Atak na Amerykę

To jest napad na nasz kraj, to atak!” – przekonywał amerykański prezydent Donald Trump w śmiertelnej ciszy na przedwyborczym mityngu w Teksasie, żeby zaraz – wśród owacji – zapewnić, że na jego rozkaz armia zapewni happy end temu horrorowi. „Napad” to kilka tysięcy emigrantów z Hondurasu idących pieszo w kierunku USA. Mają jeszcze dwa i pół tysiąca kilometrów do przejścia, więc na razie trwa faza narastającej grozy. Chodzi o spisek przeciw Trumpowi, czyli przeciw Ameryce.

 

Jeśli wierzyć prezydentowi i mediom, które go popierają, „karawana migrantów” to ohydna podziemna robota Partii Demokratycznej, Sorosa, Państwa Islamskiego i Wenezueli. To nie żarty. Na kolejnym mityngu prezydent USA mówił o „zagrożeniu terrorystycznym” ze strony „karawany”, gdyż „są w niej osoby pochodzące z Bliskiego Wschodu”, a przecież Amerykanom wiadomo, że mają one monopol na terroryzm. Nazajutrz wiceprezydent Mike Pence ciągnął ten wątek mówiąc, że to „niepojęte, że są” tam takie osoby, „ale są”. Dodał od siebie, że rozmawiał z prezydentem Hondurasu Juanem Orlando Hernandezem, któremu Amerykanie pomogli zdobyć i utrzymać to stanowisko: „ujawnił ” on, że pochód migrantów to sprawka „lokalnych lewaków finansowanych przez Wenezuelę”, która chce „zagrozić amerykańskiej suwerenności”.

Trump mówi o terrorystach i gangsterach, ale na każdym mityngu sugeruje przede wszystkim, że to jednak konkurencja, amerykańscy demokraci, właściwie zdrajcy ojczyzny, zorganizowali tę „inwazję” z Hondurasu. W ten sposób mieli mu zafundować główny temat jego kampanii, na którym surfuje w oczekiwaniu na sukces, choćby w Senacie, jeśli z Izbą Reprezentantów się nie uda. Posunął się nawet do groźby strzelania do honduraskiego pochodu, gdyby ktoś rzucał kamieniami w dzielnych amerykańskich żołnierzy. Obiecał, że wyśle na meksykańską granicę więcej wojska, niż jest go w Afganistanie, czyli to nie przelewki. Czy US Army, która już rozpoczęła operację „Wierny patriota”, odeprze atak czterotysięcznej, zmordowanej biedoty, w większości kobiet i dzieci? Krytycy jego dyskursu zwracają uwagę, że ogłaszając przyszłe wielkie zwycięstwo psuje jednocześnie suspens…

 

Amerykańskie marzenie

23-letnia Marisol Hernandez w zaawansowanej ciąży kuleje idąc po rozpalonym asfalcie drogi w południowomeksykańskim stanie Chiapas. Operator kamery robi zbliżenie na jej zakrwawione stopy. Wyruszyła jak inni 13 października z San Pedro Sula, milionowego miasta na północy Hondurasu. Mówi, że dwa miesiące temu gang zastrzelił jej męża murarza. Nie mogła już wyżywić swych dwojga małych dzieci, zostawiła je swojej matce i chce, by jej trzeci syn był Amerykaninem. Marzy, że „wykształci się, będzie mówił po angielsku i zostanie informatykiem”. Po chwili dodaje, że myśli o rezygnacji z dalszego marszu. Tęskni za dziećmi. „Myślę, że ani ja, ani dziecko nie wytrzymamy tego dłużej.” Od tygodni, podobnie jak ok. pół setki innych ciężarnych, śpi na ziemi, na kartonach, w parkach, na wiejskich boiskach, czasem w kościołach. Z siedmiu tysięcy, które wyruszyły z Hondurasu, ponad trzy tysiące już zawróciły.

Gdy Trump dowiedział się z telewizji o matkach, które chcą urodzić w Stanach, zapowiedział, że dekretem zniesie amerykańskie prawo ziemi, bo przyznawanie obywatelstwa tym, którzy urodzili się w jego kraju wydaje mu się „aberracją”. Ktoś mu uświadomił, że dekretem tego załatwić się nie da, ale do ostatniego mityngu mówił o tym, jakby imperium amerykańskie miało upaść z powodu groźnych noworodków. Poza tym w „karawanie” pozostaje ok. półtora tysiąca dzieci. Na trasie ludzie ofiarowują idącym rodzinom wodę, mleko, pieluchy, ale najmłodsi coraz gorzej znoszą tę wędrówkę.

To zresztą dotyczy wszystkich. Międzynarodowa organizacja pozarządowa Narody bez Granic, która ze względów bezpieczeństwa poradziła im emigrację raczej w grupie zamiast pojedynczo lub rodzinami, pierwszy taki marsz zorganizowała wiosną, pod bardziej adekwatną nazwą „droga krzyżowa migrantów”. Wtedy do Stanów dotarła tylko garstka idących i została odepchnięta od granicy. Ci, którzy uciekali wtedy przed skrajną przemocą i biedą Hondurasu przewidują, że tym razem będzie tak samo.

 

Eksport przestępczości

W Polsce mało wiemy o krajach środkowej Ameryki. Honduras i sąsiedni Salwador wtargnęły do szerszej świadomości dzięki Wojnie futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego. Tamten krótki, groteskowo-tragiczny konflikt z 1969 r. między dwiema stereotypowymi bananowi republikami, regularnie wstrząsanymi zamachami stanu (w Hondurasie ostatni, na tradycyjne zlecenie Amerykanów, miał miejsce w 2009 r., by usunąć niespodziewanie lewicującego prezydenta), utrwalił się w ten sposób, że oba kraje od lat 90. wymieniają się pierwszym miejscem na świecie pod względem liczby zabójstw per capita. Ówczesny prezydent Bill Clinton wpadł na pomysł, by deportować skazanych, latynoskich „żołnierzy” amerykańskich gangów, jeśli urodzili się lub mieli rodziców w tych krajach. W Hondurasie znalazło się trzy tysiące gangsterów. Mówili po angielsku i nosili Nike’i, jak w amerykańskich teledyskach. Bezrobotna młodzież poszła za nimi.

Dziś San Pedro Sula, jeśli pozostać przy tym przykładzie, jest ściśle podzielone między pięć ultra-przemocowych gangów („maras”). Można tu zarobić dziurę w głowie za zbyt długie spojrzenie lub kolor butów, więc najbardziej lukratywne są przedsiębiorstwa pogrzebowe, choć większość zabitych kończy na cmentarzach nielegalnych, należących do gangów, gdzie nikt trumien nie używa. Policja, co najmniej w połowie przekupiona, wszczyna śledztwo w sprawie co dziesiątego zabójstwa. Prasa zajmuje się tym rzadko, chyba, że ginie ktoś znany, jak Miss Hondurasu, która przed odlotem na wybory Miss Świata stanęła w obronie siostry oskarżonej przez narzeczonego z gangu o jeden taniec z obcym. Obie znaleziono martwe w nadrzecznym piachu. Miss Hondurasu zginęła od dwóch kul w plecy. Zmieniają się tylko mody inspirowane scenariuszami amerykańskich horrorów: w gangsterskich porachunkach nie wysyła się już rodzinom odciętych głów zabitych, lecz tylko ich twarze, pieczołowicie zdarte z czaszek, lub całą skórę, wysyłaną stopniowo, co parę dni.

 

Nagły socjal

W Hondurasie prawie 70 proc. ludności żyje poniżej lokalnej granicy biedy. Na wsi jedna czwarta nawet poniżej progu ekstremalnego ubóstwa (nędzy). Amerykanie od zawsze traktowali ten kraj, teoretycznie niepodległy od 1821 r., jako zasób prawie darmowej siły roboczej dla swoich koncernów kawowo-bananowych i instalowali tam rządy, które pilnowały tego porządku. Obecny prezydent, którego rodzina – jak wynika z procesów gangów w Nowym Jorku – od lat współpracuje z lokalnymi kartelami przemytniczymi (przez Honduras biegnie szlak przemytu do USA kolumbijskiej kokainy), wystraszony groźbami Trumpa, wystąpił z nieoczekiwaną ofertą do uciekających w „karawanie”. Ogłosił program socjalny „wart 27 milionów dolarów” pod nazwą „bezpieczny powrót”: wszyscy mają dostać pracę, mieszkania lub kawałek ziemi, stypendia szkolne, tanie kredyty… byle wrócili.

Trump wygrażał też Meksykowi, ale odchodząca obecna administracja nie zgodziła się na siłowe zatrzymanie „karawany” – „Nie będziemy wykonywać czarnej roboty dla Stanów” – mówił zirytowany szef meksykańskiej dyplomacji Jorge Castaneda. Władze meksykańskie najpierw zamknęły granicę, a potem przepuściły ludzi zgromadzonych na granicznym moście między Gwatemalą a Meksykiem, bo lały się na nich strugi deszczu. Zresztą część emigrantów przekroczyła graniczną rzekę Suchiate wpław lub na tratwach z nadmuchanych opon. Groźby Trumpa zrobiły jednak pewne wrażenie – Meksyk ogłosił plan „Jesteś w swoim domu” proponując wszystkim ubezpieczenie zdrowotne, pozwolenie na kształcenie dzieci i pracę, byleby poprosili o azyl na miejscu i nie narażali imperium na wdrożenie wojskowej operacji „Wierny patriota”.

 

Odpowiedź siły

Pierwszą groźbą Trumpa było „zawieszenie” amerykańskiej pomocy finansowej dla Hondurasu, ostatnio 180 milionów dolarów rocznie. Nawet przy skromnym państwowym budżecie w wysokości 10 miliardów to niewiele, a prawie wszystko szło na finansowanie sił specjalnych do walki z gangami, co miało być sposobem na ominięcie skorumpowanej policji. Żaden program socjalny Amerykanom nie przyszedł do głowy, więc do przemocy kryminalistów doszła bezlitosna i niejednokrotnie równie ślepa przemoc owych szwadronów śmierci. To nie zatrzymało, lecz jeszcze zwiększyło emigrację.

Takich programów próbowały ugrupowania lewicowe we współpracy z Kościołem katolickim, ale to za mało. Biskup z San Pedro Sula Romulo Emiliani, jeden z miejscowych dinozaurów teologii wyzwolenia, przez 10 lat prowadził program wyciągania z gangów młodzieży. Owszem, pracownicy socjalni odnosili sukcesy, wielu młodych, a nawet starszych udało się wyprowadzić z przedsiębiorstw zbrodni, lecz program zakończono. Przyczyna? Wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy odeszli z gangów, zostali zabici, najdalej po siedmiu latach (bo gangów nie można opuszczać). Państwo jest tak przeżarte korupcją, że nie można nań liczyć, jeśli chodzi o jakieś skuteczne programy społeczne. Demokracja niby jest, ale obecny „amerykański” prezydent Hondurasu nie zostałby nim, gdyby nie oszustwa wyborcze.

 

Polityka i chłód

W wywiadzie dla „Democracy Now” Noam Chomsky nazwał trumpowską militaryzację polityki imigracyjnej „niebywałą farsą”, choć wielu ludzi to doskonale wie, może nawet sam Trump. Podkreślił, że składająca się z biedoty „karawana” pochodzi z krajów zdominowanych przez Stany Zjednoczone od lat. Przypomniał, że wojny Ronalda Reagana w latach 80. zdewastowały Gwatemalę, Salwador i Honduras, że kiedy wojskowy zamach stanu w Hondurasie z 2009 r. odsunął reformatorskiego prezydenta Zelayę, cały kontynent to potępił, oprócz USA.

Czy wzniecony strach przed „inwazją” przyniesie wyborczy sukces Trumpowi? (Dziś już wiadomo, że nieszczególnie – „DT”)Czoło „karawany”, które dotarło dziś do stolicy Meksyku, głównie kobiety i dzieci przewiezione z niedalekiego miasta ciężarówkami, ma inne problemy na głowie. Noce zrobiły się zimne i ludzie zaczęli chorować. Jeszcze w Gwatemali porzucili swoje bagaże, by lżej było iść, mają najwyżej kilka letnich rzeczy na zmianę. Granicę Meksyku przekroczyła tymczasem druga, ok. dwutysięczna „karawana” emigrantów z Salwadoru i Hondurasu. Tym razem Meksykanie z Chiapas nie wyszli tłumnie, by dawać im wodę i żywność.

Plan M – w poniedziałek

Gdy w piątkowy poranek weekendowe wydanie Trybuny docierało do kiosków, przywódcy państw Unii Europejskiej właśnie kładli się spać po nieprzespanej nocy. Targi i spory dotyczące imigrantów zajęły im całą noc. W piątek media odtrąbiły sukces szczytu i zakończenie ciągnącego się od trzech lat kryzysu migracyjnego. Czy rzeczywiście był to sukces? I czyj sukces?

 

Słowo „sukces” było bardzo potrzebne wielu politykom europejskim. Przede wszystkim tym nastawionym wrogo do migrantów. Włoski premier stwierdził, że Włochy nie są już same. Miał zapewne na myśli zakaz cumowania do brzegów Italii statków z wyłowionymi z morza Afrykanami. Zadowolona była Angela Merkel. Bez odtrąbienia „sukcesu” nie było pewności czy sklecony z takim trudem niemiecki rząd, nie upadnie. No i szczęśliwi byli premierzy Węgier i Polski, Viktor Orbán i Mateusz Morawiecki. Ich twarde „nie” dla przyjęcia choćby jednego uchodźcy, również z terenów objętych wojną, od piątku stało się zgodne z prawem obowiązującym w całej Unii.

Szefowie uczestniczący w szczycie Rady Europejskiej zadecydowali o rezygnacji z tak zwanych „obowiązkowych kwot”. Czyli próby rozładowania skupisk uchodźców w Grecji, Włoszech i Hiszpanii. Zakończył się więc bój o 8 do 10 tysięcy uchodźców, które w 2015 roku premier Ewa Kopacz zgodziła się przyjąć w Polsce. Okazało się, że niestety wygrał Kaczyński, mówiący o chorobach, wirusach i bombach roznoszonych przez migrantów. A nie Ci, którzy powoływali się na solidarność społeczeństw państw Unii Europejskiej.

Co w zamian? Unia ma sfinansować sieć obozów na terenie Włoch, Grecji i Hiszpanii. Na razie jest to tylko luźna zapowiedź. Nie wiadomo jak takie obozy miałyby wyglądać. I jaka byłaby przyszłość ich mieszkańców. Zgodzono się również na tworzenie obozów poza granicami Unii Europejskiej, najpewniej w Afryce Północnej. Tam miałby docierać statki organizacji humanitarnych z rozbitkami. Dimitris Awramopulos, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa w Komisji Europejskiej, zapewnia co prawda, że zamysłem Unii nie jest stworzenie europejskiego modelu Guantánamo. Ale portal Onet.pl zwraca uwagę na złowieszczo brzmiącą (zwłaszcza w Polsce) nazwę takich ośrodków. Disembarkation platforms – to w dosłownym tłumaczeniu „platformy rozładunku”. Owe „platformy rozładunku” to póki co tylko mglista koncepcja. Władza urzędników brukselskich nie sięga do Afryki, a jak wiadomo: „do tanga trzeba dwojga”.

Uzgodniono, że przyjmowanie uchodźców będzie autonomiczną decyzją każdego unijnego państwa. A więc deklaracja rządzącej w Polsce prawicy, że Polska nie przyjmie żadnego uchodźcy nie może być od piątku przedmiotem krytyki ze strony Unii.

Co prawda Polskę, Węgry i Czechy zelektryzowała sobotnia deklaracja kanclerz Angeli Merkel, że te trzy państwa znalazły się w gronie 14 krajów członkowskich Unii, które na szczycie zadeklarowały przyjęcie imigrantów znajdujących się obecnie na terenie Niemiec. Przedstawiciele Polski, Węgier i Czech natychmiast zdementowali słowa Pani Kanclerz. Ale po piątkowym „sukcesie” takie deklaracje i tak nic nie znaczą.

Konkluzje po szczycie? Sukces – na potrzeby coraz liczniejszych wyborców przeciwnych obecności migrantów w Europie. I pat – w znalezieniu konstruktywnych propozycji składających się na politykę migracyjną Unii Europejskiej.

68,5 mln uchodźców

Urząd Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców podał wiadomość o liczbie uchodźców, którzy w 2017 roku zmuszeni byli opuścić swoje domy z powodu konfliktów zbrojnych lub prześladowań. Było ich aż 68,5 miliona.

 

Wysoki Komisarz ds. Uchodźców (UNHCR) zwrócił uwagę, że to już piąty rok z rzędu, kiedy ta liczba wzrasta – i tym samym stanowi nowy, niechlubny rekord. W dodatku połowę uciekinierów stanowią dzieci. Na świecie w ubiegłym roku tylko oficjalnie odnotowano pojawienie się 16,2 miliona przesiedleńców (daje to 44 tys. dziennie i 31 osób co minutę).

„Uchodźcy, którzy uciekli ze swych krajów przed konfliktami i prześladowaniem, stanowią 25,4 mln z 68,5 mln przesiedleńców, czyli o 2,9 mln więcej niż w roku 2016. Jest to także największy wzrost odnotowany przez UNHCR w jednym roku” – czytamy w dokumencie. – ”Liczba osób ubiegających się o azyl, czyli tych, które wciąż oczekują na status uchodźcy pod koniec 2017 r. wzrosła o ok. 300 tys. do 3,1 mln. 40 milionów osób to osoby przesiedlone w obrębie swych krajów i liczba ta zmniejszyła się bardzo nieznacznie w porównaniu z rokiem 2016”.

– Znajdujemy się w decydującym momencie, kiedy odpowiednia reakcja na przymusowe przesiedlenia na całym świecie wymaga nowego i bardziej kompleksowego podejścia tak, by poszczególne kraje i społeczności nie były pozostawione samym sobie w tych sytuacjach – powiedział na konferencji prasowej Wysoki Komisarz Filippo Grandi.

Skąd uciekają ludzie? Ranking przedstawia się następująco: Syria, Afganistan, Sudan Południowy, Birma i Somalia – to kraje będące w zainteresowaniu UNHCR, spośród których pochodzi najwięcej ubiegłorocznych uchodźców (ponad 19 mln). Natomiast do osobnej kategorii wrzucono Palestynę, będącą pod opieką UNWRA (aż 5,4 mln).

Uchodźców wewnętrznych również najwięcej ma Syria. Później: Kolumbia, Demokratyczna Republika Konga i Afganistan.

Co ciekawe, raport pokazuje pewien trend, który może być dla opinii publicznej zaskoczeniem: 85 procent uchodźców ucieka do krajów rozwijających się, również na półkuli południowej, tymczasem „powszechne jest przekonanie, że osoby wygnane na całym świecie znajdują się głównie w krajach półkuli północnej”.

Imigracja czy wędrówki ludów?

Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno.

 

Temat sam w sobie jest niezwykle frapujący, zwłaszcza, że w powszechnej świadomości „wędrówki ludów” funkcjonują jako pradawny mit. Ale to nie mit, lecz fakt.

Fakty i mity

Podobnie jak nazwa „Polska”, która wywodzi się od wschodniosłowiańskiego plemienia Polan (plemię to nie rezydowało na dzisiejszym Mazowszu, lecz zasiedlało obszar na północ od Kijowa).
Nazwa „sarmatyzm” też nie jest mitologiczna – pochodzi od znakomitych wojowniczych jeźdźców z terenów na wschód od Turcji. Znaki herbowe polskich rodów rycerskich są takie same, jak znaki plemion z tamtego obszaru – można sprawdzić to w „Europie” Normana Daviesa.
Pradawna historia wojen Hetytów (lud zasiedlający tereny dzisiejszej Anatolii) z faraonem Ramzesem – to element kolejnej wielkiej układanki geograficznej, potwierdzającej, że wędrówki ludów naprawdę miały miejsce. Pierwsze słowo, które dało się odczytać w hetyckim i stanowiło poniekąd klucz do rozszyfrowania tego języka to „watar” – woda.

Anglosaskie „water” i „Wasser” to przecież formy tego samego słowa. Nie używały ich plemiona haszemickie, a pragermańskie – –jak więc wyjaśnić to inaczej niż właśnie wędrówką ludów?
Jeżeli więc w dziejach takie migracje od zawsze były normą – czemu nie miałyby odbywać się i teraz?

My Słowianie

Taka na przykład braterska słowiańska Bułgaria. Niewielu wie, że jest tylko słowiańska z nazwy, ale już jej ludność to w większości etniczni, choć zeslawizowani Turcy. Jak to możliwe? Do istniejącego państwa słowiańskiego migrowały grupy ludności tureckiej i przyswajały stopniowo miejscową kulturę oraz religię. Wtapiały się owe grupy w jeden słowiański naród. Z czasem sumarycznie imigranci przewyższyli ludność rodzimą, ale nikt się nawet nad tym nie zastanawia. Wszyscy czują się spadkobiercami historycznego, wielkiego, słowiańskiego państwa Bułgarów. Tak, więc konkluzja jest oczywista: migracje, mniejsze i większe, były od zawsze. Współcześnie przychodzą pod postacią dokładnie takich samych fal – raz silniejszych, a raz słabszych.

Czy w takim razie migracje są groźne?

Wszystko zależy od formy i nasilenia fal imigracyjnych. Gdy tak jak np. w Bułgarii czy USA napływ jest stopniowy, a środowisko przyrodniczo-ekonomiczne nie jest przeciążone; gdy prymat miejscowego społeczeństwa niejako wymusza proces kulturowego dostosowania – wówczas nic niepokojącego się nie dzieje. Natomiast, gdy imigracja jest masowa, a na dodatek, jeżeli imigranci posiadają kulturę i religię wrogo nastawioną do adaptacji, wtedy dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.

Żydzi, naród o względnie wysoko rozwiniętej kulturze własnej, nie integrował się z kulturą gospodarzy, kiedy przyszło mu żyć w innych państwach. To się na nich mściło. Gdy rodził się kryzys, takie niezasymilowane grupy padały ofiarą ataków (np. w XIII wieku w Londynie, w Dreźnie w 1525, a także w Hiszpanii, skąd ich ostatecznie wygnano). To zdaje się ironią losu, że mówią o sobie „naród wybrany” – bo jeśli Bóg ich wybrał, to do tego, by byli ciągle prześladowani.

Dziś na świecie kultura żydowska nikogo nie razi i nie skłania do prześladowań. To z pewnością zasługa m.in. nieuniknionego zeświecczenia wielu krajów. Polska niestety nadal nie dała rady oddzielić się od kościoła, ale do kościoła uczęszcza nad Wisłą już tylko ok. 38 proc. obywateli.

Czy w takim razie mamy akceptować imigrację, jako konieczność dziejową?

Tak i nie. Nie możemy zachęcać do przybycia milionów uchodźców, płacąc im wysoki socjal jak w Niemczech. Pomagać należy przede wszystkim tam daleko, organizować obozy przejściowe na miejscu. Daleka emigracja nie powinna być regułą nie powinna się opłacać, gdy kończy się konflikt uchodźcy powinni wracać do siebie.
Problemy rodzą się daleko i tam powinny być rozwiązywane, zaś brak łatwej perspektywy migracyjnej musi zachęcać dalekie państwa i ludy do poważnego traktowania problemów demografii.

Musimy starać się zachować proporcje napływu migrantów w rozsądnych granicach

Musimy też zwracać uwagę na to, jacy migranci do nas masowo przybywają. Arabowie niewątpliwie zostali stworzeni przez tego samego Boga, jak wszyscy inni ludzie. Wbrew twierdzeniu znanego Proroka z Lechistanu nie są „nosicielami zarazków” ani ameb w większych ilościach niż statystyczni Polacy.

Problem pojawia się zupełnie gdzie indziej: jeżeli obcy przybędą tu masowo w krótkim czasie, to przykładowo, ponieważ islam jest wrogi do katolicyzmu, to wtedy mamy gotową receptę konfliktów.

Problemem we Francji stało się utworzenie muzułmańskich gett. Po przegranej wojnie w Algierii z dnia na dzień nad Loarę napłynęło wielu muzułmanów. W paryskich i brukselskich gettach asymilacja prawie nie postępuje.

Muzułmanie wykształceni w Polsce nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Są wychowani w tradycji muzułmańskiej, ale jednak, jako ludzie już zasymilowani i nierzadko świetnie wykształceni – nie odczuwają więzi z islamem ortodoksyjnym. Polscy Tatarzy też są przecież składnikiem naszej kultury.

Weźmy takiego na przykład znanego i niewątpliwie wykształconego Żyda – Jerzego Urbana. On nie jest dla mnie – mazowieckiego buraka – groźny ani trochę.

Prawdziwy problem to narastająca fala masowej imigracji, której nikt nie będzie w stanie kontrolować

Problem to nie milion uchodźców, jednorazowo przyjętych przez kanclerz Merkel. Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa,”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno. Problem przyszłości to potężne zmiany klimatyczne, powodowane w dużej mierze przez państwa północy.

Spalane na masowa skalę węglowodory niewątpliwie podnoszą temperaturę i zakwaszają oceany. Strefy opadów przemieszczają się, gdy w Sahelu kozy wygryzają wraz z resztkami trawy ostatnie korzonki. Nie pomoże fakt, że po roku albo dwóch wrócą deszcze – Sahara nieubłaganie przesuwa się na południe.

W krajach takich jak Niger słabe opady tylko raz na pięć lat pozwalają na wyżywienie ludności, przez pozostałe lata przejada ona dary i import. W Afryce są już całe wielotysięczne miasta uchodźców utrzymywane przez ONZ, a mieszkańcy nigdy już ich nie opuszczą, bo nie ma dla nich powrotu w rodzinne strony. Szybki przyrost naturalny w takim mieście uchodźców przy ubogim, lecz regularnym żywieniu – powoduje powstawanie bomb ludnościowych.

Deklaracje, że bogata Ameryka czy Europa im pomoże, są gołosłowne. Ta ad hoc pomoc na dłuższą metę tak naprawdę jedynie utrwala status quo.

Pomoc musi być obwarowana warunkami

Co to znaczy? Ano to, że my – biali, byli kolonizatorzy, boimy się powiedzieć, iż problemem tak u nich, jak i u nas, jest kwestia przyrostu demograficznego. Ktoś powie, „ale jak to u nas? W Europie nie ma przeludnienia”. Tylko, że to nieprawda.

Nie tylko w tak zwanym trzecim świecie występuje to zjawisko, ono tli się również na północy. Tylko, że my wcześniej zdołaliśmy wcześniej „wynaleźć ogień”: dziś stosujemy sztuczne nawozy na przemysłową skalę, wprowadziliśmy mechanizację i nowoczesne przetwórstwo. Mamy chwilowo potężne nadwyżki żywności. Chwilowo – bo np. zasobów węgla starczy nam tylko na kilkadziesiąt lat, zaś energia odnawialna nie jest tania i łatwo dostępna. Musimy czy chcemy czy nie ograniczyć zużycie węglowodorów. Istnieje bariera nasycenia atmosfery dwutlenkiem węgla. Gdy moje wnuki osiągną wiek emerytalny, prawdopodobnie trzeba będzie wrócić do ubogiego hreczkosiejstwa naszych dziadków. I wtedy koło się zatoczy – problem przeludnienia u nas powróci.

Pomagać z głową

W Afryce pomoc powinna być warunkowana wyraźną zachętą do ograniczenia przyrostu naturalnego. Misjonarze katoliccy z całą swoją staro plemienną ideologią naturalnego rozmnażania nie powinni wchodzić w rolę filozofów rozwoju. Cała filozofia chrześcijaństwa zasadza się na tradycji staro plemiennego maksymalnego mnożenia się, w pomroce tysiącleci wrogie ludne plemiona niszczyły słabsze. Tylko Chinom udało się zrównoważyć rozwój kraju, dlatego, że wprowadziły „politykę jednego dziecka” – a i tak muszą mierzyć się z wieloma wyzwaniami, ekologicznymi.

Gdy podczas mojego pobytu w Rwandzie Jan Paweł II wygłosił pochwałę rozrodczości – przemawiający po nim prezydent Habyarimana głośno stwierdził, że się z nim nie zgadza, czym wywołał publiczny skandal. Ironią losu było to, że wkrótce po tym on i jego samolot został zniszczony prawdziwą – nie smoleńską – rakietą, a w odwecie mniejszościowe plemię Wa Tutsich zostało zmasakrowane.

A wniosek z tego płynie następujący: jeśli Europa stara się pomagać Afryce, nie może utrwalać jej starych problemów, tylko je rozwiązywać, problemy stałe się niestety globalne, i tylko globalne podejście może coś dać. Ten mój felietonik niczego nie rozwiązuje, ale aby cośkolwiek zrobić musimy się zastanowić wspólnie gdzie my jesteśmy. Na razie jedynie Chinom udaje się trzymać demografię w ryzach. Powinniśmy zrozumieć, że to podejście Chińczyków należy upowszechniać w innych miejscach świata. Jak to implementować to inny wielki problem. Inaczej nie możemy nazywać się ludźmi rozumnymi.