Merkel dała odpór

Wyjątkowa bezczelność, jaką było zgłoszone przez Ankarę kilka dni temu żądanie wydania przez RFN 69 tureckich dysydentów, znalazła swoją kontynuację podczas wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Niemczech. Polityk pokazał, że zastrzeżenia strony niemieckich polityków dotyczące standardów praworządności i praw człowieka w jego kraju, nie są dla niego niczym ważnym.

 

Erdoğan został przyjęty na śniadaniu u prezydenta RFN Waltera Steinmeiera. W uroczystym przyjęciu mieli uczestniczyć politycy wszystkich opcji, które mają swoich przedstawicieli w Bundestagu. Tak się jednak nie stało, bo lewica z Die Linke oraz liberałowie z FDP zbojkotowali taką formą bliskości z dyktatorem.

Kolejny punktem wizyty było spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Podczas wspólnego spotkania z dziennikarzami unaoczniły się wyraźnie rozbieżności pomiędzy politykami. Przywódczyni Republiki Federalnej nie ukrywała, że liczy na sprawne rozwiązanie problemu aresztowanych w Turcji niemieckich obywateli. Mówiła o „głębokich różnicach” w stosunkach między obydwoma krajami, szczególnie w kwestii praworządności, praw człowieka i wolności prawa. Merkel odniosła się również do sprawy ruchu Fethullaha Gülena, którego członkowie są w Turcji represjonowani i wtrącani do więzień po rzekomym zamachu stanu w 2016 roku, który posłużył Erdoğanowi jako pretekst do rozprawy z najsilniejszą zorganizowaną pozaparlamentarną strukturą opozycyjną. Kanclerz oświadczyła, że nie widzi żadnego powodu, by uznać ruch duchownego za nielegalny.

Merkel nie dała tureckiemu satrapie żadnych złudzeń. Ekstradycji nie tylko nie będzie, ale kanclerz wezwała również do uwolnienia więźniów politycznych z tureckich więzień.

Niemcy wchodzą do gry

Na odbywającej się Bukareszcie się konferencji państw Trójmorza pojawił się niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas. To czytelny sygnał.

 

Berlin dotychczas od Trójmorza bardzo się dystansował. Teraz zmiana tego stanowiska została ogłoszona wprost przez szefa niemieckiej dyplomacji. – To także ważny sygnał wewnątrz Unii Europejskiej, że taki kraj jak Niemcy nie patrzy tylko na Zachód, ale interesuje się także sprawami naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów – powiedział na wstępie konferencji Trójmorza w Bukareszcie szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas (SPD). Przemawiając dalej, określił stosunek Niemiec do tej inicjatywy mianem „nowej polityki wschodniej”. – Chcemy wykorzystać to forum, także w przyszłości, by mocniej zaangażować się w dyskusje prowadzone przez naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów – podkreślił Maas.

Minister Maas przybył do Bukaresztu na zaproszenie gospodarzy. Włączenie się Niemiec do projektu Trójmorza wymagać będzie zgody wszystkich 12 państw obecnie wchodzących w skład grupy. Premier Mateusz Morawiecki w swoim wystąpieniu nie odniósł się do jego obecności, co jest znaczące, bo wszak to Polska wraz z Chorwacją była w 2015 r. inicjatorką powołania Trójmorza.

Do tej pory projekt ewoluował bardzo wyraźnie w stronę bloku raczej mającego stanowić w regionie raczej partnera (dla większości krajów Trójmorza są one głównym partnerem gospodarczym), ale i przeciwwagę dla pozycji Niemiec. Teraz jednak może dojść do zasadniczej zmiany w tym układzie, bo i jego zasięg byłby zupełnie inny, i rozkład ciężaru wewnątrz bloku by nie był już taki sam: do tej pory do roli lidera aspirowała Polska, ale czy ta pozycja będzie jednak do utrzymania, gdy w bloku pojawi się partner wagi ciężkiej, którego siła gospodarki jest porównywalna z siłą wszystkich pozostałych członków razem wziętych?

Wydaje się również zasadne pytanie, czy Maasowi można wierzyć, że to nowa polityka wschodnia, a nie – na przykład – ruch obliczony na rozbicie spójności Trójmorza poprzez jego zdominowanie. Czyli żeby wszystko pozostało po staremu.

 

Komentarz:

Niektórzy analitycy polityki europejskiej uważają, że Niemcy poprzez włączenie do Unii Europejskiej Środkowej Europy zrealizowali w sposób pokojowy plan Mitteleuropy. Jeżeli nawet w tym poglądzie jest źdźbło prawdy, to nie można się z nim zgodzić, bo Unia Europejska to nie Niemcy. To już jest inna jakość. Stany Zjednoczone jako pierwsze mocarstwo tak zdecydowanie poparły ideę Trójmorza i stąd już żadna siła ich nie wyprze. W chwili obecnej polska i amerykańska narracja łączy Trójmorze z planami NATO skierowanymi przeciwko Rosji. Oczywiście interesy gospodarcze są tu najważniejsze, ale antyrosyjska retoryka ma znaczenie dla polskiej prawicy, która uważa, że Rosja to nadal Związek Radziecki. Kiedy Stany Zjednoczone umocnią się już pod każdym względem w naszym regionie, dokonają wolty polegającej na przyjaznym zbliżeniu do Rosji. Jeżeli nic nie wymknie się spod kontroli, to w zasadzie ani Stany Rosji, ani Rosja Stanom nie zagraża. Zbliżenie Stanów do Rosji nie będzie miało bezpośredniego ostrza antyunijnego; chodzi raczej o to kto pierwszy dorwie się do robienia interesów gospodarczych z Rosją – Stany czy Unia Europejska. Stanom chodzi natomiast o odciągnięcie Rosji od sojuszu z Chinami. Proces ten potrwa kilka/kilkanaście lat, ku zaskoczeniu naszych durnych rusofobów, którym dopiero Watykan wszystko jak dzieciom wyjaśni. Nie wiem jaka będzie aktualna (w tej chwili) reakcja Stanów na niemiecki zamiar dołączenia do Trójmorza, bo to już zaczyna bardziej przypominać Mitteleuropę. Zależy przy tym jaki status w Trójmorzu zażyczą sobie Niemcy. Sądzę, że o tych niemieckich zamiarach z wyprzedzeniem wiedzą Amerykanie i nic tu dla nich nie jest zaskoczeniem. Myślę, że Stany nie będą miały nic przeciwko unijnym projektom gospodarczym w Europie Środkowej, która pozostanie w Unii, z tym, że zbytni, ich zdaniem, „nacisk” na Trójmorze ze strony Niemiec skłonić może Stany do bardziej zdecydowanego wejścia militarnego w naszym regionie i nie chodzi to znów o Rosję, ale tak „na wszelki wypadek”. W każdym razie Stany nie zgodzą się na całkowitą dominację w naszym regonie Unii Europejskiej, Niemiec czy Chin. Konkurencja może być ostra, ale raczej pokojowa. Wszyscy będą marszczyli brwi, ale w zasadzie panować będzie zgoda. W pewnym momencie Rosja włączy sie do transatlantyckiego krwiobiegu. Chiny też na tym wszystkim gospodarczo nie ucierpią, bo świat, jeżeli ma się rozwijać, Chin potrzebuje. I na tym się kończą moje „profetyczne możliwości”.

Maksymilian Podstawski

 

Niemcy przeciw imigrantom

„Narodowy i socjalistyczny, co w tym złego? Nazizm to słowo raczej niesmaczne, ale trzeba dobrze definiować rzeczy. Jestem narodowa, bo lubię mój kraj. I jestem socjalistką!” – 60-letnia Ramona, która wzięła udział w antyimigranckiej manifestacji w Chemnitz, tłumaczyła dziennikarzowi swoje idee bez kompleksów, ale była zirytowana, że prasa nazywa manifestantów „neonazistami”. Kioskarze w mieście odmówili sprzedawania „Der Spiegla”, który dał to słowo na okładkę. Gdy wczoraj miasto obiegła wieść, że w niedalekim Köthen „imigranci znów zabili Niemca”, apele o spokój irytowały tak samo.

 

Wczorajsza śmierć niemieckiego 22-latka przypadła równo dwa tygodnie po zabójstwie 35-letniego Niemca pochodzenia kubańskiego o radykalnie lewicowych poglądach, które dla saksońskiej skrajnej prawicy stało się pretekstem do afiszowania na ulicach haseł „Merkel muss weg!” (Merkel musi odejść). Pozycja kanclerz chwieje się jak nigdy, rząd jest skłócony, na ulicach wschodnich landów niepokoje, antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) pnie się w sondażach… W trzy lata po zgodzie Angeli Merkel na zakończenie bałkańskiej tułaczki blisko miliona migrantów i przyjęcie ich w Niemczech, w jej kraju upada ważne tabu. Chwieje się zdecydowanie krytyczny stosunek do nazistowskiej przeszłości.

W Chemnitz, w czasie antyimigranckich demonstracji, królowały flagi współczesnych Niemiec albo z dodatkiem krzyża, co było hołdem dla Clausa von Stauffenberga, oficera Wehrmachtu, który w imię „niemieckiego ruchu oporu” dokonał nieudanego zamachu na Hitlera. Sławę „narodowego oporu” Stauffenberga przejęła antymuzułmańska i antyimigarcyjna Pegida, by podkreślać, że nic z nazizmem nie ma wspólnego. Owszem, na niektórych manifestacjach było hajlowanie, flagi III Rzeszy, czy śpiewanie pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu w hitlerowskiej wersji, czy nawet flagi Prus, jednak AfD argumentuje, że był to margines. Skrajnie prawicowa partia przekonuje, że większość oburzonych to „zwykli, porządni obywatele”, najsłuszniej w świecie protestujący przeciw „wzrostowi liczby przestępstw”, które na ich głowy ściągnęła Angela Merkel przyjmując imigrantów.

 

Dobrostan statystyczny

Niemcy nigdy od czasu zjednoczenia w 1992 r. nie były tak bogate. Nadwyżka w handlu zagranicznym pobiła zresztą kolejny rekord. Neoliberalizm przeorał oczywiście niemiecki system społeczno-gospodarczy w swój klasyczny sposób: to bogactwo, oprócz państwa, jest sprawnie wsysane przez najbogatszych, kosztem postępującego uśmieciowienia stosunków pracy i prekaryzacji warstw najsłabiej uposażonych. Solidny, jak się wydawało, system socjalny przeszedł już fazę „wprowadzenia oszczędności” i zaczął podlegać wahaniom jeszcze przed przyjęciem ponad miliona ludzi od września 2015 r. do marca 2016 r. Od tej pory Niemcy nie przyjmują imigrantów więcej, niż przed tą falą. Wielki przemysł poparł i częściowo dofinansował jej przyjęcie, lecz tu i tam wystąpiły różne braki infrastrukturalne i obostrzenia finansowe, a wraz z nimi frustracja – skierowana oczywiście raczej w imigrantów, niż w politykę neoliberałów, o co skrupulatnie dbają prawicowe środowiska medialno-polityczne.

W maju tego roku minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer z ultrakonserwatywnej CSU gratulował sobie innego osiągnięcia statystycznego Niemiec: w poprzednim 2017 r. liczba ataków fizycznych na osoby lub mienie była najniższa od zjednoczenia kraju. Przestępczość spadła o ponad 5 proc. w stosunku do 2016 r., osiągając wartość znacznie mniejszą, niż w latach przed falą uchodźców. Jednak minister nie przechwalał się tym przesadnie, bo w październiku jego partia będzie konkurować z AfD w Bawarii – chciałby ją pobić na jej terenie ideowym, jak wymaga tego obecna, obsesyjna strategia polityczna w Niemczech: zdobyć głosy na strachu przed migrantami. Lepiej więc podawać, że proporcja cudzoziemców wśród podejrzanych o przestępstwa wzrosła z blisko 30 proc. przed „wielką falą” do 35 proc. w zeszłym roku. Wzrosła też liczba „cudzoziemskich” najcięższych zbrodni – zabójstw – z 52 do 83 (na 731 ogółem), co daje znaczny wzrost procentowy, nieustannie eksponowany przez AfD i Pegidę.

 

Przeszła przyszłość

„Kwestia migracyjna jest matką wszystkich problemów tego kraju” – słowa Seehofera dla Rheinische Post, żywa kopia niemieckiego stylu politycznego lat 30 ubiegłego wieku, skłoniła lewicową Die Linke do ogłoszenia, że minister „jest ojcem wszystkich problemów związanych z rasizmem”. Ta słowna przepychanka wydaje się jednak obserwatorom mniej ważna, niż coraz bardziej widoczna schizofrenia niemieckiego rządu. Wyraźna gra CSU na osłabianie Angeli Merkel zyskuje otwarte poparcie AfD – „partii przyszłości Niemiec”, jak się sama chwali. Nie ma wątpliwości, że niemieckie służby specjalne wspólnie z Alternatywą chcą kontrolować transformację polityczną „po Merkel”. Skandal wywołany przez szef niemieckiej tajnej policji politycznej (Urząd Ochrony Konstytucji – BfV) Hansa-Georga Maaßena próbującego zanegować „polowanie na cudzoziemców” w Chemnitz, które kanclerz tak mocno potępiła, nie był niespodzianką.

W lipcu kierowany przez Maaßena BfV opublikował raport, który socjalistyczną krytykę kapitalizmu i jego konsekwencje społeczne klasyfikuje jako „antykonstytucyjny lewicowy ekstremizm”. Np. Partia Równości Socjalistycznej (SGP) pozostaje pod nadzorem policji jako „niebezpieczna”, choć BfV przyznaje w raporcie, że ugrupowanie chce osiągnąć swe cele „drogą legalną”, poprzez uczestnictwo w wyborach. Równocześnie AfD i jej związki z neonazistami pozostają niedotykalne. W raporcie brak nawet wzmianek o znanym jawnym naziście z AfD Björnie Höcke, nowym ideologu skrajnej, rasistowskiej prawicy z Pegidy Götzu Kubitscheku, czy o pismach w hitlerowskim stylu – „Junge Freiheit lub Compact”. AfD jest wymieniona wyłącznie jako „ofiara lewicowego ekstremizmu”. Maaßen ściśle współpracuje z Alternatywą i jej szefem Alexandrem Galandem, który nigdy nie traci okazji, by publicznie chwalić „obiektywizm” i „patriotyzm” szefa BfV.

 

Chemnitz i literatura

Socjologowie próbują tłumaczyć antyimigranckie rozruchy na terenach dawnej NRD jej spadkiem historycznym. Brak przekonania do demokracji i przyzwyczajenie do autorytaryzmu, brak kontaktu ze społeczeństwem wielokulturowym, brak prawdziwego „przepracowania” nazistowskiej przeszłości Niemiec… Faktem jest, że w Saksonii AfD zyskała w ostatnich wyborach aż 27 proc. głosów, przy ponad 12 proc. w skali kraju. Jest w tym coś z tradycji: w 2004 r., gdy imigrantów było mało, region oddał prawie 10 proc. głosów na neonazistowską NPD (Narodowodemokratyczną Partię Niemiec). Dziś w Chemnitz mieszka ok. 7 proc. cudzoziemców, a dla wielu miejscowych Węgier Orbán, Austriak Kurz i Włoch Salvini stali się wzorcami politycznymi, więc „Merkel muss weg”. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wszystkie manifestacje przeciw imigracji były tu kilkukrotnie większe od tych przeciw ksenofobii.

Antyimigracyjna obsesja nie ogranicza się oczywiście do wschodu kraju. Prawie 4 tysiące różnego typu aktów agresji antyimigranckiej rozkłada się na mapie mniej więcej równo. Książkowym bestsellerem stała się nowa książka Timura Vermesa, który zdobył wcześniej sławę powieścią o powrocie Adolfa Hitlera. Jego nowa satyra polityczna opowiada losy prezenterki telewizyjnej, która na czele kolumny setek tysięcy uchodźców z Afryki zmierza do Niemiec, gdzie dochodzi do bitwy z hordami skrajnej prawicy. Na mega-bestseller zapowiada się też kolejna polityczna książka bankiera Thilo Sarrazina o charakterystycznym tytule Wrogie przejęcie. Jak islam szkodzi postępowi i zagraża społeczeństwu. Poprzednia, o „samolikwidacji Niemiec”, najlepiej sprzedająca się książka dziesięciolecia, mimo swojego jawnego rasizmu, nie spowodowała wydalenia autora z socjaldemokratycznej SPD, która stanowi dziś część rządu.

 

Lewica na zakręcie

Die Linke i niektóre inne partie na lewo od socjaldemokratów przechodzą podobną mutację, co całe Niemcy. Wydarzeniem politycznym tego lata jest powstanie Aufstehen, lewicowego ruchu animowanego przez gwiazdę Die Linke Sahrę Wagenknecht i jej męża Oskara Lafontaine’a z tego samego ugrupowania, byłego ministra w rządzie SPD Gerharda Schrödera. Na razie Aufstehen to żadna partia, ale według badania magazynu Focus, głosowałaby na nią już jedna trzecia Niemców. Nikt nie ma wątpliwości, że pierwszy powód tego wirtualnego sukcesu to niechęć wobec imigracji ekonomicznej. Wagenknecht powtarza w nieco obronnym stylu, że antyimigracyjna lewica nie jest jakimś niemieckim wymysłem, że to samo głosi Bernie Sanders w Stanach, Jeremy Corbyn w Anglii, dawni komuniści z Francji. Ściągnie taniej siły roboczej leży w interesie wielkiego kapitału, gdyż gra na obniżkę niskich płac, na czym cierpi reszta – argumentuje. „A problem biedy na świecie nie rozwiąże się otwarciem granic”.

Ten zwrot ideowy ma uratować klasę robotniczą przed głosowaniem na AfD. „Jeśli główną troską lewicowej polityki jest reprezentowanie klasy pracującej i bezrobotnych, to stanowisko No-Border jest sprzeczne z celami lewicy. Sukcesy w poskramianiu i regulowaniu kapitalizmu odniesiono walcząc a ramach państw, a państwa mają granice” – ten dyskurs Wagenknecht powoduje jednak, że niektórzy publicyści porównują chętnie jej „lewicowy populizm” do „narodowych”, czy „narodowych i socjalistycznych” postulatów części AfD.

Niemcy tkwią w pewnym pomieszaniu, niczym 60-letnia Ramona z Chemnitz. Angeli Merkel nie udało się trwale zmniejszyć napięć społecznych wokół imigracji, co owocuje zjawiskami politycznymi nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Dotykają one również innych krajów w Europie, lecz lekceważona nieco ewolucja Niemiec może spowodować szczególne dreszcze. W końcu na naszym kontynencie mamy pewną obsesję na ich punkcie.

Kornel Morawiecki i inni My, socjaliści

Marszałek senior polskiego Sejmu, ojciec premiera, Kornel Morawiecki, wypowiedział się ostatnio w mediach na temat relacji Polski z Rosją. Namawia on syna, aby zaprosił do polski prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Putina i tak, jak to czynią przywódcy innych krajów (USA, Niemcy, Węgry i inni), porozmawiał normalnie o wzajemnych stosunkach z naszym największym sąsiadem ze Wschodu. Fakt ten jest niezwykłym wyłomem z obowiązującej narracji i świadczyć może o tym, że trwa przygotowywanie otumanionego przez rządową propagandę społeczeństwa do zwrotu w stosunkach Polska-Rosja.
Faktem jest jednak, że znaczny odsetek Polaków odrzuca oficjalną rusofobię i popiera z różnych względów podjęcie dialogu i współpracy z Rosją. Dotyczy to szczególnie środowisk biznesowych, także ludzi kultury, nauki, studentów. Nie rozwija się turystyka. Można odnieść wrażenie, że stoją nam na przeszkodzie niezrozumiałe zobowiązania wobec Ukrainy i jeszcze mniej zrozumiała poprawność „najlepszego ucznia w klasie NATO”, które chyba nie tego od nas oczekuje.
Kilkakrotnie na tych łamach pytałem, czemu Polska ma mieć gorsze stosunki z Rosją niż np. USA, czy Niemcy. Nie doczekałem się odpowiedzi, ale ona jest, kołacze się w umysłach wielu Polaków, dla których niezrozumiała jest sytuacja, gdy Polska na własne życzenie nie uczestniczy w dialogu międzynarodowym i rezygnuje z roli partnera na rzecz pozycji trzeciorzędnej, co sprowadza nas do statusu państwa przyfrontowego. Symbolem tego statusu był sierżant prowadzący w defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego w dniu 15 sierpnia oddział naszego największego sojusznika w regionie. Nie jestem pewien, czy właściwie odczytali to rządzący dziś Polską.
Nie ulega wątpliwości, że aktualny stosunek władz Polski do Rosji zrodził się w wyniku trwającej konfrontacji globalnej w walce o przywództwo światowe i kalkulacji, że parasol ochronny USA da nam stabilizację przy nieprzyjaznej polityce Rosji i niektórych innych rzekomych przyjaciół. Elementem wspomagającym były skutki tragicznej katastrofy pod Smoleńskiem z 2010 roku, która cały czas stanowi paliwo polityczne dla partii rządzącej. Świat jednak poszedł do przodu, utrwala się wielobiegunowy układ interesów pomiędzy mocarstwami, USA mają przemawiającego innym językiem prezydenta. Myślenie kategoriami zimnej wojny, która praktycznie zakończyła się w roku 1989 nie ma dziś uzasadnienia. Rozpoczynanie kolejnej zimnej, albo co najgorsze, gorącej wojny prowadzić nas może do zagłady. Kto to zaryzykuje?
Polska leżąca pomiędzy dwoma mocarstwami: Rosją i Niemcami powinna głównie z nimi układać swoje interesy. Zbigniew Brzeziński, doradca kilku prezydentów USA, już po przełomie 1989 roku, w swych publikacjach wielokrotnie pisał, że interesy Polski z USA nie są tożsame. Stwierdził, że „…interesy Polski i Stanów Zjednoczonych są zbieżne, ale nie tożsame, a Polska jest krajem o znaczeniu regionalnym, który w związku z tym powinien mieć własną perspektywę geostrategiczną i nie ograniczać się do popierania we wszystkim Stanów Zjednoczonych. Polska będzie więcej znaczyć w Waszyngtonie z dobrymi stosunkami z Niemcami i z Rosją, a zwłaszcza z silną pozycją w Unii, a tej nie będzie można osiągnąć bez dobrych stosunków polsko-niemieckich”.
Warto zastanowić się nad pewnymi sformułowaniami Seniora Morawickiego wygłoszonymi w ostatnich dniach. – Czy między władzami obu krajów nastąpi reset i będzie możliwe spotkanie Putina z prezydentem i premierem np. w Polsce? – pyta Morawiecki. Jestem za zbliżeniem relacji Polski z Rosją. Dlaczego nie ma spotkania polskich władz z prezydentem Rosji?! To jest konieczne. To jest nasz polski, ale i europejski interes. Powinniśmy dążyć do wielkiej Europy z Rosją…”.
Polskie elity nie odpowiedziały sobie po roku 1989 na wiele pytań dotyczących zmian w Europie i raczej wygodnie jest im akceptować niezrozumiałe i prymitywne myślenie o Europie środowisk konserwatywnych i neoliberalnych w USA. Podstawowe pytanie dotyczące Federacji Rosyjskiej dnia dzisiejszego jest takie: czy jest ona kontynuatorką tradycji Cesarstwa Rosyjskiego, które zakończyło swój żywot w roku 1917, czy może kontynuuje tradycje państwa powstałego po roku 1917 – bolszewickiej Rosji. Odpowiedź na tak postawione pytanie określić może strategię państwa polskiego i wyznaczyć nasz interes narodowy na Wschodzie. Dziś naszego postępowania politycznego wobec Rosji – jak można sądzić – nie wyznacza żadna tego typu kalkulacja, a wyłącznie „kompleks smoleński”.
Polska lewica niebawem wejdzie w kolejną kampanię wyborczą: w roku 2019 mamy wybory do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu i Senatu. Znaki czasu wskazują, że orientacja na współpracę w regionie i ułożenie na nowo stosunków z Rosją ma istotne znaczenie dla przyszłości naszego kraju. Chciałbym wierzyć, że stać nas będzie, aby niebawem, w oparciu o racjonalne przesłanki, określić fundamenty naszych interesów i naszej polityki na Wschodzie.

Głos prawicy

Nie będzie 1000+

Pis dementuje, jakoby trwały prace nad zwiększeniem świadczenia 500 plus. Info z wpolityce.pl:
– W sprawie informacji o poszerzeniu 500+. Program działa świetnie, a o nowych planach wsparcia rodzin będziemy myśleć w zależności od stanu finansów. – podkreślił na Twitterze wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, odnosząc się do doniesień o tym, że program 500 plus miałby zastąpić program 1000 plus.
Informacje o korekcie programu 500 plus skomentowała również minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska.
W związku z pojawiającymi w mediach informacjami dot. zwiększenia wysokości świadczenia wychowawczego informuję, że nie trwają żadne prace dotyczące zmian wysokości świadczenia przyznawanego w ramach programu „Rodzina 500+” – podkreśliła w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej Rafalska.
Przypomniała, że trwa przyjmowanie wniosków i wydawane są decyzje przyznające świadczenie w wysokości 500 zł na nowy okres świadczeniowy, który będzie trwał od 1 października 2018 do 30 września 2019 r. Rafalska zaznaczyła, że ministerstwo rodziny na bieżąco monitoruje realizację programu i jego efekty.
Do końca czerwca wsparciem z rządowego programu „Rodzina 500 plus” objęto ponad 3,74 mln dzieci do 18 lat. Od początku tego roku do ponad 2,45 mln rodzin trafiło ponad 11,3 mld zł.
MRPiPS przypomina, że złożenie kompletnego i prawidłowo wypełnionego wniosku o „500 plus” w sierpniu gwarantuje wypłatę świadczenia do końca października. Złożenie go we wrześniu oznacza, że świadczenie będzie wypłacone do końca listopada z wyrównaniem za październik; złożenie wniosku w październiku oznacza wypłatę do końca grudnia z wyrównaniem za październik i listopad. Jeżeli wniosek zostanie złożony później niż w październiku, to świadczenie będzie wypłacone od miesiąca złożenia bez wyrównania za wcześniejsze miesiące.
Ministerstwo przypomina także, że rodziny, które będą się chciały ubiegać o świadczenie „500 plus” drogą elektroniczną, mają do wyboru trzy kanały: ministerialny Portal Informacyjno-Usługowy Emp@tia, PUE ZUS lub bankowość elektroniczną. Od 1 sierpnia wniosek o świadczenie można także składać drogą tradycyjną – w urzędzie lub pocztą.

 

Niemcy to bezbożnicy

Ksiądz Oko udzielił wywiadu Frondzie.pl. Mów w nim:
Trzy razy więcej ludzi idzie w tygodniu w Niemczech do domów publicznych, niż do kościołów. Myślę, że ta proporcja: 3,5 miliona do 10 milionów pokazuje stan Niemiec i w ogóle Europy. Dla wielu ludzi porzucających Chrystusa, bożkiem stał sie seks, przy czym bożkiem, który poniża ludzi, bo trudno o większe poniżenie kobiety niż zmuszanie jej do niewolnictwa seksualnego. To oznacza, że miliony kobiet w Europie pracują jako niewolnice seksualne, pomimo całego rozwoju kulturowego, mimo rzekomej walki o prawa kobiet widzimy narastającą sytuację, gdzie miliony z nich są w najgorszy sposób poniżane, ale jeszcze bardziej poniżają się mężczyźni, którzy tam chodzą.
Szczególnie ostry kontrast jest właśnie w Hamburgu – kościół, gdzie przez sakramenty, łaskę, następuje największe wywyższenie człowieka, jego zbliżenie do Boga, a tuż obok – miejsce największego poniżenia człowieka, zarówno osób, które się prostytuują, jak i tych, którzy je wykorzystują. Z kolei w okolicach Polskiej Misji Katolickiej w Berlinie widziałem wiele miejsc handlu narkotykami i kasyn gry.
To jest symboliczny obraz sytuacji w Europie. W ogóle Polska jest wobec tej Europy ateistów Zachodu jak wyspa wiary na morzu ateizmu, i dlatego tak jak morze atakuje falami wsypę, tak ci zdegenerowani ateiści z Zachodu nas atakują. Oni odrzucając Boga często stają się wyznawcami bożka przyjemności, w tym szczególnie seksu i ci, atakujący nas to na pewno w dużej części klienci takich domów. Przecież chodzi tam wielu polityków i wielu dziennikarzy. To są ci ludzie, którzy niesamowicie poniżają człowieka, poniżają kobiety, ale często poniżają również mężczyzn w gejowskich domach publicznych. I to też wiąże się z islamem, z inwazją islamu. Ponad 10 lat spędziłem na Zachodzie, z czego 7 lat w Niemczech i zawsze interesowałem się tym, co wybierają ludzie, którzy porzucają chrześcijaństwo.

Flaczki tygodnia

Czy polska historia jest dla Polaków bogactwem czy przekleństwem? Takie pytanie słyszę co chwila w przeróżnych mediach. I zaraz potem rozpoczynają się narodowe gorzkie. Litania nieszczęść jakie to spadły na bogu ducha winnych Polaków.
Bo przecież w 1795 roku ostatecznie straciliśmy niepodległość. Popadliśmy w niewolę zaborów. Potem nasz kraj był terenem dwóch wielkich wojen światowych i kilku lokalnych. Byliśmy też przez 45 lat w „sowieckiej niewoli”, w radzieckim „obozie pracy socjalistycznej”. Ale pomimo tego zachowaliśmy swą polskość i wywalczyliśmy sobie niepodległość.

***

I dlatego za to już należy nam się wielki szacunek i respekt całego świata.

***

Problem w tym, że Polacy zwykle lubią te piosenki i te historie, które znają. A historii naszych sąsiadów i innych państw Polacy nie znają. Nie wiedzą, że utrata niepodległości, utrata własnego państwa to normalka w historii narodów. Ruś kijowska została podbita przez Mongołów w XIII wieku. Potem była podbita przez państwo litewskie, potem dostała ją polska Korona od Litwy w wianie po zaślubinach Unii Polsko-Litewskiej. Potem przeszła do imperium rosyjskiego i do ZSRR. Dopiero w 1991 roku Kijów znowu stał się stolicą niepodległego państwa ukraińskiego odwołującego się do ruskiej tradycji. Bułgarzy, Serbowie, Macedończycy, Albańczycy przez pięćset lat byli w tureckiej niewoli. I też odrodzili się w swoich narodowych państwach. Każde z tych państw też było w swoim czasie regionalnym mocarstwem. Też uciskało i było uciskane.

***

Ukochane przez PiS Węgry, regionalne mocarstwo w XIII – XV wieku, też podało w turecką niewolę. I tylko dzięki „odsieczy wiedeńskiej” Jana III Sobieskiego zmieniono Węgrom niewolę turecką na austriacką. Dzięki temu potem Węgry, jako część monarchii habsburskiej brały udział w rozbiorach Polski, a w czasie II wojny światowej walczyły po stronie Hitlera. Słowacy od X wieku byli pod okupacją węgierską, potem częściowo i czasowo polską, a swą państwowość zyskali dopiero w 1918 roku. Własne niepodległe, nowoczesne państwo zyskali dopiero po podziale Czechosłowacji w 1993 roku.

***

Czechy, skąd przyszło do Polski chrześcijaństwo, czyli cywilizacja europejska, przez wieki były państwem lepiej rozwiniętym od Polski. W XIV i XV wieku stały się centrum cywilizacji europejskiej. W 1620 roku w bitwie pod Białą Góra wojska habsburskie wyrżnęły czeską szlachtę skuteczniej niż późniejsi bolszewicy szlachtę rosyjską. Od początku XIX wieku Czechy stały się częścią, naszej wspólnej, monarchii habsburskiej. Pozbawione próżniaczej szlachty społeczeństwo czeskie zmieszczaniało i dzięki temu szybko znowocześniało. Stało się najbogatsze w słowiańskiej rodzinie.

***

Nasi skandynawscy sąsiedzi też nie mieli lekko. Finowie do XX wieku byli częścią szwedzkiego lub rosyjskiego państwa. Norwegia przez czterysta lat tkwiła w „duńskiej niewoli”. Szwecja stała się bogatą i dobrze zorganizowaną od kiedy porzuciła marzenia o lokalnym mocarstwie. I zamiast wojować zaczęła pracować. Na jej szczęście nieźle się wcześniej w czasie polskiego „Potopu” obłowiła wywożąc z terenów I Rzeczpospolitej wszystko co się dało. A szlachta polska, ta ponoć tak patriotyczna, pozwoliła im na to, oddając początkowo kraj bez walki.

***

Również porównując los Polaków w zaborach austriackim, pruskim i rosyjskim z losem Słowian w imperium tureckim czy Ukraińców w imperium rosyjskim i I Rzeczpospolitej, bez wątpienia Polakom żyło się tam lepiej. Zdecydowanie lepiej żyło się wówczas Polakom niż Irlandczykom pod brytyjskim zaborem. Nasi zaborcy nie wymordowali Polaków, tak jak Polacy wymordowali plemiona bałtyckich Prusów i Jaćwingów zabierając ich ziemie.
Austria i niemieckie Prusy budowały od XIX wieku państwa prawa. Los chłopów w tych państwach był zdecydowanie lepszy niż w I Rzeczpospolitej. W zaborze rosyjskim do czasów powstania listopadowego, czyli 1831 roku, część Polaków żyła w niesuwerennych organizacjach państwowych. Księstwie Warszawskim, Królestwie kongresowym. To w zaborach zlikwidowano feudalne struktury społeczeństwa polskiego. O czym w „szlacheckiej” historii Polski rzadko się wspomina.

***

Setna rocznica odzyskania państwa polskiego zbiegła się z rządami elit PiS. Głoszą one, wszem i wobec, przede wszystkim martyrologiczną wizję polskiej historii. Wizję wspaniałego, dzielnego, szlachetnego, prawego i sprawiedliwego narodu, który na nikogo nie napadał, nikogo nie uciskał nigdy nie przegrał z własnej winy.
Chociaż przegrywał zawsze. Ale zawsze przegrana związana była ze zmowami wrogich Polsce sił. Narodów, ideologii, no i wiarołomnych sojuszników.

***

Polacy w pisowskiej wizji historii zawsze byli zdradzani, najczęściej o świcie, chociaż Polacy zawsze wierni byli złożonej przysięgi i danemu słowu. I tylko przez te zdrady i wiarołomstwa sojuszników nie jesteśmy bogaci jak Szwajcarzy, innowacyjni technicznie jak Niemcy, potężni militarnie jak Amerykanie, liczni jak Chińczycy, przystojni jak Włosi, rozśpiewani jak Rosjanie.

***

Dlatego za te zdrady, za tamte wiarołomstwa obecne elity PiS wyciągają rękę po odszkodowania. Po reparacje wojenne. Za spaloną w efekcie Powstania Warszawskiego Warszawę. Za oddanie Polski do radzieckiej strefy wpływów przez przywódców Wielkiej Brytanii i USA. Nie żądają reparacji od Wielkiej Brytanii i USA. Nie grzmią w kierunku Rosji. Żądają reparacji od Niemiec. Pokonanych przez ZSRR, USA, Wielką Brytanię. I wiele innych państw. Ale czy Polskę?

***

Polskie wojska walczyły po stronie aliantów. Na wschodzie i na zachodzie. Ale rządzące elity PiS strącają z pomników żołnierzy LWP, którzy zdobywali niemieckie miasta, nawet Berlin. Spychają na bok żołnierzy Andersa, którzy wyzwalali Włochy, Francję, Holandię. Stawiają w pierwszym szeregu niemieckich sojuszników z NSZ i grupy „wyklętych”, którzy zdobywali głównie gorzelnie, GS – y i posterunki MO. Czy oni wygrali tamtą wojnę?

***

Reparacje wojenne zwycięskie państwa wyciskały z pokonanych okupując ich terytoria. Elity PiS okłamują Polaków miodem reparacji. O które żebrzą u Niemców. Robią z Polaków mazgajów wiecznie opłakujących swe historyczne klęski i jeszcze żebrzących o grosz dla historycznych kalek. Wrócimy jeszcze do tych tematów.

***

Teraz na postawione na wstępie pytanie o bogactwie i przekleństwie polskiej historii, odpowiadamy. Nie pierwszy raz w historii okazuje się, że bezmyślnie, źle wykorzystywane bogactwo może stać się przekleństwem.

„Zamknięty” zjazd

Jeszcze niedawno ruchy neonazistowskie mogły wydawać się w Europie politycznym marginesem, osobliwym folklorem przyciągającym tylko garstki frustratów z rozchwianymi osobowościami. Dziś tak już, niestety, nie jest. Europa brunatnieje.

 

II wojna światowa odebrała życie kilkudziesięciu milionom ludzi. Aż trudno uwierzyć, że blisko tysiąc neonazistów z Niemiec i Europy Wschodniej przyjechało do Ostritz, małego miasteczka leżącego na granicy polsko-niemieckiej, by świętować 129 urodziny Adolfa Hitlera.
Nieprzypadkowy był też dzień rozpoczęcia imprezy – 20 kwietnia, czyli dzień, w którym Hitler się urodził. W Polsce, jak i Niemczech propagowanie nazizmu jest zakazane, dlatego organizatorzy wykorzystali lukę w prawie i ogłosili charakter imprezy jako zamknięty. Wówczas nie można mówić o szerzeniu idei narodowo-socjalistycznych. Głównym organizatorem neonazistowskiego festiwalu „SS” („Schild und Schwert”) czyli „Tarcza i Miecz” z lokalizacją w hotelu „Neißeblick” był Thorsten Heise z Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), odwołującej się do narodowego socjalizmu III Rzeszy.
Bezpieczeństwo podczas festiwalu zapewniły setki policjantów. Zwiększono środki kontrolne, ustawiono szczelne kordony policyjne i punkty kontrolne. W Ostritz nie zabrakło też antyfaszystów. Na przeciwległym końcu miasta zorganizowali oni festiwal „Rechts Rockt Nicht!” („Prawica niech się buja!), a wyrażając swój sprzeciw mieszkańcy w porozumieniu z władzami lokalnymi zorganizowali „Święto Pokoju” promujące tolerancję i demokrację. Wszystkie trzy festiwale relacjonowało kilkuset dziennikarzy.

 

 

W kontrfestiwalu „Rechts Rockt Nicht!” oraz w blokadzie nazistowskich obchodów brała udział także grupa antyfaszystów z Polski. „Dziennik Trybuna” rozmawia Oliwią Zajączkowską, która uczestniczyła w tej akcji w podwójnej roli – jako antyfaszystka, jak i fotografka dokumentująca wydarzenie.

 

Czy ruchy neonazistowskie rosną w siłę i wzmagają aktywność?

Neonazizm rozwija się w cieniu skrajnej prawicy, której wciąż przybywa. Rośnie fala przemocy motywowana nazistowską ideologią. Nie można zapomnieć, że wśród nas, pozornie „normalnych” ludzi i w pozornie cywilizowanym państwie szerzy się nietolerancja w każdej postaci. Mam na myśli homofobię, antysemityzm, rasizm i każdy przejaw dyskryminacji. Trzeba udowodnić, że „wolna Polska” to nie oksymoron. Trzeba się przeciwstawiać, blokować marsze, kontrmanifestować.

 

Kto jeździ na takie blokady? Jak takie środowiska się mobilizują?

Antyfaszyści i ludzie którzy chcą wyrazić swój sprzeciw. Zachętą dla ugrupowań neonazistowskich jest między innymi popieranie ich projektów przez zwolenników ONR czy Ruchu Narodowego. Wszystkich ludzi z tego środowiska łączy patologiczna nietolerancja i adoracja elementów doktryn narodowej demokracji i narodowego socjalizmu. Ci wszyscy „czystej krwi” sympatyzują z pozostałymi entuzjastami „białej Europy” i tak powstają liczne eventy oraz inne formy aktywności pronazistowskiej. Jednym z przykładów jest tegoroczny festiwal „Schild und Schwert” który miał miejsce w kwietniu tego roku w Ostritz. Jego organizatorzy wykorzystali celebrację urodzin Hitlera do pozyskania funduszy na ich działania. Neonaziści wciąż nabywają co raz to nowych i młodszych aktywistów. To porażające.

 

Czy dochodzi do przemocy? Jak ona wygląda?

Idealnym przykładem są chociażby zamieszki 11 listopada. Ci ludzie zachowują się jak bydło. Do przemocy? Tam nawet fotoreporter może dostać w zęby bo stanie zbyt blisko. Takie wydarzenia nie mają nic wspólnego z upamiętnieniem, uczczeniem i poszanowaniem dla sprawy, chociaż w mniemaniu nazistów tak właśnie jest. Myślą, że są tak wielcy, a nie zdają sobie sprawy jak bardzo się mylą.

 

Czy policja jest bezstronna?

W Ostritz ponad tysiąc policjantów dopilnowało, by nie doszło do starć między neonazistami i antyfaszystami, wśród nich była też polska policja. Większość antyfaszystów nie widziała na oczy uczestników neonazistowskiego festiwalu. Wszyscy, którzy przekroczyli granicę z Niemcami poddawani byli kontroli osobistej. Część uczestników imprezy musiała się przebrać, jeśli miała na sobie ubranie z faszystowskimi naszywkami. Rekwirowano niebezpieczne przedmioty i narkotyki. Mi zabrano gaz pieprzowy, który jak się okazało w Niemczech jest nielegalny. Żeby uniknąć zamieszek policja zaprowadziła nas w docelowe miejsce przez okrężne drogi. Były trzy oddzielne festiwale w trzech różnych miejscach, w tym samym czasie i wszystkie trzy były oblężone dziesiątkami policjantów. Mimo to jeden z neonazistów podbiegł do mnie, złapał obiema rękami za ubranie i krzyczał „raus antifascista!” („antyfaszysto wypier*alaj”). Policja zareagowała szybko, ich skuteczność była bardzo wysoka.
Przyjechałam do Niemiec w roli fotografa, więc byłam znudzona tak jak pozostali fotografowie, że policja nie dopuściła do zamieszek. W końcu każdy z nas przyjechał po materiał. Nie bez powodu na to liczono, przecież to miała być największa interwencja w Europie. Zresztą, kiedy zostało około pół godziny do mojego odjazdu, nagle cały plac podbiegł pod płot, gdzie zebrali się naziści. Policja szybko spacyfikowała tłum, a mi udało się nie roztrzaskać aparatu. Większość takich grup to przestępczość zorganizowana, często we współpracy z mafią, a nawet z policją. Festiwale takie jak w Ostritz są okazją na umocnienie współpracy przedstawicieli scen neonazistowskich z różnych krajów. Wielokrotne próby delegalizacji lub cenzury tego typu działalności rozbijają się o prawa człowieka, gwarantujące im prawo do prywatności i wolności słowa.

 

Jak odbierają nazistowskie imprezy mieszkańcy miast, gdzie się one odbywają?

Część mieszkańców Ostritz wyjechała na czas festiwalu. Jedni nie wychodzą z domów, jeszcze inni protestują. Widziałam jak ludzie wywieszają na balkonach hasła podkreślające syntezę antyfaszyzmu i demokracji. Ostritz ostatecznie powiedziało „nie” propagowaniu nazizmu w przestrzeni publicznej.

 

Dziękuję za rozmowę.

Ku pamięci i przestrodze – część II

Rozmowy rozpoczęły się 6 stycznia 1932 spotkaniem Adolfa Hitlera z ministrem Spraw Wewnętrznych – gen. Wilhelmem Groenerem i były kontynuowane 7 stycznia przez kanclerza i gen. Schleichera, kolejna ich tura odbyła się 10 stycznia, ale wobec braku perspektyw porozumienia, wybory stały się nieuniknione. Nazistów po cichu wspierał wielki kapitał, co dokumentują kolejne wpisy w prowadzonych na bieżąco pamiętnikach Josepha Goebbelsa: 05.01.32 Na każdym kroku brak pieniędzy. Bardzo trudno je zdobyć. Nikt nie chce nam udzielić kredytu. 27 stycznia 1932 roku odbyło się spotkanie Hitlera z członkami Klubu Przemysłowców zorganizowane w Park Hotelu w Düsseldorfie przez Fritza Thyssena. Oto kolejny wpis w pamiętnikach Goebbelsa dokonany pod datą 8 lutego 1932 roku: Sprawy finansowe poprawiają się z dnia na dzień. Właściwie mamy już zapewnione fundusze na kampanię wyborczą. Jeszcze więcej światła na kluczową rolę wielkiego kapitału w dojściu Hitlera do władzy, rzucają zeznania Walthera Funka złożone w trakcie procesu w Norymberdze: … ja i moi przyjaciele przemysłowcy byliśmy wówczas przekonani, że NSDAP już w bliskiej przyszłości dojdzie do władzy I że TAK POWINNO SIĘ STAĆ! Nic dodać, nic ująć…

W pierwszej rundzie wyborów Paul von Hindenburg uzyskał 18 661 736 głosów i od zwycięstwa dzieliło go niecałe 0,4 proc. (mniej niż 200 tysięcy głosów!), ale Hitlera poparło 11 500 000 wyborców! Druga tura nie przyniosła co prawda niespodzianki: na urzędującego prezydenta zagłosowało 19 250 000 Niemców, za to jego konkurent zebrał aż 13 417 460 głosów! Przy okazji światło dzienne ujrzały wysoce niewygodne dla nazistów fakty. Już w listopadzie 1931 roku rząd Hesji uzyskał dokumenty wiele mówiące o tym, co naziści planują zrobić po dojściu do władzy. Na hipotetyczny przypadek „rewolucji komunistycznej” przygotowany został projekt proklamacji jaką miały ogłosić S.A., oraz projekty ustaw specjalnych, dla tymczasowego rządu NSDAP. Proponowano między innymi ZLIKWIDOWANIE przeciwników władzy nazistów (i niechętnych do współpracy z nią!), oraz posiadaczy broni. Planowano zniesienie własności prywatnej oraz wszystkich prywatnych dochodów, S.A. miała zarządzać majątkiem państwowym i prywatnym wszystkich obywateli, praca miała być przymusowa i bezpłatna, a ludzie otrzymywaliby wyżywienie na podstawie kartek żywnościowych. Działać miały sądy wojenne pod przewodnictwem nazistów. O dziwo, rząd Niemiec (pomimo nalegań krajowego rządu Prus) nie podjął żadnych (!) kroków przeciwko nazistom – co więcej, ustami ministra Spraw Wewnętrznych, generała Groenera, wyraził pełną wiarę w wolę przestrzegania przez nich praworządności! Dopiero otoczenie Berlina w dniu przeprowadzenia I tury wyborów prezydenckich przez bojówki SS i SA oraz znalezienie w czasie rewizji dokonanej przez policję w berlińskiej głównej kwaterze nazistów, rozkazów i map operacyjnych potwierdzających, że S.A. gotowa była do zamachu stanu na wypadek gdyby Adolf Hitler wygrał wybory, spowodowała dość umiarkowaną i niemrawą reakcję rządu. W dniu II tury wyborów (14 kwietnia1932 roku) wydano dekret rozwiązujący SS i SA oraz wszystkie ich przybudówki.

Trzeba zdać sobie sprawę, że NSDAP na pewno nie była partią polityczną w ogólnie przyjętym, demokratycznym znaczeniu tego słowa, a raczej zorganizowaną konspiracją przeciwko państwu, której chodziło wyłącznie o zdobycie – obojętnie jakimi metodami – władzy! Istnienie podobnej organizacji w sposób oczywisty zagrażało bezpieczeństwu Republiki i żadne państwo nie zgodziłoby się (czyżby?!)na tolerowanie podobnego zagrożenia. Dlaczego zatem rząd niemiecki nic nie zrobił by rozbić NSDAP i aresztować jej przywódców, tym bardziej, że wniosek taki wraz z prawnym uzasadnieniem, władze policyjne złożyły prokuratorowi generalnemu Rzeszy jeszcze przed sukcesem nazistów we wrześniowych wyborach? Rolę grało zapewne kilka czynników: niechęć kolejnych rządów do pogłębiania i tak piętrzących się trudności rozprawą z nazistami, działanie przez nich na pograniczu prawa co w pewnym stopniu wiązało władzom ręce, oraz niechęć prezydenta do użycia siły przeciwko nazistom, warunkującym takie działania… „symetrycznym” objęciem nimi także komunistów! Co prawda powodów po temu nie było, ale wiadomo nie od dzisiaj, że jak wyznaczy się winnego to i stosowny paragraf się znajdzie…

Pamiętać także wypada, że obóz władzy tworzyli ludzie, którym wojujący nacjonalizm i głoszone przez nazistów hasła rozprawy z lewicą i demokratycznymi formami rządzenia, antysemityzmu, odbudowy armii i odrzucenia postanowień Traktatu Wersalskiego, nie były bynajmniej niemiłe… Tak oto wbrew wszelkim faktom, nie porzucono myśli o wprowadzeniu nazistów do rządu „tylnymi drzwiami”. Pierwszym krokiem było zmuszenie do dymisji ministra spraw wewnętrznych, generała Groenera. Kolejną przeszkodą w realizacji tych planów był kanclerz Heinrich Bruning. Nie miał on mocnej pozycji, gdyż walcząc z kryzysem naraził się (bo musiał!) wszystkim i wysadzenie go z siodła było czystą formalnością. Pragmatycznie odczekano aż Reichstag zatwierdzi ustawę budżetową, i 30 maja 1932 roku, na żądanie prezydenta, kanclerz podał się do dymisji.

 

Część II – Na równi pochyłej

Na funkcję nowego kanclerza, generał Kurt von Schleicher zaproponował kandydaturę Franza von Papena argumentując, że taki rząd nie tylko ucieszy przyjaciół prezydenta z prawicy, ale będzie też miał poparcie nazistów i armii.

Kim był nowy kandydat na kanclerza? Lapidarnie rzecz ujmując, na scenie pojawił się pochodzący z katolickiej rodziny, 53 letni arystokrata z Westfalii, o rozległych znajomościach i koneksjach w tzw. „wielkim świecie”, i równie wielkich politycznych ambicjach, których jednakowoż przez przeszło pół wieku jego życia, nikt się nawet nie domyślał ani – co oczywiste – nie traktował poważnie. Wysuwając tą zupełnie nieprawdopodobną kandydaturę politycznego „człowieka znikąd”, generał Schleicher zakładał zapewne, że jego nominat będzie bezwolną marionetką, w czym się kompletnie przeliczył. Na razie generał snuł swoją intrygę, ofiarowując Hitlerowi w zamian za poparcie nowego gabinetu głowę Bruninga, cofnięcie delegalizacji SS i SA oraz nowe wybory.
Oczywiście za taką cenę, Hitler gotów był przyrzec wszystkim wszystko… Tymczasem mrzonki stworzenia wokół nowego gabinetu większości parlamentarnej prysły jak bańka mydlana. O ile Bruning przynajmniej próbował opierać swój rząd (z różnym co prawda skutkiem) na parlamencie, o tyle jego następca nigdy nie ukrywał, że zamierza rządzić WYŁĄCZNIE w oparciu o prezydenckie dekrety! Nowy rząd tworzyli w znakomitej większości (7 z 10) arystokraci o skrajnie prawicowych poglądach, których w socjaldemokratycznej gazecie „Vorwarts” niezwykle trafnie określono mianem: „…małej kliki feudalnych monarchistów, którzy doszli do władzy kuchennymi schodami…”. Taki gabinet z definicji musieli odrzucić socjaldemokraci i komuniści, katolickie Centrum ekskomunikowało go za sposób w jaki usunięto Bruninga (działacza tej partii), tolerowali go tylko (w oczekiwaniu na wybory!) naziści.

Zadowolony z nowego kanclerza był za to prezydent, który zyskał w tym światowcu i arystokracie, znakomitego kompana, toteż wkrótce obu panów połączyła silna nić sympatii. Czy ów swoisty „stan tymczasowy” miał szanse przekształcić się w jakąś bardziej trwałą koalicję? Byłoby dziwne, gdyby obie strony nie rozważały takiej możliwości. Dla nazistów mogła to być jedyna droga do legalnego przejęcia rządów, dla obozu władzy, jedyna forma zapewnienia sobie poparcia w parlamencie. Sprawą otwartą pozostawała dla obu stron CENA takiego kompromisu. Tymczasem do wyznaczonych na 31 lipca 1932 wyborów do Reichstagu obie strony nie mogąc zmierzyć sił swoich i przeciwnika trwały w stanie swoistego klinczu. 04 czerwca nowy kanclerz rozwiązał Reichstag i zapowiedział cofnięcie delegalizacji SA i SS, co przywódca niemieckich komunistów nazwał jawnym nawoływaniem do morderstwa. Miał rację, zaraz po tym, przemoc i mord na niebywałą dotąd skalę zagościły w niemieckich miastach. Policyjne statystyki odnotowały w okresie 01 czerwca – 20 lipca 1932 461 rozruchów o podłożu politycznym, w których straciło życie 82 osoby a 400 odniosło rany. Największe nasilenie zbrodni odnotowano w niedzielę 10 lipca kiedy zginęło 18 osób. Jak na ironię tydzień później – 17 lipca – naziści (pod osłoną policji) zorganizowali przemarsz przez robotnicze dzielnice Altony. W strzelaninie zabito 18 osób, rannych zostało 285. Zamieszki wykorzystał von Papen, który opierając się na nadzwyczajnych uprawnieniach głowy państwa, 20 czerwca odsunął od władzy konstytucyjnie wybrany rząd Prus, wprowadzając zarząd komisaryczny z… von Papenem w roli komisarza! Złamało tym kręgosłup Republice, której demokratyczne partie nigdy już nie zdobyły się na nic więcej, ponad werbalne protesty i ostatecznie zdyskredytowało demokratyczne i konstytucyjne formy rządów, wskazując społeczeństwu, że zmian swego położenia może oczekiwać wyłącznie od formacji skrajnych. Związki zawodowe i socjaldemokraci zareagowali na ten oczywisty zamach stanu zapowiedzią strajku generalnego ale… w efekcie nie zrobiły nic. Była to bezcenna lekcja na jaki „opór” może liczyć Hitler w przypadku dojścia do władzy – dodajmy dobrze przez niego zapamiętana.

W tym kontekście zrozumiałe stają się rezultaty, przeprowadzonego 30 lipca głosowania. Naziści uzyskali w nim 13 745 000 głosów co przełożyło się na 230 mandatów i uczyniło ich największą partią w Reichstagu. Oczywiście taki sukces nie byłby możliwy, gdyby propaganda Hitlera nie trafiała w nastroje większości Niemców. Ciekawa jest analiza elektoratu, który poparł nazistów. Głosowała na nich lwia część nowych wyborców, większość popierających w poprzednich wyborach tradycyjne partie klasy średniej (Ludowa, Demokratyczna), które uzyskały poparcie tylko 954 700 wyborców ( wobec 5 582 500 głosów jakie padły na nie w 1928 roku ) i część żelaznego elektoratu nacjonalistów, tracących na rzecz nazistów 1,5 mln głosów! Nazistów poparli także ludzie tradycyjnie nie biorący dotychczas udziału w wyborach. Pozornie ogłuszający sukces, a przecież w tej beczce miodu kryła się całkiem pokaźna łyżka dziegciu!

Niezwykle trafną ocenę wydarzeń przedstawił w depeszy do swojego rządu, brytyjski ambasador w Niemczech: Zdaje się, że Hitler wyczerpał swoje rezerwy. Połknął małe mieszczańskie partie klasy średniej i prawicy, ale nic nie wskazuje na to, że zdoła zrobić wyłom w Centrum i partiach komunistycznej i socjaldemokratycznej. Wszystkie inne partie są oczywiście zadowolone, że Hitler nie zdobył przy tej okazji większości zwłaszcza, że ich zdaniem doszedł do szczytu powodzenia. Trudno się było z tym nie zgodzić, tyle że 13,5 mln głosów, licząca milion członków partia i 400-tysięczna prywatna armia stanowiły bardzo ważkie argumenty w czekających nazistów rozmowach z obozem rządowym. Hitler natychmiast dał temu wyraz na spotkaniu z gen. von Schleicherem, jakie odbyło się 5 sierpnia 1932 w Fürstenbergu, żądając dla siebie stanowiska kanclerza, stanowisk premiera rządu w Prusach i ministra spraw wewnętrznych Rzeszy oraz Ministerstwa Oświaty Powszechnej i Propagandy dla Goebbelsa. Ponadto żądał wniesienia do Reichstagu projektu ustawy, pozwalającej mu na przejęcie pełni władzy i rządzenia na mocy dekretów. Naziści dali też przedsmak tego, jak będą wyglądały ich ewentualne rządy.

W ciągu pierwszych dziewięciu dni sierpnia, uliczne strzelaniny i zabójstwa stały się codziennością, a miejsce szczególne w owej orgii przemocy, przyznać trzeba mordowi jaki miał miejsce we wsi Potempa na Śląsku, gdzie 5 nazistów pobiło i skopało na śmierć komunistę Piecucha, na oczach jego matki. Tego było za wiele nawet dla zwolenników flirtu z nazistami. Tego samego dnia rząd von Papena wydał dekret wprowadzający karę śmierci za udział w starciach zakończonych zabójstwem, co naturalnie natychmiast spotkało się z oburzeniem nazistów.

Fala brutalnej przemocy spowodowała także zmianę nastrojów społeczeństwa – zaczęto wyrażać wątpliwości, czy nazistom można przekazać władzę. Tymczasem wszystkie opisane wydarzenia zostały przyjęte przez szefa rządu ze stoickim spokojem. Hitler nadal nie uzyskał większości pozwalającej mu samodzielnie rządzić, polityczne reperkusje gwałtów popełnianych przez nazistów poruszyły otoczenie prezydenta i armię, a brak porozumienia pomiędzy partiami w Reichstagu, nadal usprawiedliwiał istnienie gabinetu prezydenckiego. Niby dlaczego zatem, von Papen miałby rezygnować na rzecz Hitlera, tym bardziej, że cieszył się przecież wyjątkowym zaufaniem i sympatią prezydenta, który wcale nie zamierzał zamieniać układnego światowca na chamowatego ignoranta?! Ponadto kanclerz – podobnie jak większość obserwatorów – uważał, że naziści szczyt powodzenia mają już za sobą i teraz stopniowo będą tracić popularność. Znalazło to wyraz w propozycjach jakie na spotkaniu 13 sierpnia generał von Schleicher i von Papen złożyli Hitlerowi. Mowa była już tylko o stanowisku wicekanclerza dla przywódcy nazistów i tece ministra spraw wewnętrznych Prus dla jednego z jego zastępców. Wywołało to paroksyzm wściekłości Hitlera, który uraczył rozmówców wrzaskiem o wyrżnięciu marksistów i żądaniu absolutnej władzy dla siebie! Nie zrobiło to na adwersarzach żadnego wrażenia i rozmowa skończyła się na niczym. Czarę goryczy przepełniła Hitlerowi rozmowa z prezydentem, który jasno stwierdził, że nie może podjąć ryzyka przekazania władzy, partii warcholskiej i skłonnej do gwałtu, nie dysponującej przy tym większością.

W sierpniu i wrześniu podtrzymywano jeszcze sporadyczne kontakty z rządem, ale nic one nie wniosły, podobnie jak rozmowy z Centrum o ewentualnej koalicji. Co prawda połączonymi głosami nazistów, Centrum i nacjonalistów wybrano Hermanna Göringa Przewodniczącym Reichstagu, ale próba odwołania rządu von Papena podjęta na pierwszym po wyborach posiedzeniu parlamentu zakończyła się rozwiązaniem Reichstagu i naziści stanęli w obliczu piątej (!) kampanii wyborczej w ciągu roku! Dla wszystkich było jasne, że z każdej kolejnej kampanii NSDAP będzie wychodziło coraz słabsze. Oto co pisał w swoich pamiętnikach Joseph Goebbels: Diabelnie trudno o pieniądze. Cała elita finansów i mózgów stoi po stronie rządu…

Przyczyny takiego stanu rzeczy upatrywać można zarówno w dyskretnym nacisku von Papena na koła finansowo-przemysłowe, jak i w aroganckim żądaniu przez Hitlera pełni władzy. Jak należało przewidzieć, społeczeństwo przyjęło kolejne wybory w nastroju ogólnej apatii, wobec której nawet szaleńcza propaganda nazistów okazała się bezsilna. Po raz pierwszy zanotowali oni spadek poparcia o 2 mln głosów, co przełożyło się na 196 mandatów. Co prawda byli nadal najliczniejszą partią Reichstagu, ale rezultaty konkurencji dawały Hitlerowi powody do obaw. Po raz pierwszy od 1924 roku, nacjonaliści notujący dotychczas same spadki, nagle uzyskali 52 mandaty w porównaniu do 37 uzyskanych w poprzednich wyborach, a komuniści na których zagłosowało 6 milionów obywateli, mieli już 100 mandatów!

Doskonale rozumiał to kanclerz, który zamierzał – w przypadku nie dojścia do porozumienia z Hitlerem na SWOICH warunkach – ogłaszać kolejne wybory aż do skutku. Nie sposób niczego zarzucić logice tego rozumowania, tyle że… cios padł z własnego obozu! Generał von Schleicher z rosnącą irytacją obserwował postępującą emancypację von Papena, który bynajmniej nie zamierzał grać wyznaczonej mu przez generała roli marionetki. Niepokój wzbudzał zwłaszcza ścisły kontakt kanclerza z prezydentem oraz jego determinacja, by nie dopuścić Hitlera do władzy. W swych planach poszedł tak daleko, że zaczął coś wspominać o rządach dyktatorskich i zdławieniu siłą ewentualnego puczu nazistów. Tak oto kanclerz, stał się dla von Schleichera główną przeszkodą w realizacji jego polityki ugody z NSDAP.

 

Los dopełniony

Generał zaczął dostrzegać w polityce kanclerza, zmierzającej do rzucenia nazistów na kolana… przeszkody w „konsolidacji sił narodowych”! Przekonał do swoich racji resztę gabinetu, co doprowadziło 17 listopada do rezygnacji szefa rządu, który wszelako specjalnie się tym nie przejął. Na podstawie własnych doświadczeń był całkowicie pewien, że rozmowy z Hitlerem do niczego nie doprowadzą, podobnie jak z pozostałymi partyjnymi liderami. Wszystko zatem wróci do punktu wyjścia, co zapewni mu triumfalny powrót na fotel kanclerza. Te rachuby były tym bardziej uzasadnione, że stary prezydent był coraz bardziej zniesmaczony gierkami von Schleichera. Gdyby kolejny kanclerz miał rządzić w oparciu o prezydenckie dekrety, to dlaczego niby należało zmieniać dotychczasowego?

Dalszy bieg wypadków potwierdził przewidywania von Papena. Hitler usłyszał od prezydenta, że ten przekaże mu władzę, pod warunkiem wszakże zapewnienia sobie przez niego większości w parlamencie, co było całkowicie nierealne. Cukierek władzy pozornie tak bliski, nadal pozostawał dla nazistów za szybą… W ten oto sposób, po spektakularnej klapie wszelkich rozmów, 1 grudnia 1932 roku von Schleicher i von Papen udali się do prezydenta, każdy z własną propozycją rozwiązania kryzysu. Kanclerz – w przypadku pozostania na czele rządu – proponował rządzenie w oparciu o prezydenckie dekrety. Sesję parlamentu zamierzał odraczać w nieskończoność, ogłosić stan wyjątkowy i przygotować reformę konstytucji oraz nową pragmatykę wyborczą. Wszelką opozycję zamierzał zdławić siłą. Propozycją von Schleichera było objęcie przez niego stanowiska kanclerza oraz zorganizowanie wokół rządu większości parlamentarnej opartej na „migrantach” z NSDAP pod wodzą Gregora Strassera, stronnictwach drobnomieszczańskich i socjaldemokratach z poparciem związków zawodowych! Ten swoisty szczyt obłudy ostatecznie pogrążył generała w oczach prezydenta, który ponownie zlecił misję tworzenia rządu von Papenowi. Ale von Schleicher nie dał za wygraną i na pierwszym posiedzeniu nowego gabinetu 2 grudnia przedstawił raport, z którego wynikało, że armia nie może podjąć ryzyka wojny domowej, do której – zdaniem autorów dokumentu – niechybnie doprowadzić musi polityka von Papena.

Wobec takich argumentów skapitulował nawet prezydent, nie czując się na siłach u kresu życia stawiać czoła wojnie domowej. Misję tworzenia rządu otrzymał więc von Schleicher, ale było to pyrrusowe zwycięstwo. Oto wreszcie został zmuszony do wystąpienia z otwartą przyłbicą i przyjęcia odpowiedzialności za skutki swojej polityki. Należy dodać, że nastąpiło to w momencie, gdy stracił całkowicie zaufanie prezydenta, który nie wybaczył mu nigdy sposobu, w jaki utrącił kandydaturę von Papena. Nowy kanclerz rozpoczął urzędowanie od zaproszenia na rozmowę zastępcy Adolfa Hitlera, i przywódcy lewego skrzydła NSDAP – Gregora Strassera. Zaproponował, by wobec odmowy Hitlera, to on objął stanowisko wicekanclerza i premiera rządu Prus. Propozycja na pewno warta była rozważenia, zwłaszcza, że w kolejnych wyborach lokalnych w Turyngii naziści w porównaniu z lipcowymi wyborami utracili 40 proc. głosów!

Strasser uważał, że należy za wszelką cenę uniknąć kolejnych wyborów mogących doprowadzić partię do katastrofy i takie stanowisko zaprezentował na naradzie przywódców NSDAP w dniu 5 grudnia. Po burzliwej rozmowie, w której Hitler zarzucił mu nielojalność i zakulisowe machinacje, uniósł się honorem, zrezygnował z wszystkich funkcji partyjnych, po czym… wrócił do Monachium i wyjechał z rodziną na urlop do Włoch! Trochę mi to przypomina działania pewnego kandydata na prezydenta naszego kraju, który po obrażeniu się na rzeczywistość, szukał ukojenia w ostępach Puszczy Białowieskiej… Jak by tam nie było, Gregor Strasser wystawił do wiatru zarówno swoich, wcale licznych zwolenników, jak i generała von Schleichera, który na sojuszu z nim stroił iście napoleońskie plany. Tak oto w obozie nazistów na placu boju pozostał tylko Hitler, a nowy kanclerz pozbawiony został wszelkich szans na realizację swoich planów, choć jak się wydaje do samego końca nie zdawał sobie z tego sprawy!

O tym jak bardzo oderwany był od rzeczywistości niech świadczy jego ocena sytuacji, zawarta w notatce z rozmowy, jaką odbył z nim przebywający z wizytą w Berlinie, ówczesny Minister Sprawiedliwości Austrii – Kurt von Schuschnigg: …generał von Schleicher z wielkim optymizmem zapatruje się na stan spraw w Niemczech i mówił o nich z wielką pogodą (…) pan Hitler nie przedstawia problemu, jego ruch nie jest już politycznie niebezpieczny, całe to zagadnienie zostało załatwione, należy do przeszłości…

Był 15 stycznia 1933 roku… Tymczasem nastroje w obozie nazistów na przełomie 1932/33 roku dalekie były od euforii. Za ich kwintesencję uznać można taki oto pochodzący z tego okresu, wpis w pamiętnikach Josepha Goebbelsa: …ten rok był dla nas zdecydowanie zły (…) Przeszłość była ponura, a przyszłość wygląda posępnie i niejasno (…) straciliśmy wszystkie szanse, a nasze nadzieje rozwiały się. Jeszcze bardziej konkretną ocenę sytuacji znajdujemy tamże, pod datą 11 listopada 1932 roku: …Nic, tylko same długi i zobowiązania przy całkowitej niemożności zdobycia jakiejś rozsądnej kwoty na ich pokrycie…

 

(Dokończenie w kolejnym wydaniu weekendowym)

Noch ist Polen

Gdy słuchałem fragmentów wystąpienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe, doznałem dojmującego uczucia wstydu jako polski obywatel, choć przyznam że nie jestem specjalnie wrażliwy na podobne klimaty.

 

Oto bowiem 73 lata po upadku Adolfa Hitlera okazuje się, że Niemcy Zachodnie potrafiły zachować demokrację mimo okresowych, poważnych zagrożeń, podczas gdy Polska, niegdysiejsze ucieleśnienie wolności i demokracji („Za Wolność naszą i waszą”) pogrąża się w bagnie kleronacjonalistycznego totalizmu.
Niestety, podczas pobytu w Karlsruhe prezes Gersdorf zrobiła podobny błąd co jej koleżanka po fachu, Irena Kamińska która publicznie użyła określenia „nadzwyczajna kasta” w stosunku do sędziów, dając tym samym paliwo pisowskiej propagandzie, która eksploatuje ten zwrot w walce z niezawisłością wymiaru sprawiedliwości. Drugi błąd prezes Gersdorf, to deklaracja, w której zamiast na Konstytucji, opiera fakt swojego prezesostwa SN na swoim osobistym mniemaniu. Obie dowiodły niestety, że należą do tego szerokiego kręgu osób z życia publicznego, które nie rozumieją, zapominają lub lekceważą mechanizm współczesnej propagandy, która każde słowo, każdy zwrot i każdą opinię wypowiedzianą n.p. żartem potrafi w mig przerobić w deklarację najbardziej serio i odwrotnie.

 

Noch ist Polen…

Małgorzata Gersdorf stwierdziła, przypuszczalnie w intencji z lekka drwiącej, że zostanie „prezesem Sądu Najwyższego na uchodźstwie”, uruchamiając tym samym mechanizm wykorzystywania tego określenia przeciwko niej. Gdyby pisowscy propagandyści i ich trolle mieli odrobinę poczucia humoru i nieco finezji, a nie jedynie zdolność do najbardziej topornego szyderstwa mogliby to wykorzystać w setkach memów pod ogólnym hasłem „Noch ist Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”) z wykorzystaniem płodnego tworzywa jakim przez dziesięciolecia byli Niemcy jako obiekt humoru, z ich ciężkim poczuciem humoru na czele. Uruchomiła natomiast pisowską propagandę, cały aparat niechęci, resentymentów, stereotypów i nieufności do Niemców, posiłkując się historycznymi doświadczeniami, które choć bardzo już zaprzeszłe i nieaktualne ożywią się w ich wydaniu i zostaną odświeżone pod ogólnie brzmiącymi hasłami: „Niemcy nas biją”, a „kto z Niemcem, ten zdrajca”. Wystarczy tylko uruchomić cały zasób polsko-niemieckich motywów, począwszy od wątku Wandy co (nie)chciała Niemca i zasób tematyczny gotowy. Motyw „Sądu Najwyższego na uchodźstwie” i to w Niemczech, gdy w dramatycznej historii Polacy uchodzili przed władzą Niemców, n.p. do Paryża, jest właśnie przykładem przerobienia żartu na deklarację serio

 

Edgar Morin albo myśleć po francusku

Podobny mechanizm rządzi tym, co zrobiono z głośnym już tweetem Rafała Trzaskowskiego. W odróżnieniu od „niemieckości”, która ma w Polsce starą historycznie konotację negatywną, „francuskość” miała przez stulecia niezłą prasę. Co prawda znany zwrot z mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” („Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi/ A co Francuz wymyśli, to Polak polubi”) był ironicznym refleksem motywu sarmackiej, swojskiej niechęci do francuskiej cudzoziemszczyzny, która znalazła odbicie w literaturze. W „Powrocie posła” Jana Ursyna Niemcewicza czy w „Listopadzie” Henryka Rzewuskiego przybywający z Paryża kuzyni czy dawni swojacy są traktowani jako obcy, nasyceni trującymi niemal tamtejszymi miazmatami niedowiarstwa, doktrynerstwa, farmazoństwa i tym podobnych grzechów, ale faktem jest, że od schyłku XVIII wieku, przez cały wiek XIX i sporą część wieku XX, Francja tworzyła dla Polski pozytywnie odniesienie jako kraj wolności i schronienia dla uciekinierów oraz emigrantów. Jeszcze w PRL, do okresu gierkowskiego włącznie, kultura francuska, jako jedyna kultura z kręgu krajów kapitalistycznych, była powszechnie obecna w radiu, telewizji, prasie, edytorstwie i na ekranach kin jako jedyna, w zasadzie, równouprawniona z kulturą polską. Za rządów PiS jest dokładnie odwrotnie. Odrobinę, jak się wydaje, minoderyjny i brzmiący w sposób cokolwiek egzaltowany wpis Rafała Trzaskowskiego, którego treść osnuta jest wokół jego niegdysiejszego zetknięcia się z wybitnym francuskim filozofem, obecnie 97-letnim Edgarem Morin, postacią dziś już raczej „mitologiczną”, niż należącą do francuskiej aktualności, zwalił na głowę kandydata na prezydenta Warszawy istną lawinę hejtu i szyderstwa. W internecie krążą scenki, w których parodiowany jest on jako profrancuski, nieznośny snob z kieliszkiem francuskiego wina w dłoni deklarujący z wibrującym, francuskim „r” w wymowie, że „warrrrto czytać Edgarrr Morrin” (mohę). PiS wykorzystał gen starej ludowej niechęć do elitaryzmu i „wykwintności”, „ciarachów”, tak dowcipnie ujętą choćby przez Wyspiańskiego w „Weselu”. Podczas zeszłotygodniowej sejmowej debaty wokół Sądu najwyższego, jeden z mniej znanych posłów PiS atakował z trybuny Trzaskowskiego za to, że „myśli po francusku zamiast po polsku”. Tym sposobem do fobii antyrosyjskiej i antyniemieckiej PiS dodaje na nowo spreparowaną fobię antyfrancuską.

 

Chora równowaga

Wszystko to byłoby dość zajmujące, a nawet zabawne i moglibyśmy tak godzinami snuć rozmaite – przepraszam za francuskie pochodzenie słowa słowo – asocjacje kulturowe (też przepraszam za słowo), podśmiewając się z ludowej swojskości pisowców, dla których „myślenie po francusku” to nowa, orwellowska („1984”) „myślozbrodnia” i dywagując z francuskim „r” choćby i o poglądach Edgara Morin oraz snując żarty i żarciki, gdyby nie …. gdyby nie to, co stało się w zeszłym tygodniu w Sejmie i pod Sejmem. Kagańcowa ustawa o Sądzie Najwyższym rzeczywiście zmienia ustrój RP i już de iure (przepraszam za nie swojskie, a łacińskie tym razem określenie) radykalnie ogranicza trójpodział władzy (chciałem się powołać na Charlesa de Montesquieu czyli Monteskiusza, ale z przeczulenia wywołanego losem Trzaskowskiego zawahałem się, choć i pisowcy powołują się na tę postać), ujmując rzecz najdelikatniej jak tylko można. Najbardziej radykalni przeciwnicy PiS już od dłuższego czasu używają co prawda określeń „dyktatura” czy „demokratura”, ale nie lekceważąc bynajmniej powagi sytuacji, wypada odnieść się do tych określeń z rezerwą, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie. O pełnokrwistej dyktaturze można bowiem mówić tak naprawdę wtedy, gdy miażdżąca większość danego społeczeństwa popiera, względnie podporządkowuje się dyktatorowi czy grupie dyktatorskiej, czynnie przy tym wypełniając jego wolę, a opozycja czy opór występują w postaci niszowej lub nawet śladowej.Taka sytuacja była w hitlerowskich Niemczech, stalinowskim, czy nawet jeszcze breżniewowskim ZSRR. Toutes proportions gardées (przepraszam stokrotnie!), ale atrybuty podobnej sytuacji występują obecnie choćby na Węgrzech Orbana. W Polsce, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie będziemy mieć do czynienia z klinczem dwóch sił z grubsza biorąc o symetrycznych (choć skądinąd czerpanych siłach). Trwać one będą w zwarciu, które żadnej ze stron nie pozwoli na uzyskanie zdecydowanej, trwale zdeterminowanej przewagi. Trwać więc będzie coś w rodzaju „check and balance”, ale w odmianie chorej, dewastującej, bo kraj unieruchomiony w podobnym klinczu i zużywający siły na wojnę domową nie będzie szedł do przodu, nie będzie się należycie rozwijał.

 

Skręcony kark

Pod Sejmem doszło jednak w piątek do zdarzenia, które sygnalizuje niebezpieczeństwo, że utrzymanie tej nawet chorej „check and balance” może być kosztowne i bolesne. Młody demonstrant Dawid Winiarski został poturbowany przez policję tak, że leży w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym, z nadwerężonym karkiem, przy czym jego uraz nie powstał w wyniku spontanicznej utarczki ze „stróżami prawa”, lecz został z nich z premedytacją wyłuskany z tłumu i potraktowany szczególnie brutalnie. Po internecie krąży też filmik z którego można usłyszeć, jak policjanci wzajemnie zachęcają się do ostrego potraktowania młodego człowieka. Sytuacja emocjonalna, nie tylko podczas demonstracji pod Sejmem jest taka, że casus Dawida Winiarskiego bardzo łatwo może się przekształcić w casus typu Grzegorza Przemyka czy Igora Stachowiaka. Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, co by się wtedy stało… A gdy policjantom trafi się nie daj Boże kobieta… Nie każdy z nich zachowa się tak, jak ten, który na wiadomość, że Klementyna Suchanow, jedna ze znanych demonstrantek pisze książki, odniósł się do niej z nutką życzliwego uznania…

 

Szczypta Morina

A na koniec, by nie puentować zbyt ponuro, bo ponuro i tak już jest… Nie pójdę w ślady Lecha Wałęsy i nie będę twierdził, że wychowałem się na lekturach Morina, jak on na lekturze paryskiej „Kultury” (znów ten utrapiony Paryż). Jednak jako miłośnik filmu i piśmiennictwa na ten temat, niejednokrotnie stykałem się z cytatami z jego klasycznego już dziś eseju „Kino i wyobraźnia” (1958), które przytaczali w swoich tekstach krytycy Konrad Eberhardt, Aleksander Jackiewicz, Krzysztof Mętrak czy Jerzy Płażewski, co lubił wykpiwać wróg „filmologii seminaryjnej” Zygmunt Kałużyński. Dlatego gdy sobie przypomniałem młodzieńcze lektury, postanowiłem odświeżyć swoją zakurzoną pamięć dawnych lektur i na koniec przytaczam z wikipedii lakoniczny biogram francuskiego myśliciela: Edgar Morin, właśc. Edgar Nahoum (ur. 8 lipca 1921 w Paryżu) – francuski filozof, socjolog i politolog, pochodzenia żydowskiego. Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych współczesnych myślicieli francuskich, teoretyk „złożoności”, badacz kultury popularnej. Doktor honoris causa Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2008). Autor m.in. prac „Kino i wyobraźnia (1958), „Duch czasu” (1965), „Zagubiony paradygmat – natura ludzka 1977”, „Myśleć: Europa” (1988), „O naturze Związku Radzieckiego” ( 1990), „Ziemia-ojczyzna” (1998), „Świat nowożytny a kwestia żydowska” ( 2010).

Dożywocie dla rasistki

Beate Zschäpe usłyszała wyrok dożywotniego pozbawienia wolności za współudział w 10 zabójstwach dokonanych przez Narodowosocjalistyczne Podziemie (NSU).

 

Wyższy Sąd Krajowy w Monachium nie miał wątpliwości: Zschäpe kłamała, mówiąc, że nie wiedziała nic o planach zabójstw popełnionych w latach 2000-2007. Kobieta była wieloletnią partnerką życiową kluczowych postaci dla działającej od lat 90. neonazistowskiej organizacji: Uwego Mundlowa i Uwego Böhnhardt. Obaj popełnili samobójstwo w 2011 po nieudanym napadzie na bank, otoczeni przez policję. Po ich śmierci kobieta podpaliła dom w Zwickau, w którym mieszkała cała trójka i sama oddała się w ręce policji.

W sumie członkowie NSU dokonali 15 napadów, 2 zamachów bombowych i wielu zabójstw. Zschäpe sądzona była za współudział w zamordowaniu 8 tureckich przedsiębiorców, restauratora z Grecji i niemieckiej policjantki. Za większością zbrodni stały motywy rasistowskie.

Neonazistowskie terrorystyczne podziemie pozostawało bezkarne przez ponad 10 lat, mogło liczyć na wsparcie skrajnie prawicowych organizacji. W sumie należało do niego około 200 osób, które gromadziły broń i szkoliły swoje bojówki, aby dokonywać zamachów na obcokrajowców.

Po tym, jak ujęto Zschäpe, powołano w Bundestagu komisje śledcze, które wykazały, że policja popełniła szereg rażących błędów podczas 10 lat aktywności terrorystów. Pociągnęło to również falę dymisji w służbach – między innymi odszedł szef policji federalnej oraz wieloletni szef kontrwywiadu Heinz Fromm. Jego następca Hans-Georg Maassen stwierdził w rozmowie z „Bildem”: –

Wizerunek Urzędu Ochrony Konstytucji został bardzo nadwyrężony po przypadkowym wykryciu w zeszłym roku grupy terrorystycznej NSU, która od 2000 roku zamordowała co najmniej dziesięć osób, rabowała banki i podkładała bomby. Kontrwywiad nie tylko nie zdołał wytropić przestępców przez ponad 10 lat, ale też zniszczył część akt związanych ze sprawą i dotyczących prawdopodobnie informatorów kontrwywiadu działających w szeregach skrajnej prawicy w Niemczech. Wywołało to podejrzenia o próbę zatuszowania błędów.
Proces grupy przed monachijskim sądem rozpoczął się w 2013 roku i ożywił dyskusję wokół pomysłu zdelegalizowania faszyzującej partii NPD.