Flaczki tygodnia

Pan premier-milioner Mateusz Morawiecki poleciał do Parlamentu europejskiego aby podzielić się z naszymi partnerami z Unii Polsko-Europejskiej swymi propozycjami zreformowania Unii. Niektórymi sensownymi, jak choćby likwidacji okradających nas „rajów podatkowych. Ale poleciał w czasie, kiedy w Polsce kaczyści przejmują kontrolę nad Sądem Najwyższym. Chcą podporządkować go woli pana Naczelnika Kaczyńskiego. Taki stan sprzeczny jest z fundamentalnymi zasadami obowiązującymi w Unii Polsko – Europejskiej. I za to pan premier – milioner został w Parlamencie totalnie skrytykowany.

***

Ciepłe słowa usłyszał tam jedynie od brytyjskich konserwatystów, zdeklarowanych przeciwników Unii Polsko- Europejskiej. I euro deputowanych z PiS. Miss lizusostwa została euro deputowana Jadwiga Wiśniewska. Ogłosiła w narodowo-katolickiej TVP info, że było to wystąpienie najlepsze w historii tego Parlamentu. Wzbudziła tym zawiść koleżanek i kolegów z PiS. W czasach stalinowskich takim „przodownikom pracy”, jak Wiśniewska, podawano gorącą cegłę.

***

Swą klęskę w Parlamencie Europejskim pan premier-milioner Morawiecki ogłosił „ciemnemu ludowi” z PiS jako swoje zwycięstwo. A powodem słyszalnej krytyki był jedynie „postkomunizm i lewactwo” jakimi przesiąknięty jest ten Parlament. Dlatego on, prawdziwy polski antykomunista, trafił tam na wrogą sforę. Nie dodał, że najwięcej krytyki nie padło tam z ust euro deputowanych z frakcji komunistów, socjalistów i zielonych, lecz europejskiej prawicy. Liberałów, chrześcijańskich demokratów i ludowców. Trzeba być wyjątkowo głupim, albo zakłamanym, żeby niemieckich chadeków albo holenderskich liberałów oskarżać o „postkomunizm”.

***

W Warszawie krąży powiedzonko, że żydowscy faryzeusze i nawet sam Pinokio powinni teczki panu premierowi-milionerowi nosić. I uczyć się od niego kreowania „postprawdy”. A ściślej tej „trzeciej prawdy” w skali księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli „gówno prawdy”.

***

O panu premierze Mateuszu Morawieckim piszemy teraz premier-milioner. Nieprzypadkowo, bo rzeczywiście pan premier jest milionerem. Swoich milionów, nawet tego pierwszego, nie ukradł. Zarobił je pracując dla międzynarodowej, zapewne też żydowskiej, finansowej plutokracji. W zarządzie niepolskiego, międzynarodowego banku, który zarabiał w Polsce i wyprowadzał swe zyski za granicę.
Teraz prorządowa propaganda kreuje pana premiera-milionera na na byłego lidera robotniczej „Solidarności”. Człowieka o gołębim, prosocjalnym sercu. Naprawdę pan premier-milioner był radykalnym działaczem „Solidarności Walczącej”, która uważała „Solidarność” Wałęsy, Frasyniuka, Piniora, Kaczyńskiego Lecha za związek oportunistów, zbyt uległy wobec ówczesnej władzy. Młody Morawiecki nieraz był pałowany przez funkcjonariuszy milicji i SB. Nieraz pewnie już za samo nazwisko, bo jego tatuś Kornel Morawiecki był przywódcą „Solidarności Walczącej”. Ma za co tamtej „komuny” nienawidzić.

***

Ten żywiołowy, obsesyjny czasem, antykomunizm pana premiera-milionera nie był szkodliwy społecznie, kiedy pan Mateusz Morawiecki był prezesem zagranicznego banku, albo doradcą byłego premiera Donalda Tuska. Teraz jest jednak premierem średniej wielkości państwa. I jego prywatne obsesje nie powinny determinować polityki całego państwa polskiego. Polska nie jest folwarkiem jaśnie pana premiera-milionera.

***

A tak bywa. W miniony weekend odbył się w Sofii szczyt Grupy 16+1. To szesnastka państw Europy Środkowo-Wschodniej + Chiny. Chiny stworzyły ją podczas spotkania założycielskiego w 2014 roku w Warszawie. I wyznaczyły Polskę na lidera tej szesnastki. Obiecały też szesnastce liczne inwestycje infrastrukturalne finansowane z chińskich kredytów. Co byłoby wzmocnieniem lansowanej przez kaczystów koncepcji „Trójmorza”.
Niestety chińskie młyny mielą powoli i wielkich projektów, poza linią kolejową Belgrad – Budapeszt na razie nie ma. Ale współpraca z Chinami wymaga cierpliwości i obecności na wszystkich spotkaniach. Jest jak ogród, trzeba go regularnie pielęgnować.

***

Na szczyt 16+1 przyleciał chiński premier Li Keqiang. Przylecieli liczni premierzy państw europejskiej szesnastki. Polskę, lidera tej grupy, reprezentował jedynie pan wicepremier, minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Człowiek spoza grupy trzymającej władzę. Koalicjant PiS. Dla przeczulonych na punkcie hierarchii Chińczyków był to sygnał, że rząd PiS uznał sofijski szczyt i możliwość spotkania z chińskim premierem za sprawę drugorzędną. Bo przysłał polityka z drugiego rzędu. Zresztą sam pan wicepremier Gowin pytany przez TVP info o korzyści dla Polski wynikające ze szczytu, pochwalił się, że podpisano jedna ważną umowę z Chinami. O współpracy w hodowli koni.

***

W Warszawie od miesięcy wiewiórki ćwierkają, że nastąpiło ochłodzenie na linii Warszawa – Pekin, bo pan premier – milioner, żywiołowy antykomunista, nie trawi kontaktów z komunistami chińskimi. Dlatego nie poleciał na szczyt 6+1 do Sofii. Choć był tam obecny premier Wiktor Orbán, jedyny sojusznik PiS w Europie. Był, bo Budapeszt konsekwentnie zabiega, aby europejskim liderem 16+1 stały się Węgry. By tam popłynął strumień chińskich kredytów. Orbán, choć też deklaruje antykomunizm, starannie pielęgnuje kontakty z Pekinem, Moskwą, Waszyngtonem, Brukselą. Nie wojuje też z Izraelem, nie zaprzecza pomocy udzielanej Niemcom przez Węgrów w holocauście węgierskich Żydów. Ssie każdy, dostępny mu cycek.

***

Rosjanie i Niemcy wycyckają Polskę z zysków chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Niemiecka kolej DB i rosyjska RŻD podpisały umowę o tranzycie towarów z Chin do Europy z pominięciem Polski, przez Morze Bałtyckie. Jest zapotrzebowanie na taki nowy szlak, bo istniejąca linia Chengdu – Łódź jest niewydolna. Bo były minister obrony narodowej pan Antoni Macierewicz zablokował rozbudowę terminalu CARGO w Łodzi. Bo dostrzegł w tym „zagrożenie dla interesów amerykańskiego sojusznika”. Tak pisze Konrad Kołodziejski w prorządowym tygodniku „sieci”!!!. Ideowy antykomunista.

***

Niedzielę na wizytę na ukraińskim Wołyniu zaplanował pan prezydent Andrzej Duda. Aby przypomnieć tam ludobójstwo ukraińskie w roku 1943. Na ten sam dzień wizytę w lubelskiej wsi Sahryń zaplanował prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Aby przypomnieć tam polskie ludobójstwo w roku 1944. Poza tym obaj prezydenci wiele mówią o konieczności przyjaźni i strategicznego partnerstwa między obu bratnimi narodami

Czas klęski, czas paranoi

Nie opadł jeszcze kurz smuty po jedynym, wyjątkowo przygnębiającym, zwycięstwie polskiej reprezentacji na mundialu w Rosji, a narodowy triumfalizm już odżywa w nowym wcieleniu. Niedobity osinowym kołkiem żywy trup narodowej dumy praktycznie od razu dźwignął się z grobu, by – w sposób najzupełniej zresztą przewidywalny – ukazać się światu jako gnijący zombie, wściekle kąsający wszelkie życie wokół siebie. Husaria co prawda tym razem Moskwy nie zdobyła, „wyklęci” nie wzięli rewanżu na reszcie zdradzieckiego świata. Miało za to miejsce coś, co niektóre prawicowe oszołomy uznały za własne epokowe zwycięstwo: oprócz Polaków z mistrzostw odpadli Niemcy.
Jednoznacznie można to wyczytać z komentarza, jakim publikę „zaszczycił” red. Mariusz Cieślik z „Rzeczpospolitej”, pod wiele mówiącym tytułem „Pożytki z zawiści”. Porażka naszych to już wczorajszy temat. Zadanie na dziś jest jasne: należy się cieszyć z klęski Niemiec. Do naszych sąsiadów zza Odry pan redaktor w sumie nic nie ma, lecz wielowiekowa tradycja nakazuje fetować ich sromotę. Poza tym – i to być może nawet ważniejsze – jest to ponoć niezastąpiona okazja do ćwiczenia się w oporze przeciwko „politycznej poprawności”. Nie do końca wiadomo, jakim cudem brak uciechy z czyjejś porażki miałby się wpisywać w poprawność polityczną. Chyba jest to zwyczajnie poziom o szczebel wyżej od dna moralnego. Niektórzy jednak uznali poziom zero za najwłaściwszy dla rozkwitu odnowionego ducha narodu. Widocznie orzeł biały, by wzlecieć, od głębokiego dna musi się odbić i jest to kolejna differentia specifica polskości w znanym nam wydaniu.
Nie przeczę: czułem satysfakcję, gdy Senegal i Kolumbia bezceremonialnie przekłuły nadęty balon polskiej manii wielkości. Wydawało mi się, że to szkodliwa obsesja zagrażająca przede wszystkim kontaktowi z rzeczywistością. Teraz obawiam się, że wstyd po porażce przyniesie gorsze skutki. Dobrze już wiadomo, że angielscy macho po porażce swojej drużyny wyżywają się na kobietach, tłukąc je, jakby wierzyli, że dzięki temu słońce znów nie będzie zachodzić nad Imperium Brytyjskim. Trudno wyobrażać sobie, że u polskich „potomków husarzy”, którym odbija na punkcie „Wielkiej Polski”, mogłoby być inaczej. Nie bez powodu wspólne kibicowanie Polaków z Senegalczykami na meczu obu reprezentacji oglądanym w Brukseli skończyło się pogromem przybyszy z Afryki pod hasłem „won z czarnuchami!”
Muszą, rzecz jasna, jakoś odreagować. Wzbiera więc już fala prawolskich fantazji. Odkryto przyczynę piłkarskiej porażki Polaków: to gender! Wymuskani, zniewieściali… „Lewy-pedał!” Grają dla pieniędzy, a to – wiadomo – nie po polsku. Źle grają, bo za granicą grają. I znowu nóż w plecy, zdradzeni o świcie! Obca gender-zaraza zdeprawowała polską piłkę. Reprezentacja zdradziła, ale husaria zawsze wierna. I dawaj zaraz „pedała”, albo „ciapatego”, „terrorystę” nadwątlającego polskość wśród Polaków! Wyklęci takim nie przepuszczą. A red. Cieślik patrzy i pęka z dumy: poprawność polityczna rozbrojona.
OK, wiem, że to absurd i przerysowanie. Że to wyjątki. Tak się jednak dziwnie składa, że absurd i wyjątki od kilku lat stopniowo wyznaczają normy polskiego życia politycznego. Dzięki redaktorom Cieślikom widać też jak na dłoni, że ordynarny nacjonalizm nie jest specjalnością jaskiniowców, lecz średnioklasowych cyników, którzy tych troglodytów hodują, pieszczą i tresują. Widać też wreszcie, że mania wielkości czerpie wprost z manii niższości, tuczy się wstydem i poczuciem beznadziei, od której – strach pomyśleć – ucieczki nie ma i nie będzie.
Piłka nożna to dziś niestety komercyjna hucpa. Podlana narodowym sosem staje się zwykłym szwindlem, a wygląda cokolwiek śmiesznie – zwłaszcza kiedy nadzieje, rozdęte do absurdu w wyścigu medialnego bełkotu, bez żalu lecą w stronę słońca, by w nim radośnie spłonąć. Tak czy inaczej, dobrze widzę, jak bardzo ci nieszczęśni Polacy, umęczeni wegetacją w społeczeństwie typu „homo homini lupus est”, spragnieni są choćby namiastki uznania ze strony świata. Choćby umownego, choćby powierzchownego czy chwilowego. Kto wie, być może euforia autentycznego triumfu, jakiś rzeczywisty, spektakularny sukces, pozwoliłby im uwierzyć, że istnieje życie poza matnią pogardy i nienawiści, w której codzienna rzeczywistość nieprzerwanie ich pogrąża?
Jak babcię kocham, chyba zaryzykuję i zacznę kibicować polskiej reprezentacji. Zwyczajnie przejmuję się stanem ludzi dookoła mnie. I dobrze wiem, że doprowadzenie do tego, by przestali się zagryzać, wymaga stworzenia rzeczywistej wspólnoty, opartej na czymś znacznie trwalszym niż szał, którego się doświadcza po owinięciu się biało-czerwonym szalikiem.

Futbolistan

Życiem narodowym w Republice Lechistanu, zwanej też Klechistanem, stale rządzą trzy cykle. Pierwszy – to rytm zmiany pór roku. To powszedniość, oczywistość, rutyna. Drugi to wybory i zmiany rządów. A trzeci – to kolejne edycje Euro i Mundialu. Tylko tym trzecim cyklem żyją wszyscy i traktują go śmiertelnie poważnie. Zbiorowo przeżywany jest tak intensywnie, neurotycznie i traumatycznie – że brakuje jednej wielkiej kozetki.

 

Na czas Mundialu lub Euro wszyscy obywatele – z wyjątkiem dziwaków lub wyrodków – przeobrażają się w kibiców, znawców i smakoszy. Smakoszy zwykle skwaszonych. Nawet jajogłowi – na co dzień wybrzydzający na instynkty stadne i nacjonalistyczną histerię – dostają tej futbolowo-patriotycznej gorączki i dołączają do zbiorowych modłów o sukces-cud, który się Polakom należy z racji bycia Polakami i z racji chęci szczerych, a pobożnych.

Na czas Mundialu i Euro nasze państwo właściwie mogłoby zmienić nazwę – na Futbolistan. I godło narodowe – na piłkę, oczywiście w białoczerwone łaty, co dobrze symbolizuje naszą narodową specjalność, mianowicie łataninę. W tym czasie Orła Białego zastępują i ucieleśniają Nasze Orły. I te orły wzlatują – na tyle, na ile wystarczy, by zarobić.

 

Narodowa psychodrama

Powtarzalny porządek cyklu euromundialowego jest znany i zawsze z góry przewidywalny. Najpierw Polska – której emanacją jest „złota jedenastka” z przebogatymi rezerwami – odradza się, po wcześniejszym, a kolejnym upadku, jak Feniks z popiołów. Żmudnie, bohatersko, jak to ciężko ranna, stara się podźwignąć z dna (tabeli), przebić przez wrogie zasieki w eliminacjach, których trud i ciosy bolesne przypominają Somosierrę, Monte Cassino i bitwę stalingradzką, by w końcu wczołgać się resztką sił do grona pretendentów. Z wilczym apetytem na podium i przemarsz zwycięzców.

W turnieju jak zwykle polegnie i ponownie zmieni swój stan skupienia na spopielony.

Ta regularna powtórka z rozrywki jest poniekąd adekwatnym odwzorowaniem heroiczno-martyrologicznej wizji dziejów i edukacji patriotycznej. Jak wiadomo każdemu prawdziwemu Polakowi, wielkość narodu mierzona jest rozbratem między niebotycznymi ambicjami, powołaniem do cudów i stanów nadzwyczajnych a rozmiarem klęsk i poświęceń, które tym klęskom nie zapobiegają.
Tyle tylko, że manto w meczach otwarcia, meczach o wszystko i meczach o honor nie zapewnia jednak „moralnego zwycięstwa”. Ale za to współczynnik optymizmu zbiorowego jest tu wielokrotnie wyższy niż po kolejnych rozbiorach i powstaniach. Bo za każdym razem i drużyna, i Legion kibiców wierzą, że kiedy jak kiedy, ale teraz to już na pewno pokażemy, na co naprawdę nas stać. Co zresztą się potwierdza, tyle, że inaczej niż w oczekiwaniach.

Psychicznym korelatem euromundialowego cyklu – od wielkich nadziei przez wymęczone starania i postępy do wielkiego blamażu – jest powtarzalna ewolucja zbiorowego samopoczucia, jak w afektywnej chorobie dwubiegunowej. Od erupcji pobożnych życzeń, poprzez zbiorową euforię i samozachwyt (nasi znów zmartwychwstają i dorastają do wielkości, My w ogóle jesteśmy wielcy) do urazu podobnego wstrząśnieniu mózgu, załamania, depresji, poczucia beznadziejności, apatii.

Szczęśliwie na tym depresyjnym ogniwie niebezpieczna ewolucja nastroju narodowego się urywa (ratując przed impulsami samobójczymi), bo zaczyna się kolejna edycja tegoż cyklu. Już jesienią po mundialowej katastrofie rozpoczynają się euroeliminacje, lub odwrotnie. Z nową szansą i nadzieją naród skopany w grze w kopaną znów się wyprostowuje do dumnej postawy. Teraz już będzie inaczej, lepiej. Teraz to dopiero pokażemy!

Nasuwają się tu dwa proste pytania.

Pierwsze: dlaczego kilkadziesiąt milionów podobno zdrowych psychicznie ludzi przeżywa cykle konwencjonalnej rozrywki – pokrewne w swej rytmiczności dorocznym festiwalom, sianokosom i wyjazdom na urlop – tak, jak gdyby była to walka na śmierć i życie, o przetrwanie i godność zarazem?

Drugie: dlaczego wynik tych sportowych powtórek jest z grubsza ciągle taki sam, a zarazem, dlaczego masa ludzi już wielokrotnie ciężko doświadczonych (a doświadczenie podobno uczy) stale nabiera sie na ten sam numer (słowo honoru, teraz to będziecie z nas dumni)?

Odpowiedzi na te pytania jest kilka. Jedna z nich – to analiza medialnego i marketingowego mechanizmu prania mózgów.

 

Futbolowe gusła zwierciadłem duszy polskiej

Euromundialowy cykl hurraoptymizmu i rozczarowań, w których miesza się zaskoczenie z rozpaczą i niesmakiem, jest w jakimś stopniu wskaźnikiem charakterystycznych cech mentalności sporej części naszego społeczeństwa. Cech, które jednak w tym okresie wzmożenia emocji udzielają się również pozostałym rodakom. Jakie to cechy?
Po pierwsze, syndrom doktora Jekylla i pana Hyde’a, jeśli chodzi o różnicę między rytmem i stylem funkcjonowania powszedniego (pracy i myślenia na co dzień) a temperaturą i stylem zaangażowania odświętnego.

Po drugie, przeświadczenie, że właśnie obrzędy odświętne oraz wydarzenia i zachowania w sytuacjach nadzwyczajnych – że dopiero one pokazują, jacy naprawdę jesteśmy i na co naprawdę nas stać, a nie to, jak się zachowujemy, jak pracujemy i z jakim wynikiem na co dzień. Co więcej, wyobrażenie – jak u niefrasobliwego studenta – że zrywem powstańczym, nadzwyczajną mobilizacją w ostatniej chwili i poniewczasie można nadrobić powszednie zaległości i osiągnąć sukces nawet większy niż dzięki tej nudnej, powszedniej systematyczności. „Prawdziwy Polak” jest wielki tym, jak nagle wyskoczy z konopi.

Co się z tym wiąże, po trzecie, na serio potraktowane (a nie z przymrużeniem oka) przekonanie, że „wiara góry przenosi”, że „chcieć to móc”, a więc wystarczy mocno chcieć. Podobnie jak u bardzo pobożnego pretendenta do czegokolwiek ma wystarczyć gorliwa i żarliwa modlitwa. Zaklinanie Mundialu i Euro w Polsce mocno przypomina modlitwy o deszcz.
Po czwarte, nasze polskie „jakoś to będzie, po co się martwić na zapas”, przeniesione z powszedniego niedbalstwa, bylejakości na arenę Wielkiego Zmagania. Choć rytualnie wszyscy deklarują perfekcyjne przygotowanie, maksymalne wysiłki, wyczynowe nastawienie, to siłą przyzwyczajenia praktykują znany styl pracy: byle zdążyć, zrobić, aby było, a po drodze się załata, wyrówna, nadrobi.

Z pozoru zaprzecza temu natrętna czujność i rzeczowość nie tylko dziennikarzy, komentatorów, ekspertów od futbolowej wiedzy tajemnej i głębokiej, ale i najwierniejszych nieodświętnych kibiców. Śledzą eksperymenty kadrowe, treningi, sprawdziany, testy, notowania. Ostrzegają, podpowiadają, alarmują. Dobrze znają słabości zawodników, błędy trenerów, porównywane z atutami i słabościami rywali. Jednak wbrew całej tej wiedzy – dającej powód do powściągliwości albo nawet sceptycyzmu – gdy jednak dojdzie do startu w Turnieju, to nie tylko sami dają się ponieść pragnieniom i oczekiwaniom silniejszym niż poczucie rzeczywistości, ale i zarażają innych swoim myśleniem życzeniowym.

Wpływają na to dwa oczywiste czynniki.

Pierwszym jest mechanizm zaraźliwości emocji zbiorowych (tu – patriotycznych) i konformizmu grupowego. Niedowiarki, zrzędy albo, jeszcze gorzej, rodacy obojętni na wynik futbolowej wojny narodów (tej wojny per procura, pod hasłami przyjaźni i wzajemnej sympatii) stawiają siebie poza nawiasem wspólnoty.

Drugim – medialny samograj. W dniach Euro czy Mundialu wszystko w mediach (i w ludzkich głowach) kręci się wokół piłki; głowa w ogóle przeistacza się w piłkę. O tym się mówi w kółko i bez końca, z tej i z tamtej strony. Śpieszą z komentarzami (jak uczniowie w klasie, by potwierdzić „obecny!”) artyści, naukowcy, lekarze, hydraulicy. Widzowie i słuchacze wciągani są skutecznie w zbiorowe odliczanie, obliczenia, pomiary, prognozy i zwykłe wróżbiarstwo. A to pranie mózgu wzmacniane jest wszechobecnością piłki w reklamach, ogłoszeniach sponsorów, na plakatach, w konkursach i zgadywankach, w losowaniach nagród i biletów, w programach „przypomnijmy wielkie chwile”. Futbol atakuje i osacza każdego w gadżetach, w gazetach i w czasopismach w każdym sklepie, kiosku, w autobusie, w tramwaju, na dworcu, w szalecie miejskim. Zgodnie z regułami, jakie rządzą symbiozą popkultury z konsumpcją, komercją i okazją do szybkiego, wielkiego zarobku w czasie krótkim, choć sztucznie wydłużanym (jak zakupy „świąteczne” rozciągnięte na cały kwartał). Próba uniknięcia styczności (i wzbudzanych nią emocji) wymagałaby chyba ewakuacji na księżyc. Wzorzec wojny totalnej został przeniesiony na ofensywę marketingowo-propagandową – nie tylko opór jest daremny, zadekowanie się też jest niemożliwe.

 

Niby-sportowy wielki biznes

Futbolowe turnieje pod flagami państw i narodów – w jeszcze większym stopniu niż rozgrywki ligowe i pucharowe klubów absorbujące „mieszańców” – to nie tylko i nie tyle sport sam w sobie.
To wielki biznes, łączący w sobie show biznes (reguły wielkiego spektaklu, dochodową licytacyjną sprzedaż wrażeń) z jeszcze większym biznesem „towarzyszącym”. Zauważmy przy tym, że to, co zdaje się nam tylko oprawą – niezbędną, jak i przygodną – tego, co ma być istotą futbolowych eventów (piękna rywalizacja, próba sił i umiejętności), w rzeczywistości już dawno stało się istotą sprawy. I to ten prawdziwy biznes, nie tylko sportowy show biznes sam w sobie, obsługiwany jest przez potężną machinę marketingu, reklamy, a nawet propagandy i prania mózgów, bo kołem zamachowym biznesu i biznesiku stają się tu „uczucia narodowe” podgrzewane do poziomu wrzenia.

 

Wyciskarka-Geszefcik

W tle i w ramach tego wielkiego biznesu, którego uczestnikami i reżyserami są wielkie koncerny – wytwórcy i sprzedawcy samochodów, rowerów, telefonów, telewizorów, piwa, butów sportowych i trumiennych, koszulek, kosmetyków, chipsów, dropsów, prezerwatyw i czego tam jeszcze – „kręcą lody” na swój użytek zawodnicy, trenerzy, dziennikarze. Mundial lub Euro to złota żyła nie tylko dla inwestorów, sponsorów i dostawców tego czy tamtego, nie tylko dla hotelarzy, linii lotniczych, biur podróży. To niepowtarzalna okazja, by raz w życiu zarobić, dorobić więcej niż przez pół życia czy jeszcze krótszy epizod kariery sportowej. Tylko frajer by nie skorzystał, nie pomyślał o zabezpieczeniu na przyszłość, jakże przecież niepewną, a dłuższą niż „moje pięć minut”. Trudno wręcz z pięknoduchowskich moralistycznych pozycji potępiać taką zapobiegliwość zawodników i trenerów. Ale zrozumienie życiowej konieczności (nie tylko – nadzwyczajnej okazji) i zrozumienie, że właśnie tak działa ten system, nie zmienia przecież skali niesmaku.

Z Mundialu czy Euro trzeba wycisnąć ile się da, póki się da. Nazywając rzecz po imieniu: wycisnąć z kibiców jako widzów, konsumentów. Sportowiec – profesjonalista (Są jeszcze jacyś amatorzy? Chyba tylko ci, którzy ścigają się lub kopią na podwórkach) od dawna już przeistacza się w geszefciarza. Zanim obejrzysz go na boisku w czasie turnieju, to na długo przed tym, a potem też jeszcze dłuuuugo, dłuuugo po zakończeniu lub odpadnięciu z gry, dzień w dzień, godzinę w godzinę oglądasz go w reklamie piwa, komórki, szamponu, samochodu, gumy do żucia, blachodachówki, sprayu. Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Kamil Glik i inni jeszcze bohaterowie Historycznej Chwili towarzyszą nam nieodłącznie jak chińskie duchy. Albo raczej jak ten Lenin z anegdoty: otwieram lodówkę – Lenin, włączam telewizor – Lenin, wysiadam z metra na stacji Leninowska przy pomniku Lenina na rogu Leninowskiego Prospektu. Nawet Jan Paweł II nie doczekał w swej ojczyźnie takiego zagęszczenia. I już nie doczeka, z różnych powodów.

 

Geszefcik jako wspólna, powszechna pułapka

Dopóki kibic jest zamroczony upojną nadzieją lub nawet poczuciem sukcesu, dopóki ten miraż zdaje mu się realny przez jakąś wygraną w drodze na szczyty, dopóty nie odczuwa on przesytu, nie razi go to jako natręctwo. I w zasadzie uznaje, że gwiazdorom takie wszędobylstwo się należy, podobnie jak dochodzik z tych ubocznych występów. W końcu, to nic nadzwyczajnego. Dziś „wszyscy” wszędzie się pokazują, robią selfie, licytują się na Facebooku, w Instagramie, kto ma więcej wejść i lajków, a zbiorowi ulubieńcy mogą to robić nie za darmo. Sympatia z powodu pozytywnych oczekiwań lub z powodu dobrych wyników usposabia dobrodusznie i życzliwie.

Nastrój zmienia się z chwilą, gdy nie ma wyników, ba, jest porażka, i to w żenującym stylu.

Frustracja mogłaby szybciej ustąpić pod naporem życia codziennego lub jakichś innych odświętnych wrażeń, gdyby nie… pozostałości. Bo choć drużyna wypadła z euromundialowej karuzeli, to karuzela futbolowego biznesu nadal, i to długo jeszcze, się kręci.

Zmarnują się i kłują w oczy niesprzedane gadżety: koszulki, czapki, trąbki, chorągiewki, plakaty, figurki i broszury, których teraz już nikt nie kupi. Co najwyżej niektórych zastanowi bezsens tej nadprodukcji bez popytu. Ale nie mogą się zmarnować wydatki poniesione na reklamy, nie mogą przepaść zyski z tych reklam, nawet jeśli teraz będą mniejsze z powodu irytacji. Toteż jeszcze przez miesiąc po „Narodowej Klęsce” sfrustrowanych kibiców, upokorzonych Polaków (a Polak miało brzmieć dumnie) będą jeszcze atakować ze ścian, murów, szyb i karoserii oraz z telewizorów uśmiechnięte twarze „ludzi sukcesu” natrętnie przypominające, czemu zaprzeczają swym przedłużonym byciem wszędzie.

To doznanie równie perwersyjne jak codzienna styczność na każdym kroku ze stroną przeciwną po bolesnym i nienawistnym rozwodzie.
W mechanizmie futbolowego biznesu nie ma od takiej sytuacji odwrotu. Piłkarze i trenerzy muszą teraz przełknąć to, czego sami się wstydzą: nie tylko poczucie klęski i winy, ale i rozdrapywanie rany przez nieskończone odtwarzanie zdartej płyty z pieśnią zwycięstwa. Zdruzgotani lub wściekli kibice skazani są na to samo: oglądaj sobie jeszcze raz i jeszcze raz swoich ulubieńców, gdy już nie możesz na nich patrzeć. Tej wyciskarki nikt nie zatrzyma.

 

Kto kogo wycisnął

Wtedy niektórzy z fanów objawiają nagle zwykłą zawiść, sprowokowaną kontrastem między tym chałturniczym „urobkiem” a zawodem, jaki idole sprawili w swej zaszczytnej, wzniosłej roli. Inni zauważają – ale też nagle, z opóźnieniem, niestosowność tej zapobiegliwości w stosunku do patriotycznego patosu i jej niewspółmierność względem kiepskiego czy żałosnego wyniku pracy we właściwej roli. Uderza ich kontrast między wielkimi zapowiedziami w Sprawie Narodowej, korzyściami nieuzależnionymi od wyniku i nieudolnością na boisku w turnieju. Niezazdrosnych i niezawistnych tak czy inaczej poniewczasie zastanawia i szokuje nie samo „obłowienie się” przez trenerów i zawodników, ale właśnie to, że zarobili na niespełnionych, a wzbudzonych przez siebie nadziejach, zamiast osiągnąć zysk na takiej zasadzie jak prowizję czy premię zależną od wyników pracy.

Niektórzy z zawiedzionych fanów (nie ma nic gorszego niż zawiedziona miłość) odbierani są jak relikty dawnej epoki, gdy wznoszą okrzyki „Jak to się bawią i urządzają za nasze pieniądze! A za co im płacimy?”. Ale przy całym prostactwie takich ocen nie są one tak całkiem bezzasadne. Tyle, że nie w tym pozornie oczywistym sensie (zmarnowane pieniądze podatników czy: nabywcy biletów oszukani, bo miało być bosko, w każdym razie porządnie, a było dno), lecz w innym. Wszak zawody sportowe i „inwestycje” w ich wynik z natury obarczone są ryzykiem. Otóż taki mściwy kibic, choć wścieka się autentycznie, to niezupełnie rozumie, na czym polega jego sytuacja. A polega ona na tym, że w toku pracy wspomnianej wyciskarki (show biznesu i właściwego biznesu) właśnie on został wyciśnięty. W wielorakiej i zwielokrotnionej roli konsumenta: odbiorcy reklam, marketingowych ofert i wabików, nabywcy gadżetów i biletów, uczestnika quizów i loterii, telewidza zmuszonego do oglądania i przez to finansującego całe to przedsięwzięcie.

Konsument – w sezonie euromundialowym zredukowany do roli kibica, wciśnięty w funkcje futbolożercy – zapewnia zyski bez względu na to, czy sam jest zadowolony, spełniony, syty w swoich oczekiwaniach i wymaganiach, czy też czuje się nabrany. W Mundialu w pełni obowiązuje zasada ze sklepu: Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się.

 

Przystawka jako danie główne

Różnica między czasem występów w turnieju – krótkim, krótszym niż wzbudzone oczekiwania i zapowiedzi – a długim czasem występów w reklamach szamponu przeciwłupieżowego i blachodachówki jest w tym euromundialowym cyklu regułą. Podobnie jak brak związku między wiarygodnością reklam (tę chyba określają wyniki „kopania” tych, którzy mają do czegoś namówić?) a intensywnością i przewlekłością reklamowych występów. Znakomicie podsumowuje to mem: „Gdzie jutro zagramy? W reklamie pampersów.” Może czas wyciągnąć wnioski z tego faktu, zrozumieć, że to nie jest przypadek? Może nawet zastanowić się, czy nie jest tak, że im więcej jest Lewandowskiego w reklamach, tym mniej go na boisku i pod bramką? Może przebieranka w garnitury Vistuli i ciągłe pozowanie do zdjęć dekoncentruje „naszych chłopców”?

Prawidłowość, jaka wyziera z tego kontrastu, jest następująca. Od dawna już nie jest tak, że „solą ziemi” w futbolu jest futbol, a dodatkiem, przystawką cały ten biznes, dzięki któremu futbolem pochłoniętych jest więcej ludzi niż prawdziwych pasjonatów. Futbol jest tu pretekstem i środkiem do Geszeftu. Zarówno dla machiny biznesowo-marketingowej (ta z równym powodzeniem wyciąga kokosy z dowolnych zapotrzebowań i fascynacji zbiorowych), jak i dla samych piłkarzy, nawet jeśli w punkcie wyjścia nie takie mają intencje, lecz kierują się zdrową ambicją i nawet szczerym zapałem patriotycznym.

Ale nie jest to przypadłością jedynie futbolu, piłkarzy, trenerów. Rozejrzyjmy się dookoła. To tendencja typowa dla współczesnego turbokapitalizmu. Celebrytyzm w dowolnej dziedzinie jedynie za odskocznię, trampolinę ma formalne czy początkowe zajęcie gwiazdorów jako aktorów (potem znamy ich tylko z reklam), modelek, sportowców, muzyków. Doktorat i etat wykładowcy na uniwersytecie to tylko stała przystań dla prawnika czy ekonomisty, który jak marynarz opływa świat cały i tam szuka przygód , ale gdzieś musi być „zaczepiony”. „Reformy” szkolnictwa wyższego wymuszają teraz, by praca w roli wykładowcy była tylko tytułem do bitwy o prawdziwe pieniądze i awanse z grantów. Placówki poczty musiałyby być zamknięte natychmiast (wszystkie), gdyby nie prowadziły pod swoim szyldem sklepiku z dewocjonaliami, bibułą z IPN i zakonnych poradników kulinarnych. Stewardessy na pokładzie tanich linii lotniczych mają za zadanie główne i właściwe nie tyle dopilnować zapięcia pasów, ile wcisnąć pasażerom kosmetyki, losy loterii, bynajmniej nie tanie napitki.

 

Dualizm wiary i biznesu

Charakterystycznym kontrastem euromundialowej cyklicznej gorączki jest też jej dwoistość. Awersem jest tu stan wrzenia, najwyższego napięcia (paraseksualnego) i przy tym „patriotycznego wzmożenia” kibiców – w jakiejś mierze spontaniczny, ale w większym stopniu podgrzewany do poziomu histerii, do balansowania między wszystkim lub maximum w oczekiwaniach a niczym lub minimum w efektach. Rewersem – wspomniana machina nakręcania popytu, obrotu, podaży, która żeruje właśnie na tej zbiorowej egzaltacji. Lecz ta sprzeczność jest tylko zewnętrzna. Mamy tu klasyczny związek funkcjonalny. Przekształcanie meczu i całego turnieju z zawodów sportowych, w których można wygrać, można też przegrać bez poczucia katastrofy w misterium patriotyczne to idealne koło zamachowe dla Geszeftu. Jest też wygodne dla polityków, rządów. Nic nowego pod słońcem. To nawet nie jest wynalazek dopiero współczesnego kapitalizmu. Tradycja i inspiracja jest znacznie starsza: kościelny sakrobiznes. Tu pobożność żarliwa, jak i konformistyczna wiernych z nadwyżką jest zagospodarowana przez obrót relikwiami, dewocjonaliami, inwestycje sakralne i płatne „co łaska” posługi.

Futbolowe święto pod hasłem „trzymamy kciuki za naszych” ma w sobie oczywiście wiele cech sympatycznych. Nie tylko wtedy, gdy chodzi o emocje czysto sportowe, ale i wtedy, gdy staje się obrzędem rytualnego patriotyzmu. Miła jest atmosfera powszechnej identyfikacji, zgodnego zainteresowania, poczucia wspólnoty („bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”). Sympatyczne, choć jednak śmieszne, gdy każdy Polak w chwilach sukcesu czuje się już nie tylko rodakiem, ale zgoła kuzynem Lewandowskiego. Gorzej, gdy staje się to narzędziem wychowania w duchu infantylizmu, naiwności, życzeniowych snów o potędze. Nie można by tak normalnie?

Witajcie w domu

Na mecz przyjechało 20 tys. Kolumbijczyków, a jechali z bardzo daleka.
Polaków przyjechało tylko 10 tys. To nie rokowało dobrze.
Na Wrocław nadciągnęły ołowiane chmury i zaczęło padać. To był zły prognostyk. Zeschłe trawy mają za to uciechę. 
Ulice opustoszały. Tylko ludzie z psami snuli się po trawnikach. Psy meczu nie oglądają, a kupy robią według swojego planu.
Przez pierwsze minuty była jakaś nadzieja. Potem gasła.
Komentatorzy mówili co powinni nasi grać, ale oni grali coś innego.
Zacząłem nerwowo biegać po mieszkaniu i nasłuchiwać, jakiegoś radosnego okrzyku komentatorów. Daremnie. W przerwie meczu Nawałka i Boniek reklamowali piwo. Po meczu pewnie spożycie reklamowanych piw znacznie spadnie.
Odkorkowuję butelkę wina, a miałem nie pić i wypijam. Niczego to nie zmiana. Jest nawet gorzej. Zmiennicy, jedni i drudzy, wbiegając na boisko, żegnają się. Bóg jest zdecydowanie po stronie nie naszej. Za co ta kara? Jaka tam kara, oni grają lepiej.
Kończy się męka. Pozostaje cierpienie. Wyciągam butelkę ohydnej nalewki bombowej i wypijam szklaneczkę. To wzmacnia moje cierpienie, ale niczego nie zmienia. Chowam butelkę. Jutro też jest dzień, a żyć trzeba. Nie lubię bólu głowy.
Chłopaki od kopaniny, witajcie w domu. Japończycy honor cenią sobie też bardzo wysoko, ale to tylko, dla nas, mecz o pietruszkę. 

Lepiej to zrobić przed wyjazdem do Rosji

Wszyscy kibice wybierający się na mundial do Rosji, a zatem także Polacy, muszą złożyć wniosek o wydanie karty FAN ID.

 

Ten specjalny dokument zastępuje wizę, jest wymagany do wejścia na stadion, ale pozwala też korzystać z darmowej komunikacji. Posiadanie karty FAN ID oraz paszportu pozwala na bezwizowy, wielorazowy wjazd i wyjazd z Rosji w dniach od 4 czerwca do 25 lipca, jednak wjazd do kraju jest możliwy tylko do 15 lipca.
Karta FAN ID wraz z dokumentem tożsamości oraz biletem to komplet niezbędny do wejścia na stadion, lecz także uprawniają kibiców do darmowych przejazdów kolejowych na wybranych trasach oraz bezpłatnych kursów transportem miejskim w dni meczowe. Miejsca w pociągach należy jednak zarezerwować wcześniej, bo wiele tras, szczególnie między Moskwą a innymi miastami będzie oblężonych.
Wniosek o wydanie FAN ID składa się przez internet wyłącznie po zakupie biletów. Do wystawienia dokumentu niezbędny jest paszport. Dokument powinien być ważny przez co najmniej sześć miesięcy od daty zakończeniu mistrzostw. Przy rejestracji w systemie FAN ID potrzebne jest też zdjęcie twarzy na jasnym tle. FAN ID wydawany jest w formie zafoliowanego formularza. Elektroniczna wersja dokumentu, przesyłana mailem po zatwierdzeniu wniosku, po wydrukowaniu zastępuje wizę, ale nie będzie respektowana przy wejściach na stadiony ani też nie uprawni do korzystania z darmowej komunikacji. Organizatorzy mistrzostw zalecają, aby wniosek o FAN ID złożyć jak najszybciej, gdyż dostawa karty pocztą może trwać trzy-cztery tygodnie. Szybciej można odebrać dokument za pośrednictwem centrów wizowych VFS Global, które w Polsce znajdują się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Poznaniu. Kartę można też uzyskać w mieszczących się w miastach gospodarzach mundialu punktach odbioru. Wizyta w jednej z tych placówek umożliwia otrzymania karty wtedy, gdy przesyłka z dokumentem nie dotrze na czas lub jeśli kibic do Rosji wjedzie dzięki normalnej wizę.
Obowiązek posiadania karty FAN ID dotyczy także osób niepełnoletnich. Karta nie zastępuje wiz tranzytowych oraz nie zwalnia z obowiązku wypełnienia i posiadania przy sobie otrzymanej na granicy karty migracyjnej. W Rosji nie obowiązuje Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Podróżujący autem muszą mieć również wykupione OC oraz oficjalne tłumaczenie polskiego prawa jazdy na język rosyjski.

Halihodzić skarży Japończyków

Były trener reprezentacji Japonii Vahid Halihodzić pozwał do sądu piłkarską federację tego kraju za zwolnienie go z posady tuż przed mistrzostwami świata. Domaga się odszkodowania w wysokości jednego jedna (cztery polskie grosze).

Na początku kwietnia japońska federacja niespodziewanie zdymisjonowała Halilhodzicia. 65-letni bośniacki szkoleniowiec najpierw protestował tylko w mediach, ale po dłuższym zastanowieniu postanowił oddać sprawę do sądu. Nie chodzi mu o pieniądze, czego dowodem jest szokująco mała kwota żądanego w pozwie zadośćuczynienia. Halihodzić domaga się odszkodowania w wysokości… jednego jena, czyli równowartości czterech polskich groszy. „Tu chodzi o honor, a on nie ma ceny” – wyjaśnia Bośniak.

Reprezentacja Japonii, której selekcjonerem jest teraz Akira Nishino, będzie rywalem biało-czerwonych w mistrzostwach świata w Rosji. W grupie H znalazły się jeszcze drużyny Senegalu i Kolumbii.

Igrzyska śmierci

Rzeź bezdomnych psów i kotów przed Mundialem trwa pomimo zapewnień Rosji, że problem ten w miastach-gospodarzach rozwiązywać będzie w sposób humanitarny.

 

Otwarte Klatki i Anima International w poniedziałek 21 maja wystartowały z akcją „Krwawa FIFA”. Przygotowują petycję do Federacji, aby wzięła odpowiedzialność za to, co dzieje się na ulicach rosyjskich miast-organizatorów. Bezdomne psy i koty umierają w męczarniach, otrute mięsem naszpikowanym chemikaliami.

Na filmach z Samary i Wołgogradu upublicznionych przez Otwarte Klatki widać psy krztuszące się własną krwią i umierające w straszliwych bólach. Jak alarmują obrońcy praw zwierząt, po miastach krążą też wolontaryjnie tzw. szwadrony śmierci, czyli samozwańczy hycle, którym miasta płacą niewielką ilość pieniędzy za każde zabite zwierzę. Ich ciała są później utylizowane masowo niczym śmieci.

Otwarte Klatki i Anima chcą, aby FIFA, oprócz przerwania piekła zwierząt w Rosji, umieściła w swoim Kodeksie Etycznym specjalną klauzulę dotyczącą dobrostanu zwierząt przy organizacji imprez sportowych. Przez dwa dni petycję podpisało ponad 20 tysięcy ludzi. W Kodeksie Etycznym istnieje zapis mówiący o „ochronie wizerunku piłki nożnej, zwłaszcza w ramach FIFA, przed niebezpieczeństwami i szkodami w wyniku nielegalnych, niemoralnych lub nieetycznych metod i praktyk”. Obrońcy udowadniają, że uśmiercanie bezdomnych zwierząt stanowi rażące naruszenie kodeksu i nie przyczynia się do ocieplenia wizerunku ani piłki nożnej ani samej Federacji.

– Puchar Świata FIFA jest jednym z najwspanialszych wydarzeń sportowych na świecie i powinien inspirować do zaangażowania i sukcesów. Zamiast tego, wydarzenie zostało naznaczone brutalnymi otruciami bezpańskich psów, które mają pomóc w „upiększeniu” wizerunku miast-gospodarzy. Zabijanie zwierząt, których jedyną zbrodnią jest nie posiadanie rodziny, którą mogłyby kochać, jest zarówno niemoralne, jak i nieefktywne. Wzywamy miłośników zwierząt na całym świecie do podpisania naszej petycji do FIFA i pomocy w zakończeniu na dobre tego rodzaju praktyk – powiedziała Iga Lebuda, koordynatorka kampanii.

Ale sygnały o piekle, jakie szykują zwierzętom Rosjanie, płynęły już na początku roku od tamtejszych działaczy. Jekaterina Dmitrijewa w rozmowie z RIA Novosti zwróciła uwagę na to, że władze niektórych miast organizatorów mistrzostw świata przeprowadziły przetargi na odłów i uśmiercenie bezdomnych psów na 2018 rok.

– Na stronie zamówień publicznych znalazłam przetargi miast, łącznie na 110 milionów rubli. W styczniu ogłoszono nowe przetargi. Ile ich jest, nie wiadomo. Wiemy, że jest taka niepisana „tradycja”, aby przeprowadzać czystki miast przed festiwalami i mistrzostwami. Być może nie ma bezpośredniego związku między zamówieniami, a mistrzostwami świata, ale mistrzostwa to jedyna możliwość dla ekologów, aby dotrzeć do władz i zwrócić uwagę na problem przetrzymywania zwierząt – mówiła.

Część takich „zamówień publicznych” m.in. w Wołgogradzie i Jekaterynburgu oprotestowano i w efekcie wycofano, ale część firm broniła się do ostatniej chwili. Na przykład Gorpitomnik – firma, która wygrała jeden z przetargów na przetrzymywanie psów.

– Na każdego odłowionego psa jest zgłoszenie. Zabijać na miejscu nie mamy prawa. Tym zajmuje się stacja walki z chorobami zwierząt i tylko w razie epidemii. Ale wiemy również, że w mieście są ludzie znęcający się nad zwierzętami. Czasami dostajemy zgłoszenie, że ktoś rozrzuca trujące tabletki na peryferiach miasta – bronił się szef Konstantin Jepifanow. Twierdził, że nie odstrzeliwuje zabitych zwierząt i działa wyłącznie po otrzymaniu zgłoszeń od obywateli.

Ręka w rękę z obrońcami sprawy bronił też deputowany Dumy Władimir Burnatow, który kierował do ministerstwa sportu wszelkie zastrzeżenia na bieżąco:
– Ważne dla nas jest nie tyle złapać kogoś za rękę i ukarać, ale działać prewencyjnie: wymusić na Ministerstwie Sportu, żeby dało odpowiednie rozporządzenia, aby liczebność zwierząt regulować w humanitarny sposób. Ministerstwo Sportu dało takie rozporządzenia regionom – twierdził.

Więcej – sprawa otarła się o administrację samego Władimira Putina, który wydał dokument, nakazujący samorządom oraz odpowiednim resortom „unikanie środków, które mogą być uznane za okrutne traktowanie zwierząt”. Jednak z materiałów udostępnionych przez Otwarte Klatki wynika, że samorządy jednak postanowiły działać „na skróty”.
Trucie jest nie tylko niehumanitarne – ale również nie rozwiąże w dłuższej perspektywie problemu bezdomności zwierząt. Jedynym skutecznym środkiem jest odławianie i sterylizacja. W samych miastach, organizujących rozgrywki ich liczna przekracza 2 miliony

W krwi psów i kotów wykąpała się już w 2012 roku Ukraina na Euro 2012. Według danych fundacji „Viva!” na Ukrainie w ciągu dwóch lat wymordowano 20 tysięcy psów. Również były otrute chemikaliami, działał tez cały system mobilnych krematoriów.

Kadra Polski na majówce w Juracie

Nasza piłkarska kadra od poniedziałku zbiera się w hotelu „Bryza” w Juracie. Na razie nie czuje się tu jeszcze mundialowych emocji. Nawet selekcjoner reprezentacji Adam Nawałka wygląda na wyluzowanego.

Pierwsi kadrowicz pojawili się w „Bryzie” w poniedziałek, wśród nich m. in. tercet z Sampdorii Genua, czyli Karol Linetty, Dawid Kownacki i Bartosz Bereszyński, obrońca VfB Stuttgart Marcin Kamiński oraz wystawiony na sprzedaż przez Hull City Kamil Grosicki. Wszyscy przybyli w towarzystwie najbliższych sobie osób i w wybitnie wakacyjnych nastrojach. Zgrupowanie kadry tak na serio ma się rozpocząć dopiero od środy, bo tego dnia na boisku w Jastarni kadrowicze mają odbyć pierwszy trening. Zajęcia będą jednak wybitnie rekreacyjne, bo trener Nawałka zgodził się na obecność kibiców i dziennikarzy. Otwarty dla publiczności ma też być trening piątkowy, ale w czwartek i w sobotę piłkarze będą ćwiczyć już tylko w obecności sztabu szkoleniowego kadry.

W tych zajęciach raczej nie będzie brał udziału Kamil Glik, który przyjechał na zgrupowanie z urazem ścięgna Achillesa. „Kamil jest przemęczony, uskarża się na Achillesa, dlatego w poniedziałek przeszedł badania USG. Słowa uznania dla niego, że w ogóle do Juraty przyjechał. Będzie się teraz leczył i pracował z fizjoterapeutami, ale na pewno zdąży wrócić do zdrowia. To drobny uraz” – uspokajał dziennikarzy trener Nawałka. Przyznał jednak, że drobne kłopoty zdrowotne ma też Michał Pazdan, przez które nie zagrał w niedzielnym meczu z Lechem, że inny z legionistów, Krzysztof Mączyński, wciąż zmaga się z kontuzją kolana, ale w Arłamowie zdaniem selekcjonera obaj gracze świeżo upieczonego mistrza Polski mają być już gotowi do ciężkich treningów.

Zanim jednak wszyscy przeniosą się w Bieszczady, czeka ich kilka dni laby na Helu. Wśród atrakcji jakie PZPN przygotował dla kadrowiczów w tym czasie jest wymieniana m.in. koncert zespołu Lady Punkt, herbatka u prezydenta Andrzeja Dydy, rowerowe przejażdżki, grill, spacery po plaży i turniej w siatkonogę. No cóż, szału nie ma, ale w końcu, jakby nie patrzeć, to jest jednak zgrupowanie sportowe przed najważniejszą piłkarska imprezą na świecie.

Nawałka znany jest jednak z tego, że nie lubi zmieniać czegoś, co już raz mu przyniosło pożądane efekty. Przed Euro 2016 piłkarze też tak byczyli się w Juracie, a potem doszli do ćwierćfinału. Harówka ma się zacząć od przyszłego wtorku w Arłamowie. Kadrowiczów czekają też dwie gry kontrolne – pierwsza jeszcze w Juracie, druga już w bieszczadzkim ośrodku.

Nietrudno się domyślić, do czego te mecze są selekcjonerowi potrzebne. Musi przecież do 4 czerwca wybrać 23 zawodników, których nazwiska PZPN zgłosi do FIFA. Potem już możliwości personalnych manewrów już nie będzie, a biało-czerwonych czekają po tym terminie dwie poważne towarzyskie potyczki – najpierw z Chile, a tuż przed wyjazdem do Rosji z Litwą na Stadionie Narodowym.

Reprezentacja Polski: Adam Nawałka się waha?

Trener piłkarskiej reprezentacji Polski Adam Nawałka na zgrupowanie regeneracyjne do Juraty zaprosił aż 32 piłkarzy.

Trener Adam Nawałka do występu w Rosji przygotowuje reprezentację Polski w podobny sposób jak robił to przed turniejem Euro 2016 we Francji. Najpierw zgrupowania regeneracyjne w Juracie, a potem normalne przygotowania w Arłamowie. Nad morzem kadrowiczom mogą towarzyszyć rodziny i ich partnerki.

Tym razem na Półwyspie Helskim nie pojawi się nikt z klanu Lewandowskich, bo brylująca dwa lata temu wśród żon i narzeczonych naszych piłkarzy Anna Lewandowska tym razem ma się w Juracie nie pojawić, podobnie jak jej mąż. Trener Nawałka dał też wolne Łukaszowi Piszczkowi, a niewykluczone, że z pobytu w hotelu „Bryza” jeszcze ktoś z naszych gwiazdorów wydębi od selekcjonera zwolnienia. Podczas obozu w Juracie zawodnicy mają przewidziane cztery treningi na boisku w pobliskiej Jastarni (będą dojeżdżać na nie rowerami). Pierwsze zajęcia wyznaczono w środę.

Pobyt w Juracie skończy się 26 maja, a dwa dni później kadra Polski zbierze się w Arłamowie, gdzie trener Adam Nawałka rozpocznie już właściwa część przygotowań do mistrzostw świata w Rosji. Ostateczny, 23-osobowy skład kadry selekcjoner ma ogłosić dopiero 4 czerwca.  Przed wyjazdem na mundial biało-czerwonych czekają jeszcze dwa mecze kontrolne. 8 czerwca w Poznaniu ich rywalem będzie Chile, a cztery dni później zagrają w Warszawie z Litwą. Następnego dnia Adam Nawałka zabierze reprezentację do bazy pobytowej w Soczi.

Aktualna kadra Adama Nawałki:

Bramkarze: Bartosz Białkowski (Ipswich Town, Anglia), Łukasz Fabiański (Swansea City, Walia), Łukasz Skorupski (AS Roma, Włochy), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Włochy).

Obrońcy: Jan Bednarek (Southampton, Anglia), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua, Włochy), Thiago Cionek (SPAL 2013, Włochy), Kamil Glik (AS Monaco, Monako), Artur Jędrzejczyk (Legia Warszawa), Marcin Kamiński (VfB Stuttgart, Niemcy), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów, Ukraina), Michał Pazdan (Legia Warszawa), Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund, Niemcy).

Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg, Niemcy), Paweł Dawidowicz (US Palermo, Włochy), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria), Kamil Grosicki (Hull City, Anglia), Grzegorz Krychowiak (Paris Saint-Germain, Francja), Rafał Kurzawa (Górnik Zabrze), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Krzysztof Mączyński (Legia Warszawa), Sławomir Peszko (Lechia Gdańsk), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa, Rosja), Sebastian Szymański (Legia Warszawa), Piotr Zieliński (SSC Napoli, Włochy), Szymon Żurkowski (Górnik Zabrze).

Napastnicy: Dawid Kownacki (Sampdoria Genua, Włochy), Robert Lewandowski (Bayern Monachium, Niemcy), Arkadiusz Milik (SSC Napoli, Włochy), Łukasz Teodorczyk (Anderlecht Bruksela, Belgia), Kamil Wilczek (Brondby Kopenhaga, Dania).