. Coraz więcej osób, widząc mechanizmy uprawiania polityki ten stan rozumie. Tym bardziej, że mamy do czynienia z utrwalaniem się w stosunkach międzyludzkich, a więc w kulturze i obyczaju sytuacji dwuznaczności wielu pojęć i definicji. Informacji dziś na ogół nie przekazuje się bez opinii lub komentarza. Trwa w najlepsze tzw. kreacja informacji.
Kreacja informacji oznaczająca odwoływanie się do kłamstwa/fałszu, jak i irracjonalizmu (uczuć, emocji, wiary, intuicji, itp.) nie jest niczym nowym – była, jest i prawdopodobnie będzie stosowana dla realizacji celów politycznych. Rzecz jednak w tym, że współcześnie tego rodzaju działanie zawoalowane jest pojęciem „postprawdy”. Pojawiający się tu problem nie sprowadza się jedynie do kwestii samego stwierdzenia, ale raczej poprzez sens tego pojęcia uzasadnienia sposobu myślenia i działania jakie nastąpiło w relacjach współczesnych.
„Postprawda” jest kategorią będącą wytworem myślenia praktycznego, sprowadzająca się do formułowania sądów dla kogoś korzystnych, niezależnie od ich prawdziwości, przedstawianych jako sądy prawdopodobne lub nawet prawdziwe. Celem tego rodzaju zabiegów są konkretne korzyści np. polityczne, ekonomiczne czy też osobiste.
We współczesnej polityce medialnej, coraz częściej i na większą skalę, następuje odchodzenie od oświeceniowego modelu przekazu informacji odwołującego się do prawdy jako adekwatnego do rzeczywistości przekazu informacji i zastępowaniem go modelem postmodernistycznym, rezygnującym z odkrywania prawdy na rzecz jej kreacji. Efektem tego zabiegu są „postprawdy”. W konsekwencji oznacza to wykorzystywanie informacji do manipulacji.
Nie bez racji pojawiają się opinie, że współczesność zrezygnowała z rozumu racjonalistów nowożytnych, zastępując go rozumem cynicznym. Stąd też znakiem czasów współczesnych nie jest rozum i prawda, ale cynizm, hipokryzja i postprawda.
Prowadzi to do dewaluacji tzw. wartości wyższych: prawdy, piękna, świętości, moralności itp., a zatem zaniżanie wyznaczników standardów nie tylko informacyjnych, ale także moralnych, artystycznych, obyczajowych, a nawet naukowych. Zarzucane są choćby w tym ostatnim wypadku standardy jakościowe na rzecz ilościowych. W konsekwencji nauka zostaje zastąpiona pozorami naukowości, a wiedza naukowa quasi-wiedzą, czyli „szumem informacyjnym”.
Wzrost popularności terminu związany był z dwoma istotnymi wydarzeniami politycznymi 2016 r. – referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wyborami prezydenckimi w USA, zwłaszcza z kampanią Donalda Trumpa. Opierając się na doświadczeniach komunikacyjnych tych wydarzeń, możemy powiedzieć, że postprawda to w znacznej mierze polityka, w której na fakty i rzeczowe argumenty nie ma miejsca.
Dziś prawda mało kogo interesuje. Politykom opłaca się zawodowo nie tylko mijać z prawdą, ale i z granicami, które do niedawna wydawać się mogły nieprzekraczalne. Zawsze kłamali, ale teraz jest tak, że właściwie nieistotne jest, czy w ogóle mówią prawdę. To jednak tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, że społeczeństwu to nie przeszkadza. O ile kiedyś znakomitym instrumentem politycznym było kłamstwo nieodkryte, o tyle dziś jeszcze lepszym jest kłamstwo, o którego kłamliwości wszyscy wiedzą.
Rozważania wokół pojęcia postprawdy dotyczą głównie nowoczesnych form medialnych należących do świata cyfrowego. Internet, jako główne narzędzie świata cyfrowego pozwolił na demontaż dotychczasowych źródeł kontroli społecznej i pozbycie się wszelkiej instytucjonalnej cenzury upowszechnianych treści. To ogromne zwycięstwo demokracji i wolności człowieka. Możemy jednak powiedzieć, że to już przeszłość. Szczególnie, jeśli chodzi o obieg informacji w Internecie.
Premier Morawiecki swoim wystąpieniem w Parlamencie Europejskim znalazł się w nurcie opisanym wyżej. Jest kwestią czasu, jakie przyniesie to skutki nam – Polakom.

Jak pisać o PiS

Od dłuższego czasu w mediach lewicowych, liberalnych, centrowych i niektórych zaliczanych do prawicy, obserwujemy lawinę tekstów piętnujących poczynania PiS-u i jego sprzymierzeńców.

 

Nie kwestionując słuszności opisów skandalicznych nadużyć nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na widoczny w tej nawale brak zastanowienia. Należy bowiem domyślać się, że podstawą pełnego zapału i wytrwałości wysiłku publicystów jest przekonanie, iż wykazywanie błędów spowoduje naprawienie sytuacji grożącej katastrofą, że doprowadzi władze do opamiętania, a przede wszystkim wywoła otrzeźwienie społeczeństwa aprobującego utrzymującą większość parlamentarną grupę demagogów. I w tym momencie zdumiewa, że walczący z dewiacją w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że być może, zło, które pokazują i usiłują naprawić, są to jedynie objawy choroby, której istoty owi krytycy nie dostrzegają. A przecież za tym przemawia np. fakt, iż wspomniane piętnowanie błędów jest nieskuteczne.
Oskarżające PiS osoby zapamiętałe są w tej działalności do tego stopnia, że zapominają o obowiązku rozważenia swoich własnych błędów, do których niekiedy półgębkiem przyznają się nie próbując jednak poznać ich istoty. Przecież zawsze popadnięcie w zależność od złych i głupich wynika z bierności tych, którzy potrafią rządzić mądrze, a oczywiste dla każdej rozsądnej osoby rozważenie takiej możliwości narzuca się tym bardziej, że po dwu latach rządów PiS nie można mieć wątpliwości, iż wspomniana walka na argumenty nie daje rezultatu zwłaszcza wobec wyraźnego u autorów przekonania o braku pozytywnej alternatywy politycznej. Podobnie nieskuteczność „walki z demagogią” osądza np. prof. Cas Mudde w krótkim artykule „Realnym problemem nie jest populizm”. Należy więc, nie zaprzestając wskazywania błędów władzy, zastanowić się wreszcie, jakie mogą być inne przyczyny zła i jak je należy naprawiać? Zarazem, w odpowiedzi na ten swój apel przedstawiam własne w omawianej sprawie zdanie: rzeczywistą przyczyną fatalnego stanu porządków w naszym kraju jest powszechny marazm umysłowy oraz kulturalny i jakiekolwiek działania pomijające konieczność ożywienia umysłów a także naprawy obyczajów są daremne. A oto, jakie są dowody na to, że uśpienie umysłów i dekadencja kulturalna mają miejsce w naszym kraju.
Co do intelektu sprawa jest prosta. Zanik zdolności rozumowania, jeżeli jest powszechny, powinien, z natury rzeczy, uwidocznić się przede wszystkim w środowisku elity umysłowej. Otóż wyraźnym przejawem dowodzącym złego stanu tej części społeczeństwa jest zanik dialogu, wiadomo bowiem, że myślenie nie istnieje bez pytań, wątpliwości i sporów. I właśnie brak tych podstawowych przejawów myśli jest uderzający w ośrodkach głównie tych nastawionych na poświęconą polityce i zagadnieniom społecznym tzw. poważną publicystykę jak np. Przegląd Socjalistyczny, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, internetowa witryna Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego i in. Nie ma tam dyskusji, jedyne uwagi krytyczne dotyczą obozu władzy i stanowią niejako uzgodniony rytuał legitymujący przynależność do „swoich” na równi z obowiązującym niedostrzeganiem błędów popełnianych we własnym gronie. Gdy przyjrzymy się czy tym periodykom, czy publicystyce powstającej w ramach inicjatyw takich jak Kongres Kultury, Kongres Obywatelski itp. widzimy same jedynie monologi i kazania autorów niezdolnych zauważyć tekstów ani tych, które w jakiejś mierze zaprzeczają ich tezom, ani zgodnych. Szczególnie zaś zdumiewa brak w całym środowisku obejmującym autorów, redakcje i czytelników zaniepokojenia tym, że nawet najbardziej udramatyzowane wystąpienia nie wywołują odzewu.
Z kolei mówiąc o upadku kultury również należy skupić się na elicie. I tu powstaje problem wymagający obszernych wyjaśnień.. Powszechnie uważamy, że podstawowym przejawem kultury są: dbałość o poprawność mowy i unikanie – co błędnie utożsamiamy z empatią – agresji, a pod tym względem znaczna część elit jest bez zarzutu. Liczne są bowiem osoby i publikatory, które dbają o formę tekstu i nie używają „brzydkich” wyrazów, a krytykę skrzętnie ukrywają w ogólnikowych, bezosobowych wzmiankach, a więc, na podstawie wspomnianego „powszechnego uważania”, spełniają wbrew moim zarzutom warunki do uznania ich za kulturalne bez jakiegokolwiek „marazmu”.
W moim jednak przekonaniu podstawą kultury jest uznanie wartości umysłu każdego spotkanego człowieka, a wspomniane temperowanie mowy i uprzejmość świadczą o kulturze jedynie, gdy powstają jako produkt poszanowania godności innej osoby. Przecież znamy z doświadczenia ludzi dbających o poprawne wysławianie się i zręcznie zachowujących uznane formy postępowania, którzy jednak są bezwzględnymi egoistami. Mówimy o takich: cywilizowany cham.
Owo „uznanie wartości umysłu” polega na zrozumieniu, iż świat myśli każdej spotkanej osoby ma wartość niezależnie od tego, czy jest on bogatszy od mojego, czy uboższy. Że w każdym wypadku poznając go otrzymujemy szansę rozszerzenia swojej wiedzy, swoich zdolności, a także poznania błędów swojego własnego rozumowania. A także owo „uznanie wartości” narzuca – nasuwający nieraz wątpliwość – obowiązek dążenia do naprawy zauważonych u tego drugiego błędów, temperowany oczywiście świadomością zarówno ograniczoności własnego sądu jak i ludzkiej skłonności do emocjonalnego reagowania na krytykę. Jeżeli bowiem szczerze uznajemy jakiś przedmiot za wartościowy, nie pozostajemy obojętni wobec zauważonej na nim skazy, dbając zarazem, by cennego obiektu nie uszkodzić.
I jeszcze jedno: najpełniej „uznanie wartości” realizuje się w dialogu, którego idealną postać opisuje formuła: minimum 50 proc. słuchania drugiej strony, minimum 30 proc. mówienia o jej sądach i maximum 20 proc. przedstawiania własnego widzimisię. Mistrzem w tej sztuce był ponoć Sokrates, który ograniczał się do pytań i rozważania racji rozmówcy naprowadzając go tym do własnego poprawnego wnioskowania.
Po takich wyjaśnieniach mogę mówić o marazmie kulturalnym polskich elit i – wynikającym z niego – całej reszty społeczeństwa. Zanikła bowiem zdolność uznania godności innego człowieka, co zresztą jest faktem znanym (np. Małgorzata Anna Maciejewska „O zbędności elit, a zwłaszcza buców”). Dowody na to są liczne. Tak więc czasopisma i autorzy przejawiają solipsystyczny brak zainteresowania poglądami zarówno czytelników jak i wyrażonymi w innych niż swoje artykułach czy esejach. Większość poświęconych sprawom społecznym, politycznym i kulturalnym czasopism i witryn internetowych nie reagują nawet na najbardziej udramatyzowane diagnozy i postulaty publikowane w mediach, a zarazem („Przegląd Socjalistyczny”, „Centrum im. Daszyńskiego” i in.) w ogóle nie ukazują opinii czytelników, podczas gdy inne (np. „Kultura Liberalna”, „Lewica.pl”) dopuszczają co prawda czytelników do głosu w postaci komentarzy, jednak demonstracyjnie okazują lekceważenie przedstawianym opiniom. Uderza brak choćby śladu zainteresowania treścią uwag odbiorców przedstawianych treści ani ze strony autorek/autorów, ani redakcji, ani postronnych obserwatorów. Ciekawy kazus mamy w przypadku „Zdania” wydawanego przez stowarzyszenie „Kuźnica”, gdzie jedynym przejawem zainteresowania czytelnikami jest apel o dodatkowe wpłaty.
Ten brak zainteresowania głoszonymi wokół nas sądami przedstawiony jako objaw marazmu kulturalnego wymieniałem poprzednio jako objaw bezczynności umysłu. To połączenie nie jest bynajmniej przypadkiem, gdyż wzajemne powiązanie ze sobą kultury i dbałości o sprawne myślenie uważam za oczywistość dotyczącą wszystkich. Czy mamy do czynienia z osobnikiem obdarzonym wybitnymi zdolnościami, czy z posiadającym skromny zasób wrodzonych możliwości rozumowych, zaniedbanie rozwoju dokonującego się w trakcie poznawania poglądów innych ludzi powoduje degradację osobowości przejawiającą się uśpieniem umysłu i niedorozwojem kulturowym.
Tak wygląda uproszczone dowodzenie marazmu powiązanych ze sobą kultury i intelektu. Ale czy rzeczywiście ten marazm może w sposób istotny spowodować rozpanoszenie się demagogii i związany z nią regres społeczności? Sądzę, że wynika to choćby ze znanego powiedzenia: „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. A zatem przedstawiona (w ogromnym skrócie) analiza, po pierwsze pozwala poznać proces, który doprowadził do tego upadku, oraz po drugie umożliwia podjęcie próby określenia działań naprawczych. W obu wypadkach chodzi mianowicie przede wszystkim o dialog w skali całego społeczeństwa rozumiany jako wzajemne porozumiewanie i poznawanie. Marazm więc wynika z zaniedbania takiej właśnie wymiany myśli inicjowanej i formowanej przez część społeczeństwa dysponująca autorytetem (twórcy i propagatorzy kultury oraz nauki), a podstawę odbudowy winno stanowić odrobienie tego zaniedbania.
Jako podsumowanie stawiam apel o rozważenie przedstawionej tezy, iż kultura i intelekt mas stanowią istotny czynnik formujący stosunki społeczne i polityczne, oraz o poważną dyskusję nad szeroko pojętym dialogiem rozumianym jako narzędzie niezbędne dla formowania myśli oraz obyczajów.

Wspomnienia ze współczesności

W szaleńczo zmieniającym się współczesnym świecie łacińska sentencja Nihil novi sub sole, czyli nic nowego pod słońcem,  tylko z pozoru wydaje się anachronizmem.

 

W roku obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości warto przypomnieć zapomnianą postać wybitnego polskiego intelektualisty, działacza niepodległościowego i socjalisty, członka m. in. w Związku Zagranicznym Socjalistów Polskich – Kazimierza Kelles-Krauza. Nie miejsce tu na jego obszerną biografię, w której znalazła by się konspiracyjna działalność z lat młodzieńczych, publicystyka w socjalistycznych krajowych i zagranicznych tytułach, studia i praca naukowa na ważnych europejskich uczelniach, wreszcie głoszony pogląd, że tylko robotnicy mają interes w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, bowiem wszystkie pozostałe klasy mogą być przekupione przez zaborców. W naukach społecznych, jako że opierał się na myśli marksistowskiej, jest obecnie pomijany, acz jego dorobek nie ma nic z ortodoksji, a sformułowane „prawo retrospekcji przewrotowej” wpisało się na stałe do rozważań myśli filozoficznej i socjologicznej.

 

Te ideały

Mówi ono – w największym skrócie – „Ideały, którymi wszelki ruch reformacyjny pragnie zastąpić istniejące normy społeczne, podobne są zawsze do norm z bardziej lub mniej oddalonej przeszłości”. Wspominam osobę i myśl Kelles-Krauza z uwagi na minioną rocznicę jego śmierci (zmarł mając 34 lata), również ze względu na poważne ubytki wiedzy, powszechne dziś lekceważenie bądź w niepamięć odrzucanie przeszłości, która wpływa na dzisiejszość i nadal kształtować będzie przyszłość.
Przykładów we wszystkich sferach naszego życia co nie miara.

 

Konflikt pomiędzy

spełnieniem uczuć łączących zakochanych, a obowiązującymi zwyczajami, normami prawa oraz innymi barierami jest znanym od wieków motywem literackim. Nabiera szczególnego znaczenia gdy dotyka współczesności, a w jeszcze większym stopniu, kiedy zderza się z wrogimi nam dekretami, nakazami, rozporządzeniami i ukazami o charakterze politycznym. Na takim właśnie tle wydarzeń minionej zimnej wojny z połowy lat 50. ubiegłego wieku zbudowany jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”. W pamięci mam zapisany podobny temat, przedstawiany z nadzwyczaj wielkim powodzeniem na ówczesnych radzieckich scenach teatralnych w minionych latach 70. „Warszawska melodia” Leonida Zorina z 1967 roku opisuje historię miłości Rosjanina i Polki studiującej w moskiewskim konserwatorium, której uwieńczeniem nie stanie się wymarzony ślub, bowiem w 1947 roku Stalin zabronił swoim obywatelom małżeństw z cudzoziemcami. Zakochani spotykają się w życiu jeszcze nie raz, ale finał ich znajomości wyznaczył dyktator. Dla ówczesnej radzieckiej widowni był ten spektakl, w ramach trwającej politycznej odwilży, pierwszym teatralnym przekazem prawdy o ludzkim losie naznaczonym niedawną polityką, ale w polskich realiach „Warszawska melodia” wielkiej kariery nie zrobiła, bowiem byliśmy o wiele bogatsi w wiedzę o daleko bardziej idących, porażających skutkach stalinizmu. Dość przypomnieć, że na początku lat 60. „Polityka” w masowym nakładzie drukowała w odcinkach łagierne opowiadanie Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.
Nie zmienia to oczywiście, oddalonych w czasie, acz powtarzających się jak mantra, dramatów Zuli i Wiktora oraz Heli i Witi, a także Wiery i Michała z „Małej Moskwy”.

 

Wracając do współczesności,

to Tomasz Lis widzi ją, jako koniec pewnego świata wartości i zasad. „Zastępuje go świat, w którym najważniejsze są interesy i siła. W pierwszym świecie relacje były regulowane przez porozumienia i kompromisy. W tym drugim określa je dominacja silniejszego”, a amerykański prezydent nie jest już liderem wolnego świata (Newsweek z 18.06.2018). Ta sentencja wprawia w głębokie zaniepokojenie, bowiem potwierdza, że Pan Redaktor wygłaszając bajkowe czyli propagandowe slogany, nie tylko mija się z prawdą ale nadto objawia podstawowy brak wiedzy historycznej i politologicznej.
Niestety, jak świat światem, zawsze tak bywało, że najważniejsze były w polityce rozliczne interesy, których osiągniecie zapewniała na ogół siła (oczywiście, że nie tylko zbrojna), zaś porozumienia i kompromisy wynikały z czasowej równowagi mocy przeciwników, bądź braku pewności zwycięstwa w ewentualnym konflikcie. Dobra wola, szacunek dla słabszego i inne takie to albo banialuki, albo marzenia do których być może nie wiedzie, nas na to oczekujących, żadna droga.
Pojęcie „wolny świat” zrodzone w okresie rywalizacji dwóch supermocarstw było niestety ówczesnym fake newsem, gdyż w tym wolnym świecie wiele milionów nie cieszyło się wcale wolnością, będąc pod dominacją USA i innych zachodnich mocarstw. Równie daleko było też do wolnego świata krajom obozu socjalistycznego. Dziś przytaczanie tego pojęcia odnawia podział na dobrych i złych, w miejsce uznania i akceptacji inności, oraz afirmację doktryny o niesieniu demokracji, często zresztą militarnymi środkami.

 

Ameryka najpierw

Trump poprzez hasło „America First” wcale nie odżegnał się od udziału w światowej polityce, potwierdza jedynie w praktyce nadrzędny wpływ na nią Stanów Zjednoczonych innym, niż poprzednicy, postępowaniem i dyplomatycznymi grami, ale w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Wyniki szczytu G-7 tak komentuje Lis: „Zamiast racji stanu – stan infantylizmu równie znaczący co kartka papieru, którą wymachiwał po powrocie z Monachium premier Chamberlain, zapewniając, że właśnie zapewnił światu pokój. Kartka Chamberlaina symbolizowała appeasement. Kartka ze szczytu – koniec pewnego świata.” Porównanie tamtego wydarzenia ze współczesnym stanem stosunków międzynarodowych jest nieadekwatne, bowiem tzw. „koniec pewnego świata” nie wróży przecież kolejnego globalnego konfliktu. Obecnie, poza żądnym kolejnych zamówień kompleksem przemysłowo-militarnym, wojskowymi marzącymi o awansach i orderach, politykami przykrywającymi straszeniem obywateli swoje błędy, a także armią propagandzistów z tego żyjących, nic realnie nie wskazuje na groźbę nowej światowej wojny
Autor omaszcza swoje dywagacje bliskimi wszystkim kibicom rozważaniami o piłkarskich mistrzostwach świata: „Rosja nie odegra zapewne wielkiej roli… Na piłkarskich mistrzostwach mamy szansę na całkiem dobre miejsce.” Aktualne wyniki to wyjście Rosjan z grupy i totalna klęska Polaków. Takie to są udane prognozy Pana Redaktora dotyczące i polityki, i sportu.

 

Przejść do ataku

proponuje w tym samym wydaniu Newsweeka Cezary Michalski, bo „Jeśli liberałowie nie potrafią podjąć odważnych politycznych decyzji zrobią to za nich wrogowie. Jeśli skapitulują przed prawicą i przed lewicowym populizmem, to walkowerem oddadzą polityczną scenę.” „Lewicowy populizm” powtarza się w tekście kilkukrotnie co świadczy albo o nierozróżnianiu pojęć „populizm” i „polityka prospołeczna”, które znaczą przecież coś zupełnie innego tak w swoich celach i osiąganych efektach, albo też stanowi dezawuowanie lewicowego programu, co równie dobrze mógłby autor zastąpić np. „postkomunistyczną lewicą”. Ale nie, bo zapewne dotyczyć ma to także, w intencji Michalskiego, programów Barbary Nowackiej i partii Razem.
Wyrażane apele pod adresem liberałów też budzą zdziwienie, bo mieli, abstrahując pod jakimi szyldami partyjnymi występowali, wiele szans i lat na to, aby podejmować odważne decyzje, z których, jak się okazało, wykluł się PiS w znanym nam powszechnie wydaniu.

 

Zaniki pamięci

Te zaniki pamięci z nie tak odległych czasów są drobiazgiem w porównaniu do zakończenia artykułu: „Tylko najszersze liberalne centrum [czytaj Platforma Obywatelska – Z.T.] – sięgające od Michała Kazimierza Ujazdowskiego na konserwatywnym skrzydle, aż po Danutę Hubner, Dariusza Rosatiego czy Bartosza Arłukowicza na skrzydle socjalliberalnym – ma szansę uratować demokrację w Polsce. Polskie mieszczaństwo, polska klasa średnia, czekają na wyrazisty język swoich reprezentantów i na ich odważne decyzje.”
Okazuje się więc, że linia programowa pisma zmierza skutecznie w kierunku przedziwnych wyobrażeń i przypowieści, przy których miesięcznik „Wróżka” jest wiarygodnym tytułem.

 

Wspomnienia i doświadczenia

z nieodległej przeszłości: okrucieństwo żołnierzy wyklętych mordujących sąsiadów na małopolskiej wsi, szanse nauki i wyższego wykształcenia jaki dał nowy ustrój chłopskiemu synowi, wreszcie oświatowa działalność i przychylna ludziom wiceprezydentura, nie zapominając o pasji ważnego działacza związku piłkarskiego, zawarły się w godnej, mądrej, wspaniałej postaci Jana Nowaka. W ten miniony, gorący emocjami Mundialu i nadspodziewanie wysoką temperaturą dzień, żegnaliśmy Janka (żył 90 lat) – jednego z nas ludzi lewicy – na krakowskim cmentarzu.

„Cie choroba”

Media nie tak dawno rozpisywały się o chorobie Prezesa. Fakt, jakiś czas nie było widać Prezesa w mediach i w publicznych wystąpieniach, no a co ważne nie był też na oddaniu do użytku, czyli odsłonięciu pomnika jego skądinąd słynnego brata.

 

Domysły, co do rodzaju choroby były różne, ale przeważał domysł choroby kolana, choć nie było żadnego oficjalnego komunikatu co do choroby i jej rodzaju. Cóż w pewnym wieku kolana i inne stawy bolą, szczególnie tym, co to w latach młodych nie żłopali mleka. Tak czy siak, choroba była, był szpital, było wyjście ze szpitala, co wścibskie, a nieprzychylne Prezesowi media wyniuchały, a teraz to chyba jakaś rehabilitacja czy inna rekonwalescencja trwa, choć oficjalnie nic nie wiadomo. Też nie wiadomo, czy już po tej chorobie, czy jest jakieś zwolnienie lekarskie i w ogóle, wszystko tajne jakieś. A sprawa chyba była poważna, bo i zaczęto w niektórych kręgach na wszelki wypadek, dzielić skórę na niedźwiedziu, czyli typować następcę Prezesa wśród potencjalnych kandydatów, co było dość zabawne w swej wymowie.

 

Cóż Prezes, nie Prezes,

jak każdemu trzeba życzyć zdrowia, czy też powrotu do zdrowia i tyle. Ale co innego w tym jest istotne.
Bo to nie wiadomo, a przynajmniej dla ogółu, co to za choroba, czy pacjent to pracownik, który to opłaca wszystkie składki i ubezpieczenia, czy może to emeryt, który prawie nic nie płaci, czy też tzw. poseł etatowy, czy kim tam jeszcze jest. Nie mówiąc już o takich drobiazgach, czy był u lekarza pierwszego kontaktu, czy dostał skierowanie na leczenia, no i czy czekał w kolejce do lekarzy, w kolejce do szpitala, nie mówiąc o takich tam duperelach jak to, jak się do tego szpitala udał; piechotą, tramwajem, taxi, czy limuzyną rządową, no a jeśli tak, to dlaczego?

 

Lekarz politycznego kontaktu

No, a co najistotniejsze w tym wszystkim, to w jakim to szpitalu pacjent był, czy to był szpital normalny dla ludu pracującego miast i wsi, czy w szpitalu dla wybranych, z czym to ta opcja podobno związkowa, a teraz nam panująca tak walczyła zaciekle z tzw. komuną?

 

Kabaret

Tak czy owak, wszystko to razem nadaje się do mistrzowskiego przedstawienia, przez mistrzów prześmiewców, satyryków, jak ten który, nomen omen, prezentował właśnie „Cie choroba”, ale już takich dzisiaj nie ma, nie licząc kilku błaznów przy dworze. Co ciekawe, od pewnego czasu, tak w zasadzie to dzisiaj nie ma u nas czasopism satyrycznych. Nie ma, bo teraz, po zmianach i dobrej zmianie, to życie stało się satyrą. Cie choroba.

Kłamstwo wyborcze(j)

Paweł Wroński, w Gazecie Wyborczej, opisując dokonania ministrów obecnego rządu, a w tym dorobek byłego ministra Jurgiela, tego od rolnictwa, napisał: …stadniny koni w Janowie Podlaskim nie udało się zniszczyć ani hitlerowcom, ani komunistom… Udało się to dopiero ministrowi Jurgielowi. Można powiedzieć, Wyborcza bardzo często mijała się z prawdą pisząc o PRL, robiła to celowo i uznać to należy za normę. Sprawa jest jednak głębsza. Media liberalne atakują media rządowo-reżimowe, czyli też prawicowe, że te kłamią na zamówienie rządzących. Dlaczego kłamie redaktor Wroński? Bo jak pisze o PRL musi kłamać, ma to w genach.
Prawda jest taka, że owi komuniści ściągnęli resztki koni do Janowa, które hitlerowcy wywieźli do Niemiec i przez dziesiątki lat odbudowywali stado i obiekty stadniny. Wystarczyło zajrzeć do Internetu i tam wszystko jest napisane. Red. Wroński uznał, że stadnina ostała się tylko dlatego, że komunistom nie udało się jej zniszczyć. Walka dwóch skłóconych frakcji post styropianowych toczy się teraz na śmierć i życie, kiedy jednak przychodzi do opisu czasów PRL strony są zgodne w ocenie tamtych czasów. Red. Wroński potwierdził to dosadnie. I jak tu nie być symetrystą. Owi kłamcy mają pretensje, że SLD nie chce związywać antypisowskiej koalicji z PO czy kimś tam. Plują nam w twarz i mówią: chodźcie z nami. Dokąd?