Sokal do kwadratu

…czyli wpływ męskich genitaliów na globalne ocieplenie.

 

Śmialiście się, kiedy min. Gowin chciał usunąć astronomię z listy dyscyplin naukowych? Myślicie, że takie pomysły to domena jakichś prawicowych głąbów? A co myślicie o takiej tezie: „Astronomia jest i zawsze będzie istotnie seksistowska i zachodnia – ta męska i zachodnia tendencja może być skorygowana poprzez włączenie astrologii feministycznej, queer i ludowej (np. horoskopy) do nauk astronomicznych.”? „Naukowy” artykuł, który ją zawierał, wzbudził zachwyt utytułowanych recenzentów i ukazał się w prestiżowym, jak najpoważniejszym piśmie naukowym w Stanach Zjednoczonych, o orientacji, którą nazwalibyśmy lewicową.
Niedawno ukazał się tam artykuł trójki naukowców, który ujawniał, że owa teza jest w całości wyssana z palca: należy im wierzyć, bo to właśnie oni wprowadzili ją do obiegu naukowego. Owa trójka (Peter Boghossian – wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Portland, James Lindsay – dr matematyki i eseista oraz Helen Pluckrose – redaktor naczelna Areo) to bohaterowie wyczynu naukowo-obyczajowego pod nazwą „Sokal do kwadratu”, który rozdziera obecnie amerykańską socjologię i w ogóle współczesne nauki społeczne. Udało im się napisać przez rok 20 kompletnie lipnych artykułów „naukowych”, z których część ukazała się lub miała się wkrótce ukazać w szanowanych pismach naukowych. Tylko sześć zostało odrzuconych. Zaiste Sokal do kwadratu.
Alan Sokal to amerykański fizyk i profesor matematyki, słynny w całym naukowym świecie, gdyż w 1995 r. udało mu się opublikować w szacownym Social Text absurdalny artykuł „naukowy” pod tytułem „Przekroczyć granice. Ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej”, który był popisem groteskowego bełkotu pod grubą maską języka naukowego. Celem jego mistyfikacji było wykazanie, że w niektórych dziedzinach nauk społecznych, szczególnie tych, które przyjęły idee postmodernistyczne, da się łatwo propagować dokumenty i prace całkowicie pozbawione sensu. Drugim celem było wykazanie, że najgorsze głupstwa mogą być z powodzeniem bronione, jeśli opierać je na pracach postmodernistycznych myślicieli.

 

Lewica a konstrukcja penisa

W kolejnym artykule, który Sokal opublikował już gdzie indziej, by ujawnić swój kawał, autor wyjaśniał cytując znanego lingwistę i lewicowego analityka politycznego Noama Chomsky’ego, że lewicy i naukom społecznym bardziej przysłużyłyby się solidne fundamenty intelektualne wsparte na racjonalizmie. Tym, którzy krytykowali jego mistyfikację, szczególnie ludziom kojarzonym z lewicą i postmodernistom odpowiedział, że jego główną motywacją była „obrona lewicy przed jej przejściowo modnymi nurtami intelektualnymi”.
W zasadzie podobna motywacja towarzyszyła trójce mistyfikatorów z Areo – nie da się ich oskarżyć o jakąś „prawicowość obyczajową”. To sprawdzeni sympatycy ruchów praw obywatelskich, feminizmu i LGBT. A jednak zaatakowali z ukrywanym śmiechem to, co w Ameryce nazywa się „cultural studies” lub „identity studies”, zawierających słynne „gender studies” oraz np. „queer studies”, „critical race theory”, czy nawet „fat studies”…
Boghossian i Lindsay zaczęli – powiedzmy – niewinnie. W maju zeszłego roku opublikowali pod pseudonimami pracę z zakresu badań genderowych „Konceptualny penis jako konstrukt społeczny”, który, jak sami przyznali, był „artykułem z trzema tysiącami słów totalnych bzdur udających uniwersytecką erudycję”. Stworzyli sprawną karykaturę studiów nad „płcią kulturową” tłumacząc, że penis jest źródłem kultury gwałtu, w tym gwałtu na naturze, więc jest odpowiedzialny za globalne zmiany klimatyczne. W każdym razie, według tej tezy, męski członek nie może być traktowany jako męski narząd reprodukcyjny, lecz „sztuczna konstrukcja kulturowa”, co opublikował magazyn Cogent Social Sciences, który musiał się potem nieźle wstydzić. Ale to pismo nie było „pierwszą ligą” amerykańskiej nauki. By zakpić z najlepszych, zjednoczyły się więc trzy osoby.

 

Rekord w macaniu psich narządów

Jak daleko może posunąć się absurd? W pracy poświęconej masturbacji autorzy wysunęli tezę, że kiedy „mężczyzna masturbuje się u siebie, fantazjując na temat kobiety, która nie dała mu na to przyzwolenia (…), popełnia wobec niej przemoc metaseksualną”. Uczona recenzentka z Sociological Theory namawiała autorów do pójścia dalej: „Zastanawiam się nad innymi scenariuszami, w których mężczyźni mogliby zmienić swoją nieświadomość w prawdziwą broń. Np. ambiwalentna deklaracja „Cały czas o tobie myślę” wyrażona nagle przez mężczyznę wobec kobiety, jest szczególnie podstępna, zważywszy na strukturalny kontekst metaseksualnej przemocy na świecie”.
Akcja trójki żartownisiów musiała zostać przerwana, bo niektóre artykuły zaczęły być traktowane ze śmiertelną wręcz powagą. Prawdziwy triumf akademicki odniosła praca „Ludzkie reakcje na kulturę gwałtu a performatywność queer na psich wybiegach w Portland, Oregon”. Naukowcy utrzymują w niej, że w parkach, do których można udać się z psem „panuje podstępna kultura psiego gwałtu” i że niektóre rasy są szczególnie narażone na „systemową opresję”. Trójka autorów, która przybrała pseudonim Helen Wilson, precyzowali w imieniu fikcyjnej badaczki, że doszła ona do tych wniosków „badając delikatnie partie genitalne prawie 10 tysięcy psów i pytając jednocześnie właścicieli o ich seksualność”. Jest też statystyka: do psiego gwałtu w miejskim parku w Portland dochodzi co godzinę! Pismo Gender, Place and Culture, które to opublikowało, zaliczyło artykuł do 12 najlepszych prac naukowych roku. Pomysł, by zredukować męską skłonność do agresji poprzez tresowanie mężczyzn jak czworonogów, nie wzbudził podejrzeń.

 

Zawartość białego w białym

Jak obniżyć transfobię i upowszechnić jednocześnie wartości feministyczne? Magazyn Sexuality and Culture opublikował odpowiednią receptę w postaci eseju „Przejście przez tylne drzwi: zredukować męską homo-histerię i transfobię poprzez użycie penetratywnych sex-toys”. Tu nasi autorzy wyłożyli jasno, że zamierzone cele społeczne można osiągnąć, gdyby namówić mężczyzn do powszechnego używania seks-zabawek w celu regularnej „auto-penetracji drogi analnej”. Profesor, który recenzował tekst, napisał, że chodzi o „niebywale bogaty i ekscytujący wkład w studia seksualności i kultury”. Podobne pochwały zebrał postulat innej pracy: „Nauczyciele powinni dyskryminować według tożsamości i statusu uczniów, w zależności od ich przywilejów (…), karząc najbardziej uprzywilejowanych poprzez niesłuchanie co mają do powiedzenia, ośmieszanie ich wysiłków, mówienie głośniej niż oni i zmuszanie ich do siedzenia spętanych w łańcuchy”.
Gwoździem tej fanfaronady był artykuł wysłany do Sociology of Race and Ethnicity, w którym autorzy przekonują, że przeprowadzili „krytyczne badanie białości (whiteness) na podstawie białości”. W tym celu spreparowali wywód zawarty w Mein Kampf Adolfa Hitlera wymieniając każde słowo „Żyd” na „biały”. Dodali też niepozorny tytuł „Nasza walka to moja walka”, który miał traktować o „solidarnym feminizmie”. Tekst został zaakceptowany przez Affilia: Journal of Women and Social Work, ale nie zdążył się ukazać przed ujawnieniem mistyfikacji. Tu recenzenci uniwersyteccy pisali o „potężnym wkładzie do literatury na temat mechanizmów wzmacniających poparcie białych dla białej supremacji, oraz procesów poprzez które ludzie mogą osiągnąć wyższe poziomy świadomości społecznej i rasowej”.

 

Szaleństwo tożsamościowe

Sokal chciał zwrócić uwagę, że w naukach społecznych dosłownie byle co może zostać opublikowane pod warunkiem, że będzie zgadzało się z koncepcjami ideowymi wydawców. Trio Boghossian, Lindsay i Pluckrose zauważa, że nic się nie zmieniło. Prace na temat płci, seksualności, tożsamości, czy pochodzenia etnicznego są jego zdaniem „zepsute” w tym sensie, że w tych dziedzinach pewne podejścia ideologiczne wygrały z poszukiwaniem prawdy, co jest celem nauki. Np. gangrena „kultury grief” (żalu) jest przez ich rozumiana jako obsesja przypisywania dyskryminacji, z powodu których cierpią niektóre osoby (z racji ich płci, koloru skóry lub orientacji seksualnej), machinacjom dominującej grupy – białych mężczyzn hetero, najogólniej rzecz biorąc.
Opisują więc rodzaj nowego obskurantyzmu, ideologie, które „odrzucają ideę uniwersalności naukowej i obiektywizmu, oraz narzucają – ze względów moralnych – konieczność akceptacji różnych prawd opartych o tożsamość”. Twierdzą, że ów radykalny relatywizm stał się „autorytarny” na amerykańskich uniwersytetach. „Mamy nadzieję, że da to ludziom, szczególnie tym, którzy wierzą w liberalizm, postęp, nowoczesność i sprawiedliwość społeczną, jasny powód do zwrócenia uwagi na szaleństwo tożsamościowe uniwersyteckiej lewicy i powiedzenia: nie, nie pójdę w tę stronę. Nie mówicie w moim imieniu” – piszą.

 

Wiara i nauka

Czyżby kwestie tożsamościowe zdominowały lewicę podobnie jak prawicę? W pewnych kręgach z pewnością, ale warto pamiętać, że sukces lipnych artykułów naukowych nie dowodzi, że całe pole badań kulturowych jest nonsensem. Krytycy akcji amerykańskiej trójki zwracają uwagę, że choć znaczna część badań postmodernistycznej socjologii jest „bullshitem”, można się zastanawiać, czy zaatakowano coś, co jest jakoś potężne i naprawdę obecne. Afera „Sokala do kwadratu” niesie też ryzyko złego traktowania badaczy, którzy poważnie pracują nad dyskryminacjami. Ponadto nie tylko w Stanach obserwujemy wzrost anty-intelektualizmu, a afera może dać żelazne argumenty tamtejszej alt-prawicy (co się już dzieje).
Póki co, dzieło amerykańskiej trójki ujawnia coraz szerszy problem współczesnej nauki. Owszem, jej artykuły zawierały wyłącznie całkowicie nieprawdopodobne statystyki, twierdzenia nieudowodnione przez dane, tendencyjne analizy jakościowe, podejrzaną etykę i dużo jawnych głupstw, ale prawdę mówiąc podobne zjawiska wcale nie dotyczą jedynie nauk społecznych. Już w 2005 r. John Ioannis udowodnił słabość statystyczną współczesnych publikacji naukowych w pracy „Dlaczego większość rezultatów badań jest fałszywa”. Pięć lat temu Valen Johnson rozszerzył widzenie problemu w „Rewizji standardów dowodu statystycznego”, a Curt Rice, wice-rektor ds. badań Uniwersytetu w Tromso (Norwegia) opublikował bardzo ciekawą analizę „Dlaczego nie powinniście ufać badaniom”. Od 2010 r. Retraction Watch śledzi artykuły naukowe opublikowane, a potem wycofane z powodu nabierania lub rażących błędów. Chodzi tu często o sprawy finansowe… Cóż, ludzka nauka potrafi być czasem niemniej niedoskonała, jak wiara.

Głos lewicy

Może i dobrze

 

Łukasz Moll znów kontrowersyjnie. Tym razem o kondycji polskiej nauki i „aferze astronomicznej”:

Od kilku dni moi znajomi grzmią, że Gowin planuje uczynić z teologii samodzielną dyscyplinę naukową. Uważam, że to niekoniecznie zła decyzja. Dlaczego?
Nie mam oczywiście wątpliwości, że ten ruch to gest w stronę kościoła katolickiego, za którym ma iść przekierowanie większych środków budżetowych, o które teolodzy nie będą musieli rywalizować z naukami „świeckimi”. Mimo wszystko, gdybyśmy mieli u władzy rząd lewicowy, zalecałbym chyba podobny ruch.
Trzeba tutaj dostrzec, że ten kij ma dwa końce. Tak, wykrojenie teologii z kręgu nauk humanistycznych sprawi, że teolodzy przestaną podlegać ocenie przedstawicieli tych drugich, ale zauważmy, że to jest relacja dwustronna: humaniści przestaną być oceniani przez teologów. W praktyce będzie to oznaczało na przykład to, że aplikując o grant z filozofii nie będzie mnie oceniał ksiądz, dzięki czemu będzie istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że zostanę uwalony za przekonania, preferencje teoretyczne czy przyjęty temat. I to akurat jest dobra zmiana.
Tak, wiem, co zaraz powiecie. Że dla Was teologia nie jest nauką i nie powinna być nauczana na uniwersytecie, ani finansowania z publicznych środków. To gorący spór, który trawi kulturę europejską od średniowiecza i sądzę, że – ku zmartwieniu obu stron tego sporu – nigdy nie zostanie on rozwiązany. I wiecie co? To chyba dobrze. Bo pytanie o naukowy status teologii to jedno z pytań, które konfrontuje nas z granicami nauki i zapewnia jej żywotność. Wbrew uproszczonemu poglądowi nauka wcale nie rozwinęła się w wyniku nagłego cięcia, które zdetronizowało teologię i odesłało ją do działu o nazwie „fantastyka, okultyzm i mambodżambo”. Rozwój nauki został przygotowany w łonie teologii, a spór tego, co święte z tym, co świeckie zawsze był produktywny dla nauki. Mimo pożałowania godnego poziomu refleksji teologicznej, z którym mamy dzisiaj w Polsce do czynienia zwłaszcza w debacie publicznej (mniej mi wiadomo na temat poziomu teologii na uniwersytetach), uważam, że w społeczeństwie, w którym katolicyzm na pewno będzie przez długi czas zaspokajał potrzeby duchowe znacznej, nawet jeśli malejącej części obywateli, to, żeby refleksja teologiczna wzniosła się np. na poziom, na który podniósł ją obecny papież, otwierając ją na szereg wątków i przewartościowań inspirujących także dla wielu nie-katolików, i to, żeby duszpasterstwo wyglądało tutaj inaczej – że to wszystko jest istotne z punktu widzenia interesu publicznego.
Z uwagi na to, że zwłaszcza w Polsce strona świecka nie wygra tego sporu być może nigdy, raczej nie w najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu latach, a już na pewno nie z PiS-em u władzy, usamodzielnienie teologii nie wydaje mi się złym pomysłem z pragmatycznego punktu widzenia. Martwi mnie oczywiście to, że tak długo jak w ministerstwie nauki i szkolnictwa wyższego będzie urzędował Gowin albo inny przyjaciel kościoła, pójdzie za tym wsparcie niemiarodajne do znaczenia i osiągnięć teologii, ale już lewicowy rząd – jeśli nie pójdzie na starcie z kościołem, wypowiedzenie konkordatu i obcięcie finansowania teologii – mógłby po prostu postawić teologom tak samo wysokie wymagania jak innym uczonym. Chociaż trudno byłoby je waloryzować – co nie odróżnia znowu teologii tak bardzo od znacznej części humanistyki – to samo pytanie o to, jak je waloryzować znowuż jest ciekawe w dobie, w której nauka podlega coraz ściślejszej i często absurdalnej zmatematyzowanej ocenie.
Być może moje stanowisko dla wielu będzie nieakceptowalne. Cóż, wynika ona z dwóch – trzeźwych, jak mi się zdaje – przesłanek. Pierwsza: że katolicyzm prędko nie zniknie z polskiego społeczeństwa. Druga: jakkolwiek dominująca pozycja kościoła katolickiego w zaspokajaniu potrzeb duchowych, organizacji rytuałów i definicji wartości pozostaje niekorzystna to samo jej zniszczenie niekoniecznie jest perspektywą atrakcyjną, także dla lewicy (w miejsce kościoła wejdzie jakaś para-nauka, samorozwój i mądrości Wschodu dla początkujących, jak dzieje się obecnie). Wynikałoby z tego, że oświecone państwo zamiast próbować odnieść ostateczny triumf nad teologią, co zepchnęłoby ją w niekontrolowany obszar, powinno starać się ją subtelnie kształtować i kontrolować. Pazerność kleru może być tu nieoczekiwanym sojusznikiem dla takiego programu. Natomiast bez względu na to, czy podzielacie moje zdanie w całości czy nie, dla humanistów lepiej będzie jeśli – mówiąc Kantem – spór teologii i filozofii będzie sporem między fakultetami, a nie w obrębie jednego fakultetu.

Gowin do domu!

Polska nauka nieprzerwanie od 2007 roku jest przedmiotem motywowanej ideologicznie „restrukturyzacji”, której głównym paliwem jest idea neoliberalna. Uwiąd polskiej humanistyki i nauk społecznych wynikający chociażby ze szkodliwego podporządkowania tych dziedzin logice biznesowej, fetyszyzacji rankingów, punktów oraz grantów to wyzwanie, z którym trzeba jak najszybciej się zmierzyć. Pomimo zmiany rządu z prawicy rynkowej na prawicę narodową nie nastąpiło jednak zerwanie z praktyką polityczną Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Dziś widać wyraźnie, że „reformy” Platformy Obywatelskiej doprowadziły do pogłębienia kryzysu polskiej nauki. Mimo to propozycje ustawowe rządu Prawa i Sprawiedliwości idą w kierunku kontynuacji działań rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Lansowane przez ministra Gowina utworzenie tzw. rad uczelni składających się w większości z osób spoza wspólnoty akademickiej to poważny zamach na niezależność ośrodków naukowo-dydaktycznych to cofanie polskiej nauki w rozwoju, to outsourcingowanie zarządzania uniwersytetami oraz dalsze komercjalizowanie nauki.
Reforma ministra Gowina dotycząca faworyzowania uczelni flagowych wpisują się w szkodliwą koncepcję „rozwoju” polaryzacyjno-dyfuzyjnego, która była wychwalana przez Platformę Obywatelską, a deklaratywnie krytykowana przez Prawo i Sprawiedliwość w ich programie politycznym z 2014 roku. Dziwi, dlaczego posłowie, radni, burmistrzowie oraz prezydenci miast z poręki Prawa i Sprawiedliwości, którzy powinni być adwokatami swoich małych Ojczyzn, nie protestują przed dalszą marginalizacją regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast.
Dodatkowo w ustawie wspierania uczelni flagowych brakuje konkretnych pozycji w budżecie państwa, podobnie jak miało to miejsce w „reformie” szkolnej minister Zalewskiej. Brak wspomnianych środków na rzecz uczelni flagowych może skutkować tym, że biedniejsza część Polski będzie dotować bogatsze ośrodki z Warszawy, Krakowa, Katowic, Poznania i Wrocławia. Ucierpią na tym regionalne uczelnie oraz mieszkańcy mniejszych miast, którzy stracą szansę studiowania w miejscu zamieszkania.
SLD krytycznie odnosi się do reformy proponowanej przez rząd. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie” oraz finansowania badań poprzez granty przyznawanych w uznaniowych i nietransparentnych konkursach. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenia nakładów na badania, rozwój zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczanie na ten cel co najmniej 3 proc. PKB. Dodatkowo w kontekście wydawania 2 proc. na pakt militarny SLD postuluje równe wydatki na pakt cywilizacyjny, którego nauka i szkolnictwo wyższe są fundamentem.
Polskie uczelnie potrzebują reformy, jednak zmiana ta powinna zmierzać w zupełnie innym kierunku niż ten narzucany przez prorynkową i narodową prawicę. Alternatywny, kompleksowy projekt reform przedstawiły Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. SLD w pełni popiera postulaty RSzWiN ZNP oraz KKHP, jako organizacji, które od lat działają na rzecz odejścia od szkodliwych, wolnorynkowych praktyk trzech kolejnych rządów w dziedzinie nauki.