Kłopotliwy sojusznik

Parlament Kosowa przegłosował utworzenie armii na bazie miejscowych sił bezpieczeństwa. „Za” głosowali deputowani narodowości albańskiej, natomiast wszyscy posłowie Serbskiej Listy głosowanie zbojkotowali.

 

Zgodnie z przyjętą ustawą, Kosowskie Siły Bezpieczeństwa mają być stopniowo przekształcone w regularną w armię, w której docelowo ma służyć 5 tysięcy żołnierzy oraz 3 tysiące rezerwistów. W ten sposób kosowskie wojsko liczyłoby więcej funkcjonariuszy niż obecne tam siły NATO mające w Kosowie 4 tys. żołnierzy. Decyzja parlamentu nie jest jeszcze ostateczna. Utworzenie armii wymagałoby bowiem zmian w konstytucji. A do tego potrzebna jest nie tylko większość 2/3 głosów wszystkich posłów, lecz także zgody ze strony 2/3 deputowanych z ramienia Serbskiej Listy, co jest całkowicie nierealne.

Pierwsze słowa krytyki popłynęły ze strony Serbii. Koordynator kontaktów z Kosowem Marko Đurić przestrzegł przed „nieprzewidywalnymi konsekwencjami dla bezpieczeństwa regionu” zaznaczając, że Serbia będzie chronić swoje interesy na całym swoim terytorium. Również serbski minister obrony Aleksandar Vulin uważa, że powstanie w Kosowie regularnej armii zagrażałoby Serbii i Serbom podkreślając, że jedynymi siłami zbrojnymi na terenie Kosowa mogą być tylko obecne tam siły NATO.
W ostry sposób wypowiedział się też deputowany Serbskiej Listy do kosowskiego parlamentu Igor Simić mówiąc, iż postanowienie kosowskiego parlamentu stanowi pogwałcenie Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z 1999 r. oraz konstytucji Kosowa.

Natomiast poparcie dla utworzenia kosowskiej armii wyraził premier Albanii Edi Rama, który jednocześnie oddał na Twitterze hołd „męczennikom Armii Wyzwolenia Kosowa” oraz pobłogosławił „odradzającą się armię Kosowa”.

NATO nie zajęło jeszcze oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Cytowany przez Radio Free Europe/Radio Liberty funkcjonariusz paktu podkreśla, że NATO popiera Kosowskie Siły Bezpieczeństwa działające zgodnie z obecnie obowiązującym mandatem natomiast w przypadku, gdy zakres uprawnień tych sił będzie się zmieniać, NATO „rozpatrzy poziom swojego zaangażowania w Kosowie.
Jak widać Pakt Północnoatlantycki ma spory kłopot ze swoim protegowanym na Bałkanach. Z jednej strony musi wspierać swoją forpocztę w regionie, z drugiej zaś obawia się zaostrzenia sytuacji w tak niestabilnym i konfliktogennym miejscu, jakim są Bałkany. O tym, że USA mają już dość konfliktów w tym regionie, w których rozpalaniu miały czynny udział, świadczy przedstawione w piątek w Belgradzie przez zastępcę sekretarza stanu Matthewa Palmera oświadczenie nawołujące Serbię i Kosowo do wykorzystania – jak się wyraził – „historycznej okazji” do zawarcia porozumienia. Swoją obecność militarną w Kosowie NATO uważa zarówno za czynnik stabilizacji, jak też kontroli nad poczynaniami nie zawsze kierujących się politycznym realizmem władz w Prisztinie.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.
Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.
Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.
Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r. Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.
Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach. Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?
A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?
I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne. To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19 proc. uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

 

Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Szczególne jak zachowanie psa

Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny za jakiś czas – i to pewnie niedługi – wypadnie powiedzieć sobie „i po co nam to było”. A właściwa odpowiedź na nie będzie brzmiała: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 

O wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie napisano już wiele. Od apologetycznych peanów w mediach publicznych, poprzez umiarkowane peany innych mediów mainstreamu – bo przecież „szczególne relacje” jakie Polska ma jakoby z USA są bożyszczem tak PiS, liberałów jak i części lewicy – aż do komentarzy z radykalnie lewej strony – krytycznych i prześmiewczych. Nie ma sensu więc powtarzać tego wszystkiego tutaj i zastanawiać się, czy dopuszczenie do biurka Donalda Trumpa to zaszczyt wielki, czy tylko umiarkowany.

Nie ma co też zastanawiać się nad pustosłowiem podpisanej umowy, której polska dyplomacja wychwala jako epokowy sukces, usiłując przekonać nas, że stanowi ona podstawę do jakiejś współpracy i dlatego to nie ma w niej konkretów (skądinąd poza zobowiązaniem Polski do zwiększania wydatków na zbrojenia).

Nie ma też co komentować, że otrąbiony już wcześniej „wielki sukces” prezydenta Dudy sprowadził się do potwierdzenia tego, o czym mówiło się już dawno. Do potwierdzenia, że Polska w imię niechęci do gazu rosyjskiego, pod hasłem „uniezależnianie się Rosji”, będzie kupować znacznie droższy skroplony gaz amerykański – i nadaremnie walczyć z „Nord Stream 2”, którego sam Trump nie myśli obkładać sankcjami, co wskazuje, że i tu wysuwamy się przed szereg. Ale to, co było przebąkiwane już wcześniej, że Polska miałaby zapłacić za stworzenie amerykańskiej bazy – to jednak pewnego komentarza wymaga.

Abstrahujmy od pytania, czy baza taka (czy w ogóle zwiększanie amerykańskiej obecności wojskowej na „wschodniej flance”) jest Polsce potrzebna – bo ten temat wielokrotnie był analizowany – i czy konieczna była czołobitna propozycja jej nazwy – „Fort Trump”, bo tu chodzimy na teren groteski. A już nad sprawą kosztów warto się zastanowić. W mediach pojawiała kwota 2 mld. dolarów, czemu MON zaprzecza, ustami ministra Mariusza Błaszczaka twierdzącego, że o kosztach nie mówiono. Choć trudno mu do końca wierzyć, bo pojawiły się też sugestie że mówiono, a nawet, że pojawiała się jakaś większa kwota. Ale czy Polska nie mogłaby wydać tych pieniędzy na coś bardziej praktycznego i potrzebnego? Przypominanie, że „niektóre kraje” płacą Amerykanom za obecność ich wojsk jest wielce mylące, bo przykład ten to Korea Południowa. Od kilku miesięcy postępuje na Półwyspie Koreańskim odwilż, ale przypomnijmy – mowa o kraju, który nadal formalnie jest w stanie wojny ze swoim sąsiadem. Polska – szczęśliwie nie jest w podobnej sytuacji. Nie mówiąc też o tym, że jak kwitnienie przyjaźni między prezydentem Mun Dze Inem a przewodniczącym Kim Dzong Unem postąpi dalej, to może być i tak, że Seul te wydatki może uznać za bezzasadne.

Rzecz najpoważniejsza leży jednak w samej zasadzie i momencie, kiedy sprawa ta się pojawiła.

Dorobiona do tego jest ideologia w myśl zasady, że naczelną racją polskiej polityki wojskowej ma być strach przed jakoby zagrażającej Polsce, agresywnej Rosji. Konsekwentnie przez ostatnie lata wpajano nam przekonanie, że takie zagrożenie istnieje, i robiły to praktycznie wszystkie opcje polityczne. Należy jednak zwrócić uwagę, że Rosja – Rosją, ale że przede wszystkim jednak jest to akt wrogi w stosunku do europejskich sojuszników z NATO.

W obrębie Sojuszu Północnoatlantyckiego toczy się ostra dyskusja o tym, czy zwiększać budżety obronne (do czego większość europejskich państw z Niemcami na czele wcale się nie pali) i czy europejscy członkowie NATO mają płacić Amerykanom za obronę. Różnice zdań w tych sprawach omal nie doprowadziły do fiaska ostatniego szczytu Sojuszu Brukseli w lipcu 2018 r. Zapobiegła temu prawdopodobnie tylko świadomość faktu, że zaraz po nim Donald Trump miał spotykać się z Władimirem Putinem i uznano, że wobec tego może lepiej zminimalizować wrażenie rysującego się poważnego pęknięcia. Teraz jednak Polska, schlebiając swoim antyrosyjskim fobiom, uznała że Niemcom i Francji należy pokazać figę. I jeszcze za to zapłacić. A skoro jakoby polska doktryna zakłada, że NATO ma nas przed czymś bronić, to czy rozbijactwo tego rodzaju jest najlepszą drogą do jego wzmacniania? W imię wspierania koncepcji, że NATO ma być sterowane za pomocą amerykańskiego dyktatu.

Donald Trump nie gra może na rozbicie NATO, bo w końcu to jednak instrument amerykańskiej polityki w Europie, ale na rozbicie Unii Europejskiej – jak najbardziej. I tym ruchem do jego gry Polska przyłożyła rękę. Za co nam pewnie bliżsi sąsiedzi nie raz podziękują. Czy zatem naprawdę konieczne było i tego, kolejnego kroku, za pomocą którego jeszcze bardziej Polska staje się wyizolowana w swoim otoczeniu?

Polscy politycy i decydenci polityki zagranicznej uwielbiają się chełpić jakimiś domniemanym „szczególnymi relacjami” z USA. Jak ta szczególność się przedstawia – w to już nikt nie wchodzi. Starczy że ktoś w Waszyngtonie powie kilka słów zachęty, pogłaszcze po główce i „szczególność” relacji już jest. Jednak w relacjach dwustronnych między Warszawą a Waszyngtonem jest sprawa, którą można uznać za rodzaj papierka lakmusowego do ich oceniania. I o niej trzeba na koniec powiedzieć. Ta sprawa nazywa się wizy.

W czasie różnych poprzednich spotkań na najwyższym szczeblu słowo to pojawiało się, a kolejni amerykańscy prezydenci składali przynajmniej jakieś nieszczere i nigdy nie spełnione obietnice. Prezydentowi Dudzie prezydent Trump nie raczył uczynić i takiego gestu. Słowo „wizy” nawet się nie pojawiło. Co pokazuje dobitnie, że szczególność polskich relacji z Ameryką jest mniej więcej taka, jak szczególne było zachowanie psa w sławetnym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

I nie ma co tu bić piany, jakoby w relacjach między prezydentami była jakakolwiek chemia.

O realizmie na temat Rosji RECENZJA

Witold Modzelewski, znany ze swej działalności naukowej i doradczej w dziedzinie prawa podatkowego napisał i wydał w ostatnich latach cztery książki na temat relacji Polska-Rosja. W roku 2014: Polska-Rosja. Szkice. W roku 2015: Polska-Rosja. Co dalej? W roku 2016: Polska-Rosja. Wojny nie będzie. I ostatnią, w roku 2017: Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Przedmiotem tej recenzji jest książka ostatnia, refleksyjny zbiór esejów historyczno-politologicznych ukazujących historyczny kontekst Rewolucji Październikowej, jej kreatorów i realizatorów, układ interesów w ówczesnym świecie, który doprowadził do tego wydarzenia i długofalowe konsekwencje sprawowania władzy w Rosji przez bolszewików.
Jeżeli przyjąć za pewnik wszystkie przedstawione w książce fakty historyczne dotyczące projektu „Rewolucja Październikowa”, to należy od nowa napisać historię Rosji, Europy i świata, wskazując na innych bohaterów i zupełnie inny układ wydarzeń, które przeorały naszą cywilizację i zmieniły świat. Celem publikacji jest bowiem naświetlenie od nowa układu interesów w przedrewolucyjnej Rosji, jak też relacji w układzie ówczesnych graczy globalnych: Rosji, Niemiec, Austrii, W. Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Główną siłą napędową wydarzeń był wówczas wg autora plan marginalizacji rozwijającej się dynamicznie na przełomie XIX i XX wieku Rosji i sprowadzenie jej w perspektywie do roli kraju zależnego, głównie od Niemiec. Istotą planu było wywołanie chaosu w Rosji, jej ewentualny podział i sprowadzenie do roli dostarczyciela surowców, a nie kraju rozwiniętego przemysłowo i kulturalnie. Rolę siły dezintegrującej wzięli na siebie bolszewicy, których działalność od początku miała charakter destrukcyjny, antyrosyjski.
Jednym z głównych wątków książki jest sprawa relacji: bolszewizm a narodowy interes Rosji. Autor jednoznacznie argumentuje, że istnieje głęboki rozdział i faktyczna sprzeczność pomiędzy celami i dążeniami bolszewików a narodem rosyjskim. Bolszewicy, ich ideologia i program, to było narzędzie mające na celu zniszczenie Rosji.
W książce ukazującej się na rok przed 100-leciem odzyskania niepodległości przez Polskę obecny jest pogłębiony wątek polski, zarysowany pod kątem rozpoznania i zewidencjonowania wszystkich faktów i argumentów i historycznych a także współczesnych, za i przeciw zbliżeniu stosunków Polski z Rosją. Autor w swej analizie procesów historycznych sięga do nieznanych kulis układów europejskich i globalnych w końcowych latach XIX wieku, ukazując grę pomiędzy ówczesnymi mocarstwami. Zwraca szczególnie uwagę na interesy polskie w konfrontacji z wielkomocarstwową polityką Niemiec, Rosji, W. Brytanii i Francji. Szczegółowo analizuje długofalowe aspekty polityki niemieckiej, wskazując na jej ciągłość w całym okresie istnienia państwa niemieckiego od momentu jego ukształtowania w XIX wieku.
Na uwagę zasługuje wątek książki dotyczący praktycznego wymiaru aktualnych relacji Polska-Rosja w obszarze kreowanych w Polsce opinii. Autor powołuje się na wydane już książki na temat Rosji i wyciąga z nich jedno ważne zdanie: „Rosja to jest skomplikowana rzeczywistość”. Witold Modzelewski twierdzi, że osób nie rozumiejących w Polsce rosyjskiej rzeczywistości jest wiele. Można podzielić polskie społeczeństwo na kilka charakterystycznych grup, w oparciu o przypisane im, kreowane aktualnie opinie dotyczące Rosji. Wymieniając po kolei za autorem książki są to: rusofobi zadeklarowani, którzy twierdzą, że Rosja to „azjatycka dzicz” zaludniona przez pijanych, śmierdzących gnojem „kacapów”. Druga grupa to antykomuniści, którzy wciąż nienawidzą Związku Radzieckiego. Dla nich całe zło bolszewizmu ma wyłącznie rosyjskie korzenie, a Władzimir Putin jest kryptokomunistą, który dąży do odtworzenia ZSRR. Trzecią grupę stanowią post Polacy, czyli Europejczycy. Dla nich ojczyzną jest zjednoczona Europa. Reszta ich nie obchodzi. Wreszcie czwarta grupa to niedouczona część pokolenia III RP – Lemingi, którym myli się Powstanie Styczniowe z Powstaniem Warszawskim. Generalnie wg autora „mają wszystko w dupie”.
Ciekawe rozważania snuje autor wobec problemu strachu przed Rosją. W swoim wariancie realistycznym uważa, że „…strach jest wyłącznie tworem medialnym tych nielicznych, którzy się boją, a chcą zmobilizować większość, by bała się razem z nimi… Z tego co wiem, nikt na przysłowiowej ulicy nie boi się Putina. Wręcz odwrotnie – zwykli ludzie, widząc wszechobecny, „liberalny” bajzel i niemoc twierdzą, że ktoś na tę miarę przydałby się w Polsce. Nie wyjaśnia to jednak przyczyn strachu „elyt”; może to jest strach irracjonalny”. Twierdzi on dalej, że „…poprawność narzucona przez wszechobecnych rusofobów, którzy uważają, że między współczesną (i historyczną) Rosją a państwem bolszewickim nie ma żadnych różnic, wiąże się z bezkrytycznym uwielbieniem i wiernością wobec wszystkich (bez wyjątku) władz amerykańskich…”.
Sięgając do historii przemian w Europie po I wojnie światowej i powstania m.in. niepodległego państwa polskiego autor zadaje kilka dość zasadniczych pytań inspirujących do przeszukiwania archiwów berlińskich i wiedeńskich, tak się bowiem złożyło, że Niemcy kajzerowskie i cesarska Austria współdziałając tworzyły podwaliny nowej Europy na początku XX wieku. Pytania dotyczą m.in. Józefa Piłsudskiego i jego roli po uwolnieniu w 1918 roku z magdeburskiego więzienia a także skali współpracy polskich i bolszewickich socjalistów, kontakty trwały bowiem aż do śmierci Piłsudskiego. Inne zasadnicze pytanie autora dotyczy przewrotu bolszewickiego w listopadzie 1918 roku, który zmienił historię świata. Czy został on wykonany na rozkaz z Berlina obalenia tymczasowego rządu Republiki Rosyjskiej, z którym chciał zawrzeć pokój główny sojusznik – austriacki Wiedeń.
Poza wątkami historycznymi i wielu pytaniami, książka Witolda Modzelewskiego zawiera obszerny wątek współczesny, który można określić jako ważny problem współczesności: „kiedy i dokąd od bolszewizmu i zimnej wojny?”.
– Od ćwierć wieku – czytamy w książce Witolda Modzelewskiego – nie ma radzieckich armii pancernych nad Łabą, nie ma radzieckiego komunizmu, nie ma nawet tamtego państwa. Zostało jednak zredukowane militarnie NATO, którego sensem istnienia jest wykreowanie Rosji jako wroga… Dziś nikt, ani państwa naszego europejskiego zadupia, ani tym bardziej Ameryka, nie chce się uwikłać w żaden nowy, długotrwały konflikt militarny, zwłaszcza z kimś, kto był, jest i będzie groźny. Aby tak się stało, trzeba odsunąć w cień tych, dla których straszenie wojną jest treścią istnienia… Nowy prezydent USA prędzej, czy później zakończy polityczną izolację Rosji, wpychając ją tylko w ramiona Chin, i rozpocznie coś, co ma już nazwę – proces pokojowy…”.
W swej dogłębnej diagnozie autor stawia dość zasadniczy problem dotyczący roli Polski w nowym układzie postjałtańskim, w którym mamy stabilne granice, a na wschodzie i zachodzie dwa konkurencyjne mocarstwa, które nie wyzbyły się swych przyzwyczajeń i doświadczeń historycznych. Uważa on, że my Polacy nie powinniśmy popełnić błędu w generalnej diagnozie status quo, gdy oceniamy współcześnie Rosję i jej politykę. Zasadnicze pytanie dotyczy prawidłowości poglądu, że dzisiejsza Rosja jest czwartą wersją państwa bolszewickiego lub alternatywnie jest państwem, które chce pozbyć się bolszewickiego piętna, stać się przedrewolucyjną Rosją i kontynuować jej tradycję i wartości.
W przypadku pierwszym Polska znajduje się pomiędzy dwoma współpracującymi ze sobą mocarstwami, dla których wojna 1941-45 była epizodem, a Rosja pozostanie państwem realizującym niemieckie teorie socjalistyczne, wrogie samej Rosji, jej tradycji, słowiańszczyźnie i chrześcijaństwu. Patrząc z tej pozycji berlińscy politycy uważają Moskwę za swego najważniejszego partnera i z tego wypływa ich stosunek do Polski, jako największego kraju środkowej Europy. W tym przypadku twierdzi autor, osią polskiej polityki powinno być antagonizowanie stosunków niemiecko-rosyjskich, na ile to będzie możliwe.
W drugiej diagnozie inaczej rysuje się pozycja Polski, bowiem Niemcy i Rosja jako konkurenci na forum europejskim i globalnym będą walczyli o swoją pozycję gospodarczą i polityczną. Polem konfrontacji będzie też Europa środkowa i wpływy w Polsce. Polska może wówczas stać się znacznie ważniejszym graczem, który może wykorzystać swoje położenie jako atut, a nie przekleństwo. Możemy wówczas być symetrystami, zwiększyć swą niezależność, stać się pełnoprawnym uczestnikiem i beneficjentem polityki regionalnej, również licytować, kto da więcej. Nie przeczyłoby to też naszej obecności i pozycji w Unii Europejskiej i NATO.
W konkluzji autor stwierdza: „A jaka diagnoza dominuje w oficjalnej, polskiej narracji? Zdecydowanie pierwsza. I to nas pcha, czy chcemy czy nie chcemy, w objęcia Berlina…”
Przyznam, że z dużym zainteresowaniem i uwagą czytałem tę książkę. Zawiera ona bowiem niezwykle bogaty materiał faktograficzny dotyczący tematu Polska-Rosja-Niemcy zarówno w sensie historycznym, jak i merytorycznym. Chodzi o niezwykle ciekawe interpretacje historyczne i politologiczne, wielowątkowość rozważań i poszukiwanie mądrych alternatyw, jeśli chodzi o sferę rozważań perspektywicznych.
Książka ta nie spodoba się wszystkim, bowiem jest do bólu prawdziwa i szczera. Autor nie zagłaskuje rzeczywistości, nie pomija niewygodnych faktów historycznych.
Obiektywizm tej książki bierze się z faktu, że autor nie wkracza na zdradliwe pole konfrontacji ideologicznej. Warto ją przeczytać; polskim elitom rusofobicznym potrzebny jest zimny prysznic i odrobina refleksji.

 

Witold Modzelewski, Polska-Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji. Instytut Studiów Podatkowych. Warszawa 2017, stron 255.

Si vis bellum…

Historia udowodniła, że przynajmniej do czasów broni jądrowej, władcy jednego bądź drugiego państwa fabrykowali broń po to żeby ją wcześniej czy później użyć. Era wojen masowych rozpoczęła się jednak dopiero w czasach przejścia kapitalizmu na etap imperializmu co spowodowało pierwszą i drugą wojnę światową.

 

Należy przy tym zaznaczyć, że ten proces się rozpoczął za zgodą demokratycznie wybranych parlamentów Wielkiej Brytanii, II Rzeszy Niemieckiej, Republiki Francuskiej, Królestwa Włoch, Stanów Zjednoczonych oraz do pewnego stopnia monarchii Habsburskiej, Imperium Rosyjskiego i wielu innych państw bardziej czy mniej demokratycznych, co obala mit rozgłaszany w końcowej fazie zimnej wojny jakoby wojny miedzy państwami liberalno-demokratycznymi są niemożliwe. Okres „równowagi wzajemnego zastraszania” miedzy USA a ZSRR pozwolił utrzymać względny pokój na północnej półkuli, przy licznych „gorących wojnach” na „peryferiach” ówczesnego świata. A lansowanie gigantycznego amerykańskiego planu „gwiezdnych wojen” ostatecznie wyczerpało siły Związku Radzieckiego, powodując kapitulację jego rodzącej się nowej klasy rządzącej co jednocześnie podkopało jednak zdolność rozwojową USA które przeszły w tym okresie od polityki wszechstronnego uprzemysłowienia na tory ekonomii wojny, systematycznego zadłużenia i wirtualnej waluty dyktującej globalne warunki gospodarcze innym krajom. Proces globalizacji kapitalizmu doprowadził USA i inne wiodące mocarstwa kapitalistyczne do etapu de-industrializacji i delokalizacji przemysłów cywilnych, co dodatkowo wzmacniało siłę lokalnego sektora zbrojeniowego który pozostał prawie że sam na terenie metropolii zachodnich.

W latach 1946-1989 toczono 27 wojen które spowodowały śmierć ponad 100 000 ludzi, wszystkich w krajach „południowych peryferii”. W 1990 r. konflikt w Zatoce został ogłoszony przez George’a Busha Pierwszego jako pierwsza wojna „nowego światowego ładu” i stanowiła sygnał, że „zwycięstwo” wyczerpanego wysiłkiem zbrojeniowym obozu kapitalistycznego doprowadziło do przyspieszenia spirali zbrojeń i wojen, coraz częściej z pominięciem prawa konfliktów zbrojnych i prawa międzynarodowego opartego na zasadach Karty Narodów Zjednoczonych. Wojny od tego czasu mnożyły się już na wszystkich kontynentach i były prowadzone przez armie państwowe lub przez grupy zbrojne nie produkujące broni lecz kupujące je w krajach imperialistycznych pod różnymi pretekstami: obrona interesów globalnych lub regionalnych i wzrostem skrajnych ideologii nacjonalistycznych, plemiennych lub religijnych. A jednocześnie wzrosła też ilość państw posiadających, jawnie czy nie, broń jądrową.

Zdaniem Stockholm International Peace Research Institute, wydatki na cele „obronne” wzrosły o 1 021, 5 mld. dolarów rocznie od 2002 r. do 2006 r. , o 1 540, 5 mld. dolarów od 2007 r. do 2011 r. (wzrost o 51 proc.) i osiągnęły od 2012 r. do 2016 r. sumą 1 728, 0 mld. dolarów (wzrost o 12 proc.). Szacuje się, że w 2016 r. wydatki na cele wojskowe stanowiły już 2,2 proc. „światowego” PKB. Ten wzrost jest szczególnie szybki na terenie Azji, dowodzi to, że już nie Europa lecz Azja stała się centrum sprzeczności globalnego świata. Od roku 2008 do 2016, kraje obu Ameryk stanowiły 41,1 proc. wydatków na armię, kraje Azji i Oceanii 26,7 proc., kraje Europy 19,8 proc., kraje Bliskiego Wschodu 7,5 proc. i kraje Afryki 2,2 proc.. Rozpatrując jednak w cyfrach absolutnych, strefa NATO wraz z jego sojusznikami z innych stref pozostaje daleko na pierwszym miejscu. To świadczy o tym, ze lokomotywa spirali zbrojeniowej pozostaje na Zachodzie wbrew hasłom o wzroście potęgi Rosji, Chin czy Iranu lub Korei.

 

 

Z tej listy osiem państw należy do NATO (USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Kanada, Hiszpania, Turcja), pięć jest bliskimi sojusznikami bloku zachodniego (Arabia Saudyjska, Japonia, Korea Południowa, Australia, Izrael), trzy do grupy państw mniej więcej nie zaangażowanych (Indie, Brazylia, Algieria) i cztery do państw które można uznać za konkurentów bloku zachodniego (Chiny, Rosja, Iran, Korea Północna). I to stanowi aktualny balans sił światowych, nawet jeśli uwzględnimy sprzeczności powstałe niedawno w obozie zachodnim i fakt, że „po drugiej stronie”, postawę państw niezaangażowanych bądź „wrogich” można także uważać za, do pewnego stopnia, potencjalnie zmienną. Strefa atlantycka i krajów ogłoszonych przez USA jako „Major non-NATO ally” reprezentuje 62,3 proc. wszystkich wydatków zbrojeniowych, nie wliczając w to jednak innych krajów silnie związanych z NATO bądź z jednym z jego mocarstw. Według Countries Ranked by Military Strength, na 30 najsilniejszych armii świata, 11 należy do NATO, 11 jest blisko związanych z krajami NATO, 4 mogą być uważane za „niezaangażowane” i 4 za będące w stanie potencjalnego konfliktu z krajami obozu zachodniego. Nie licząc przy tym niepaństwowych formacji zbrojnych, opozycyjnych i najczęściej terrorystycznych, które korzystają z poparcia jawnego bądź nie, ze strony mocarstw, co szczególnie dotyczy takich krajów jak Syria, Irak, Jemen, Iran, Kolumbia, Kongo, Somalia, Nigeria, Mali, Pakistan, itd. Poparcia udzielone tym ugrupowaniom przez państwa takie jak USA, Izrael, Arabia Saudyjska, Francja czy Turcja znacznie przerastają podobne zjawiska ze strony takich państw jak Iran lub Rosja. Z tych wszystkich danych jasno wynika wiec, że „paniczne groźby ze strony wzrastających mocarstw” rozpowszechnione w wiodących mediach państwowych i prywatnych świata nie odpowiadają racjonalnej analizie.
Spirala zbrojeniowa jest wiec nakręcana po to, żeby klasy rządzące wiodących mocarstw kapitalistycznych mogły legitymować ich niechęć do wydawania funduszy na cele socjalne i rozwojowe dla mas, żeby stale powiększać zyski oraz wzmacniać swoją władzę. Przemysł śmierci (zbrojenia wraz z wydatkami/zyskami ubocznymi na przemysł farmaceutyczny, narkotykowy i leczenia ofiar wojen, na sprzedaż energii dla wojsk, na rozwój sektorów bezpieczeństwa i więziennictwa państwowego i prywatnego, itp.) stał się główną gwarancją przetrwania elit światowej finansjery, a także siły roboczej związanej z tymi sektorami, w momencie kiedy de-industrializacja, prekariat i masowy głód grozi większości ludzi na świecie.

 

 

Spośród dziesięciu największych eksporterów broni, aż siedem należy więc do NATO, co oznacza 62,3 proc. całego handlu bronią na świecie. W tej sytuacji, niezależnie od tego co sądzimy o polityce takich państw jak Rosja czy Chiny, należy postawić pytanie czy te państwa można umieścić w kategorii siły napędowej ruchu na rzecz zbrojeń czy stanowią tylko względnie słabą przeciwwagę wobec mocarstw w których sektor przemysłu zbrojeniowego odgrywa wiodącą rolę w życiu ekonomicznym, handlowym, finansowym, politycznym i medialnym. Musimy przy tym także zauważyć, ze USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy sprzedają broń ośmiu z dziesięciu państw kupujących największą ilość broni, co wskazuje jednocześnie, że ten handel jest po części tylko związany z polityką i strategią danego państwa i po części z „apolitycznymi” interesami biznesowymi. Rządy wielkich mocarstw stały się, co wyraźnie widać na przykładzie sprzedaży francuskiej broni dla saudyjskiej strony wojny w Jemenie, czynnymi agentami handlowymi swych firm zbrojeniowych.

 

 

38 na 100 największych firm zbrojeniowych na świecie ma swoją siedzibę w USA co reprezentuje 57,9 proc. ogólnej liczby sprzedaży stu największych firm zbrojeniowych świata, 25 firm na 100 to firmy zbrojeniowe krajów UE, czyli 25,7 proc.. Dołączając do tego Kanadę, firmy zbrojeniowe krajów członkowskich NATO reprezentują wiec 87,3 proc. sprzedaży spośród 100 największych sprzedawców broni na świecie. Udział francuskich firm zbrojeniowych wynosi 9,7 proc.. Polska sprzedaje z kolei broń głównie do Indii, Algierii i Indonezji co warto zaznaczyć gdyż, nawet jeśli jej udział w światowym handlu broni jest stosunkowo mały, sytuacja ta świadczy o tym, że Polska nie sprzedaje wiele broni krajom stowarzyszonym z Zachodem skąd została wyrugowana przez swych „sojuszników” podczas gdy wciąż jeszcze może sprzedawać broń krajom mniej lub bardziej niezaangażowanym, czyli krajom leżącym poza „strefą zainteresowania” obecnych polskich elit politycznych szczególnie służalczych wobec interesów politycznych i ekonomicznych krajów nie umiejących dzielić swoich zysków ze swoimi „przyjaciółmi”. Nawet kwestia zbrojeń udowadnia więc po raz kolejny, że Polska, stając się rezerwatem taniej siły roboczej i producentem podzespołów dla multinarodowych zachodnich firm, swoje główne perspektywy rozwoju musi jednak ulokować we współpracy z krajami rozwijającymi się bo rynki zachodnie weszły na etap nasycenia i stagnacji, stąd obecne zapędy wojenne które jak zawsze w historii świadczą o dekadencji danych mocarstw.
W tej jak najbardziej ponurej i groźnej sytuacji, pesymiści twierdzą, że napięcia między krajami produkującymi broń należą do sprzeczności wewnątrz systemu imperialistycznego niezależnie od tego czy dane państwo jest silniejsze czy słabsze, podczas gdy optymiści sądzą, że nowe wschodzące mocarstwa opierają swój rozwój głównie na sektory pozawojenne i reprezentują więc pewien postęp w walce o pokój i rozbrojenie, niezależnie od tego czy głoszą oni hasła burżuazyjno-narodowo antykompradorskie i anty-imperialistyczne jak Rosja, Iran czy Algieria lub socjalistyczne jak Chiny, Syria czy Korea Północna.

Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.

Kolejna ofiara Trumpa?

Dzisiejszy szczyt NATO w Brukseli rozpoczynał się wśród obaw, czy amerykański prezydent, któremu udało się już niedawno rozbić szczyt G7, i tu doprowadzi do konfliktu z sojusznikami. A spotka w dużej części te same osoby co w Kanadzie.

 

Pęknięcia pomiędzy Waszyngtonem a jego sojusznikami do tej pory nie dotyczyły kwestii czysto militarnych i polityki obronnej – a te kwestie przecież są zasadniczą domeną NATO, ale już w obszarach wcale nie tak odległych dały o sobie znać. W tym kontekście należy przypomnieć o budżetowych zobowiązań określających nakłady na obronę, do których np. Niemcy odnoszą się z dużą niechęcią, czy odmiennej polityce w stosunku do Iranu, która wywołała również poważny zgrzyt. Bo sojusz wprawdzie jest paktem obronnym, w którym Waszyngton ma najwięcej do powiedzenia, ale kieruje się swoimi zasadami. Izraela, niebędącego jego członkiem bronić nie będzie, nawet w razie bezpośredniego ataku. A wszystko to jeszcze w zagęszczającej się atmosferze wojny celnej i nadchodzącego spotkania Trump-Putin w Helsinkach. Okazji do zgrzytów może nie zabraknąć, zwłaszcza jeśli europejscy przywódcy zechcą dawać egotykowi Trumpowi jakieś porady na temat jak rozmawiać z Moskwą. A Trump w takich sprawach uważa się za mistrza nad mistrzami.

Zwraca się uwagę, że potencjalnym takim obszarem może być odmienność filozofii obrony – dla Europy, szczególnie dla Niemiec, „merkantylistyczne „ podejście do obronności reprezentowane przez prezydenta Trumpa jest nie do przyjęcia. A kanclerz Merkel już była przez niego kilkakrotnie strofowana za niewielkie nakłady na obronność, nadal dobrze poniżej zakładanych 2 proc. (Berlin zapowiada osiągnięcie ten poziom dopiero w 2024 r.) i stan wyposażenia Bundeswehry. Trumpowe podejście do obrony sojuszników przyjmują za to takie państwa jak Polska, która dała temu wyraźny sygnał proponując 2 mld dolarów za dyslokację amerykańskiej dywizji na swoim terytorium. Zaś Trump otwarcie głosi, że „obrona Niemiec” za darmo to dowód „łupoty Ameryki”.

Niepokoje przed szczytem udzielają się także innym instytucjom w Europie. – To właśnie Europa jako pierwsza odpowiedziała, gdy Stany Zjednoczone zostały zaatakowane 11 września i poprosiły o solidarność. Europejscy żołnierze ramię w ramię walczyli z Amerykanami w Afganistanie. 870 dzielnych europejskich mężczyzn i kobiet poświęciło swoje życie. W tej liczbie było 40 żołnierzy z mojej Ojczyzny, z Polski. Drogi Panie Prezydencie, proszę o tym pamiętać jutro, kiedy spotkamy się na szczycie NATO, ale przede wszystkim, gdy spotka się Pan z prezydentem Putinem w Helsinkach. Zawsze warto wiedzieć, kto jest strategicznym przyjacielem i kto jest strategicznym problemem – zaapelował do prezydenta Trumpa w przeddzień jego przyjazdu przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Małe, zielone i z twarzą Waszyngtona

Zadziwiający jest budżet naszego kraju. Kwalifikuje się do nagrody Nobla z fizyki.

 

Niby sztywny, i niby z gumy”, a jednak tak rozciągliwą substancję trudno spotkać w przyrodzie. Ni to kauczuk, ni plastelina. Prawdziwy fenomen. I jeszcze te nadwyżki z wbudowaną funkcją znikania na zawołanie!
Kiedy po 40 dniach okupacji niepełnosprawni opuszczali Sejm, obowiązywała wersja, że nie da się z niego wycisnąć już ani kropelki pieniądza, nawet w wariancie kompromisowym od przyszłego roku – tylko osławione pieluchomajtki, które już nawet mnie śnią się po nocach, a co dopiero protestującym.
W ostatni sobotę Mateusz Morawiecki ściskał zaś dłonie i oddawał klucze pierwszym szczęśliwcom z Białej Podlaskiej, którzy załapali się na Mieszkanie Plus. A że niektóre rodziny jeszcze przed podpisaniem ostatecznych umów wycofały się z programu, bo za 1,3 tysiąca wynajmą mieszkanie na wolnym rynku bez żadnych obostrzeń, rząd jakoś nie wspomina. Jak na złość, znowu w magiczny sposób nasz budżet zwinął się w kulkę, kiedy doszło do rozliczeń z deweloperami.
Okazało się, że powtórzyła się sytuacja z Jarocina. Mieszkania przekazywane są w stanie surowym, a sam czynsz zamiast 900, wyniesie 1100 – bez licznikowych opłat. Na dodatek po trzech miesiącach niepłacenia na czas najemca może zostać wyrzucony na bruk bez prawa do lokalu socjalnego, będzie też musiał na swój koszt zdzierać położone przez siebie wcześniej podłogi, żeby oddać mieszkanie takim, jakim je wziął. Nie wiadomo, ile lat trzeba będzie dopłacać do czynszu, aby uzyskać własność. Dlaczego tak? „Taniej się nie dało” – tłumaczy PiS, który skutecznie oddał sukces Mieszkania Plus deweloperom.
– Spokojnie, będą dopłaty! – premier Morawiecki usiłował ratować honor inwestycji. Tylko że budżet swoim zwyczajem znowu zrobił woltę. Dopłaty, owszem, będą, ale nie starczy dla wszystkich – tylko dla tych spełniających kryterium dochodowe. I nie będą waloryzowane (strasznie złośliwy stwór z tego budżetu, nie sądzicie?).
Ale cóż to? Coś tam jednak majaczy na pustym rzekomo dnie rządowego worka z pieniędzmi. Coś zielonego i z twarzą Jerzego Waszyngtona. Hokus pokus i państwowe konto nagle rozkwitło wizją nowoczesnej infrastruktury w Polsce północnej. W dokumencie, który MON przekazało amerykańskiemu kongresowi znajdują się plany inwestycji 2 miliardów dolarów – jeżeli tylko miłościwi Amerykanie zechcą przyjąć ów skromny podarunek w zamian za pozostawienie u nas jednej dywizji pancernej w ramach stałej bazy NATO. Przy takiej kasie, jaką jesteśmy w stanie wyłożyć według „Propozycji amerykańskiej obecności w Polsce”, 94 miliony dotacji dla spółek ojca Rydzyka wydaje się skromniutką jałmużną z niedzielnej tacy.
Co można zrobić za 7,5 miliarda złotych? Na przykład spełnić wszystkie postulaty niepełnosprawnych (około 3,8 miliarda) i lekarzy rezydentów (2 mld) oraz opłacić pierwszą transzę podwyżek dla nauczycieli. Albo zmodernizować cały tabor PKP Intercity. Albo wyłożyć połowę rocznej wysokości dopłat do czynszów w Mieszkaniu Plus.
Ale te wszystkie wydatki leżą w Kancelarii Premiera w zamkniętej na głucho szufladce z napisem „Pierdoły”. Otwarta jest za to ta druga, z tabliczką „Wazelina do tyłka Wuja Sama – używać tylko zgodnie z przeznaczeniem”.

Flaczki tygodnia

Kiedy najwyższa władza partyjno-państwowa przebywa w szpitalu, władze niższej rangi rozjechały się po Polsce kopiując „gospodarskie wizyty” dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka.

Kiedy widzę pana premiera Mateusza Morawieckiego podczas takiej „gospodarskiej wizyty” w Lublinie od razu czuję się młodszy! Jakbym przeniósł się w pierwszą połowę lat siedemdziesiątych. Prawie taki sam scenariusz spotkań ze społeczeństwem. Pod ścianą biało-czerwone sztandary. Wtedy był jeden, bo gospodarka niedoboru, teraz cały las ich, gęsty jak Puszcza Białowieska przed drzewobójstwem pana ministra Szyszki. Pod sztandarami pan premier na tle złożonym z siedzącej młodzieży. Dorodnej wyselekcjonowanej. Po prawej stronie premiera posadzili dziewczynę młodą i urodziwą, faworyzowaną licznymi najazdami kamer. To młode piękno ma podprogowo wywoływać na pozytywne skojarzenia u męskiej widowni poprzez mrowienie w ich lędźwiach. Zaprzeczać sączonej przez „totalną opozycję” tezie, że na spotkania z elitami PiS przychodzą tylko moherowe babcie.

***

Pan premier mówi podobnie jak sekretarze wojewódzcy w czasach Polski Ludowej. Nie może mówić jak pierwszy sekretarz, bo ten poziom zarezerwowany jest dla pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Aktualnie poważnie chorego na drobną przypadłość kolana.

***

Każde przemówienie pana premiera oparte jest na schemacie samochwalstwa. Podobnego stylem do propagandy sukcesu epoki Edwarda Gierka. Różnica tkwi w tym, że wtedy jeśli mówiono, że się zbuduje to oznaczyło, że inwestycja jest rozpoczęta.
Teraz jest jak z tymi promami morskimi budowanymi w Szczecinie. Dokonano uroczystego poświęcenia stępki, czyli kilu przyszłych promów i na tym skończyło się na razie. Bo nie ma jeszcze szczegółowego projektu przyszłych promów, ani dokładnego kosztorysu. Ani też zebranego grona fachowców, którzy potrafiliby takie promy wybudować. Może kiedyś ściągnie się ich z Ukrainy, albo Korei Północnej. Na dodatek źli ludzie w Szczecinie rozsiewają plotki, że jedną z dwóch stępek ktoś zwyczajnie ukradł.

***

Podobnie jest ze sztandarową, wielką budową kaczyzmu z Centralnym Portem Lotniczym. Jest decyzja najwyższych władz partyjno-państwowych, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Bo, jak ćwierkają wiewiórki z Sejmu, grono jego pochlebców wmówiło mu, że powinien zostawić po sobie jakąś „Gdynię”. Bo skoro II Rzeczpospolita mogła wybudować od zera nowy port morski i miasto Gdynię, to i IV Rzeczpospolita powinna mieć swój wielki port.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i Gdyni, bo kiedy powstała, żadnego własnego portu morskiego nie miała. Polska Ludowa odzyskała Gdańsk, dodatkowo dostała w rekompensacie Szczecin-Świnoujście, Kołobrzeg, Elbląg i kilka mniejszych. Ale Polska Ludowa w opinii pana premiera Mateusza Morawieckiego jest źródłem zła wszelkiego jeszcze istniejącego w IV RP. Zatem nic dobrego o Gdańsku, Szczecinie, Kołobrzegu. O Gdyni trzeba dobrze mówić, ale tylko tej przedwojennej.

***

Kiedy byłem małym chłopcem, to jeszcze w epoce Władysława Gomułki, partyjno-rządowa propaganda obrzydzała „Polskę sanacyjną”, czyli II Rzeczpospolita jak tylko mogła. Nasłuchałem się wtedy o biedzie na wsi, o zapałkach dzielonych na czworo, o bieda szybach. Wszystko to była prawda. Podobnie jak dzisiejsze opowieści, że w Polsce Ludowej w sklepach był na półkach tylko ocet, a milicja mordowała licealistów i „żołnierzy wyklętych”. Tylko, że nie zawsze był tylko ten ocet. I podobnie nie wszyscy chłopi dzielili zapałki. Pamiętam też, że im bardziej obrzydzano nam w szkołach tamtą „sanację”, tym bardziej ona ciekawiła i była podziwiana. Im bardziej dołowano dorobek kulturalny II Rzeczpospolitej tym więcej osób zasiadało w niedzielę przed telewizorami. Kiedy w ramach cyklu „W starym kinie” prezentowano przedwojenne filmy z obrzydzaną „sanacją”.

***

II Rzeczpospolita potrzebowała portu i miasta Gdyni, bo portu nie miała. IV RP nowego lotniska nie potrzebuje, bo ma ich pod dostatkiem. Rolę dużego portu może spełniać zmodernizowany, rozbudowany duoport Okęcie-Modlin. Polska za to bardzo potrzebuje nowych i zmodernizowanych sieci kolejowych. Dróg i mostów. Potrzebuje ich modernizująca się gospodarka. Potrzebuje ich dowództwo NATO, aby przerzucać amerykańskie wojsko na flankę wschodnią. Wojsko potrzebuje zmodernizowanych lotnisk, mostów, dróg, sieci kolejowej.

***

Deficytowy budżet państwa polskiego nie ma pieniędzy na takie inwestycje. Unia Europejska nie da na nowe lotnisko, ale może dać na tory kolejowe i drogi. Zatem rządzące teraz „koniokrady” kombinują, że kiedy zaczną budować wielkie lotnisko w środku Polski, to na sieć kolejową i drogową, niezbędną dla funkcjonowania takiego lotniska, może uda im się wyrwać z Unii Europejskiej. Ukradnie się te konie z brukselskiej stajni. A lotnisko zbuduje się za amerykańskie i chińskie kredyty. Bo przecież Centralny Port Lotniczy potrzebny jest jedynie Amerykanom do przerzutu wojsk w razie wojny z Rosją i Chińczykom jako lotnisko tranzytowe dla ich linii lotniczych.

***

Ale przy tym Centralnym Porcie Lotniczym ma być zbudowane też nowe miasto. Imienia Lecha Kaczyńskiego. Zanim ten Lechograd powstanie, to już rząd chce wykupić ziemie na ten cel od mieszkających tam obywateli. Po cenach jak za drogi i lotniska, czyli niższych niż stawki deweloperskie.
Wygląda na to, że młode wilczki z PiS podarują staremu prezesowi CPL i Lechograd, a sami zarobią na spekulacji gruntami. Robiąc w trąbę mieszkańców uznanych za baranów. Ci nawet protestować nie będą, bo wcześniej się ich uroczyście wysiedli.