Słuchaj! Władza słucha

Władza słucha. Wedle informacji pana prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry, łączącego prokuratorską posadę z funkcją ministra sprawiedliwości, „sąd zarządził kontrole i utrwalenie rozmów, bądź kontrolkę operacyjna służb specjalnych wobec 6402 osób”.
To znaczy, że służby specjalne tyleż osób legalnie podsłuchiwały. W 2016 roku podsłuchiwano 5881 osób. Co dowodzi, że służby w zeszłym roku nasłuchały się więcej.
Oczywiście nie tylko tajne służby podsłuchiwały obywateli. Policja w 2017 podsłuchiwała 9725 osób. I również podsłuchała więcej niż w 2016 roku.
Służby i policja nie tylko słuchają naszych rozmów. Analizują bilingi, czyli wykazy rozmówców podsłuchanego oraz odtwarzają miejsca w których podsłuchiwany przebywał.
O skali i mozole pracy służb specjalnych świadczą suche dane – w 2017 roku służby specjalne przeanalizowały 1 230 000 danych uzyskanych od podsłuchiwanych.
Warto pamiętać, że pan prokurator Ziobro podał dane o legalnych podsłuchach. Wiewiórki w Polsce od lat ćwierkają, że można podsłuchiwać bez informowania o tym sądów. Na podsłuch krótszy niż jeden dzień służby nie muszą występować o zgodę do sądu. Zatem można nas podsłuchiwać od godziny 5 rano do 24 w nocy. Potem przerwa. I od nowa podsłuchiwać od 4 albo 5 rano, aż do północy.
Warto pamiętać też, że podsłuchując służby słuchają wszystkich rozmów i rozmówców podejrzanego. Nawet tych spoza kręgu podejrzeń.
Zatem każdy z nas może podzielić się z władzą swoimi problemami, przemyśleniami, fantazjami erotycznymi i sekretami.
Dlatego rozmawiając przez telefon czyń tak jakbyś stale miał włączoną funkcję głośnego mówienia. Jakbyś przemawiał, a nie tylko rozmawiał.
Oczywiście opozycja i organizacje broniące praw człowieka krytykują reżim PiS za stały wzrost ilości podsłuchów. Po co aż tak podsłuchiwać skoro przestępczość spada?
Prominenci PiS odpowiadają, że spada dlatego, że służby i policja stale słuchają.
Poza tym, deklarują, że ta władza słucha obywateli, jest służebna wobec nich, za co wdzięczni obywatele odwzajemniają się jej rekordowym poparciem PiS w sondażach przedwyborczych.
Rzeczywiście partia pana Naczelnika Kaczyńskiego ma wysokie sondażowe poparcia, ale to nie oznacza, że obywatele naszego kraju popierają wszystkie działania prominentów PiS.
Wedle sondażu IBRiS tylko 26 procent ankietowanych popiera podporządkowanie władzy sądowniczej panu Naczelnikowi Polski Jarosławowi Kaczyńskiemu, a 44 procent jest przeciwne temu. Reszta nie ma zdania albo ogranicza się do umiarkowanej krytyki.
Prawie siedemdziesiąt procent ankietowanych uważa, że sądy podporządkowane PiS nie będą pracować lepiej i szybciej.
I gdyby elity PiS rzeczywiście słuchały obywateli naszego kraju to zastopowałyby to rozwalanie sądów. Ale w tym przypadku wsłuchały się w głos swego najważniejszego Suwerena, czyli pana Naczelnika. A ten niezależnym od niego sądom nie przepuści.
Większość obywateli RP sądy, podobnie jak muzułmanów, zna ze słyszenia. A sędziowie, podobnie jak muzułmanie, mają w Polsce złą reputację.
Dlatego elity PiS wierzą pewnie, że łatwo będzie spacyfikować polskie sądy w ramach szerokiego programu walki z dekomunizacją i obroną przed islamizacja.
Brak niezawisłych sądów i masowy system podsłuchiwania i kontrolowania nie uwiera większości obywateli naszego kraju. Nie dostrzegają tego.
Zauważą, kiedy przyjdzie im stanąć przed sądem, zwłaszcza przeciwko instytucji lub osobie związanej z elitami PiS. Zauważa, że wyrok w ich sprawie zapadł. Zanim zostali formalnie oskarżeni.

Obywatele zamiast kamer

Europeizujmy się. Pod rozwagę tych, do których należy decydowanie o tym, czy wybory w Polsce staną się uczciwsze.

 

Mimo kilku zmian kodeksu wyborczego w ostatnich latach, nawet sama technika głosowania nie jest w Polsce wzorowana na krajach o utrwalonej demokracji.
We Francji członek komisji stoi przy urnie, sprawdza tożsamość głosującego obywatela i po wrzuceniu kart do przezroczystej urny, głośno wygłasza formułę: „ Pani – nazwisko – zagłosowała”. Dopiero wtedy głosujący podpisuje się na liście.
U nas przeciwnie – głosujący najpierw podpisuje się na liście i odbiera karty do głosowania. W tym momencie komisja przestaje się nim interesować. Głosujący może nawet wyjść z lokalu, wrócić po godzinie i wrzucić karty do urny. Komisja na to nie zwraca uwagi. To niewyobrażalne na Zachodzie. O ile pamiętam – w Ambasadzie Polskiej w Brukseli w wyborach 2011 było więcej kart wyborczych w urnie niż głosujących.

 

Daleko od uczciwości

Nie wierzę, żeby w Polsce wybory były całkiem uczciwe. Członkowie komisji, zwłaszcza o nielicznym składzie, mogli dokonać wyboru kart albo unieważnić niektóre karty według własnych preferencji, dodając drugi krzyżyk.
W czasie przedostatnich wyborów do Sejmu, o czym pisała prasa, zidentyfikowano członka komisji chyba na Śląsku, który unieważnił w ten sposób ponad 50 głosów. A ilu nigdy nie ujawniono?
W 2006 r na własne oczy widziałam na wsi komisję obwodową – dwie dziewczyny – a ilość nieważnych głosów dochodziła tam według Państwowej Komisji Wyborczej do 30 proc.
Znam kandydatów do samorządu, którzy dowiadywali się ze zdumieniem, że nawet sami na siebie nie głosowali! A teraz partia rządząca poszła na całość: można stawiać krzyżyki i mazać w tylu kratkach ile dusza zapragnie. Obserwatorzy zagraniczni – a pewnie do tego dojdzie – będą mdleć na ten widok, a na pewno będą to fotografować.

 

Ważne kto liczy głosy

Parę razy zwracałam uwagę Sejmu – i nie tylko – na konieczność europeizacji niektórych przepisów polskiego kodeksu wyborczego.
Jak mówił Lenin – nieważne kto jak głosuje ale kto liczy. Do pilnowania prawidłowego liczenia głosów we Francji może zgłosić się każdy dorosły obywatel, który w dniu wyborów przyjdzie do lokalu wyborczego przed godziną zamknięcia. Komisja nie wie jaki będzie skład „strażników”. Ludzie ci stoją nad głowami komisji i patrzą jej na ręce „jak sępy” jak to określił mój znajomy Francuz, wielokrotny członek obwodowej komisji wyborczej. „Strażnicy” mogą opuścić lokal wyborczy dopiero po podpisaniu protokołu przez komisję obwodową.
Każdy obywatel może więc osobiście dopilnować prawidłowości wyborów.To dlatego francuska krajowa komisja wyborcza praktycznie nie przyjmuje żadnych reklamacji.
Dlatego też Francuzi są przeciwni głosowaniu przez internet. Na tym polega społeczeństwo obywatelskie. Najwyższa pora, żeby powstało w Polsce. Procedury tak efektywnej nie zastąpią żadne kamery. W dodatku nie pociąga ona za sobą prawie żadnych kosztów w przeciwieństwie do obłędnych kosztów kamer, nie do końca policzonych. A więc zamiast kamer – żywi obywatele – uważa stowarzyszenie Racjonalna Polska.

 

Startować każdy może

Zakładam, że nie dojdzie do liczenia głosów w innym miejscu niż lokal obwodowej komisji wyborczej, co zakrawa na kpiny z obywateli, jeżeli Polska ma zostać w Unii Europejskiej. Takiego scenariusza 80 proc. Polaków nie wybaczyłoby politykom, którzy do tego doprowadzili.
Na koniec muszę dodać, że w porównaniu z innymi państwami europejskimi wybory w Polsce charakteryzują się zawrotną liczbą kandydatów. W samorządzie na zbyt dużą liczbę – stworzoną w epoce TKM (czyli, teraz, k…a, my) – ok. 47 tys. radnych na cały kraj (nie licząc wójtów, burmistrzów itd.), mamy aż dwieście kilkadziesiąt tysięcy kandydatów. Aż się prosi zmniejszenie tej ostatniej liczby nawet do połowy.
Umożliwiłoby to skreślanie nazwisk na karcie z pozostawieniem tylko jednego nazwiska, jak w wielu krajach Europy. „Książeczki” nie będą konieczne. Koszt wyborów spadłby znacznie.
Poza tym w wyborach samorządowych w ogóle nie powinno być progów dla komitetów wyborczych. Do samorządu powinni wejść kandydaci wg ilości uzyskanych głosów bez względu na to z jakiego komitetu wyborczego pochodzą. Europeizujmy się!