Głos prawicy

Nie będzie 1000+

Pis dementuje, jakoby trwały prace nad zwiększeniem świadczenia 500 plus. Info z wpolityce.pl:
– W sprawie informacji o poszerzeniu 500+. Program działa świetnie, a o nowych planach wsparcia rodzin będziemy myśleć w zależności od stanu finansów. – podkreślił na Twitterze wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, odnosząc się do doniesień o tym, że program 500 plus miałby zastąpić program 1000 plus.
Informacje o korekcie programu 500 plus skomentowała również minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska.
W związku z pojawiającymi w mediach informacjami dot. zwiększenia wysokości świadczenia wychowawczego informuję, że nie trwają żadne prace dotyczące zmian wysokości świadczenia przyznawanego w ramach programu „Rodzina 500+” – podkreśliła w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej Rafalska.
Przypomniała, że trwa przyjmowanie wniosków i wydawane są decyzje przyznające świadczenie w wysokości 500 zł na nowy okres świadczeniowy, który będzie trwał od 1 października 2018 do 30 września 2019 r. Rafalska zaznaczyła, że ministerstwo rodziny na bieżąco monitoruje realizację programu i jego efekty.
Do końca czerwca wsparciem z rządowego programu „Rodzina 500 plus” objęto ponad 3,74 mln dzieci do 18 lat. Od początku tego roku do ponad 2,45 mln rodzin trafiło ponad 11,3 mld zł.
MRPiPS przypomina, że złożenie kompletnego i prawidłowo wypełnionego wniosku o „500 plus” w sierpniu gwarantuje wypłatę świadczenia do końca października. Złożenie go we wrześniu oznacza, że świadczenie będzie wypłacone do końca listopada z wyrównaniem za październik; złożenie wniosku w październiku oznacza wypłatę do końca grudnia z wyrównaniem za październik i listopad. Jeżeli wniosek zostanie złożony później niż w październiku, to świadczenie będzie wypłacone od miesiąca złożenia bez wyrównania za wcześniejsze miesiące.
Ministerstwo przypomina także, że rodziny, które będą się chciały ubiegać o świadczenie „500 plus” drogą elektroniczną, mają do wyboru trzy kanały: ministerialny Portal Informacyjno-Usługowy Emp@tia, PUE ZUS lub bankowość elektroniczną. Od 1 sierpnia wniosek o świadczenie można także składać drogą tradycyjną – w urzędzie lub pocztą.

 

Niemcy to bezbożnicy

Ksiądz Oko udzielił wywiadu Frondzie.pl. Mów w nim:
Trzy razy więcej ludzi idzie w tygodniu w Niemczech do domów publicznych, niż do kościołów. Myślę, że ta proporcja: 3,5 miliona do 10 milionów pokazuje stan Niemiec i w ogóle Europy. Dla wielu ludzi porzucających Chrystusa, bożkiem stał sie seks, przy czym bożkiem, który poniża ludzi, bo trudno o większe poniżenie kobiety niż zmuszanie jej do niewolnictwa seksualnego. To oznacza, że miliony kobiet w Europie pracują jako niewolnice seksualne, pomimo całego rozwoju kulturowego, mimo rzekomej walki o prawa kobiet widzimy narastającą sytuację, gdzie miliony z nich są w najgorszy sposób poniżane, ale jeszcze bardziej poniżają się mężczyźni, którzy tam chodzą.
Szczególnie ostry kontrast jest właśnie w Hamburgu – kościół, gdzie przez sakramenty, łaskę, następuje największe wywyższenie człowieka, jego zbliżenie do Boga, a tuż obok – miejsce największego poniżenia człowieka, zarówno osób, które się prostytuują, jak i tych, którzy je wykorzystują. Z kolei w okolicach Polskiej Misji Katolickiej w Berlinie widziałem wiele miejsc handlu narkotykami i kasyn gry.
To jest symboliczny obraz sytuacji w Europie. W ogóle Polska jest wobec tej Europy ateistów Zachodu jak wyspa wiary na morzu ateizmu, i dlatego tak jak morze atakuje falami wsypę, tak ci zdegenerowani ateiści z Zachodu nas atakują. Oni odrzucając Boga często stają się wyznawcami bożka przyjemności, w tym szczególnie seksu i ci, atakujący nas to na pewno w dużej części klienci takich domów. Przecież chodzi tam wielu polityków i wielu dziennikarzy. To są ci ludzie, którzy niesamowicie poniżają człowieka, poniżają kobiety, ale często poniżają również mężczyzn w gejowskich domach publicznych. I to też wiąże się z islamem, z inwazją islamu. Ponad 10 lat spędziłem na Zachodzie, z czego 7 lat w Niemczech i zawsze interesowałem się tym, co wybierają ludzie, którzy porzucają chrześcijaństwo.

Flaczki tygodnia

Czy polska historia jest dla Polaków bogactwem czy przekleństwem? Takie pytanie słyszę co chwila w przeróżnych mediach. I zaraz potem rozpoczynają się narodowe gorzkie. Litania nieszczęść jakie to spadły na bogu ducha winnych Polaków.
Bo przecież w 1795 roku ostatecznie straciliśmy niepodległość. Popadliśmy w niewolę zaborów. Potem nasz kraj był terenem dwóch wielkich wojen światowych i kilku lokalnych. Byliśmy też przez 45 lat w „sowieckiej niewoli”, w radzieckim „obozie pracy socjalistycznej”. Ale pomimo tego zachowaliśmy swą polskość i wywalczyliśmy sobie niepodległość.

***

I dlatego za to już należy nam się wielki szacunek i respekt całego świata.

***

Problem w tym, że Polacy zwykle lubią te piosenki i te historie, które znają. A historii naszych sąsiadów i innych państw Polacy nie znają. Nie wiedzą, że utrata niepodległości, utrata własnego państwa to normalka w historii narodów. Ruś kijowska została podbita przez Mongołów w XIII wieku. Potem była podbita przez państwo litewskie, potem dostała ją polska Korona od Litwy w wianie po zaślubinach Unii Polsko-Litewskiej. Potem przeszła do imperium rosyjskiego i do ZSRR. Dopiero w 1991 roku Kijów znowu stał się stolicą niepodległego państwa ukraińskiego odwołującego się do ruskiej tradycji. Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy, Albańczycy przez pięćset lat byli w tureckiej niewoli. I też odrodzili się w swoich narodowych państwach. Każde z tych państw też było w swoim czasie regionalnym mocarstwem. Też uciskało i było uciskane.

***

Ukochane przez PiS Węgry, regionalne mocarstwo w XIII – XV wieku, też podało w turecką niewolę. I tylko dzięki „odsieczy wiedeńskiej” Jana III Sobieskiego zmieniono Węgrom niewolę turecką na austriacką. Dzięki temu potem Węgry, jako część monarchii habsburskiej brały udział w rozbiorach Polski, a w czasie II wojny światowej walczyły po stronie Hitlera. Słowacy od X wieku byli pod okupacją węgierską, potem częściowo i czasowo polską, a swą państwowość zyskali dopiero w 1918 roku. Własne niepodległe, nowoczesne państwo zyskali dopiero po podziale Czechosłowacji w 1993 roku.

***

Czechy, skąd przyszło do Polski chrześcijaństwo, czyli cywilizacja europejska, przez wieki były państwem lepiej rozwiniętym od Polski. W XIV i XV wieku stały się centrum cywilizacji europejskiej. W 1620 roku w bitwie pod Białą Góra wojska habsburskie wyrżnęły czeską szlachtę skuteczniej niż późniejsi bolszewicy szlachtę rosyjską. Od początku XIX wieku Czechy stały się częścią, naszej wspólnej, monarchii habsburskiej. Pozbawione próżniaczej szlachty społeczeństwo czeskie zmieszczaniało i dzięki temu szybko znowocześniało. Stało się najbogatsze w słowiańskiej rodzinie.

***

Nasi skandynawscy sąsiedzi też nie mieli lekko. Finowie do XX wieku byli częścią szwedzkiego lub rosyjskiego państwa. Norwegia przez czterysta lat tkwiła w „duńskiej niewoli”. Szwecja stała się bogatą i dobrze zorganizowaną od kiedy porzuciła marzenia o lokalnym mocarstwie. I zamiast wojować zaczęła pracować. Na jej szczęście nieźle się wcześniej w czasie polskiego „Potopu” obłowiła wywożąc z terenów I Rzeczpospolitej wszystko co się dało. A szlachta polska, ta ponoć tak patriotyczna, pozwoliła im na to, oddając początkowo kraj bez walki.

***

Również porównując los Polaków w zaborach austriackim, pruskim i rosyjskim z losem Słowian w imperium tureckim czy Ukraińców w imperium rosyjskim i I Rzeczpospolitej, bez wątpienia Polakom żyło się tam lepiej. Zdecydowanie lepiej żyło się wówczas Polakom niż Irlandczykom pod brytyjskim zaborem. Nasi zaborcy nie wymordowali Polaków, tak jak Polacy wymordowali plemiona bałtyckich Prusów i Jaćwingów zabierając ich ziemie.
Austria i niemieckie Prusy budowały od XIX wieku państwa prawa. Los chłopów w tych państwach był zdecydowanie lepszy niż w I Rzeczpospolitej. W zaborze rosyjskim do czasów powstania listopadowego, czyli 1831 roku, część Polaków żyła w niesuwerennych organizacjach państwowych. Księstwie Warszawskim, Królestwie kongresowym. To w zaborach zlikwidowano feudalne struktury społeczeństwa polskiego. O czym w „szlacheckiej” historii Polski rzadko się wspomina.

***

Setna rocznica odzyskania państwa polskiego zbiegła się z rządami elit PiS. Głoszą one, wszem i wobec, przede wszystkim martyrologiczną wizję polskiej historii. Wizję wspaniałego, dzielnego, szlachetnego, prawego i sprawiedliwego narodu, który na nikogo nie napadał, nikogo nie uciskał nigdy nie przegrał z własnej winy.
Chociaż przegrywał zawsze. Ale zawsze przegrana związana była ze zmowami wrogich Polsce sił. Narodów, ideologii, no i wiarołomnych sojuszników.

***

Polacy w pisowskiej wizji historii zawsze byli zdradzani, najczęściej o świcie, chociaż Polacy zawsze wierni byli złożonej przysięgi i danemu słowu. I tylko przez te zdrady i wiarołomstwa sojuszników nie jesteśmy bogaci jak Szwajcarzy, innowacyjni technicznie jak Niemcy, potężni militarnie jak Amerykanie, liczni jak Chińczycy, przystojni jak Włosi, rozśpiewani jak Rosjanie.

***

Dlatego za te zdrady, za tamte wiarołomstwa obecne elity PiS wyciągają rękę po odszkodowania. Po reparacje wojenne. Za spaloną w efekcie Powstania Warszawskiego Warszawę. Za oddanie Polski do radzieckiej strefy wpływów przez przywódców Wielkiej Brytanii i USA. Nie żądają reparacji od Wielkiej Brytanii i USA. Nie grzmią w kierunku Rosji. Żądają reparacji od Niemiec. Pokonanych przez ZSRR, USA, Wielką Brytanię. I wiele innych państw. Ale czy Polskę?

***

Polskie wojska walczyły po stronie aliantów. Na wschodzie i na zachodzie. Ale rządzące elity PiS strącają z pomników żołnierzy LWP, którzy zdobywali niemieckie miasta, nawet Berlin. Spychają na bok żołnierzy Andersa, którzy wyzwalali Włochy, Francję, Holandię. Stawiają w pierwszym szeregu niemieckich sojuszników z NSZ i grupy „wyklętych”, którzy zdobywali głównie gorzelnie, GS – y i posterunki MO. Czy oni wygrali tamtą wojnę?

***

Reparacje wojenne zwycięskie państwa wyciskały z pokonanych okupując ich terytoria. Elity PiS okłamują Polaków miodem reparacji. O które żebrzą u Niemców. Robią z Polaków mazgajów wiecznie opłakujących swe historyczne klęski i jeszcze żebrzących o grosz dla historycznych kalek. Wrócimy jeszcze do tych tematów.

***

Teraz na postawione na wstępie pytanie o bogactwie i przekleństwie polskiej historii, odpowiadamy. Nie pierwszy raz w historii okazuje się, że bezmyślnie, źle wykorzystywane bogactwo może stać się przekleństwem.

„Zamknięty” zjazd

Jeszcze niedawno ruchy neonazistowskie mogły wydawać się w Europie politycznym marginesem, osobliwym folklorem przyciągającym tylko garstki frustratów z rozchwianymi osobowościami. Dziś tak już, niestety, nie jest. Europa brunatnieje.

 

II wojna światowa odebrała życie kilkudziesięciu milionom ludzi. Aż trudno uwierzyć, że blisko tysiąc neonazistów z Niemiec i Europy Wschodniej przyjechało do Ostritz, małego miasteczka leżącego na granicy polsko-niemieckiej, by świętować 129 urodziny Adolfa Hitlera.
Nieprzypadkowy był też dzień rozpoczęcia imprezy – 20 kwietnia, czyli dzień, w którym Hitler się urodził. W Polsce, jak i Niemczech propagowanie nazizmu jest zakazane, dlatego organizatorzy wykorzystali lukę w prawie i ogłosili charakter imprezy jako zamknięty. Wówczas nie można mówić o szerzeniu idei narodowo-socjalistycznych. Głównym organizatorem neonazistowskiego festiwalu „SS” („Schild und Schwert”) czyli „Tarcza i Miecz” z lokalizacją w hotelu „Neißeblick” był Thorsten Heise z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), odwołującej się do narodowego socjalizmu III Rzeszy.
Bezpieczeństwo podczas festiwalu zapewniły setki policjantów. Zwiększono środki kontrolne, ustawiono szczelne kordony policyjne i punkty kontrolne. W Ostritz nie zabrakło też antyfaszystów. Na przeciwległym końcu miasta zorganizowali oni festiwal „Rechts Rockt Nicht!” („Prawica niech się buja!), a wyrażając swój sprzeciw mieszkańcy w porozumieniu z władzami lokalnymi zorganizowali „Święto Pokoju” promujące tolerancję i demokrację. Wszystkie trzy festiwale relacjonowało kilkuset dziennikarzy.

 

 

W kontrfestiwalu „Rechts Rockt Nicht!” oraz w blokadzie nazistowskich obchodów brała udział także grupa antyfaszystów z Polski. „Dziennik Trybuna” rozmawia Oliwią Zajączkowską, która uczestniczyła w tej akcji w podwójnej roli – jako antyfaszystka, jak i fotografka dokumentująca wydarzenie.

 

Czy ruchy neonazistowskie rosną w siłę i wzmagają aktywność?

Neonazizm rozwija się w cieniu skrajnej prawicy, której wciąż przybywa. Rośnie fala przemocy motywowana nazistowską ideologią. Nie można zapomnieć, że wśród nas, pozornie „normalnych” ludzi i w pozornie cywilizowanym państwie szerzy się nietolerancja w każdej postaci. Mam na myśli homofobię, antysemityzm, rasizm i każdy przejaw dyskryminacji. Trzeba udowodnić, że „wolna Polska” to nie oksymoron. Trzeba się przeciwstawiać, blokować marsze, kontrmanifestować.

 

Kto jeździ na takie blokady? Jak takie środowiska się mobilizują?

Antyfaszyści i ludzie którzy chcą wyrazić swój sprzeciw. Zachętą dla ugrupowań neonazistowskich jest między innymi popieranie ich projektów przez zwolenników ONR czy Ruchu Narodowego. Wszystkich ludzi z tego środowiska łączy patologiczna nietolerancja i adoracja elementów doktryn narodowej demokracji i narodowego socjalizmu. Ci wszyscy „czystej krwi” sympatyzują z pozostałymi entuzjastami „białej Europy” i tak powstają liczne eventy oraz inne formy aktywności pronazistowskiej. Jednym z przykładów jest tegoroczny festiwal „Schild und Schwert” który miał miejsce w kwietniu tego roku w Ostritz. Jego organizatorzy wykorzystali celebrację urodzin Hitlera do pozyskania funduszy na ich działania. Neonaziści wciąż nabywają co raz to nowych i młodszych aktywistów. To porażające.

 

Czy dochodzi do przemocy? Jak ona wygląda?

Idealnym przykładem są chociażby zamieszki 11 listopada. Ci ludzie zachowują się jak bydło. Do przemocy? Tam nawet fotoreporter może dostać w zęby bo stanie zbyt blisko. Takie wydarzenia nie mają nic wspólnego z upamiętnieniem, uczczeniem i poszanowaniem dla sprawy, chociaż w mniemaniu nazistów tak właśnie jest. Myślą, że są tak wielcy, a nie zdają sobie sprawy jak bardzo się mylą.

 

Czy policja jest bezstronna?

W Ostritz ponad tysiąc policjantów dopilnowało, by nie doszło do starć między neonazistami i antyfaszystami, wśród nich była też polska policja. Większość antyfaszystów nie widziała na oczy uczestników neonazistowskiego festiwalu. Wszyscy, którzy przekroczyli granicę z Niemcami poddawani byli kontroli osobistej. Część uczestników imprezy musiała się przebrać, jeśli miała na sobie ubranie z faszystowskimi naszywkami. Rekwirowano niebezpieczne przedmioty i narkotyki. Mi zabrano gaz pieprzowy, który jak się okazało w Niemczech jest nielegalny. Żeby uniknąć zamieszek policja zaprowadziła nas w docelowe miejsce przez okrężne drogi. Były trzy oddzielne festiwale w trzech różnych miejscach, w tym samym czasie i wszystkie trzy były oblężone dziesiątkami policjantów. Mimo to jeden z neonazistów podbiegł do mnie, złapał obiema rękami za ubranie i krzyczał „raus antifascista!” („antyfaszysto wypier*alaj”). Policja zareagowała szybko, ich skuteczność była bardzo wysoka.
Przyjechałam do Niemiec w roli fotografa, więc byłam znudzona tak jak pozostali fotografowie, że policja nie dopuściła do zamieszek. W końcu każdy z nas przyjechał po materiał. Nie bez powodu na to liczono, przecież to miała być największa interwencja w Europie. Zresztą, kiedy zostało około pół godziny do mojego odjazdu, nagle cały plac podbiegł pod płot, gdzie zebrali się naziści. Policja szybko spacyfikowała tłum, a mi udało się nie roztrzaskać aparatu. Większość takich grup to przestępczość zorganizowana, często we współpracy z mafią, a nawet z policją. Festiwale takie jak w Ostritz są okazją na umocnienie współpracy przedstawicieli scen neonazistowskich z różnych krajów. Wielokrotne próby delegalizacji lub cenzury tego typu działalności rozbijają się o prawa człowieka, gwarantujące im prawo do prywatności i wolności słowa.

 

Jak odbierają nazistowskie imprezy mieszkańcy miast, gdzie się one odbywają?

Część mieszkańców Ostritz wyjechała na czas festiwalu. Jedni nie wychodzą z domów, jeszcze inni protestują. Widziałam jak ludzie wywieszają na balkonach hasła podkreślające syntezę antyfaszyzmu i demokracji. Ostritz ostatecznie powiedziało „nie” propagowaniu nazizmu w przestrzeni publicznej.

 

Dziękuję za rozmowę.

Ku pamięci i przestrodze – część II

Rozmowy rozpoczęły się 6 stycznia 1932 spotkaniem Adolfa Hitlera z ministrem Spraw Wewnętrznych – gen. Wilhelmem Groenerem i były kontynuowane 7 stycznia przez kanclerza i gen. Schleichera, kolejna ich tura odbyła się 10 stycznia, ale wobec braku perspektyw porozumienia, wybory stały się nieuniknione. Nazistów po cichu wspierał wielki kapitał, co dokumentują kolejne wpisy w prowadzonych na bieżąco pamiętnikach Josepha Goebbelsa: 05.01.32 Na każdym kroku brak pieniędzy. Bardzo trudno je zdobyć. Nikt nie chce nam udzielić kredytu. 27 stycznia 1932 roku odbyło się spotkanie Hitlera z członkami Klubu Przemysłowców zorganizowane w Park Hotelu w Düsseldorfie przez Fritza Thyssena. Oto kolejny wpis w pamiętnikach Goebbelsa dokonany pod datą 8 lutego 1932 roku: Sprawy finansowe poprawiają się z dnia na dzień. Właściwie mamy już zapewnione fundusze na kampanię wyborczą. Jeszcze więcej światła na kluczową rolę wielkiego kapitału w dojściu Hitlera do władzy, rzucają zeznania Walthera Funka złożone w trakcie procesu w Norymberdze: … ja i moi przyjaciele przemysłowcy byliśmy wówczas przekonani, że NSDAP już w bliskiej przyszłości dojdzie do władzy I że TAK POWINNO SIĘ STAĆ! Nic dodać, nic ująć…

W pierwszej rundzie wyborów Paul von Hindenburg uzyskał 18 661 736 głosów i od zwycięstwa dzieliło go niecałe 0,4 proc. (mniej niż 200 tysięcy głosów!), ale Hitlera poparło 11 500 000 wyborców! Druga tura nie przyniosła co prawda niespodzianki: na urzędującego prezydenta zagłosowało 19 250 000 Niemców, za to jego konkurent zebrał aż 13 417 460 głosów! Przy okazji światło dzienne ujrzały wysoce niewygodne dla nazistów fakty. Już w listopadzie 1931 roku rząd Hesji uzyskał dokumenty wiele mówiące o tym, co naziści planują zrobić po dojściu do władzy. Na hipotetyczny przypadek „rewolucji komunistycznej” przygotowany został projekt proklamacji jaką miały ogłosić S.A., oraz projekty ustaw specjalnych, dla tymczasowego rządu NSDAP. Proponowano między innymi ZLIKWIDOWANIE przeciwników władzy nazistów (i niechętnych do współpracy z nią!), oraz posiadaczy broni. Planowano zniesienie własności prywatnej oraz wszystkich prywatnych dochodów, S.A. miała zarządzać majątkiem państwowym i prywatnym wszystkich obywateli, praca miała być przymusowa i bezpłatna, a ludzie otrzymywaliby wyżywienie na podstawie kartek żywnościowych. Działać miały sądy wojenne pod przewodnictwem nazistów. O dziwo, rząd Niemiec (pomimo nalegań krajowego rządu Prus) nie podjął żadnych (!) kroków przeciwko nazistom – co więcej, ustami ministra Spraw Wewnętrznych, generała Groenera, wyraził pełną wiarę w wolę przestrzegania przez nich praworządności! Dopiero otoczenie Berlina w dniu przeprowadzenia I tury wyborów prezydenckich przez bojówki SS i SA oraz znalezienie w czasie rewizji dokonanej przez policję w berlińskiej głównej kwaterze nazistów, rozkazów i map operacyjnych potwierdzających, że S.A. gotowa była do zamachu stanu na wypadek gdyby Adolf Hitler wygrał wybory, spowodowała dość umiarkowaną i niemrawą reakcję rządu. W dniu II tury wyborów (14 kwietnia1932 roku) wydano dekret rozwiązujący SS i SA oraz wszystkie ich przybudówki.

Trzeba zdać sobie sprawę, że NSDAP na pewno nie była partią polityczną w ogólnie przyjętym, demokratycznym znaczeniu tego słowa, a raczej zorganizowaną konspiracją przeciwko państwu, której chodziło wyłącznie o zdobycie – obojętnie jakimi metodami – władzy! Istnienie podobnej organizacji w sposób oczywisty zagrażało bezpieczeństwu Republiki i żadne państwo nie zgodziłoby się (czyżby?!)na tolerowanie podobnego zagrożenia. Dlaczego zatem rząd niemiecki nic nie zrobił by rozbić NSDAP i aresztować jej przywódców, tym bardziej, że wniosek taki wraz z prawnym uzasadnieniem, władze policyjne złożyły prokuratorowi generalnemu Rzeszy jeszcze przed sukcesem nazistów we wrześniowych wyborach? Rolę grało zapewne kilka czynników: niechęć kolejnych rządów do pogłębiania i tak piętrzących się trudności rozprawą z nazistami, działanie przez nich na pograniczu prawa co w pewnym stopniu wiązało władzom ręce, oraz niechęć prezydenta do użycia siły przeciwko nazistom, warunkującym takie działania… „symetrycznym” objęciem nimi także komunistów! Co prawda powodów po temu nie było, ale wiadomo nie od dzisiaj, że jak wyznaczy się winnego to i stosowny paragraf się znajdzie…

Pamiętać także wypada, że obóz władzy tworzyli ludzie, którym wojujący nacjonalizm i głoszone przez nazistów hasła rozprawy z lewicą i demokratycznymi formami rządzenia, antysemityzmu, odbudowy armii i odrzucenia postanowień Traktatu Wersalskiego, nie były bynajmniej niemiłe… Tak oto wbrew wszelkim faktom, nie porzucono myśli o wprowadzeniu nazistów do rządu „tylnymi drzwiami”. Pierwszym krokiem było zmuszenie do dymisji ministra spraw wewnętrznych, generała Groenera. Kolejną przeszkodą w realizacji tych planów był kanclerz Heinrich Bruning. Nie miał on mocnej pozycji, gdyż walcząc z kryzysem naraził się (bo musiał!) wszystkim i wysadzenie go z siodła było czystą formalnością. Pragmatycznie odczekano aż Reichstag zatwierdzi ustawę budżetową, i 30 maja 1932 roku, na żądanie prezydenta, kanclerz podał się do dymisji.

 

Część II – Na równi pochyłej

Na funkcję nowego kanclerza, generał Kurt von Schleicher zaproponował kandydaturę Franza von Papena argumentując, że taki rząd nie tylko ucieszy przyjaciół prezydenta z prawicy, ale będzie też miał poparcie nazistów i armii.

Kim był nowy kandydat na kanclerza? Lapidarnie rzecz ujmując, na scenie pojawił się pochodzący z katolickiej rodziny, 53 letni arystokrata z Westfalii, o rozległych znajomościach i koneksjach w tzw. „wielkim świecie”, i równie wielkich politycznych ambicjach, których jednakowoż przez przeszło pół wieku jego życia, nikt się nawet nie domyślał ani – co oczywiste – nie traktował poważnie. Wysuwając tą zupełnie nieprawdopodobną kandydaturę politycznego „człowieka znikąd”, generał Schleicher zakładał zapewne, że jego nominat będzie bezwolną marionetką, w czym się kompletnie przeliczył. Na razie generał snuł swoją intrygę, ofiarowując Hitlerowi w zamian za poparcie nowego gabinetu głowę Bruninga, cofnięcie delegalizacji SS i SA oraz nowe wybory.
Oczywiście za taką cenę, Hitler gotów był przyrzec wszystkim wszystko… Tymczasem mrzonki stworzenia wokół nowego gabinetu większości parlamentarnej prysły jak bańka mydlana. O ile Bruning przynajmniej próbował opierać swój rząd (z różnym co prawda skutkiem) na parlamencie, o tyle jego następca nigdy nie ukrywał, że zamierza rządzić WYŁĄCZNIE w oparciu o prezydenckie dekrety! Nowy rząd tworzyli w znakomitej większości (7 z 10) arystokraci o skrajnie prawicowych poglądach, których w socjaldemokratycznej gazecie „Vorwarts” niezwykle trafnie określono mianem: „…małej kliki feudalnych monarchistów, którzy doszli do władzy kuchennymi schodami…”. Taki gabinet z definicji musieli odrzucić socjaldemokraci i komuniści, katolickie Centrum ekskomunikowało go za sposób w jaki usunięto Bruninga (działacza tej partii), tolerowali go tylko (w oczekiwaniu na wybory!) naziści.

Zadowolony z nowego kanclerza był za to prezydent, który zyskał w tym światowcu i arystokracie, znakomitego kompana, toteż wkrótce obu panów połączyła silna nić sympatii. Czy ów swoisty „stan tymczasowy” miał szanse przekształcić się w jakąś bardziej trwałą koalicję? Byłoby dziwne, gdyby obie strony nie rozważały takiej możliwości. Dla nazistów mogła to być jedyna droga do legalnego przejęcia rządów, dla obozu władzy, jedyna forma zapewnienia sobie poparcia w parlamencie. Sprawą otwartą pozostawała dla obu stron CENA takiego kompromisu. Tymczasem do wyznaczonych na 31 lipca 1932 wyborów do Reichstagu obie strony nie mogąc zmierzyć sił swoich i przeciwnika trwały w stanie swoistego klinczu. 04 czerwca nowy kanclerz rozwiązał Reichstag i zapowiedział cofnięcie delegalizacji SA i SS, co przywódca niemieckich komunistów nazwał jawnym nawoływaniem do morderstwa. Miał rację, zaraz po tym, przemoc i mord na niebywałą dotąd skalę zagościły w niemieckich miastach. Policyjne statystyki odnotowały w okresie 01 czerwca – 20 lipca 1932 461 rozruchów o podłożu politycznym, w których straciło życie 82 osoby a 400 odniosło rany. Największe nasilenie zbrodni odnotowano w niedzielę 10 lipca kiedy zginęło 18 osób. Jak na ironię tydzień później – 17 lipca – naziści (pod osłoną policji) zorganizowali przemarsz przez robotnicze dzielnice Altony. W strzelaninie zabito 18 osób, rannych zostało 285. Zamieszki wykorzystał von Papen, który opierając się na nadzwyczajnych uprawnieniach głowy państwa, 20 czerwca odsunął od władzy konstytucyjnie wybrany rząd Prus, wprowadzając zarząd komisaryczny z… von Papenem w roli komisarza! Złamało tym kręgosłup Republice, której demokratyczne partie nigdy już nie zdobyły się na nic więcej, ponad werbalne protesty i ostatecznie zdyskredytowało demokratyczne i konstytucyjne formy rządów, wskazując społeczeństwu, że zmian swego położenia może oczekiwać wyłącznie od formacji skrajnych. Związki zawodowe i socjaldemokraci zareagowali na ten oczywisty zamach stanu zapowiedzią strajku generalnego ale… w efekcie nie zrobiły nic. Była to bezcenna lekcja na jaki „opór” może liczyć Hitler w przypadku dojścia do władzy – dodajmy dobrze przez niego zapamiętana.

W tym kontekście zrozumiałe stają się rezultaty, przeprowadzonego 30 lipca głosowania. Naziści uzyskali w nim 13 745 000 głosów co przełożyło się na 230 mandatów i uczyniło ich największą partią w Reichstagu. Oczywiście taki sukces nie byłby możliwy, gdyby propaganda Hitlera nie trafiała w nastroje większości Niemców. Ciekawa jest analiza elektoratu, który poparł nazistów. Głosowała na nich lwia część nowych wyborców, większość popierających w poprzednich wyborach tradycyjne partie klasy średniej (Ludowa, Demokratyczna), które uzyskały poparcie tylko 954 700 wyborców ( wobec 5 582 500 głosów jakie padły na nie w 1928 roku ) i część żelaznego elektoratu nacjonalistów, tracących na rzecz nazistów 1,5 mln głosów! Nazistów poparli także ludzie tradycyjnie nie biorący dotychczas udziału w wyborach. Pozornie ogłuszający sukces, a przecież w tej beczce miodu kryła się całkiem pokaźna łyżka dziegciu!

Niezwykle trafną ocenę wydarzeń przedstawił w depeszy do swojego rządu, brytyjski ambasador w Niemczech: Zdaje się, że Hitler wyczerpał swoje rezerwy. Połknął małe mieszczańskie partie klasy średniej i prawicy, ale nic nie wskazuje na to, że zdoła zrobić wyłom w Centrum i partiach komunistycznej i socjaldemokratycznej. Wszystkie inne partie są oczywiście zadowolone, że Hitler nie zdobył przy tej okazji większości zwłaszcza, że ich zdaniem doszedł do szczytu powodzenia. Trudno się było z tym nie zgodzić, tyle że 13,5 mln głosów, licząca milion członków partia i 400-tysięczna prywatna armia stanowiły bardzo ważkie argumenty w czekających nazistów rozmowach z obozem rządowym. Hitler natychmiast dał temu wyraz na spotkaniu z gen. von Schleicherem, jakie odbyło się 5 sierpnia 1932 w Fürstenbergu, żądając dla siebie stanowiska kanclerza, stanowisk premiera rządu w Prusach i ministra spraw wewnętrznych Rzeszy oraz Ministerstwa Oświaty Powszechnej i Propagandy dla Goebbelsa. Ponadto żądał wniesienia do Reichstagu projektu ustawy, pozwalającej mu na przejęcie pełni władzy i rządzenia na mocy dekretów. Naziści dali też przedsmak tego, jak będą wyglądały ich ewentualne rządy.

W ciągu pierwszych dziewięciu dni sierpnia, uliczne strzelaniny i zabójstwa stały się codziennością, a miejsce szczególne w owej orgii przemocy, przyznać trzeba mordowi jaki miał miejsce we wsi Potempa na Śląsku, gdzie 5 nazistów pobiło i skopało na śmierć komunistę Piecucha, na oczach jego matki. Tego było za wiele nawet dla zwolenników flirtu z nazistami. Tego samego dnia rząd von Papena wydał dekret wprowadzający karę śmierci za udział w starciach zakończonych zabójstwem, co naturalnie natychmiast spotkało się z oburzeniem nazistów.

Fala brutalnej przemocy spowodowała także zmianę nastrojów społeczeństwa – zaczęto wyrażać wątpliwości, czy nazistom można przekazać władzę. Tymczasem wszystkie opisane wydarzenia zostały przyjęte przez szefa rządu ze stoickim spokojem. Hitler nadal nie uzyskał większości pozwalającej mu samodzielnie rządzić, polityczne reperkusje gwałtów popełnianych przez nazistów poruszyły otoczenie prezydenta i armię, a brak porozumienia pomiędzy partiami w Reichstagu, nadal usprawiedliwiał istnienie gabinetu prezydenckiego. Niby dlaczego zatem, von Papen miałby rezygnować na rzecz Hitlera, tym bardziej, że cieszył się przecież wyjątkowym zaufaniem i sympatią prezydenta, który wcale nie zamierzał zamieniać układnego światowca na chamowatego ignoranta?! Ponadto kanclerz – podobnie jak większość obserwatorów – uważał, że naziści szczyt powodzenia mają już za sobą i teraz stopniowo będą tracić popularność. Znalazło to wyraz w propozycjach jakie na spotkaniu 13 sierpnia generał von Schleicher i von Papen złożyli Hitlerowi. Mowa była już tylko o stanowisku wicekanclerza dla przywódcy nazistów i tece ministra spraw wewnętrznych Prus dla jednego z jego zastępców. Wywołało to paroksyzm wściekłości Hitlera, który uraczył rozmówców wrzaskiem o wyrżnięciu marksistów i żądaniu absolutnej władzy dla siebie! Nie zrobiło to na adwersarzach żadnego wrażenia i rozmowa skończyła się na niczym. Czarę goryczy przepełniła Hitlerowi rozmowa z prezydentem, który jasno stwierdził, że nie może podjąć ryzyka przekazania władzy, partii warcholskiej i skłonnej do gwałtu, nie dysponującej przy tym większością.

W sierpniu i wrześniu podtrzymywano jeszcze sporadyczne kontakty z rządem, ale nic one nie wniosły, podobnie jak rozmowy z Centrum o ewentualnej koalicji. Co prawda połączonymi głosami nazistów, Centrum i nacjonalistów wybrano Hermanna Göringa Przewodniczącym Reichstagu, ale próba odwołania rządu von Papena podjęta na pierwszym po wyborach posiedzeniu parlamentu zakończyła się rozwiązaniem Reichstagu i naziści stanęli w obliczu piątej (!) kampanii wyborczej w ciągu roku! Dla wszystkich było jasne, że z każdej kolejnej kampanii NSDAP będzie wychodziło coraz słabsze. Oto co pisał w swoich pamiętnikach Joseph Goebbels: Diabelnie trudno o pieniądze. Cała elita finansów i mózgów stoi po stronie rządu…

Przyczyny takiego stanu rzeczy upatrywać można zarówno w dyskretnym nacisku von Papena na koła finansowo-przemysłowe, jak i w aroganckim żądaniu przez Hitlera pełni władzy. Jak należało przewidzieć, społeczeństwo przyjęło kolejne wybory w nastroju ogólnej apatii, wobec której nawet szaleńcza propaganda nazistów okazała się bezsilna. Po raz pierwszy zanotowali oni spadek poparcia o 2 mln głosów, co przełożyło się na 196 mandatów. Co prawda byli nadal najliczniejszą partią Reichstagu, ale rezultaty konkurencji dawały Hitlerowi powody do obaw. Po raz pierwszy od 1924 roku, nacjonaliści notujący dotychczas same spadki, nagle uzyskali 52 mandaty w porównaniu do 37 uzyskanych w poprzednich wyborach, a komuniści na których zagłosowało 6 milionów obywateli, mieli już 100 mandatów!

Doskonale rozumiał to kanclerz, który zamierzał – w przypadku nie dojścia do porozumienia z Hitlerem na SWOICH warunkach – ogłaszać kolejne wybory aż do skutku. Nie sposób niczego zarzucić logice tego rozumowania, tyle że… cios padł z własnego obozu! Generał von Schleicher z rosnącą irytacją obserwował postępującą emancypację von Papena, który bynajmniej nie zamierzał grać wyznaczonej mu przez generała roli marionetki. Niepokój wzbudzał zwłaszcza ścisły kontakt kanclerza z prezydentem oraz jego determinacja, by nie dopuścić Hitlera do władzy. W swych planach poszedł tak daleko, że zaczął coś wspominać o rządach dyktatorskich i zdławieniu siłą ewentualnego puczu nazistów. Tak oto kanclerz, stał się dla von Schleichera główną przeszkodą w realizacji jego polityki ugody z NSDAP.

 

Los dopełniony

Generał zaczął dostrzegać w polityce kanclerza, zmierzającej do rzucenia nazistów na kolana… przeszkody w „konsolidacji sił narodowych”! Przekonał do swoich racji resztę gabinetu, co doprowadziło 17 listopada do rezygnacji szefa rządu, który wszelako specjalnie się tym nie przejął. Na podstawie własnych doświadczeń był całkowicie pewien, że rozmowy z Hitlerem do niczego nie doprowadzą, podobnie jak z pozostałymi partyjnymi liderami. Wszystko zatem wróci do punktu wyjścia, co zapewni mu triumfalny powrót na fotel kanclerza. Te rachuby były tym bardziej uzasadnione, że stary prezydent był coraz bardziej zniesmaczony gierkami von Schleichera. Gdyby kolejny kanclerz miał rządzić w oparciu o prezydenckie dekrety, to dlaczego niby należało zmieniać dotychczasowego?

Dalszy bieg wypadków potwierdził przewidywania von Papena. Hitler usłyszał od prezydenta, że ten przekaże mu władzę, pod warunkiem wszakże zapewnienia sobie przez niego większości w parlamencie, co było całkowicie nierealne. Cukierek władzy pozornie tak bliski, nadal pozostawał dla nazistów za szybą… W ten oto sposób, po spektakularnej klapie wszelkich rozmów, 1 grudnia 1932 roku von Schleicher i von Papen udali się do prezydenta, każdy z własną propozycją rozwiązania kryzysu. Kanclerz – w przypadku pozostania na czele rządu – proponował rządzenie w oparciu o prezydenckie dekrety. Sesję parlamentu zamierzał odraczać w nieskończoność, ogłosić stan wyjątkowy i przygotować reformę konstytucji oraz nową pragmatykę wyborczą. Wszelką opozycję zamierzał zdławić siłą. Propozycją von Schleichera było objęcie przez niego stanowiska kanclerza oraz zorganizowanie wokół rządu większości parlamentarnej opartej na „migrantach” z NSDAP pod wodzą Gregora Strassera, stronnictwach drobnomieszczańskich i socjaldemokratach z poparciem związków zawodowych! Ten swoisty szczyt obłudy ostatecznie pogrążył generała w oczach prezydenta, który ponownie zlecił misję tworzenia rządu von Papenowi. Ale von Schleicher nie dał za wygraną i na pierwszym posiedzeniu nowego gabinetu 2 grudnia przedstawił raport, z którego wynikało, że armia nie może podjąć ryzyka wojny domowej, do której – zdaniem autorów dokumentu – niechybnie doprowadzić musi polityka von Papena.

Wobec takich argumentów skapitulował nawet prezydent, nie czując się na siłach u kresu życia stawiać czoła wojnie domowej. Misję tworzenia rządu otrzymał więc von Schleicher, ale było to pyrrusowe zwycięstwo. Oto wreszcie został zmuszony do wystąpienia z otwartą przyłbicą i przyjęcia odpowiedzialności za skutki swojej polityki. Należy dodać, że nastąpiło to w momencie, gdy stracił całkowicie zaufanie prezydenta, który nie wybaczył mu nigdy sposobu, w jaki utrącił kandydaturę von Papena. Nowy kanclerz rozpoczął urzędowanie od zaproszenia na rozmowę zastępcy Adolfa Hitlera, i przywódcy lewego skrzydła NSDAP – Gregora Strassera. Zaproponował, by wobec odmowy Hitlera, to on objął stanowisko wicekanclerza i premiera rządu Prus. Propozycja na pewno warta była rozważenia, zwłaszcza, że w kolejnych wyborach lokalnych w Turyngii naziści w porównaniu z lipcowymi wyborami utracili 40 proc. głosów!

Strasser uważał, że należy za wszelką cenę uniknąć kolejnych wyborów mogących doprowadzić partię do katastrofy i takie stanowisko zaprezentował na naradzie przywódców NSDAP w dniu 5 grudnia. Po burzliwej rozmowie, w której Hitler zarzucił mu nielojalność i zakulisowe machinacje, uniósł się honorem, zrezygnował z wszystkich funkcji partyjnych, po czym… wrócił do Monachium i wyjechał z rodziną na urlop do Włoch! Trochę mi to przypomina działania pewnego kandydata na prezydenta naszego kraju, który po obrażeniu się na rzeczywistość, szukał ukojenia w ostępach Puszczy Białowieskiej… Jak by tam nie było, Gregor Strasser wystawił do wiatru zarówno swoich, wcale licznych zwolenników, jak i generała von Schleichera, który na sojuszu z nim stroił iście napoleońskie plany. Tak oto w obozie nazistów na placu boju pozostał tylko Hitler, a nowy kanclerz pozbawiony został wszelkich szans na realizację swoich planów, choć jak się wydaje do samego końca nie zdawał sobie z tego sprawy!

O tym jak bardzo oderwany był od rzeczywistości niech świadczy jego ocena sytuacji, zawarta w notatce z rozmowy, jaką odbył z nim przebywający z wizytą w Berlinie, ówczesny Minister Sprawiedliwości Austrii – Kurt von Schuschnigg: …generał von Schleicher z wielkim optymizmem zapatruje się na stan spraw w Niemczech i mówił o nich z wielką pogodą (…) pan Hitler nie przedstawia problemu, jego ruch nie jest już politycznie niebezpieczny, całe to zagadnienie zostało załatwione, należy do przeszłości…

Był 15 stycznia 1933 roku… Tymczasem nastroje w obozie nazistów na przełomie 1932/33 roku dalekie były od euforii. Za ich kwintesencję uznać można taki oto pochodzący z tego okresu, wpis w pamiętnikach Josepha Goebbelsa: …ten rok był dla nas zdecydowanie zły (…) Przeszłość była ponura, a przyszłość wygląda posępnie i niejasno (…) straciliśmy wszystkie szanse, a nasze nadzieje rozwiały się. Jeszcze bardziej konkretną ocenę sytuacji znajdujemy tamże, pod datą 11 listopada 1932 roku: …Nic, tylko same długi i zobowiązania przy całkowitej niemożności zdobycia jakiejś rozsądnej kwoty na ich pokrycie…

 

(Dokończenie w kolejnym wydaniu weekendowym)

Noch ist Polen

Gdy słuchałem fragmentów wystąpienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe, doznałem dojmującego uczucia wstydu jako polski obywatel, choć przyznam że nie jestem specjalnie wrażliwy na podobne klimaty.

 

Oto bowiem 73 lata po upadku Adolfa Hitlera okazuje się, że Niemcy Zachodnie potrafiły zachować demokrację mimo okresowych, poważnych zagrożeń, podczas gdy Polska, niegdysiejsze ucieleśnienie wolności i demokracji („Za Wolność naszą i waszą”) pogrąża się w bagnie kleronacjonalistycznego totalizmu.
Niestety, podczas pobytu w Karlsruhe prezes Gersdorf zrobiła podobny błąd co jej koleżanka po fachu, Irena Kamińska która publicznie użyła określenia „nadzwyczajna kasta” w stosunku do sędziów, dając tym samym paliwo pisowskiej propagandzie, która eksploatuje ten zwrot w walce z niezawisłością wymiaru sprawiedliwości. Drugi błąd prezes Gersdorf, to deklaracja, w której zamiast na Konstytucji, opiera fakt swojego prezesostwa SN na swoim osobistym mniemaniu. Obie dowiodły niestety, że należą do tego szerokiego kręgu osób z życia publicznego, które nie rozumieją, zapominają lub lekceważą mechanizm współczesnej propagandy, która każde słowo, każdy zwrot i każdą opinię wypowiedzianą n.p. żartem potrafi w mig przerobić w deklarację najbardziej serio i odwrotnie.

 

Noch ist Polen…

Małgorzata Gersdorf stwierdziła, przypuszczalnie w intencji z lekka drwiącej, że zostanie „prezesem Sądu Najwyższego na uchodźstwie”, uruchamiając tym samym mechanizm wykorzystywania tego określenia przeciwko niej. Gdyby pisowscy propagandyści i ich trolle mieli odrobinę poczucia humoru i nieco finezji, a nie jedynie zdolność do najbardziej topornego szyderstwa mogliby to wykorzystać w setkach memów pod ogólnym hasłem „Noch ist Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”) z wykorzystaniem płodnego tworzywa jakim przez dziesięciolecia byli Niemcy jako obiekt humoru, z ich ciężkim poczuciem humoru na czele. Uruchomiła natomiast pisowską propagandę, cały aparat niechęci, resentymentów, stereotypów i nieufności do Niemców, posiłkując się historycznymi doświadczeniami, które choć bardzo już zaprzeszłe i nieaktualne ożywią się w ich wydaniu i zostaną odświeżone pod ogólnie brzmiącymi hasłami: „Niemcy nas biją”, a „kto z Niemcem, ten zdrajca”. Wystarczy tylko uruchomić cały zasób polsko-niemieckich motywów, począwszy od wątku Wandy co (nie)chciała Niemca i zasób tematyczny gotowy. Motyw „Sądu Najwyższego na uchodźstwie” i to w Niemczech, gdy w dramatycznej historii Polacy uchodzili przed władzą Niemców, n.p. do Paryża, jest właśnie przykładem przerobienia żartu na deklarację serio

 

Edgar Morin albo myśleć po francusku

Podobny mechanizm rządzi tym, co zrobiono z głośnym już tweetem Rafała Trzaskowskiego. W odróżnieniu od „niemieckości”, która ma w Polsce starą historycznie konotację negatywną, „francuskość” miała przez stulecia niezłą prasę. Co prawda znany zwrot z mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” („Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi/ A co Francuz wymyśli, to Polak polubi”) był ironicznym refleksem motywu sarmackiej, swojskiej niechęci do francuskiej cudzoziemszczyzny, która znalazła odbicie w literaturze. W „Powrocie posła” Jana Ursyna Niemcewicza czy w „Listopadzie” Henryka Rzewuskiego przybywający z Paryża kuzyni czy dawni swojacy są traktowani jako obcy, nasyceni trującymi niemal tamtejszymi miazmatami niedowiarstwa, doktrynerstwa, farmazoństwa i tym podobnych grzechów, ale faktem jest, że od schyłku XVIII wieku, przez cały wiek XIX i sporą część wieku XX, Francja tworzyła dla Polski pozytywnie odniesienie jako kraj wolności i schronienia dla uciekinierów oraz emigrantów. Jeszcze w PRL, do okresu gierkowskiego włącznie, kultura francuska, jako jedyna kultura z kręgu krajów kapitalistycznych, była powszechnie obecna w radiu, telewizji, prasie, edytorstwie i na ekranach kin jako jedyna, w zasadzie, równouprawniona z kulturą polską. Za rządów PiS jest dokładnie odwrotnie. Odrobinę, jak się wydaje, minoderyjny i brzmiący w sposób cokolwiek egzaltowany wpis Rafała Trzaskowskiego, którego treść osnuta jest wokół jego niegdysiejszego zetknięcia się z wybitnym francuskim filozofem, obecnie 97-letnim Edgarem Morin, postacią dziś już raczej „mitologiczną”, niż należącą do francuskiej aktualności, zwalił na głowę kandydata na prezydenta Warszawy istną lawinę hejtu i szyderstwa. W internecie krążą scenki, w których parodiowany jest on jako profrancuski, nieznośny snob z kieliszkiem francuskiego wina w dłoni deklarujący z wibrującym, francuskim „r” w wymowie, że „warrrrto czytać Edgarrr Morrin” (mohę). PiS wykorzystał gen starej ludowej niechęć do elitaryzmu i „wykwintności”, „ciarachów”, tak dowcipnie ujętą choćby przez Wyspiańskiego w „Weselu”. Podczas zeszłotygodniowej sejmowej debaty wokół Sądu najwyższego, jeden z mniej znanych posłów PiS atakował z trybuny Trzaskowskiego za to, że „myśli po francusku zamiast po polsku”. Tym sposobem do fobii antyrosyjskiej i antyniemieckiej PiS dodaje na nowo spreparowaną fobię antyfrancuską.

 

Chora równowaga

Wszystko to byłoby dość zajmujące, a nawet zabawne i moglibyśmy tak godzinami snuć rozmaite – przepraszam za francuskie pochodzenie słowa słowo – asocjacje kulturowe (też przepraszam za słowo), podśmiewając się z ludowej swojskości pisowców, dla których „myślenie po francusku” to nowa, orwellowska („1984”) „myślozbrodnia” i dywagując z francuskim „r” choćby i o poglądach Edgara Morin oraz snując żarty i żarciki, gdyby nie …. gdyby nie to, co stało się w zeszłym tygodniu w Sejmie i pod Sejmem. Kagańcowa ustawa o Sądzie Najwyższym rzeczywiście zmienia ustrój RP i już de iure (przepraszam za nie swojskie, a łacińskie tym razem określenie) radykalnie ogranicza trójpodział władzy (chciałem się powołać na Charlesa de Montesquieu czyli Monteskiusza, ale z przeczulenia wywołanego losem Trzaskowskiego zawahałem się, choć i pisowcy powołują się na tę postać), ujmując rzecz najdelikatniej jak tylko można. Najbardziej radykalni przeciwnicy PiS już od dłuższego czasu używają co prawda określeń „dyktatura” czy „demokratura”, ale nie lekceważąc bynajmniej powagi sytuacji, wypada odnieść się do tych określeń z rezerwą, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie. O pełnokrwistej dyktaturze można bowiem mówić tak naprawdę wtedy, gdy miażdżąca większość danego społeczeństwa popiera, względnie podporządkowuje się dyktatorowi czy grupie dyktatorskiej, czynnie przy tym wypełniając jego wolę, a opozycja czy opór występują w postaci niszowej lub nawet śladowej.Taka sytuacja była w hitlerowskich Niemczech, stalinowskim, czy nawet jeszcze breżniewowskim ZSRR. Toutes proportions gardées (przepraszam stokrotnie!), ale atrybuty podobnej sytuacji występują obecnie choćby na Węgrzech Orbana. W Polsce, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie będziemy mieć do czynienia z klinczem dwóch sił z grubsza biorąc o symetrycznych (choć skądinąd czerpanych siłach). Trwać one będą w zwarciu, które żadnej ze stron nie pozwoli na uzyskanie zdecydowanej, trwale zdeterminowanej przewagi. Trwać więc będzie coś w rodzaju „check and balance”, ale w odmianie chorej, dewastującej, bo kraj unieruchomiony w podobnym klinczu i zużywający siły na wojnę domową nie będzie szedł do przodu, nie będzie się należycie rozwijał.

 

Skręcony kark

Pod Sejmem doszło jednak w piątek do zdarzenia, które sygnalizuje niebezpieczeństwo, że utrzymanie tej nawet chorej „check and balance” może być kosztowne i bolesne. Młody demonstrant Dawid Winiarski został poturbowany przez policję tak, że leży w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym, z nadwerężonym karkiem, przy czym jego uraz nie powstał w wyniku spontanicznej utarczki ze „stróżami prawa”, lecz został z nich z premedytacją wyłuskany z tłumu i potraktowany szczególnie brutalnie. Po internecie krąży też filmik z którego można usłyszeć, jak policjanci wzajemnie zachęcają się do ostrego potraktowania młodego człowieka. Sytuacja emocjonalna, nie tylko podczas demonstracji pod Sejmem jest taka, że casus Dawida Winiarskiego bardzo łatwo może się przekształcić w casus typu Grzegorza Przemyka czy Igora Stachowiaka. Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, co by się wtedy stało… A gdy policjantom trafi się nie daj Boże kobieta… Nie każdy z nich zachowa się tak, jak ten, który na wiadomość, że Klementyna Suchanow, jedna ze znanych demonstrantek pisze książki, odniósł się do niej z nutką życzliwego uznania…

 

Szczypta Morina

A na koniec, by nie puentować zbyt ponuro, bo ponuro i tak już jest… Nie pójdę w ślady Lecha Wałęsy i nie będę twierdził, że wychowałem się na lekturach Morina, jak on na lekturze paryskiej „Kultury” (znów ten utrapiony Paryż). Jednak jako miłośnik filmu i piśmiennictwa na ten temat, niejednokrotnie stykałem się z cytatami z jego klasycznego już dziś eseju „Kino i wyobraźnia” (1958), które przytaczali w swoich tekstach krytycy Konrad Eberhardt, Aleksander Jackiewicz, Krzysztof Mętrak czy Jerzy Płażewski, co lubił wykpiwać wróg „filmologii seminaryjnej” Zygmunt Kałużyński. Dlatego gdy sobie przypomniałem młodzieńcze lektury, postanowiłem odświeżyć swoją zakurzoną pamięć dawnych lektur i na koniec przytaczam z wikipedii lakoniczny biogram francuskiego myśliciela: Edgar Morin, właśc. Edgar Nahoum (ur. 8 lipca 1921 w Paryżu) – francuski filozof, socjolog i politolog, pochodzenia żydowskiego. Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych współczesnych myślicieli francuskich, teoretyk „złożoności”, badacz kultury popularnej. Doktor honoris causa Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2008). Autor m.in. prac „Kino i wyobraźnia (1958), „Duch czasu” (1965), „Zagubiony paradygmat – natura ludzka 1977”, „Myśleć: Europa” (1988), „O naturze Związku Radzieckiego” ( 1990), „Ziemia-ojczyzna” (1998), „Świat nowożytny a kwestia żydowska” ( 2010).

Dożywocie dla rasistki

Beate Zschäpe usłyszała wyrok dożywotniego pozbawienia wolności za współudział w 10 zabójstwach dokonanych przez Narodowosocjalistyczne Podziemie (NSU).

 

Wyższy Sąd Krajowy w Monachium nie miał wątpliwości: Zschäpe kłamała, mówiąc, że nie wiedziała nic o planach zabójstw popełnionych w latach 2000-2007. Kobieta była wieloletnią partnerką życiową kluczowych postaci dla działającej od lat 90. neonazistowskiej organizacji: Uwego Mundlowa i Uwego Böhnhardt. Obaj popełnili samobójstwo w 2011 po nieudanym napadzie na bank, otoczeni przez policję. Po ich śmierci kobieta podpaliła dom w Zwickau, w którym mieszkała cała trójka i sama oddała się w ręce policji.

W sumie członkowie NSU dokonali 15 napadów, 2 zamachów bombowych i wielu zabójstw. Zschäpe sądzona była za współudział w zamordowaniu 8 tureckich przedsiębiorców, restauratora z Grecji i niemieckiej policjantki. Za większością zbrodni stały motywy rasistowskie.

Neonazistowskie terrorystyczne podziemie pozostawało bezkarne przez ponad 10 lat, mogło liczyć na wsparcie skrajnie prawicowych organizacji. W sumie należało do niego około 200 osób, które gromadziły broń i szkoliły swoje bojówki, aby dokonywać zamachów na obcokrajowców.

Po tym, jak ujęto Zschäpe, powołano w Bundestagu komisje śledcze, które wykazały, że policja popełniła szereg rażących błędów podczas 10 lat aktywności terrorystów. Pociągnęło to również falę dymisji w służbach – między innymi odszedł szef policji federalnej oraz wieloletni szef kontrwywiadu Heinz Fromm. Jego następca Hans-Georg Maassen stwierdził w rozmowie z „Bildem”: –

Wizerunek Urzędu Ochrony Konstytucji został bardzo nadwyrężony po przypadkowym wykryciu w zeszłym roku grupy terrorystycznej NSU, która od 2000 roku zamordowała co najmniej dziesięć osób, rabowała banki i podkładała bomby. Kontrwywiad nie tylko nie zdołał wytropić przestępców przez ponad 10 lat, ale też zniszczył część akt związanych ze sprawą i dotyczących prawdopodobnie informatorów kontrwywiadu działających w szeregach skrajnej prawicy w Niemczech. Wywołało to podejrzenia o próbę zatuszowania błędów.
Proces grupy przed monachijskim sądem rozpoczął się w 2013 roku i ożywił dyskusję wokół pomysłu zdelegalizowania faszyzującej partii NPD.

Imigracyjny kompromis

Angela Merkel osiągnęła porozumienie z Horstem Seehoferem z CSU, ministrem spraw wewnętrznych, w trwającym od tygodni sporze na temat polityki migracyjnej. Żeby ratować koalicję CDU/CSU, zgodziła się na przetrzymywanie migrantów na granicy i możliwość ich deportacji.

 

– Osiągnęliśmy dobry kompromis po trudnych negocjacjach – poinformował Seefoher dziennikarzy po zakończeniu poniedziałkowych rozmów z Merkel. Wcześniej minister postawił kanclerce ultimatum: zaostrzenie kontroli na granicach, albo jego rezygnacja ze stanowiska w rządzie.

Druga ewentualność oznaczałaby rozpad istniejącej od 70 lat koalicji parlamentarnej CDU/CSU. Merkel zdecydowała się w końcu ustąpić.

Zgodziła się na propozycję Seehofera, która wychodzi naprzeciw rosnącym w Niemczech nastrojom antyimigranckim. Na granicy z Austrią mają teraz powstać obozy, tzw. centra przetrzymywania i procedowania, skąd imigranci uznani za nielegalnych bedą mogli zostać deportowani. Zatrzymywane będą osoby zarejestrowane w innych krajach UE, a Niemcy będą mogły negocjować z krajami, z których przybyli, sprawę ich odesłania.

Na zakończonym niedawno szczycie UE poświęconym problemom imigracji zdecydowano o utworzeniu podobnych obozów na terenie samej Unii i poza nią, w których rozstrzyganie spraw azylowych odbywałoby się na poziomie UE. Seehofer wywalczył takie rozwiązanie na poziomie samych Niemiec. Porozumienie z Merkel uznał za kompromis, bo początkowo chciał jeszcze bardziej stanowczej polityki wobec imigrantów, zakładającej natychmiastową deportację „nielegalnych”.

Na kompromisowe rozwiązanie muszą się jeszcze zgodzić rząd Austrii i trzeci koalicjant w rządzie Angeli Merkel, czyli SPD. Socjaldemokraci zapewniali wcześniej, że nie zamierzają z góry godzić się na dowolne propozycje kompromisu z Seehoferem.

Brak zgody między CDU a CSU oznaczałby rozwiązanie rządu i nowy wybory, co jest jednak nie w smak wszystkim partiom obecnym w Bundestagu, oprócz skrajnie prawicowej AfD, która korzystając z nastrojów antyimigranckich nieustannie rośnie w siłę w sondażach.

Czekając na dobrą zmianę

Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone.

 

Gdy cała Polska rwała włosy z głowy patrząc na grę naszych piłkarzy w meczu z Senegalem, na zamku w Mesebergu pani kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała „tak” prezydentowi Emmanuelowi Macron. I to dla Polaków powinien być znacznie poważniejszy powód do bólu głowy, niż indolencja strzelecka naszych piłkarzy. Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone. Zgrabnie opisał tę nową sytuację publicysta portalu Politico, który powiedział, że pytanie „czy” zmieniło się w Mesebergu w pytanie „jak”. Drobna z pozoru zmiana oznacza poważną cezurę w dziejach Unii Europejskiej.
To długo wydawało się niemożliwe, gdyż w swoim czasie Niemcy bardzo silnie oponowali przeciwko temu pomysłowi. Kilkanaście dni temu niemiecka kanclerz uległa jednak francuskiemu prezydentowi. Przynajmniej dwie prędkości (jeżeli nie więcej) europejskiego rozwoju zostały postanowione. Czeka nas konsolidacja Unii wokół strefy euro i Schengen z tym, że każdy, kto się w to włączy, może z tego skorzystać. Kto pozostanie poza, to po prostu pozostanie poza. Czas – start, można powiedzieć trzymając się sportowych porównań.
Jak wiadomo, pośród wielu „nie”, które rząd PiS wypowiada pod adresem Unii, jest także zdecydowane „nie” w stosunku do wszelkich koncepcji mogących podzielić europejską wspólnotę na dwie kategorie. Mówiąc „po polsku” – na „dwa sorty” – lepszy i gorszy, szybciej rozwijający się i wolniej. Kłopot w tym, że główne państwa Unii nie za bardzo się tym przejmują. Gdy jednymi drzwiami od pani Merkel wychodził premier Morawiecki i komunikował nam o „owocnych”, „konstruktywnych” rozmowach, drugimi drzwiami wchodził do niej prezydent Francji, by następnie razem z panią kanclerz ogłosić rozpoczęcie prac nad dalszą integracją strefy euro. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy pan Morawiecki był o wszystkim poinformowany? Czy Angela powiedziała mu, że zaraz przyjdzie Emmanuel i będziemy decydować o takiej to a takiej sprawie. Nie wiemy, czy tak było, a wiedzieć byłoby warto, bo wtedy mielibyśmy bliższe wyobrażenie, jak jesteśmy traktowani i czy my w ogóle jesteśmy komuś do czegoś potrzebni.
W pierwszych, oficjalnych polskich reakcjach na to wydarzenie obserwuję niestety próbę przemilczenia tego, co się stało na zamku w Mesebergu, albo, w najlepszym razie, próby zbanalizowania sprawy – ot, jedna z wielu koncepcji, która urodziła się na europejskich salonach. Szef gabinetu prezydenta postawił sprawę jasno – martwi nas głównie to, żeby budżet Unii na tym nie ucierpiał, a więc, żeby Unia wypłacała krajom członkowskim, to, co wypłacać powinna, a strefa euro ten swój nowy budżet niech lepi z innych pieniędzy – nie z tych, które są między innymi dla nas przeznaczone.
Jest to sprowadzanie tego wydarzenia wyłącznie do kwestii finansowych, a troska o Polskę polega na tym, żeby nas przypadkiem nie oszukano, żeby przez jakieś francusko-niemieckie fanaberia nie uszczuplono tego, co nam się słusznie należy. Tymczasem to wydarzenie nie zasługuje bynajmniej na sklepikarskie podejście. Przede wszystkim to nie jest sprawa finansowa, to jest sprawa systemowa. To jest sprawa nowego ustroju Unii Europejskiej. Pieniądze są tutaj rzeczą wtórną, rzekłbym. Natomiast kształt Unii Europejskiej, priorytety i zakres uczestniczenia państw członkowskich w Unii – to jest jądro nowych czasów, które nadchodzą. A co do budżetu – nie ma innych źródeł pieniędzy europejskich niż te, o których mówimy. Nie ma jakiejś dodatkowej szuflady z gotówką. Nie należy oczekiwać, że państwa członkowskie dodatkowo się opodatkują, albo będą wnosić jakiś inny, dodatkowy wkład. Należy spodziewać się raczej gospodarowania zasobami dostępnymi. Nie ma szans, że budżet strefy euro powstanie z jakichś innych pieniędzy, które skądś sobie wezmą państwa zainteresowane. Nic o takich pieniądzach nie wiemy. Wiemy za to, że skłonność wpłacania pieniędzy do budżetu Unii przez państwa wysoko rozwinięte jest niska i nie zdarza się, żeby wykraczała poza to, co obligatoryjne.
Poza tym nie zapominajmy o naszych realnych możliwościach, mierzmy siły na zamiary. Co z tego, że coraz to ktoś ze sfer rządowych mniej lub bardziej stanowczo, choć na ogół stanowczo, zapowiada nasze „nie” wobec wszelkich prób budowy oddzielnej strefy euro? Do niedawna sojusznikiem Polski i najsilniejszym reprezentantem państw pozostających poza strefą euro, była Wielka Brytania. Ale Wielka Brytania opuszcza Unię, a sami raczej rady nie damy. Wszystkie nasze polityczne siły i koalicyjne możliwości zużyły się w sporze z Unią w obronie reformy sądownictwa. Przekonaliśmy się o tym boleśnie podczas niedawnego głosowania nad statusem pracowników delegowanych dla kierowców polskich TiR-ów. Wbrew interesowi polskich firm przewozowych i mimo naszego – polskich europosłów – oporu, niekorzystne dla nas rozwiązanie zostało przyjęte głosami naszych największych konkurentów na tym rynku.
Obyśmy się więc i w kwestiach tak zasadniczych, jak oddzielny budżet eurolandu nie rozczarowali, licząc, że środki, które dotychczas są w projekcie budżetowym na lata 2021-2027 nie będą dotknięte.
Poza tym nie ma czegoś takiego jak: „nam się należy”. To, co „się należy”, czy „będzie należało”, ile, dlaczego i na jakich zasadach wypłacane, to się dopiero negocjuje. Powiedziałbym nawet, że po to właśnie w takim momencie Niemcy i Francja „odpalają” projekt konsolidacji strefy euro, żeby w budżecie na lata 2021-2027 wprowadzić niezbędne zapisy. Nie przypadkiem dyskusję nad budżetem strefy nakłada się na dyskusję o budżecie całej UE.
No, dobrze, powie ktoś – pan poseł się tu wymądrza, a co pan radziłby rządowi? Jak powinien postąpić w tej sytuacji?
Otóż nie zamierzam rządowi niczego doradzać, po pierwsze dlatego, że on mnie o nic nie prosi i nawet nie wiem, czy w ogóle byłby zainteresowany, tym, co myślę. Niemniej, jeśli miałbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie – na przykład przez jakiegoś mojego wyborcę – to powiedziałbym, że trzeba uważnie pochylić się nad projektem przyszłego budżetu. Tam jest przewidziane ponad 20 mld. euro na stabilizację unii walutowo-monetarnej. A to oznacza również na badania skutków wprowadzenia euro w krajach, które dotąd wspólną walutą się nie posługują i na ew. rekompensaty, jeśli takie będą niezbędne dla państw, które zadeklarują, że wejdą na ścieżkę do strefy euro. Chodzi o realne rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia euro. Ja bym tak zrobił, skorzystałbym z tego (rozpoczynając tym samym proces dochodzenia do euro), bo to może kompensować straty, które na pewno poniesiemy w polityce spójności. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie. Powinniśmy być w głównym nurcie wydarzeń. Nie powinniśmy zostać na poboczu.
Wkrótce zresztą nadarzy się dobra okazja, by taką „dobrą zmianę”, nową, otwartą postawę na procesy zachodzące w Unii zaprezentować. Może to zrobić pan premier Morawiecki osobiście, gdyż 3 lipca będzie gościł na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że pan Morawiecki przybędzie. To ma formę dialogu, posłowie będą mu zadawać pytania bezpośrednio, w tzw. formule catch the eye – można powiedzieć „oczy w oczy”. Zapowiada się więc bardzo ciekawie – bezpośrednia rozmowa zawsze ma swoją temperaturę. Wszyscy z siedmiu poprzedników premiera Morawieckiego, którzy uczestniczyli w takiej rozmowie, też bezpośrednio odnosiło się do pytań stawianych przez konkretnych posłów. Podkreślam przy okazji, że to w żaden sposób nie jest „egzaminowania” konkretnego państwa, czy szefa rządu. To jest dyskusja na tematy Unii Europejskie: jaka Unia, jej przyszłość. Oczywiście pytań trudniejszych, czy wręcz trudnych, kłopotliwych nie da się uniknąć, ale taka jest natura parlamentaryzmu, swobodnej dyskusji. Nad wszystkim czuwa przewodniczący obradom. On stara się utrzymywać równowagę, ale tylko w tym sensie, żeby taka dyskusja nie przerodziła się w jakąś wewnętrzną walkę polityczną w ramach jednej grupy narodowościowej, przeniesioną na forum Parlamentu Europejskiego.
Jak więc Państwo widzą, mimo lata w Strasburgu i Brukseli wcale nie jest letnio.

W Polsce, czyli nigdzie. Tymczasem w Europie

Pod naciskiem pisowskich fanatyków i nieuków z Zamościa, usunięto (lub zamierza się usunąć z fasady jednej z kamienic tego miasta – trudno nadążyć za skalą i tempem ich głupoty), na mocy tzw. ustawy dekomunizacyjnej, tablicę upamiętniającą miejsce urodzin Róży Luksemburg. Ta wybitna polska socjaldemokratka (SdKPiL) żydowskiego pochodzenia jest postacią, która ma poczesne miejsce we wszystkich europejskich, szkolnych podręcznikach historii nie tylko lewicy, ale także historii powszechnej. Tylko nie w polskich. Z kolei na naukową konferencję o Karolu Marksie w nadbałtyckim Pobierowie nasłano niedawno policję.

 

Podczas berlińskiej tzw. rewolucji Spartakusa w 1919 roku Luksemburg została zamordowana (wraz z Karlem Liebknechtem), w parku Tiergarten przez grupę reakcyjnych niemieckich oficerów, którzy wrzucili jej ciało do pobliskiego Landwehrkanal (śródmiejski kanał wodny). Właśnie dokładnie w tym miejscu, tuż obok Lichtensteinbrücke (mostu Lichtenstein), metalowe litery jej z jej imieniem i nazwiskiem posadowione zostały na metalowym cokole. Jednak, jako się rzekło, podczas gdy Niemcy i Europa pamiętają o wielkiej Róży, honorują jej miejsce w historii i mają dla niej co najmniej szacunek, dla pisowskich aparatczyków polsko-niemiecka komunistka żydowskiego pochodzenia, która podawała w wątpliwość celowość obudowywania państw narodowych, w tym Polski (tzw. luksemburgizm) jest postacią nienawistną. Na dźwięk jej imienia i nazwiska zawołali więc „A kysz!”

Z kolei niedaleko od słynnego Aleksanderplatz z monumentalną wieżą telewizyjną, będącą jednym z emblematów Berlina, można zobaczyć dubeltowy, figuralny pomnik Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To właśnie nazwisko pierwszego z nich zmobilizowało polską policję, kierowaną przez pisowski rząd, by zamiast ścigać przestępców, zajęła się represjonowaniem spokojnych filozofów z Uniwersytetu Szczecińskiego i ich gości. To samo zapewne spotkałoby historyków, gdyby zorganizowali konferencję poświęconą Róży Luksemburg lub Julianowi Marchlewskiemu, innemu wybitnemu działaczowi polskiej, niemieckiej i europejskiej lewicy, który jest patronem jednej z ulic we wschodniej części Berlina (Marchlewskistrasse).

Jak zatem widać, Polska pod rządami PiS pogrąża się w odmętach klerykalno-nacjonalistycznego błocka i coraz bardziej rozmija się z czuciem, myśleniem i ideami cywilizowanej Europy. Polsce bliżej już raczej do klimatu mentalnego rodem z innej berlińskiej historii, z roku 1906, tym razem groteskowej, w której główną rolę odegrał tzw. kapitan z Köpenick. Ten przebrany za oficera bezrobotny szewc nazwiskiem Voigt aresztował burmistrza naówczas podberlińskiego miasteczka, (dziś wschodniej dzielnicy miasta), wykorzystując ślepy pruski szacunek dla munduru. Kto wie czego mógłby dziś dokonać w Polsce ktoś, kto pragnąc podstępem wymusić jakąś administracyjną decyzję, podałby się fałszywie za pisowskiego aparatczyka…

Głos prawicy

Waszczykowski w szpitalu

„Do Rzeczy” kolportuje sensacyjne wieści o byłym szefie MSZ:
Witold Waszczykowski ma problemy z oddychaniem i ledwo mówi – informuje „Super Express”.
Były szef polskiej dyplomacji trafił do Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie w nocy z 10 na 11 czerwca. Przebywa w tym samym szpitalu, który opuścił niedawno prezes PiS Jarosław Kaczyński.
„Super Express” skontaktował się z Waszczykowskim telefonicznie. – Nie czuje się najlepiej, leżę w szpitalu, mam poważne problemy z drogami oddechowymi, po badaniach będzie wiadomo więcej – powiedział cytowany przez gazetę były minister.
Tabloid zaznacza, że choroba polityka może być poważna. „Prawie stracił głos” – czytamy.
Witold Waszczykowski był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. Stanowisko stracił w styczniu 2018 roku. Zastąpił go Jacek Czaputowicz.

 

Niemiec już nie ma

Historyk Bohdan Piętka dzieli się refleksją na temat uchodźców:
Sędzia Ulrike Grave-Herkenrath skazała 19-letniego Ahmeta R. na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Ten młody imigrant z Afganistanu bez powodu pobił człowieka na ulicy. Ofiara ataku zmarła dzień później. Sędzia w uzasadnieniu stwierdziła, że więzienie będzie dla Ahmeta R. demoralizujące i kazała mu uczęszczać na zajęcia z treningu radzenia sobie z własną agresją. W sumie ma uczestniczyć w 10 lekcjach takiego treningu – to jedyna kara za zabicie człowieka bez powodu. Do ataku doszło w mieście Bergisch Gladbach koło Kolonii. Oskarżony zeznał, że w sierpniu ubiegłego roku zaatakował osobę, którą uznał za bezdomną. Zrobił to, by zdobyć szacunek u swoich rodaków. Zaatakowany 40-letni Thomas K. dostał cios, po którym upadł na ziemię i złamał czaszkę. Po napadzie muzułmańscy znajomi Ahmeta R. „świętowali” pobicie – podają niemieckie media. Dzień później zaatakowany mężczyzna zmarł w klinice w Kolonii-Merheim (tvp.info).
Za zabicie człowieka niemiecki sąd orzekł karę 10 lekcji treningu radzenia sobie z własną agresją. Przypuszczam, że wyrok byłby inny, gdyby sprawcą był Niemiec, a ofiarą muzułmański imigrant. Wtedy byłoby to przecież nie tylko pobicie ze skutkiem śmiertelnym, ale atak rasistowski, więc i kara surowsza. Do tego doszła Europa Zachodnia dzięki ideologii, której po imieniu nazywał nie będę.
Mój komentarz do tego jest taki, że Niemiec już nie ma i Europy Zachodniej też już nie ma. To już jest koniec tego regionu dawnej cywilizacji europejskiej. Świadomości tego faktu nie ma jednak ogromna większość Polaków, wciąż wierzących w swoje dziecinne wyobrażenia o Zachodzie. Najgorsze dla nich jednak jest to, że nie mają oni także świadomości tego, iż dominujące w ich kraju siły polityczne, nieustannie podjudzające ich przeciw Rosji jako wcieleniu wszelkiego zła, też prowadzą ich do takiego samego końca.

 

PiS za Polską powiatową

Polska to nie tylko te wielkie metropolie i arterie komunikacyjne między nimi, ale też średnie i małe miejscowości. Zależy nam, aby miały one dużo lepszy dostęp komunikacyjny – powiedział Premier Mateusz Morawiecki w KPRM podczas odprawy z wojewodami.
Podziękował, że wzięte zostały pod uwagę także mniejsze regiony, które nie miały wcześniej szans na remont.
– Ta inwestycja pokazuje, że w ślad za słowem idą też czyny. Chcemy, żeby Polska była jedna od strony infrastrukturalnej, drogowej, dlatego poprzez fundusze na budowę i remonty dróg, oferujemy gminom poprawę komfortu i bezpieczeństwa na drogach – oznajmił.
Minister MSWiA Joachim Brudziński dodał, że państwo przekaże 500 mln zł wsparcia na kolejną transzę inwestycji na drogi lokalne.
– Pierwsza transza, która popłynęła ze strony rządu na ten cel to 800 mln zł. Wojewodowie znakomicie wywiązali się z zadania, zbierając wnioski samorządów – zaznaczył. Info z pis.org.pl.