Szantaż będzie główną narracją WYWIAD

„Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit”. Z doktorem Markiem Migalskim, politologiem, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK MIGALSKI: Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Nie było strategiczne, nie wyznaczyło nowych kierunków, ono było interesujące z jednego chyba tylko powodu; prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycje, że PiS szykuje nam Polexit. Ten sam element znalazł się zresztą w wypowiedzi premiera Morawieckiego. Wnoszę stąd, że ten argument opozycji wydaje się skuteczny. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u. Całkowicie zgadzam się też z pani opinią, że głównym aktorem tej konwencji był premier Morawiecki, zatem to jest pomysł PiS-u na kampanię.
Nawet w spocie zaprezentowanym podczas konwencji bardzo charakterystyczne jest to, że nie pojawia się inny polityk niż premier Morawiecki i to kilkanaście razy. Wnioskuję z tego, że kampania samorządowa będzie oparta na premierze, a nie prezesie Kaczyńskim czy innych kandydatach. Oczywiście lokalnie kampanie będą oparte na swoich kandydatach, jednak ta ogólnopolska będzie oparta na premierze.
Z tym wiąże się kolejna sprawa. Proszę zauważyć, że i z ust premiera, i prezesa pojawiło się powtórzenie tego szantażu, który wcześniej został sformułowany m.in. przez Tomasza Porębę czy innych polityków, choć wtedy wydawał się dość przypadkowy. Dziś wiemy, że nie, że te samorządy, w których zwyciężą kandydaci PiS-u, będą dofinansowane z budżetu państwa. Te, które okażą się opozycyjne, mogą zostać za to ukarane. Oczywiście obaj – premier i prezes – mówili to dość zawoalowanie, ale widać, że to będzie główna narracja tej kampanii.

 

To chwyt poniżej pasa?

Gdyby pani zapytała etyka, pewnie on znalazłby na to tylko najostrzejsze słowa. Politolog, oprócz tego, że może wyrazić swoje oburzenie, to musi przyznać, że to może być skuteczne. Czy ten „chwyt poniżej pasa” skłoni wyborców do postąpienia tak, jak ten komunikat i szantaż brzmi, tego nie wiem. Opozycja znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji, bo ten chwyt jest tyleż podły, co może okazać się skuteczny.
Opozycja powinna próbować uświadomić wyborcom, że ten szantaż może być skuteczny tylko wtedy, kiedy PiS zwycięży w wyborach parlamentarnych, a tak przecież nie musi się stać.
Wtedy efekt może być odwrotny, bo ta broń jest obosieczna; może się okazać, że nowa władza, która odsunie PiS od rządzenia, może zachować się równie brutalnie jak dziś partia Jarosława Kaczyńskiego.

 

Wróćmy do wątku europejskiego. Czy to znaczy, że słowa Jarosława Gowina o możliwym nieuznaniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, które zapoczątkowały dyskusję o Polexicie, mogły nie być uzgodnione z Nowogrodzką?

Jestem przekonany, że ta wypowiedź Gowina była charakterystycznym dla niego „strzelaniem z automatu” po wszystkich, bez uzgodnienia z Kaczyńskim. Jarosław Gowin ma taką tendencję do mówienia rzeczy, które ściągają nie tylko na niego, ale i cały obóz polityczny kłopoty. To zresztą bardzo szybko wyczuła opozycja, bo gdyby tak nie było, to byśmy dziś jeszcze o tym nie rozmawiali. Przecież Grzegorz Schetyna i Katarzyna Lubnauer zapowiedzieli, że będą składać wniosek o dymisję Gowina właśnie w kontekście jego wypowiedzi o TSUE, a to znaczy, że „poczuli krew”.
To też oznacza, że opozycja także dysponuje badaniami, które pokazują, że możliwy Polexit jest dziś kłopotliwy dla PiS-u. Elektorat PiS-u jest w materii europejskiej skomplikowany. W większości jest jednak proeuropejski. Jeżeli opozycji uda się przykleić PiS-owi łatkę partii eurosceptycznej, będzie to duży problem dla Kaczyńskiego i jego partii.

 

Premier Morawiecki, główna gwiazda konwencji, złożył kolejne obietnice. Ukierunkowane na samorząd, ale każdy coś dostał – seniorzy, samorządy, gospodarstwa domowe. Pytanie, czy ktoś w to wierzy.

Zacznę od wyrażenia żalu, że nie mamy 200-letniej rocznicy, bo w zapowiedziach premiera okazało się, że na 100-lecie odzyskania niepodległości będzie 100-bajtowy internet. Rozumiem, że gdybyśmy niepodległość uzyskali 200 lat temu, bo byłby 200-bajtowy internet. A mówiąc poważnie, to premier sformułował nową „piątkę Morawieckiego” i będzie z nią tak jak z pierwszą piątką.
Możemy przeprowadzić taki test: kto z czytelników pamięta cokolwiek z pierwszej „piątki”? Ja już nawet nie pytam, czy to zostało przeprowadzone, zrealizowane, czy nie, oprócz 300 Plus. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś to kupi, to będą to ci sami, którzy kupili pierwszą opowieść Morawieckiego.

 

Sondaże pokazują, że PiS nie wygra wyborów samorządowych, nie przejmie dużych miast. PiS przestał być teflonowy?

Z wyborami samorządowymi to jest tak, że każdy będzie przekonywał, że te wybory wygrał, bo te wybory mają to siebie, że nie ma jasnych wygranych i przegranych. Natomiast rzeczywiście wiele wskazuje na to, że ten walec PiS-owski nie rozjedzie już opozycji. Gdyby się okazało, że PiS nie tylko nie przejmie dużych miast, ale też nie będzie w stanie stworzyć większości koalicyjnych w sejmikach w większej ilości niż w 8, to można będzie powiedzieć, że PiS jest do pokonania. To będzie znak, że PiS to nie są Niemcy w piłce nożnej. To drużyna, która zaliczyła sukces w 2015, ale po 3 latach rządów nie powtórzyła już tego sukcesu. Przypomnę tylko, że to będą pierwsze wybory od 3 lat, więc będzie chęć wyrażenia niechęci wobec PiS-u. Podejrzewam, że elektorat anty-PiS się zmobilizuje, bo będzie mógł pokazać sprzeciw, a nie tylko złościć się przed telewizorem. Z drugiej strony będzie też mobilizacja elektoratu PiS-owskiego, bo te wybory będą pewnego rodzaju plebiscytem.

 

Wysuwanie na czoło kampanii premiera Morawieckiego to powtórzenie manewru z poprzednich wyborów, gdzie też nie prezes, a Beata Szydło i Andrzej Duda wiedli prym w kampanii?

To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Ciekawe jest jeszcze co innego, w przemówieniu Kaczyński zawarł jeszcze jeden komunikat, bardzo ważny, który był powtórką z ostatniej kampanii – że nie będzie rozliczeń, represji itd. Dokładnie to samo zrobił na dwa miesiące przed wyborami 2015 roku, ukazując łagodną twarz.

 

Robert Biedroń już oficjalnie potwierdził, że nie będzie startował w wyborach na prezydenta Słupska. – Czas zacząć nowy rozdział – powiedział.

Ja też nie będę kandydował na prezydenta Słupska, ale mówiąc poważnie – jasne jest, że on ma plany ogólnopolskie. Jasne jest też, że nie mógł startować w wyborach samorządowych. Gdyby je wygrał, to musiałby zrezygnować za pół roku, gdyby przegrał, to byłoby jeszcze gorzej, zważywszy że chciał budować coś ogólnopolskiego.
Biedroń wie, że jemu lepiej będzie w Brukseli niż w Słupsku.

 

A w Warszawie, w polskim parlamencie?

Jeśli ma plany na Sejm i Senat, to tym bardziej musi wystawić listę w wyborach europejskich, zwłaszcza że te wybory będą dla niego najłatwiejsze. W nich jest relatywnie niski próg wyborczy, jest niska frekwencja – około 25 proc. – głosować chodzą raczej duże miasta i elektorat wykształcony. Jeśli taka socjalliberalna czy lewicowa inicjatywa ma powstać, to największe szanse ma właśnie w wyborach europejskich. Biedroń musi też przetestować siebie i wyborców i pokazać, że są w stanie zrobić przynajmniej 10-proc. wynik.

Flaczki tygodnia

Najpierw podziękujcie bogu, że urodziliście się w Polsce. Podziękujcie zgodnie z zaleceniami pana sułtana Kaczyńskiego i jego politycznych eunuchów.

***

I w tym roku prawicowa, narodowo-katolicka władza czciła rocznicę wielkich robotniczych strajków i powstania pierwszej „Solidarności”. Czciła intensywnie, powtarzając miłą dla swego ucha legendę, że to tamta polska „Solidarność” obaliła światowe „Imperium Zła”, czyli Związek Radziecki.

***

Nie jest to prawdą. Związek Radziecki rozpadł się w efekcie wewnętrznych konfliktów interesów, kryzysu ekonomicznego i nieudolnych reform ekipy Gorbaczowa. To osłabienie ZSRR przyniosło zjednoczenie Niemiec i rozpad wschodnioeuropejskiego bloku państw socjalistycznych. A nie „aksamitne rewolucje” w tych państwach. Potwierdził ten pogląd nawet pan poseł Kornel Morawiecki w wywiadzie dla, związanego z PiS, tygodnika „Do rzeczy”.

***

Uroczyste obchody powstania NSZZ ”Solidarności” celebrowano w Sali BHP dawnej Stoczni Gdańskiej imienia Lenina. Tam gdzie 31 sierpnia 1980 roku ówczesna władza reprezentująca Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą podpisała ze porozumienie strajkującymi robotnikami i obiecała spełnić ich 21 Postulatów. Najważniejszym z nich była zgoda władz na powstanie niezależnych od PZPR związków zawodowych. Czyli NSZZ ”Solidarność”.

***

Dziś do symboli i legendy tamtej „Solidarności” odwołują się oba wojujące ze sobą polityczne plemiona PO i PiS. Platformiarze obchodzą rocznicę pod ikonami Lecha Wałęsy, Henryki Krzywonos i Jerzego Borowczaka. PiSiory za prawdziwych twórców „S” uważają Lecha Kaczyńskiego, Andrzeja Gwiazdę i Annę Walentynowicz. Oba skłócone plemiona obchodzą święto osobno, obchodząc się podczas obchodów wielkimi łukami.

***

Wspomnianą rocznicę celebrowano w budynkach nieistniejącej już Stoczni Gdańskiej, czyli w jej trumnie. Stocznia, w czasach Polski Ludowej miejsce pracy kilku tysięcy robotników, upadła wraz z Polską Ludową. Kiedy stworzona przez stoczniowców NSZZ ”Solidarność” doprowadziła do upadku ZSRR. Najważniejszego klienta polskiego przemysłu stoczniowego.

***

Czy NSZZ ”Solidarność” rzeczywiście obaliła ZSRR, czy tylko przyśpieszyła jego rozpad, będziemy długo dyskutować. Bezdyskusyjne jest, że strajkując w 1980 roku polscy robotnicy wywalczyli dla siebie i wspierających ich inteligentów podstawowe wolności prawa ludzkie. I przy okazji bezrobocie. Przede wszystkim dla robotników, bo inteligenci lepiej poradzili sobie w III RP.

***

Zapewne gdyby strajkujący robotnicy przeczytali pisma Jana Wacława Machajskiego, to może wcześniej spisaliby więcej postulatów ochraniających ich zakłady pracy. Ale słuchali antykomunistycznych doradców i księży cytujących im słowa Jana Pawła II-go. Sami sobie polscy robotnicy zgotowali ten los.

***

W czasie tegorocznych obchodów w trumnie NSZZ ”Solidarności” pan premier Morawiecki zwiastował zmartwychwstanie gdańskiej stoczni i polskiego przemysłu stoczniowego. Obiecał wszystkim dumnym z polskości Polakom, że odkupi od prywatnego właściciela zwłoki gdańskiej stoczni. Ożywi je uruchamiając tam produkcję statków.

***

Niestety pan premier Morawiecki nie obiecał też odkupienia logo ZSRR od prezydenta Putina i zmartwychwstania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Solidnego i niezawodnego odbiorcy polskich statków. Kto zatem teraz kupi te obiecane stoczniowcom statki?

***

Ponad rok temu pan premier Morawiecki, i jego koledzy z PiS podobne obietnice zmartwychwstania stoczni złożyli w Szczecinie. Uroczyście celebrowali odsłonięcie stępek dwóch promów skierowanych do budowy promów. „Największych w historii Polski”, jak skromnie ogłoszono. Dziś nadal nie ma nawet planów niezbędnych do budowy tych promów. Za to jedną, bezczynna stępkę ktoś zdążył już ukraść.

***

Wygląda na to, że tak naprawdę Partia i rząd nie chcą tych, obiecywanych statków budować. Chcą jedynie robić sobie cykliczne kampanie wyborcze. Oszukiwać ten przysłowiowy „ciemny lud”, że prominenci PiS cały czas pracują dla „suwerenności ekonomicznej” Polski. Obietnice PiS to opium „ciemnego ludu”.

***

Oczywiście wszystkie te celebry, akademie ku czci, msze, rdzewiejące stępki, a zwłaszcza ekspertyzy dowodzące słuszności rządowych obietnic, sporo kosztują. Ale elity PiS nie finansują tego ze swoich pieniędzy. Wszystko jest opłacane są z deficytu budżetowego państwa polskiego. Z podatków wszystkich obywateli. Płaconych też przez opozycję. Czyli przez nas też.

***

Media poinformowały, że od jesieni związkowcy z NSZZ „Solidarność” oraz ich rodziny korzystające z kart paliwowych Lotos Biznes otrzymają zniżki na paliwa, myjnie, oleje, płyny do spryskiwaczy oraz produkty z menu Cafe Punkt. To efekt porozumienia zarządu państwowego koncernu Lotosu z kierownictwem prorządowego związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

***

Warto przypomnieć, że trzynasty punkt 21 Postulatów Sierpniowych spisanych przez strajkujących w 1980 roku polskich robotników postulował aby znieść przywileje MO i SB, takie jak sklepy z deficytowymi i tanimi towarami. Teraz obecna NSZZ ”Solidarność” tworzy sobie handlowe przywileje podobne do tamtych milicyjnych. Można rzecz, że teraz „Solidarność” pana przewodniczącego Dudy stoi tam gdzie kiedyś MO, SB i ZOMO.

***

Pan prezydent Andrzej Duda rzekł podczas uroczystości rocznicowych w Gdańsku, że „w 1989 roku nastąpiła bezkrwawa rewolucja, ale płacimy za to cenę”. W Gdyni obiecywał licealistom, że „uwolni Polskę od komunistów”. Brakuje panu przelanej krwi, panie prezydencie?

***

Pan sułtan Jarosław Kaczyński wygłosił wytyczne dla swoich politycznych i umysłowych eunuchów. O tym następnych razem. Teraz podziękujcie bogu raz jeszcze, że urodziliście się w Polsce.

 

PS. Pogłoski, że redaktor, były poseł SLD Piotr Gadzinowski będzie kandydował do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa wydają się prawdziwe.

No to co, że ze Szwecji?

„Pomagaliście Szwedom, ale przede wszystkim ludziom” – powiedział premier MM przemawiając w Świnoujściu w czasie powitania strażaków powracających ze Szwecji, gdzie gasili pożary lasów.

 

Aby to usłyszeć strażacy czekali na niego karnie w szeregu około półtorej godziny, a przecież to oni powracali, a nie on. Od zarania ludzkości przyjęte jest, że to czekający czekają na powracających, a nie odwrotnie. Nawet w dziedzinie „dobrych manier” pisowcy potrafią dokonać „dobrej zmiany”.
Zostawmy jednak premiera Matiego i jego przybocznego „Jojo” (podobnie jak Ojciec Premiera, też już siedział), bo przewidywany przeze mnie w poniedziałek pyton pojawił się szybciej niż można się było tego spodziewać, na razie na odległym jeszcze horyzoncie.

 

Tysiąc plus!

Pyton ów przybrał postać przecieku ujawnionego przez „superaka”, jakoby PiS przygotowywało zamianę świadczenia 500 plus na 1000 plus, czy – jeśli kto woli – podwojenie wysokości obecnego świadczenia. Nie chwalący, nie chwalący, „ja mówiłem że tak będzie”, że powtórzę za moim ulubionym satyrykiem. W tej sytuacji łatwo o tanią „szyderę” z „gry w numerki”, w rodzaju: a dlaczego nie od razu dwa tysiące plus i tym podobne grepsy. Rzecz w tym, że jako szczery socjalista jestem, nie ja jeden w naszej socjalistycznej zbiorowości, szczerym zwolennikiem sensownych świadczeń dla osób (rodzin) znajdujących się w trudnym położeniu ekonomicznym, a nawet jakimś formom celowej pomocy rodzinom przeciętnie sytuowanym. Mimo tego, że zawsze pojawiają się wątpliwości co do tego, czy owo 500 plus idzie na potrzeby dzieci czy może na alkohol dla rodziców, i że to praktycznie bywa finansowaniem praktyk patologicznych. Tego jednak nigdy do końca się nie uniknie, a poza tym powinny to sprawdzać odpowiednie służby działające w środowiskach patologicznych. Gorzej jest z konstrukcją, na podstawie której 500 plus jest wypłacane. Powiada się o Polsce, że kiepski socjal sprawia, iż nie przyciąga ona tylu imigrantów, co dajmy na to Niemcy, Francja czy Skandynawia. To generalnie fakt, tyle że niech mi ktoś wskaże inny niż Polska kraj, w którym to samo, identyczne świadczenie otrzymywaliby dzieciaci biedacy i dzieciaci milionerzy, a nawet miliarderzy. To jest dopiero socjal! To aberracja, że do 500 plus uprawnieni są Nowakowie z łódzkich Bałut, warszawskiego Targówka i bogaci aktorzy z Wilanowa. I to właśnie między innymi świadczy o korupcyjnym politycznie charakterze tego świadczenia w pisowskim wydaniu. PiS bowiem wie, że samymi naprawdę potrzebującymi nie opędzi potrzeb wyborczych co do „masy elektoralnej”, bo najbiedniejsi w znaczącej liczbie słabo interesują się życiem politycznym i nie biorą udziału w wyborach. Czy zatem teraz 1000 plus, jeśli rewelacje „superaka” okażą się prawdziwe, będą otrzymywać także rodzimi „rokefelerowie”? Stosowane przez PiS kryterium, według którego jedynie fakt posiadania dzieci jest tytułem do poprawy bytu materialnego może się jednak na dłuższą metę okazać samobójcze. Aspiracje do lepszego życia mają – jak najsłuszniej – emeryci i renciści, a ci jako żywo rzadko mogą liczyć na 500 plus. Rozgoryczenie wzrasta też wśród grup zawodowych, które chcą, aby im godziwie płacono nie tylko za rodzicielstwo, ale także za to, że uczciwie pracują, jak nauczyciele, szkolni i uniwersyteccy, pielęgniarki, ratownicy medyczni, rolnicy, a także przedstawiciele licznych, licho opłacanych grup zawodowych (n.p. pracownicy pomocniczy w sądownictwie), z budżetówki i nie tylko. Po trzech latach rządów PiS widać też, że władza nie zamierza nawet udawać, że chce rozwiązać problem umów śmieciowych, co najbardziej i najszerzej, choć nie tylko, uderza w ludzi młodych. Zajrzałem na stronę internetową jednego z ważnych prawicowych tygodników i ze zdumieniem skonstatowałem, po raz pierwszy, że prawie wszystkie wpisy pod materiałem poświęconym tej wieści są antykoncepcyjne, to znaczy krytyczne w stosunku do koncepcji 1000 plus, tak jak ją PiS podobno widzi. A przecież większość piszących posty pod artykułami tego portalu reprezentuje, co obserwuję na co dzień, poglądy żarliwie propisowskie i coś takiego skonstatowałem po raz pierwszy. Warto też odnotować, że poza wątpliwościami co do struktury świadczenia 500 plus pojawiły się też (w kontekście hipotetycznego 1000 plus) także obawy, by władza, w szaleńczym dążeniu do zapewnienia sobie przychylnego elektoratu na zbliżający się „czterobój” wyborczy (2018, 2x 2019, 2020), nie zafundowała nam nad Wisłą – Grecji. I nie o pożar lasów tu chodzi. Na puentę tego wątku: wiceminister przy Elżbiecie Rafalskiej, Bartosz Marczuk zaprzecza pogłoskom podanym przez „superaka”, ale nam starym wygom nie trzeba tłumaczyć, że dementowanie pogłosek to stary jak polityka chytry zabieg. Niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, że wiadomość nieprawdziwa, to wiadomość niezdementowana.

 

Tako rzecze Orion

Pyton mignął też w Ministerstwie Środowiska, które – nie wiedzieć czemu, bo co ma piernik do wiatraka – też zajmowało się czczeniem Powstania Warszawskiego. Tamże, wiceminister tego resortu i główny geolog kraju, Mariusz Orion Jędrysek zapodał w przemówieniu, że „jeśli dzisiaj byśmy przegrali, to nie tylko ta krew pójdzie na marne, ale ci, którzy po nas przyjdą, będą mieli znacznie trudniej”. Po pierwsze, po co techniczny wiceminister-fachowiec zajmuje się dubami smalonymi? Po drugie, czy porównując pisowską zgraję do powstańców warszawskich trochę jednak Orion nie przesadza? Po trzecie, czyżby w aparacie PiS błąkały się lęki, że ich rządy skończą się – przy zachowaniu wszystkich proporcji – jak tamte „63 dni”?

 

Gorąco , pić się chce

Po bardzo krótkiej uldze poniedziałkowo-wtorkowej od dziś, od środy wracają tęgie upały. Redaktor Piotr Lisiewicz z „Gazety Polskiej”, samozwańczy rzecznik frakcji menelsko-alkoholowej w PiS, snuje nawet wyraźnie pragnieniem zainspirowane enuncjacje w rubryce „Zyziu na koniu hyziu”: „Tym, co zniszczyło rządy PiS z lat 2005-2007, był brak odpowiedniej reakcji na skarykaturyzowanie programu tej partii przez media. Przez to zaniedbanie wielu ludzi uwierzyło w przekaz, że PiS to nie jest partia, która zamyka złodziei, ale wszyscy są dla niej podejrzani i każdego może to spotkać. Poza tym w imię skrajnej dewocji PiS miesza się w życie zwykłych ludzi. Dziś nie ma lepszej drogi do przegranej PiS niż popieranie przez radnych tej partii nocnej prohibicji, do czego dochodzi w niektórych miastach. PiS wygrał w dużym stopniu dzięki głosom młodzieży, a postępując w ten sposób, robi wszystko, by jego młodzi zwolennicy, n.p. imprezujący studenci odwrócili się od niego. Rzecz jasna działa też na korzyść bogatych, mających w domu pełny barek, a przeciwko normalnym ludziom pracy, którzy tocząc nocne Polaków rozmowy, chcą wyskoczyć jeszcze po dwa piwa, skoro fajnie się gada”. (tu redaktor Lisiewicz denuncjuje z nazwiska trójkę radnych PiS z Olsztyna i wzywa do niegłosowania na nich).

 

Wypij

Ale to nie koniec – nomem omen – upojnych fantazji redaktora Lisiewicza (być może po czteropaku fajnie mu się pisze): „Na tle olsztyńskich radnych bardzo pozytywnie odróżnił się kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Olsztyna o pięknym nazwisku: Michał Wypij. Stanowczo przeciwstawił się on prohibicji, a ponadto opowiedział się za tym, by w mieście były strefy, gdzie można pić alkohol pod chmurką. Wypij! Wypij! Wypij! – zacząłem skandować odruchowo, wspierając kampanię kandydata. Wielka ludowa mądrość zawarta jest w trawestacji piosenki ludowej: „Pije Kuba do Jakuba, Jakub do Michała” (oczywiście do Michała Wypija!): „Kto nie za Wypijem, tego we dwa kije”. Wiem, wiem, niekiedy na podobne decyzje radnych wpływają głosy ideowych antyalkoholowych aktywistów. Oraz innych świrów od spokoju i ciszy nocnej. Otóż zalecam radnym PiS, by sprytnie unikali kontaktu z owymi oszołomami. Wymigiwali się brakiem czasu. A jak już ich taki dopadnie, to lepiej obić go kijem i zastraszyć, niż mu ulec”.

 

„Wódko, pozwól żyć”

Tą znaną frazą chciałoby się odnieść do wylewu alkoholowej fantazji rzeczonego redaktora Lisiewicza. Warto też zwrócić uwagę na to, że jego przekaz jest niespójny z linią TVPiS, gdzie niejaki Porzeziński, szef Jedynki Polskiego Radia, cierpiący na chorobę alkoholową, do czego się publicznie przyznał, prowadzi antyalkoholowy i antynarkotykowy program „Ocaleni”. I podczas gdy Porzeziński przedstawia picie i ćpanie jako szatański dopust boży, jako jądro ciemności, inny pracownik frontu pisowskich w końcu mediów Lisiewicz, promuje chlanie i to w klimacie beztroskiej zabawy, jakby nie było plagą społeczną. Swoją drogą, ciekaw jestem co myślą o knajackiej ideologijce redaktora Lisiewicza tradycyjnie porządni i praworządni poznaniacy (jest on mieszkańcem miasta Poznania) o takim stosunku do przepisów ładu i porządku publicznego. Jak wiadomo przecież z historii, Powstanie Wielkopolskie nie zaczęło się na dworcu w Poznaniu w momencie przyjazdu Ignacego Jana Paderewskiego, bo zabrakło peronówek. Na koniec, nawiązując do cytowanych słów redaktora Piotra Lisiewicza z tygodnika „Gazeta Polska”, zamieszczonych w numerze 31 z 1.08.2018): „zalecam radnym PiS, by sprytnie unikali kontaktu z owymi oszołomami. Wymigiwali się brakiem czasu. A jak już ich taki dopadnie, to lepiej obić go kijem i zastraszyć, niż mu ulec” – kieruję niniejszym do policji oraz prokuratury doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa wzywania przez rzeczonego redaktora Piotra Lisiewicza do przemocy. Nie wiem, czy weźmie to Warszawa, Poznań, a może Olsztyn: „GP” redagowana jest w Warszawie (adres: ul. Filtrowa 63/43, 02-056 Warszawa), Piotr Lisiewicz mieszka w Poznaniu, ale wzywał do przemocy przeciw radnym PiS z Olsztyna.

Agentura czy imbecylizm

Polityka tego rządu to pasmo porażek i debilnej propagandy dla ciemnego ludu.

 

Pisowcy są złodziejami – to prawda powszechnie znana. Transfery miliardów złotych do zaprzyjaźnionych firemek, bez przetargów, wyłącznie według towarzysko-politycznych kryteriów, stały się codziennością, podobnie jak obsadzanie wszystkich możliwych stanowisk według klucza partyjności, a nie kompetencji, czy też przydzielanie państwowych grantów tylko swoim, pisowskim fundacjom i stowarzyszeniom. Nigdy po 1989 r. żadna ekipa nie łupiła Polski w tak skandaliczny sposób, na dodatek chwaląc się tym publicznie („odzyskiwanie Polski”). Ale ta orgia łupieżcza byłaby może do zniesienia, gdyby nie jej powiązanie z rozpaczliwą wprost nieudolnością w rządzeniu państwem.

 

Płatnicy i beneficjenci

Jedyne, co się pisowcom dotąd udało, to rozdanie naszych pieniędzy. PiS uwielbia się chwalić, że „daje pieniądze”. Problem w tym, że PiS nie rozdaje pieniędzy swoich, tylko nasze (swoje lokują w nieruchomościach – vide spółka Srebrna). Obciążenia podatkowe w Polsce rządzonej przez PiS systematycznie i radykalnie rosną. Tylko w ostatnich miesiącach pojawiła się „danina solidarnościowa” (czyli podwyżka stawki podatku, przy czym wcale nie dla „najbogatszych”, jak to kłamliwie przedstawia propaganda, tylko dla najuczciwiej deklarujących swoje dochody), opłata emisyjna, opłata wodna i opłata recyklingowa. Zniesiono też limit roczny składek na ZUS, co oznacza zwiększenie składek odprowadzanych przez ubezpieczonych. Mamy też nowe podatki od nieruchomości komercyjnych i od najmu (nieuchronnie przerzucane na klientów sklepów i najemców). Opodatkowano wkłady na kapitały spółek, ograniczono możliwość odliczania strat w podatku dochodowym od osób prawnych, ograniczono możliwość odliczania kosztów finansowania dłużnego, a także możliwość odliczania kosztów zakupu usług niematerialnych przez osoby prawne (np. wydatki na badania – wszystko to pod obłudnym hasłem „popierania innowacyjności”). Setki tysięcy małych firm obciążono też absurdalnym obowiązkiem składania co miesiąc tzw. jednolitego pliku kontrolnego w zakresie VAT. Jeśli więc komuś się wydaje, że PiS mu dołożył, to wyjaśniam – nie dołożył, tylko przełożył z jednej kieszeni do drugiej, przy okazji odsypując trochę dla siebie. Nie wspomnę nawet o drożejących paliwach, ubezpieczeniach komunikacyjnych czy biletach kolejowych. Realnie jesteśmy coraz biedniejsi.
Oczywiście, są tacy, którzy skorzystali. To przede wszystkim sprytni beneficjenci socjalu, czyli ludzie, którzy uważają, że za zarabianie na ich dobrobyt odpowiadają wszyscy wokół, a idealnym sposobem na życie jest leżenie do góry brzuchem. Realne dochody patologicznej rodzinki z czwórką dzieci, w której mamusia nie pracuje w ogóle, a tatuś pijaczyna tylko na czarno, wzrosły znacząco. Piszę tu o konkretnym przykładzie beneficjentów ośrodków pomocy społecznej, którzy dzięki PiS-owi mają ok. 30 proc. wyższe dochody po dwóch latach pisowskiego nie-rządu. W tym samym czasie wstrzymano właściwie waloryzację emerytur, a także zamrożono pensje setek tysięcy pracowników budżetówki. Nigdy dotąd żaden rząd tak niesprawiedliwie nie kradł naszych pieniędzy.

 

Niespełnione obietnice

Skoro jednak mowa o nieudolności, to wspomnijmy i o niej, bo przecież sprawne okradanie obywateli przez uczepionych koryta pisowców jest jakąś umiejętnością i trudno tu mówić o nieudolności. Przypomnijmy więc, że 2,5 roku temu ówczesny wicepremier Matołusz Morawiecki zaprezentował swoją „strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Następnie zaś ów bankster intensywnie się promował na tle kolejnych fajerwerków propagandy, które odpalano ku uciesze ciemnego ludu.
Strategia Morawieckiego zakładała, że podniesiona zostanie mediana dochodów społeczeństwa. Różni się ona od „średnich wynagrodzeń” tym, iż pokazuje realne dochody Polaków (mediana to poziom dochodów oddzielający 50 proc. lepiej zarabiających od 50 proc. zarabiających gorzej). Pomimo ogromnego wzrostu cen (realna inflacja w ostatnich 3 latach wyniosła niemal 30 proc., jak podają analitycy), mediana dochodów „na rękę” nadal wynosi około 2500 złotych, co oznacza, że połowa z nas ma dochód poniżej tej kwoty. Pan Morawiecki nie spełnił więc swojej obietnicy. Bankster utyskiwał również, że nakłady na badania i rozwój, decydujące o innowacyjności gospodarki, nie sięgają 1 proc. PKB. W rzeczywistości w ostatnim roku rządów koalicji PO-PSL nakłady te wynosiły 1 proc. PKB. Obecnie wynoszą 0,97 proc. Obietnica niespełniona.
Pan Morawiecki założył również, że nasze PKB wyniesie w 2020 r. 79 proc. średniej UE. Obecnie wynosi 70 proc. średniej UE i w związku ze spadkiem wartości polskiej waluty niestety nie ma szans w ciągu dwóch lat osiągnąć zamierzonego poziomu. Dodajmy, że za rządów PO-PSL PKB Polski wzrósł z 53 proc. do 68 proc. średniej UE, czyli rósł o ponad 2 proc. rocznie. Za rządów PiS wzrost w relacji do unijnej średniej owszem był, ale jego dynamika spadła poniżej 1 proc. rocznie. A przecież poprzednia koalicja rządziła w czasach kryzysu, obecna zaś w czasach bezprecedensowej koniunktury. Jakim trzeba być nieudacznikiem, żeby tak zaprzepaścić szanse kraju na rozwój? Odpowiadam: trzeba być pisowcem. Oczywiście, obietnice Morawieckiego i w tym wypadku okazały się bajaniem dla przygłupów.

 

Pomór +

To nie koniec propagandowej ściemy, jaką nas raczy krzywousty bankster. Obiecywał już: ograniczenie „produkcji” nowych przepisów (obietnica niespełniona, za rządów PO-PSL rocznie uchwalano średnio 19,5 tysiąca stron nowych ustaw i rozporządzeń, za PiS-u ponad 29,5 tysiąca), budowę Narodowego Instytutu Onkologii (nie ma), przyjęcie Narodowego Programu Zdrowia Kardiologicznego (nie ma), stawienie czoła afrykańskiemu pomorowi świń (niestety, świnie coraz częściej ulegają pomorowi, a nawet jedna wyleciała ze stołka ministra rolnictwa), realizację programu „Przyjazna Polska” dla niepełnosprawnych (nic nie zrealizowano, a o przyjazności Polski wobec niepełnosprawnych przekonywał nas ostatnio marszałek Sejmu, zlecając dręczenie niepełnosprawnych podczas protestu), realizację wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie Puszczy Białowieskiej (nie jest realizowany), zwiększenie liczby powrotów Polaków z Europy Zachodniej (liczba wyjeżdżających wzrosła, osiągając rekordową liczbę ponad 2,5 mln emigrantów), powrót do strategicznego partnerstwa z Ukrainą (nie ma żadnego partnerstwa, a rząd prowadzi politykę otwartej wrogości wobec Ukrainy, podlizując się swojemu mocodawcy z Kremla), program „Mieszkanie+” (niestety nie wypalił), pakiet korzyści dla samorządów dbających o ład przestrzenny (zamiast tego mamy ustawę „Deweloper+”, będącą zachętą dla deweloperów, żeby budowali gdziekolwiek i jakkolwiek), a nawet (uwaga, uwaga!) „ochronę praw kobiet” (nawet nie wypada komentować).
Do tej listy można by jeszcze dodać propagandowe popierdywanie o rozwoju polskiego przemysłu środków transportu (Morawiecki fotografował się na tle pojazdów PESA, niestety fabryka padła i obecnie funkcjonuje na kroplówce z naszych podatków), budowę 22 mostów (nie powstał żaden), a nawet odbudowę zamków kazimierzowskich (nic nie odbudowano, na szczęście).
Polityka PiS, poza wysysaniem naszych pieniędzy i przelewaniem nam z powrotem procentu od nich pod hasłem „dobroci rządu”, to pasmo porażek i debilnej propagandy dla pisowskiego elektoratu. Oczywiście, pewne rzeczy się udały: zawłaszczyli dla swoich niekompetentnych pachołków kilkadziesiąt tysięcy (!) posad, rozwalili polskie sądownictwo, prokuraturę, służby specjalne, wojsko i reputację międzynarodową.
Jedyne, co budzi wątpliwość, to pytanie, czy są po prostu tak nieudolni, czy też są działającymi świadomie na szkodę państwa rosyjskimi agentami?
Odpowiedź pozostawiam Czytelnikom.

 

Tekst ukazał się w tygodniku „Fakty i Mity”.

Manipulacje prawdą My, socjaliści

Myślę, że premier Polski powinien przemyśleć rolę swoich doradców w namówieniu go do wejścia nieumiejętnie w nurt tzw. postprawdy podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim. Mateusz Morawiecki nie jest premierem jednej partii, ale średniej wielkości kraju w Europie, członka Unii Europejskiej. Skutki wizerunkowe tego wystąpienia działać będą długofalowo na szkodę Polski, a rzucające się w oczy odbiegające od rzeczywistości opinie czy fake newsy zostaną zapamiętane. Dziś w erze informacyjnej, kiedy wszyscy kłamią, kłamać trzeba umieć, a tym razem chyba nie wyszło to dobrze. Premier odwołując się w swym wystąpieniu głównie do audytorium krajowego odbiegł mocno od standardu europejskiego, uprawianego w Brukseli. Nie został do końca, albo jeszcze mniej, zrozumiany.
Trzeba wiedzieć, że trwająca na Forum Parlamentu Europejskiego, a generalnie w całej polityce światowej, gra pozorów, jest rozumiana i uprawiana przez większość polityków. Prawda, jako taka, przestała się liczyć. Społeczeństwa burzą się przeciw temu, jednak wolny obieg informacji, szczególnie w sieci, anonimowość i brak odpowiedzialności za słowo, sprzyjają stanowi, jaki mamy. Coraz więcej osób, widząc mechanizmy uprawiania polityki ten stan rozumie. Tym bardziej, że mamy do czynienia z utrwalaniem się w stosunkach międzyludzkich, a więc w kulturze i obyczaju sytuacji dwuznaczności wielu pojęć i definicji. Informacji dziś na ogół nie przekazuje się bez opinii lub komentarza. Trwa w najlepsze tzw. kreacja informacji.
Kreacja informacji oznaczająca odwoływanie się do kłamstwa/fałszu, jak i irracjonalizmu (uczuć, emocji, wiary, intuicji, itp.) nie jest niczym nowym – była, jest i prawdopodobnie będzie stosowana dla realizacji celów politycznych. Rzecz jednak w tym, że współcześnie tego rodzaju działanie zawoalowane jest pojęciem „postprawdy”. Pojawiający się tu problem nie sprowadza się jedynie do kwestii samego stwierdzenia, ale raczej poprzez sens tego pojęcia uzasadnienia sposobu myślenia i działania jakie nastąpiło w relacjach współczesnych.
„Postprawda” jest kategorią będącą wytworem myślenia praktycznego, sprowadzająca się do formułowania sądów dla kogoś korzystnych, niezależnie od ich prawdziwości, przedstawianych jako sądy prawdopodobne lub nawet prawdziwe. Celem tego rodzaju zabiegów są konkretne korzyści np. polityczne, ekonomiczne czy też osobiste.
We współczesnej polityce medialnej, coraz częściej i na większą skalę, następuje odchodzenie od oświeceniowego modelu przekazu informacji odwołującego się do prawdy jako adekwatnego do rzeczywistości przekazu informacji i zastępowaniem go modelem postmodernistycznym, rezygnującym z odkrywania prawdy na rzecz jej kreacji. Efektem tego zabiegu są „postprawdy”. W konsekwencji oznacza to wykorzystywanie informacji do manipulacji.
Nie bez racji pojawiają się opinie, że współczesność zrezygnowała z rozumu racjonalistów nowożytnych, zastępując go rozumem cynicznym. Stąd też znakiem czasów współczesnych nie jest rozum i prawda, ale cynizm, hipokryzja i postprawda.
Prowadzi to do dewaluacji tzw. wartości wyższych: prawdy, piękna, świętości, moralności itp., a zatem zaniżanie wyznaczników standardów nie tylko informacyjnych, ale także moralnych, artystycznych, obyczajowych, a nawet naukowych. Zarzucane są choćby w tym ostatnim wypadku standardy jakościowe na rzecz ilościowych. W konsekwencji nauka zostaje zastąpiona pozorami naukowości, a wiedza naukowa quasi-wiedzą, czyli „szumem informacyjnym”.
Wzrost popularności terminu związany był z dwoma istotnymi wydarzeniami politycznymi 2016 r. – referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wyborami prezydenckimi w USA, zwłaszcza z kampanią Donalda Trumpa. Opierając się na doświadczeniach komunikacyjnych tych wydarzeń, możemy powiedzieć, że postprawda to w znacznej mierze polityka, w której na fakty i rzeczowe argumenty nie ma miejsca.
Dziś prawda mało kogo interesuje. Politykom opłaca się zawodowo nie tylko mijać z prawdą, ale i z granicami, które do niedawna wydawać się mogły nieprzekraczalne. Zawsze kłamali, ale teraz jest tak, że właściwie nieistotne jest, czy w ogóle mówią prawdę. To jednak tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, że społeczeństwu to nie przeszkadza. O ile kiedyś znakomitym instrumentem politycznym było kłamstwo nieodkryte, o tyle dziś jeszcze lepszym jest kłamstwo, o którego kłamliwości wszyscy wiedzą.
Rozważania wokół pojęcia postprawdy dotyczą głównie nowoczesnych form medialnych należących do świata cyfrowego. Internet, jako główne narzędzie świata cyfrowego pozwolił na demontaż dotychczasowych źródeł kontroli społecznej i pozbycie się wszelkiej instytucjonalnej cenzury upowszechnianych treści. To ogromne zwycięstwo demokracji i wolności człowieka. Możemy jednak powiedzieć, że to już przeszłość. Szczególnie, jeśli chodzi o obieg informacji w Internecie.
Premier Morawiecki swoim wystąpieniem w Parlamencie Europejskim znalazł się w nurcie opisanym wyżej. Jest kwestią czasu, jakie przyniesie to skutki nam – Polakom.